Strona:Selma Lagerlöf - Jerozolima cz. II.djvu/191

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„Tak, rozumię. że nie możesz mi przynieść wody“, rzekła bezdźwięcznie.
„Nie, nie tak łatwa to rzecz“, myślał Bo w duszy, lecz widząc jej trwogę, zmiękł na nowo.
„Zdaje mi się, że przecie muszę rzecz tak urządzić aby woda z studni rajskiej dostała się do Gertrudy“, myślał.
„Czy chcą ci zabrać wodę?“ zapytała Gertruda.
„Nie, z początku krzyczą wszyscy i sami nie wiedzą czego chcą“.
Bo zatrzymał się na chwilę, nie wiedział bowiem, jak się wydostać z tej matni. Lecz Gertruda sama przyszła ma z pomocą, mówiąc:
„Miałam nadzieję, że ten, który siedział na ziemi i mówił do swych uczniów, wyratuje cię“.
Bo odetchnął swobodniej. „Żeś ty to mogła odgadnąć!“ zawołał.
„Widzę teraz, że kapłan z moszei w pięknem lisiem futrze, wydaj e ludziom rozkazy“, mówił dalej, „i natychmiast kilku z nich wyciąga sztylety z za pasa i rzuca się na mnie. Widocznie mają zamiar zabić mnie na miejscu. Ale dziwne to przecie, że ani trochę nie lękam się o życie, lecz boję się tylko jednej rzeczy, że mogliby mi rozlać wodę. I gdy ci ludzie nacierają na mnie z wściekłością, stawiam naturalnie wiadra na ziemię i zasłaniam je sobą. A gdy już dotykają mnie