Strona:Selma Lagerlöf - Jerozolima cz. II.djvu/165

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Teraz odezwał się Bo Ingmar Manson, który siedział dotychczas spokojnie słuchając, co inni mówili. Sam nie miał wprawdzie gorączki, nikt jednak nie pragnął bardziej świeżej wody od niego, gdyż Gortruda uległa również tej chorobie pragnienia. Dla niej łaknął tak silnie wody, iż zdawało mu się, że jego wargi zasychają, i nie mógł o niczem innem myśleć, tylko o źródłach i rzekach.
„Nie myślę o rzeczach tak świętych i cudownych, jak wy“, rzekł powoli, „ale od rana do wieczora myślę tylko o jednej rzece, która płynie wartko i przejrzyście, wodą lśniącą i świeżą“.
Chłopi spojrzeli nań z wielkiem napięciem wzroku.
„Myślę o strumieniu, do którego wpada wiele rzek i potoków, który wypływa z lasu szerokiem i głębokiem korytem i jest tak przejrzysty, iż można odróżnić każdy kamyk, błyszczący na dnie. I strumień ten nie wysechł, jak Kidron, i nie jest też snem tylko, jak rzeka, o której mówi Hezekiel, ani tak niemożliwym do odnalezienia, jak strumień Hiskiasza, lecz szumiąc toczy swe wody po dziś dzień. Myślę o Dalelfie, tam u nas w Dalarne“.
Nikt nie odrzekł ani słowa: wszyscy siedzieli z spuszczonemi powiekami. Odkąd padło słowo Dalelf, nikt nie mógł już myśleć o źródłach i rzekach Palestyny.