Strona:Selma Lagerlöf - Jerozolima cz. II.djvu/189

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„Wyłażę tedy z pantofli i wchodzę do moszei El-Aska“, ciągnął Bo dalej. Czuł, że opowiadanie tej całej historyi przychodzi mu nadzwyczaj łatwo i tylko niepokoił się tem, jakim sposobem w końcu powie Gertrudzie, że nie może jej w rzeczywistości przynieść tej wody.
Gdy wchodzę, widzę natychmiast studnię na lewo wpośród całego lasu filarów. Wisi nad nią winda z powrozem i hakiem, tak że łatwo jest spuścić wiadra i napełnić je wodą. A powiadam ci, że woda, którą wyciągam ze studni jest zupełnie czysta i lśniąca. „Skoro Gertruda tylko zobaczy tę wodę i skosztuje ją, wyzdrowieje z pewnością“, myślę, wyciągając wiadra“.
„Ach, gdybyś już prędko mógł z niemi wrócić, rzekła Gartruda.
„Ach wiesz“, mówił Bo dalej, „teraz nie jestem wcale tak spokojnym, jak skoro przyszedłem. Teraz gdy już mam wodę, opanowuje mnie straszna trwoga że mogliby mi ją odebrać. I gdy zwracam się ku drzwiom, aby wyjść, czuję się jeszcze bardziej zatrwożonym, gdyż zdaje mi się, że słyszę wołania i krzyki“.
„Ach, cóż to się stało?“ zapytała Gertruda, a Bo widział że zbladła ze strachu. Ale wyobraźnia jego była tak podniecona zajęciem, z jakiem Gertruda oczywiście przysłuchiwała się jego opowiadaniu, że zawołał: