Strona:Selma Lagerlöf - Jerozolima cz. II.djvu/170

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Pani Gordon postąpiła parę kroków naprzeciw niej i podała jej rękę.
„Zgromadziliśmy się tu, aby naradzić się co do waszego powrotu“, rzekła pani Gordon do niej. „Jak zapatrujesz się na to Karino?“
Przez chwilę Karina zapadła się w sobie, jak gdyby ktoś wymierzył był w nią cios. W oczach jej zabłysła głęboka tęsknota. Z pewnością ujrzała przed sobą stary swój dwór i myślała o tem, że będzie mogła raz jeszcze usiąść przy ogniu w swej sali, lub stać u bramy i patrzyć, jak w piękny wiosenny poranek pędzono bydło na paszę.
Lecz trwało to tylko chwilkę; szybko wyprostowała się, a twarz jej przybrała zwykły wyraz nieugiętej wytrwałości.
„Powiem wam to jedno“, rzekła Karina po angielsku i tak głośno, że wszyscy obecni słyszeli. „Głos Boży powołał nas, abyśmy udali się do Jerozolimy. Czy ktoś z was słyszał może głos Boży wzywający was do powrotu?“
Głębokie milczenie zaległo w sali, gdy Karina wygłosiła swoje pytanie. Nikt nie ośmielił się od powiedzieć ani słowa.
Lecz Karina miała gorączkę, jak wszyscy inni, ledwie skończyła, mówić, widzieli obecni, że zachwiała się i byłaby upadła, dyby pani Gordon nie była jej otoczyła ramieniem i wyprowadziła.