Strona:Selma Lagerlöf - Jerozolima cz. II.djvu/151

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sądnego dnia. Tu nie sprawiono jej nawet porządnej stypy i nie odprowadzono jej na cmentarz przy dźwięku dzwonów, ani tez ksiądz nie przemówił nad jej grobem. Ale mimoto nie miałeś prawa wyrzucać jej z grobu. A chociaż nie zachowałem się w obec niej tak, jak dobry ojciec powinien, to zrozumiesz przecie, że nie jestem tak złym, abym ścierpiał, by ją z grobu wyrzucono“.
Halfvor podniósł kamień, zmierzył i byłby z pewnością rzucił, gdyby człowiek w tej chwili nie był się zatrzymał i odwrócił.
„Tu leżą“, rzekł.
Między kupami śmiecia i gruzami był głęboki dół i tam wrzucono czarne trumny kolonistów. Uczyniono to bez wszelkiej ostrożności, rzucając nieoględnie, tak iż niektóre stare trumny porozbijały się, a trupy były w nich odkryte. Inne trumny upadły odwrotnie i z pod spróchniałych wiek sterczały długie zeschłe ręce, które, jak się zdawało, usiłowały pchnąć trumnę do właściwego położenia.
Gdy Halfvor spojrzał w jamę, wzrok robotnika spojrzał na jego rękę, która tak gorączkowo obejmowała kamień, że końce palców aż zbielały. Od ręki podniósł oczy na twarz Halfvora, i musiał ujrzeć w niej coś strasznego, gdyż wydał głośny okrzyk i szybko uciekł.
Ale Halfvor nie myślał już o nim, był zupełnie przytłoczony tem, co widział. Najstraszniejszą