Strona:Selma Lagerlöf - Jerozolima cz. II.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zwykle bywa jeżeli ktoś zrobi propozycyę jakąś wydaje się ona zrazu wszystkim nierozsądną i niewykonalną, ale po chwili wydaje im się całkiem rozumną i jedyną rzeczą możliwą do zrobienia.
Wkrótce nie mówiono o niczem innem w całej kolonii, między zdrowymi i chorymi, Amerykanami i Szwedami.
„Byłoby może najlepiej, gdyby ludzie z Dalarne wrócili do ojczyzny“, mówiono.
Nikt z Amerykanów nie mógł ukrywać przed sobą, że wyglądało tak, jak gdyby wszyscy chłopi mieli pomrzeć w Jerozolimie. Chociażby więc smutną było rzeczą, gdyby tylu ludzi dobrych i uczciwych miało opuścić kolonię, to jednak trudno było znaleść inne wyjście. Lepiej było wszakże, aby wrócili i w swoim własnym kraju służyli sprawie Bożej wedle możności, niż iżby mieli wyginąć tu w świętem mieście.
Szwedom zdawało się zrazu rzeczą wprost niemożliwą, żeby porzucili tę krainę z tyloma świętemi miejscami i pamiątkami, i drżeli na samą myśl powrotu do niepokojów i swarów świata, gdy już przyzwyczaili się do spokojnego, zgodliwego współżycia w kolonii, a byli i tacy, którzy sądzili iż raczej woleliby umrzeć, niż powrócić.
Później jednak myśl o ojczyźnie przedstawiała im się tak ponętnie i wabiąco, że myśleli: