Strona:Selma Lagerlöf - Jerozolima cz. II.djvu/169

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Szwedzi milczeli prawie wszyscy. Byli zbyt chorzy i przytępieni, aby mogli sami powziąć postanowienie, czekali więc cierpliwie, co inni dla nich uradzą.
Kilka młodych amerykanek przyjęte były ogromną litością dla nich. Ze łzami w oczach prosiły, ażeby tych biednych chorych ludzi wysłano rychło do domu, zanim tu pomrą.
Gdy tak rozprawiano żywo za i przeciw otwarły się drzwi prawie bez szelestu i weszła córka Ingmarów Karina.
Karina zapadła i pochyliła się nadzwyczajnie. Postarzała się straszliwie; twarz jej była całkiem mała i ściągnięta, włosy posiwiały zupełnie.
Od śmierci Halfvora Karina rzadko wychodziła z swego pokoju. Siedziała samotnie w dużem krześle, które sporządził był dla niej Halfvor. Czasem cerowała lub szyła coś dla dwojga dzieci, które jej jeszcze zostało, najczęściej jednak siedziała z założonemi rękami patrząc cicho przed siebie.
Nie można było skromniej wejść do pokoju, niż Karina, lecz mimoto uciszyło się nagle w sali, gdy weszła, i wszyscy zwrócili się ku niej i spojrzeli na nią.
Powoli i pokornie przesuwała się Karina po sali. Nie szła środkiem pokoju, lecz wzdłuż ściany, aż doszła do pani Gordon.