Strona:Selma Lagerlöf - Jerozolima cz. II.djvu/132

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


O piękny dniu, radości mego oka
Nieba w swej lasce zesłały cię nam“...

Tuż przed Boem szedł stary kapral Flet. Jak zwykle zgromadził wszystkie dzieci dokoła siebie, oue czepiały się jego laski lub ciągnęły go za poły surduta. Bo, który pamiętał kaprala jeszcze z tych czasów, kiedy wszystkie dzieci przed nim uciekały, skoro go tylko ujrzały z daleka, myślał w duszy: „Nigdy przedtem nie widziałem go takim dumnym i sztywnym. Dumnym jest z tego, że go dzieci kochają i dlatego zapewne wąsy jego sterczą, jak szczeciny a nos jego jest jaszcze bardziej zakrzywiony, niż przedtem?“
W pośród gromady widział Bo także Hellguma, który >szedł, prowadząc jedną ręką żonę, a drugą swą piękną córeczkę, „Dziwna to rzecz“, pomyślał Bo, „Hellgum zeszedł zupełnie na drugi plan, odkąd przyłączyliśmy się do Amerykanów, bo też inaczej być nie mogło, ponieważ są to ludzie wybitni i mają dar wykładania słowa Bożego. Chciałbym wiedzieć, jak on to odczuwa, że ludzie podczas takiej wędrówki nie garnią się dokoła niego. Ale, że żona jego cieszy się, że ma go teraz całkiem dla siebie, to widać po jej zachowaniu się. Nigdy w życiu nie była tak szczęśliwą, jak teraz“.
Na czele pochodu szła piękna mis Young a obok niej szedł młody Anglik, który przed kilku laty przyłączył się do kolonii. Bo wiedział tak do-