Strona:Selma Lagerlöf - Jerozolima cz. II.djvu/168

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„Może w istocie nie ma innego wyjścia i musimy wyjechać“.
Nagle zadźwięczał dzwon wzywający kolonistów na mszę i do zebrań w spólnej sali. Wszyscy byli wzburzeni i prawie przestraszeni, gdy zrozumieli, że pani Gordon zwołuje ich, aby omówić wspólnie sprawę powrotu. Szwedzi nie wiedzieli wprawdzie sami jeszcze dokładnie czego właściwie chcieli, ale była już pewna ulga w samej myśli, że mogą ujść śmierci i chorobie. To okazało się najwyraźniej w tem, że kilku z nich, którzy byli ciężko chorzy, wstali i ubrali się, aby udać się do sali zboru.
W sali nie było takiego spokoju i porządku jak podczas zwykłego posiedzenia. Nikt nie usiadł, ludzie tworzyli tu i ówdzie grupy i rozmawiali. Wszyscy byli bardzo wzburzeni, a najgorliwiej mówił Helgum. Poznano po nim, że on, który nakłonił Dalarczyków do wyjazdu do Jerozolimy, dręczony był obecnie ciężką odpowiedzialnością, jaką wziął na siebie. Chodził od jednego do drugiego, namawiając ich do powrotu.
Pani Gordon była bardzo blada, wyglądała znużona i cierpiąca i zdawała się być tak niepewną tego, co miała postanowić, że lękała się rozpocząć naradę. Nigdy jeszcze nie widziano jej tak niezdycydowaną.