Strona:Selma Lagerlöf - Jerozolima cz. II.djvu/192

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wyciągam ramiona dla obrony i odpycham ich z całej siły. Mają miny zupełnie zdziwione, gdy padają na ziemię, gdyż nigdy jeszcze nie doświadczyli, co to znaczy zmierzyć się z Dalarczykiem“.
Ale wnet podnoszą się z ziemi a tłum staje się coraz większy. Teraz zebrało się już tylu ludzi, że przewiduję wyraźnie chwilę, gdy zostanę pokonany“.
„Ale teraz pewnie Derwisz miesza się do tego, nieprawdaż?“ przerwała Gertruda.
A Bo szybko snuł dalej tę myśl. „Tak, występuje naprzód spokojnie i z godnością i przemawia kilka słów do tłumu, który też natychmiast cofa się i przestaje mi grozić“.
„O wiem dobrze, wiem całkiem dobrze, co on teraz zrobi!“ zawołała Gertruda.
„Spogląda na mnie jasnem, spokojnem okiem“, mówi Bo dalej. „A potem...“ Bo chciał coś powiedzieć, lecz nie przyszło mu na myśl nic stosownego. „Ale tyś przecie już odgadła“, rzekł, chcąc skłonić Gertrudę, aby mówiła.
Gertruda widziała wyraźnie przed sobą całe zdarzenie i nie zawahała się ani na chwilę. „Wtedy on odsuwa cię na bok i patrzy do twoich wiader“, rzekła.
„Tak, tak, właśnie to uczynił“, rzekł Bo.
„Patrzy w tę wodę z rajskiej studni“ powtórzyła Gertruda znacząco. Ale zanim jeszcze coś