Strona:Selma Lagerlöf - Jerozolima cz. II.djvu/150

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rał się ukryć przed ludźmi obcymi, jakie męki przechodził.
„Ci których nie zabrano, leżą tam“, — rzekł robotnik, wskazując w dól. „Pokażę ci, gdzie leżą, abyście mogli je pochować“.
Człowiek poszedł naprzód, Halfvor zaś szedł za nim. Gdy przełazili przez zwalony mur, Halfvor podniósł kamień. Robotnik szedł spokojnie a Halfvor postępował za nim z kamieniem w ręku.
„Dziwne to, ze ten człowiek wcale się mnie nie boi“, rzekł Halfvor głośno po szwedzku, „że ma odwagę iść tuż przedemną. A przecie pomagał przy wyrzuceniu dziecka. Wyrzucił małą Małgosię na śmiecisko.
„Mała Małgosia, mała Małgosia“, mówił dalej, „śliczna moja dzieweczka powinna była leżeć w murowanej trumnie. A tu i w tym nędznym grobie nie dali jej spokoju!“
„Może właśnie ten człowiek wyrzucił ją z ziemi“, mruknął Halfvor, ważąc kamień w ręku. „Nigdy jeszcze nie czułem takiej ochoty rozbicia czegoś, jak tę oto ogoloną czaszkę pod tą czapką czerwoną.“
„Muszę ci powiedzieć, że to była mała Małgosia z ingmarowskiego dworu“, rzekł znów, prostując się „i właściwie powinna była leżeć obok Ingmara Wielkiego“. Pochodziła z takiej rodziny, że miała prawo spoczywać w grobie swym aż do