Strona:Selma Lagerlöf - Jerozolima cz. II.djvu/149

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Halfvor milczał przez chwilę i rozmyślał o tem, co słyszał. Tak, więc tu miał być zbudowany szpital, właśnie tu! Czy to nie dziwne, że na tylu nagich wzgórzach dokoła nie mogli sobie znaleźć miejsca, tylko tu właśnie musieli ten dom budować. Byle tylko wrzuceni zmarli pewnej ciemnej nocy nie pociągnęli za dzwonek i nie zażądali by ich wpuszczono! „Chcemy, by nam oddano miejsce spoczynku“, powiedzą. I ustawią się długim szeregiem, Birger Larson i mały Eryk, Gunhilda, a całkiem na ostatku jego własna córeczka.
Halfvor pokonywał w sobie płacz, lecz zawsze jeszcze udawał, że go ta rzecz nic nie obchodzi. Miał minę obojętną, wysunął jedną nogę naprzód i bawił się bukietem, który trzymał w ręku,
„Ale cóż się stało ze zmarłymi?“ zapytał.
„Amerykanie byli tu i zabrali swoje trumny“, odrzekli robotnicy. „Wszystkich, którzy tu kogoś pochowali uwiadomiono, ażeby zabrali swe trumny.
Nagle ten, który mówił, przerwał i przypatrzył się Halfvorowi. „Czy jesteś może z wielkiego domu przed bramą Damaszku? zapytał. „Ci którzy tam mieszkają, nie zabrali ani jednego z swych zmarłych“.
„Nie otrzymaliśmy uwiadomienia“, rzekł Halfvor. Wciąż jeszcze wywijał kwiatami w powietrzu. Twarz jego była skamieniała i zawsze jeszcze sta-