Jerozolima/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Selma Lagerlöf
Tytuł Jerozolima
Wydawca Księgarnia H. Altenberga
Data wydania 1908
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Felicja Nossig
Tytuł orygin. Jerusalem
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


SELMA LAGERLOF.
JEROZOLIMA
POWIEŚĆ
TŁUMACZYŁA
Dr. FELICYA NOSSIG.
Część I.
W DALARNE
LWÓW — KSIĘGARNIA H. ALTENBERGA - 1908.






Wstęp
Ingmarsonowie.
I.

Pewnego letniego poranku młody człowiek zaorywał swe pole ugorem leżące. Słońce świeciło rozkosznie, trawa wilgotniła się rosą, a powietrze było tak świeże, że to się nawet słowami nie da opisać. Konie rozbrykane cokolwiek rannem powietrzem, ciągnęły pług skoro, jak gdyby zabawkę. Biegły innym zupełnie kłusem niż zazwyczaj; młody człowiek musiał prawie biedź, aby im kroku dotrzymać.
Ziemia przeorana pługiem była czarno-brunatna i lśniła się od wilgoci i tłustości, a człowiek cieszył się, orząc, że wkrótce już będzie mógł posiać tu zboże. I pomyślał w duszy: „Skąd to pochodzi, że mnie czasem troska tak przygniata i życie ciężkiem mi się wydaje? Czegóż więcej potrzeba, jak słońca i pogody, aby być szczęśliwym, jak istota Boża tam w niebiosach?“
Długa i dość szeroka dolina przerznięta była mnóstwem żółtych i zielono-żółtych łanów siewnych, oraz skoszonych łąk koniczyny, kwiecistych pól kartoflanych i błękitem zakwitłych skib konopi, ponad któremi unosiła się niezliczona ilość białych motyli. I gdyby dla uzupełnienia całości, wznosił się w pośrodku doliny potężny, stary dwór pański, z licznemi, szaremi zabudowaniami gospodarskiemi i wielkim na czerwono pomalowanym domem mieszkalnym. Przed fasadą, stały dwie wysokie, rozgałęzione grusze, obok drzwi wchodowych kilka młodych brzóz, na podwórzu leżały wielkie pokłady drzewa opałowego, poza stodołą zaś wznosiły się olbrzymie sterty siana. Stercząc tak w pośród równiny, przedstawiał ten dwór pański widok tak wspaniały, jak gdyby olbrzymi okręt z masztami i żaglami wznoszący się ponad powierzchnię morza.
„I taki dwór jest twoją własnością! myślał orząc, młody wieśniak. „Porządnie ciosane budynki, piękny bydłostan i rącze konie, a parobczaki jak złoto! Możesz się równać z najbogatszym w powiecie i nie ma obawy, abyś kiedykolwiek zubożał“.
»To też ja nędzy się nie obawiam«, odpowiedział sam na własne swoje myśli. „Byłbym zadowolonym, gdybym mógł być być takim porządnym człowiekiem, jakim był mój ojciec i dziadek.
„Głupio, że mi się znów te myśli nasunęły« — rzekł, »byłem poprzednio tak wesoły. Ale gdy tylko, o tej jednej rzeczy pomyślę: Za życia ojca wszyscy sąsiedzi stosowali się do niego, i to we wszystkiem co czynił. Tego samego poranku, gdy rozpoczął żniwa, rozpoczynali je i inni, i tego samego dnia, gdy u nas zaczęto przeorywać pole ingmarowskiego dworu, wszyscy na całej dolinie wtykali również pług w ziemię. Ale teraz orzę już tu od kilku godzin, a żaden jeszcze nie wyostrzył pługa swego.
»Zdaje mi się jednak, że gospodarzę we dworze równie dobrze, jak którykolwiek z Ingmarów, synów Ingmarsonów“ rzekł. „Za siano dostałem więcej niż ojciec i usunąłem też wszystkie kwaśne rowy, które za jego czasu przerzynały rolę. I to także święta prawda, że lepiej obchodzę się z lasem, niżeli ojciec, i nie wypalam go, jak to on zwykł był czynić.
»Przykro to o tem myśleć«, rzekł młody wieśniak, i nie zawsze tak lekko nad tem przechodzę jak dziś. Gdy żył jeszcze ojciec i dziadek, wtedy mówili ludzie, że Ingmarsonowie tak długo już żyją na świecie, iż muszą wiedzieć jak Pan Bóg pragnie aby było, i błagali ich, aby rządzili wsią. Oni też ustanawiali księdza i kościelnego, oni oznaczali, kiedy ma być rzeka oczyszczona, i gdzie ma stanąć szkoła. Ale mnie nikt o radę nie pyta, ja nie mam nic do rozporządzenia.
„Dziwne to jednak, jak lekkie wydają się troski w tak piękny poranek. Śmieję się teraz prawie z tego wszystkiego. Jednak boję się, czy w jesieni nie będzie mi gorzej niż dotychczas. Gdy uczynię to, co zamyślam uczynić, wtedy w niedzielę ani ksiądz ani wójt nie zbliżą się do mnie przed kościołem i nie podadzą mi ręki, a dotychczas przecie zawsze to czynili. Nie wybiorą może mnie nawet do wydziału Stowarzyszenia dla ubogich, a już ani myśli o tem, abym został wybranym do Przełożeństwa kościoła.
„Nigdy myśli nie płyną mi tak dobrze, jak kiedy idę tak skibami za pługiem. Człowiek sam jeden i nic nie przeszkadza, chyba te wrony, co po skibach robaczków szukają«. Młodemu wieśniakowi zdawało się, iż myśli tak łatwo mu powstają w głowie, jak gdyby ktoś mu je szeptał do ucha. Ze zaś rzadko umiał myśleć tak jasno i wyraźnie, jak tego dnia, więc wesół był i w dobrym humorze. I zdawało mu się, że niepotrzebnie się troszczy i perswadował sobie, iż nikt przecie żądać odeń nie może ażeby popadł w nieszczęście.
Myślał o tem, że gdyby ojciec jego żył, mógłby go zapytać, tak jak przedtem zawsze we wszystkich trudnych sprawach o radę go pytał i niecierpliwił się mocno, iż nie ma ojca pod ręką i nie może się go natychmiast poradzić.
„Gdybym tylko znał drogę“, rzekł, i myśl ta zaczęła go bawić, „natychmiast poszedłbym do niego. Chciałbym wiedzieć, co też powiedziałby stary Ingmar, gdybym tak pewnego pięknego dnia przyszedł. Wyobrażam sobie, że siedzi we wielkim dworze, ma wiele pola i łąk, i wielkie stodoły i dużo gniadych krów, a żadnych czarnych ani pstrych, lecz wszystkie takie, jakie chciał mieć tu na ziemi. I gdy tak wchodzę do sali...“
Młody wieśniak nagle zatrzymał się na roli i zaśmiał się. Myśli te bawiły go niesłychanie i porywały go za sobą, tak że nie wiedział, czy jest jeszcze na ziemi. Zdawało mu się, że nagle znalazł się u swego starego ojca w niebie.
„Wchodzę do sali“, ciągnął dalej i widzę, że dokoła ścian siedzą wieśniacy i wszyscy mają rudawo — siwe włosy, i białe brwi i grubą dolną wargę, i są tak podobni do ojca jak jedno jaje do drugiego. Gdy widzę tyle ludzi jestem onieśmielony i staję przy drzwiach. Ale ojciec siedzi przy stole na czele i skoro mnie ujrzy, rzecze: — Witam cię młody Ingmarze, synu Ingmarsonów“. I ojciec wstaje i zbliża się do mnie. — „Chciałbym parę słów z wami pomówić ojcze! — mówię, ale widzę tu tyle obcych“. — Ach, ci wszyscy należą do naszej rodziny, rzecze ojciec, „wszyscy ci mężowie mieszkali w ingmarowskim dworze, a najstarszy z nich pochodzi nawet z czasów pogańskich“. — „Tak, ale ja chciałbym parę słów pomówić z Wami na osobności ojcze“.
„Ojciec patrzy dokoła i namyśla się, czy ma mnie zaprowadzić do izby; ale że to ja tylko jestem, więc idzie ze mną do kuchni. Ojciec siada na piecu, a ja na pniaku do rąbania drzewa. „Piękny tu macie dwór, ojcze« powiadam. — „Tak, wcale dobry« mówi ojciec. Ale jakże tam na ingmarowskim dworze „Wszystko dobrze“ powiadam. „Przeszłego roku dostaliśmy dwanaście koron za furę siana“. — Nie może być! mówi ojciec. „Zdaje mi się, żeś ty tu przyszedł, aby sobie żartować ze mnie młody Ingmarze “
„Mnie jednak źle się wiedzie“ powiadam. „Od wszystkich bezustannie słyszę, że wy ojcze byliście tak rozumni jak sam Bóg, ale o mnie nikt się nie troszczy“. — Czy nie wybrali cię do Rady gminnej? »pyta stary». — „Nie, ani do Rady szkolnej ani do przełożeństwa w kościele, ani do wydziału dla ubogich“. — Cóżeś ty takiego popełnił młody Ingmarze?“ — »Ach ludzie twierdzą, iż kto chce mieć staranie o ludzkie sprawy, musi przedewszysfckiem swoje własne interesa należycie załatwiać“.
„I zdaje mi się, że stary spuścił oczy i zastanawia się przez chwilkę. — »Musisz się ożenić Ingmarze, i postarać się o dobrą żonę“ — mówi nareszcie. — »Ależ tego właśnie nie mogę uczynić, ojcze“ — powiadam. »Na, biedniejszy wieśniak we wsi nie chce mi dać swej córki“. — „Powiedz mi w porządku, co to wszystko ma znaczyć, młody Ingmarze« mówi ojciec, a głos jego brzmi trochę żałośnie.
„Widzicie ojcze, przed czterema laty, w tym roku, kiedy objąłem dwór, starałem się o Brygitę w Bergskog». — „Poczekaj“ mówi ojciec, »czy w Bergskog żyje ktoś z naszego rodu?« Nie przypomina sobie już stary dokładnie, co się tu na ziemi dzieje. — »Nie, ale są to ludzie zamożni, i może przypomniecie sobie, że ojciec Brygity jest posłem do parlamentu«. — „Tak, tak, tak, tak, ale lepiej gdybyś się był ożenił z kobietą z naszego rodu, która zna stare zwyczaje i obyczaje“. — Święta prawda ojcze, sam to potem poznałem«.
„Przez chwilę siedzimy obaj z ojcem milcząco,, poczem ojciec zaczyna znów. Musiała być ładna?“ — »Tak, powiadam, miała ciemne włosy i jasne oczy i była kwitnąca ja róża. I była także dzielna, tak że matka cieszyła się, że chciałem się z nią ożenić. I wszystko byłoby dobrze poszło, tylko, widzicie, błąd był ten, że ona mnie nie chciała“.
— „Cóż to znaczy, kto się o to troszczy, co takie młode stworzenie chce“. — „Tak, to też rodzice zmusili ją ażeby przystała.
— Skąd wiesz, że ją zmusili? Zdaje mi się, iż powinna się była cieszyć, że dostanie męża tak bogatego jak ty, młody Ingmarze Ingmaronie«.
„Ach, nie cieszyła się wcale, ale bądź co bądź, dano już na zapowiedzi i oznaczono dzień wesela a przed ślubem Brygita sprowadziła się na dwór ingmarowski, aby matce pomagać w gospodarstwie. Bo matka starzeje się i jest już zmęczona ojcze“ — „Ale to wszystko jeszcze nic złego, młody Ingmarze? — mówi ojciec, zachęcając mnie.
„Ale właśnie owego roku był nieurodzaj na polu i kartofle nie udały się, i krowy pochorowały się, tak iż myśleliśmy z matką, że lepiej będzie — odłożyć wesele na przyszły rok i widzisz ojcze, myślałem, że wesele nie jest rzeczą tak ważną, skoro już wyszły zapowiedzi; zdaje się jednak, że to były myśli przestarzałe«. — „Gdybyś był wziął żonę z naszego rodu, byłaby cierpliwie czekała< — rzekł ojciec, — „O tak — odpowiedziałem — widziałem, że Brygicie nie podobała się ta zwłoka, ale, widzicie, zdawało mi się, że niestaje mi pieniędzy na wesele. Na wiosnę dopiero mieliśmy wasz pogrzeb, a oszczędności w kasie nie chciałem ruszyć“. — „Nie, bardzo słusznie postąpiłeś, żeś chciał czekać a — rzekł ojciec. — „Bałem się jednak, że Brygita nie będzie zadowolona, że chrzciny będą przed weselem“. „W pierwrzym rzędzie trzeba myśleć o tem, czy są pieniądze“ rzecze ojciec.
»Ale Brygita z każdym dniem była coraz bardziej smutna i dziwaczna, i nie rozumiałem wcale, co się z nią działo. Myślałem, iż tęskni do domu, bo kochała bardzo swych rodziców i dom swój. „To przejdzie“, myślałem, skoro się przyzwyczai. Będzie jej się z czasem podobało na ingmarowskim dworze“. Tak uspakajałem się na chwilę, lecz portem pytałem matki, dlaczego Brygita taka blada i zmieniona. Przychodziło mi wprawdzie na myśli, że Brygita gryzie się tem, że wesele odłożono, tem się jednak pytać ją oto. Wiecie ojcze, zawsze mówiliście mi, ażebym w tym roku, kiedy się ożenię, pomalował dom na czerwono. A właśnie w tym roku nie miałem na to pieniędzy. „Na przyszły rok, wszystko to będzie możliwe, myślałem sobie“.
Młody wieśniak szedł wciąż za pługiem i poruszał przytem wargami Był tak zatopiony w swych, myślach, że zdawało mu się, iż widzi przed sobą rzeczywiście twarz ojca. „Muszę ojcu wszystko dokładnie i jasno wyłożyć, ażeby mi mógł dać dobrą, radę“.
„Tak minęła zima i myślałem często, że gdy Brygita będzie wciąż nieszczęśliwa, wolę zrzec się jej i odesłać ją do Bergskog, lecz i na to było już zapóźno. Nadszedł maj i jednego wieczora spostrzegliśmy, że Brygita gdzieś się wymknęła. Szukaliśmy za nią przez całą noc, a nad ranem znalazła ją jedna z naszych służących.
„Trudno mi dalej mówić i milczę, ale ojciec pyta: „Nie była — broń Boże — nieżywa?“ — „Nie, nie ona« — mówię, a ojciec poznaje, że mój głos drży. — „Czy dziecko przyszło na świat?“ pyta ojciec. — „Tak, mówię, a ona zadusiła je. Leżało obok niej“. — Musiała stracić rozum?“ Nie, była była przy zdrowych zmysłach, lecz uczyniła to, aby się zemścić na mnie, za to, że ją wbrew jej woli zdobyłem. Nie byłaby jednak przecie uczyniła tego — mówiła, gdybym się był z nią ożenił, ale tak, myślała sobie, skoro nie chciałem oddać dziecku czci należnej, to nie powinienem wcale mieć dziecka“. — Ojciec teraz milczy zasmucony. „Czy cieszyłeś się nadzieją ojcowstwa, młody Ingmarze?“ pyta nareszcie — „Tak, mówię“ — To szkoda, żeś się wdał z taką złą kobietą“.
„Teraz siedzi zapewne w więzieniu? — pyta ojciec. — „Tak, skazali ją na trzy lata«. I dlatego nikt nie chce ci dać swej córki? — „Dlatego, ale też nikogo jeszcze nie prosiłem o to“. — »I dlatego nie masz poważania we wsi?« — »Ludzie mówią, że źle obeszłem się z Brygitą. Powiadają, że gdybym był tak rozumnym jak wy, ojcze, byłbym się z nią rozmówił i dowiedział się, dlaczego się martwi“. — „Nie łatwa to rzecz dla młodego człowieka poznać się na złej kobiecie“.
»Nie, ojcze — mówię — Brygita nie była złą, lecz była dumną«. — »To na jedno wychodzi«, rzecze ojciec.
»Widząc, że ojciec staje właściwie w mojej obronie, mówię: Wiele ludzi myśli, że mógłbym był rzecz tak urządzić, ażeby wszyscy myśleli, że dziecię urodziło się nieżywe. — „Dlaczego nie miałaby odcierpieć swej kary? rzecze ojciec. — „Powiadają, że za waszych czasów, bylibyście dziewczynie, która ją znalazła, zatkali gębę, tak iż rzecz nie byłaby się wydała« — Czy byłbyś się wtedy z nią ożenił?“ —,.Nie, wtedy nie potrzebowałbym się z nią żenić. Po kilku tygodniach odwołanoby zapowiedzi i byłbym ją odesłał rodzicom, bo jej się u mnie nie podobało«. »Tak, mógłbyś to był uczynić; nie można jednak żądać, ażebyś ty, będąc młodym był tak mądrym jak stary?».
„Cała wieś sądzi, że źle postąpiłem z Brygitą!“. — »Ona jednak postąpiła jeszcze gorzej, gdyż wniosła hańbę w dom uczciwych ludzi!« — „Lecz ja zmusiłem ją do małżeństwa». — »Powinna była cieszyć się tem«, rzecze ojciec.
»Nie sądzicie więc ojcze, że ona z mojej winy dostała się do więzienia?* — Sądzę że z własnej winy dostała się tam«. — „Wtedy wstaję i mówię zwolna: „Nie sądzicie więc ojcze, że powinienem zrobić coś dla niej. gdy na jesień wyjdzie z więzienia?“
— »Cóż możesz dla niej zrobić, czy chcesz się z nią ożenić?“ — »Zdaje mi się, że powinienem to uczynić«. — „Ojciec patrzy na mnie bystrem okiem i pyta« »Czy kochasz ją?«. — »Nie, miłość moją zabiła«. A ojciec na to spuszcza oczy i nie mówi nic, tylko myśli.
„Widzicie ojcze, nie mogę pokonać w sobie wyrzutu, że jestem powodem jej nieszczęścia«, mówię. Stary siedzi cicho i nie odpowiada — „Gdy widziałem ją poraz ostatni podczas rozprawy, była bardzo nieszczęśliwa i płakała gorzko, że niema już dziecka. — Nie powiedziała mi złego słowa, całą winę przyjęła na siebie. Wiele obecnych płakało ojcze, i sędzia nawet miał w oczach łzy. To też dali jej tylko trzy lata«.
»Ale ojciec milczy.
Ciężkie będzie miała życie w jesieni, gdy wróci«, mówię. »W Bergskog nie będą, się cieszyli jej powrotem. Sądzą, że przyniosła im hańbę i nie można wiedzieć, czy nie będą jej czynili wyrzutów. Będzie się musiała kryć w domu; kto wie, czy odważy się pójść do kościoła. Będzie jej trudno żyć w każdym kierunku“.
»Ale ojciec milczy.
»Ale i dla mnie trudno będzie ożenić się z nią“ mówię, kto posiada wielki dwór, temu nie wypada mieć żonę, na którą parobcy i dziewki spoglądają z góry. — Matka również nie byłaby zadowolona i zdaje mi się, że nie moglibyśmy zapraszać do siebie bogatych gospodarzy ani na pogrzeby, ani na wesela.
„A ojciec wciąż milczy.
»Widzicie ojcze, przy rozprawie starałem się pomódz jej, o ile mogłem; powiedziałem sędziemu, że wina moja, gdyż zmusiłem ją. Powiedziałem też, że uważam ją do tego stopnia za niewinną, że gdyby zmieniła swoje usposobienie dla mnie, ożeniłbym się z nią tego samego dnia. Powiedziałem to, ażeby otrzymała mniejszą karę. Ale chociaż pisała do mnie dwa razy, nic nie wskazuje n żeby zmieniła swoje usposobienie. Zrozumiecie więc ojcze, ze nie jestem obowiązany żenić się nią, dla owych słów.
»A ojciec wciąż siedzi i myśli i milczy.
„Wiem dobrze, że to znaczy pojmować rzecz na sposób ludzki, a my, Ingmarsonowie chcieliśmy zawsze postępować wedle Bożego przykazania. Czasami jednak zdaje mi się, że Bóg może nie pochwaliłby tego, gdyby tak wywyższono zabójczynię.
„Ale ojciec milczy“.
„Pomyślcie tylko ojcze, jak to przykro spowodować czyjeś cierpienie i nie próbować mu pomódz. Zdaje mi się, że wszyscy we wsi, wzięliby mi to za złe, ale te trzy lata minione były dla mnie tak ciężkie, że muszę koniecznie spróbować uczynić coś dla niej, gdy będzie wolna«.
„Ojciec siedzi nieruchomo“.
„Już mi się prawie na płacz zbiera, i mówię: Widzicie, ojcze, jestem młodym człowiekiem i stracę wiele, jeżeli się z nią ożenię. Ludzie sądzą, żem źle postąpił, a jeżeli to uczynię będą mnie jeszcze gorzej potępiali.
„Nie mogę jednak wydostać ani słowa od ojca.
»Myślałem także ojcze, że to rzecz dziwna, że my, Ingmarsonowie od tylu lat siedzimy we dworze naszym, gdy inne dwory często zmieniają właścicieli. I myślę sobie, że to może dlatego, iż Ingmarsarnowie zawsze usiłowali kroczyć drogą przez Boga wskazaną. My, Ingmarsonowie nie mamy potrzeby obawiać się ludzi, skoro kroczymy tylko drogą przez Boga wskazaną.
„Teraz starzec podnosi wzrok i mówi; „Trudna to sprawa, Ingmarze, wejdę do sali i poradzę się innych Ingmarsonów.
„Ojciec wstaje i wraca do sali, ja zaś zostaję. Czekam i czekam, ale ojciec nie wraca. Znużony nareszcie kilkugodzinnem czekaniem, wchodzę do ojca.
„Czekaj cierpliwie na dworze, Ingmarze“, mówi ojciec „to trudna sprawa“. I widzę wszystkich starców, jak siedzą z przymkniętemi oczyma i myślą. Czekam więc znów, czekam i jeszcze wciąż — czekam — — —

∗             ∗

Młody wieśniak szedł uśmiechając się za pługiem, który posuwał się zwolna, jak gdyby konie potrzebowały odpoczynku. Gdy doszedł do brzegu rowu, przyciągnął cugle i zatrzymał pług; spoważniał zupełnie.
„Dziwna to rzecz, jeżeli kogoś o radę pytamy, to już pytając spostrzegamy sami co słuszne, a co niesłuszne; i poznaje się zaraz, czego się przez długie trzy lata nie poznało. Ha! Niechaj się dzieje wola Boża!“
Czuł, że musi coś uczynić. Lecz równocześnie rzecz wydawała mu się tak trudną, że odwaga opuszczała go, gdy tylko myślał o tem.
„Boże, dopomóż mi, myślał — — —“
Ingmar Ingmarson nie był jednakowoż jedynym człowiekiem, który o tak rannej porze był w drodze.
Na ścieżce wijącej się wpośród pól zbożowych szedł stary człowiek. Łatwo było odgadnąć, jakie miał zajęcie, gdyż miał oparty o ramię długi penzel malarski i był od czapki do butów zbryzgany czerwoną farbą. Rozglądał się często, jak zwykle czynią wędrujący malarze, aby odkryć dwór niepomalowany, lub na którym farba się zatarła. Zdawało mu się, że tu i ówdzie spostrzega coś podobnego, ale nie mógł się zdecydować, do którego się zbliżyć. Nakoniec wyszedłszy na małe wzgórze, spostrzegł dwór ingmarowski rozłożony potężnie i obszernie w dolinie. „Ach mój Boże! Zawołał głośno i przystanął z radości; ten dom już od stu lat nie był malowany, poczerniał zupełnie ze starości, a budynki gospodarskie w ogóle nigdy farby nie widziały. I co za mnogość domów!“ zawołał „Tu będę miał robotę aż do jesieni!“
Zaledwie uszedł parę kroków, spostrzegł człowieka za pługiem. „Oto wieśniak, który tu mieszka i zna okolicę, pomyślał malarz, od niego dowiem się, czego mi o dworze wiedzieć trzeba“. Skręcił więc z drogi na pole i zapytał Ingmara, co to za dwór i czy sądzi, ze właściciel zechce go dać pomalować“.
Ingmar Ingmarson zadrzał i spojrzał na człowieka ze strachem, gdyby na widmo „Doprawdy, zdaje mi się, że to malarz,“ pomyślał, „i przychodzi właśnie w tej chwili!“ Był tak wzruszony, iż nie mógł słowa odpowiedzieć.
Przypomniał sobie wyraźnie, że ilekroć ktoś ojcu mówił: „Powinniście dać pomalować wasz stary, brzydki dom“, ojciec odpowiadał zawsze, że uczyni to w tym roku, kiedy się Ingmar ożeni.
Malarz pytał raz drugi i trzeci, ale Ingmar stał zupełnie nieruchomo, jak gdyby nie rozumiał.
„Czyżby ci w niebie nareszcie znaleźli odpowiedź?“ pytał w duszy. „Może to poselstwo od ojca, ażebym się w tym roku ożenił!“
Tak go ta myśl uderzyła że bez dalszego namysłu, przyrzekł malarzowi robotę.
Potem szedł dalej za pługiem w głębokiem wzruszeniu i prawie szczęśliwy. „Teraz nie będzie mi już tak trudno, uczynić to, skoro wiem na pewno, że ojciec tego chce“, rzekł.

II.

W kilka tygodni później Ingmar zajęty był czyszczeniem uprzęży. Wyglądał, jak gdyby był nie w humorze i robota szła mu powoli. „Gdybym był Panem Bogiem...“ pomyślał i zabrał się z nową energią do roboty; potem zaczął na nowo: „Gdybym był Panem Bogiem, postarałbym się o to, ażeby każda rzecz była wykonana w tej samej chwili, kiedy była postanowiona. Nie zostawiłbym ludziom tyle czasu namyślać się i zastanawiać się nad każdą rzeczą, która im wejdzie w drogę. Mniejsza o to, czy mieliby dość czasu, aby oczyścić uprzęż i pomalować wóz; zabrałbym ich prosto od pługa“.
Wtem usłyszał turkot powozu na ulicy spojrzał i poznał natychmiast konie i powóz.
Przyjeżdża pan deputowany z Bergskog!“ zawołał do kuchni, gdzie matka jego była przy pracy. Wkrótce też słyszano, iż rozdmuchała ogień i wprawiła w ruch młynek do kawy.
Deputowany zajechał na podwórze; nie zsiadł jednak z powozu. „Nie, dziękuję, nie mogę wejść“, rzekł, „chciałbym tylko parę słów z tobą pomówić Ingmarze. Nie mam wiele czasu, bo mam posiedzenie w Radzie gminnej“.
— „Matka zaraz kawę przyniesie“, rzekł Ingmar“. — „Dziękuję, dziękuję, ale spieszno mi, aby przybyć w czas“. — „Dawno już, odtąd ostatni raz był pan u nas“, rzekł Ingmar.
Matka wyszła przed drzwi i prosiła również aby wszedł. „Pan deputowany nie zechce wszakże odjechać, zanim nie napije się filiżanki kawy“, rzekła Ingmar odpiął skórę u powozu i deputowany wstał. „O, skoro matka Marta sama zaprasza, muszę być posłusznym“, rzekł.
Był to słuszny, piękny, żywych ruchów człowiek, który należał do zupełnego innego typu ludzi, niż Ingmar i jego matka, ci bowiem mieli brzydkie, zaspane twarze i ociężałe postacie. Miał jednak wielki szacunek przed starym rodem ingmarowskim i chętnie byłby oddał swą piękną powierzchowność, aby tak wyglądać jak Ingmar i być jednym z Ingmarsonów. W obec córki swej stawał zawsze po stronie Ingmara i czuł się szczęśliwym, że go tak dobrze przyjęto.
Gdy matka Marta po chwili wniosła kawę, wystąpił ze swoją sprawą.
„Chciałbym“, rozpoczął i odchrząknął, chciałbym powiedzieć wam, co zamierzamy uczynić z Brigitą“. Filiżanka zadrżała cokolwiek w ręce matki Marły, tak iż łyżeczka zadzwoniła o podstawkę; potem nastała niemiła cisza.
— „Sądziliśmy, że najlepiej będzie, ażeby wyjechała do Ameryki“. Zatrzymał się znów i znów nastała cisza. Westchnął nad ociężałością tych ludzi — „Kupiliśmy już dla niej bilet“. — „Czy nie wróci do domu?“ zapytał Ingmar. — „Nie, cóżby robiła w domu?“
Ingmar zamilkł ponownie. Oczy miał przymknięte i siedział tak spokojnie, gdyby spał. Natomiast matka Marta poczęła pytać: „Potrzeba jej pewnie odzieży?“ — „Jest już wszystko w porządku, u kupca Löfberga, gdzie zwykle zajeżdżamy w mieście, stoi już dla niej kufer opakowany“. — „A matka nie pojedzie do niej, aby się z nią jeszcze widzieć?“ „Matka chciała jechać do niej. ale roztrzygnąłem, iż lepiej będzie jeżeli nie będą się widziały“.
— „Może to i dobrze“. — „Bilet i pieniądze złożone są u kupca Löfberga dla niej, będzie więc miała wszystko, czego jej potrzeba“.
„Sądziłem, że Ingmar powinien o tem wiedzieć, ażeby już nie martwić się tą sprawą“, rzekł deputowany. Teraz i matka Marta umilkła, chustka z głowy zsunęła jej się na szyję; siedziała spoglądając na swój fartuszek. „Teraz Ingmar musi pomyśleć o nowem małżeństwie“. Matka i syn milczeli. „Matka Marta potrzebuje pomocy w gospodarstwie, Ingmar zaś musi postarać się o to, aby miała starość spokojną“. Deputowany umilkł i pytał się w duszy, czy też ci ludzie słyszą, co do nich mówi. „Ja i moja żona chcielibyśmy szczerze naprawić wszystko rzekł nakoniec.
Ingmar zaś czuł, że wielka radość budzi się w jego sercu. Brygita pojedzie do Ameryki, nie będzie więc zmuszony żenić się z nią. I nie będzie morderczyni matką rodu na dworze ingmarowskim. Siedział tak spokojnie, bo nie uważał za stosowne okazać swą radość, teraz jednak wydawało mu się stosownem coś powiedzieć. Deputowany umilkł również. wiedział bowiem, że Ingmarsonom trzeba wiele czasu do namysłu. Nareszcie odezwała się matka Ingmara. „Tak, Brygita odcierpiała swą karę, teraz na nas kolej“. Stara chciała przez to powiedzieć, że gdyby deputowany zażądał jakiejś pomocy od Ingmarsonów w nagrodę za to, że wyrównał im drogę, to nie usunęliby się od tego Ingmar jednak zrozumiał te słowa inaczej. Zadrżał i zdawało się, jak gdyby obudził się ze snu. „Cóżby na to powiedział ojciec?“ pomyślał. „Gdybym mu teraz rzecz przedłożył, co by też powiedział?“
„Nie myśl sobie, że wolno ci szydzić ze sprawiedliwości Bożej“, — odezwie się ojciec „Nie myśl sobie, że Pan Bóg puści ci to bezkarnie, jeżeli całą winę złożysz na Brygitę. Jeżeli ojciec jej chce ją odepchnąć, aby ci zrobić przyjemność, aby pieniądze u ciebie pożyczyć, to ty jednak musisz kroczyć drogą przez Boga wskazaną, ty młody Ingmarze Ingmarsonie“.
„Doprawdy zdaje mi się, iż stary ojciec w tej sprawie czuwa nademną,“ pomyślał, pewnie przysłał tu ojca Brygity, aby mi pokazać, jak źle byłoby złożyć całą winę na nią, biedaczkę. Pewnie widział, że w ostatnich dniach miałem wielką ochotę uciekać“.
Ingmar wstał, wlał trochę koniaku do swej kawy i wzniósł filiżankę: „Dziękuję panu deputowanemu, że przybył dziś do nas“, rzekł i uderzył o jego filiżankę.

III.

Przez całe przedpołudnie Ingmar pracował gorliwie około brzóz przed wejściem. Naprzód zrobił rusztowanie i powyginał potem wierzchołki drzew tak, iż utworzyły bramę. Drzewa niełatwo się uginały, wyrywały się wciąż i znów były wyprostowane, jak świeca. „Co ty tu robisz?“ zapytała matka Marta. — „Ach chciałbym, żeby drzewa przez jakiś czas w ten sposób rosły.“ Nadeszło południe, a po obiedzie służba wyszła na podwórze aby się przespać. Ingmar Ingmarson spał także, ale leżał na szerokiem łóżku w izdebce za salą. Jedyna tylko gospodyni nie spała; siedziała w sali i robiła pończochę.
W tem otwarły się z cicha drzwi i weszła stara kobieta, nosząca dwa wielkie kosze na drągu zawieszone na karku. Z cicha powiedziała: dzień dobry, usiadła na krześle obok drzwi i nie mówiąc ani słowa, uniosła pokrywy z koszów. Jeden pełny był sucharów i precli, drugi świeżych bułeczek. Gospodyni szybko zbliżyła się i wybrała co uważała za potrzebne. Była zresztą w wydawaniu bardzo oględna, ale dobremu pieczywu nie potrafiła się oprzeć.
Wybierając bułeczki rozmawiała z kobietą, która jak wszystkie tego rodzaju osoby, wędrujące z dworu do dworu i stykające się z wielu ludźmi, miała biegły języczek. — „Jesteście rozumną kobietą Katarzyno, i można wam zaufać“, rzekła matka Marta.
„O tak, odpowiedziała Katarzyna, gdybym nie umiała zamilczeć tego co wiem, ludzie nieraz za łby by się brali“. — „Czasem jednak za dużo milczycie, Katarzyno“. — Stara spojrzała, i natychmiast zrozumiała o czem matka Marta myślała. „Jak mi Bóg miły“ rzekła, i miała łzy w oczach. „Mówiłam z żoną deputowanego w Bergskog, ale powinnam była przyjść do was“. — „Tak. więc mówiliście z żoną posła do parlamentu?“ Niesłychana pogarda brzmiała w tonie, którym wyrzekła te słowa.
Ingmar Ingmarson zerwał się ze snu, gdy się drzwi do sali z cicha otwarły. Nikt nie wszedł wprawdzie, zostały tylko przymknięte. Nie wiedział czy otworzyły się same, czy ktoś je otworzył. Lecz na wpół senny jeszcze leżał spokojnie i słyszał tylko, że w drugiej izbie rozmawiano.
„Powiedźcie mi tylko Katarzyno, zkąd dowiedzieliście się, że Brygita nie kochała Ingmara“, rzekła matka. — „Ależ zawsze mówiono, że ją rodzice zmusili“, rzekła kobieta wymijająco.
— „Mówcie szczerze Katarzyno; jeżeli was pytam, możecie bez ceremonii prawdę powiedzieć. Chyba potrafię jeszcze wytrzymać to, co mi możecie powiedzieć“.
„Otóż, powiem wam, że ilekroć w owym czasie przychodziłam do Bergskog, zawsze zastawałem ją zapłakaną. Raz, gdyśmy obie same były w kuchni, rzekłam do niej: „Pięknego męża będziesz miała, Brygito!“ — Spojrzała na mnie, jak gdyby myślała że chcę z niej szydzić: A potem rzekła: „Tak, toś dobrze powiedziała, piękny bo piękny“. Powiedziała to w taki sposób, że zdawało mi się, iż widzę przed sobą Ingmara Ingmarsona; nie jest co prawda piękny, ale nigdy przedtem nie myślała! o tem, bo miałam zawsze ogromne poważanie dla Ingmarsonów. Lecz teraz nie mogłam się wstrzymać od śmiechu. Brygita raz jeszcze spojrzała na mnie i powtórzyła: „piękny bo piękny“, potem szybko odwróciła się, pobiegła do izby i słyszałam że płakała.
Ale odchodząc, myślałam sobie: wszystko będzie dobrze, bo u Ingmarsonów zawsze wszystko jest dobrze. Nie dziwiłam się rodzicom Brygity, bo gdybym miała córkę a Ingmar Ingmarson chciał ją poślubić, nie dałabym jej także spokoju, aż dokąd by przystała.
Ingmar leżał na łóżku i słuchał. Matka robi to umyślnie“ pomyślał, „dziwi się, że maluję dom, stawiam bramę powitalną i myśli, że mam zamiar pojechać i sprowadzić Brygitę, nie wie wcale, że ze mnie taki głupiec, który się nie może zdobyć na to“.
„Gdy następny raz widziałam Brygitę“, mówiła kobieta dalej, „była już tu na ingmarowskim dworze Nie mogłam się zaraz pytać jak jej się powodzi, bo było wiele ludzi w pokoju, ale gdy odeszłam i podążyłam ku laskowi, poszła za mną. „Katarzyno — rzekła — czy byliście niedawno w Bergskog? — „Przedwczoraj byłam tam“ rzekłam.
„Ach mój Boże“, przedwczoraj byliście, a mnie się zdaje, że już lata całe nie byłam w domu“. — „Niewiedzizałam co jej odpowiedzieć, wyglądała tak, jak gdyby miała natychmiast wybuchnąć płaczem, gdybym cokolwiek powiedziała. „Możesz przecie kiedyś pójść do domu i dowiedzieć się, jak się mają“, rzekłam. — „Nie, odpowiedziała, zdaje mi się, że nigdy już nie powrócę do domu“. — Wybierz się kiedyś do domu“ rzekłam do niej, „tam tak pięknie w górach, cały las pełny poziomek a ogorzeliska czerwone są od jagódek.“ — O mój Boże! zawołała — robiąc wielkie oczy — czy doprawdy już są jagódki? — „Tak jest, i nie trudno ci będzie uwolnić się na jeden dzień i pójść się najeść jagódek do syta.“ — „Nie, nie mogę tego uczynić“ rzekła. Jeżeli pójdę do domu, to potem będzie mi jeszcze gorzej, gdy wrócę tu“.
„Słyszałam zawsze, że u Ingmarsonów jest dobrze“, rzekłam. „To ludzie dobrzy“, — „Tak, od rzekła, to dobrzy ludzie“. — „Nalepsi z całej wsi“ rzekłam, „i są uczciwi“. — „Tak, tego przecież nie uważa nikt za nieuczciwość, jeżeli ktoś bierze żonę wbrew jej woli“. — „Są także bardzo mądrzy“. Tak, zamilczają to, co wiedzą“. — Czy nigdy nie mówią?“ — Nikt z nich nie mówi więcej, niż ta co najpotrzebniejsze“
— „Chciałam już odejść, ale przypomniałam sobie jeszcze coś i zapytałam: „Czy wesele sprawiać się będzie tu, czy u was w domu?“ — „Ma się tu odbyć we dworze, bo tu więcej miejsca“. — „Starajże się, aby wesela zbyt długo nie odkładano“, rzekłam. — „Ma się odbyć za cztery tygodni“, odpowiedziała.
Gdy już jednak miałam ją opuścić, przyszło mi na myśl, że na ingmarowskim dworze nieudały się żniwa, powiedziałam jej, że szczerze mówiąc, nie sądzę, ażeby wesele odbyło się jeszcze w tym roku.
— „Jeżeli tak, to utopię się chyba“ rzekła Brygita.
O miesiąc później słyszałam, że wesele odłożono i obawiałam się, ażeby się coś złego nie stało, poszłam więc do Bergskog i mówiłam z żoną deputowanego. „Oni tam zupełnie złe zabierają się do rzeczy“, rzekłam. „Cóż, musimy zgodzić się na to, jak oni to urządzają“ — odrzekła. Co dzień dziękuj emu Bogu, żeśmy naszą córkę tak dobrze zaopatrzyli“.
„Matka niepotrzebnie sobie tyle pracy zadała, pomyślał Ingmar Ingmarson“, bo nie ma tu we dworze takiego człowieka, któryby chciał pojechać do miasta i przywieść Brygitę. Niepotrzebnie bała się tej bramy powitalnej, to uczyniło się tylko tak, aby módz Panu Bogu powiedzieć: „miałem zamiar to uczynić, to jest dowodem, że miałem zamiar“.. Ale rzeczywiście wykonać, to zupełnie co innego“.
„Kiedy po raz ostatni widziałam Brygitę — ciągnęła Katarzyna dalej, „była już zima i śnieg leżał wysoki. Szłam przez gęsty las wązką ścieżyną; trudno mi było chodzić, bo zaczęło tajać i nogi ślizgały mi się w roztopionym śniegu. Wtem ujrzałam człowieka, który siedział w śniegu i wypoczywał, a gdy się zbliżyłam, poznałam Brygitę. „Sama tak przechadzasz się po lesie? zapytałam“. Tak przechadzam się — odrzekła. Stanęłam i spojrzałam na nią, gdyż nie rozumiałam, po co tu przyszła. „Patrzę, czy nie znajdę tu gdzie stromej skały“, rzekła Brygita. — Zlituj się Boże, nie zechcesz przecie rzucić się ze skały?! zawołałam, bo wyglądała doprawdy tak, jak gdyby już żyć dłużej nie chciała. „Tak, rzekła, gdybym tylko znalazła wysoką i stromą skałę, rzuciłabym się“. Wstydź się Brygito, tak ci tu przecież dobrze. — Widzicie Katarzyno, to ja jestem zła.“ — „Zdaje się doprawdy“.
— „Tak, stałam się złą, gdym się tu wprowadziła“. Potem przystąpiła blizko do mnie z pomieszanemi oczyma i rzekła: „Oni myślą tylko o tem, jakby mnie dręczyć, a ja także myślę tylko o tem, jakby ich dręczyć“. — „Ależ nie Brygito, to dobrzy ludzie“, — „Oni my ślą tylko o tem, jakby mnie w hańbę wtrącić“.
— „Czy mówiłaś z nimi o tem?“ — „Nie mówię nigdy z nimi. Myślę tylko o tem, aby im coś złego wyrządzić.“
„Tak, myślę o tem, czyby nie podpalić dworu; wiem że on jest ogromnie do dworu przywiązany. Potem namyślam, się, czyby nie podać krowom trucizny; są takie brzydkie i stare, i mają białe oczy, jak gdyby były w pokrewieństwie z nimi“.
„Pies, co szczeka, nie ukąsi“ — mówię. „Tak, muszę im coś złego wyrządzić, rzekła, przedtem nie będę miała spokoju“. — „Sama nie wiesz, co mówisz, — rzekłam, stracisz nareszcie na zawsze spokój duszy“.
Wtedy zmieniła ton i zaczęła płakać. Zmiękła i powiedziała, iż trudno jej bardzo zwalczyć złe myśli, które ją opadają. Odprowadziłam ją potem na dwór ingmarowski a gdyśmy się pożegnały, przyrzekła mi, że nic złego nie zrobi, bylebym tylko nikomu nic nie mówiła.
„Potem zastanawiałam się nad tem, z kim mam o tem mówić“, rzekła Katarzyna, „bo nie mogłam się zdecydować iść do tak poważnych ludzi jak wy...
W tej chwili zadzwonił dzwon wzywający na obiad w budynku stajennym; skończył się spoczynek południowy. Matka Marta pożegnała co żywo Katarzynę. „Słuchajcie Katarzyno, jak wam się zdaje, czy między Ingmarem a Brygitą może jeszcze być dobrze?“ — Co? — zapytała stara zdumiona. — „Myślę tak, — gdyby ona nie pojechała do Ameryki, czy sądzicie że wyszłaby za niego?“ „Skądże mogłabym to wiedzieć? Jednak zdaje mi się, że to niemożliwe.“ — „Odmówiła by mu“ — „Pewnie, że tak“.
Z nogami zwieszonemi nad krawędzią, siedzi a Ingmar w izbie na łóżku. „Teraz dowiedziałeś się czego ci było potrzeba, Ingmarze, i zdaje mi się że pojedziesz jutro“ rzekł i uderzył pięścią o łóżko „Ze jednak matce może się zdawać, iż mnie powstrzyma, jeżeli mi pokaże, że mnie Brygita nie kocha“.
I znów raz i drugi uderzył o krawędź, jak gdyby w myślach zwalczyć chciał coś twardego co mu opór stawiało. „Teraz spróbuję raz jeszcze. My Ingmarsonowie rozpoczynamy zawsze na nowo jeżeli coś się popsuło. — Prawdziwy mężczyzna nie zniesie tego, ażeby kobieta ze złości ku niemu zwaryowała.
Nigdy jeszcze nie odczuwał tak głęboko, jakie odniósł upokorzenie i palił się żądzą za jakiemkolwiek zadośćuczynieniem.
„To chyba djabli by nadali, gdybym niepotrafił doprowadzić do tego, ażeby Brygita na ingmarowskim dworze była szczęśliwa“! rzekł.
Raz jeszcze uderzył o krawędź łóżka, zanim udał się do swej roboty.
„Jak mi Bóg miły, tak to Wielki Ingmar przysłał mi tu Katarzynę, ażeby mnie nakłonić do odbycia tej podróży do miasta!“

IV.

Ingmar Ingmarson dojechał do miasta i szedł teraz zwolna drogą, ku głównemu więzieniu powiatowemu, które sterczało wysoko na małem wzgórzu poza miejskiemi plantami. Nie oglądał się wcale lecz wlókł się ze spuszczonemi w dół powiekami tak ociężale, jak gdyby był starcem.
Ze względu na poważną sprawę zdjął był swój barwny strój narodowy i włożył czarne sukienne ubranie z krochmalnym przodem białym, trochę już zmiętym. Był w uroczystym nastroju, ale zarazem pełen trwogi i niechęci.
Teraz stanął na wielkim placu wysypanym piaskiem przed więzieniem, ujrzał strażnika i zapytał czy Brygita, córka Erika wyjdzie dziś z więzienia. „Tak, zdaje mi się, że dziś kogoś wypuszczają“ — odrzekł strażnik. — Czy to ta, co siedziała za dzieciobójstwo? — zapytał Ingmar. »Tak to ona; dziś rano mają ją wypuścić«.
Ingmar nie odszedł lecz stanął pod drzewem aby poczekać; ani razu nie odwrócił oczu od bramy więziennej. »Wielu z tych, którzy tu weszli nie miało przyjemnego życia« pomyślał. „Nie chcę przesadzać, ciągnął dalej w myśli, ale niejeden może z tych, co tu weszli miał mniej ciężkie życie, niż ja, będąc wolny«.
„Tak, tak, Wielki Ingmar przecie dokonał tego, że dziś narzeczoną swą z więzienia zabiorę“ rzekł znów. »Nie mogę jednak twierdzić, iż młody Ingmar cieszy się z tego; wolałby był, iżby narzeczona wyszła doń przez bramę tryumfalną z matką u swego boku, wiodącą ją do narzeczonego, I wszyscy w licznem gronie gości weselnych pojechaliby do kościoła. A narzeczona siedziałaby w pięknym stroju obok niego, uśmiechając się pod ślubnym wiankiem«.
„Brama otwarła się kilkakrotnie; wyszedł proboszcz, wyszła żona dyrektora więzienia i służące jej, zdążające do miasta; nareszcie wyszła Brygita. Gdy brama się otwarła, czuł Ingmar, że mu się serce ścisnęło. »Teraz ona idzie“, pomyślał. Przymknął oczy, był jakby sparaliżowany i nie ruszył się. Gdy ochłonął i spojrzał, stała na stopniu przed bramą.
Widział, że zatrzymała się na chwilę. Odsunęła chustkę z głowy i jasnemi oczami patrzyła w dal. Więzienie leżało wysoko ponad miastem i po przez okoliczne miejscowości i lasy mogła ujrzeć góry swej wsi rodzinnej.
Teraz spostrzegł Ingmar, że jakaś niewidzialna moc potrząsa nią i przygnębia ją. Zakryła rękami twarz i usiadła na stopniu.
Ze swego miejsca słyszał wyraźnie, że płakała.
Przeszedł przez plac żwirem przysypany, stanął obok niej i czekał. Płakała tak gwałtownie, że nie słyszała nic i musiał długo czekać. — »Nie, płacz tak Brygito«, rzekł nareszcie. — »Oh Boże! to ty jesteś tu?« zawołała. W tej chwili wszystko co mu wyrządziła stanęło jej przed oczyma wyraźnie, i równie wyraźnie zrozumiała, ile go kosztować musiało to przyjście. Wydała okrzyk radości rzuciła mu się na szyję i płakała znowu
„Ach, jakże pragnęłam, abyś przyszedł! rzekła.— Ingmarowi serce mocno uderzać zaczęło, że cieszyła się jego przyjściem.
„Co mówisz Brygito, czy doprawdy tęskniłaś za mną?“ — zapytał wzruszony. — »Tak, chciałam cię prosić o przebaczenie«.
Lecz Ingmar wyprostował się zupełnie i stał się zimnym jak posąg kamienny. — „Znajdzie się już ku temu. sposobność“ rzekł, „sądzę jednak, że nie możemy tu dłużej stać“. — Nie, to nie jest stosowne miejsce“, rzekła z pokorą. — Zajechałem do kupca Lofberga“, rzekł Ingmar odchodząc. — Tam stoi też mój kufer“. — „Tak widziałem, że stoi tam“ — rzekł Ingmar, „jest za wielki, aby go z tyłu na wóz postawić, musimy go tu zostawić i potem posłać po niego“. — Brygita stanęła i spojrzała na Ingmara. Była to pierwsza aluzya, że ma zamiar wziąć ją ze sobą do domu. — „Otrzymałem dziś list od ojca; pisze mi, że ty również jesteś za tem, ażebym wyjechała do Ameryki“. — Sądziłem, że dobrze będzie, jeżeli będziesz miała wybór; nie byłem pewnym, czy zechcesz iść ze mną“. Zauważyła, że nie powiedział, iż sam sobie tego życzy, przyczyną jednak mogło być to, że nie chciał jej na nowo zmuszać. Zamyśliła się głęboko. Nie było to z pewnością rzeczą pozazdroszczenia godną, sprowadzić taką, jak ona osobę na dwór ingmarowski. „Powiedz mu, że chcesz wyjechać do Ameryki, będzie to najlepsza przysługa jaką mu możesz wyświadczyć“, mówiła sobie w duchu. „Powiedz mu, powiedz mu to“ — tak napędzała się sama. Lecz jeszcze gdy to myślała, słyszała, że ktoś powiedział: „Obawiam się, że nie jestem dość silną, ażeby do Ameryki wyjechać, powiadają, że tam trzeba ciężko pracować“, i zdawało jej się, że to nie ona mówiła, lecz jakaś zupełnie inna osoba. „Tak, słyszałem, że tak mówią“, rzekł Ingmar z cicha. Brygita wstydziła się teraz przed samą sobą, gdy pomyślała, że właśnie dziś rano mówiła do księdza, że wejdzie teraz w świat jako nowy i lepszy człowiek. Bardzo niezadowolona z siebie, szła dalej i rozważała, jakby cofnąć swoje słowa, ale skoro tylko miała już wyrzec stanowcze słowo, powstrzymywała ją myśl, że byłaby to czarna niewdzięczność z jej strony, gdyby go znów odtrąciła, gdy on widocznie jeszcze ją kocha. „Gdybym mogła czytać w jego myślach!“ myślała.
Wtem Ingmar spostrzegł, że Brygita stanęła i oparła się o mur. „Jestem oszołomiona tym hałasem i tylu ludźmi“. Wyciągnął rękę, którą ona ujęła i szli tak ręka w rękę przez ulicę. „Wyglądamy teraz jak para narzeczonych“, pomyślał Ingmar, lecz rozważał wciąż, jak też to będzie gdy przyjdzie do domu, i jak sobie poradzi z matką i z wszystkimi innymi.
Gdy przyszli przed dom Löfberga, rzekł Ingmar, iż koń jego już wypoczął, i że proponuje zatem, jeżeli Brygita niema nic przeciw temu, ażeby pierwszą część drogi jeszcze dziś odbyli. Pomyślała wtedy, że to sposobna chwila, aby mu powiedzieć że nie chce z nim jechać. Modliła się do Boga, aby jej wskazał, czy Ingmar tylko z litości po nią przyjechał Ingrnar tymczasem wyciągnął wózek z szopy. Był na świeżo pomalowany, skóra błyszczała, a siedzenia były pokryte nową materyą. Z przodu na kapie powozu wetknięty był mały, nawpół zwiędły bukiet polnych kwiatów. Gdy Brygita to ujrzała, zaczęła się namyślać. Ingmar wszedł do stajni wyprowadził i zaprzągł konia. Ujrzała wtedy podobny nawpół zwiędły bukiet na uprzęży, i teraz zaczęła już wierzyć, że kocha ją istotnie i że najlepiej będzie milczeć. Inaczej mógłby pomyśleć, że jest niewdzięczną i nie rozumie, jaką to wielką rzecz chce dla niej uczynić.
Wyjechali na drogę, a chcąc położyć koniec milczeniu, zaczęła go wypytywać o różne rzeczy w domu. Przy każdem pytaniu przypominał sobie kogoś, przed czyim sądem drżał. „Jak się ten dziwić będzie“, myślał, jak się ten ze mnie wyśmiewać będzie!“ Dawał jej krótkie odpowiedzi, i znów zdawało jej się, że powinna prosić go, ażeby wrócili. Nie chce mnie, nie kocha mnie; robi to tylko z litości!
Wkrótce przestała się pytać i w głębokiem milczeniu ujechali kilka mil. Lecz gdy zajechali przed gospodę, widziała iż przygotowano dla niej kawę i świeże pieczywo, a na tacy leżały też kwiaty. Domyśliła się, że on to zamówił dla niej, jadąc tędy poprzedniego dnia. Czy i to było tylko z dobroci i litości? Czy był wczoraj wesół? Czy dziś dopiero żałował swego zamiaru, gdy widział ją wychodzącą z więzienia? Ale jutro, gdy o tem zapomni, będzie znowu wszystko dobrze.
Brygita była wzruszona z żalu i pokory. Niechciała mu zrobić zmartwienia. Może on ją przecie — — — —
Przenocowali w gospodzie, a nad ranem ruszyli w drogę, a około dziesiątej, ujechali tyle, iż mogli ujrzeć kościół swej wsi rodzinnej. Gdy przejeżdżali przed kościołem, widzieli mnóstwo ludzi idących do kościoła i dzwony dzwoniły. „Ach mój Boże, toż to niedziela!“ rzekła Brygita i mim woli złożyła ręce. Zapomniała o wszystkiem, tak tylko gorąco pragnęła wejść do kościoła i podziękować Bogu.
Nowe życie w które miała wejść, byłaby chętnie rozpoczęła mszą w starym kościele.
„Chciałabym pójść do kościoła“ — rzekła do Ingrnara. W tej chwili nie myślała wcale o tem, że trudno mu było pokazać się z nią w kościele, była przepełniona pobożnością i wdzięcznością. — Ingmar bliskim był odmówienia jej prośby, nie przypisywał sobie tyle odwagi, ażeby mógł spotkać się z tyloma ostremi spojrzeniami i złośliwemi językami. „Raz przecie musi to nastąpić“ — pomyślał i skręcił na drogę wiodąca do kościoła. „Pierwej, czy później, zawsze to przebyć trzeba“.
Gdy wjeżdżali na wzgórze, siedziało na niskim kamiennym murze wiele ludzi, którzy, czekając na rozpoczęcie mszy, spoglądali tymczasem na przybywających. Skoro poznali Ingmara z Brygitą, poczęli szeptać, potrącać się wzajemnie i wskazywać na nich. Ingmar spojrzał na Brygitę; siedziała ze złożonemi rękami, i zdawało się, iż nie wie, gdzie jest. Nie widziała ludzi, ale tem lepiej widział ich Ingmar, kilku z nich nawet biegło za wozem. Nie dziwiło go to wcale, że biegli za nim i że się na nich gapili! Nie mogli być pewni, że dobrze widzieli, nie mogli bowiem pomyśleć sobie, że on z tą która jego dziecko udusiła, przyjedzie do Domu Bożego. „Tego już za wiele“, pomyślał sobie, „tego nie zniosę“.
Najlepiej będzie, jeżeli zaraz wejdziesz do kościoła“, — rzekł pomagając jej przy wysiadaniu. — „Tak jest“ odrzekła, gdyż przyszła tu, aby być na mszy, nie zaś aby się spotkać z ludźmi. Ingmar nie stracił wiele czasu z wyprzygnięciem i pożywieniem konia. Wiele oczy zwróconych było na Ingmara, lecz nikt doń nie przemówił. Gdy był gotów nareszcie, i wszedł do kościoła, wszyscy już prawie byli na swoich miejscach i rozpoczął się już śpiew. Idąc przez nawę kościoła szerokiem przejściem, spojrzał na stronę kobiecą. Wszystkie ławki były obsadzone z wyjątkiem jednej, na której siedziała tylko jedna osoba.
Spostrzegł natychmiast, że była to Brygita, i odgadł, że nikt nie chce obok niej siedzieć. Uszedł jeszcze kilka kroków, potem zwrócił się do oddziału kobiecego i usiadł obok Brygity. Brygita spojrzała zdziwiona, gdy zbliżył się do niej. Przedtem nie zwróciła na to uwagi, lecz teraz odgadła, że nikt nie chciał obok niej usiąść. Wtedy uroczysty niedzielny nastrój, który przejmował ją przedtem, zamienił się w głęboki smutek. Co też z tego będzie? Ach, nie powinna była nigdy z nim wrócić!
Łzy stanęły jej w oczach, a nie chcąc płakać otworzyła stary śpiewnik, leżący przed nią i zaczęła czytać. Przerzucała ewangelie i listy, ale poprzez łzy, których powstrzymać nie mogła, nie rozróżniała liter. Wtem coś czerwonego zabłysło jej przed oczyma; był to leżący między kartkami znaczek z czerwonem sercem Wzięła go i podsunęła Ingmarowi.
Wiedziała, że trzymał go w swej wielkiej dłoni i spoglądał nań z ukradka. Lecz wkrótce potem leżał na ziemi. „Co się z nami stanie, co się z nami stanie? myślała Brygita i łzy jej spływały na śpiewnik.
Wyszli z kościoła skoro tylko ksiądz zszedł z ambony, Ingmar zaprzęgał wózek pospiesznie i Brygita pomagała mu przy tem. Gdy wygłoszono błogosławieństwo, zaśpiewano końcowe zwrotki i ludzie zwolna zaczęli wychodzić z kościoła, Brygita i Ingmar byli już w drodze do domu. Oboje myśleli prawie to samo, Kto popełnił taką, zbrodnię temu nie wolno już żyć między ludźmi. Oboje czuli że siedzieli tam w kościele jak gdyby pod pręgierzem. „Tego nie wytrzymamy oboje“ myśleli.
W pośród swego smutku ujrzała Brygita dwór Ingmarowski, i prawie nie poznała go, tak Błyszczał swą nową czerwonością. I przyszło jej na myśl, że zawsze mówiono o tem, iż dwór pomalują na czerwono, gdy się Ingmar ożeni. Wtedy zaś odłożyli wesele, bo nie chciał wydać pieniądzy na pomalowanie domu. Ach, Brygita dobrze to czuła,, że chciał wszystko zrobić jak najlepiej, lecz że potem przychodziło mu to z wielką trudnością.
Gdy dojeżdżali do ingmarowskiego dworu domownicy, byli właśnie przy obiedzie. „Przyjechał pan“, rzekł jeden z parobków, patrząc przez okno Matka Marta wstała, lecz zaledwie podniosła ospałe powieki. „Zostaniecie tu wszyscy“ rozkazała, niechaj nikt nie wstaje od stołu“.
Stara kobieta ociężale przeszła przez izbę. Ludzie patrzący za nią dziwili się, że jak gdyby dla nadania sobie większej powagi, była w stroju niedzielnym i miała jedwabny szal na ramionach i jedwabną chustkę na głowie. Stała już na progu u wejścia, gdy powóz nadjechał.
Ingmar szybko zeskoczył. Brygita jednak została w powozie. Przeszedł na drugą stronę ku niej, i odpiął skórę powozową. „Czy nie chcesz wysiąść„?
— „Nie, nie wysiędę.“ — Wybuchła płaczem i zakryła twarz rękami. — „Nie powinnam tu była wrócić“, rzekła łkając.
— „Ach, zejdź przecie z powozu“, rzekł Ingmar.
— „Pozwól mi wrócić do miasta, nie jestem ciebie warta“. — Ingmar może myślał, że ma słuszność, nie wypowiedział tego jednak; trzymał wciąż skórę z powozu i czekał. — „Co ona mówi?“ zapytała matka Marta na bramie.
— „Mówi, że nie warta nas“ rzekł Ingmar, gdyż Brygita z płaczu nie mogła ani słowa wymómić. — „Dlaczego płacze?“ zapytała stara. — „Bojestem nieszczęśliwa grzesznica“, rzekła łkając Brygita i przyciskała rękę do serca, bo zdawało jej się, że jej z bolu pęknie. — „Co ona mówi?“ zapytała znów stara. — „Bo jest nieszczęśliwą grzesznicą“, powtórzył Ingmar.
— Słysząc, że Ingmar powtarza jej słowa głosem chłodnym i obojętnym, zrozumiała Brygita nagle całą prawdę. Nie, nie mógłby tak stać i powtarzać matce jej słowa, gdyby mu coś na niej zależało, gdyby czuł dla niej chociażby odrobinę miłości. Teraz nie miała już potrzeby pytać, wiedziała już wszystko, czego jej trzeba było wiedzieć.
„Dlaczego nie wysiada?“ zapytała stara.
Brygita stłumiła łzy i odpowiedziała sama donośnym głosem: „Dlatego ponieważ nie chcę Ingmara do nieszczęścia doprowadzić“
— „Zdaje mi się, że ona ma słuszność“, rzekła matka, „pozwól jej odejść młody Ingmarze. Jeżeli nie, to ja odejdę, wiedz o tem, nie mogę z taką ani jednej nocy pozostać pod jednym dachem“...
„Boże, mój Boże, zabierajmy się już stąd!“ błagała Brygita. — Ingmar zaklął, nawrócił powóz i wskoczył na siedzenie. Sprzykrzyło mi się już wszystko, i nie miał ochoty dłużej walczyć“.
Gdy byli znów na gościńcu, spotykali co chwila ludzi wracających z kościoła. Było mu to przykro, Ingmar zboczył więc nagle na wązką leśną drożynę, która dawnemi czasy służyła za gościniec Była kamienista i nierówna, jednokonką jednak można nią było jechać.
Właśnie gdy skręcał na tę drogę, ktoś wołał za nim. Spojrzał w tył; był to listonosz, który mu wręczył list. Ingmar wziął go, włożył do kieszeni i puścił się w las.
Gdy był już tak daleko, że go z gościńca nikt widzieć nie mógł, zatrzymał konia i wyjął list, lecz w tej chwili Brygita położyła mu rękę na ramieniu. „Nie czytaj go“, rzekła. „Nie mam go czytać?“. — „Nie nie warto go czytać“.
— „S&ąd możesz to wiedzieć?“ — To list odemnie“.
„Więc możesz powiedzieć mi sama, co w nim jest“.
— „Nie, nie mogę“.
Spojrzał na nią; była mocno zarumieniona, a w oczach jej malowała się trwoga. „Zdaje mi się, że przecie przeczytam ten list, rzekł Ingmar. Chciał go otworzyć, lecz ona próbowała mu go wydrzeć. Oparł się jednak i udało mu się otworzyć kopertę. „O, mój Boże!“ płakała, że też niczego nie można mi oszczędzić!“
„Ingmarze — błagała — przeczytasz go za kilka dni, po mojem wyjeździe“. Rozłożył już list i zaczął go czytać. „Posłuchaj, Ingmarze to ksiądz więzienny namówił mnie do napisania tego listu, i przyrzekł mi, że go zatrzyma przy sobie, i wyszle dopiero, gdy będę na okręcie. Teraz wysłał go zbyt za wcześnie, nie masz więc prawa czytać go teraz. Dopiero gdy wyjadę, możesz go przeczytać.
Ingmar spojrzał na nią z gniewem, skoczył z powozu, jak gdyby chciał mieć od niej spokój, i zabrał się do czytania listu. Brygita była teraz w takiem rozdrażnieniu, jak dawnymi czasy, gdy nie mogła swojej woli wykonać. — „To nie prawda, co tam stoi! To ksiądz mię namówił! Nie kocham cię, Ingmarze!“ Ingmar popatrzył na nią zdziwionym wzrokiem. Wtedy umilkła, poddała się znów w pokorze, której nauczyła się w więzieniu i uspokoiła się. Zresztą, czyż nie zasłużyła na to wszystko!
Ingmar z trudem odczytywał list..Nagłe zmiął go niecierpliwie, a z gardła wydobył mu się chrapliwy ton. „Nie mogę się dorozumieć niczego!“ zawołał i tupnął nogą. „Wszystko mi się miesza przed oczyma“.
Obszedł powóz, zbliżył się do Brygity i chwycił ją gwałtownie za ramię. Głos jego był gniewny i ostry, i wyglądał straszliwie. „Czy to prawda co tam w liście napisane, że ty mnie kochasz?“ zapytał wzburzony. — „Tak“ odrzekła szeptem.
Potrząsł jej ramieniem i odtrącił go.
— „A więc kłamiesz, kłamiesz!“ zawołał. Wybuchnął głośnym, dzikim śmiechem i wykrzywił twarz ohydnie „Bóg świadkiem“, rzekła uroczyście że codzień modliłam się, aby mi wolno było przed wyjazdem ujrzeć cię jeszcze raz jeden“. — Dokąd że to wybierasz się? — „Wyjadę przecie do Ameryki“. — „Diabła tam, wyjedziesz!“
Ingmar był jakby pomieszany; chwiejnym krokiem wszedł w las, rzucił się na ziemię i teraz na niego przyszła kolej płakać. Brygita poszła za nim i usiadła obok niego; czuła się tak wesołą, że ledwie mogła się wstrzymać od śmiechu. — „Ingmarze, młody Ingmarze — rzekła, nazywając go pieszczotliwem imieniem.
— „Przeciesz ty uważasz mnie za brzydkiego!“
— „Tak, to prawda“ — Ingmar odtrącił jej rękę.
„Teraz opowiem ci wszystko“, „Dobrze, opowiedz“. — „Czy pamiętasz coś powiedział przed trzema laty na rozprawie?“ — „Tak“. — „Że ożeniłbyś się ze mną, gdybym się zmieniła“. — „Tak przypominam sobie“. — „Ot tej chwili zaczęłam cię kochać, bo nigdy nie uwierzyłabym, że ktoś mógłby tak postąpić. Był to czyn nadludzki, Ingmarze, że mogłeś powiedzieć to, po wszystkiem, co uczyniłam. Gdy wtedy spojrzałam na ciebie, Ingmarze, zdawało mi się, że jesteś piękniejszym niż inni, mądrzejszym, niż inni, że jesteś jedynym, z którym mogłabym żyć. Pokochałam cię serdecznie i zdawało mi się, że należysz do mnie, i ja do ciebie. I z początku uważałam to za rzecz pewną, ze przyjedziesz i zabierzesz mnie; ale później nie miałam już odwagi spodziewać się tego“.
Ingmar podniósł głowę. „Dlaczego nie pisałaś?“
„Pisałam przecie“... — „pisałaś o przebaczenie, o tem przecie nie warto było pisać“. — „O czem więc miałam pisać?“ — „O tem drugiem“. — Czy ja mogłam o tem pisać, ja? — „O mało co, a nie byłbym przyjechał“. — „Ależ Ingmarze, nie mogłam przecie oświadczać ci się, po tem wszystkiem, co ci wyrządziłam!“ Ostatniego dnia w więzieniu pisałam dlatego tylko, bo ksiądz mówił, że powinnam to uczynić. Wziął list do siebie, i przyrzekł mi że go odeszle, po mojem wyjeździe, tymczasem wysłał go już teraz“.
Ingmar ujął ją za rękę, położył rękę na ziemię i uderzył z lekka. „Miałbym ochotę bić cię“.
— Możesz zrobić ze mną, co chcesz Ingmarze“. Spojrzał jej w twarz, której cierpienie dodało nowego uroku, potem wstał, pochylił się głęboko nad nią. Ale mało brakowało, a byłbym ci pozwolił odjechać’“ — „Jednak nie mogłeś się powstrzymać i przyjechałeś“. — „Muszę ci powiedzieć, że wcale — cię nie kochałem“. — „Rozumiem to dobrze“. — „Cieszyłem się słysząc, iż masz wyjechać do Ameryki“.
— Tak, ojciec ojciec pisał mi, żeś się tem ucieszył“. — Gdy patrzałem na matkę, myślałem, iż nie mogę jej przyprowadzić taką synowę, jak ty“. „Nie Ingmarze, to też być nie może“’ — „Ile ja przez ciebie musiałem ścierpieć! nikt nie chciał już mieć ze mną do czynienia, dlatego, że tak źle obszedłem się z tobą“. — „Zdaje mi się, że teraz naprawdę bijesz mnie Ingmarze“. — O tak, nikt nie ma wyobrażenia o tem, jak strasznie jestem zły na ciebie“.
Siedziała całkiem spokojnie. „Jeśli pomyślę ile się wycierpiałem przez tyle miesięcy!“ rozpoczął znowu — „Ależ Ingmarze!“ — „Ach, nie dlatego zły jestem na ciebie, lecz dlatego, że mógłbym ci był pozwolić odjechać!“ — „Czy nie kochałeś mnie Ingmarze?“ — „O nie!“ — „I podczas podróży do mnie, nie kochałeś mnie?“ — „Ani na chwilę! Byłaś mi wstrętną“. — „Kiedyż znów miłość wróciła?“? — Gdy list dostałem“. — „Tak, widziałam, że u ciebie to już minęło, i dlatego myślałam, że to wstyd dla mnie, abyś się dowiedział, że u mnie się właśnie rozpoczęło“.
Ingmar śmiał się z cicha. „Co ci się stało Ingmarze?“ — „Myślę o tem, że z kościoła uciekliśmy, a z ingmarowskiego dworu wypędzono nas“. — „I śmiejesz się z tego?“ — „Bo czyż to nie śmiesznie? Musimy teraz jak włóczędzy przenocować pod gołem niebem. Gdyby to ojciec wiedział!“ — „Śmiejesz się teraz, ale to być nie może, to być nie może, i to moja wina“. — „Jakoś to będzie“ odrzekł, teraz nietroszczę się już o nikogo, tylko o ciebie“.
Brygita była bliską płaczu z trwogi, lecz on chciał bezustannie tylko słyszeć o tem, że o nim myślała i tęskniła za nim. Powoli uspokoił się, jak dziecko, któremu śpiewają kołysankę. Wszystko jakoś stało się inaczej, niż Brygita myślała. Myślała że skoro przyjedzie, natychmiast będzie mówiła o swej winie i powie mu, jak ją to przygniatał i jak się czuje złą, Powie też jemu, albo matce albo komukolwiek, kto po nią przyjedzie, że dobrze wie, o ile niżej od nich stoi, i że nie myśli wcale uważać się za równą im. A tymczasem nic z tego wszystkiego nie powiedziała.
Ingmar przerwał jej nagle i rzekł z cicha: „Chciałabyś mi coś powiedzieć“. — Tak chciałabym bardzo“. — „Coś o czem myślisz bezustannie“. — „Tak w dzień i w nocy“. — Więc powiedz teraz, będziemy to znosili we dwoje“. Popatrzył jej w oczy, które miały wyraz trwożny i pomieszany, ale uspokoiły się w miarę, gdy mówiła o swej tajemnicy. „Teraz już ci lżej będzie“, rzekł, gdy skończyła. — „Tak, teraz jest mi już zupełnie dobrze“ rzekła. „To dlatego, że teraz nosimy to we dwoje. Teraz już nie zechcesz odejść!“ — „O nie, tak bardzo pragnęłabym zostać“, rzekła składając ręce.
„A więc, jedziemy do domu“, rzekł Ingmar, wstając. — O nie, nie mam odwagi“, rzekła Brygita. — E, matka nie jest tak niebezpieczna, jeżeli tylko zrozumie, że sam wiem czego chcę“. — „Nie, nie chcę wypędzać jej z własnego domu. Nie widzę innego wyjścia, prócz wyjazdu do Ameryki“.
— „Wiesz co ci powiem“, rzekł Ingmar uśmiechając się tajemniczo, „nie obawiaj się, jest ktoś, co nam pomoże“. — „któż to taki?“ — ^Mój ojciec, już on to tak ułoży, że wszystko będzie dobrze“.
Wtem ktoś ukazał się na leśnej ścieżce. Była to Katarzyna, lecz nie poznali jej prawie, bo nie miała na sobie ani jarzma, ani koszy. „Dzień dobry, dzień dobry!“ — pozdrowili starą, ta zaś zbliżyła się i ściskała ich za ręce. „Tak siedzicie sobie, a tymczasem wszyscy parobcy z ingmarowskiego dworu szukają za wami. — Wyszliście tak spiesznie z kościoła,“ mówiła stara dalej, „że nie mogłam się do was dostać, chciałam jednak powitać Brygitę, poszłam więc na dwór ingmarowski, a równocześnie przyszedł tam także i ksiądz proboszcz i wszedł do sali, zanim jeszcze powiedziałam mu dzień dobry. I zanim jeszcze podał rękę na powitanie matce Marcie, zawołał do niej: „Teraz matko Marto, będziecie mieli pociechę z Ingmara, teraz pokazał, iż pochodzi ze starego rodu Ingmarsonów i my już musimy go odtąd nazywać Ingmarem Wielkim!
Matka Marta nie mówi wiele, stała tylko i wciąż rozwiązywała i zawiązywała swą chustkę. „Co ksiądz proboszcz mówi?“ zapytała na koniec“ „Przywiózł Brygitę do domu“, rzekł proboszcz, „i wierzcie mi matko Marto, za ten czyn będą go wszyscy czcili jak długo żyć będzie“. — Ależ nie, ależ nie“, mówiła stara. — „Straciłem niemal wątek kazania, gdy ujrzałem ich siedzących w kościele, było to lepszem kazaniem, niż którekolwiek z moich. Ingmar będzie nam wszystkim dobrym przykładem, równie jak był jego ojciec. — „Ciężkie wiadomości przyniósł nam ksiądz proboszcz“, rzekła matka Marta. „Czy jeszcze nie wrócił do domu?“’ — „Nie, nie ma go w domu, ale być może pojechali wpierw do Bergskog“.
„Czy matka to powiedziała?“ zawołał Ingmar. Tak z pewnością, gdy na was czekaliśmy, wysyłała jednego posłańca za drugim, aby was szukał“.
Katarzyna jeszcze coś mówiła, lecz Ingmar nie słuchał już; myśli jego odbiegły daleko. — „I wchodzę znów do sali“ pomyślał, gdzie siedzi ojciec i wszyscy Ingmarsonowie. — „Dzień dobry, Ingmarze Wielki“, mówi ojciec, wychodząc naprzeciw mnie. „Dzień dobry, ojcze, i dzięki Wam za pomoc“...Tak teraz żenisz się dobrze“, mówi ojciec teraz wszystko już pójdzie ci gładko“. — Nie byłbym nigdy dokonał tego, gdybyście mi nie byli pomogli“, mówię. — „Nie wielka to sztuka“, mówi ojciec „My Ingmarsonowie kroczymy zawsze drogą przez Boga wskazaną“.




CZĘŚĆ I.
U nauczyciela.



W parafii, do której należeli dawni Ingmarsenowie, nie było człowieka z początkiem lat 80-tych, któryby mógł był wyobrazić sobie, iż byłby w stanie kiedykolwiek przyjąć nową wiarę, lub uczestniczyć w jakimś nowym kulcie religijnym. Ludzie słyszeli wprawdzie o tem, że tu i ówdzie w innych parafiach wsi Dalarne, powstawały nowe sekty, że niektórzy z członków tych gmin zstępowali do rzek i stawów, aby przyjąć nowy chrzest Babtystów; śmieli się jednak z tego, mówiąc: „Dobrze to może dla tych, którzy żyją w Apelbo lub w Gagnef, do nas jednak nie dojdzie to nigdy“.
Tak, jak wiernie trzymano się wszystkich innych zwyczajów, tak zważano z całą surowością i na to, aby każdej niedzieli być w kościele. Kto tylko mógł przyjść, przychodził, nawet w zimie podczas najostrzejszych mrozów. I właśnie w zimie było to koniecznem, gdyż w nieogrzanym kościele nie można byłoby wytrzymać przy czterdziestostopniowym mrozie, gdyby kościół nie był zapełniony ludźmi.
Myliłby się jednak, ktoby sądził, że ludzie dlatego tak tłumnie chodzili do kościoła, ponieważ mieli doskonałego proboszcza. Ksiądz, który nastąpił po starym proboszczu, jeszcze z czasów młodości Wielkiego Ingmara, dobrym był człowiekiem, nikt jednak nie mógł powiedzieć, iż miał on szczególny dar do wykładania słowa Bożego. W owym czasie przychodzono do kościoła dla sławy Bożej, nie zaś dla rozkoszowania się pięknem kazaniem. Gdy potem ludzie wśród mroźnego wichru i śnieżnej zawieruchy wracali z trudem do domu, myśleli sobie: „Pan Bóg zauważył to dobrze, żeś był w kościele przy tak silnym mrozie“.
To było najgłówniejszą rzeczą, zresztą nikt nie troszczył się o to, że ksiądz proboszcz mówił zupełnie to samo. co każdej niedzieli, odkąd przybył do wsi.
Bogiem a prawdą jednak, byli wszyscy prawie zupełnie zadowoleni z tego, co słyszeli. Wiedzieli, że to, co proboszcz czytał, było słowem bożem i dlatego podobało im się. Tylko nauczyciel, albo tu i ówdzie jeden ze starszych, mądrych chłopów, powiedział przy sposobności: „Nasz ksiądz zawsze ma zawsze to samo kazanie. Nie mówi o niczem innem, jak tylko o opatrzności Bożej i o rządach Bożych To uchodzi jeszcze, jak długo sekty trzymają się z daleka; obecnie bowiem twierdza nasza źle jest strzeżona i może upaść przy pierwszym szturmie“.
I w istocie, rzecz miała się tak, iż wędrujący kaznodzieje zawsze omijali tę parafię. — Nie ma tam po co przychodzić, mówili. — Ludzie tutejsi nic nie chcą słyszeć o przebudzeniu się. To też kaznodzieje i przebudzeni“ z sąsiednich wsi, uważali starych Ingmarsonów i innych mieszkańców tej parafii za wielkich grzeszników, a gdy odzywały się dzwony wiejskiego kościoła, mówili, iż wydzwaniały one melodyę „Usypiajcie wśród grzechu, usypiajcie wśród grzechu!“
Wszyscy ludzie we wsi, młodzi i starzy oburzeni byli, słysząc, jak tamci wyrażają się o ich dzwonach. Wiedzieli wszakże, iż nie ma człowieka w całej parafii, któryby nie zmówił Ojcze nasz“, gdy zadzwonią dzwony kościelne. I co wieczora, gdy zadzwoniono na modlitwę, w każdym domu i poza domem przerywano wszelką robotę; mężczyźni zdejmowali kapeluszy, kobiety pochylały się; wszyscy stali tak długo, aż zmówili „Ojcze nasz“. A ktokolwiek mieszkał we wsi tej, musiał uczuć, że nigdy wyraźniej nie odczuwał potęgi bożej „nad ziemią i siłą, i wszelkiem stworzeniem“, jak kiedy wśród letniego wieczoru spoczęły nagle wszystkie sierpy, zatrzymały się pługi na skibie, i stanął wóz żniwiarski w drodze do stodoły, a wszystko to dlatego, iż odezwały się dzwony. Zdawało się, jak gdyby ludzie wiedzieli o tem, że właśnie w tej chwili Bóg na wieczornym obłoku unosi się ponad wsią, potężny, wielki i dobry, rozsiewając błogosławieństwo swe nad całą okolicą.
Wieś ta nie miała jeszcze nauczyciela, który ukończył seminaryum, nauczyciel wiejski był to starej daty wieśniak, który sam nauczył się tego, co umiał. Dzielny to był człowiek, gdyż potrafił sam jeden dać sobie radę z nauką i wychowaniem więcej niż stu dzieci; od trzydziestu lat przeszło był tu nauczycielem i cieszył się największem poważaniem. To też nauczyciel bliskim był mniemania, iż losy całej wsi spoczywają na jego sumieniu i niepokoił się tem, iż mają księdza, który nie umie wygłosić kazania. Zachowywał się jednak spokojnie, jak długo po wsiach była tylko mowa o wprowadzenia nowego chrztu, lecz gdy słyszał, iż teraz przyszła kolej i na mszę pańską i że ludzie tu i ówdzie zgromadzają się po domach dla odprawiania nowej mszy, nie mógł pozostać obojętnym. Sam był wprawdzie biednym, lecz udało mu się kilku bogatszych chłopów pozyskać dla budowy domu misyonarskiego. „Znacie mnie dobrze“, mówił, „wiecie, że będę przemawiał, tylko na to, ażeby umocnić lud w dawnej wierze. Bo do czego to dojdzie, jeżeli kaznodzieje laicy będą nas nagabywali nowym chrztem i nową mszą, a nikt ludziom nie wytłumaczy, co jest prawdą, a co fałszem?«
Nauczyciel miał poważanie u księdza i wszystkich innych ludzi. — Często przechadzał się z księdzem między plebanią a szkołą całemi godzinami, jak gdyby nigdy nie mogli skończyć z tem, co sobie mieli do powiedzenia. Ksiądz przychodził często wieczorem do nauczyciela, siadał w obszernej kuchni i rozmawiał z matką Stiną, żoną nauczyciela. Czasami przychodził nawej co wieczora. W domu własnym było mu zbyt smutno, żona jego była zawsze obłożnie chora i tak nie było w domu ani ładu ani pogody.
Był to wieczór zimowy. Nauczyciel z żoną siedzieli spokojnie i poważnie przy ognisku, a w kącie izby bawiła się dwunastoletnia ich córeczka, imieniem Gertruda. Była to jasna, prawie białowłosa blondynka, o licach okrągłych i różowych, lecz nie wyglądała tak sprytnie i przemądrze, jak zwykle wyglądają dzieci nauczyciela.
Kącik, w którym siedziała, był jej izdebką do zabawy; nagromadziła tam mnóstwo rzeczy; małe czerepki kolorowego szkła, zbite talerze i filiżanki, okrągłe rzeczne kamyki, grube drewniane klocki i wiele tym podobnych gracików.
Już od dłuższego czasu bawiła się spokojnie; matka i ojciec nie przeszkadzali jej w zabawie. Siedziała na ziemi i budowała z całym zapałem swemi klockami i czerepami i bała się tylko, że co chwila odwołają ją do zadań szkolnych i do nauki. Ale nie, to doskonale, zdaje się, że z osobnej lekcyi rachunków, którą miała dziś odbyć z ojcem, nic już nie będzie.
Nosiła się w swym kąciku z wielkimi planami miała zamiar zbudować całą wieś. Chciała otworzyć całą parafię z kościołem i szkołą; musiały tam być i rzeka i most; wszystko miało być tak, jak w rzeczywistości.
Zrobiła już wielki kanał. Wysoki łańcuch gór, otaczający wieś całą, zrobiony był z wielkich i małych kamyków. Pomiędzy kamyki po wtykała małe gałązki jedliny, które miały przedstawiać las, od północy zaś sterczały spiczaste kamienie, które przedstawiały dwa szczyty Klakberg i Olof, stojące wprost naprzeciw siebie z obu stron rzeki i ocieniające dolinę.
Okrągła dolina między górami wysypana była ziemią wziętą z wazonika matki; dotąd wszystko poszło dobrze, ale teraz dziewczynka nie wiedziała, co zrobić, by dolina wyglądała zielono i urodzajnie. Pocieszała się jednak, że można pomyśleć, iż to wczesna wiosna, zanim jeszcze zeszły zboża i zioła.
Rzekę Dalelf, która szeroką smugą przepływała parafię naznaczyła Gertruda ważkim i długim kawałkiem szkła, a chwiejny pomost, łączący obie części wsi był już również zrobiony i płynął po wodzie.
Oddalone dwory i stawy poznaczyła już czerwonemi cegiełkami. Tam daleko na północ leżał w pośród łąk i pól dwór ingmarowski, staw Kalaos leżał na wschodzie na stoku góry, tartak zaś Bergana najdalej na południe, tam, gdzie rzeka w skokach i spadach przekracza dolinę i przebija łańcuch górski.
Całe zewnętrzne otoczenie było więc już gotowe. Gościńce posypane żwirem i piaskiem ciągnęły się między dworami a dokoła domów stały tu i ówdzie małe drzewka. Dziewczynka rzuciła okiem na swą budowę z kamieni, ziemi i jedliny i miała przed sobą całą parafię. Było to w jej oczach pięknem nad wyraz.
Kilkakrotnie też Gertruda wzniosła głowę, aby zawołać matkę i pokazać jej cudowne swe dzieło, lecz zawsze powstrzymywała się. gdyż najlepiej było zdaniem jej nie przypominać rodzicom swej obecności.
Pozostawała jeszcze do zrobienia rzecz najtrudniejsza, to jest budowa samej wsi która roztaczała się w pośród parafii z obu stron rzeki. Musiała przesuwać bez końca kamyki i czerepy, zanim wprowadziła ład w cały ten chaos. Tu dom wójta wypychał sklep, a tam znów nie mogła pomieścić sądu obok domu doktora. Truduo nawet było pamiętać o wszystkiem, co było we wsi: kościół i plebania, apteka i poczta, wielkie dwory i budynki gospodarskie, gospoda, dwór myśliwski, stacya telegraficzna — — —
Wreszcie cała wieś z białymi i czerwonymi domkami była już gotowa. Tylko jednej rzeczy brakowało jeszcze.
Pospieszyła się ze wszystkiem, ażeby nareszcie dojść do budowy szkoły. Do szkoły potrzebowała wiele miejsca. Miał to być nad brzegiem rzeki wielki, biały, dwupiętrowy budynek, z dużym ogrodem i wysoką chorągwią na podwórzu.
Najlepsze klocki odłożyła na budowę szkoły i długo siedziała i namyślała się, jak to wykonać. Najchętniej byłaby szkołę zbudowała całkiem tak, jak była w istocie: z wielką izbą szkolną na każdym piętrze, z kuchnią i pokojem, gdzie mieszkała z rodzicami.
„Ale to zajmie wiele czasu, a tak długo niej zostawią mnie w spokoju“ pomyślała.
Wtem odezwały się w sieni kroki, ktoś otrzepywał na dworze śnieg z butów i dziewczynka zaczęła na nowo szybko budować. Wszak to ksiądz proboszcz, pomyślała sobie, który będzie rozmawiał z ojcem i z matką, będzie więc miała wieczór wolny. Zaczęła więc z nowym zapałem kłaść fundament pod szkołę, która była tak wielka, jak połowa wsi.
Matka usłyszała także kroki w sieni. Wstała i przysunęła stary fotel do ogniska. Równocześnie zwróciła się do męża. „Czy powiesz mu dziś wieczorem?“ — „Tak, odrzekł nauczyciel, skoro tylko zdarzy się sposobność!“ Ksiądz wszedł do izby cały zawiany i zmarznięty, uradowany, iż może w ciepłym pokoju usiąść przy piecu. Był jak zwykle bardzo rozmowny. Trudno było wyobrazić sobie przyjemniejszego człowieka niż ksiądz, kiedy przyszedł, aby o wszystkiem rozmawiać. Mówił bardzo biegle i szczerze o wszystkiem, co tyczyło się świata, i nikt nie byłby uwierzył, iż to ten sam człowiek któremu z takim trudem przychodziło kazanie. Ale skoro tylko rozpoczęto mówić o tem, co należało do drugiego świata, krew uderzała mu do głowy, nie mógł znaleść słów, i nie powiedział nigdy czegoś, co warto było usłyszeć, chyba iż mówił o rządach Bożych.
Gdy ksiądz usiadł, nauczyciel zwrócił się do niego i rzekł radośnie: „Muszę powiedzieć księdzu, że mam zamiar zbudować dom misyonarski.“
Ksiądz zbladł i skulił się prawie w fotelu który matka Stina dlań przysunęła.
„Co pan mówi, panie Storm?« zapytał. „Macie tu budować dom misyonarski? A cóż się stanie z kościołem i zemną? Czy mamy ustąpić?“
„Kościół i ksiądz są mimo to bardzo potrzebni,“ odrzekł nauczyciel zupełnie pewnym tonem. „Mojem zdaniem, Dom misyonarski będzie podporą kościoła. Tak wiele fałszywych proroków uwija się po okolicy. że kościół doprawdy potrzebuje pomocy.“
„Myślałem, że jesteś pan moim przyjacielem, panie Storm,“ rzekł ksiądz, zasmuconym głosem.
Przed chwilą wszedł tu tak wesoły i pewny siebie, a teraz nagle tak podupadł, jak gdyby czuł się blizkim końca.
Nauczyciel rozumiał, dlaczego ksiądz był tak zrozpaczony. Wiedział on, tak dobrze jak wszyscy we wsi, że ksiądz miał kiedyś doskonałą głowę, lecz że w młodych latach zanadto wesoło żył, dostał udaru mózgowego i nigdy już nie odzyskał dawnej siły umysłowej. Często sam zapominał o tem, że jest już tylko ruiną człowieka, ale ilekroć przypomniał sobie o tem, owładnęła nim rozpacz ponura.
Siedział teraz jak martwy w fotelu i długi czas nikt nie śmiał wyrzec słowa. Ksiądz proboszcz nie powinien w ten sposób pojmować sprawy, odezwał się na koniec nauczyciel i starał się mówić głosem cichym i uprzejmym.
„Cicho, panie Storm,“ rzekł ksiądz „wiem dobrze, że nie jestem znakomitym kaznodzieją, ale nigdy nie byłbym przypuścił, że zechcecie odebrać mi urząd.“
Storm zaprzeczył ruchem rąk, że zpewnością nie ma tego zamiaru, lecz nie odważył się wyrzec słowa.
Nauczyciel był człowiekiem sześćdziesięcioletnim, lecz jeszcze w pełni sił mimo ciężkiej pracy jaką sobie nałożył. Pomiędzy nim a księdzem było wielkie przeciwieństwo. Storm należał do najsłuszniejszych ludzi w Dalarne, czoło jego okalały czarne loki, cerę miał ciemną jak miedź, a rysy twarzy ostro zakrojone. Wyglądał jak olbrzym obok księdza, który był małego wzrostu, miał zapadniętą pierś i łysą czaszkę.
Pani profesorowa sądziła, że mąż jej właśnie jako silniejszy winien ustąpić. Dała mu znak, aby to uczynił, ale nauczyciel, jakkolwiek zasmucony, nie zdawał się chcieć odstąpić od swego zamiaru.
Zaczął teraz mówić powoli i wyraźnie. Jest to, rzekł, rzecz całkiem pewna, że ruch sekciarski przedostanie się wnet i do tej gminy. Potrzebnem więc jest miejsce, gdzie można rozmówić się z ludem sposobem prostszym niżeli w kościele, miejsce, gdzie można dowolnie wybrać sobie temat, wytłumaczyć ludziom całą biblię i objaśnić gminę o znaczeniu wszystkich trudniejszych kwestyi.
Żona dawała mu znaki, aby umilkł; czuła ona iż ksiądz myśli przy każdem słowie: „Tak więc ja nie dawałem objaśnienia, nie jestem obroną przeciw niewierze, i muszę zaprawdę być bez wartości, skoro mój własny nauczyciel, człowiek, który jest tylko chłopem, samoukiem, sądzi że potrafi lepiej wygłosić kazanie, niżeli ja.“
Nauczyciel jednak nie umilkł, lecz mówił dalej o wszystkiem, co należy uczynić, aby uchronić trzodę przed napadem wilków.
„Nie widzę jednak wcale wilków,“ rzekł ksiądz. „Wiem że są już w drodze“, odpowiedział nauczyciel.
„I pan to, panie Storm jesteś właśnie tym, który im bramę otwiera.“
Ksiądz powstał z fotelu; słowa nauczyciela rozgniewały go; krew uderzyła mu do głowy i odzyskał znów część swej godności.
„Kochany panie Storm, nie mówmy więcej o tej sprawie“, rzekł.
Zwrócił się do gospodyni i zaczął żartować z nią o pięknej narzeczonej, którą niedawno zdobiła do ślubu, matka Stina stroiła bowiem do ślubu wszystkie narzeczone we wsi. Ale prosta kobieta wiejska rozumiała, jak straszny ból ksiądz odczuwał z powodu swej własnej niemocy; płakała z współczucia i łzy dławiły ją tak, że nie mogła odpowiadać; tak więc ksiądz sam prowadził dalej rozmowę.
Przez cały czas jednak myślał wciąż: „Ach, ach, gdybym był jeszcze tak silnym i zdolnym jak za młodych lat! Przekonałbym wnet tego chłopa jak źle czyni.“
Nagle zwrócił się znów do nauczyciela. „Skąd weźmiecie pieniądze, panie Storm?“
„Założyliśmy towarzystwo“, odrzekł Storm 1 wymienił kilka chłopów, którzy przyrzekli mu pomoc, aby dowieść, że są to ludzie, którzy ani księdzu ani kościołowi nie mają zamiaru szkodzić.
„Czy Ingmar Ingmarson także do was należy? zapytał ksiądz, i odczuł jak gdyby nowy cios śmiertelny. „Tak samo jak ufałem Stormowi, tak pewnym byłem i Ingmara Ingmarsona.“
Nie powiedział jednak nic więcej, lecz zwrócił się znów do gospodyni i rozmawiał z nią, „Widział wprawdzie, że płakała, udawał jednak, że nie zauważył tego.
Po chwili znów zwrócił się do nauczyciela.
„Porzuć, pan tę myśl, panie Storm,“ prosił go: „Porzuć ją ze względu na mnie. I panu również nie podobałoby się, gdyby ktoś założył szkolę obok waszej szkoły.“
Nauczyciel patrzył w ziemię i namyślał się. „Nie mogę, proszę księdza,“ rzekł w końcu i starał się wyglądać odważnie i spokojnie.
Ksiądz nie rzekł już ani słowa i przez jakich dziesięć minut panowała w pokoju cisza grobowa.
Potem ksiądz wstał, włożył futro i czapkę i zwrócił się ku drzwiom.
Przez cały wieczór szukał za słowami, które miały dowieść Stormowi, że nie ma słuszności i wyrządza krzywdę, nietylko księdzu, ale całej gminie, którą tem przedsięwzięciem naraża na zgubę. Lecz chociaż słowa i myśli tłoczyły mu się w mózgu, nie mógł ich wypowiedzieć, nie mógł ich uporządkować, gdyż był człowiekiem złamanym.
Idąc ku drzwiom spostrzegł Gertrudę, siedzącą w kąciku i bawiącą się klockami i czerepami. Stanął i spojrzał na nią. Nie słyszała ona widocznie ani słowa z całej rozmowy, oczy jej błyszczały, z-radości a policzki były bardziej zaróżowione niż zazwyczaj.
Ksiądz uderzony był przeciwieństwem między, tą wielką lekkością umysłu bez trosk, a swojem własnem ciężkiem zmartwieniem, i przystąpi! do niej. „Co ty tu robisz?“ zapytał.
Dziewczynka już dawno uporała się z całą wsią. Zburzyła już ją nawet i zabrała się do nowej budowy.
„Gdyby ksiądz proboszcz przyszedł był o chwilkę wcześniej!“ rzekło dziecko, „Zbudowałam tak piękną wieś, z kościołem i szkołą.«
„Gdzież się ta wieś podziała?“
O, zburzyłam wieś a teraz zaczynam budować Jerozolimę i“ — — —
„Co mówisz?“ zawołał ksiądz. „Czy rozumiesz przez to, żeś zburzyła wieś, aby budować Jerozolimę?
„Tak,“ odrzekła Gertruda, wieś była bardzo piękna, ale wczoraj uczyliśmy się w szkole o Jerozolimie. więc zburzyłam wieś, aby zbudować Jerozolimę.
Ksiądz stał i patrzył na dziecko. Potarł ręką czoło, aby rozjaśnić swe myśli. „Zaprawdę, ktoś większy od ciebie przemawia przez twe usta“ rzekł.
Słowa dziecka wydawały mu się tak dziwnemi że powtarzał je raz po raz. Czyniąc to, wszedł na zwykły tor swych myśli, i zaczął się dziwić jak Pan Bóg rządzi światem i jakich środków używa dla przeprowadzenia swej woli.
Przystąpił znów do nauczyciela i rzekł zwykłym swym uprzejmym głosem, lecz z zupełnie nowym, jasnym wyrazem w oczach.
„Nie gniewam się na was, panie, Storm: Czyni Pan to, co pan pewnie czynić musi. Przez całe życie moje myślałem o tem, jak Bóg rządzi światem, lecz nigdy nie było mi to zupełnie jasnem. I tej sprawy nie rozumię, lecz wiem tyle tylko, że czynisz pan, co pan czynić musi.“




Otwarły się przed nimi niebiosa.



Na wiosnę, gdy budowano dom misyonarski, zaczęło nagle tajać i rzeka Dalelf wezbrała mocno. Dziwna rzecz, ile to wody przyniosła ta wiosna. Lało się z nieba, lało się strumieniami z gór, wytryskało z ziemi, i w każdem zagłębieniu, w każdym rowie i w każdej skibie było pełno wody. A wszystka woda szukała ujścia w rzece, która rosła wciąż, rosła i szumiała coraz burzliwiej. Nie była to rzeka ciemna, przeźroczysta i spokojna jak zazwyczaj, lecz żółto-szara od tej ziemistej wody, która do niej wpływała, i gdy tak szumiała, pełna belek i lodowych brył, wyglądała dziwnie groźnie i strasznie.
Z początku dorośli ludzie nie troszczyli się wiele o te wody wiosenne; dzieci tylko spieszyły na wybrzeże, skoro tylko miały wolną godzinę, patrzały na rozszalały strumień i wszystko co on z sobą niósł.
W krotce były tam już nie tylko belki i bryły lodu; były tam inne rzeczy! Nadpłynęły mostki i budki kąpielowe, a za chwilę czółna i kawałki zniszczonych tratw.
„Jeszcze i nasz most wkrótce zabierze! Tak, tak, z pewnością!“ mówiły dzieci. Trwożyły się trochę, przeważała jednak uciecha, że mogły przypatrywać się tak dziwnym rzeczom.
Nagle nadpłynęła wielka jodła z korzeniami i gałęziami, za nią zaś żeglowała osika o białawym pniu; z brzegu widać było, że grube gałęzie miały wielkie pączki, które w długiej kąpieli nabrzmiały. A tuż po za drzewami ukazał się mały wywrócony dach stodoły. Był jeszcze pełny siana i słomy i pływał na daszku swym jak czółno.
Gdy zaś zaczęły na wodzie ukazywać się takie rzeczy, wtedy i wśród dorosłych zapanowało wzburzenie. Zrozumieli teraz, że tam gdzieś dalej na północ, rzeka musiała wystąpić z brzegów i pospieszyli na wybrzeże z tykami i hakami, aby wyciągnąć na ląd sprzęty i budowle.
Daleko na północ, tam gdzie okolica mało była zaludniona i mało uprawna, stał Ingmar Ingmarson samotnie nad brzegiem rzeki. Miał już teraz blisko sześćdziesiąt lat, a wyglądał jeszcze starzej. Twarz miał grubo porysowaną i pomarszczoną, grzbiet pochylony i wyglądał tak samo niezgrabnie i nieporadnie, jak przedtem.
Stał oparty o długi i ciężki hak łodzi i ociężałym, sennym wzrokiem wodził po rzece.
Rzeka szumiała, huczała i płynęła przed nim dumnie, wraz z całą swą zabraną z brzegów zdobyczą. Zdawało się, jak gdyby wyśmiewała powolność Wieśniaka i chciała doń mówić: „Tyś nie jest tym, który potrafi mi wydrzeć coś z rzeczy, któremi się obładowałam“.
Ingmar Ingmarson w istocie nie próbował wyciągnąć szczątek tratwy ani czółen, które nadpływały. „Już oni to tam we wsi z pewnością powyciągają“, pomyślał sobie.
Mimoto nie odwracał oczu od rzeki, lecz uważnie przypatrywał się wszystkiemu, co nadciągało. Nagle ukazało się, dobry kawał dalej, na rzece, coś żółto-lśniącego, na kilku zbitych razem deskach, a Ingmar spostrzegł to natychmiast. „Tak, na to już długo czekałem“ rzekł głośno do siebie. Nie mógł jeszcze poznać co to było żółtego, ci jednak, którzy wiedzą, jak się ubierają dzieci we wsi Dalarne, łatwo mogli się domyśleć. „Jest to kilkoro dzieci, które bawiły się na mostku“ pomyślał, „i nie miały tyle rozumu, aby uciekać na ląd, zanim rzeka je porwała“.
Nie długo trwało, a chłop widział, że dobrze odgadł. Spostrzegł już teraz wyraźnie troje małych dzieci w żółtych sukienkach i okrągłych żółtych czapkach, nadpływających na licho skleconym mostku, który zwolna rozpadał się pod naciskiem strumienia i uderzających brył lodowych.
Dzieci były jeszcze daleko, ale Ingmar wiedział, że dość blisko miejsca na którem stał, znajdował się spad. jeżeli więc zrządzeniem bożem mostek, na którym dzieci siedziały, wejdzie w ten prąd, nie byłoby rzeczą niemożliwą, aby je na ląd wyciągnął.
Stał nieruchomo i patrzał na rzekę. Wtem zdawało się, jak gdyby ktoś pchnął mostek, który odwrócił się i skierował się ku jego brzegowi. Dzieci były już tak blisko, że mógł widzieć ich małe zatrwożone twarzyczki i słyszeć ich płacz.
Lecz zawsze jeszcze były tak daleko, że nie mógł dosięgnąć ich z brzegu hakiem. Wszedł więc do wody i zaczął broczyć w rzece.
Czyniąc to, dziwne miał uczucie; zdawało mu się, jak gdyby ktoś wołał doń: „Nie jesteś już młodym człowiekiem, Ingmarze, narażasz może twoje życie!“
Stanął na chwilę i namyślał się, czy dobrze czyni, narażając swe życie. Żona jego, którą niegdyś przywiódł był z więzienia, umarła ubiegłej zimy, a odkąd go opuściła, pragnął bardzo podążyć za nią. Z drugiej zaś strony, syn jego, który miał objąć po nim dwór, nie był jeszcze dorosłym. Dla syna musiał jeszcze pozostać przy życiu.
„Niech więc będzie, jak Bóg zechce“ rzekł.
I odtąd Ingmar-Wielki nie był już nieporadny i powolny. Krocząc po huczącej rzece, wtykał zawsze drąg w ziemię, aby go prąd nie porwał, i uważał na bryły lodowe i na belki, płynące mimo niego, aby go nie powaliły. Gdy doszedł do mostku, oparł się silnie nogami o grunt, zarzucił hak i wbił go w mostek.
„Trzymajcie się dobrze!“ zawołał do dzieci, w tej chwili bowiem mostek zrobił wielki zwrot i zatrzeszczał straszliwie. Licha robota wytrzymała jednak i Ingmar-Wielki wyciągnął mostek z najsilniejszego prądu. Potem puścił go, wiedział bowiem, że teraz już sam do brzegu przypłynie.
I znów wetknął drąg silnie w grunt rzeki i odwrócił się, aby sam dostał się na ląd. Nie zważał jednak na wielki belek, który w szalonym pędzie nadpływał. Uderzył o niego i pchnął go w bok pod samo ramię. Straszny to był cios; belek uderzył z nadzwyczajną siłą i Ingmar Wielki zachwiał się w wodzie. Opierał się jednak wciąż jeszcze o drąg i dotarł do brzegu. Gdy stanął na ziemi, bał się dotknąć się ciała swego, zdawało mu się, że cała klatka piersiowa zapadła się. Usta szybko napełniły się krwią. Teraz koniec z tobą, Ingmarze Wielki, pomyślał. Nie mógł już postąpić ani kroku, lecz upadł na brzegu.
Małe, uratowane dzieci, zaczęły krzyczeć, ludzie nadbiegli i Ingmara-Wielkiego poniesiono do domu...
Posłano po księdza z dworu ingmarowskiego i ksiądz został tam przez całe popołudnie. Gdy wrócił wieczorem, poszedł do nauczyciela. W ciągu dnia dowiedział się o czemś, o czem chciał jeszcze z kimś pomówić.
Nauczyciel i matka Stina byli mocno zasmuceni, gdyż dowiedzieli się już, że Ingmar Ingmarson umarł. Ale ksiądz szedł lekkim krokiem i coś wesołego i jasnego było w jego twarzy, gdy wszedł do izby.
Nauczyciel zapytał go, czy jeszcze w czas przyszedł. — „Tak, odrzekł ksiądz, ale nie byłem tam potrzebny“. — „Nie?“ zapytatała matka Stina. — „Nie“, odrzekł ksiądz, uśmiechając się tajemniczo, „mógł zupełnie obejść się bezemnie!“
„Ciężka to nieraz rzecz być u łoża umierającego człowieka“, rzekł ksiądz.
— „O tak, o tak“ potakiwał nauczyciel.
— „A tem bardziej jeżeli umierający jest najgłówniejszą w okolicy osobą“.
— „Tak“. — „Może jednak rzecz mieć się inaczej, niżby się zdawało“.
Ksiądz milczał przez chwilę i patrzał prosto przed siebie, a oczy jego świeciły jaśniej niż zwykle z poza okularów.
— „Czy pan, panie Storm, albo matka Stina słyszeliście coś o dziwnem zdarzeniu, jakie Ingmar Wielki miał w swej młodości?“ zapytał ksiądz.
— Nauczyciel odrzekł, iż opowiadano sobie rozmaite rzeczy o Ingmarze Wielkim.
— „Tak, ale to jest najdziwniejsza ze wszystkich rzecz: słyszałem o niej dziś dopiero na ingmarowskim dworze“.
„Ingmar Wielki ma dobrego przyjaciela, który jest chałupnik[1] na jego dworze, ciągnął ksiądz dalej“.
— „Tak, wiem o tem“, rzekł, nauczyciel.
— „Nazywa się Ingmar, a ludzie dla odróżnienia nazywają go Ingmarem Silnym“.
— „Tak, to ten“, rzekł ksiądz, „ojciec jego nazwał go Ingmarem z uszanowania dla swego pana“.
„Zdarzyło się raz, gdy Ingmar Wielki był jeszcze młodym — było to lato i wieczorem w niedzielę, gdy Ingmar i jego przyjaciel Ingmar Silny chcieli zrobić sobie święto, włożyli swą niedzielną odzież i poszli do wsi, aby się zabawić wieczorem“.
Ksiądz stanął i namyślał się. „Mogę sobie wyobrazić, jaki to musiał być rozkoszny wieczór“, rzekł; cichy i jasny, jeden z tych wieczorów, kiedy ziemia i niebo zamieniają się barwami, tak że niebo przyjmuje odcień jasno zielony, ziemia zaś pokrywa się lekką mgłą, która nadaje wszystkiemu białawą lub błękitnawą barwę.
Ale gdy Ingmar „Wielki i Ingmar Silny przyszli do wsi i mieli przejść przez most, zdawało im się, iż ktoś każe im oczy podnieść ku górze. Uczynili to i ujrzeli przed sobą otwarte niebiosa. Całe sklepienie niebieskie było odsunięte, gdyby firanka, a obaj przyjaciele stali, trzymając się za ręce i wpatrywali się w wspaniałości niebiańskie.
„Czyście kiedykolwiek słyszeli coś podobnego matko Stino, lub panie Storm?“ zapytał ksiądz. „Ci dwaj ludzie, Ingmar Wielki i Ingmar Silny stali na moście i widzieli otwarte niebiosa.
„Nigdy właściwie z nikim nie mówili o tem, co widzieli, powiedzieli tylko swym dzieciom i najbliższym krewnym, że raz otwarły się przed nimi niebiosa. Żaden obcy człowiek nie dowiedział się o tem nigdy przedtem, i było to ich skarbem najświętszym i świętością nienaruszoną, że widzieli raz przed sobą wspaniałość niebiańską.“
Znów przez chwilę ksiądz wpatrywał się w ziemię, a potem westchnął „głęboko. „Nigdy jeszcze nie słyszałem czegoś podobnego“, rzekł, a głos jego drżał cokolwiek, gdy zaczął mówić dalej. „Chciałbym był chętnie stać tam na moście z Ingmarem Wielkim i Ingmarem Silnym i zobaczyć otwarte niebiosa.
„Dziś, kiedy przyniesiono Ingmara Wielkiego do dworu“, rzekł ksiądz, kazał on przywołać Ingmara Silnego; usłuchano go natychmiast, a równocześnie. posłano także po lekarza i po mnie. Ale Ingmara Silnego nie było w domu. Był on daleko w lesie, przy rąbaniu drzewa i nie można go było znaleść tak łatwo. Wysyłano jednego posłańca za drugim, a Ingmar Wielki był w wielkim strachu, że go już przed śmiercią nie obaczy. Trwało to bardzo długo; ja przyszedłem i doktor przyszedł, ale Ingmara Silnego nie można było znaleść.
Ingmar Wielki nie troszczył się wiele o nas; był bliskim zgonu. „Niezadługo umrę, księże proboszczu, rzekł „chciałbym tylko Ingmara przedtem zobaczyć.“
„Leżał na szerokiem łożu w izbie i przykryty był najdroższym dywanem jaki był w domu. Leżał z otwartymi oczami i wciąż patrzał gdzieś w dal, na coś bardzo oddalonego, czego nikt inny nie widział. Troje małych dzieci uratowanych przezeń, umieszczono na jego łóżku; siedziały u stóp jego skulone i ciche. Gdy od czasu do czasu odwracał oczy od tego co widział w oddali, zwracał je ku dzieciom i wtedy uśmiech rozjaśniał twarz jego.
Nakoniec znaleźli przecie Ingmara Silnego, a Ingmar Wielki patrzał uśmiechnięty przed siebie usłyszawszy ciężkie kroki jego w sieni.
Gdy przystąpił do łóżka, chory ujął go za rękę i pieścił ją łagodnie; potem zapytał go: „Czy pamiętasz jeszcze, Ingmarze Silny, jak obaj staliśmy tam na moście kościelnym i widzieliśmy otwarte niebiosa?“ „Tak zaprawdę, pamiętam dobrze, jak spoglądaliśmy w niebiosa“ odrzekł Ingmar Silny.
Wtedy Ingmar Wielki zwrócił się całkiem ku niemu, uśmiechał się, a twarz jego promieniała, jak gdyby miał ogłosić radośną nowinę. „Ja teraz tam idę“ rzekł do Ingmara Silnego.
Ten pochylił się nad nim i spojrzał mu głęboko w oczy. „A ja przyjdę za tobą“, rzekł. Ingmar Wiełki skinął mu głową. „Ale ty wiesz, że nie mogę przyjść pierwej, zanim twój syn powróci z odpustu.“ „Tak, wiem o tem“, rzekł Ingmar Wielki, i skinął głową.
Powiedziawszy to westchnął jeszcze kilka razy głęboko i wyzionął ducha.
Nauczyciel i jego żona przytakiwali księdzu, że była to piękna śmierć. Siedzieli wszyscy troje przez długi czas milcząco.
„Ale — rzekła nagle matka Stina, co też rozumiał Ingmar Silny, mówiąc o odpuście?„
Ksiądz spojrzał trochę zmieszany. „Nie wiem Ingmar Wielki umarł wkrótce, i nie miałem czasu pomyśleć o tem“, rzekł, i zamyślił się.
„Dziwne to były słowa, słusznie mówicie, matko Stino.“
— „Ksiądz proboszcz wie przecie, że powiadają, iż Ingmar Silny umie patrzyć w przyszłość.“
Ksiądz przetarł po czole w zamyśleniu, jak gdyby chciał uporządkować swe myśli.
„Nie ma nic dziwniejszego, jak pomyśleć o tem, jak Bóg rządzi światem“, rzekł po chwili. „Nie ma nic dziwniejszego na świecie.“




Karina córka Ingmarów.




Było to przedpołudniem w jesieni. Szkoła rozpoczęła się już, lecz była właśnie przerwa. Nauczyciel i Gertruda weszli do kuchni, zasiedli do stołu a matka Stina nalała im kawy.
Zanim wypróżnili filiżanki, przyszedł ktoś w odwiedziny. Był to Halfvor Halfvorson, młody wieśniak, który założył był sklep we wsi. Pochodził z Timshof i dlatego często zwano go Tims Halfvor.
Był to piękny człowiek słusznego wzrostu, wyglądał jednak przygnębiony. Matka Stina zapraszała go na kawę; usiadł przy stole i rozpoczął rozmowę z nauczycielem.
Gospodyni siedziała na kanapie przy oknie i robiła pończochę. Siedziała tak, że mogła patrzeć na ulicę. Wtem zarumieniła się i wychyliła się z okna, aby lepiej zobaczyć. Lecz natychmiast starała się znów wyglądać spokojnie i rzekła obojętnie: „Zdaje mi się, że dostajemy dostojnych gości!“ Kupiec zmiarkował, że głos jej miał jakieś niezwykłe brzmienie; wstał i spojrzał przez okno. Widział słuszną, cokolwiek pochyloną kobietę, zbliżającą się do szkoły z niedorosłym chłopcem „Jeżeli mnie oczy nie mylą, to jest to Karina, córka Ingmarów“, rzekła matka Stina.
— „Tak, z pewnością, to Karina“, rzekł kupiec. Nie powiedział ani słowa więcej, lecz odwrócił się od okna i zaczął oglądać się po izbie, jak gdyby szukał wyjścia. Po chwili jednak, powrócił spokojnie na dawne miejsce.
Rzecz miała się tak, że przeszłego lata, gdy żył jeszcze Ingmar Wielki, Halfvor starał się o rękę córki Ingmara. Starał się o nią już od dawna wprawdzie, ale zawsze natrafiał na rozmaite przeszkody. Członkowie starego rodu mieli wątpliwości co do tego, czy Halfvor jest odpowiednim, i to nie z powodu majątku, gdyż Halfvor był bogatym, lecz dlatego, iż ojciec jego oddawał się pijaństwu i obawiano się, ażeby to nie było wadą dziedziczną. Nareszcie jednak postanowiono przecie oddać mu Karinę.
Dzień ślubu był już oznaczony i dano już na zapowiedzi, zanim jednak wyszły pierwsze zapowiedzi, Karina i Halfvor odbyli podróż do Falun, aby zakupić pierścionki ślubne i książkę do modlitwy. Podróż trwała trzy dni, a gdy wrócili, Karina oświadczyła ojcu, że nie może zostać żoną Halfvora. Nie oskarżała go o nic innego, tylko o to, że Halfvor upił się raz podczas podróży, obawiała się więc, że będzie z nim jak z ojcem jego. Ingmar Wielki nie chciał zmuszać swej córki, i Halfvora odesłano z kwitkiem.
Halfvor był zrozpaczony. „Zadajesz mi hańbę, której znieść nie potrafię“, mówił de Kariny. Co ludzie o mnie pomyślą, jeżeli odepchniesz mnie w ten sposób? Tak nie wolno postępować z uczciwym człowiekiem.“
Karina jednak nie dała się wzruszyć, i od tego czasu Halfvor był przygnębiony i nieszczęśliwy; nie mógł zapomnieć krzywdy, jaką wyrządzili mu Ingmarsonowie.
A teraz zbliżała się Karina a Halfor był obecny, co to z tego będzie?
To pewne, że nie mogło być mowy o pojednaniu, bo od jesieni przeszłego roku Karina była żoną Eliasza Elofa Ersona. Mieszkała z mężem swym na ingmarowskim dworze i gospodarowała tam, odkąd na wiosnę umarł Ingmar Wielki. Ingmar Wielki pozostawił pięć córek i jednego syna, syn jednak był jeszcze za młody, aby mógł objąć dwór.
Karina weszła teraz do kuchni. Miała dopiero lat dwadzieścia kilka, ale z pewnością nigdy nie wyglądała młodo. Inni ludzie byliby ją z pewnością uważali za brzydką, wdała się bowiem w swoją rodzinę, miała ociężałe powieki, rudawe włosy i ostry rys dokoła ust; nauczycielowi jednak i jego żonie podobało się to, iż była podobną do Ingmarsonów.
Karina nie zmieniła wyrazu twarzy, gdy spostrzegła Halfvora, lecz spokojnie szła od jednej osoby do drugiej, witając się z obecnymi. Gdy podała rękę Halfvorowi, on wyciągnął swoją o tyle tylko, że zetknęły się tylko końce palców.
Karina miała zawsze postawę trochę naprzód pochyloną, a gdy teraz zbliżyła się do Halfvora zdawało się, iż pochyliła głowę jeszcze głębiej niż zwykle, Halfvor zaś był prostszy i wydawał się większym niż zazwyczaj.
„Tak, więc wybraliście się w drogę Karino“, rzekła matka Stina i przysunęła dla niej fotel księdza. „Tak, odrzekła Karina, droga nie jest teraz tak ciężka, bo przymarzło.“ „Tak, tej nocy silnie zamarzło“, rzekł nauczyciel.
Potem jednak ucichło w izbie, nikt nie wiedział, co ma mówić, i cisza ta trwała kilka minut.
Wtem podniósł się Halfvor, a inni zerwali się jakby zbudzeni z głębokiego snu.
„Muszę już wrócić do sklepu“, rzekł Halfvor. „O nie ma się czego spieszyć“ rzekła matka Stina. „Przecież nie ja chyba wypędzam Halfvora“ rzekła Karina, a głos jej brzmiał bardzo pokornie. Skoro tylko Halfvor oddalił się, czar jakby prysnął i nauczyciel wiedział odrazu o czem mówić. Spojrzał na chłopca z którym Karina przyszła i na którego nikt przedtem nie zważał. Był to mały chłopak, nie o wiele starszy od Gertrudy. Miał otwartą, miękką dziecinną twarzyczkę, ale zarazem i coś dojrzałego w wyrazie i nie trudno było odgadnąć do jakiej rodziny należał.
„Zdaje mi się, że przyprowadziliście ze sobą ucznia“, rzekł nauczyciel. — „To mój brat, on jest obecnie Ingmarem Ingmarsonem“, rzekła Karina. — „Jest on co prawda trochę nikły, jak nato imię“ zauważył nauczyciel, — „Tak, ojciec umarł za wcześnie.“ — „To święta prawda“, — rzekł nauczyciel i jego żona jakby jednym tchem.
„Chodził do łacińskiej szkoły w Falun“, rzekła Karina, dlatego nie przybył już wcześniej do pana nauczyciela;“ — „Czy nie możecie się tak urządzić, ażeby na jesień wysłać go znowu tam?“ — Karina spuściła ciężkie powieki i westchnęła głęboko, ale nie odpowiedziała nic. „Powiadają, że uczy się dość dobrze,“ odezwała się po chwili. — „Tak, obawiam się tylko, że on tu u mnie niczego się więcej nie nauczy. Umie zapewne tyle co ja.“
— „O, wiem dobrze, że pan nauczyciel umie więcej, niż taki mały chłopiec.“
Znów nastała cisza, aż Karina na nowo zaczęła. „Chciałabym nietylko, aby tu chodził do szkoły, lecz miałam się zapytać pana nauczyciela i matkę Stinę, czy nie mógłby tu mieszkać.“
Nauczyciel i jego żona spojrzeli na siebie z zdziwieniem, i nie wiedzieli, co odpowiedzieć. „Ale mamy sami bardzo mało miejsca“, rzekł Storm w końcu.
— Myślałam, że mogłabym może dawać masło, mleko i jaja, zamiast opłaty.“ — O, co do tego...“ — „Była by to wielka usługa“ rzekła bogata wieśniaczka.
Ale matka Stina zrozumiała, że Karina nie byłaby ich prosiła o coś tak niezwykłego, gdyby nie była koniecznie potrzebowała pomocy. Dlatego roztrzygła rzecz prędko.
„Nie potrzebujecie dłużej prosić,“ rzekła, dla Ingmarsonów zrobimy wszystko co możemy.“
„Dziękuję wam“, rzekła Karina.
Matka Stina i Karina mówiły jeszcze długo z sobą o tem, jak się z Ingmarem urządzić, Storm zaś zabrał Ingmara do szkoły. Ingmar usiadł na ławce obok Gertrudy. Przez cały pierwszy dzień nie wyrzekł ani jednego słowa.
Tims Halfvor przez cały tydzień trzymał się zdała od budynku szkolnego, jak gdyby się bał spotkać się tam z Kariną. Ale pewnego przedpołudnia, gdy deszcz lał strumieniami i nie można było spodziewać się gości, opanowało go głębokie przygnębienie.
„Jestem do niczego, nikt nie ma dla mnie poważania“, pomyślał sobie i dręczył się tem, jak to było jego zwyczajem od czasu, kiedy Karina zerwała ich zaręczyny.
Nakoniec zdecydował się pójść do matki Stiny ażeby rozmawiać trochę z człowiekiem uprzejmym i wesołym. Zamknął swój pusty sklep, zapiął mocno swój płaszcz i zaczął przeprawiać się po przez deszcz, wiatr i błotne kałuże do budynku szkolnego.
Halfvorowi było ta tak dobrze, że siedział jeszcze, gdy zadzwoniono na przerwę przedpołudniową i Storm przyszedł na kawę z dwojgiem dzieci.
Powitali go wszyscy troje a Halfvor wstał przed nauczycielem, ale gdy Ingmar chciał mu podać rękę, usiadł już napowrót i rozmawiał tak pilnie z matką Stiną, że wcale nie widział chłopca. Ingmar przez chwilę stał spokojnie, potem przystąpił do stołu i usiadł. Westchnął kilkakrotnie podobnie jak siostra jego westchnęła owego dnia, kiedy tu siedziała.
„Halfvor chce nam pokazać swój nowy zegarek rzekła matka Stina. Halfvor wyciągnął z kieszeni nowy srebrny zegarek i pokazał go. Był to bardzo piękny, mały zegarek, z kwiatkiem pozłacanym na okładce. Nauczyciel otworzył zegarek, poszedł potem do szkoły i przyniósł szkło powiększające, przyłożył je do oka i przyglądał się pilnie robocie zegarka. Był nią zachwycony; długo patrzył i cieszył się, widząc jak pięknie kółeczka się obracały. Nigdy jeszcze nie widział tak pięknej roboty. Nareszcie oddał zegarek Halfvorowi, który go schował, lecz nie miał wcale miny zadowolenia ani dumy, jak to bywa u ludzi, jeżeli chwali się to, co sobie sprawili.
Ingmar milczał, jak długo jadł, ale gdy wypił swą filiżankę kawy, zapytał Storma, czy rozumie się na zegarach. — „Tak“, odrzekł nauczyciel, „wiesz przecie, że rozumię się na wszystkiem.“
Ingmar wtedy wyjął z kieszonki kamizelki zegar; była to wielka, okrągła, srebrna cebula, brzydka i niezgrabna, zwłaszcza teraz, gdy obejrzano dopiero nowy zegarek Halfvora. Na okładce nie było ozdoby, tylko wielkie wklęśnięcie. W ogóle zegar nie miał wiele wartości, nie było szkiełka nad wskazówkami a emalja na tarczy była również uszkodzona.
„Stoi“, rzekł nauczyciel, przyłożywszy go do ucha. — „Tak, rzekł chłopiec, chciałbym tylko wiedzieć, czy pan sądzi, że da się jeszcze naprawić?“
Nauczyciel otworzył zegar, i zakołatało w nim, jak gdyby wszystkie kółka się rozluźniły. »Musiałeś chyba gwoździe przybijać tym zegarem, ja mu już nic nie poradzę.“ — „Czy sądzi pan, że zegarmistrz Eryk nie mógłby go naprawić?“ — „Nie potrafi tak samo, jak i ja, najlepiej byłoby posłać go do Falun i dać wprawić nową maszyneryę.“ — „Tak, myślałem to samo“, rzekł Ingmar i schował zegarek napowrót.
„Cóżeś ty z tym zegarkiem robił?“ zapytał nauczyciel. Chłopiec siedział pomieszany i zdawało się, jakby coś chciał przełknąć; zbierało mu się widocznie na płacz. — „To zegarek ojca“, rzekł. „To belek tak go zmiażdżył gdy w ojca uderzył.“ Teraz wszyscy nagle umilkli i słuchali uważnie. Ingmar przezwyciężył się i mówił dalej:
„Były właśnie wakacye świąteczne, tak że byłem w domu, gdy się to stało, i pierwszy przybiegłem do ojca na wybrzeże. Ojciec leżał i trzymał zegarek w ręku „Teraz koniec ze mną, Ingmarze“, rzekł ojciec, „żal mi, że zegar zniszczony, bo pragnę, ażebyś go dał komuś, któremu raz krzywdę wyrządziłem i abyś go pozdrowił odemnie.
Potem powiedział mi, komu mam dać zegarek.
„Kazał mi postarać się o to, aby go w Falun naprawiono, zanim go oddam temu, dla kogo był przeznaczony. Nie posłano mnie jednak więcej do Falun, i teraz nie wiem, co mam z nim zrobić.“
Nauczyciel namyślał się, czy nie zna kogoś, ktoby w najbliższym czasie wybierał się do miasta ale matka Stina przerwała mu natychmiast słowami:
„I dla kogóż to, Ingmarze przeznaczony jest ten zegarek?“ — „Nie wiem, czy mogę się ośmielić?“ — rzekł chłopiec. — „Czy nie dla Timsa Halfvora, który tu siedzi?« — „Tak, dla niego“, odrzekł Ingmar z cicha. — „Więc daj mu zegarek taki jaki jest“, rzekła matka Stina, „zrobisz mu tem największą przyjemność!“ Ingmar posłusznie wstał, wyjął zegarek, przetarł go kilkakrotnie rękawem, aby go możliwie oczyścić, i zbliżył się powolnymi krokami do Halfvora. — „Ojciec kazał mi pozdrowić cię i oddać ci to“, rzekł wręczając mu zegarek.
Halfvor siedział przez cały czas milcząco i ponuro, a gdy chłopiec zbliżył się doń z zegarkiem, położył rękę na oczach, jak gdyby nie chciał nic widzieć. Ingmar stał dość długo przed nim, podając mu zegarek. Nakoniec spojrzał na gospodynię prosząc ją o pomoc. — „Błogosławieni są ludzie zgodliwi“, rzekła matka Stina. Lecz Halfvor zrobił ręką ruch, jak gdyby chciał odepchnąć zegarek. Teraz i nauczyciel wmieszał się. — Sądzę, że nie możecie żądać lepszego zadość uczynienia, Halfvorze“. rzekł on, „zawsze mówiłem, że gdyby Ingmar Ingmarson żył jeszcze, dawno byłby wam dał rehabilitacyę, na jaką zasłużyliście.“
Teraz spostrzegli obecni, że Halfvor ręką, którą nie zasłaniał oczu, ujął zegar prawie niechętnie i pociągnął go ku sobie. A skoro go miał w ręce, schował go szybko pod surdut i pod kamizelkę.
„Nikt nie zdoła mu już teraz wydrzeć tego zegarka“, rzekł śmiejąc się nauczyciel, gdy widział jak Halfvor mocno zapinał surdut i kamizelkę. — Halfvor zaśmiał się także, przyczem wstał, wyprostował się i odetchnął z całej piersi: Jasny rumieniec pokrył mu lica, i błyszczącemi oczami patrzał dokoła. — „Zdaje mi się, że Halfvor ma takie uczucie, jakby mu ktoś nowe życie darował“, rzekła matka Stina.

∗             ∗

Elof Erson z eliaszowego dworu, który ożenił się z córką Ingmara Kariną, był synem skąpca. U ojca było mu bardzo źle. Dzieckiem będąc nie mógł się najeść do syta, a jako dorosły młodzieniec musiał żyć również bardzo skąpo. Stary napędzał go bezustannie do roboty, nigdy nie śmiał iść na tańce i nawet w niedzielę nie miał spokoju. Kiedy Elof nareszcie się ożenił, nie był także własnym panem, bo dostał się na dwór ingmarowski i miał teścia nad sobą. Na ingmarowskim dworze nieznano również niczego, prócz pracy i oszczędności. Jak długo jednak żył Ingmar Ingmarson, Eljasz zdawał się być zadowolonym, męczył się od rana do wieczora i nie pragnął lepszego życia. Ogólnie mówiono, że Ingmarsonowie dostali teraz zięcia, jakiego dusza ich pragnęła, bo Elof Erson nie wie, czy prócz pracy coś jeszcze na świecie istnieje.
Ale skoro tylko zmarł Ingmar „Wielki, zaczął zięć upijać się i w ogóle wieść rozpustne życie. Zaznajomił się z wszyskimi lekkomyślnymi ludźmi w parafii, zapraszał ich na dwór Ingmarowski, albo włóczył się z nimi po szynkach, grając i pijąc. Zaniedbał zupełnie robotę i upijał się codziennie. Po kilku miesiącach stał się nałogowym pijakiem.
Gdy Karina po raz pierwszy ujrzała go pijanym, stanęła jak skamieniała, „To kara boska za krzywdę, którą uczyniłam Halfvorowi, pomyślała natychmiast.
Nie robiła jednak mężowi wyrzutów, ani nie dawała mu nauk moralnych. Poznała wkrótce, że nigdy po nim nie mogła się spodziewać pomocy ani opieki.
Lecz siostry Kariny nie były tak rozsądne jak ona. Wstydziły się rozpustnego życia szwagra i nie mogły przyzwyczaić się do tego, że z dworu Ingmarowskiego rozlegały się krzyki i śpiewy pijackie aż na ulicę. To wyszydzały go, to znów napomninały go, a chociaż szwagier był w gruncie rzeczy dobrodusznym człowiekiem, to jednak czasami wpadał w pasyę. Tak więc w domu panowała niezgoda.
Karina przemyśliwała teraz tylko nad tem, jakby siostry swe wydać z domu, ażeby wyzwolić je z nędznego życia, które sama wieść musiała.
Wciągu lata wydała za mąż starsze dwie siostry, młodsze zaś obie wysłała do Ameryki, gdzie miały bogatych krewnych.
Wszystkim siostrom wypłacono ich część spadku, wynoszącą po 20.000 koron. Karina dla siebie zatrzymała dwór, postanowiono jednak, że młody Ingmar wykupi go swemi dwudziestoma tysiącami koron, skoro dojdzie do pełnoletności, a wówczas Karina i Eliasz poszukają sobie innej siedziby.
Dziwna to rzecz była, że Karina, która wyglądała tak nieśmiała i niezdecydowana, miała tyle siły, że nietylko tyle ptaków wyprawiła z gniazda, ale postarała się jeszcze dla nich o mężów, o wyprawę, i o bilety do Ameryki. Wszystko to musiała bowiem sama załatwić; od męża swego nie miała najmniejszej pomocy.
Najwięcej troski jednak sprawiał jej brat, który był obecnie Ingmarem Ingmarsonem. Występował on ostrzej przeciw jej mężowi, niż reszta rodzeństwa, i czynił to nie słowami, lecz czynem. Raz wylał całą wódkę, którą Eliasz zakupił, innym razem szwagier pochwycił go, gdy napoje rozcieńczał wodą.
Pod jesień Karina chciała wysłać Ingmara do Falun, do łacińskiej szkoły, gdzie uczył się od kilku lat, ale mąż jej, który był opiekunem Ingmara, sprzeciwił się temu stanowczo.
„Ingmar powinien być chłopem, jak ja i jego ojciec i mój ojciec“, rzekł Eliasz Elof. „Na co mu się przyda szkoła łacińska? W zimie pójdzie ze mną, do lasu i będziemy wypalać węgle, to najlepsza dla niego nauka. Gdy byłem w jego wieku sypiałem przez całą zimę w chacie węglarza.“
Karina nie zdołała zmienić jego zdania i musiała się poddać temu, aby Ingmar został we dworze.
Eljasz Elof zaczął teraz starać się o pozyskanie sobie Ingmara. Brał go często z sobą, gdy wyjeżdżał. Chłopiec niechętnie z nim szedł, nie lubiał bowiem brać udziału w pijatykach szwagra. Ale ten przysięgał zawsze, że nie pojedzie dalej, jak do Kościoła lub do sklepu; dopiero gdy Ingmar siedział na wozie, skierował konie do kowala w Bergsan lub do gospody w Karmsund.
Karina cieszyła się, że mąż zabierał z sobą Ingmara. Widziała w tem pewną rękojmię, że nie będzie leżał w rowie i nie zamęczy koni.
Pewnego razu jednak, gdy Eljasz wrócił dopiero o ósmej z rana, Ingmar siedział obok niego na wozie i spał mocno.
„Pomóż mi ponieść go do domu“, rzekł Eljasz do Kariny. „Biedny chłopak upił się, nie może utrzymać się na nogach“.
Karina była tak przerażona, że o mało co nie upadła. Musiała usiąść na chwilę na stopniu, zanim mogła pomóc przy przeniesieniu Ingmara.
Gdy go podniosła, widziała, że nie spał, ale był jakby nieżywy, całkiem zimny i bez przytomności. Karina wzięła go na ręce i zaniosła do izby. Tu zamknęła się z chłopcem i usiłowała przywrócić go do życia.
Wkrótce potem weszła Karina do sali, gdzie Eljasz siedział przy śniadaniu. Przystąpiła całkiem blizko i położyła mu rękę na ramieniu. — „Dobrze zrobisz, jeżeli się teraz porządnie nasycisz — rzekła, „bo gdy brat mój umrze, nie będziesz miał tak dobrego wiktu, jak na ingmarowskiem dworze“.
— „Nonsens“ odrzekł Eljasz, „trochę wódki nie może mu zaszkodzić“.
— „Tak jest, jak mówię“, odpowiedziała Karina, przyciskając swemi chudemi, twardemi rękoma jego ramiona. „Jeżeli umrze, dostaniesz dwadzieścia lat więzienia, Eljaszu“.
Gdy Karina wróciła do chłopca, odzyskał przytomność, ale miał jeszcze silny zamęt w głowie, nie mógł ruszyć członkami i czuł wielkie boleści.
— „Czy sądzisz Karino, że umrę?“ zapytał.
— „O nie, z pewnością nie“, rzekła i usiadła przy nim.
— „Nie wiedziałem co to było, co mi dali pić“, rzekł.
— „Dzięki Bogu za to“ odrzekła Karina poważnie.
— „Napisz do sióstr, jeżeli umrę“, rzekł Ingmar. „Napisz im, iż nie wiedziałem, że to wódka“.
— „Dobrze“, odpowiedziała Karina.
— „Nie wiedziałem o tem, przysięgam ci“.
Ingmar miał przez cały dzień gorączkę i mówił nieprzytomnie.
— „Nie powiedz tylko ojcu“, mówił do siostry.
— „Nie, nikt mu o tem nie powie“.
— Ale gdy umrę, ojciec dowie się przecie i będę się przed nim wstydził“.
— „Nie była to twoja wina“, rzekła Karina.
— „Ale ojciec pomyśli może, że powinienem się był wystrzegać wszystkiego, co mi Eljasz dawał“.
„Czy sądzisz, że cała wieś wie o tem, że byłem pijany?“ zapytał znów. „Co mówią parobcy, co mówi stara Liza? Co mówi Ingmar Silny?“
— „Nic nie mówią“, odrzekła Karina.
— „Ale ty Karino musisz im wytłumaczyć jak się rzecz miała. Widzisz, oni przez całą noc pili, a ja siedziałem na wpół senny w kącie na ławce. Było to w gospodzie w Karmsund. Wtem Eljasz zbudził mnie i rzekł uprzejmie: „Obudź się Ingmarze, napij się czegoś, abyś się ogrzał. Napij się, to tylko woda z cukrem!“ — Gdy się przebudziłem, było mi zimno, a gdy skosztowałem podanego napoju, widziałem tylko, że był ciepły i słodki. A tymczasem było to co innego, co oni dla mnie sporządzili. O, co też ojciec na to powie!“
Karina roztwarła drzwi. Eljasz siedział jeszcze w sali, i pomyślała sobie, że dobrze będzie, jeżeli usłyszy, co tu mówili.
„Ach, gdyby ojciec jeszcze żył, Karino! Gdyby ojciec jeszcze żył“.
— „I cóż by się stało, Ingmarze?“
— „Czy nie sądzisz, że byłby zabił Eljasza?“
— Wtedy Eljasz wybuchnął dzikim śmiechem, a chłopiec zbladł śmiertelnie, słysząc to, tak że Karina szybko zamknęła drzwi napowrót.
Po tym wypadku jednak Eljasz złagodniał i nie sprzeciwiał się już, gdy Karina umieściła Ingmara w domu nauczyciela.

∗             ∗

W pierwszym czasie, gdy Tims Halfvor otrzymał zegarek, w sklepie jego było zawsze pełno. Nie było chłopa, który przyszedłszy do wsi, nie byłby zrobił zakupna u Halfvora, aby usłyszeć historyę o zegarze Ingmara Ingmarsona. Godzinami stali wieśniacy w długich białych kożuchach oparci o ladę, z poważnemi, zmarszczkami pooranemi twarzami, wpatrując się w Halfvora i słuchając jego opowiadania. W końcu Halfvor wyciągał z kieszeni zegarek, pokazywał ukrytą maszyneryę i pękniętą tarczę. — „Tak, tu więc uderzył go belek?“ pytali chłopi i zdawało im się, że widzą przed oczyma całe zdarzenie śmierci Ingmara. „Tak, posiadanie tego zegarka, to wielka rzecz dla ciebie, Halfvorze“.
Gdy Halfvor pokazywał zegarek, nie dał go nigdy z ręki, lecz trzymał wciąż za łańcuch; nie puszczał go ani na chwilę.
Pewnego dnia Halfvor, jak zwykle otoczony był gromadą chłopów. Opowiadał swą historyę a nakoniec pokazał zegarek. Wszyscy byli w nabożnym nastroju i panowała zupełna cisza, gdy jeden po drugim oglądał zegarek.
Gdy się to działo, Eljasz wszedł do sklepu; lecz zegar pochłaniał tak ogólną uwagę, że nikt na niego nie zważał. Ponieważ znał historyę o zegarze swego teścia, zrozumiał więc natychmiast, o co chodzi. Nie zazdrościł Halfvorowi, ale wydawało mu się to śmiesznem, że wszyscy z taką nabożnością zgromadzili się dokoła zegara.
Eljasz zakradł się po za plecy pochylonego nad stołem wieśniaka i szybkim ruchem pochwycił zegarek i pociągnął go ku sobie. Był to tylko żart ze strony Eljasza; nie miał wcale zamiaru wydrzeć Halfvorowi zegarek, chciał się z nim tylko podroczyć.
Halfvor chciał napowrót pochwycić zegarek, ale Eljasz cofnął się o kilka kroków wstecz, trzymając go w podniesionej ręce, jak się psu pokazuje kawałek cukru. Halfvor oparł się ręką o ladę i przeskoczył na drugą stronę. Był tak zły, że Eljasz przestraszył się i rzucił się do drzwi, zamiast stanąć i oddać mu zegarek.
Przed drzwiami były schodki drewniane z wytartemi stopniami. Eljaszowi noga weszła w szparę, powinęła się i upadł na schody plecami wtył. Halvor rzucił się na niego, wyrwał mu zegarek i uderzył go kilka razy w bok.
„Nie bij tak“ rzekł Eljasz. „Zajrzyj lepiej co się stało z mojemi plecami“.
Halfvor przestał bić, ale Eljasz nie mógł ruszyć ręką ani nogą, aby się podnieść. „Pomóż mi wstać“, prosił.
— „Podniesiesz się sam, gdy nie będziesz pijany“, rzekł Halfvor.
— „Nie jestem pijany, odrzekł Eljasz, ale gdy stanąłem na schodach, zdawało mi się, że Ingmar Wielki nadszedł, aby mi odebrać zegarek i dlatego upadłem tak nieszczęśliwie“.
Halfvor schylił, aby podnieść nieszczęśliwego, Musiano zawieść Eljasza do domu; uszkodził sobie krzyże i lekarze zwątpili o tem, czy kiedykolwiek będzie mógł jeszcze ruszać nogami.
Odtąd Eljasz leżał wciąż w łóżku; był sparaliżowany i nie mógł się ruszyć. Umiał jednak mówić, i przez cały boży dzień domagał się wódki.
Lekarz zakazał Karinie surowo dawać mu alkoholicznych napojów, gdyż w krótkim czasie mógłby zginąć. Eljasz próbował więc wymusić to, czego pragnął, krzycząc i wyjąc po całych nocach. Zachowywał się jak szaleniec i nie dał nikomu spać.
Był to najcięższy rok dla Kariny. Mąż jej dręczył ją nieraz tak, iż zdawało się, że nie wytrzyma. Wykrzykiwał jadowite słowa i przekleństwa, tak że było we dworze jak w piekle.
Wówczas Karina prosiła nauczyciela i matki Stiny, aby Ingmar został u nich. Nie chciała go nawet na jeden dzień wziąć do domu, nawet na Boże Narodzenie.
Wszyscy słudzy na dworze ingmarowskim byli w pokrewieństwie z Ingmarsonami i całe swe życie spędzili we dworze. Gdyby nie byli tak ściśle zrośnięci z Ingmarsonami, nie byliby tu wytrzymali teraz.
Nie wiele bowiem było nocy, kiedy Eljasz dał im spać spokojnie i coraz coś nowego wymyślał, aby dręczyć Karinę tak długo, aż musiała usłuchać jego żądania.
Tak nędznie przepędziła Karina zimę, lato i jeszcze jedną zimę.

∗             ∗

Było jedno miejsce, gdzie chętnie ukrywała się Karina, córka Ingmarsonów, aby być samą i myśleć o swoim nieszczęściu. Była to wązka ławeczka za małym chmielowym ogródkiem. Głęboko pochylona, z łokciami opartemi na kolanach a twarzą ukrytą w dłoni, siedziała tu często i patrzyła, nie widząc nic wcale. Roztaczał się zresztą z tego miejsca widok daleki. Pola zbożowe rozciągały się ztąd aż po las i sterczące skały i góry Klack.
Na tem miejscu usiadła pewnego kwietniowego wieczora Karina. Czuła się osłabioną i przygnębioną, jak to się często ludziom zdarza, kiedy śnieg do połowy zaledwie stopniał i tak mokro i brudno wygląda, a ziemia deszczem wiosennym jeszcze nie odczyszczona. Słońce grzało, ale wiatr północny równocześnie wiał bez przeszkody ponad Kariną, gdyż ochronne szczepy chmielu nie podrosły jeszcze w górę, lecz leżały jeszcze w śnie zimowym pod swą osłoną z gałęzi jodłowych. Wiatr był dość ostry, i wszelkiego rodzaju śmiecie, skrawki papieru i zeschłe zioła unosiły się poprzez pola. Tam ponad górami wisiała mgła, brzozy brunatniały już na wierzchołkach; ale na brzegu lasu leżał jeszcze wysoki śnieg. „Tak, teraz już wszędzie wkrótce będzie wiosna“, pomyślała Karina, i czuła się jeszcze bardziej zmęczoną, niż zwykle: zdawało jej się, że nie dożyje do lata.
Myślała o tem, że teraz tyle ciężarów zwali się na nią. Zasiewy i sianożęcie, wiosenne pieczywa i wiosenne pranie, wyrób tkanin i szycie sukien; nie, wydawało jej się wprost niemożliwą rzeczą załatwić się z tem wszystkiem.
„Zresztą, cóż to szkodzi jeżeli umrę“, powiedziała z cicha. „Zdaje mi się, że żyje tylko na to, aby przeszkodzić jemu, ażeby się nie zapił na śmierć“.
Nagle podniosła głowę, zdawało jej się, że ktoś ją woła po imieniu. Przed nią stał Halfvor Halfvorson. Stał oparty o płot i patrzył na nią.
Karina nie wiedziała, kiedy przyszedł: wyglądało to tak, jak gdyby stał tu już od dawna.
— „Myślałem sobie, że cię tu znajdę“, rzekł Halfvor.
— „Tak? myślałeś doprawdy?“
— „Tak, pamiętałem z dawnych czasów, że zawsze ukrywałaś się tu, gdy miałaś wolną chwilę, aby się martwić“.
— „Ach, w owym czasie nie miałam wiele przyczyny, aby się martwić“.
— „Jeżeli nie miałaś prawdziwych trosk, to wmawiałaś sobie, że je masz“.
Widząc Halfvora przed sobą, Karina przypuszczała, że musi on ją uważać za głupią, ponieważ nie wyszła za niego, tak przystojnego i silnego mężczyznę. „Teraz stało się ze mną już tak, jak sobie pewnie życzył“ pomyślała sobie, i przyszedł tu tylko, aby się ze mnie naśmiewać“.
„Byłem w izbie i mówiłem z Eljaszem“, rzekł Halfvor. „Właściwie chciałem tylko z nim mówić“.
Karina nic nie odpowiedziała, siedziała prosto i sztywnie ze spuszczonemi oczami i złożonemi rękami i czekała na szyderstwa, jakiemi ją Halfvor obsypie.
„Powiedziałem mu, ciągnął Halfvor dalej, że czuję się po części odpowiedzialnym za jego nieszczęście, ponieważ zdarzyło mu się to u mnie w domu“. — Halfvor przerwał, jak gdyby czekał na znak zgody lub niezadowolenia; ale Karina nie ruszała się. — „Zapytałem go więc“ — ciągnął Halfvor dalej, czy nie chciałby na jakiś czas zamieszkać u mnie. Byłaby to jakaś zmiana dla niego i u mnie widziałby więcej ludzi, niż tu“.
Karina podniosła powieki, ale siedziała wciąż jeszcze nieruchomo.
„Otóż umówiliśmy się“, rzekł Halfvor, abyś go jutro do mnie przewieść kazała. Wiem, że zgadza się dlatego, bo myśli, że u mnie dostanie wódki, ale zrozumiesz Karino, że o tem nie ma ani mowy, nie dostanie u mnie ani kropli, tak samo jak i u ciebie. Więc jutro przyjedzie do mnie. Dam mu izbę za sklepem i przyrzekłem mu, że drzwi do sklepu zostawię otwarte, tak, że będzie widział przychodzących ludzi“.
Gdy Halfvor zaczął mówić, Karina namyślała się nad tem, czy może wymyślił sobie coś, aby ją upokorzyć, ale potem stopniowo zrozumiała, że mówił na seryo.
Karina myślała zawsze, że Halfvor starał się o nią dlatego tylko, iż była bogata i pochodziła z dobrej rodziny. Nigdy nie zdawało jej się możliwem, że mógł ją kochać dla niej samej, wiedziała, że nie należała do tych dziewcząt, które podobały się mężczyznom, i sama też nie była zakochana ani w nim, ani w Eljaszu.
Gdy Halfvor jednak teraz przyszedł tu i chciał jej pomóc w dźwiganiu tego ciężaru, Karina czuła się zupełnie pokonaną tak wielkim i niesłychanym czynem.
Halfvor musiał ją więc kochać, tak musiał ją kochać, jeżeli jej w ten sposób ofiarował swą pomoc.
Karinie zaczęło nagle serce uderzać silnie i niespokojnie. Obudziło się w niej coś, czego przedtem nigdy nie odczuwała. Nie wiedziała co to było, aż nagle zrozumiała, że dobroć Halfvora tak ogrzała zmarzniętą jej duszę, iż zapłonęła miłością ku niemu.
Halfvor zaczął jej bliżej tłumaczyć swój plan — obawiał się, że będzie się sprzeciwiała. „Eljasz ma takie ciężkie życie“, rzekł, zmiana wyjdzie mu na dobre. I wobec mnie nie będzie się zachowywał tak dziko, jak wobec ciebie. Całkiem to inna rzecz, jeżeli w domu jest mężczyzna, którego się boi“.
Karina nie wiedziała co robić, zdawało jej się, że nie potrafi powiedzieć słowa ani zrobić ruchu, nie dawszy do poznania, że go kocha. Musiała jednak coś powiedzieć.
Nareszcie Halfvor umilkł i spojrzał na nią.
Karina podniosła się, jakby mimowoli, zbliżyła się do Halfvora i łagodnie gładziła mu rękę.
„Niech cię Bóg błogosławi, Halfvorze!“ rzekła złamanym głosem, „niech cię Bóg błogosławi:“
Lecz mimo całej ostrożności, Halfvor musiał przecie coś poznać, gdyż pochwycił szybko obie jej ręce i przyciągnął ją ku sobie.
— „Nie, nie!“ zawołała przerażona, wyrwała się i uciekła.

∗             ∗

Eljasz sprowadził się do Halfvora i leżał przez całe lato w izbie za sklepem. Nie długo zresztą znosił Halfvor ten ciężar, gdyż Eljasz umarł już w jesieni.
Niezadługo potem matka Stina powiedziała do Halfvora: „Musisz mi teraz coś przyrzec“.
Halfvor zadrżał i spojrzał na nią.
„Musisz mi przyrzec, że będziesz miał cierpliwość z Kariną“.
— „Pewnie, że będę miał z nią cierpliwość“, odrzekł zdziwiony. — „Tak, warto jest pozyskać ją, chociażby siedem lat wypadało czekać na nią“.
Nie łatwa to jednak była rzecz dla Halfvora, być cierpliwym; wkrótce bowiem słyszał o tem, że ten i ów stara się o nią; plotki rozpoczęły się już dwa tygodni po pogrzebie Eljasza.
Pewnej niedzieli popołudniu siedział Halfvor na progu i przypatrywał się przechodzącym. Widział, że niezwykle wielka ilość pięknych pojazdów zajeżdżała przed dwór ingmarowski. W jednym siedział inspektor tartaku z Bergsan, dalej jechał syn właściciela gospody w Karmsund, a nakoniec Berger Swen Person, wieśniak z sąsiedniej wsi. Był to najbogatszy wieśniak z zachodniego Dalarne, rozumny i wielce poważany człowiek. Nie był wprawdzie młodym; był już dwa razy żonatym i znów owdowiał.
Gdy przejechał Berger Swen Person, Halfvor nie mógł już usiedzieć na miejscu. Zaczął iść wzdłuż ulicą, przekroczył wkrótce most i znalazł się po drugiej stronie rzeki, tam gdzie leżał dwór ingmarowski. „Chciałbym wiedzieć, dokąd te wozy jadą?“ rzekł. Poszedł za ich śladem a im dalej szedł, tem bardziej był wzburzony. „Wiem, że to głupota“, rzekł, i przyszła mu na myśl rada matki Stiny. „Pójdę tylko do bramy i zobaczę, co oni tam robią“.
Berger Swen Person i kilku innych młodych ludzi siedziało w sali ingmarowskiego dworu i piło kawę.
Ingmar Ingmarson, który mieszkał jeszcze u nauczyciela, był tej niedzieli w domu. Siedział wraz z innymi przy stole i musiał zastępować miejsce gospodarza, bo Karina była nieobecna; usprawiedliwiła się tem, że ma do czynienia w kuchni, ponieważ służące poszły do domu misyonarskiego gdzie nauczyciel miał kazanie.
Cisza panowała w pokoju; wszyscy popijali kawę, nie mówiąc ani słowa. Wszyscy starający się o Karinę, nie znali się prawie między sobą i każdy czekał tylko na sposobność, aby wyjść do kuchni i mówić sam na sam z Kariną.
Wtem otwarły się drzwi i wszedł jeszcze jeden gość. Ingmar Ingmarson wyszedł mu naprzeciw i poprowadził go do stołu.
„To jest Tims Halfvor Halfvorson“, rzekł przedstawiając go do Bergera Swen Persona. Swen Person nie powstał, lecz przywitał go tylko lekkiem skinieniem ręki i rzekł żartobliwym tonem: „Bardzo mi przyjemnie, spotkać się z tak sławnym człowiekiem“. Ingmar Ingmarson przysunął Halfvorowi krzesło i uczynił to z takim hałasem, że Halfvorowi oszczędził odpowiedzi.
Od chwili, kiedy wszedł Halfvor wszyscy odrazu stali się rozmowni i zaczęli się przechwalać. Chwalili się nawzajem i schlebiali sobie, jak gdyby się byli umówili, że wspólnemi siłami odpędzą Halfvora. — „Wspaniały to koń, którym pan dziś powoziłeś panie przełożony“, rzekł inspektor. Berger Swen Person zrozumiał się na sztuczce i zaczął mówić o niedźwiedziu, ubitym przez inspektora ostatniej zimy. Potem obaj wychwalali przed synem gospodarza z Karmsund nowy dom, który ojciec jego budował. Nakoniec wszyscy trzej złączyli się i sławili bogactwa Bergera Swen Persona. Byli bardzo wymowni i w każdem słowie dawali do poznania Halfvorowi, że jest zbył mało znaczącym, aby mógł się mierzyć z nimi. Halfvor czuł się istotnie mało znaczącym, i żałował gorzko, że przyszedł.
Karina weszła, przynosząc znów kawę. Gdy spostrzegła Halfvora, ucieszyła się w pierwszej chwili, że przyszedł, ale wnet przyszło jej namyśl, że to się musi źle przedstawiać, iż przychodzi do niej tak wkrótce po śmierci męża.
Jeżeli będzie mu tak spieszno, ludzie powiedzą może, że on umyślnie źle pielęgnował Eljasza, aby się go wnet pozbyć i ożenić się z Kariną.
Byłaby wolała, aby poczekał dwa, trzy lata, to wystarczyłoby, ażeby ludzie zrozumieli, że nie wyrządził Eljaszowi nic złego z niecierpliwości. „Dlaczego się tak spieszy?“ pomyślała. „Musi przecie wiedzieć, że nie wyjdę za nikogo, tylko za niego“.
Gdy Karina weszła, uciszyło się znów w izbie i nikt nie myślał teraz o czem innem, jak tylko o tem, aby uważać jak ona się z Halfvorem przywita. Ale oni zaledwie dotknęli się końcami palców. Gdy to spostrzegł radny gminny dał wyraz swej radości cichym ale ostrym świstem. Inspektor zaś wybuchł głośnym śmiechem. Halfvor zwrócił się spokojnie ku niemu. „Dlaczego pan Inspektor się śmieje?“ zapytał z cicha. Inspektor nie wiedział zrazu, co ma odpowiedzieć. Nie chciał powiedzieć coś obraźliwego, w obecności Kariny. — „Myślał o psie myśliwskim, który wytropił zająca, którego jednak potem kto inny zastrzelił“, rzekł syn gospodarza ze zrozumiałą aluzyą.
Karina zarumieniła się mocno, nalewając kawę. Rzekła teraz usprawiedliwiając się: Berger Swen Person i wszyscy inni, muszą dziś zadowolić się kawą, gdyż u nas we dworze nie ma alkoholicznych napojów“.
— Nie mam ich u siebie w domu także, rzekł radny gminny.
Inspektor i gospodarz milczeli, zrozumieli jednak, że radny zrobił wielki krok naprzód. Ten rozpoczął też natychmiast mówić o kwestyi wstrzemięźliwości i jej pożytku.
Karina została i przysłuchiwała się; zgadzała się ze wszystkiem, co mówił.
Wieśniak poznał szybko, że to właściwy sposób pozyskania jej i dlatego obszernie rozwodził się o wódce i o pijaństwie.
Karina poznała swe własne, niewypowiedziane słowa, które w ostatnich latach cisnęły jej się na usta i cieszyła się, że tak możny i rozumy człowiek podzielał jej myśli.
W pośród rozmowy radny gminny spojrzał na Halfvora. Siedział on zły i przygnębiony, a filiżanka kawy stała przed nim nienaruszona.
„Pewnie, przykro to dla niego“, myślał Berger Swen Person, „zwłaszcza, jeżeli to prawda, co ludzie mówią, że on Eljaszowi trochę dopomógł do śmierci, a właściwie był to tylko szlachetny czyn, że uwolnił Karinę od tego strasznego człowieka“. A że mu się zdawało, iż teraz prawie wygrał partyę, był życzliwie usposobiony dla Halfvora. Podniósł swą filiżankę, zwrócił się ku niemu i rzekł: „Na twoje zdrowie Halfvorze! Byłeś z pewnością bardzo pomocnym Karinie, żeś się zajął tym nędznym człowiekiem, z którym była zamężną“. Halfvor siedział spokojnie, wpatrzył się tylko w mówiącego, namyślając się, jak ma te słowa rozumieć.
Inspektor jednak znów wybuchł śmiechem. „Tak, to dobra pomoc“, rzekł śmiejąc się, „to bardzo dobra pomoc!
Zanim zamilkł śmiech, Karina znikła; jak cień wyśliznęła się do drzwi prowadzących do kuchni.
Za drzwiami stanęła w takiem oddaleniu, że mogła słyszeć wszystko, co mówiono w sali. Była zła na Halfvora, że przyszedł zbyt wcześnie. W ten sposób nie będzie mogła wyjść za niego; potwarz była już w drodze. „Nie wiem doprawdy jak zniosę ten cios, jeżeli będę musiała stracić go powtórnie“, myślała, przyciskając rękę do serca.
Z początku w sali była cisza, potem słyszała, że odsunięto krzesło i że ktoś wstał.
— „Czy już odchodzisz, Halfvorze?“ zapytał młody Ingmar.
— „Tak, odrzekł Halfvor, nie mogę dłużej zostać, pozdrów Karinę odemnie“.
— „Możesz przecie sam iść do kuchni, pożegnać się z nią“.
— „Nie, odpowiedział Halfvor, nie mamy sobie nic więcej do powiedzenia“.
Karinie serce biło mocno, a myśli jej tłoczyły się i mięszały, jak nigdy przedtem. Teraz Halfvor gniewał się na nią, i nie dziwiła się temu. Zaledwie odważyła się podać mu rękę, a gdy inni wyszydzali go, nie broniła go, lecz milczała i wysunęła się z pokoju.
Teraz on myśli, że go nie kocha i odejdzie i nigdy nie wróci!
Nie, nie rozumiała wprost, jak mogła tak postąpić, po tem wszystkiem, co Halfvor dla niej uczynił.
Wtem nagle zdawało jej się, że słyszy słowa ojca swego, który zwykł był mawiać, że Ingmarsonowie nie powinni się oglądać na ludzi, lecz tylko kroczyć drogą przez Boga wskazaną.
Wtedy Karina szybko otworzyła drzwi i stanęła przed Halfvorem, zanim ten wyszedł z sali.
— „Czy już odchodzisz, Halfvorze? Myślałam, że zostaniesz na podwieczorek!“
Halfvor spojrzał na nią zdziwiony. Była całkiem zmieniona, zarumieniona i wzruszona stała przed nim i miała tak czuły wyraz, jakiego nigdy przed tem u niej nie widział.
— „Mam zamiar odejść i nie wrócić już nigdy“, rzekł Halfvor; nie rozumiał, czego chciała.
— „Ach, pójdź i wypij swoją kawę!“ rzekła Karina.
Wzięła go za rękę i poprowadziła do stołu. Rumieniła się i bladła przytem na przemiany, traciła kilkakrotnie odwagę, ale nie poddała się, chociaż szyderstwo i pogarda, były najgorsze rzeczy, które ją spotkać mogły. „Niech widzi przynajmniej, że chcę dzielić z nim ciężar“, myślała.
„Bergerze Swen Person, i wszyscy inni, posłuchajcie“, rzekła Karina, „nie mówiliśmy wprawdzie jeszcze o tem z Halfvorem, bo jestem dopiero krótki czas wdową, zdaje mi się jednak, że najlepiej będzie, jeżeli wszyscy dowiedzą się, że wolę ażeby Halfvor był moim mężem, niż ktokolwiek inny“. — Przerwała, bo brakło jej głosu. „Niechaj ladzie mówią co chcą o tem, ale wiem, że Halfvor i ja nie zrobiliśmy nic złego“.
Powiedziawszy to, Karina zbliżyła się do Halfvora, jak gdyby szukając u niego ochrony przeciw wszystkiemu złemu, co się teraz na nią posypie.
Wszyscy milczeli przez chwilę, głównie ze zdziwienia nad córką Ingmara, Kariną, która w tej chwili więcej podobną była do młodej dziewczyny, niż kiedykolwiek w swem życiu.
Halfvor rzekł drżącym głosem: „Gdy otrzymałem zegar ojca twego, Karino, sądziłem, że nie może mnie już spotkać coś większego w życiu, ale to, coś ty teraz uczyniła, jest największą rzeczą, jaka człowiekowi zdarzyć się może“.
Karina jednak czekała raczej na słowa innych obecnych, niż na słowa Halfvora; trwoga nie opuszczała ją.
Wtedy wstał Berger Swen Person, który był z wielu względów doskonałym człowiekiem — i rzekł uprzejmie: „kiedy tak, to musimy wszyscy życzyć szczęścia Karinie i Halfvorowi, bo każdy z nas wie, że ten, którego wybierze córka Ingmara, Karina, musi być człowiekiem bez błędu i bez zmazy“.




Syonie.



Nie można się temu dziwić, że stary nauczyciel wiejski jest trochę pewnym siebie. Przez całe życie rozsiewał on naukę i wiadomości między swych bliźnich; widzi, że wszyscy wieśniacy wiedzą tylko to, czego on ich nauczył. Cóż więc temu winien, że wszyscy członkowie gminy, nawet ci, co się starzeją, byli jego uczniami, i że wydaje mu się, iż jest mądrzejszym niż wszyscy inni. Tak, takiemu staremu nauczycielowi trudno nawet czasem obchodzić się z kimś jak z dorosłym człowiekiem, w jego oczach bowiem każdy przedstawia się jeszcze tak, jak w swych latach dziecinnych, z okrągłemi policzkami, z dołeczkami i pobożnemi dziecęcemi oczami.
Była to zimowa niedziela i właśnie skończyła się msza, Ksiądz i nauczyciel rozmawiali jeszcze w małej, sklepionej zakrystyi, i rozmowa zeszła na armię zbawienia.
„To przecie najdziwniejszy wynalazek“ rzekł ksiądz“ nigdy nie uwierzyłbym był, że spotkam się z czemś podobnem“. Nauczyciel spojrzał surowo na księdza, zdawało mu się, że to co mówił było nieprzyzwoite. Ksiądz nie mógł przecie na seryo myśleć, że coś takiego zwarjowanego znajdzie przystęp do ich wsi. „Nie sądzę też, iż ksiądz się kiedyś z tem spotka“, rzekł z naciskiem.
Ksiądz który czuł, że był słabym i złamanym człowiekiem, zostawiał wprawdzie zwykle rządy nauczycielowi, nie mógł jednak powstrzymać się od oponowania mu. „Skądże możesz pan być tak pewnym, panie Storm, że armia zbawienia nas zaoszczędzi? zapytał. — „O tak, odrzekł Storm“ tam gdzie ksiądz i nauczyciel staną ręka w rękę, takie niechlujstwo nie potrafi się wcisnąć“. — „Ja właśnie nie wiem, czy Pan idzie tak zupełnie ręka w rękę zemną“, rzekł ksiądz trochę uszczypliwie. „Pan przecie na własną rękę miewasz kazania tam w waszym Syonie“. — Nauczyciel milczał zrazu, a potem rzekł z cicha: „Ksiądz proboszcz nigdy przecie nie słyszał jeszcze mego kazania“.
Wspomniany dom misyonarski był kością niezgody między nimi. Ksiądz nigdy jeszcze nie przekroczył jego progu. Gdy jednak teraz była już o tem mowa, obaj starzy przyjaciele obawiali się, czy nie powiedzieli sobie nawzajem czegoś obrażającego. „Byłem niesprawiedliwym w obec Storma“, pomyślał ksiądz „przez te cztery lata, odkąd on w niedzielę popołudniu czyta biblię w domu misyonarskim, mam w niedzielę rano więcej ludzi w kościele, niż kiedykolwiek przedtem i nigdy też nie zauważyłem ani śladu jakichś rozterek w gminie. Nie wywołał on żadnych niepokojów, jak się tego obawiałem, i jest rzeczywiście wiernym przyjacielem i sługą bożym: muszę więc próbować okazać mu, jak wysoko go cenię“.
Tak więc ta mała sprzeczka była przyczyną, że ksiądz popołudniu poszedł do domu misyonarskiego. „Zrobię Stormowi wielką radość“, pomyślał sobie, „pójdę raz posłuchać, co on tam w swoim Syonie mówi“.
Po drodze, rozmyślał ksiądz o tym czasie, kiedy budowano Dom misyonarski. Jak to w onym czasie roiło się od przepowiedni! Jak pewni byli, iż Pan Bóg zamierza zesłać na nich coś wielkiego! Ale nic z tego wszystkiego nie stało się. „Pan Bóg zapewnie inaczej się namyślił“, pomyślał, i śmiał się w cichości sam z tego, że tak dziwne miał myśli o Bogu.
„Syon“ nauczyciela, była to wielka sala z białemi ścianami. Z podłużnej strony wisiały drzeworyty Lutra i Melanchtona, w czapkach futrzanych. Na gzemsie dokoła powały wymalowane były biblijne zdania otoczone kwiatami oraz niebiańskiemi trombami; a ponad małem podwyższeniem na końcu sali wisiał olejodruk, przedstawiający „dobrego pasterza.
Cały wielki i nagi obszar środkowy zapełniony był ludźmi, a więcej nie potrzeba aby wywołać pogodne i uroczyste wrażenie.
Większa ich część była odświętnie ubrana; nosili żółty strój, właściwy w tej parafii, a białe, krochmalne i mocno odstające chustki na głowach kobiet, budziły wyobrażenie, jakoby sala pełna była wielkich białych ptaków.
Storm rozpoczął był swój wykład, gdy ujrzał, iż wszedł ksiądz i usiadł na pierwszej ławie. „Dziwny przecie z ciebie człowiek, Stormie“, pomyślał w duszy, wszystko ci się udaje. Oto i ksiądz przyszedł i zaszczyca cię tem, iż słucha twego kazania!“.
Nauczycieł przeszedł w Syonie już całą biblię. Teraz doszedł do objawienia św. Jana i tego wieczora mówił właśnie o niebiańskiej Jerozolimie i o wiecznej szczęśliwości. I był tak uszczęśliwiony obecnością księdza, iż myślał: „Co do mnie, nie życzyłbym sobie w przyszłem życiu niczego lepszego, jak tylko stać na katedrze i uczyć mądre i posłuszne dzieci; a gdyby czasem Pan Bóg zechciał wejść i posłuchać, tak, jak teraz ksiądz, nikt w niebie nie byłby szczęśliwszym odemnie“.
Ksiądz jednak, był dziwnie dotknięty, gdy słyszał, że mowa o Jerozolimie, i na nowo opanowały go złe przeczucia.
Wtem, wpośród wykładu, otwarły się i weszło mnóstwo ludzi. Było to około 20 osób, które jednak stanęły u wejścia, aby nie przeszkadzać „Patrzajcie“ — pomyślał ksiądz, „zdawało mi się, że dziś coś się stanie“.
Skoro tylko Storm wyrzekł słowo „amen“, rozległy się z grupy stojącej u drzwi słowa: „Proszę o pozwolenie przemówienia kilku słów“.
Głos brzmiał nadzwyczaj łagodnie i uprzejmie. „Musi to być Hök Matts Erykson“, pomyślał ksiądz i wielu innych myślało to samo. Nikt w całej wsi nie miał tak miłego dziecinnego głosu.
Za chwilę mały człowieczek o dobrodusznej twarzy cisnął się do estrady a za nim szła gromada mężczyzn i kobiet którzy zdawali się towarzyszyć mu, aby go popierać i dodawać mu odwagi. Ksiądz, nauczyciel i całe zgromadzenie siedzieli nieruchomie. „Hök Matts przychodzi zwiastować nam wielkie nieszczęście“, myśleli. „Może król umarł, albo wojna wybuchła, może też jakiś nieszczęśliwiec utopił się w rzece“.
Hök Matts nie wyglądał jednak tak, jak gdyby miał zwiastować złą nowinę. Był uroczysty i wzruszony, ale tak pogodny, że nie mógł nawet stłumić uśmiechu. — „Chciałbym nauczycielowi i całemu zgromadzeniu opowiedzieć o tem“, rzekł, „że przeszłej niedzieli, gdy siedziałem w izbie z moją służbą, zeszedł na mnie Duch święty, i zacząłem mówić kazanie. Gołoledź przeszkodziła nam przyjść tu i słuchać Storma: tęskniliśmy wszyscy za słowem bożem i nagle stało się tak, że zacząłem mówić. Tak przez dwie ostatnie niedziele miałem kazanie, a domownicy i sąsiedzi namówili mnie, abym tu przyszedł i mówił przed wszystkimi ludźmi“.
Hök Matts mówił dalej, że jest bardzo zdziwiony, iż dar wymowy zesłany został właśnie jemu, tak maluczkiemu człowiekowi. „Ale i nauczyciel jest przecie także tylko chłopem“, rzekł poufale.
Po tym wstępie Hök Matts złożył dłonie, chciał rozpocząć kazanie. Ale nauczyciel ochłonął już z pierwszego zdziwienia. — Czy masz zamiar dziś mieć tu kazanie, Hök Matts?“ przerwał mu. Tak, w istocie, mam zamiar“, odrzekł Matts. Zatrwożył się przytem jak dziecko, gdy ujrzał ponurą minę Storma — „Miałem zamiar prosić wpierw nauczyciela i wszystkich innych o pozwolenie“, rzekł z pokorą. — „Nie, na dziś, skończyliśmy już“, rzekł Storm stanowczo.
Małemu, uprzejmemu człowiekowi stanęły łzy w oczach i rzekł prosząc: „Gdyby mi wolno było tylko parę słów powiedzieć. Przyszło to na mnie, gdym szedł za pługiem, lub strzegł wypalania węgli a teraz coś prze mnie aby to wypowiedzieć “ — Ale nauczyciel, który sam miał dziś tak zaszczytny dzień, nie znał litości. „Matts Eryksonie, przychodzisz tu z własnemi refleksyami i mówisz, że to słowo Boże“, rzekł karcącym tonem.
Hök Matts nie miał odwagi sprzeciwić się, a nauczyciel otworzył książkę ze śpiewami. — „Śpiewamy teraz numer 187“ rzekł. Głośno przeczytał następnie pieśń i zaczął śpiewać: „Podnoszę wzrok mój ku Jerozolimie“.
Podczas śpiewu zaś myślał sobie: „Jak to dobrze, że ksiądz przyszedł dziś właśnie, widzi teraz, jaki porządek utrzymuję w moim Syonie“.
Zaledwie jednak skończył się śpiew, gdy powstał jeden ze słuchaczy; — był to Ljung Björn Olofson, dumny i rosły mężczyzna, ożeniony z jedną z córek Ingmara i posiadający wielki dwór we wsi.
„Myśmy sądzili“, rzekł całkiem spokojnie, „że pan nauczyciel powinien był zapytać nas o zdanie nasze, zanim odmówił Mattsowi“.
„Doprawdy, mój chłopcze?“ rzekł nauczyciel takim tonem, jak gdyby strofował przemądrego chłopaka, „a ja ci powiadam, że w tej sali nikt oprócz mnie nie ma nic do gadania“.
Ljung Björn zaczerwienił się; nie miał on wcale zamiaru rozpocząć kłótnię z nauczycielem, chciał tylko złagodzić cios Mattsowi, który był dobrym człowiekiem, czuł się więc naturalnie dotkniętym odpowiedzią, którą otrzymał. Zanim jednak zdołał odpowiedzieć coś, odezwał się jeden z tych, którzy weszli z Mattsem.
„Słyszałem już dwa razy kazanie Mattsa i muszę powiedzieć, że jest to bardzo dziwna rzecz; i zdaje mi się, że dla wszystkich obecnych byłoby to z pożytkiem, gdyby słyszeli go mówiącego“.
Nauczyciel odrzekł natychmiast tonem cokolwiek bardziej uprzejmym, ale zarazem upominającym, tak jak się przemawia do ucznia w szkole:
„Ależ Larsonie Krister, zrozumiesz przecie, że to w żaden sposób nie uchodzi. Jeżeli dziś pozwolę mówić Mattsowi, to następnej niedzieli zechcesz ty Larsonie mieć nam kazanie, a potem Ljung Björn i tak dalej“.
Gdy nauczyciel to powiedział, zaśmiali się niektórzy z obecnych, Ljung Björn jednak rzekł ostrym, surowym tonem: „Nie wiem, czy Krister lub ja, nie potrafilibyśmy tak samo mieć kazanie, jak nauczyciel“.
Teraz wstał Tims Halfvor, aby uspokoić ludzi i zapobiedz kłótni i rzekł: „Ci wszakże, którzy dali pieniądze na zbudowanie tej sali modlitewnej, muszą dać swe pozwolenie, jeżeli nowy kaznodzieja chce wystąpić“. — Lecz Krister Larson był już także rozgniewany, i rzekł dla obrony Mattsa: „Przypominam sobie, że kiedy zbudowaliśmy ten dom, zgodziliśmy się na to, że ma to być wolna kaznodziejska sala, a nie kościół, gdzie jednemu tylko mężowi wolno zwiastować słowo Boże“.
Gdy to powiedział Krister. wszyscy odetchnęli swobodnie. Przed godziną nikomu nie przyszło na myśl życzyć sobie ażeby ktoś inny prócz nauczyciela miał tu kazanie, ale teraz myśleli: „Byłoby wcale dobrze, gdybyśmy coś nowego usłyszeli, gdybyśmy tam za katedrą na podwyższeniu ujrzeli nową twarz i usłyszeli nowe słowa“.
Może jednak przecie nie byłoby przyszło do kłótni, gdyby nie był się wmięszał w to także Kolaas Gunner. Był to człowiek chudy i długi, o ciemnej cerze i przenikliwych oczach. Lubiał on nauczyciela, tak samo jak i inni, lecz chętnie także wszczynał kłótnię. „Tak, w owym czasie, kiedy dom budowano, mówiono wiele o wolności“, rzekł, ale odkąd dom ukończono, nie słyszałem tu ani jednego wolnego słowa“.
Teraz nauczycielowi krew uderzyła do głowy. Było to pierwsze słowo powiedziane z złośliwością i butnością. „Wiesz co ci powiem. Gunarze Kolaas“, rzekł on, „tu słyszałeś o prawdziwej wolności, o jakiej prawił Luter, nigdy jednak, nie było tu wolności zwiastowania rzeczy, które trwają przez jeden dzień, a na drugi dzień upadają“.
„Pan nauczyciel chce wmówić w nas, że wszystko co nowe, jest fałszywe, o ile tyczy się doktryny“, odpowiedział Kolaas spokojniej, jak gdyby żałował swej gwałtowności. „Zgadza się z tem, abyśmy przy chowie bydła używali nowych metod, lub w rolnictwie sprowadzali nowe maszyny, ale o nowych narzędziach dla przeorania Bożego gruntu, nie chce abyśmy wiedzieli“.
Nauczycielowi zdawało się teraz, że Kolaas Grunnar nie miał nic złego na myśli. „Czy rozumiesz przez to“, rzekł usiłując żartować, „że ma się tu wykładać inna nauka, a nie luterańska?“
— „Nie idzie mi o nową naukę“, ciągnął Gunnar ostrym tonem dalej, „lecz o to tylko, komu wolno mówić, a o ile wiem, Matts Erykson jest tak samo prawowiernym luterańczykiem jak pan nauczyciel, lub ksiądz proboszcz“.
Nauczyciel zapomniał na chwilę o księdzu, teraz zaś spojrzał na niego.
Ksiądz siedział spokojnie i nieruchomo, z twarzą opartą o laskę i z dziwnym blaskiem w oczach, a Storm widział, że oczy jego wciąż na nim spoczywały, nie opuszczając go ani na sekundę.
„Lepiej byłoby może przecie, gdyby nie był przyszedł właśnie tego wieczora“, pomyślał nauczyciel.
Przyszło mu na myśl, że to, co się tu działo, miało podobieństwo z czemś, co już przedtem mu się zdarzyło. Czasem podczas pięknego, słonecznego dnia wiosennego zdarzało się w szkole, że ptaszek usiadł na oknie izby szkolnej i śpiewał i śpiewał. I nagle wszystkie dzieci zaczęły prosić, aby je uwolniono, przestały się uczyć, były niespokojne, hałasowały i trudno je było opanować. Coś podobnego zaszło także w zgromadzeniu, po przybyciu Mattsa Eryksona. Nauczyciel jednak pomyślał, że jest właściwym po temu człowiekiem, aby pokazać księdzu i wszystkim innym, że potrafii stłumić bunt.
„Przedewszystkiem pozostawię ich samym sobie i pozwolę prowodyrom aby się wykrzyczeli aż do znużenia“, pomyślał sobie, i usiadł spokojnie na krześle za stołem, na którym stała szklanka wody.
Równocześnie jednak zerwała się wściekła burza dokoła, wszystkich bowiem opanowała ta sama myśl: „Jesteśmy przecie wszyscy tyle samo warci, co nauczyciel. Dlaczego jemu tylko wolno nam mówić w co mamy wierzyć, a w co nie?“
Były to u przeważnej ilości zupełnie nowe myśli, poznano jednak ze słów ich, że kiełkował}one i rosły w ich duszach od czasu, gdy nauczyciel zbudował Dom misyonarski i pokazał im, że prosty i zwyczajny człowiek może także wykładać słowo Boże.
Po chwili pomyślał nauczyciel: „Teraz już młodzież wyszumiała, czas już pokazać im, kto jest panem w tym domu“.
Wstał, uderzył silnie pięścią o stół i zawołał mocnym głosem: „Dość tego już! Cóż to za hałas! Odchodzę teraz i wszyscy muszą odejść, abym mógł zamknąć dom“.
Niektórzy powstali w istocie, gdyż wszyscy chodzili kiedyś do Storma i wiedzieli, że gdy uderzy pięścią o stół, jest to znak że wszyscy muszą słuchać: większa część jednak siedziała dalej.
„Pan nauczyciel zapomina, że jesteśmy już dorosłymi ludami“’, rzekli. „Zdaje mu się, że musimy słuchać, jeżeli tylko uderzy o katedrę“.
I dalej mówili o tem, że chcą słyszeć nowych kaznodziei, i naradzali się, kogo należy powołać, ba nawet sprzeczali się już o to, czy ma to być ktoś ze sekty Waldenströma, czy też kaznodzieja laiczny, lub jeden z ewangielickiego związku narodowego.
Nauczyciel wpatrywał się w zgromadzenie, jak gdyby widział coś straszliwego przed sobą. Dotychczas w każdej twarzy ludzkiej widział dziecko. Teraz zaś znikły nagle wszystkie okrągłe, miękkie twarzyczki dziecięce, i pukle jasnych włosów i pobożne oczy dziecięce a nauczyciel zobaczył przed sobą gromadę ludzi dorosłych, z poważnemi, surowemi twarzami, i czuł, że nie ma mocy nad nimi. Nie wiedział nawet, jak ma do nich przemawiać. Hałas nie ustawał, a nawet stawał się coraz głośniejszym. Nauczyciel milczał i pozwolił im szaleć. Kolaas Gunar, Ljung Björn i Krister Larson byli przewódcami Hök Matts, który był bezpośrednią przyczyną buntu, wstawał od czasu do czasu i prosił, aby się uciszyli, ale nikt go nie słuchał.
I znów wzrok nauczyciela spoczął na księdzu. Siedział on wciąż jeszcze spokojnie, z tym samym blaskiem w oczach i zawsze jeszcze wpatrywał się weń. „Myśli pewnie o owym wieczorze przed czterma laty, kiedy powiedziałem mu, że zbuduję Dom misyonarski“, pomyślał nauczyciel.
„Tak, miał słuszność“, myślał dalej Storni „oto mamy już i błędne doktryny i bunt i rozsterki, a wszystko to nigdy może nie byłoby doszło do nas, gdybym nie był się uparł zbudować Dom misyonarski“.
W tej samej chwili, gdy nauczycielowi rzecz ta jasno stanęła przed oczyma podniósł on głowę i wyprostował się. Wyciągnął z kieszeni mały klucz z błyszczącej stali, którym otwierał i zamykał Dom misyonarski. Podniósł kluczyk, tak iż zalśnił i mógł być widzianym w całej sali.
„Kładę ten klucz tu na stole“, rzekł, „i nigdy już nie wezmę go do siebie. Widzę bowiem, że sprowadziłem tu właśnie to wszystko, co najgoręcej pragnąłem wykluczyć“.
Nauczyciel położył następnie klucz, wziął kapelusz i podszedł prosto do księdza. „Dziękuję księdzu stokrotnie, że ksiądz proboszcz przyszedł dziś, aby słuchać mego kazania“, rzekł, bo gdyby ksiądz nie był dziś przyszedł, nie byłby nigdy usłyszał mego kazania“.




W szalonej pogoni.



Wiele ludzi mniemało, iż Eljasz Elof Erson nie ma z pewnością spokoju w grobie, ponieważ tak źle obszedł się z Kariną i z młodym Ingmarem Ingmarsonem.
Jakby naumyślnie roztrwonił majątek Kariny, ażeby miała ciężkie życie po jego śmierci. Dwór obciążył do tego stopnia hypotekami, że Karina byłaby musiała zostawić go wierzycielom, gdyby Halfvor Halfvorson nie był o tyle bogatym, iż mógł kupić dwór i spłacić długi. Lecz 20.000 koron, stanowiących własność Ingmara Ingmarsona, a któremi Eljasz miał zarządzać,, znikły bez śladu. Nikt nie miał pojęcia o tem, jak rzeczy stały; dopiero przy spisaniu inwentarza wyszło to na jaw. Pełnomocnicy sądowi szukali całymi dniami tych pieniędzy, nie mogli ich jednak odnaleść.
Gdy Ingmar dowiedział się, że jest teraz ubogim, radził się z Kariną, co ma teraz rozpocząć. Ingmar mówił, iż najchętniej zostałby nauczycielem. Prosił Karinę, ażeby i nadal zostawiła go u nauczyciela, aż dorośnie o tyle, aby mógł wstąpić do seminaryum nauczycielskiego. Tam we wsi mógłby od nauczyciela i księdza pożyczać potrzebne książki i mógłby także Stormowi pomagać przy nauczaniu; byłoby to dobrem ćwiczeniem.
Karina namyślała się długo, zanim dała swoje zezwolenie, w końcu rzekła: „Nie masz pewnie już ochoty zostać tu, skoro już nie możesz być panem we dworze“.
Gdy córeczka nauczyciela, Gertruda, dowiedziała się. że Ingmar znów u nich będzie, zrobiła niechętną minkę. Myślała sobie, że jeżeli już w ogóle ma mieszkać u nich chłopak jakiś, to już lepiej, aby to był ładny Bertil od notaryusza, albo wesoły Gabryel, syn Mattsa Eryksona.
Gertruda lubiała Gabryela i Bertila, co zaś do Ingmara, to nie wiedziała właściwie sama, co ma o nim myśleć. Lubiała go, bo robił z nią zadania, i słuchał jej jak niewolnik, ale czasem, sprzykrzył się jej zupełnie, ponieważ był tak ociężały i nie umiał się z nią bawić. Raz podziwiała go, ponieważ był pilny i pojętny, to znów pogardzała nim, bo nie bronił się nigdy, gdy go zaczepiano.
Gertruda miała zawsze głowę pełną wesołych pomysłów i wszelakich fantazyi, które powierzała Ingmarowi, a jeżeli oddalał się na kilka dni, była niespokojna i skarżyła się, że nie ma nikogo, z kimby się mogła bawić. Ale gdy potem wrócił, nie wiedziała za czem właściwie tęskniła.
Dziewczynka nigdy nie uwzględniała tego, że Ingmar był bogaty i należał do najlepszych rodzin we wsi; traktowała go raczej tak, jak gdyby był trochę niższym od niej. Ale gdy słyszała że zubożał, płakała, a gdy powiedział jej, że nie myśli o odzyskaniu dworu, lecz chce zostać nauczycielem, rozgniewała się tak, że ledwie mogła się opanować.
Pan Bóg raczy wiedzieć, jak wysoko Ingmar urósł w jej marzeniach!
Dzieci odbierały w szkole bardzo staranne wychowanie.
Musiały pilnie pracować i rzadko pozwalano im na rozrywkę. Co do tego jednak, zaszła pewna zmiana tej wiosny, kiedy Storni przestał mieć kazania w Domu misyonarskim. Matka Stina mówiła wtedy nieraz do swego męża: „Trzeba, żeby młodzi czuli się młodymi. Przypomniej sobie, jak z nami było! Gdy mieliśmy lat siedmnaście, tańczyliśmy czasem od zachodu aż do wschodu słońca“.
Pewnej soboty wieczorem, gdy Hök Gabriel Mattson i córka wójta, Gunhilda przyszli z wizytą, tańczono nawet w budynku szkolnym.
Gertruda nie posiadała się z radości, że pozwolono im tańczyć, ale Ingmar nie chciał się przyłączyć do nich. Wziął książkę do ręki, usiadł na kanapie przy oknie i zaczął czytać. Gertruda wciąż przybiegała, chcąc go odciągnąć od książki, lecz on siedział pochmurny i nieśmiały, i nie chciał iść z nią. Matka Stina wzdychała, gdy nań spojrzała. „Poznać, że pochodzi ze starego rodu“, myślała. „Powiadają, że tacy ludzie nie są nigdy właściwie młodymi“.
Tamtych troje jednak bawiło się tak wesoło że umówiono się, aby na przyszłą sobotę pójść na tańce, i zapytano nauczyciela i matkę Stinę, jak się na to zapatrują.
„Jeżeli chcecie pójść na tańce do Ingmara Silnego, to macie z góry moje pozwolenie“ rzekła matka Stina, „bo wiem, że zastaniecie tam ludzi przyzwoitych i znajomych“.
Storm postawił jeszcze jeden warunek. „Nie pozwolę Gertrudzie pójść na tańce, jeżeli Ingmar nie pójdzie także i nie będzie na nią uważał“.
Wszyscy troje więc rzucili się z prośbami do Ingmara. On jednak odmówił im wprost, miał oczy zwrócone na książkę i czytał dalej. „Ach, nie ma wcale sensu, abyśmy go prosili“, rzekła Gertruda tak dziwnym tonem, że podniósł oczy i spojrzał na nią. Ach, jak pięknie Gertruda wyglądała po tańcu! Ale usta jej uśmiechały się szyderczo, i oczy błyszczały gniewnie, gdy odwróciła się od niego. Poznać było wyraźnie po niej, jak głęboką miała dlań pogardę, że siedział tu taki brzydki i skulony i nie umiał być młodym. Ingmar musiał się szybko zgodzić — nie było dlań innego wyjścia.
W kilka dni później Gertruda z matką siedziały w kuchni przy robocie. Nagle spostrzegła Gertruda, że matka była niespokojną. Zatrzymała kołowrotek i nadsłuchiwała po każdem słowie, które wymówiła. — „Nie rozumię, co to być może“, rzekła. „Czy nie słyszysz nic, Gertrudo?“ — „Tak. rzekła Gertruda, jest ktoś w izbie szkolnej“. — „Kto może tam być o tej porze? I posłuchaj tylko, jak to się tam tłucze i szeleści i wlecze się z kąta w kąt?“.
Tak w istocie w wielkiej i pustej izbie szkolnej coś się tłukło i posuwało i szeleściło, że aż Gertrudę i matkę zgroza przejmowała. Musi tam przecie ktoś być na górze“, rzekła Gertruda. — „Ależ to nie możliwe, odpowiedziała matka Stina, i mogę ci powiedzieć, że słyszę ten hałas co wieczora, odkąd tam na górze tańczyliście“.
Gertruda zrozumiała, iż matka wierzyła, że w izbie szkolnej coś straszyło po tańcu. I wiedziała dobrze, że gdy matka Stina nabędzie tego przekonania, skończy się dla niej raz na zawsze taniec i wszystko co z tem było złączone.
„Pójdę na górę i zobaczę, co to jest“, rzekła Gertruda; ale matka zatrzymała ją za suknię. — „Nie wiem, czy mam ci pozwolić pójść tam“. — „Tak, matko, najlepiej przekonać się, co to jest — „Więc chodźmy przynajmniej obie“.
Całkiem z cicha weszły obie na schody, lecz drzwi nie odważyły się otworzyć, tylko matka Stina schyliła się i zaglądnęła przez dziurkę od klucza.
Długo tak stała i raz zdawało się, że się zaśmiała. „Co to takiego, mamo?“ spytała Gertruda. „Spójrz sama, ale zachowaj się cicho“.
Gerdruda schyliła się i zajrzała. Ławki znajdujące się w izbie były zsunięte razem, straszny kurz zapełniał pokój cały a wśrodku stał Ingmar i kręcił się dokoła, trzymając w ręku krzesło.
„Czy Ingmar oszalał?“ zapytała Gertruda. — „Cicho!“, rzekła matka i pociągnęła ją za sobą ze schodów. „Zdaje mi się, że próbuje uczyć się tańczyć. Chce się nauczyć, aby mógł pójść z wami na tańce“, rzekła z zadowoleniem.
Potem matka Stina śmiała się tak, że się cała trzęsła. „Nabawił mnie prawie śmiertelnego strachu“, rzekła. „Dzięki Rogu, że i on może być młodym!“ A uspokoiwszy się rzekła: Tylko, abyś żadnemu człowiekowi ani słówka nie powiedziała o tem, słyszysz Gertrudo!“.
Nadeszła sobota i czworo młodych ludzi stało na: progu budynku szkolnego, wybierając się w drogę. Matka Stima przypatrywała im się; byli tak piękni że formalnie światło biło od nich. Młodzieńcy mieli żółte skórzane spodnie i zielone kamizelki z czerwonemi rękawami. Gertruda i Gunhilda miały szerokie białe bufiaste rękawy, różowe chustki skrzyżowane na piersiach: spódniczki z materyi prążkowanej obszyte były czerwonem suknem a wielkie fartuszki zrobione były z tej samej różowej materyi co chustki.
Idąc podczas pięknego wieczora letniego, milczeli zrazu wszyscy. Gertruda czasami ukradkiem spoglądała na Ingmara i myślała o tem, że zadał sobie tyle trudu, aby się nauczyć tańczyć. Czy to te myśli o Ingmarze, czy też nadzieja tanecznych rozkoszy spowodowały to, że Gertruda zaczęła marzyć i fantazować i pozostała cokolwiek w tyle za innymi, aby swobodnie oddawać się swym marzeniom. Wymyśliła sobie małą historyę, jak to się stało, że drzewa dostały nowych liści.
„Stało się to zapewne tak“, myślała sobie, „że drzewa, które przez całą zimę spały spokojnie, zaczęły nagle śnić. I śniło im się, że nastało już lato. Widziały pola pokryte zieloną trawą i falującem zbożem a na krzakach róż jaśniały dopiero co rozkwitłe róże. Rowy i nasypy przesłonięte były liśćmi lilii wodnych, po kamieniach wiły się powoje a ziemia leśna znikała zupełnie pod dzwonkami i anemonami. A wpośród tego wszystkiego, co było przykryte i przybrane, tylko drzewa stały obnażone, i wstydziły się swej nagości, jak się to czasem we śnie zdarza.
W swem pomieszaniu myślały drzewa, że są przedmiotem ogólnego pośmiewiska. Osy przylatywały brzęcząc i wyszydzały je, wrony śmiały się chrapliwie, inne ptaki śpiewały szydercze pieśni. „Skąd weźmiemy co do okrycia się? myślały zrozpaczone drzewa. Nie mogły odkryć ani jednego listka na gałązkach i przejęła ich trwoga tak wielka, że się zbudziły.
A gdy jeszcze wpółsenne rozglądały się dokoła, było pierwszą ich myślą: Dzięki Bogu, że to był tylko sen! Nie ma jeszcze nigdzie ani śladu lata. Dobrze tylko, żeśmy nie zaspały czasu.
Ale gdy sięgnęły wzrokiem dalej, zauważyły, że lody znikły z jezior. Ździebełka trawy i anemony wydostawały się z ziemi, a pod własną ich korą coś się burzyło i ruszało.
„A więc przecie zaspałyśmy czas, chociaż nie ma jeszcze lata; i dobrze, żeśmy się przebudziły; na ten rok dość już było spania, a teraz musimy wdziać nasze suknie!“
I brzozy zaczęły pospiesznie wyciągać małe żółto-zielone, lepkie listeczki, a jawory przybrały się na razie tylko zielonem kwieciem. Z olch wyłaziły liście tak pomarszczone i nierozwinięte, że podobne były do potworków, gdy tymczasem liście wierzbowe wychodziły z pęczy odrazu gładkie i dobrze uformowane“.
Gertruda uśmiechała się. przedstawiając sobie to, i pragnęła być sam na sam z Ingmarem, aby mogła mu natychmiast opowiedzieć.
Do dworu ingmarowskiego daleka była droga i musieli iść przeszło godzinę pieszo. Szli brzegiem rzeki a Gertruda przez cały czas pozostawała o dobry kawał w tyle za innymi. Teraz myśli jej igrały z czerwonym blaskiem zachodzącego słońca, który zalewał rzekę i wybrzeże, szare osiki i jasnozielone brzozy nurzały się w różowym żarze, zapłomieniły się na chwilę i przybierały napowrót swą naturalną barwę.
Nagle Ingmar stanął. Opowiadał coś właśnie, lecz przerwał w środku i nie mógł mówić dalej ani słowa. „Co się stało? zapytała Gunhilda, ale Ingmar śmiertelnie blady wpatrywał się w dal. Inni nie widzieli nic, prócz obszernej zbożowemi polami przerżniętej równiny, którą ograniczało pasmo gór. W pośród równiny leżał wielki dwór chłopski. W tej chwili czerwone światło wieczorne padło na dwór, okna zalśniły się a stare dachy mury świeciły się czerwonym żarem.
Gertruda zbliżyła się szybko i rzuciła spójrzenie na Ingmara, poczem rychło pociągnęła innych za sobą. „Nie pytajcie go, co mu jest“ szepnęła. „Tam leży dwór ingmarowski i musi mu być bardzo przykro patrzeć nań. Od dwóch lat nie był już w domu, ani razu, odkąd zubożał“.
Aby dojść do chaty Ingmara Silnego na skraju lasu, musieli przejść na poprzek równinę obok dworu ingmarowskiego.
Ingmar dopędził ich wkrótce i zawołał: „Lepiej będzie, jeżeli pójdziemy tą oto drogą!“. Poprowadził ich na ścieżkę, ciągnącą się wzdłuż brzegu lasu i prowadzącą do chaty, z pominięciem dworu.
„Musisz przecie znać Ingmara-Silnego? zapytał Hök Gabryel Mattson Ingmara. — O tak, byliśmy dawniej dobrymi przyjaciółmi“. — „Czy to prawda, że on zna się na czarach? zapytała Gunhilda. — „Ależ nie“, odrzekł Ingmar trochę niepewnie, jakgdyby sam potroszę w to wierzył. — „Możesz przecie powiedzieć, co wiesz“, mówiła Gunhilda dalej. — „Nauczyciel mówi, ażebyśmy w takie rzeczy nie wierzyli“. — Nauczyciel nie może przecie nikomu zabronić wierzyć w to, co wie, lub co widzi“.
Ingmar miał teraz wielką ochotę opowiadać o swoim domu. Wszystkie wspomnienia młodości odezwały się w nim na widok starego dworu.
„Mogę wam coś opowiedzieć, co mnie się samemu zdarzyło“, rzekł.
„Było to w zimie, gdy ojciec był wraz z Ingmarem-Silnym daleko w głębi lasu przy węglach. Gdy nadeszło Boże Narodzenie, Ingmar Silny ofiarował się, że sam będzie pilnował węgli, ażeby ojciec mógł dni świąteczne spędzić w domu. Tak też postanowiono, a na Wilię matka posłała mnie z wieczerzą wigilijną do lasu do Ingmara Silnego. Wybrałem się wcześnie i w południe byłem już przy stosie węglarskim. Gdy nadszedłem, ojciec i Ingmar Silny wypalili byli właśnie jeden stos; otworzyli go i gorące węgle rozłożono dla wystygnięcia na ziemi. Z kup węgli wznosił się dym, a gdzie węgle leżały gęsto, były bliskie zapłonięcia ogniem; temu jednak należało zapobiedz. To był najniebezpieczniejszy moment przy wypalaniu węgli. Skoro ojciec mnie ujrzał rzekł tedy do mnie: „Zdaje mi się, że będziesz musiał sam powrócić do domu, gdyż nie mogę Ingmara Silnego przy tej pracy opuścić“. Ingmar silny stał po drugiej stronie kupy węgli wpośród gęstego dymu. „Możesz iść Ingmarze Wielki, rzekł, wykonałem ja już trudniejsze rzeczy“.
Po chwili dym zmniejszył się cokolwiek. „Muszę zobaczyć, jaką to ucztę wigilijną przysłała mi matka Brygita“, rzekł Ingmar Silny, biorąc z moich rąk menażki. „Pójdź zemną, będziesz widział, jak pięknie my tu z ojcem mieszkamy, rzekł. Pokazał mi chatę, gdzie obaj z ojcem spali. Dąży kamień tworzył tylną ścianę, a inne ściany zrobione były z gałęzi jedliny i z cierni. „Tak mój chłopcze“, rzekł Ingmar Silny, „ani ci się śniło pewnie, że ojciec twój ma tu wpośród lasu taki królewski zamek. Tu widzisz ściany, które mogą wytrzymać zimno i niepogodę“, rzekł stary i wepchnął rękę między gałęzie.
Ojciec wszedł również śmiejąc się. Obaj byli poczernieni z sadzy i bił od nich kwaskawy czad węglowy, lecz nigdy jeszcze ojca nie widziałem tak wesołym i zadowolonym. Żaden z nich nie mógł wyprostować się w tej chacie, gdzie nie było niczego, prócz dwóch legowisk z gałęzi i kilku kamieni, na których palił się ogień, a mimo to byli tak ogromnie zadowoleni. Usiedli obok siebie na tapczanie z jedliny i otworzyli kosz. „Nie wiem, czy dam ci coś z tego, bo to moja uczta świąteczna“, rzekł Ingmar Silny do ojca. — „Musisz być litościwym, bo oD przecie dziś Wilia“, rzekł ojciec. „Tak, tak, to prawda, nie można takiemu biednemu węglarzowi dać się zagłodzić“, rzekł Ingmar Silny.
I tak szło dalej. Było tam także trochę wódki w koszyku, a ja dziwiłem się, że można się tak cieszyć jedzeniem i piciem. „Musisz powiedzieć matce, że Ingmar Wielki zjadł mi wszystko“, rzekł do mnie Ingmar Silny. „Musi jutro więcej przysłać“. „Tak, widzę, że to prawda“, odrzekłem.
W tej chwili wstrząsnąłem się silnie, bo coś tak w ogniu zatrzeszczało, jak gdyby ktoś garść kamyków rzucił był na płytę kamienną, na której palił się ogień. Ojciec nie zauważył niczego, ale Ingmar-Silny rzekł szybko: „Aha! Tak rzeczy stoją?“ lecz jadł spokojnie dalej. W tem na nowo zatrzeszczało, i to znacznie silniej. Nie widziałem niczego, ale było to tak, jak gdyby ktoś małe kamyki rzucał w ogień. „No, no, cóż tak spiesznego?“ rzekł Ingmar Silny i wyszedł. „Węgle zapaliły się“, zawołał wnet do chaty, „ale siedź tylko spokojnie, Ingmarze Wielki, ja sobie już sam poradzę!“.
Ojciec i ja siedzieliśmy cicho i nikt z nas nie miał ochoty słowa przemówić.
Wkrótce Ingmar Silny powrócił i rozpoczęły się na nowo żarty.
„Zdaje mi się, że od wielu lat nie obchodziliśmy tak wesołej wilii“, rzekł. Podczas gdy mówił jeszcze, trzask rozpoczął się na nowo. „Jakto, znów się zaczyna?“ rzekł. Wyszedł znów i węgle na nowo zaczęły się palić. Gdy wrócił, rzekł ojciec do niego: „Widzę, że masz tu dobrą pomoc przy węglach“. — „Tak, tak, idź spokojnie do domu Ingmarze Wielki, są tu inni, którzy mi pomogą“. I ojciec poszedł zemną do domu, i wszystko skończyło się dobrze, ani pierwiej ani później żaden z węglowych stosów Ingmara Silnego nie spłonął! ogniem“.
Gunhilda podziękowała Ingmarowi za opowiadanie, ale Gertruda milcząc szła dalej, jakgdyby trwoga ją opanowała. Zmrok zapadł tymczasem i wszystko co przedtem było różowe, przyjęło teraz blady, szary koloryt, tylko w lesie tu i ówdzie lśnił się jakiś listek czerwony, jak płomienne oko kobolda.
Ale Gertruda była całkiem zdziwiona, że Ingmar tak długo i tak obszernie opowiadał. Mimowoli myślała o tem, że podniósł wyżej głowę i kroczył sprężystszym krokiem. Stał się prawie innym, odkąd wstąpił na ziemię rodzinną. Gertruda niewiedziała dlaczego ją to niepokoiło, dlaczego była z tego niezadowoloną. Wkrótce jednak przezwyciężyła się i zaczęła droczyć się z Ingmarem, zapytując go, czy ma zamiar tańczyć.
Nareszcie doszli do małej szarej chatki; świeciło się w niej światło; małe okienka nie dopuszczały snać dość światła dziennego. Gra na skrzypcach i odgłos kroków tańczących dochodził do przybywających, ale młode dziewczęta stanęły przecie i pytały: Czy to tu? Czy tu można tańczyć?
Zdawało im się, że w tym domku może najwyżej być miejsce dla jednej pary.
„O, rzekł Gabryel, chodźcie tylko! Dom nie jest tak mały, jak wygląda“.
Drzwi stały otworem, a na dworze było kilka młodych par, wypoczywających po tańcu. Dziewczęta zdjęły z głowy chustki i wachlowały się niemi a chłopcy pozdejmowali krótkie, czarne kaanki i tańczyli w jasnozielonych kamizelkach z czerwonemi rękawami.
Nowo przybyli przeciskali się pomiędzy grupami stojącemi w drzwiach i weszli do izby. Pierwszy, którego spostrzegli, był Ingmar Silny. Był to niski, gruby człowiek z wielką głową i długą brodą. „Wygląda doprawdy tak, jakgdyby był w pokrewieństwie z czarownikami“, myślała Gertruda. Ingmar Silny stał z skrzypcami na kuchni, prawdopodobnie, aby nie być w drodze tańczącym.
W domku było więcej miejsca, niż się na zewnątrz wydawało. Był on jednak zapadnięty i ubogi, nagie drewniane ściany były robaczywe a powała czarna od sadzy. Nie było tu ani firanek u okien ani kapy na stole: zaraz można było poznać, że Ingmar Silny był samotnym człowiekiem. Dzieci jego wyemigrowały do Ameryki i jedyną rozrywką staruszka samotnego było, że co soboty gromadził młodzież dokoła siebie i grał im na skrzypcach do tańcu.
W pokoju było ciemno i duszno, pary kręciły się w koło. Gertruda z początku omal nie zemdlała i chciała szybko wyjść na powrót, ale niemożliwem było przecisnąć się przez żywy mur ludzi, zastawiających wyjście.
Ingmar Silny grał w takcie i poprawnie, ale gdy Ingmar-Ingmarson ukazał się w drzwiach, pociągnął smyczkiem po strunach ze zgrzytem, tak że tańczący stanęli. „Nie nie!“, zawołał, „to nic nie było. tańczcie dalej!
Ingmar otoczył ramieniem Gertrudę, aby rozpocząć z nią taniec, a Gertruda udawała naturalnie zdziwioną, że chce tańczyć. Ale wnet stanęli, bo pary tak gęsto posuwały się za sobą, że nikt nie mógł się wsunąć między nie, jeżeli nie był od początku w szeregu.
Wtedy stary Ingmar Silny przerwał grę, uderzył smyczkiem o krawędź kuchni i zawołał rozkazującym głosem: Dla syna Ingmara Wielkiego musi być miejsce, gdy tańczy w moim domu!“ Wszyscy spojrzeli na Ingmara, a ten zmieszał się i nie mógł postąpić z miejsca. Gertruda musiała go ująć silnie i wciągnąć do szeregu.
Gdy taniec się skończył, stary przystąpił do Ingmara i powitał go. Gdy ręka Ingmara spoczęła w jego dłoni, udawał, że przestraszył się i szybko ją wypuścił. „Aj, aj! zawołał, trzeba się ostrożnie obchodzić z takiemi delikatnemi nauczycielskiemi rączkami, taki stary kloc jak ja mógłby je jeszcze zmiażdżyć“.
Potem poprosił Ingmara i tych, co z nim byli do stołu, a kilka starych wieśniaczek, które siedząc za stołem przypatrywały się tańcom, spędził po prostu z miejsca. Wyjął potem z szafy chleb, masło i niewarzone piwo. „Zwykle nie traktuję nikogo“, rzekł, inni muszą się zadowolić grą i tańcem, ale Ingmar Ingmarson musi przecie zjeść kęs chleba pod moim dachem“.
Podczas gdy młodzi ludzie jedli, przysunął niski trój nożny stołek, usiadł wprost Ingmar a i patrzył mu się w oczy. „Chcesz więc zostać nauczycielem?“ zapytał. Ingmar siedział przez chwilę ze spuszczonemi oczyma; kąciki ust rozszerzyły się trochę, jakgdyby do śmiechu, odrzekł jednak całkiem smutnem głosem. „W domu mnie nie potrzebują“. — „Tak, nie potrzebują ciebie w domu?“ rzekł stary. „Skąd wiesz, czy dwór ciebie nie potrzebuje? Eliasz żył tylko dwa lata, kto wie jak długo Halfvor żyć będzie?“ — „Halfvor jest silnym człowiekiem.“, rzekł Ingmar. — „Ale wiesz przecie, że Halfvor ustąpi się z dworu, skoro tylko będziesz mógł go odkupić“, — „Nie będzie takim głupim, aby mi oddał dwór ingmarowski, skoro go już ma w swem posiadaniu“.
Podczas tej rozmowy Ingmar ujął ręką krawędź stołu. Był to prosty sosnowy stół z grubą płytą. Nagle rozległ się trzask; Ingmar odłamał kawałek rogu.
Ingmar Silny siedział naprzeciwko i mówił podnosząc rękę. — „Nie, nigdy nie odstąpi ci dworu, jeżeli będziesz nauczycielem“. — „Tak sądzisz?“ — „Sądzisz, sądzisz“, rzekł stary. Zaraz poznać, gdzieś był wychowany. Czyś ty kiedy wystawił stos węglowy, czyś kiedy wyciął w lesie stuletnią jodłę?“
Ingmar siedział wciąż spokojnie, lecz krawędź stołu trzeszczała pod jego palcami. Nakoniec stary to zauważył i umilkł nagle. „Oho, rzekł po chwili, dostanę ja cię w moje ręce“! podniósł kilka odłamanych trzasek i przykładał je do miejsca, gdzie należały. „Nie, a to dopiero chłopak! Możesz się na jarmarku pokazywać! Ty nicponiu!“ Uderzył Ingmara w plecy. „No, tyś to naprawdę na nauczyciela jakby stworzony!“
W mgnieniu oka był już na kuchni i począł znów grać. I teraz w grze jego inna była moc. Tupał nogą i grał taniec w szalonym tempie. „To polka młodego Ingmara!“ zawołał. „Hejże, hej! wszyscy w izbie tańczą teraz na cześć młodego Ingmara!“.
Gertruda i Gunhilda były obie piękne dziewczęta, to też nie brak im było tancerzy.Ingmar nie wiele tańczył; rozmawiał po największej części z kilkoma starszymi młodzieńcami w głębi izby. W przerwach mnóstwo ludzi gromadziło się dokoła Ingmara, jakgdyby cieszyło ich to, że mogą na niego patrzeć.
Gertrudzie zdawało się, że Ingmar zupełnie o niej zapomniał, i czuła się całkiem zatrwożoną. „Teraz poznaje już, że jest synem Wielkiego Ingmara, a ja tylko córką nauczyciela pomyślała“ sobie.
I sama była zdziwiona, że jej ta myśl taki ból sprawiła.
W przerwach młodzi ludzie wychodzili w noc wiosenną chociaż był mróz taki, że łatwo mogli się przeziębić. Na dworze było zupełnie ciemno, ale, że nikt nie miał ochoty iść do domu, mówili wszyscy: zostaniemy jeszcze trochę, wkrótce księżyc wejdzie, teraz zbyt ciemno“.
W pewnej chwili, gdy Ingmar stał właśnie z Gertrudą w drzwiach, zbliżył się do nich Ingmar Silny i pociągnął go ze sobą. „Chodź coś ci pokażę“, rzekł.
Wziął Ingmara za rękę i poprowadził go przez krzaki na tylną stronę chaty. „Stań tu i spoglądnij w dół“, rzekł. Ingmar spojrzał w wąwóz, na którego dnie lśniło niewyraźnie coś białawego.
„To z pewnością Langfors“, rzekł. — „Tak możesz być pewnym, że to Langfors“, odrzekł Ingmar Silny; „i jak ci się zdaje, do czego dałby się użyć taki wodospad?“ — „O, możnaby tu urządzić tartak, albo młyn“, rzekł Ingmar. — Stary uderzył Ingmara żartobliwie po plecach i w bok, tak, iż mało nie strącił go w wąwóz. „Ale kto powinien tu tartak urządzić? Kto powinien tu się wzbogacić, kto powinien odkupić dwór ingmarowski?“. — „Tak, tak, ja właśnie także o tem myślę“, rzekł Ingmar. Wtedy stary począł roztaczać wielki plan, jaki sobie wymyślił. Ingmar miał namówić Halfvora, ażeby wystawił tartak nad wodospadem, i Ingmarowi go wydzierżawił. Już od wielu lat stary myślał tylko o tem, aby wynaleść sposób, w jakiby syn Ingmara Wielkiego napowrót doszedł do majątku.
Ingmar długo patrzył w wąwóz. „No, teraz chodźmy znów do izby i tańczmy“, rzekł Ingmar Silny. Ale młody Ingmar nie ruszył się z miejsca, a stary czekał cierpliwie. „Jeżeli jest rasowy, to nie da dziś, ani jutro odpowiedzi; starzy muszą czekać cierpliwie“.
Gdy stali tak razem, odezwało się nagle głośne i gniewliwe szczekanie. „Czy słyszysz Ingmarze?“ zapytał stary. — „To pies jakiś włóczy się po lesie“, odrzekł Ingmar. Słyszeli, że szczekanie wciąż się zbliżało; szybko zbliżało się ku nim, jak gdyby polowanie miało przechodzić wprost przez chatę. Stary ujął Ingmara za rękę. „Chodź, chodź, rzekł“, spiesz się do chaty, mówię ci!“ — „Cóż to takiego?“ zapytał Ingmar. „Wejdź tylko do domu“, rzekł stary, „zachowuj się spokojnie i wejdź do domu“.
Gdy pospiesznie wracali do chaty, głośne szczekanie było już blizko. „Cóż to za pies?“, pytał Ingmar raz po raz. „Spiesz się tylko, spiesz się!“ Stary pchnął Ingmara do sieni, sam jednak stanął na progu i zabierał się do zamykania drzwi. „Jeżeli ktoś jest jeszcze na dworze“, zawołał donośnym głosem, „niech spiesznie powróci!“ Trzymał drzwi nawpół otwarte, a ludzie zbiegali się ze wszystkich stron. „Szybko do chaty“, wołał, „do chaty!“ I niecierpliwie tupał nogą.
W izbie tymczasem ludzie poczuli dziwną trwogę i wszyscy dopytywali się, co się to dzieje. Nareszcie weszli wszyscy, stary zamknął drzwi i zasunął rygle. „Czyście zwarjowali, że chcecie zostać na dworze, kiedy pies górski się odzywa? rzekł. Szczekanie odezwało się teraz tuż przed chatą; obiegło chatę kilka razy dokoła: było to gwałtowne, groźne szczekanie. — „Czy to nie jest prawdziwy pies? zapytał jeden z chłopaków. — „Możesz wyjść i wabić go, jeżeli masz ochotę, Nilsie Jansonie“.
Wszyscy w głębokiem milczeniu słuchali szczekania, które bezustannie biegło dokoła chaty. Zdawało im się, że staje się coraz dziksze i groźniejsze; drżeli ze strachu i wiele z nich pobladło śmiertelnie. Nie, to nie był zwyczajny pies, to było już widoczne; to z pewnością jakiś szatański pies, który zbiegł prosto z piekieł otchłani.
Mały, stary gospodarz był jedynym, który śmiał ruszyć się; naprzód zamknął okiennice, potem pogasił światła“ — „Musicie mi pozwolić, abym to zrobił, co dla nas najlepsze“, rzekł stary. Ktoś uchwycił go za surdut. — „Czy ten pies górski zrobi nam coś?“ — „On nie, ale to, co potem przyjdzie“ — Stary stanął i podsłuchiwał. „Teraz musimy wszyscy zachować zupełne milczenie“ rzekł.
Natychmiast nastała w izbie cisza taka, że nie słyszano nawet oddechu ludzkiego. Raz jeszcze odezwało się szczekanie psa dokoła domu. Potem słabło powoli i można było śledzić za tem, jak pies pogonił przez bagniska nad Langforsem i przez górę na drugą stronę doliny. Teraz wszystko ucichło.
Wtem jeden z chłopaków nie mógł się powstrzymać i rzekł: „Teraz pies oddalił się“. Nie mówiąc ani słowa, Ingmar Silny wyciągnął dłoń i dał mu policzek. Potem znów nastała cisza.
Z daleka, na najwyższym szczycie Klakbergu odezwał się teraz głośny ton. Było to coś, jakby świst wiatru, ale mógł to być sygnał rogowy. Tu i ówdzie usłyszano przeciągły dźwięk, potem hałas i uderzanie kopyt i parskanie. Z góry szło to wszystko z ogromnym turkotem. Usłyszeli to na pochyłości góry, potem na skraju lasu, nareszcie tuż nad głowami. Było to, jakgdyby grzmot toczący się po powierzchni ziemi, jak gdyby cała góra zwaliła się w dolinę. A gdy poczuli je z bliska nad sobą, wszyscy pospuszczali głowy i przytulili się do siebie. „Zmiażdżą nas, zmiażdżą nas!“ pomyśleli.
Nie była to tyle obawa przed śmiercią, ile raczej zgroza, że to może sam książę piekieł z całym swoim orszakiem w szalonej pogoni pędzi przez noc. Co najbardziej wszystkich przerażało, to że w pośród całego piekielnego hałasu słyszeli tony skargi żałosnej. Tak tam coś płakało i lamentowało, tak tam ryczało i śmiało się, świstało i wyło. A gdy to, co dopiero grzmiało, jak gdyby gwałtowna burza, zbliżyło się zupełnie, słyszeli, że były to skargi i przekleństwa, wycie i szaleństwo, przeraźliwa muzyka myśliwskich rogów, trzaskanie ognia, przeciągłe wołania duchów, szyderczy śmiech szatana i szelest ogromnych skrzydeł.
I uczuli, że tej nocy rozpuszczone zostały i zwaliły się na nich wszystkie okropności piekielnej otchłani.
Ziemia drżała pod nimi i dom chwiał się chwilami, jak gdyby miał się zapaść i być pogrzebany. I zdawało się, że cały tabun dzikich koni cwałuje przez chatę — kopyta ich dudniały na dachu — i że duchy wyjąc, lecą z łoskotem z kąta w kąt, a nietoperze i sowy uderzają ciężkiemi skrzydłami o komin.
Gdy się to wszystko działo, otoczył ktoś ramieniem kibić Gertrudy i zniewolił ją, aby uklękła. I usłyszała szept Ingmara: „Uklęknijmy oboje Gertrudo i módlmy się“.
Przed chwilą jeszcze Gertruda myślała, że umrze, taka ją ogarnęła trwoga. „Nie boję się śmierci, myślała, ale straszliwa to rzecz że złe duchy taką mają nad nami potęgę i tak są bliskimi“. Ale skoro tylko poczuła ramię Ingmara, serce jej straciło sztywność i nieruchomość! Przytuliła się blisko do niego. Jak długo ją trzymał, nie bała się wcale. I dziwna to była rzecz: i on bał się zapewne, a jednak taka pewność szła od niego do niej.
Nakoniec straszliwy hałas zaczął słabnąć i słyszano że się oddalał. Pogonił tą samą drogą, „co pies poprzednio, przez bagniska nad Langforsem ku lasom i pod górę Olof. Mimoto jednak cisza panowała nadal w chacie Ingmara Silnego: nikt nie ruszył się, nikt słowa nie wyrzekł, jak gdyby nikt siły nie miał poruszyć członkami. Prawie sądzić można było, że przerażenie zdmuchnęło wszelkie życie, tylko tu i ówdzie słyszano ciężki oddech, tak, iż przecie wiedziano, że jeszcze ktoś żyje. Ale przez długi, długi czas wszyscy byli nieruchomi. Jedni opierali się o ściany, inni padli na ławki, ale większa część klęczała na ziemi w modlitwie pełnej trwogi. Wszyscy byli nieruchomi, jakby ze strachu sparaliżowani.
Godzina za godziną mijała, a w tym czasie nie jeden patrzył w głąb duszy swej i postanawiał, że odtąd nowe rozpocznie życie; życie bardziej zbliżone do Boga a oddalone od wrogów Jego. I każdy z obecnych myślał: „Z pewnością coś złego, co popełniłem, jest przyczyną, że ta trwoga na nas zeszła. Temu winny są moje grzechy. Słyszałem dobrze, jak ci w pogoni wołali mnie. szydzili ze mnie, imię moje wygłaszali.
Gertruda zaś miała tylko tę jedną myśl: „Teraz wiem, że bez Ingmara żyć nie mogę, że muszę być zawsze przy nim, a to dla tej pewności, jaka zeń do mnie przechodzi“.
Zwolni zaczęło dnieć, słaby zmrok poranny wnikał do izby i oświecał tyle pobladłych twarzy. Potem ptaszek zaświegotał, a za nim wnet drugi, krowa Ingmara Silnego zaryczała za pokarmem, a kot jego, który podczas tańców nigdy nie spał w izbie, przyszedł pod drzwi i miauczał.
Ale nikt nie ruszył się, zanim słońce-nie zeszło ze wschodu ponad górę. Wtedy jeden po drugim wykradał się, nie mówiąc słowa i nie żegnając się. Przed domem spotkali się z brzydotą zniszczenia. Wielka jodła, która stała przed wejściem do domu leżała na ziemi wyrwana z korzeniami, gałęzie i kłody płotowe rozrzucone były wszędzie po ziemi, kilka nietoperzy i sów rozbiło się o mury.
Na pochyłości Klakbergu drzewa były powyrywano, tak że szeroka droga prowadziła w górę.
Nikt nie ważył rozglądać się, wszyscy spieszyli do wsi. Podczas drogi budził się dokoła poranek. Była niedziela i ludzie wstawali późno, ale tu i ówdzie ktoś był już wyszedł i karmił bydło. Tam staruszek wyszedł przed drzwi, niosąc swój strój niedzielny, aby go wywietrzyć i wyczyścić. Z innego domu wyszli już ojciec, matka i dzieci niedzielnie ubrani: wybierali się na odwiedziny do sąsiedniej wsi. Było to wielką pociechą widzieć, że ludzie byli tak spokojni i nie mieli pojęcia o tych okropnościach, które się tej nocy w lesie zdarzyły.
Nakoniec przybyli ponad rzekę, gdzie domy stały już gęściej i nareszcie dotarli do wsi. Jakże się ucieszyli, gdy ujrzeli kościół i wszystko inne! Było to dla nich wielkiem uspokojeniem, że wszystko tu w dole było niezmienione. Szyld nad sklepem lśnił się jak zwykle, róg na poczcie tkwił na dawnem swem miejscu a pies z gospody leżał jak zwykle przed budką i spał.
I to było pociechą, gdy ujrzeli dziką czereśnię, która wypuściła pęczek, odkąd ostatni raz tędy przeszli, i widzieli, że zielone ławki w parafialnym ogrodzie musiały być jeszcze późnym wieczorem wyniesione.
Wszystko to było niesłychanie uspokajające, ale mimoto nikt nie ważył się wyrzec ani słowa, zanim doszli do domu.
Gdy Gertruda stanęła na terasie szkolnego budynku, rzekła do Ingmara:
„Ostatni już raz tańczyłam Ingmarze!“
„Tak“, odrzekł Ingmar, „i ja także“.
„A ty zostaniesz księdzem“, rzekła Gertruda, nieprawdaż? A jeżeli nie możesz zostać księdzem to musisz zostać nauczycielem. Przeciw potędze złych duchów walczyć potrzeba całą siłą“.
Ingmar wpatrzył się w Gertrudę. »Te głosy“, rzekł uroczyście, „co mówiły do ciebie te głosy Gertrudo?
„Mówiły do mnie, że wplątaną jestem w sieć grzechów i że szatani przybędą i zabiorą mnie, dlatego że tańczę tak namiętnie“.
A ja ci powiem, co ja słyszałem“, rzekł Ingmar. „Zdawało mi się, że wszyscy starzy Ingmarsonowie grożą mi i przeklinają mnie, ponieważ chcę być czemś lepszem, niż chłop i szukam dla siebie innego pola do pracy a nie lasu i roli“.




Hellgum.



Tej samej nocy, kiedy młodzież tańczyła u Ingmara Silnego, Halfvor nie był obecnym na ingmarowskim dworze a córka Ingmarów Karina leżała sama w swej izbie. Wśród nocy miała ciężki sen. Śniło jej się, że Eljasz był jeszcze przy życiu i odbywał właśnie wielką pijatykę. Słyszała że w sali dźwięczały szklanki, rozlegał się głośny śmiech i rozbrzmiewały pieśni pijackie.
I zdawało jej się, że hałas rozpoczęty, przez Eljasza i jego towarzyszy stawał się coraz głośniejszym a nareszcie wydawał się, jak gdyby łamano w kawałki stoły i ławki. Karina przelękła się tak silnie, iż przebudziła się.
Ale chociaż już nie spała, łoskot nie ustawał. Ziemia drżała, okna dźwięczały, z dachów zlatywały cegły, stara grusza przed fasadą uderzała suchemi gałęziami o mur.
Zdawało jej się, że to już nastał poranek Sądu ostatecznego.
Wtem, właśnie w chwili, gdy łoskot był najgwałtowniejszy, pękła szyba, i kawałki szkła spadły z brzękiem na ziemię Silny wiatr wnikł do izby i Karina usłyszała tuż nad uchem śmiech, i ten sam śmiech, który dopiero co słyszała we śnie.
Karinie zdawało się, ze umiera: nigdy jeszcze nie doznała podobnego przerażenia. Serce jej przestało uderzać i cale ciało zesztywniało i stało się gdyby lód zimne.
Lecz łoskot wnet ustał i Karina przyszła znów do siebie. Zimne powietrze nocne wnikało do izby i po chwili Karina zdecydowała się wstać, aby zatkać dziurę w oknie. Lecz, gdy chciała się podnieść z łóżka, nogi odmówiły jej posłuszeństwa, i zmiarkowała, że nie może chodzić.
Kanna nie zawołała o pomoc, lecz położyła się napowrót spokojnie. „Skoro się uspokoję, będę znów mogła chodzić“, pomyślała. Po chwili spróbowała powtórnie, ale obie nogi były bezsilne i nie do użycia. Nie mogła się na nich oprzeć, lecz upadła i leżała na podłodze obok łóżka.
Rano, gdy zbudziła się służba, posiano po lekarza. Przybył natychmiast, lecz nie mógł pojąć co się Karinie stało. Nie była ani chora, ani sparaliżowana, sądził więc, że to były skutki przebytego strachu. „To się wkrótce polepszy“ rzekł.
Karina słuchała, co lekarz mówił, nie odpowiadając ani słowa. Wiedziała ona, że Eljasz był w nocy w izbie i że on to był przyczyną tego, co się stało; była też przekonaną, że nigdy już nie będzie mogła chodzić.
Przez całe przedpołudnie Karina była milcząca i zamyślona. Starała się zbadać, dlaczego Bóg zesłał na nią to nieszczęście; sądziła sama siebie surowo, lecz nie mogła przypomnieć sobie, iżby popełniła grzech, któryby zasługiwał na tak ostrą karę. „Bóg jest niesprawiedliwym dla mnie,“ pomyślała.
Popołudniu kazała się zawieść do domu misyonarskiego Sztorma, gdzie mówił dziś kaznodzieja Dagson. Spodziewała się, że Dagson wytłumaczy jej, dlaczego tak ciężko została ukaraną.
Dagson był poważanym kaznodzieją, nigdy jednak jeszcze nie miał tyle słuchaczy, co owego dnia: toż to tłumy stały dziś przed domem misyonarskim! A wszyscy mówili tylko o tem, co ubiegłej nocy działo się w chacie Ingmara Silnego.
Cała gmina była przerażona i wszyscy zeszli się tu, aby usłyszeć słowo Boże, które wyzwoliłoby ich z tej trwogi.
Ani czwarta część obecnych nie mogła wejść do wnętrza, lecz okna i drzwi stały otworem, a Dagson miał głos tak silny, że mogli go słyszeć i ci co stali na dworze.
Kaznodzieja wiedział co się stało i czego się po nim ludzie spodziewali. Rozpoczął mowę groźnemi słowy o piekle i o mocarzu otchłani. Mówił o tym który krąży wśród ciemności i poluje na dusze, rozstawia pułapki występku i zarzuca sieci grzechu.
Słuchacze drżeli z przerażenia i widzieli świat napełniony szatanami, którzy ludzi kusili i wabili. Wszędzie pełno było grzechu i niebezpieczeństwa. Wszędzie kroczono po trzęsawiskach i pułapkach 1 każdy się czuł, jakby zwierzem leśnym gonionym i prześladowanym.
Gdy Dagson mówił o tem, głos jego rozbrzmiewał po sali jak rozszalała burza, a słowa jego były niby ogniste płomienie.
Mowa Dagsona podobną była do pożaru leśnego; poprzez wszystkie te dyabły, wśród dymu i płomieni zdawało się, jak gdyby cały las dokoła stał w ogniu, jak gdyby płomień prześlizgiwał się pod mchem, gdzie tylko noga stąpi a wznoszące się chmury dymu tamowały oddech; jak gdyby żar palił włosy, trzask ognia kładł się w uszy a od iskier co chwila miała zająć się odzież.
W ten sposób Dagson przepędzał słuchaczy swych poprzez ogień, dym i rozpacz; ogień z tyłu i ogień dokoła; wszędzie czyhała zguba.
Ale z wszystkich tych okropności wyprowadził ich w końcu na zieloną oazę wśród lasu, gdzie był spokój, chłód i bezpieczeństwo. A w samym środku na kwitnącej łące siedział Jezus. Wyciągał ramiona ku prześladowanym, a oni usiedli u stóp jego, i znikło wszelkie niebezpieczeństwo i znikły strachy i prześladowania.
Dagson mówił to, co sam odczuwał. Jeżeli tylko mógł ułożyć się u stóp Jezusowych, schodziły nań spokój i cisza i nie bał się już niczego w życiu.
Gdy Dagson skończył swą mowę, powstało silne poruszenie w pośród słuchaczy. Niektórzy wystąpili i dziękowali mu, a innym łzy spływały z oczu. I mówili, że kazanie to pobudziło ich do prawdziwej wiary w Boga.
Ale córka Ingmarów Karina siedziała nieruchomie, a gdy Dagson skończył mowę, podniosła, ciężkie swe powieki i spojrzała nań wzrokiem, w którym był zarzut, że ona jedna odeszła z próżnemi rękami.
Wtem rozległ się przed domem misyonarskim głos silny i zawołał tak głośno, że całe zgromadzenie zrozumiało, następujące słowa:
„Biada biada, biada tym, którzy kamienie podają miasto chleba!“
Karina nie wiedziała kto mówił, musiała siedzieć przykuta do ławki, gdy inni tłoczyli się ku wyjściu.
Po chwili przyszli jej domownicy i opowiedzieli jej, że był to jakiś słuszny ciemny człowiek którego nikt nie znał. Podczas kazania przejeżdżał tędy dorożką z młodą, jasnowłosą kobietą. Zatrzymali powóz i słuchali kazania, a gdy ruszyli dalej, człowiek ów wstał i zawołał owe słowa.
Niektórzy mówili, że kobieta wydawała im się znajomą. Mniemali, że to musiała być jedna z córek Ingmara, która wyszła za mąż w Ameryce a ów człowiek musiał być jej mężem. Nie łatwo to jednak kogoś poznać, którego widziało się młodem dziewczęciem w zwykłym stroju chłopskim, a kto powraca w miejskiem ubraniu jako osoba dorosła.
Karina myślała to samo o Dagsonie, co ów obcy człowiek; można to już było poznać po tem, że nigdy nie kazała się już zawieść do Domu misyonarskiego.
W całej parafii wszczął się silny ruch religijny. Na wszystkich zgromadzeniach działy się nawrócenia i przebudzenia, jak gdyby każdy znajdywał właśnie to, za czem tęsknił.
Nikt jednak z wszystkich tych ludzi o których Karina słyszała, nie potrafił ją nakłonić, by się cierpliwie poddała karze, którą Bóg zesłał na nią.


∗             ∗

Birger Larson miał kowala, którego kuźnia leżała przy gościńcu. Kuźnia była mała i ciemna, i miała zamiast okna dziurę i drzwi niziutkie. Birger Larson sporządzał wielkie noże, naprawiał zamki, obijał koła wozów i sanek. Jeżeli nie miał lepszej roboty, robił także gwoździe.
Pewnego letniego wieczora kuźnia była jeszcze w pełnym ruchu. Birger Larson stał sam przy kowadle i kuł główki do gwoździ, a syn jego, który miał lat siedemnaście, stał przy drugiem kowadle i kuł jednaj cienką sztabkę żelazną po drugiej, poczem ją przeginał. Drugi syn pracował miechem a trzeci znosił węgle, lub odwracał w ogniu żelaziwo żarzące i roznosił je kowalom. Czwarty syn miał zaledwie 7 lat; zbierał gotowe gwoździe, rzucał je do wiadra napełnionego wodą i związywał je w paczki.
Podczas tej roboty nadszedł jakiś obcy człowiek i stanął w otwartych drzwiach. Był to słuszny czarny człowiek, i musiał prawie uklęknąć, aby mógł zajrzeć do kuźni.
Birger Larson zatrzymał się w robocie i zapytał czego sobie życzy.
„Nie gniewajcie się, że zaglądam tu, chociaż nie mam zamówienia“ rzekł obcy. „Byłem sam kowalem w młodych latach, i dlatego trudno mi przejść obok kuźni, nie zaglądnąwszy.“
Teraz kowal zaczął zapytywać obcego człowieka, kim jest i skąd przybywa. Człowiek odpowiadał uprzejmie, lecz nie zdradził swego nazwiska. Birger pomyślał, że mądry z niego człowiek i znalazł w nim upodobanie. „Wyszedł z nim na czarny plac przed kuźnią i chwalił się przed nim swymi synami. Z początku, mówił, ciężkie miał czasy, aż dokąd synowie podrośli i mogli mu pomagać w pracy. Ale teraz, kiedy wszyscy pracują, robota idzie raźno. „I zobaczycie, za kilka lat będą bogatym człowiekiem“, zakończył Birger swoje opowiadanie.
Obcy człowiek uśmiechał się i rzekł, że cieszy go to, iż Birger ma tak dobrą pomoc w swych synach. „Chciałbym jednak zapytać się o coś, ciągnął dalej, kładąc ciężką rękę na ramieniu Birgera, i patrząc mu głęboko w oczy. „Jeżeli masz tak dobrą pomoc w swych synach w rzeczach świeckich, czy wspierają cię oni także w sprawach duchowych?“
Birger wytrzeszczył oczy, bez zrozumienia. Wtedy rzekł obcy: „Widzę, że jest to dla ciebie rzecz nowa, więc zastanów się nad nią aż do czasu, kiedy się znów zobaczymy“.
I odszedł uśmiechając się. Birger Larson wszedł napowrót do kuźni; poskrobał się w głowę, pokrytą żółtemi jak mosiądz i twardemi włosami, i zwrócił się napowrót do swej roboty.
Pytanie obcego człowieka zajmowało go przez kilka dni bezustannie. Wydało ono mu się czemś bardzo dziwnem. „Jest w tem coś ukrytego, czego nie rozumię“, myślał.
W dzień potem, kiedy obcy człowiek rozmawiał z Birgerem Larsonem, był on we wsi w dawnym sklepie Timsa Halfvora, który po jego ożenieniu się z Kariną objął szwagier jego Kolas Gunnar.
Gunnar wyjechał, a tymczasem prowadziła handel żona jego, córka Ingmarów Brygita.
Stała za ladą piękna i majestatyczna. Odziedziczyła nietylko imię, ale i powierzchowność po matce swej, pięknej żonie Ingmara Wielkiego. Tak pięknej jak Brygita dziewczyny nie było nigdy przedtem na ingmarowskim dworze.
Chociaż jednak Brygita zewnętrznie nie była podobną do starego rodu, to jednak była również dobrą, uczciwą i sumienną, jak inni członkowie tej rodziny.
W nieobecności Gunnara Brygita zawiadywała interesem na swój sposób. Gdy naprzykład stary kapral Falt przyszedł chwiejnym krokiem, pijany i zażądał flaszki piwa, Brygita wprost odmówiła mu, gdy zaś uboga Lena Kolbjörn chciała kupić piękną broszkę, Brygita zamiast tego dawała jej pięć funtów mąki żytniej.
Jak długo Brygita rządziła w sklepie żadne dziecko nie ważyło się roztrwonić swych nędznych groszy na rodzynki i cukierki; a gdy wieśniaczka jakaś zażądała w sklepie cieńkiej mieszczańskiej materyi, Brygita odesłała ją z napomnieniem, aby lepiej sama utkała na własnym warsztacie trwałe, silne płótno.
Lecz owego dnia nie było dużo kupujących. Brygita godzinami siedziała samotnie. Skuliła się i patrzyła przed siebie a rozpacz malowała się w jej oczach.
Nareszcie podniosła się, poszukała powrozu, wysunęła drabinę ze sklepu do izby pozasklepowej i zrobiła z powrozu pętelkę, którą umocowała u haka na powale.
Brygita robiła to wszystko z gorączkową szybkością: wkrótce pętelka była gotowa i właśnie miała w nią włożyć głowę, gdy jeszcze raz spojrzała poza siebie.
W tej chwili właśnie otwarły się drzwi i wszedł wysoki, czarny człowiek. Wszedł on był do sklepu — czego Brygita nie słyszała — a nie znalazłszy nikogo, obszedł ladę i otworzył drzwi do tylnej izby.
Brygita milcząc zeszła z drabiny. Obcy człowiek nic do niej nie mówił, tylko powoli usunął się znów do sklepu a Brygita poszła za nim. Nie widziała jeszcze nigdy tego człowieka, miał czarne, kręte włosy, gęstą brodę, bystre oczy i niezwykle duże ręce. Nie można było odgadnąć, czy był panem, czy chłopem, bo był dobrze ubrany, miał jednak ruchy chłopskie. Usiadł na połamanym stołku w pobliżu drzwi i bezustannie wpatrywał się w Brygitę.
Wieśniaczka stała spokojnie za ladą i nie pytała go o nic, pragnęła tylko, aby szybko odszedł. Ale on wciąż patrzył na nią a Brygicie zdawało się, że te oczy przytrzymują ją, tak że nie mogła się ruszyć.
Nareszcie Brygita zniecierpliwiła się i powiedziała do siebie samej: „Dziwi mnie, że możesz myśleć, iż to coś pomoże, jeżeli tu będziesz siedział i pilnował. Zrozumiesz przecie, że to co mam zamiar uczynić, uczynię w każdym razie, skoro tylko będę sama.
Brygita stała spokojnie i wiodła dalej niemą rozmowę z obcym człowiekiem. „Gdyby to była rzecz, która się skończy, albo która jest tylko przejściowa, to mógłbyś mi przeszkodzić, ale to jest rzecz całkiem beznadziejna“.
Ale człowiek wciąż siedział i nie odwraca, oczu od niej.
„Musisz wiedzieć, że to nie wypada dla nas z dworu ingmarowskiego, abyśmy sklep trzymali“ opowiadała Brygita w myślach swych dalej. „Nie masz wyobrażenia, jak dobrze nam było z Gunarem, zanim objęliśmy ten sklep. Ludzie wprawdzie odradzali mi, abym za niego nie wyszła, bo nie lubili go dla jego czarnych włosów, przenikliwych oczu i ostrego języka. My jednak kochaliśmy się i nigdy nie padło między nami złe słowo, aż do czasu, gdy Gunar objął sklep.
„Wtedy dopiero“ — ciągnęła Brygita dalej swe nieme opowiadanie, — zepsuło się coś między nami. Chciałam, ażeby on prowadził sklep wedle mego przekonania, bo nie cierpię tego, jeżeli sprzedaje wino i piwo pijakom, i zdaje mi się, że powinien ludziom tylko to sprzedawać, co dla nich jest pożyteczne i potrzebne, ale Gunar twierdzi, iż to nierozumnie. Ze zaś nikt z nas nie chce ustąpić, więc kłócimy się wciąż, i teraz on przestał mnie już kochać“.
Patrzyła na człowieka siedzącego błędnemi oczami, jak gdyby dziwiąc się, że nie chce jej prośbie zadość uczynić.
„Ale to chyba już zrozumiesz, że nie mogę przeżyć tej hańby, że on każe biednych ludzi fantować i zabrać im jedyną krowę, lub nędznych kilka owiec?“
„To już nigdy nie da się naprawić, czy ty tego nie pojmujesz? Dlaczegóż więc nie odchodzisz, ażebym mogła już koniec zrobić?“
Lecz gdy ów człowiek wciąż siedział i wpatrywał się w Brygitę, ona uspokoiła się powoli a nakoniec zaczęła z cicha płakać. Była wzruszona tem, że siedział wciąż i pilnował jej. Było to wiele, ze strony człowieka, który jej wcale nie znał.
Skoro człowiek obcy widział, że Brygita płacze, wstał i zbliżył się ku drzwiom a gdy już był na progu, odwrócił się, popatrzył raz jeszcze przenikliwie na Brygitę, odchrząknął i rzekł głębokim głosem: »Nie zrób sobie niczego złego, blizkim jest już czas, kiedy będziesz mogła żyć sprawiedliwie“.
I odszedł. Kroki jego słychać było na terasie i na drodze, w miarę gdy się oddalał.
Brygita pospieszyła do tylnej izby, zdjęła powróz i odstawiła drabinę do sklepu. Potem usiadła cicho na skrzyni i przez kilka godzin siedziała tak nieruchomie.
Miała takie uczucie, jak gdyby długo, długo wśród ciemnej nocy wędrowała, i to wśród nocy tak ciemnej, że dłoni przed oczyma nie można było widzieć. Zabłądziła i nie wiedziała, gdzie się znajdowała, a na każdym kroku bała się, że zapadnie się w bagno, lub zleci w przepaść. Ale oto ktoś zawołał na nią, ażeby dalej nie szła, lecz usiadła i czekała aż dzień nastanie. Cieszyła się, że mogła już zaniechać tej niebezpiecznej wędrówki, a teraz siedziała i czekała aż dzionek nastanie.


∗             ∗

Ingmar Silny miał córkę imieniem Anna-Liza. Była ona od wielu lat w Chicago i wyszła tam za mąż za Szweda Hellguma, który był przełożonym małej gminy, wyznającej całkiem odrębną wiarę i doktrynę. Następnego dnia po owej strasznej nocy, kiedy u Ingmara Silnego tańczono, Anna-Liza powróciła z mężem swym, aby odwiedzić starego ojca.
Hellgum używał wolnego czasu na robienie długich wycieczek w okolicę i wdawał się w rozmowę z wszystkimi ludźmi, których spotykał. Z początku mówił z nimi o rzeczach codziennych, ale żegnając się, kładł im ciężką swą rękę na ramieniu i mówił kilka słów dla zachęty i przebudzenia.
Ingmar Silny rzadko widywał zięcia. Stary był w tym roku bardzo zajęty, gdyż razem z młodym Ingmarem Ingmarsonem, który mieszkał już znów we dworze, stawiał tartak nad Langforsem. Był to wielki dzień dla Ingmara Silnego, gdy tartak był gotów i pierwszy belek pod trzeszczącemi piłami rozpadł się na białe deski.
Pewnego wieczora, gdy stary powracał z tartaku do domu, spotkał Annę-Lizę. Wyglądała zatrwożona i zdawało się. jak gdyby chciała ukryć się przed nim.
Ingmar Silny przyspieszył kroku, doszedł do domu i zatrzymał się nagle przed nim z pomarszczonem czołem. Tuż przed wejściem stał od dawien dawna wielki krzak różany. Strzegł go, jak oka w głowie i nie pozwolił nigdy, aby ktoś uszczknął chociażby jeden kwiatek lub listek, albo ażeby cośkolwiek z krzakiem robiono.
Ingmar Silny pielęgnował go dlatego tak starannie, ponieważ wiedział, że tam pod nim mieszkają podziemne duchy.
I oto ten krzak był ścięty, i rzecz naturalna, że uczynił to zięć jego, ów kaznodzieja, który nie mógł znieść krzaka.
Ingmar Silny miał jeszcze siekierę w ręku a palce jego zacisnęły się silniej dokoła rękojeści, gdy wchodził do domu.
Hellgum siedział i czytał biblię. Podniósł oczy i spojrzał przenikliwie na Ingmara Silnego. Potem zaczął dalej głosem donośnym czytać w biblii.
„Ażebyście nie myśleli, że będziemy jako poganie i ludzie innych krajów, uwielbiali drzewo i kamienie; to musi się zmienić.
„Jako żyw jestem, mówi Pan, będę panował nad wami silną dłonią i wyciągniętem ramieniem i dotknie was gniew mój...“
Nie mówiąc ani słowa, Ingmar Silny opuścił dom i spał tej nocy w stodole. W dwa dni później przeniósł się z Ingmarem w las, celem wypalania węgli i ścinania drzew. Mieli obaj zamiar spędzić tam całą zimę.
Hellgum występował już kilkakrotnie na zgromadzeniach chłopskich i wykładał swoją wiarę, która, jak stwierdził, była jedynie i prawdziwie chrześciańską. Hellgum nie był jednak tak wymownym jak Dagson i nie pozyskał ani jednego zwolennika. Ci, którzy spotykali go na drodze i mówili z nim kilka słów, spodziewali się po nim wielkich rzeczy, ale gdy Hellgum miał wygłosić dłuższe kazanie, wyrażał się ociężale, brakło mu oddechu i działał nużąco na słuchaczy.
W późnej jesieni córka Ingmarów Karina była bardzo przygnębiona, i rzadko tylko przemówiła słowo. Nie mogła jeszcze chodzić i siedziała dzień cały nieruchomie na swym krześle. Nie szukała już żadnych kaznodziei, lecz przesiadywała w domu w samotności i myślała o swojem nieszczęściu. Tu i ówdzie mówiła Halfvorowi, że zawsze słyszała jak ojciec jej mówił, że Ingmarsonowie nie powinni się niczego obawiać, jeżeli tylko kroczą drogą przez Boga wskazaną, lecz teraz przekonała się, że i to nie jest prawdą.
Nie wiedząc jak jej poradzić, Halfvor zaproponował jej pewnego razu, ażeby rozmówiła się z nowym kaznodzieją, ale Karina pospiesznie odparła, że nie chce już szukać pomocy u takich kaznodziei.
Pewnej niedzieli, z końcem sierpnia Karina siedziała sama przy oknie w wielkiej izbie. Głęboka cisza panowała w całym dworze, a Karinie zbierało się na sen. Głowa jej opadała coraz niżej na piersi i nareszcie zasnęła.
Obudziła się, gdy ktoś mówił coś właśnie pod jej oknem. Nie mogła widzieć, kto to był, ale głos był silny i głęboki a Karinie zdawało się, iż nigdy jeszcze nie słyszała tak pięknego głosu.
„Widzę, iż uważasz to za niemożliwe, ażeby ubogi, nieuczony człowiek wynaleźć mógł prawdę, za którą tak wiele uczonych panów daremnie szukało“, rzekł ów głos.
„Tak, odparł Halfvor, nie pojmuję, jak możesz być tak pewnym siebie“.
„To z Hellgumem Halfvor rozmawia“, pomyślała Karina. Usiłowała zamknąć okno, nie mogła jednak dosięgnąć go z swego krzesła.
„Ależ napisano jest — ciągnął dalej Hellgum — jeżeli ktoś uderzy cię w prawy policzek, podaj mu i drugi, a toż samo, że nie powinniśmy opierać się złemu, i wiele jeszcze innych podobnych rzeczy. A jednak są to przykazania, których nikt nie może się trzymać. Gdybyś spróbował to wykonywać, ludzie zabraliby ci twoje pola i las, ukradliby ci kartofle i wynieśliby twoje żyto, ba zdaje mi się, że zabraliby ci cały dwór Ingmarowski“.
„Łatwo być może“, odrzekł Halfvor.
„Czyżby więc Chrystus słowa owe wypowiedzieć miał tak tylko na wiatr, nic przez nie nie rozumiejąc?“
„Nie wiem do czego zdążasz“.
„Widzisz, jest tam jeszcze coś innego, nad czem trzeba się zastanowić“, rzekł Hellgum. „Jest to ta rzecz, że przez chrześciaństwo doszliśmy już tak daleko. Nikt między nami nie kradnie, nikt nie wyzyskuje wdów i sierót, nikt nie prześladuje, ani nienawidzi drugiego. Nigdy nie zdarza się między nami, ażeby ktoś zrobił coś złego, ponieważ mamy taką dobrą religię.
„Ależ naturalnie, wiele rzeczy dzieje się, które nie powinny się dziać“, przyznał Halfvor z cicha: słowa jego były senne i obojętne.
„Ale jeżeli masz młócarnię, która źle młóci to szukasz przecie, co jej brakuje? I nie uspokoisz się, aż się nie dowiesz, co w niej nie jest w porządku. A więc, skoro widzisz, że ludzi nie można doprowadzić do tego, ażeby żyli prawdziwie po chrześciańsku, powinieneś także poszukiwać, czy w tem chrześciaństwie nie ma gdzie błędu“.
„Nie mogę w to wierzyć, żeby nauka Chrystusa była błędną“, rzekł Halfvor.
„Nie, z początku była doskonałą, ale może być że potem coś się w niej popsuło. Mogło się złamać jedno kółko, widzisz, chociażby jedno maleńkie kółeczko, a potem już cała robota źle idzie“.
Umilkł na chwilę, jak gdyby szukał przykładów i dowodów.
„Opowiem ci teraz, co mi się zdarzyło przed kilku laty. Spróbowałem wówczas po raz pierwszy, żyć zupełnie wiernie wedle przykazań Chrystusa, i wiesz, jak się to skończyło? Pracowałem w owym czasie we fabryce, a gdy towarzysze moi zmiarkowali jak ze mną stoi, złożyli przedewszystkiem na mnie wielką część swej roboty, potem zabrali mi moje miejsce, a nakoniec rzucili na mnie podejrzenie o jakieś oszukaństwo, które jeden z nich popełnił, i dostałem się do więzienia“.
„Nie zawsze ma się do czynienia z ludźmi tak złymi“, odparł Halfvor, zawsze jeszcze obojętnie.
„Wtedy powiedziałem sobie: „Nie byłoby tak trudno żyć po chrześciańsku, gdyby się żyło na świecie samotnie i nie było bliźnich“. Byłem wprost zadowolony, że siedziałem w więzieniu, bo tam mogłem wieść uczciwe życie, i nikt mi nie przeszkadzał, ani też nie musiałem przez to znosić krzywdy. Ale potem przyszło mi na myśl, że żyć uczciwie w samotności, to tak samo, jak młyn, który się obraca, nie mając ziarn między kamieniami. I myślałem dalej, że skoro Pan Bóg stworzył tyle ludzi, to musiało być jego zamiarem, ażeby byli sobie wzajemną pomocą i opieką, a nie niszczyli się nawzajem. I wtedy nareszcie zrozumiałem, iż szatan musiał coś usunąć z biblii, ażeby chrześciaństwo sprowadzić na fałszywe tory“.
„Szatan nie mógł mieć tej mocy“, rzekł Halfvor.
„A jednak usunął coś rzeczywiście, a mianowicie słowa: „Wy, którzy wieść chcecie chrześciańskie życie, szukajcie pomocy u waszych bliźnich“.
Halfvor nic nie odpowiedział, ale Karina potakiwała głową. Słuchała rozmowy bardzo uważnie i nie uszło jej ani słowo.
„Skoro uwolniono mnie z więzienia — ciągnął dalej Hellgum — udałem się do jednego z moich towarzyszy i prosiłem go, aby mi pomógł wieść życie uczciwe, a gdy było nas dwóch, rzecz poszła już lepiej. Później przystąpił do nas trzeci i czwarty i szło coraz lepiej. Teraz mieszka nas w Chicago razem trzydziestu. Dzielimy się wszystkiem i jeden czuwa nad drugim, a droga sprawiedliwości roztacza się równo i prosto przed nami. Możemy postępować w obec siebie prawdziwie po chrześciańsku, bo jeden brat nie nadużywa dobroci drugiego i nie wyzyskuje jegc pokory“.
Gdy Halfvor wciąż milczał, Hellgum mówił dalej przekonywująco: „Wiesz przecie Halfvorze, że kto chce dokonać czegoś wielkiego, ten łączy się z drugimi i szuka ich pomocy. I w tym dworze nie możesz sam jeden dać sobie rady, a gdybyś chciał fabrykę założyć, musiałbyś postarać się o dużo akcyonaryuszy, a pomyśl tylko, ilu to ludzi potrzebowałbyś, gdybyś chciał zbudować kolej żelazną.
Najtrudniejszą zaś rzecz, to jest chrześciańskie życie, chciałbyś dokonać na własną rękę, bez pomocy innych? Albo też wcale tego nie próbujesz, bo wiesz z góry, że nie uda ci się.
„Jedyni ludzie, którzy weszli na prawdziwą drogę, to ci, którzy tam w Chicago złączyli się ze mną. Ten związek jest to prawdziwa Nowa Jerozolima, która nam z nieba została zesłana. A dowód masz w tem, że dary Ducha Świętego, które zeszły na pierwszych chrześcian, i nam dostały się w udziele: Albowiem niektórzy między nami słyszą głos Boży; inni przepowiadają, inni znów mają dar leczenia chorych“.
„A ty potrafisz uleczyć chorych?“ przerwał mu Halfvor pospiesznie.
„Tak, odrzekł Hellgum, mogę uleczyć tych, którzy wierzą we mnie“.
„Trudno jest wierzyć w inną naukę, niżeli tę, której jako dzieci nauczyliśmy się“, odrzekł Halfvor zamyślony.
„A ja ci mówię Halfvorze z całą pewnością, że ty nam wkrótce będziesz pomocnym w budowaniu Nowej Jerozoljmy“, rzekł Hellgum.
Potem nastała cisza, a wkrótce Karina słyszała, że Hellgum żegnał się.
Po chwili Halfvor wszedł do Kariny. Gdy widział, że siedziała przy otwartem oknie, rzekł: „Słyszałaś pewnie wszystko, co Hellgum mówił? — „Tak, odrzekła żona jego. — Czy słyszałaś także, że mówił, iż potrafi uleczyć tego, kto weń wierzy?“
Karina zarumieniła się lekko; nauka Hellguma podobała jej się lepiej, niż wszystko co w ciągu lata słyszała. Był w tem co mówił praktyczny rozum, który przemawiał do niej. Była tam mowa o czynach i o pracy, nie zaś o czułostkowości, na której się nie rozumiała. Nie chciała jednak przyznać się do tego; nie chciała raz na zawsze nie mieć do czynienia z kaznodziejami. „Nie chcę mieć innej wiary, niż mój ojciec“, rzekła.
W kilka tygodni później Karina siedziała znów w sali. Jesień nadeszła już, wiatr szumiał dokoła domu, a na kuchni trzeszczał ogień. Nikt prócz niej nie był w pokoju, tylko jej mała córeczka, która miała prawie rok i właśnie zaczęła chodzić. Dziecko siedziało u stóp matki i bawiło się.
Gdy Karina tak siedziała, otwarły się drzwi, i wszedł wysoki i czarny człowiek. Włosy miał kręte, oczy przenikliwe i wielkie muszkularne ręce. Zanim wyrzekł słowo, Karina odgadła już, że był to Hellgum.
Powiedział dzień dobry i zapytał o Halfvora, a wieśniaczka odrzekła, że pojechał na zgromadzenie, ale wnet wróci.
Hellgum usiadł i zachowywał się milcząco, tylko od czasu do czasu rzucał spojrzenie na Karinę.
„Słyszałem, że jesteś chorą“, rozpoczął po chwili.
„Tak, odrzekła Karina, od sześciu miesięcy nie mogę zrobić ani kroku“.
„Postanowiłem sobie modlić się z tobą“, rzekł kaznodzieja.
Karina nie odpowiedziała nic, spuściła oczy i zamknęła się niejako w sobie.
„Słyszałaś może, że posiadam dar uleczania chorych?“
Karina podniosła oczy i spojrzała nań podejrzliwie. „Dziękuję wam, rzekła, żeście o mnie myśleli, ale z tego nic nie będzie, ponieważ nie chcę zmienić mojej wiary“.
„Może jednak, mimoto Pan Bóg pomoże ci? ponieważ zawsze starałaś się prowadzić życie uczciwe“, rzekł.
„Ach, z pewnością nie mam tyle łaski u Boga, ażeby mi dopomógł“.
Milczeli przez chwilę, poczem Hellgum zapytał:
„Czy nigdy nie zastanawiałaś się nad tem, dlaczego Bóg zesłał na ciebie to nieszczęście?“
Karina nie odpowiedziała nic na to pytanie, zdawało się, że znów zamknęła się w sobie.
„Głos wewnętrzny mówi mi, że Bóg uczynił to w tym celu, aby imię Jego bardziej jeszcze było wielbione“, rzekł Hellgum.
Gdy Karina to usłyszała, wpadła w złość. Kilka czerwonych plam wystąpiło jej na policzki, i uważała to za arogancyę ze strony Hellguma, sądzić, iż zesłał na nią chorobę, ażeby jemu dać sposobność dokonania cudu.
Kaznodzieja wstał i położył rękę na jej głowie. „Czy chcesz, abym się modlił za ciebie?“ zapytał. W tej chwili Karina uczuła, że jakiś prąd zdrowia i życia przeniknął jej ciało, ale gniewało ją natręctwo Hellguma, więc gwałtownie odrzuciła jego rękę i podniosła ramię, jak gdyby chciała go uderzyć, słów w pospiechu nie umiała wydobyć.
Hellgum cofnął się do drzwi. »Nie wolno odrzucać, co Bóg komuś zseła“. rzekł. — „Nie — odpowiedziała Karina — „co Bóg zseła, to przyjąć musimy“.
»Powiadam ci, że dziś na dom ten spadnie łaska Boża“, rzekł Hellgum. Karina nic nie odpowiedziała. „Pomyśl o mnie, gdy będziesz uratowaną“, rzekł Hellgum wychodząc.
Karina siedziała prosto w krześle. Czerwone plamy długo jeszcze paliły jej policzki. Była bardzo rozgniewana. „Czyż nie mogę mieć spokoju nawet w własnym domu!“ myślała. „Straszna to rzecz, ilu to ludziom zdaje się, że są od Boga powołani“.
W tem nagle spostrzegła, że mała jej dziecina powstała z ziemi i przyczołgała się do ogniska. Mała odkryła tam w tej chwili świecący się ogień, wykrzyknęła z radości i raczkowała możliwie szybko w tym kierunku.
Karina wołała na nią, ale dziecko nie słuchało; starało się z wielkim trudem wygramolić na ognisko; upadło kilka razy, ale na koniec dostało się przecie do kamienia, na którym rozniecony był ogień.
»O Boże, o Boże dopomóż mi!“ zawołała Karina. Zaczęła wołać głośno o pomoc, chociaż wiedziała, że nie było nikogo w pobliżu.
Dziecko pochyliło się śmiejąc się nad płomieniem; w tem paląca się głownia spadła z ogniska na żółtą sukienkę dziecka.
Lecz nagle Karina stanęła wyprostowana i biegnąc szybko do ogniska porwała dziecko.
Gdy już wszystkie iskry strzepnęła z sukienki obejrzała dziecko i przekonała się, że nie było poparzone, wtedy dopiero uprzytomniła sobie, co się właściwie stało. Wszakże stała o własnych siłach poszła własnemi nogami i nadal także umiała chodzić!
Karina czuła najsilniejsze wzruszenie, jakiego kiedykolwiek w życiu doznała, a zarazem wzruszenie to sprawiało jej największe szczęście.
Rozumiała, iż znajdowała się pod szczególną pieczą i starannością boską, i że Pan Bóg jej zesłał w dom świętego człowieka, aby ją uratował.


∗             ∗
W owym czasie Hellgum stał często w małej altance przed domem Ingmara Silnego i patrzył w dal na okolicę. Krajobraz stawał się z każdym dniem piękniejszy. Cała ziemia była żółta, a drzewa wszystkie czerwono lub żółto lśniące. Tu i ówdzie jaśniał cały las liściasty, jak falujące morze płynnego złota. Wszędzie na wzgórzach pokrytych sosnami widniały żółte miejsca, znamionujące drzewa liściaste, które przybłąkały się między szpilkowe.

Jak i uboga szara chatka blask roztacza, gdy promienieje w niej ogień rozniecony, tak i ten nędzny szwedzki krajobraz płomiennym był i wspaniałym, jak rzadko. Wszystko tu było żółte i tak dziwnie promienne, jak tylko wyobrazić sobie można krajobraz na powierzchni słońca.
Lecz gdy Hellgum to widział, myślał o tem, że wnet już nadejdzie czas, kiedy Bóg pozwoli, ażeby kraj ten świętością zajaśniał, kiedy zejdą wszystkie słowa, które on w ciągu lata ubiegłego rozsiewał i zrodzą pierworodny owoc sprawiedliwości.
I oto pewnego wieczora przyszedł Halfror i zaprosił go wraz z Anną-Lizą na dwór ingmarowski.
Gdy weszli na wielkie podwórze, wszystko, tu było uroczyście przystrojone. Zwiędłe liście wymieciono z pod brzóz, a narzędzia i wozy, które zwykle zastawiały podwórze, usunięto. „Przyjdzie zapewnie dużo gości“, myślała Anna-Liza. Równocześnie Halfvor otworzył drzwi.
Było tam wiele ludzi, którzy siedzieli poważnie na ławkach i wyglądali, jak gdyby na kogoś czekali. Hellgum zaś spostrzegł natychmiast, że były to najznakomitsze osobistości we wsi.
Spostrzegł najpierw Ljunga Björna z żoną Martą, córką Ingmarów, i Kolaasa Gunnara z żoną. Potem był tam Krister Larson i Izrael Tomason z żonami, które również pochodziły z rodziny Ingmarów. Był także Hök Matts Erykson z synem swym Gabryelem, Gunhilda, córka burmistrza i wielu innych. Razem było około dwadzieścia osób.
Gdy Hellgum i Anna-Liza przywitali się z wszystkimi, rzekł Tims Halfvor: „Zgromadzili się tu ci, którzy zastanowili się nad tem, co Hellgum nam mówił podczas lata. Najwięcej zgromadzonych tu należy do starego rodu, który zawsze pragnął kroczyć drogą przez Boga wskazaną, a jeżeli Hellgum chce nam w tem być pomocnym, chętnie pójdziemy za nim“.
Następnego dnia rozeszła się we wsi wieść, że na ingmarowskim dworze utworzyła się nowa sekta, która sądziła, iż ona jedynie zrozumiała prawdziwe chrześcijaństwo.




Nowa droga.



Było to następnej wiosny wkrótce, gdy śniegi stopniały. Ingmar wraz z Ingmarem Silnym zeszli właśnie do wsi, aby tartak w ruch wprowadzić. Przez całą zimę mieszkali w lesie na górze i pilnie pracowali nad wypalaniem węgli i ścinaniem drzew, a gdy Ingmar wrócił znów na równinę, czuł się, jak gdyby niedźwiedź, który dopiero co wylazł z jaskini. Z trudem tylko mógł się przyzwyczaić widzieć światło słoneczne na sklepieniu niebieskiem, i wciąż mrugał oczyma, nie mogąc znieść światła. Trudno mu było słuchać łoskotu wodospadu również i szmeru głosów ludzkich, a hałas, który na dworze brzęczał mu nad uchem, sprawiał mu wprost ból fizyczny. Zarazem jednak czuł się szczęśliwszym. Nie okazywało się to wprawdzie ani w jego chodzie, ani w całej jego istocie, o nie! ale czuł się tak młodym tej wiosny, jak młode, świeże pędy brzóz.
Nie umiał nawet powiedzieć, jak mu to smakowało, że mógł znowu sypiać w świeżo zasłanem łóżku i spożywać smacznie przyrządzone potrawy.
A potem już to, że był w domu, u Kariny, która obchodziła się z nim z większą czułością, niż matka. Sprawiła mu nową odzież i często przychodziła i przynosiła mu jakąś łakótkę, zupełnie tak, jak w owym czasie, kiedy był jeszcze małym chłopcem.
A jakie to dziwne rzeczy zaszły, podczas gdy on mieszkał tam w lesie! Ingmar oddalił się następnego dnia po owem wielkiem zebraniu w ingmarowskim dworze, i odtąd nie był jeszcze w domu, a o nauce Hellguma doszły go tylko niejasne wieści. Ale gdy teraz słyszał, jak Halfvor i Karina o tem mówili, że czują się tak szczęśliwi, gdy widział, jak oni i przyjaciele ich usiłowali nawzajem pomagać sobie, aby kroczyć boskiemi drogami, wydało mu się to bardzo budującem.
„Spodziewamy się na pewno, że przyłączysz się także do nas“, rzekła Karina. A Ingmar odrzekł, że ma w istocie ochotę uczynić to, lecz musi się jeszcze dobrze zastanowić. „Przez całą zimę cieszyłam się na to, że skoro powrócisz, będziesz miał udział w naszej szczęśliwości^ rzekła Karina, my bowiem nie żyjemy już na ziemi, lecz w Nowej Jerozolimie, która nam z nieba została zesłana“.
Ingmar był też ucieszony, gdy słyszał, że Hellgum bawi jeszcze w okolicy.
Przeszłego lata przychodził on często do tartaku i rozmawiał z Ingmarem, i obaj zaprzyjaźnili się bardzo. Ingmar podziwiał Hellguma i uważał go za najdoskonalszego z ludzi, których poznał. Nigdy jeszcze nie spotkał człowieka tak mężnego wymownego i pewnego siebie.
Czasami, gdy Ingmar miał wiele do czynienia, Hellgum zdejmował surdut i pomagał mu w tartaku; wtedy Ingmar był niemym z podziwu, bo nigdy nie widział jeszcze człowieka o takiej sile.
Teraz Hellgum wyjechał na kilka dni, ale miał wkrótce powrócić.
»Tak, skoro tylko rozmówisz się z Hel’gumem, przyłączysz się do nas“, rzekła Karina. Ingmar myślał tak samo, chociaż było mu trochę przykro, przystąpić do rzeczy, której ojciec jego nie byłby pochwalił.
„Ależ właśnie ojciec zawsze nas uczył, ażebyśmy kroczyli drogą przez Boga wskazaną“, rzekła Karina.
Tak, wszystko to było pięknie i dobrze, a Ingmar nigdy nie myślał, jaka to była wspaniała rzecz być znowu między ludźmi.
Jednej tylko rzeczy brakowało mu, że nikt nie mówił o Gertrudzie, córce nauczyciela. Przykro mu to było, bo nie widział Gertrudy przez cały rok. Przedtem nigdy nie czekał na to Przeszłego roku nie było dnia. ażeby ktoś nie wspomniał o Stormach.
Był to może przypadek, że wszyscy milczeli o tem: ale jest to bardzo nieprzyjemnie, jeżeli ktoś nie śmie pytać się o coś, a nikt nie skieruje rozmowy na to, o czem najchętniej chcianoby się dowiedzieć.
Jeżeli jednak Ingmar był zadowolonym i szczęśliwym, to z Ingmarem Silnym rzecz miała się inaczej. Stary był kwaśny i mrukliwy i trudno było dojść z nim do końca, — „Zdaje mi się, że tęsknisz znowu za lasem“, rzekł do niego Ingmar jednego wieczora, gdy siedzieli na swych kłodach i jedli podwieczorek. — „Dalipan, że tak«, rzekł stary. „Wolałbym, gdybym wcale nie był wyszedł z lasu“.
»Cóż ci się tak tu nie podoba w domu? zapytał Ingmar.
„Jak możesz pytać o to?“ odrzekł Ingmar Silny. „Zdaje mi się, że wiesz, tak dobrze, jak i ja, że z Hellgumem źle sprawa stoi“. — Ingmar jednak odrzekł, iż właśnie przeciwnie, Hellgum stał się podobno wielkim człowiekiem. — „Tak, stał się tak wielkim, że całą wieś wywrócił do góry nogami“.
Ingmarowi zdawało się to dziwnem, iż Ingmar Silny nie okazuje ani śladu przywiązania do swego własnego rodu, a troszczy się tylko wciąż o dwór ingmarowski i ingmarowskich synów, i uważał to sobie za obowiązek stanąć w obronie jego zięcia.
„Zdaje mi się, że on dobrą głosi naukę“ rzekł Ingmar. — „Tak sądzisz?“ rzekł stary, rzucając mu wzrok gniewny. „Czy myślisz, że Ingmar Wielki zgodziłby się na to? — Ingmar odrzekł, że ojciec jego z pewnością byłby się zgodził z tem, aby ludzie wiedli żywot uczciwy. — „Tak więc myślisz, że Ingmar Wielki byłby się przyłączył do tych, którzy nazywają dyabłami i antychrystami ludzi nienależących do nowej sekty, i zerwałby z dawnymi przyjaciółmi dlatego, iż ci pozostali przy dawnej swej wierze?“
— „Nie mogę w to wierzyć, ażeby ludzie tacy, jak Hellgum, Halfvor i Karina zachowywali się w ten sposób“. — „Możesz przecie spróbować sprzeciwić im się, a zobaczysz, jaką masz dla nich wartość.“
Ingmar odkrawywał wielkie kawały chleba z masłem i napychał je sobie do ust. Gniewało go to, że Ingmar Silny był w tak złym humorze.
„Tak, tak, rzekł stary po chwili, tak to rzeczy stoją. Ty, synu Wielkiego Ingmara siedzisz sobie tu i nie masz żadnego znaczenia. Ale moja Anna-Liza i mąż jej obcują z najznakomitszymi ludźmi. Największe figury we wsi kłaniają się im, i obsypują ich zaproszeniami“.
Ingmar jadł spokojnie i myślał, że na to nie ma potrzeby odpowiadać.
Ale Ingmar Silny rozpoczął na nowo: „Tak, nauka jest dobra, to pewne, i dlatego połowa wsi przyłączyła się do Hellguma. Nikt jeszcze nie miał tyle władzy we wsi, co Hellgum, nawet Ingmar Wielki. Umie on dziecko odłączyć od rodziców, głosząc, iż kto się doń przyłączy nie może żyć dłużej między grzesznikami. Na skinienie Hellguma brat porzuca brata, przyjaciel przyjaciela, a narzeczony narzeczoną.
Doprowadził do tego, że ubiegłej zimy były kłótnie i niesnaski w każdym domu. Tak, Ingmar Wielki byłby tem z pewnością ucieszony! I byłby poszedł na łeb na szyję, za Hellgumem. O tak, z pewnością!“
Ingmar spoglądał to w górę, to w dół wąwozu i byłby najchętniej zabrał się i uciekł. Czuł przecie, że Ingmar Silny przesadza ale psuło mu to humor.
„O tak, rzekł stary nie przeczę, że Hellgum dokonał wielkich rzeczy, udaje mu się przecie i łączyć ludzi, tak że ci, którzy przedtem nienawidzili się, są dziś przyjaciółmi. I bierze od bogatych a daje ubogim, i doprowadza do tego, że ludzie nawzajem czuwają nad sobą! Mówię tylko, że szkoda jest tych drugich, których tamci nazywają dziećmi szatana, nie dopuszczając ich do siebie, ale ty naturalnie innego jesteś zdania.
Ingmara gniewało to, że stary tak źle wyrażał się o Hellgumie.
„Jak spokojnie żyliśmy przedtem tu we wsi!“ rzekł Ingmar Silny. „Minione to czasy. Za Ingmara „Wielkiego tak się trzymali wszyscy razem, że mówiono, iż tu mieszkają najzgodliwsi ludzie z całego Dalarne. Ale teraz rozdzieleni są wszyscy na aniołów i dyabłów, na baranów i capów“.
„Gdyby już raz ten tartak w ruch puścić“ — pomyślał Ingmar „nie potrzebowałbym słuchać dłużej tej paplaniny.
„Nie długo to potrwa, że i między nami wszystko będzie skończone“, — ciągnął Ingmar Silny dalej. — „Skoro przyłączysz się do nich, nie będzie ci wolno obcować ze mną“.
Ingmar zaklnął i wstał.
„Pewnie, jeżeli w ten sposób będziesz wygadywał, to może i tak będzie“, rzekł. „Czy nie rozumiesz, że to się na nic nie przyda buntować mnie przeciw mojej rodzinie, ani przeciw Hellgumowi, bo to jest najdoskonalszy z ludzi, których znam“.
Tym doprowadził Ingmara Silnego do milczenia; po chwili przestał pracować i odszedł. Mówił, że idzie na dół do wsi, aby porozmawiać z przyjacielem swym, kapralem Fletem. Dawno już bowiem nie rozmawiał z rozumnym człowiekiem. — Ingmar był zadowolony, że poszedł. Jest to zapewne rzecz zwykła, że ktoś powracający po długiej niebytności, nie lubi słyszeć rzeczy nieprzyjemnych, lecz chciałby, aby wszystko dokoła niego było jasne i wesołe i pogodne — pomyślał Ingmar.
Następnego dnia był Ingmar już o 5-tej rano przy tartaku, ale Ingmar Silny przyszedł jeszcze wcześniej. „Dziś możesz mówić z Hellgumem“, rzekł stary. „Powrócił wczoraj wieczorem z Anną-Lizą. Zdaje mi się, że oboje porzucili ucztę, tylko na to, aby ciebie nawrócić“.
„Czy znów zaczynasz?“ zapytał Ingmar. Słowa starego przez całą noc brzmiały mu w uszach. Nie mógł powstrzymać się od rozmyślania, kto miał słuszność: ale o swych najbliższych krewnych nie chciał nic złego słyszeć.
Ingmar Silny milczał przez chwilę, a potem zaczął się śmiać. „Dlaczego się śmiejesz?“ zapytał Ingmar Właśnie otwierał tamę, aby tartak w ruch puścić.
— O, myślę tylko o Gertrudzie Storm“.
— „Cóż takiego?“ — „Wczoraj we wsi mówiono, że ona jedna tylko ma wpływ na Hellguma“.
— „Cóż Getruda ma do czynienia z Hellgumem?“
Ingmar nie otworzył tamy, bo gdyby tartak był w ruchu, nie usłyszałby ani słowa. Stary spojrzał uważnie na niego. — „Nie chcesz przecie, abym mówił o tych rzeczach“, rzekł — Ingmar uśmiechnął się. „Ty zawsze potrafisz urządzić się tak, aby było, jak ty chcesz“, rzekł.
„Ta zwarjowana Gunhilda, córka burmistrza Larsa Klemensona, winna jest wszystkiemu.“ — „Gunhilda nie jest zwarjowana“, przerwał mu Ingmar. — »Możesz ją nazwać jak ci się podoba, w każdym razie była ona przypadkowo obecną na dworze ingmarowskim kiedy utworzono tę sektę. Skoro wróciła do domu, oświadczyła rodzicom swym, że przyjęła jedyną prawdziwą wiarę i musi teraz opuścić dom rodzicielski i zamieszkać na dworze ingmarowskim. Rodzice pytali naturalnie, dlaczego musi się wyprowadzić, a ona odparła: ażeby mogła wieść żywot uczciwy. Odpowiedzieli jej, że może to uczynić i w domu.
— Nie, to niemożliwe, jeżeli nie przebywamy wśród tych, którzy wyznawają tę samą wiarę. — Jakto, więc wszyscy sprowadzą się na dwór ingmarowski? zapytał burmistrz. — Nie, tylko ona jedna, bo inni żyją w domu wśród prawdziwych chrześcian.
„Burmistrz jest uczciwym człowiekiem, próbował wraz z żoną po dobremu wpłynąć na Gunhildę, ale nic nie pomogło; w końcu rozgniewał się, zamknął Gunhildę w swoim pokoju i powiedział, że będzie tam siedziała tak długo, aż jej to waryactwo przejdzie“.
„Miałeś przecie mówić o Gertrudzie“ przerwał mu Ingmar. — „Cierpliwości tylko, wnet dojdę do Gertrudy. Zresztą mogę ci już teraz powiedzieć, że następnego dnia, gdy Gertruda i matka Stina przędły w kuchni, przyszła do nich burmistrzowa. Przelękły się, gdy ją ujrzały. „Co się stało, że wyglądasz tak zasmucona? — zapytała matka Stina. — A kobieta odrzekła: „Nie można inaczej wyglądać jeżeli się straciło to, co się miało najmilszego“.
„O, miałbym ochotę zbić ich porządnie“, rzekł stary — «Kogo?“ zapytał Ingmar. — „Hellguma i Annę Lizę“, odrzekł Ingmar Silny, gdyż w nocy byli oni u burmistrza i wykradli Gunhildę.“ Ingmar krzyknął z przerażenia. „Tak, zaczynam w to wierzyć, że Anna Liza wyszła za mąż za zbója“, rzekł stary.
„Przyszli wśród nocy, zapukali do okna izdebki i zapytali Gunhildę, dlaczego nie przyszła na dwór ingmarowski. Odpowiedziała, że rodzice zamknęli ją na klucz. Wtedy rzekł Hellgum: „To szatan skłonił rodziców twych do tego“. A rodzice słyszeli całą rozmowę“.
„Czy słyszeli doprawdy?“ — „Tak, spali w sąsiedniej izbie, gdzie drzwi były tylko przymknięte i słyszeli wszystko co Hellgum mówił dla zwabienia ich córki.“ — „Mogli go przecie wyrzucić.“ — Nie, uważali, że lepiej będzie, jeżeli Gunhilda sama rozstrzygnie; nie wierzyli przecie, że Gunhilda zechce ich naprawdę porzucić, byli dla niej zawsze tak dobrymi, i czekali na to, że oświadczy, iż nie może porzucić starych rodziców“. — „I poszła przecie? — Tak. Hellgum nie ustąpił się, aż z nimi poszła. A gdy rodzice widzieli, że córka ich nie może mu się oprzeć, dali jej odejść. Bywają i tacy ludzie na świecie“.
„Ale następnego dnia matka żałowała, że ją puścili i prosiła męża, aby pojechał do dworu ingmarowskiego i odebrał córkę. — Nie, odrzekł on, nie pojadę po nią; nie chcę jej już widzieć, nawet gdyby z własnej woli wróciła.“
„Wtedy matka poszła do domu nauczyciela i prosiła Gertrudę, aby udała się do dworu ingmarowskiego i mówiła z Gunhildą. — „Czy Gertruda to uczyniła?“ — „Tak, poszła i mówiła z Gunhildą, ale Gunhilda nie chciała jej usłuchać.“ — „Nie widziałem jednak na naszym dworze wcale Gunhildy“, rzekł Ingmar zamyślony. — „Nie, bo teraz jest już w domu u swych rodziców.
„Stało się tak, że gdy Gertruda wracała od Gunhildy, spotkała Helguma. „Oto ten, pomyślała, który winien jest całemu nieszczęściu. Przystąpiła wprost do niego i nagadała mu porządnie. Była tak rozzłoszczona, że nie byłaby się wahała uderzyć go.“ —
— „Tak, Gertruda to dzielna dziewczyna“ — rzekł Ingmar z podziwem.
„Powiedziała Hellgumowi, że widziała raz obraz, w którym jakiś rycerz pogański wlókł za sobą dziewicę, którą gwałtem uprowadził i zdaje jej się, iż on postępuje tak samo/ — „I cóż Hellgum na to?“ — „Słuchał przez chwilę, a potem rzekł, iż ma słuszność, w istocie postąpił zbyt gwałtownie. I popołudniu sam odprowadził Gunhildę do rodziców i naprawił wszystko.
Gdy Ingmar Silny skończył opowiadanie, Ingmar spojrzał nań z uśmiechem. „Tak, Gertruda to dzielna dziewczyna, rzekł, ale i Hellgum dzielny człowiek, chociaż trochę zanadto gwałtowny.“ — „Tak ty to rozumiesz?« rzekł Ingmar Silny. „Myślałem, że ci się to dziwnem wyda, dlaczego Hellgum był taki potulny w obec Gertrudy.“ Ale Ingmar milczał.
Ingmar Silny milczał także przez chwilę, ale potem rozpoczął na nowo. „We wsi wiele ludzi pyta się o ciebie. Chcą wiedzieć po której stronie chcesz stanąć.“ — „To przecie wszystko jedno, gdzie należę.“ — „Tak by się zdawało“, rzekł stary.
„Ale ja ci powiem“, ciągnął dalej. „W tej wsi ludzie przywykli do tego, że jakiś wybitny człowiek nimi kieruje. Ingmar Wielki nie żyje, nauczyciel stracił swą władzę, a ksiądz nie miał nigdy siły rządzić we wsi. Dlatego słuchają Hellguma, jak długo ty zostajesz na uboczu“’ — Ingmar opuścił ręce i wyglądał całkiem nieszczęśliwie. „Ale ja sam nie wiem jeszcze po czyjej stronie słuszność“. — „Ludzie spodziewają się, że ty ich uwolnisz od Hellguma“.
„Wierzaj mi, my obaj oszczędziliśmy sobie wiele przykrości przez to, że w zimie nie byliśmy tu obecni. Z początku musiało być najgorzej, zanim ludzie przywykli do tego systemu nawracania i do tego, aby ich nazywano dyabłami i piekielnymi psami. A najgorzej było, gdy nawet dzieci nawrócone zaczęły głosić kazania“. — „Jakto, więc i dzieci głosiły kazania?“ zapytał Ingmar niedowierzająco „Tak, Hellgum tłumaczył im, że zamiast się bawić, powinny służyć Bogu, zaczęły więc nawracać dorosłych, Zaczaiły się gdzieś w ukryciu, a potem nagle napadały na przechodniów i wołały do nich: „Czy nie spróbujesz oprzeć się szatanowi? Czy chcesz dalej żyć w grzechu?“
Ingmar w duszy opierał się przeciw temu, co słyszał. Nie mógł wierzyć, że wszystko to, co stary opowiadał, było prawdą. — „Ach, z pewnością powtarzasz to, co ci Flet nagadał“, rzekł. — „Właśnie miałem ci to powiedzieć“, rzekł stary, „że z Fletem już także koniec. Ach, gdy pomyślę tylko, że wszystko to wyszło z Ingmarowskiego dworu, ledwie mam odwagę, spojrzeć ludziom w oczy!“
„Czy Fletowi stało się coś złego?“ zapytał Ingmar. — „To te dzieci winny temu. Pewnego wieczora, gdy nie miały nic lepszego do czynienia, przyszło im na myśl nawrócić Fleta. Słyszeli naturalnie, że Flet jest wielkim grzesznikiem. —
„Ależ przedtem wszystkie dzieci baty się Fleta jak czarownicy“, rzekł Ingmar. „Tak, w istocie bały się go, ale właśnie chciały dokazać bohaterskiego czynu.
„Pewnego wieczora więc, wpadły do Fleta, gdy on właśnie był w chacie i gotował kaszę. Gdy otworzyły drzwi i ujrzały Fleta z nastrzępionymi wąsami i porębanym nosem i widziały, jak on swym jedynem okiem patrzy w ogień, strach zdjął je wielki i kilka z najmniejszych uciekło. Ale dziesięciu, czy dwunastu jeszcze odważyło się wejść i uklękły wszystkie dokoła staruszka i zaczęły śpiewać i modlić się“.
„A on nie wyrzucił ich?“ zapytał Ingmar. — „Oby to był uczynił!“ rzekł Ingmar Silny. „Nie pojmuję, co mu się stało. Może biedak myślał właśnie o tem, że na starość jest tak samotny i opuszczony, a może też oszczędzał je, bo to były dzieci. Pewnie gryzło go to, że zawsze miały przed nim taką trwogę. A gdy widział tyle oczu podniesionych ku sobie i pełnych łez. był rozbrojony.
„Dzieci oczekiwały naturalnie, że rzuci się na nie i zacznie je bić. Śpiewały i modliły się wprawdzie, ale były gotowe natychmiast uciekać, skoroby się ruszył.“
„Wtem nagle spostrzegło kilku z nich, że w twarzy Fleta coś dziwnego zamigotało. Teraz zaczyna się, pomyślały i wstały, chcąc uciekać. Ale stary mrugnął tylko i łza potoczyła mu się z oczu. Wtedy dzieci zawołały Halleluja i jak rzekłem, było już po nim. Teraz biega tylko na modlitwy, pości i modli się i słucha głosu Bożego“.
„Nie widzę, żeby to było takiem nieszczęściem“, rzekł Ingmar. „Flet byłby się inaczej zapił na śmierć. — A ty zresztą masz tyle przyjaciół, że nie szkodziłoby ci nic, gdybyś jednego z nich stracił.“ — „Może podobałoby ci się to, gdyby tak dzieci nawróciły nauczyciela“. — „Nigdy w to nie uwierzę, że te biedne dzieci odważyły się przyjść do Storma“. Ingmar nie mógł wyjść ze zdziwienia. Musiało przecie coś w tem być, jeżeli Ingmar Silny twierdził, że wieś wywrócono do góry nogami.
„A jednak, odważyły się na to; pewnego wieczora, gdy Storm siedział w izbie szkolnej i pisał swe książki, przyszło ich ze dwudziestu i zaczęły głosić kazania“. — „I cóż zrobił Storm zapytał Ingmar; nie mógł powstrzymać się od głośnego śmiechu. — „Zrazu był tak zdziwiony, że nie mógł nic mówić ani zrobić. Ale równocześnie wszedł właśnie Hellgum do kuchni, aby rozmawiać z Gertrudą“. — „Czy Hellgum przychodzi do Gertrudy?“ — „Tak, Hellgum i Gertruda są przyjaciółmi, odkąd on jej ustąpił w sprawie Gunhildy.
Gdy Gertruda usłyszała hałas w izbie szkolnej, rzekła do Hellguma: „W sam czas pan przyszedł, zobaczy pan coś nowego. W przyszłości zdaje się, że nauczyciel będzie się uczyć musiał u dzieci“. Hellgum śmiał się; zrozumiał, że tego już za wiele; szybko wypędził dzieci ze szkoły i tak się ta rzecz skończyła“.
Ingmar czuł, że mówiąc to, Ingmar Silny wpatrywał się weń szczególnym wzrokiem. Podobnie jak myśliwiec, gdy stoi przed postrzelonym niedźwiedziem i zastanawia się nad tem, czy potrzeba jeszcze raz strzelić do niego.
„Czego ty się właściwie po mnie spodziewasz?“ zapytał Irgmar. — „Czegóż bym mógł po tobie się spodziewać, jesteś przecie chłopakiem, który nic nie posiada, mógłbyś tylko dwoje próżnych rąk ofiarować.“ — „Zdaje mi się doprawdy, że chciałbyś, abym zamordował Hellguma.“ — „Tam we wsi mówią, że byłoby dobrze dla wszystkich, gdybyś potrafił skłonić Hellguma do opuszczenia tej okolicy.“ — „Ależ to zawsze tak bywa, że powitają sprzeczki i rozłamy, skoro ktoś głosi nową naukę,“ rzekł Ingmar. — „Tak, ale dla ciebie byłaby to dobra sposobność pokazać ludziom coś wart,“ rzekł Ingmar Silny uparcie.
Ingmar odwrócił się plecami od starego i wprawił tartak w ruch. Przedewszystkiem pragnął dowiedzieć się, co się dzieje z Gertrudą, czy przyłączła się już do Hellgumczyków, ale był zanadto dumnym, aby zdradzić swój niepokój.
O godzinie ósmej poszedł Ingmar na dwór ingmarowski na śniadanie. Jak zwykle przygotowano dlań dobre śniadanie, a Halfvor i Karina byli dlań bardzo uprzejmi. Gdy Ingmar widział tych dwoje ludzi, zdawało mu się, że wszystko to, co Ingmar Silny opowiadał, musiało być nieprawdą. Zrobiło mu się lżej na sercu i był mocno przekonany, że stary przesadzał.
Ale wnet opanował go niepokój z powodu Gertrudy na nowo z taką mocą, że nie mógł jeść. „Czy nie byłaś w ostatnim czasie u Stormów, Karino?“ zapytał nagle. — „Nie, odrzekła Karina szybko, nie obcuję z ludźmi tak bezbożnymi.“
Ingmar milczał długo, bo była to odpowiedź, która dała mu do myślenia. Czy lepiej było milczeć, czy mówić? Jeżeli będzie mówił, pokłóci się z rodziną swą; z drugiej zaś strony nie chciał, ażeby sądzili, że zgadza się z tem, co wydawało mu się niesłusznem. — „Nigdy jeszcze u Stormów nie zauważyłem bezbożności,“ rzekł tak z cicha, że ledwie można było zrozumieć, „a przecież mieszkałem u nich przez cztery lata.“
Teraz Karina rozmyślała o tem samem, o czem Ingmar mówił przedtem; nie wiedziała, czy ma mówić, czy milczeć. Jednak musiała prawdę powiedzieć, chociażby to miało zaboleć Ingmara, powiedziała więc, że ludzie, którzy nie słuchają głosu Bożego, muszą być bezbożni.
Lecz teraz Ingmar przerwał jej słowami: „Bardzo to ważna rzecz, jakie wychowanie dzieci otrzymują, a Storm wychował całą wieś i ciebie także Halfworze.“ — „Ale nie nauczył nas wieść żywotu uczciwego,“ rzekła Karina. — Zdaje mi się, żeś ty zawsze starała się żyć uczciwie Karino.“ — „Wytłumaczę ci Ingmarze jakie to było życie wedle starej nauki. Było to tak, jak kroczenie po okrągłej kłodzie, przyczem się co chwila to staje, to upada. Ale jeżeli moi bracia w Chrystusie trzymają mnie za ręce i wspierają mnie, wtedy mogę kroczyć po wązkiej kładce sprawiedliwości, bez obawy, iż spadnę.“ — „Dobrze, rzekł Ingmar, ale to też nie będzie żadną sztuką,“ — „Jest to zawsze dość trudna rzecz, ale nie jest już niemożliwa.“
»Ale jak urządziliście się teraz z nauczycielem?“ — „Kto do nas należy, odebrał dzieci swe ze szkoły. Nie chcemy, ażeby dzieci nasze uczyły się starej wiary.“ — „A cóż nauczyciel mówi na to?“ — „Mówi, że prawo wymaga, ażeby dzieci uczęszczały do szkoły“. — »Ja to samo myślę.« — „Posłał więc woźnego do Izraela Tomasona i Kristera Larsona i kazał dzieci przyprowadzić.“ — „A wy zerwaliście z Stormami?“ — „Tak, my trzymamy się ściśle między sobą.“ — „Więc zerwaliście chyba z całą wsią“. — „Trzymamy się z daleka od tych, którzy chcą nas kusić do grzechu.“
Im dłużej trwała ta rozmowa, tem ciszej mówili. Wszyscy troje bardzo ostrożnie ważyli każde słowo, ponieważ mieli to uczucie, że rozmowa ich przybiera przykry zwrot.
„Ale co do Gertrudy, mogę oddać ci jej pozdrowienie“, rzekła Karina, usiłując uderzyć w weselszy ton. „Hellgum w zimie często z nią rozmawiał i powiada, że ona dziś jeszcze wieczorem przyłączy się do nas“.
Ingmarowi wagi drżały. Zdawało mu się, że cały dzień oczekiwał, iż go ktoś postrzeli, i oto padł istotnie strzał. — „Tak, więc ona się do was przyłączy“, rzekł prawie niedosłyszalnym głosem. „Jakie to dziwne rzeczy działy się tu na dole, podczas gdy ja tam w górach w ciemności siedziałem“.
Ingmar miał wrażenie, jakoby Hellgum przez cały czas robił był zabiegi około Gertrudy, i na stawiał na nią sieci, aby ją uchwycić.
„A cóż się ze mną stanie? zapytał Ingmar nagle tonem dziwnie bezradnym.
— „Ty przyłączysz się do naszej wiary“, rzekł Halfvor pospiesznie. „Hellgum już wrócił i skoro się tylko z nim rozmówisz, będziesz wnet nawrócony“. — „Może się jednak zdarzyć, że się nie nawrócę“, rzekł Ingmar. Wtedy Karina i Halfvor umilkli, i w pokoju nastała grobowa cisza.
„Mogłoby się zdarzyć, że nie chciałbym mieć innej wiary, niżeli mój ojciec, ciągnął Ingmar dalej. „Nie mów nic, zanim rozmówisz się z Hellgumem“, rzekła Karina. — „Ale jeżeli nie przystąpię do was, wtedy nie zechcecie mnie już mieć w swoim domu?“ rzekł Ingmar, wstając z krzesła.
Gdy nie dali mu na to odpowiedzi, zdawało się Ingmarowi, że wszystko się wali dokoła niego. Lecz wnet wyprostował się znów i wyglądał odważnie. „Najlepiej będzie, jeżeli natychmiast rzecz się wyświetli“ pomyślał.
„Chciałbym wiedzieć, co będzie z tartakiem?, rzekł Ingmar, Halfvor i Karina spojrzeli na siebie, oboje bali się mówić o tem. — „Nie zapominaj o tem Ingmarze, że nie mamy nikogo na świecie, prócz ciebie“, rzekł Halfvor. — „Tak, ale co się stanie z tartakiem?“ pytał Ingmar uparcie.— »Przedewszystkiem musisz wykończyć wszystkie deski«, rzekł Halfvor.
Gdy Ingmar słyszał te wymijające odpowiedzi, zrozumiał nagle całą rzecz. — »Czy chcecie może Hellgumowi wydzierżawić tartak?“ Halfvor i Karina byli zmieszani gwałtownością Ingmara; od chwili, gdy dowiedział się o Gertrudzie, stał się całkiem nieprzystępnym. — „Czekaj tylko, aż się rozmówisz z Hellgumem“, rzekła Karina łagodząc. — „Będzie miał dość sposobności mówienia ze mną, ale chciałbym wiedzieć, jak się mam urządzić“. — „Wiesz przecie, że mamy w obec ciebie najlepsze zamiary“. — „Ale tartak chcecie wydzierżawić Hellgumowi?“ zapytał Ingmar. — „Chcielibyśmy postarać się o odpowiednie zajęcie dla Hellguma, ażeby mógł zostać w Szwecyi, i sądziliśmy, że ty mógłbyś się z nim połączyć, w razie gdybyś przyjął prawdziwą wiarę, Hellgum jest dobrym robotnikiem“.
„Nie wiem, odkąd boisz się mówić szczerze, Halfvorze“, rzekł Ingmar. „Chciałbym teraz tylko wiedzieć, czy Hellgum dostanie tartak, czy nie? — „Tak dostanie go, jeżeli ty opierać się będziesz Bogu“, rzekł Halfvor. — „Dziękuję ci Halfvorze, teraz wiem przynajmniej, jaka korzyść byłaby dla mnie, gdybym do waszej wiary przystąpił“. — „Wiesz dobrze, żeśmy tego tak nie rozumieli“, rzekła Karina. — „O, wiem dobrze, jak to mam rozumieć“, rzekł Ingmar, „wiem, że Gertruda i tartak, i stara moja domowizna będą stracone dla mnie, jeżeli do was nie przystąpię“.
Po tych słowach Ingmar opuścił szybko pokój. Nie odważył się dłużej pozostać.
Gdy wyszedł na dwór, pomyślał znowu: „Najlepiej będzie, jeżeli się rzecz natychmiast rozstrzygnie. Muszę wiedzieć, czego się mam trzymać“.
Wielkiemi krokami skierował się ku szkole.
Gdy Ingmar otworzył furtkę ogrodową w zabudowaniu szkolnem, padał drobny deszcz, prawdziwy wiosenny, łagodny deszczyk. „W pięknym ogrodzie zaczęło już kiełkować i pęcze puszczać. Łąka pokrywała się tak szybko zielonością, że zdawało się, jak gdyby trawa rosła widocznie. Gertruda stała na tarasie i patrzyła na deszcz wiosenny, a dwa wielkie drzewa, na których już pełno było kiełkujących listków, roztaczały swe gałęzie po nad nią.
Ingmar przystanął zdziwiony; wszystko tu było tak piękne i zaciszne iż wzburzenie jego cokolwiek się ułożyło. Gertruda go nie widziała; zamknął zcicha furtkę i podszedł ku niej.
Ale nagle zatrzymał się znowu i spojrzał na Gertrudę zdziwiony. Gdy się z nią rozłączył była prawie jeszcze dzieckiem, ale w ciągu tego roku, kiedy jej nie widział, wyrosła na dumną, smukłą dziewicę. Była teraz słusznego wzrostu i zupełnie dorosła. Głowa spoczywała z wdziękiem na smukłej szyi, cerę miała białą i jak puch świeżą, i delikatny rumieniec na twarzy. Oczy jej nabrały głębi i tęsknoty, i cały wyraz, który przedtem był figlarny i wesoły, zmienił się w powagę i łagodne rozmarzenie.
Gdy Ingmar ujrzał Gertrudę taką, serce jego przepełniło się rozkoszą; zapanowała nad nim uroczysta cisza i zdawało mu się, iż wielkie dzwony zadzwoniły na spoczynek niedzielny. Było to tak wspaniałe, że miał ochotę uklęknąć i dziękować Bogu.
Ale, gdy Gertruda ujrzała Ingmara, rysy jej nagle zdrętwiały, brwi ściągnęły się i ukazał się cienki fałdzik między niemi.
Myśli Ingmara miały w tym dniu więcej chyżości, niż zazwyczaj. Poznał natychmiast, że Gertruda nie cieszyła się jego powrotem, i uczuł nagle ukłucie ostrego bólu. „Chcą ci ją zabrać“, pomyślał, „już ci ją zabrali“.
I znikł spokój niedzielny, a wzburzenie i trwoga wróciły.
Bez wstępnych słów zapytał Ingmar Gertrudę, czy to prawda, że zamierza przyłączyć się do Hellguma i jego zwolenników. A Gertruda odrzekła, że tak się ma rzecz w istocie, Ingmar zapytał, czy pomyślała o tem, że Hellgumczycy nie pozwolą jej obcować z ludźmi, którzy nie są tych samych, co oni przekonań. A Gertruda odparła cicho, że i o tem myślała.
„Czy masz pozwolenie ojca i matki? zapytał Ingmar. — „Nie“, odrzekła Gertruda, nie wiedzą jeszcze nic o tem“. — Ależ Gertrudo.....“ — „Cicho, Ingmarze, muszę to uczynić dla swego spokoju. Bóg sam zmusza mnie do tego“. — »Ach — zawołał Ingmar, to nie Bóg, to...“ A gdy Gertruda zwróciła się gwałtownie do Ingmara, rzekł on: „Otóż powiadam ci, że ja nigdy nie przyłączę się do Hellgumczyków. Jeżeli więc przystąpisz do nich, będziemy na, wieki rozłączeni«.
Gertruda miała taką minę, jak gdyby ją to wcale nie obchodziło.
„Nie czyń tego, Gertrudo!“ prosił Ingmar.
— „Nie myśl, że postępuję lekkomyślnie, namyśliłam się nad tem gruntownie“. — Musisz to jeszcze raz rozmyślić. — Gertruda odwróciła się niecierpliwie. — „Musisz to rozmyślić także względu na Hellguma“, rzekł Ingmar z wzrastającym gniewem i ujął Gertrudę za ramię, aby ją zatrzymać. — Ale Gertruda odtrąciła jego rękę. — „Czyś ty zmysły postradał, Ingmarze?“ — »Tak, odrzekł Ingmar, Hellgum i całe jego postępowanie doprowadza mnie do szaleństwa, to musi się skończyć“. — „Co musi się skończyć?“. — „Powiem ci to innym razem“.
Gertruda ściągnęła ramionami. »Bądź zdrowa Gertrudo“, rzekł Ingmar, „i to ci zapowiadam, że nigdy, przenigdy nie przystąpisz do Hellgumczyków, pamiętaj o tem«. — Co zamierzasz uczynić?“ zapytało dziewczę z pewnym niepokojem. — „Bądź zdrowa Gertrudo i pamiętaj o tem, co ci powiedziałem!“ Za chwilę był już na dole, na żwirowej ścieżce.
Ingmar zwrócił się teraz ku domowi. „O gdybym był tak mądrym, jak mój ojciec“, myślał po drodze. „Gdybym posiadał tyle władzy, co mój ojciec. Cóż mam począć? Tracę wszystko, co kocham i nigdzie nie widzę wyjścia“.
Ale to jedno było dlań pewne i postanowione że jeżeli wszystkie to nieszczęścia istotnie nastąpią. to Hellgum nie ujdzie cało.
Ingmar udał się do chaty Ingmara Silnego ażeby spotkać się z Hellgumem. Gdy zbliżył się do drzwi, usłyszał kilka głosów, głośno i gorliwie rozmawiających. Zdawało się, że byli tam obcy ludzie i Ingmar chciał natychmiast odejść. Ale właśnie, gdy się zwrócił do odejścia, słyszał, że jakiś człowiek bardzo głośno powiedział: „Jest nas trzech braci, przyszliśmy z daleka, aby ciebie Janie Hellgumie pociągnąć do odpowiedzialności, za naszego najmłodszego brata, który przed dwoma laty wyjechał do Ameryki. Tam przystąpił do twojej gminy, a w ostatnich dniach otrzymaliśmy list z wiadomością, że brat nasz oszalał, ponieważ zanadto rozmyślał o twojej nauce“.
Ingmar szybko oddalił się. Byli więc jeszcze inni ludzie, którzy podnosili skargi na Hellguma i byli tak samo, jak on bezradni.
Ingmar poszedł teraz do tartaku. Ingmar Silny był już przy robocie. Podczas gdy tartak świstał i wodospad huczał, Ingmarowi zdawało się, że słyszy okrzyk w chacie. Nie zważał jednak na to. W tej chwili nie umiał myśleć o niczem innem, jeno o głębokiej nienawiści, którą czuł do Hellguma. Wciąż sobie powtarzał, co mu Hellgum zabrał: Gertrudę i Karinę, tartak i dom ojczysty.
Jeszcze raz zdawało mu się, że słyszy krzyk a równocześnie przyszło mu na myśl, że obcy ludzie może wszczęli sprzeczkę z Hellgumem. Nie byłaby wielka szkoda, gdy się nawzajem pozabijali, pomyślał Ingmar.
W tem rozległo się głośne wołanie o pomoc, teraz Ingmar rychło pospieszył na górę.
Im bardziej się zbliżał, tem wyraźniej słyszał wołanie Hellguma o pomoc, a gdy już doszedł do chaty, zdawało mu się, że ziemia drży od tupotu walczących.
Ingmar otwierał zwykle drzwi z cicha, a teraz otworzył je z podwójną ostrożnością. Całkiem z cicha wszedł do pokoju. Hellgum stał oparty o ścianę i bronił się krótką siekierą. Trzej obcy ludzie, sami silni mężczyźni, nacierali na niego polanami, których używali jako pałek. Nie mieli strzelb przy sobie, z czego Ingmar wnioskował, że przyszli tylko z zamiarem udzielenia Hellgumowi porządnej porcyi cięgów, ale gdy zaczął się bronić, obudziła się w nich żądza krwi, tak iż teraz życie Hellguma narażone było na szwank.
Na Ingmara nie spojrzeli nawet, wszakże to tylko długi, niezgrabny chłopak wszedł do izby.
Przez chwilę Ingmar stał i przypatrywał się. Czyż nie był to jakby sen, iż właśnie to, czego najgoręcej pragnął, powstało nagle przed jego oczyma, niewiadomo skąd.
Od czasu do czasu Hellgum wołał o pomoc. „Nie myśl, że będę tak głupim pospieszyć ci na pomoc“ — pomyślał Ingmar.
Ale teraz jeden z ludzi uderzył Hellgum a z taką mocą w głowę, że ten wypuścił z ręki siekierę i upadł na ziemię. Drudzy natychmiast odrzucili polana i rzucili się wszyscy na, Hellguma. Wtedy myśl jakaś błyskawiczna przemknęła przez głowę Ingmarowi. Istniało w rodzinie Ingmarów stare podanie, wedle którego każdy z członków rodziny musiał raz w życiu swem popełnić jakiś czyn nieszlachetny lub zły. Czy może to teraz przyszła kolej na niego?
I nagle jeden z braci czuł się pochwyconym z tyłu silnemi ramiony, które podniosły go i wyrzuciły z pokoju. Drugi miał zaledwie czas pomyśleć, że musi się wyprostować, gdy już stało się z nim to samo, co z pierwszym, a trzeci, któremu udało się stanąć na nogach, otrzymał tak silne pchnięcie, że tyłem poleciał za innymi.
Gdy wszyscy trzej byli wyrzuceni, stanął Ingmar przed drzwiami i zawołał śmiejąc się: „Może macie ochotę rozpocząć na nowo?“
Nie byłby miał nic przeciw temu, gdyby go byli zaczepili; czuł potrzebę zużytkowania swych sił.
I trzej bracia mieli rzeczywiście ochotę rozpocząć na nowo, ale nagle jeden z nich zawołał, że muszą uciekać, gdyż widzi, że ktoś zbliża się ścieżką w pośród gęstwiny.
Lecz byli wściekli, że niepokonali Hellguma i właśnie, gdy się odwrócili, aby aby umknąć, jeden z nich podskoczył ku Ingmarowi i jak sęp wbił mu nóż w plecy.
— „Masz za to, że się mieszasz w nieswoje sprawy!“ zawołał. Ingmar upadł na ziemię, a chłop umknął, śmiejąc się szyderczo.
W kilka minut później Karina weszła do chaty. Zastała Ingmara z raną w plecach siedzącego na progu, a w pokoju widziała Hellguma. Wstał, ale opierał się o ścianę. Miał jeszcze w ręku siekierę, a twarz jego oblana była krwią.
Karina nie widziała ludzi uciekających i myślała, że to Ingmar napadł na Hellguma i pokaleczył go.
Przestraszyła się tak, że kolana pod nią uginały się „Nie, to niemożliwe,“ myślała, „w naszej rodzinie nie może być mordercy.“ Wtem przypomniała sobie nagle historyę swej matki i szepnęła: „Tak, tak, to ma w tem swoje źródło.“
Minąwszy Ingmara pobiegła teraz do Hellguma. „Nie nie, pierwej Ingmar!“ zawołał tenże. — „Nie można przecie troszczyć się o mordercę, zanim się nie zaopatrzyło ofiarę,“ rzekła Karina. — „Pierwej Ingmar! Pierwej Ingmar!“ ryczał Hellgum. Był tak wzburzony, że wywijał siekierą przed Kariną „On to właśnie pobił morderców i uratował mi życie“!
Gdy Karina nareszcie zrozumiała, jak się rzecz miała i odwróciła się do Ingmara, ten wstał już i wyszedł Karina widziała, iż chwiejnym krokiem szedł przez podwórze.
Pospieszyła za nim. „Ingmarze! Ingmarze“! wołała.
Ale Ingmar szedł dalej, nie odwracając głowy.
Bez trudu Karina dopędziła go i położyła mu rękę na ramieniu.
„Zostań Ingmarze, rzekła, abym ci ranę opatrzyła.“
Ale Ingmar wyrwał się i poszedł dalej. Jak ślepy chwiał się nie zważając na drogę którą szedł. Krew z rany utorowała sobie drogę przez suknie i spływała do jednego trzewika, który wnet napełniony był krwią. Za każdym krokiem, który Ingmar zrobił, krew wypływała z trzewika i pozostawiała ślad na drodze.
Załamując ręce Karina biegła za Ingmarem. „Zostań Ingmarze, Zostań! Dokąd idziesz? Zostań Ingmarze!“
Ingmar podążał prosto do lasu, gdzie nie było przecie nikogo, który mógłby mu pomódz.
Karina miała oczy zwrócone wciąż na jego trzewiki, pełne krwi. Z każdą chwilą kroki jego były bardziej krwawe.
„Teraz idzie do lasu, położy się tam i zginie z przekrwawienia“, myślała Karina.
„Niechaj cię Bóg błogosławi Ingmarze, że uratowałeś Hellguma!“ rzekła Karina wzruszonym głosem. „Do tego trzeba było prawdziwie męskiej siły i męskiej odwagi“.
Ale Ingmar szedł dalej, nie zważając na nią.
Wtedy Karina wyprzedziła go i stanęła mu w drodze. Usunął się na bok, nie podnosząc na nią oczu. Szepnął nawet: „Idź i pomóż Hellgumowi!“
„Posłuchaj mnie Ingmarze, Halfvor i ja byliśmy bardzo zasmuceni tem, cośmy dziś rano mówili, i ja właśnie wybrałam się do Hellguma, aby mu oświadczyć, że ty w każdym wypadku zatrzymasz młyn“.
„Teraz możesz go już dać Hellgumowi“ odezwał się Ingmar.
Szedł coraz dalej i potykał się często, lecz szedł i szedł bezustannie.
Karina biegła za nim i starała się go zatrzymać. „Musisz mi przebaczyć, że przez chwilę byłam w błędzie i myślałam, żeś miał sprzeczkę z Hellgumem. Nie tak łatwo było myśleć co innego“.
„Tak łatwo ci przyszło brata twego uważać za mordercę“, rzekł Ingmar nie zwracając do niej twarzy.
Szedł wciąż dalej nie zatrzymując się. Gdy trawa zmięta pod jego krokami podniosła się napowrót, krew kroplami spadała z ździebeł.
Po tem, że Ingmar wciąż wymawiał imię Hellguma, poznała Karina dopiero, jak głęboko go nienawidził. I równocześnie zrozumiała też, jak wielkim był czyn Ingmara.
„To się wszędzie rozgłosi, coś ty dziś uczynił, i wszyscy będą cię wielbili Ingmarze!“ rzekła Karina. „Nie zechcesz przecie teraz przed sławą uciekać“.
Ale Ingmar zaśmiał się szyderczo Zwrócił ku niej swą bladą, pokrwawioną twarz. „Dlaczego nie idziesz! Wiem przecie komu najrychlej chciałabyś pomódz*.
Kroki jego były coraz bardziej chwiejne, a na ziemi ukazał się teraz długi ślad krwi.
Ten strumień krwi doprowadził Karinę do rozpaczy. Wielka miłość, którą zawsze żywiła dla Ingmara, roznieciła się z nową siłą, jak gdyby odżywiona tą smugą krwi. Była teraz dumną z Ingmara i widziała w nim silną latorośl na starem drzewie rodu swego.
„Ingmarze“, rzekła Karina“, zdaje mi się, że przed Bogiem i ludźmi nie możesz wziąć na siebie odpowiedzialności za to, że w ten sposób narażasz swe życie. I powiadam ci, jeżeli istnieje coś, co może ci dać nową do życia ochotę, a jest w mojej mocy, to powiedz tylko“.
Wtedy Ingmar zatrzymał się; objął ramionami pień drzewa, aby nie upaść i śmiejąc się nieufnie rzekł:
„Możebyś Hellguma odesłała napowrót do Ameryki?«
Karina spojrzała na kałużę krwi, która nagromadziła się koło lewej nogi Ingmara. Usiłowała swe myśli zebrać, aby uprzytomnić sobie, czego brat od niej żądał. Znaczyło to, że miała opuścić piękny ogród rajski, w którym przebywała przez zimę, i rozpocząć nanowo żywot w biednym, nędznym świecie grzechu, który porzuciła była.
Ingmar zwrócił się twarzą do niej; twarz była żółta, jak wosk, a skóra na skroniach i nosie zdrętwiała, jak u umarłego. Ale gruba warga dolna wystawała bardziej rozkazująco niż kiedykolwiek, a ostry rys dokoła ust występował zupełnie wyraźnie.
„Zdaje mi się, że Hellgum i ja nie możemy pozostać razem w tej wsi«, rzekł Ingmar, „ale widzę już, że ja będę tym, który będzie zmuszonym ustąpić“.
„Nie“, rzekła szybko Karina, „jeżeli pozwolisz, abym cię pielęgnowała i zostaniesz przy życiu, przyrzekam ci, że postaram się o to, aby Hellgum wyjechał“.
»Pan Bóg ześle nam innego zbawcę«, myślała Karina, mówiąc te słowa, „ale nie widzę innego wyjścia i muszę zrobić czego żąda Ingmar“.

∗             ∗

Ingmar miał ranę opatrzoną i leżał w łóżku. Rana nie była niebezpieczna, miał tylko przez kilka dni zachowywać się spokojnie. Leżał w górnej izbie na piąterku, a Karina siedziała przy jego łóżku.
Przez cały dzień Ingmar majaczył w gorączce, przeżywał raz jeszcze to wszystko, co mu się zdarzyło, a Karina wnet zrozumiała, że nietylko Hellgum i tartak był powodem jego zmartwienia.
Wieczorem uspokoił się i był przytomny, a Karina rzekła do niego: „Przyszedł ktoś i chce z tobą mówić“. Ingmar odrzekł, że czuje się zbyt zmęczonym, aby mógł z kimś rozmawiać. — „Ale zdaje mi się, że to będzie dobrze dla ciebie«.
Po chwili Gertruda weszła do pokoju. Była uroczysta i wzruszona Ingmar kochał Gertrudę oddawna i wtedy już, kiedy była kapryśna i figlarna, ale wówczas zawsze coś się w nim opierało tej miłości. Ale teraz Gertruda przeszła ciężki rok pełen tęsknoty i niepokoju i to ją tak zmieniło, że Ingmar patrząc tylko na nią odczuł potężne pragnienie pozyskania jej miłości.
Gdy Gertruda przystąpiła do łóżka, zakrył sobie ręką oczy.
„Czy nie chcesz mnie widzieć? zapytała Gertruda.
Ingmar potrząsnął głową, był teraz jak kapryśne dziecko.
„Chciałabym ci tylko parę słów powiedzieć«, rzekła Gertruda.
„Przychodzisz pewnie, aby mi donieść, ze przyłączyłaś się do Hellgumczyków?“
Gertruda uklękła przed łóżkiem; odciągnęła Ingmarowi ręce z przed oczu.
»Jest jedna rzecz, o której ty nie wiesz, Ingmarze“. Ingmar spojrzał na nią pytająco, ale nic nie powiedział. Gertruda zarumieniła się i zawahała się trochę, ale potem rzekła:
„Przeszłego roku, właśnie, gdyś się od nas wyprowadził, zaczęłam właściwie kochać cię naprawdę«.
Ingmar zarumienił się mocno, i uśmiechnął się z radości, ale natychmiast znów spoważniał i stał się podejrzliwym. — „Tęskniłam bardzo za tobą Ingmarze“. — Ingmar uśmiechał się niedowierzająco, ale gładził jej rękę, dziękując zato, że chciała być dobrą dla niego. — »Ale ty nie przyszedłeś do mnie ani razu“, skarżyła się; wyglądało to tak, jak gdybym przestała istnieć dla ciebie“.
„Nie chciałem widzieć się z tobą, aż zostanę zamożnym człowiekiem, i będę mógł starać się o ciebie«, rzekł Ingmar, takim tonem, jak gdyby to się samo przez się rozumiało.
„Ale ja myślałam, żeś zapomniał o mnie“. Gertrudzie łzy stanęły w oczach. „Nie masz pojęcia o tem, jaki rok przebyłam. Hellgum był bardzo dobrym dla mnie i pocieszał mnie. Mówił, że serce moje uspokoi się, gdy oddam je całkiem Bogu“.
Teraz Ingmar spojrzał na nią z nowem oczekiwaniem.
„Gdyś przyszedł dziś rano, przelękłam się. Obawiałam się, że nie potrafię oprzeć się tobie, i cała walka rozpocznie się na nowo“.
Teraz uśmiech promienny rozjaśnił twarz Ingmara Ale milczał jeszcze wciąż.
„Ale dziś wieczorem dowiedziałam się, żeś dopomógł temu, którego nienawidzisz Ingmarze. I niemogłam już dłużej opierać się«. Gertruda była cała w płomieniach. „Czuję, że nie mam siły uczynić coś, co mogłoby mnie rozłączyć z tobą“.
Równocześnie pochyliła się nad ręką Ingmara i ucałowała ją.
Ingmarowi w uszach dźwięczało, jak gdyby wielki dzwon wydzwaniał na uroczyste święto. Pokój niedzielny i cisza niedzielna napełniały serce jego; miłość słodyczą miodu przejmowała go i rozlewała się z orzeźwiającą świeżością po całej jego istocie.




CZĘŚĆ II.
Utonięcie okrętu l’Univers.



Podczas mglistej nocy r. 1880, a zatem na kilka lat przedtem, zanim nauczyciel Storm przystąpił do budowy Domu misyonarkiego i Hellgum z Ameryki powrócił do Szwecyi, wielki francuski paro statek l’Univers odbywał drogę z Nowego Yorku do Hawru przez Ocean Atlantycki.
Było to już około godziny 4 tej, większa część pasażerów z załogi okrętowej spała w kajutach, obszerny pokład był prawie pusty. Przed samym zmrokiem porannym jeden z marynarzy francuskich obracał się i rzucał w swym hamaku, usiłując daremnie zasnąć napowrót. Morze było niespokojne, drewniane części okrętu trzeszczały i jęczały bez ustannie, ale z pewnością nie to było przyczyną, przeszkadzającą francuzowi usnąć.
Leżał on wraz z towarzyszami swymi w dużym, ale bardzo niskim przedziale, oddzielonym tylko drewnianą przegrodą od środkowego pokładu. Świeciło się kilka latarni, tak że majtek rozróżniał szare hamaki, które wisiały w gęstym szeregu obok siebie, i kołysały się wraz z śpiącymi majtkami. Od czasu do czasu wnikał przez szparę tak silny wilgotno-chłodny powiew, iż leżącemu marynarzowi stawało przed oczyma całe morze rozkołysane pod mglistą osłoną małemi zielonemi falami.
„Nie ma to, jak morze“, pomyślał stary marynarz.
Gdy jeszcze o tem myślał, nagle wszystko dziwnie się uciszyło. Nie słyszał już nic, ani turkotu maszyny, ani dźwięku łańcuchów u steru, ani plusku fal, ani szumu wiatru, ani w ogóle niczego. Myślał, że okręt może nagle zatonął i on i jego towarzysze nigdy już nie będą leżeli pod całunem i w trumnie, lecz po wieki wieków będą tu zawieszeni w tych szarych kajutach w głębi morza.
Przedtem zawsze się bał, ażeby fale morskie nie stały się dlań grobem, ale teraz myśl ta była dlań dość przyjemna. Cieszył się, że miał nad sobą ruchliwą, przeźroczystą wodę, nie zaś ciężką czarną ziemię cmentarną.
„Nie ma to, jak morze!“ powtórzył w myśli raz jeszcze.
Ale potem obudziła się w nim myśl jedna, która go niepokoiła. Nie przyjął ostatniego namaszczenia i rozmyślał nad tem, czy dusza jego dozna uszkodzenia wskutek tego, iż leżał tu na dnie morza nie przyjąwszy świętego Sakramentu, i trwogą był przejęty, czy znajdzie w końcu drogę do nieba.
Wtem spostrzegł całkiem z przodu, tam gdzie miejsce sypialne zwężało się, słaby odblask światła; podniósł się i wychylił z hamaku, aby zobaczyć co to jest. I ujrzał, że zbliżało się kilka osób z palącemi się świecami, wychylił się więc jeszcze bardziej, aby zbliżającym się jeszcze lepiej się przyjrzeć.
Hamaki wisiały tak gęsto i tak nisko ponad ziemią, że chcąc przejść przez miejsce do spania bez obudzenia lub potrącenia śpiących, trzeba było formalnie pełzać. Stary marynarz nie pojmował, kto mógł torować sobie tędy drogę.
Wkrótce jednak ujrzał, iż byli to dwaj chłopcy z chóru, każdy z woskową świeczką w ręku. Widział wyraźnie ich długie czarne płaszcze i krótko strzyżone włosy.
Majtek nie był zdziwiony tem, co widział; myślał nawet, że to rzecz zupełnie naturalna, że tacy mali chłopcy z chóru mogą z palącemi się świecami przechodzić popod kajuty.
„Czy jest i ksiądz między nimi?“ zapytał w duchu. Równocześnie usłyszał przenikliwe dzwonienie dzwonu i widział, że ktoś jeszcze idzie za chłopcami. Ale nie był to ksiądz, jeno stara kobieta, nie o wiele większa, niż chłopcy.
Ta stara kobieta wydawała mu się znajomą. „Musi to być moja matka“ pomyślał. „Nie znam nikogo, ktoby był mniejszy od mojej matki. I oprócz niej nikt nie potrafiłby tak cicho prześlizgnąć się między kajutami bez obudzenia majtków.“
Widział, że matka miała ponad czarną suknią koszulę batystową, obszytą szeroką koronką, zupełnie, jak komża księdza. W ręce miała wielką puszkę ze złotym krzyżem, którą widział niezliczoną ilość razy w ojczystym kościele na ołtarzu.
Chórzyści postawili świece obok jego hamaku, potem uklękli i podnieśli swoje kadzidła. Majtek wciągał lekką woń kadzidła, widział wznoszące się obłoczki dymu i słyszał brzęk łańcuszków u kadzielnic.
Tymczasem matka jego rozłożyła wielką księgę i zdawało mu się, że słyszy, iż przeczy tuje modlitwy sakramentu śmiertelnego.
Teraz już był zupełnie uspokojony i zadowolony, że b3ył tu pogrzebany na dnie morskim. Było to wiele lepiej, niż na cmentarzu.
Wyciągnął się w swym hamaku i długo jeszcze słyszał, jak głos matki szeptał łacińskie wyrazy. Woń kadzidła przeciągała ponad nim i przysłuchiwał się brzękowi łańcuszków u kadzielnic.
Potem nagle wszystko ustało; chłopcy zabrali świece i szli przed matką, która zamknęła głośno książkę i poszła za nimi. Widział, iż wszyscy trzej zniknęli pod szaremi kajutami.
Ale w tej chwili, gdy zniknęli z jego widnokręgu, skończyła się także panująca dokoła cisza. Słyszał znów oddechanie towarzyszy, trzeszczenie drzewa, szum wiatru i plusk fali. I uświadomił sobie, że należy jeszcze do żyjących na powierzchni morza.
„Jezus Marya, co znaczy to wszystko, co tej nocy widziałem?“ pytał sam siebie.
W dziesięć minut potem, okręt L’Univers zachwiał się od gwałtownego pchnięcia, tak, iż zdawało się, że został przez środek przecięty.
„Spodziewałem się tego“, myślał stary marynarz.
Podczas ogromnego zamętu, który powstał obecnie, gdy wszyscy majtkowie wpół nadzy wybiegali z swych kajut, stary majtek wdziewał spokojnie najlepsze swe suknie. Miał przedsmak śmierci na ustach, ale był on dlań przyjemny i łagodny. Zdawało mu się, że jest już tam na dnie morza, jakby u siebie w domu.

∗             ∗

Gdy okręt doznał tak strasznego wstrząśnięcia, jakiś mały chłopiec okrętowy spał w małej kabinie na pokładzie obok sali jadalnej.
Podniósł się nawpół senny na posłaniu. Właśnie ponad jego głową była mała okrągła szyba, przez którą wyglądnął. Nie widział jeszcze nic prócz mgły i czegoś nieforemnego, szarego, co niby wyrastało z mgły. Małemu chłopakowi zdawało się, że widzi duże skrzydła; musiał to być pewnie straszne wielki ptak, który w ciemności spuścił się na pokład. Teraz okręt jęczał i chwiał się pod jego gwałtowną napaścią, a wielki potwór uderzał w okręt swemi pazurami, dziobem i szumiącemi skrzydłami.
Mały chłopak okrętowy ledwie że nie umarł z przerażenia.
Ale za chwilę był już zupełnie rozbudzony i widział wtedy, że przed statkiem znajdował się wielki żaglowiec, który wciąż o parostatek uderzał. Widział wielkie żagle i obcy pokład, na którym ludzie w skórzanych kurtkach biegali tam i napo wrót w szalonej trwodze. Zerwał się wicher, a niezliczone żagle były tak nadęte, że można było grać na nich marsza jak na bębnie. Maszty chwiały się, a powrozy pękały z hukiem podobnym do wystrzału.
Ster wielkiego żaglowca, który w mgle zderzył się z parowcem „L’Univers“ wbił się tak silnie w bok okrętu, że nie mógł się już wydostać napo wrót. Parowiec pochylił się znacznie w bok, ale śruba jego obracała się wciąż tak, że pędził razem z żaglowcem.
„O Boże!“ Zawołał mały chłopak okrętowy, wybiegłszy na pokład. „Ten biedny okręt zderzył się z nami i teraz musi zatonąć“.
Ani chwili nie myślał o tem, że parowiec może być w niebezpieczeństwie, był on przecież tak ogromnie wielki i silny.
Teraz przybywali i oficerowie pospiesznie na pokład. Gdy ujrzeli, że był to tylko żaglowiec, który zderzył się z okrętem „L’Univers“, uspokoili się zupełnie i z największą pewnością robili potrzebne przygotowania dla rozłączenia obu okrętów.
Mały chłopak stał na pokładzie; był bosy, a koszula jego powiewała na wietrze, ale wciąż dawał znaki nieszczęśliwym ludziom na żaglowcu, aby przeszli na parowiec i ratowali się.
Z początku nikt nań nie zważał, ale wkrótce widział, że jakiś wielki, rudobrody człowiek wołał go skinieniem.
„Pójdź tu chłopcze!“ zawołał i przybiegł na samą krawędź. „Parowiec tonie«!
Ale małemu chłopakowi ani się śniło, przejść na żaglowiec. Krzyczał z całej siły, ażeby rozbitki ratowali się na okręt „L’Univers“.
Majtkowie na żaglowcu pracowali gorliwie, starając się zapomocą sztang i haków uwolnić okręt, ale rudobrody człowiek przejęty był dziwną litością dla małego.chłopca. Złożył ręce w trąbkę i krzyczał: „Przejdź do nas, przejdź do nas!“
Malec stał zatrwożony na pokładzie, marznąc w swej cienkiej koszulce; tupał bosemi nogami o ziemię, zaciskał pięście do załogi żaglowca, która nie chciała go słuchać i przejść na parowiec.
Tak wielki okręt jak L’Univers, o sześciuset pasażerach i dwustu ludziach załogi, nie mógł przecie żadną miarą zatonąć! I widział przecie, że kapitan i majtkowie byli równie spokojni jak i on.
Nagle rudobrody pochwycił hak i sięgnął nim po chłopca. Zahaczył o koszulę i chciał go pociągnąć na żaglowiec. Chłopak w okręcie został pociągnięty przed samą krawędź, ale tu udało mu się uwolnić się napowrót. Nie chciał w żaden sposób dać się przenieść na ten obcy okręt, który przecie musiał zatonąć.
Nagle rozległ się straszliwy trzask. Ster żaglowca złamał się i okręty skutkiem tego rozłączyły się. Gdy parowiec popłynął dalej, ujrzał chłopak, że ogromny ster wisiał z przedniej strony żaglowca, a równocześnie, całe chmury żagli zwaliły się na załogę.
Ale parowiec pracował całą siłą, a obcy okręt znikał szybko poza mgłą. Ostatnia rzecz, którą chłopak widział, była, że ludzie wydobywali się z pod żagli.
Potem okręt znikł zupełnie, tak jak gdyby się skrył za mur. „Pewnie już utonął“, pomyślał chłopak i nadsłuchiwał, czy nie usłyszy wołania o pomoc.
W tem rozległ się głos silny a charczący po okręcie: „Ratujcie pasażerów! Wypuśćcie łodzie!“
Znowu nastała cisza i znowu chłopak nadsłuchiwał wołania o pomoc.
Ale głos rozległ się znów, jak gdyby z oddali:
»Módlcie się, jesteście zgubieni!“
W tej samej chwili stary marynarz zbliżył się do kapitana i rzekł z cicha i uroczyście: „Mamy dużą dziurę w pośrodku okrętu i toniemy“.
Prawie w tej samej chwili, gdy poznano wielkość niebezpieczeństwa, ukazała się na pokładzie mała dama. Była zupełnie ubrana, palto miała zapięte, wstążki od kapelusza uwiązane u szyi w piękną kokardę i pewnemi krokami weszła po schodach kajutowych pierwszej klasy.
Była to stara, małego wzrostu kobieta o siwych krętych włosach, okrągłych sowich oczach i czerwonej cerze twarzy. W krótkim czasie pobytu swego na okręcie udało jej się nawiązać znajomość z wszystkimi. Każdy wiedział, że nazywała się Miss Hoggs i wszystkim ludziom, marynarzom i pasażerom opowiedziała, że nigdy jeszcze nie bała się niczego. Nie wiedziała dlaczego miałaby się bać. Umrzeć musi przecie każdy, wszystko więc jedno, czy się to stanie pierwej czy później.
I teraz nie bała się także, spieszyła tylko na pokład, aby widzieć, czy nie dzieje się tam coś zajmującego lub wzruszającego.
Przedewszystkiem ujrzała dwóch majtków, którzy z przerażoną twarzą przebiegli obok niej. Kelnerzy nawpół ubrani spieszyli do kabin, aby pasażerów wywołać na pokład. Jeden stary majtek przyszedł z całym ładunkiem pasów ratunkowych, które rzucił na pokład. W kącie siedział mały chłopak okrętowy i biadał i płakał, że musi zginąć.
Widziała kapitana stojącego wysoko na moście komendanckim i słyszała, że wydawał rozkazy: „Niech maszyna stanie! Powypuszczać łodzie!“
Poczernionemi sadzą schodami, które wiodły do hali maszynowej, biegli na górę palacze i maszyniści, krzycząc, iż woda wnika już do hali.
Miss Hoggs była zaledwie kilka chwil na pokładzie, gdy zaczęli ze wszech stron napływać ludzie. Z trzeciej i czwartej klasy przybiegali w dzikich gromadach i krzyczeli głośno, iż trzeba pospiesznie dostać się do łodzi, gdyż inaczej pasażerowie z pierwszej i drugiej klasy będą wpierw uratowani.
Ale podczas gdy zamieszanie wciąż wzrastało i miss Hoggs zrozumiała istotne niebezpieczeństwo, wydostała się na najwyższy pokład nad salą jadalną, gdzie wisiało kilka łodzi poza krawędzią.
Tu na górze nie było żywej duszy i miss Hoggs sama i niezauważona przez nikogo wlazła do jednej łodzi które z swemi linami wisiały ponad niezmierną głębią. Gdy jej się to szczęśliwie udało, sama gratulowała sobie swej mądrości i nieustraszoności. To znaczyło mieć jasną i spokojną głowę.
„Wtedy, kiedy łódź spuszczą do wody, zaczną się ludzie pchać ze wszech stron i będzie straszliwa walka na wszystkich schodkach i kładkach“. I znowu gratulowała sobie, że była tak przezorna i już teraz ulokowała się w łodzi.
Widziała teraz, że jedną łódź zajęli ludzie z załogi i powiosłowali ku schodom, aby ludzie mogli zejść! Lecz nagle rozległ się przeraźliwy krzyk; ktoś z strachu ile nastąpił i wpadł w wodę. To musiało przestraszyć innych, bo teraz na całym okręcie rozległy się krzyki. Ludzie w dzikiem zamieszaniu przepychali się do otworów, odtrącali się nawzajem i walczyli, aby dostać się do schodków. Wielu podczas tej walki wpadało do morza, a inni widząc, że niemożliwą rzeczą było dostać się do schodków, rzucali się, jak szaleni do wody, aby pływając dostać się do łodzi. Ale łódź oddalała się już; była już i tak mocno obładowana, a ci którzy w niej byli, wyciągnęli scyzoryki i obcinali palce tym, którzy chcieli się do wnętrza wydrapać.
Miss Hoggs widziała, że zbliżała się jedna łódź po drugiej. Widziała też jak jedna łódź po drugiej tonęła pod ciężarem tych, którzy się do niej wtłoczyli.
Łodzie, wiszące obok miss Hoggs również zostały spuszczone, ale przypadkiem nikt nie zbliżył się do tej łodzi, w której ona siedziała.
„Dzięki Bogu, że moją łódź zostawili jeszcze, aż najgorszy nawał przejdzie!“ pomyślała.
Miss Hoggs widziała i słyszała z wysokości swej straszliwe rzeczy, i zdawało jej się, że wisi ponad prawdziwem piekłem.
Pokładu nie mogła wprawdzie widzieć, ale zdawało jej się, że słyszała hałas rozpaczliwej walki. Słyszała stłumiony huk rewolwerów i widziała lekkie błękitnawe obłoczki unoszące się nad pokładem.
Nareszcie nadeszła chwila, iż wszystko ucichło. „Teraz byłby czas, aby moją łódź spuścili“, pomyślała miss Hoggs.
Nie bała się wcale, lecz siedziała całkiem spokojnie i cicho, aż nareszcie parowiec przechylił się na bok. Wtedy dopiero miss Hoggs zrozumiała powoli, że okręt „L’Univers“ utonął a o jej łodzi zapomniano.

∗             ∗

Na parowcu znajdowała się młoda Amerykanka, niejaka pani Gordon, która jechała do Europy, aby odwiedzić swych starych rodziców, którzy mieszkali od kilku lat w Paryżu.
Miała przy sobie swoje dzieci, dwóch małych chłopców, którzy leżeli spokojnie w kabinie i spali, gdy się to nieszczęście stało.
Matka zbudziła się natychmiast. Udało jej się zarzucić na dzieci i na siebie najpotrzebniejszą, odzież i wyszła przed drzwi kabiny na wązki chodnik. Był on przepełniony ludźmi, którzy wybiegali z kabin, aby spieszyć na pokład. Nie było tu jednak jeszcze tak trudno przepychać się naprzód. Na schodach było o wiele gorzej, tu był straszny ścisk, bo przeszło stu ludzi naraz cisnęło się na górę.
Trzymając swoje dzieci za ręce, młoda Amerykanka stanęła. Pożądliwie spoglądała na schody i pytała się w duchu, czy też będzie mogła kiedyś z dziećmi swemi dostać się tam na górę. Widziała, że ludzie tłoczyli się i popychali i myśleli tylko o sobie. Nikt nie spojrzał nawet na nią.
Musiała jednak oglądnąć się za pomocą, bo na niej ciężyła troska o dzieci. Spodziewała się, że znajdzie się ktoś, kto weźmie na ramię jednego z chłopców i poniesie na schody, a ona będzie mogła unieść drugiego.
Ale nie miała odwagi zaczepić kogokolwiek. Mężczyźni przybiegali w najdziwaczniejszem przebraniu, niektórzy zarzucili na siebie wełniane koce, inni włożyli palta na nocną koszulę. Miss Gordon widziała, że wielu miało laski w ręku, a gdy ujrzała osłupiały wzrok tych ludzi, miała wrażenie, że należy się mieć na baczności przed wszystkimi.
Kobiet się nie obawiała, ale nie widziała między niemi ani jednej, której mogłaby powierzyć swoje dziecko. Wszystkie utraciły przytomność i były tak przerażone, że nie byłyby nawet zrozumiały czego od nich żąda.
Mrs. Gordon patrzyła dokoła szukając, czy nie znajdzie się ani jedna, któraby jeszcze myślała rozsądnie. Ale gdy widziała, że jedna z nich z całą gorliwością myślała o ratowaniu kwiatów, które dostała, wyjeżdżając z Nowego Yorku, inne znów krzyczały i załamywały ręce, nie miała odwagi zwrócić się do żadnej z nich.
Nakoniec spróbowała przemówić do pewnego młodego pana, który był jej sąsiadem przy stole i okazywał jej wiele grzeczności.
»Ach, panie Martens...“ Ale i on spojrzał na nią tym samym złym i osłupiałym wzrokiem, który widziała w oczach innych mężczyzn, ba nawet podniósł cokolwiek laskę, i gdyby była próbowała zatrzymać go, byłby ją pewnie uderzył.
Wkrótce potem słyszała jakieś straszliwe wycie, a właściwie był to raczej gniewny syk, jak gdyby gwałtowny prąd został nagle powstrzymany. Pochodziło to od tłumu ludzi na schodach, którzy nagle powstrzymani zostali w pochodzie.
Pewnego kalekę, który nie umiał chodzić, wnoszono na schody. Był do tego stopnia nieporadny, że służący musiał go przynosić do obiadu i potem znów odnosić. Był to człowiek duży i ciężki, a służący z trudem wniósł go na plecach już do połowy schodów. Tu zatrzymał się na chwilę, aby odetchnąć, ale ludzie potrącali go z tyłu, tak iż upadł na kolana. On to wraz z panem swoim zastępowali teraz całą szerokość schodów i tworzyli przeszkodę, tak, iż nikt nie mógł się dostać naprzód.
I mrs. Gordon ujrzała teraz, iż jakiś wielki silny człowiek schylił się, podniósł kalekę i wyrzucił go przez poręcz schodów do morza. Ale równocześnie spostrzegła także, że nikt nie przeraził się, ani oburzył tym postępkiem, mimo całej jego ohydy. Nikt nie myślał o czem innem, jak tylko o tem, aby jak można najrychlej dostać się na schody. Było to tak, jak gdyby rzucono tylko do rowu kamień, leżący w drodze, i nic więcej.
Młoda Amerykanka poznała teraz, że nie może liczyć na pomoc tych ludzi; była wraz z małemi dziećmi swemi na śmierć skazana.

∗             ∗

Na okręcie znajdowała się także młoda para małżeńska, która odbywała podróż poślubną. Mieli oni swoją kabinę w głębi okrętu i spali tak dobrze, że wcale nie zauważyli zdarzenia. Tam w tyle nie było także tak wielkiego hałasu, a że nikt nie myślał o tem, aby ich zawołać, spali wciąż jeszcze, gdy inni byli już na pokładzie i walka o łodzie ratunkowe wrzała już w całej pełni.
Przebudzili się dopiero, gdy śruba, która przez całą noc dudniła, nagle uciszyła się, Młody małżonek włożył coś na siebie i wybiegł, aby się dowiedzieć, co się stało.
„Okręt tonie“, rzekł potem.
Zarazem usiadł, a gdy żona jego chciała wybiedz, prosił ją, ażeby została.
Wszystkie łodzie ratunkowe już pospuszczano rzekł, większa część pasażerów utonęła, a ci, którzy zostali jeszcze na okręcie walczą na życie i śmierć o ostatnie łodzie“.
Na jednym stopniu potknął się był o roztratowaną kobietę i ze wszystkich stron rozpaczliwe krzyki dochodziły do jego uszu.
„Nie ma dla nas ratunku!“ rzekł. „Nie ma wyjścia, umierajmy tu razem!“
„Nie chciałabyś przecie patrzeć na tych ludzi walczących?“ zapytał mąż. „A gdy już musimy umierać, to niech nasza śmierć będzie cichą i łagodną“.
Młoda kobieta uznała, że nie żąda zawiele, chcąc, ażeby te krótkie chwile, które im jeszcze pozostały, spędziła przy nim. Miała mu wszakże oddać całe swoje życie, od wczesnej młodości, aż do najpóźniejszej starości.
„Marzyłem o tem — rzekł — że kiedyś, gdy przeżyjemy z sobą lat wiele, usiędziesz przy mojem łożu śmiertelnem, a ja ci dziękować będę, za długi i szczęśliwy żywot przy twoim boku“.
W tej chwili, gdy to mówił, ujrzała, że z pod zamkniętych drzwi wciskał się do kabiny wązki prąd wody. Tego było już za dużo.
W rozpaczy wciągnęła ramiona.
„Nie mogę!“ zawołała: „Puść mnie! — Nie mogę tu siedzieć zamknięta i czekać na śmierć. Kocham cię, ale dłużej zostać tu nie mogę!“
„Wybiegła w chwili, gdy właśnie okręt przed samym utonięciem jęczał i chwiał się«.

∗             ∗

Młoda mrs. Gordon leżała na wodzie, parostatek zatonął, dzieci jej utonęły, a ona sama była sama już głęboko, głęboko w morskiej toni.
Teraz wyrzuciło ją wprawdzie znów na powierzchnię, ale wiedziała, że za chwilę zapadnie się na nowo i że wtedy śmierć przyjdzie.
Nie myślała już teraz ani o mężu, ani o dzieciach, ani wogóle o rzeczach tego świata, myślała tylko o tem, aby duszę swą podnieść do Boga.
I dusza jej wznosiła się, jakby z więzów zwolniona. Biedna kobieta czuła, jak dusza ta radowała się, że zrzuciła z siebie ciężkie życia kajdany, jak pełna radości rozwijała skrzydła, by ulecieć do prawdziwej swej ojczyzny!
„A więc śmierć jest tak lekką?“ myślała mrs. Gordon.
I myśląc o tem słyszała dokoła siebie pomieszany gwar, szum fal, świst wiatru, jęki i krzyki tonących i łoskot płynących po wodzie i uderzających o siebie przedmiotów okrętowych, a wszystko to łączyło się w wyobraźni jej w dźwięki zrozumiałe dla niej, podobnie, jak bezkształtne chmury czasem skupiają się i formują obrazy.
I oto, co mówiły jej dźwięki:
„Tak masz słuszność, śmierć jest lekką, ale życie jest ciężkie“.
„Tak, to prawda“, myślała i pytała się dalej, co czynić należy, aby życie było równie lekkie, jak śmierć.
Dokoła niej rozbitki walczyli o płynące przedmioty i przewrócone łodzie. Ale w pośród tych dzikich krzyków i przekleństw słyszała, że cały ten gwar znowu złączył się w głośne wyrazy, które były odpowiedzią na jej pytanie:
„Ażeby życie było równie lekkie, jak śmierć, do tego potrzeba Jedności, Zgody, Miłości!“
I zdawało jej się, jakby Pan z tego hałasu i tego łoskotu uczynił sobie instrument, ażeby dać jej odpowiedź.
Podczas, gdy te słowa dźwięczały jej jeszcze w uszach, została uratowaną. Wciągnięto ją do małej łodzi, gdzie siedziało tylko trzech ludzi. Stary, silny marynarz w swej niedzielnej odzieży, stara kobieta z okrągłemi oczyma sowiemi i mały, zapłakany chłopak, który miał na sobie tylko podartą, koszulkę.

∗             ∗

Następnego dnia norweski żaglowiec przejeżdżał wzdłuż rybackich stacyi i piaskowych ław Nowej Finlandyi.
Była spokojna, piękna pogoda, morze było gładkie jak szyba zwierciadła i okręt poruszał się nader powoli. Wszystkie żagle były napięte, gotowe chwytać najlżejszy powiew zamierającego wiatru.
Powierzchnia morza była cudownie piękna; woda lśniła się jasnym błękitem, a tam, gdzie muskał ją lekki wietrzyk, świeciła się białością srebra.
Gdy ta cisza wieczorna trwała już przez pewien czas, żeglarze ujrzeli nagle jakiś ciemny przedmiot płynący po wodzie.
Zwolna przedmiot ten zbliżał się i wkrótce poznano, iż był to trup ludzki. Okręt minął go całkiem z bliska i wedle sukni rozróżniono, że był to trup majtka.
Z twarzą spokojną i otwartemi oczyma płynął on na plecach, widocznie nie leżał jeszcze tak długo w wodzie, ażeby ciało jego napęczniało. Wyglądał tak, jak gdyby dla przyjemności kołysał się po małych lekko chwiejących się falach.
Ale, gdy żeglarze odwrócili odeń oczy, o mało nie krzyknęli głośno, bo całkiem niepostrzeżenie nowy trup zjawił się przed dziobem okrętu. Byliby prawie przejechali po nad nim, ale w ostatniej chwili odwiodła go w bok spieniona woda. Wszyscy pobiegli do krawędzi i patrzyli w wodę. Teraz znów nadpłynęło dziecko, elegancko ubrana mała dziewczynka z kapelusikiem na głowie i w niebieskim płaszczyku.
„O miły Boże!“ zawołali marynarze wycierając sobie łzy z oczu „O miły Boże! takie małe, ładne dzieciątko!“
Dziecko przepłynęło na rozkołysanej fali i patrzyło na nich przemądrym, poważnem spojrzeniem, jak gdyby miało donieść im coś ważnego.
Wkrótce zawołał jeden z marynarzy, że znów widzi trupa, a w tej samej chwili drugi, spoglądają w inną stronę doniósł o nowym trupie. Potem ujrzeli naraz pięć, potem dziesięć trupów, a nareszcie całą gromadę, której już zliczyć nie mogli.
Okręt posuwał się zwolna między temi trupami, które gromadziły się dokoła, jak gdyby miały się czego domagać.
Jedne napływały w wielkich grupach; wyglądało z daleka, jak gdyby to były rozbite przedmioty, lub coś podobnego, co z lądu się oderwało; ale były to same trupy.
Wszyscy marynarze przyglądali się bez wytchnienia temu zjawisku, żaden z nich nie ważył się ruszyć. Ledwie mogli wierzyć, że to, co widzieli, było prawdą.
Nagle zdawało się im, iż widzą całą wyspę wznoszącą się wśród morza. Ale i to było złudzenie, gdy się zbliżyli, pokazało się, że były to znów tylko trupy, które tak gęsto obok siebie płynęły.
Otoczyły one okręt dokoła, płynęły za nim, jak gdyby chciały towarzyszyć mu w tej podróży po oceanie.
Kapitan kazał obrócić ster, aby wiatr nadął żagle; ale mało to pomogło. Żagle wisiały bezwładnie, a trupy wciąż płynęły za nimi.
Marynarze byli coraz bledsi i bardziej milczący. Okręt poruszał się tak zwolna, że nie mógł uwolnić się od umarłych. I załoga drżała z trwogi, że płynąć tak będą przez całą noc.
W tem jeden z szwedzkich marynarzy wyszedł na pokład.. Donośnym głosem powiedział Ojcze nasz, a potem zaintonował pieśń kościelną.
Podczas, gdy śpiewał, słońce zaszło, a wietrzyk wieczorny wyprowadził okręt z dziedziny umarłych.




List Hellguma.



Z chaty położonej wśród lasu wychodzi stara kobieta. Chociaż to dzień powszechni, miała na sobie swą odzież niedzielną, jak gdyby miała iść do kościoła. Wyjmuje klucz z zamku i kładzie go na zwykłem miejscu pod progiem.
Uszedłszy parę kroków, stara odwraca się i patrzy raz jeszcze na swą chatkę, tak ubogo i niepokaźnie wyglądającą z pośród potężnych ośnieżonych jodeł.
Z wielką czułością stara spoglądała na swą chatę. „Wiele szczęśliwych dni przeżyłam tu“, rzekła uroczyście do siebie. „Tak, tak, Pan Bóg daje, Pan Bóg odbiera“.
Potem idzie ścieżką leśną. Jest już stara i ułomna ale należy do tych, którzy jeszcze trzymają się prosto, mimo iż starość pochyla ich ku ziemi.
Twarz ma piękną, a włosy białe, jedwabiste i wygląda tak uprzejmie, że robi to dziwne wrażenie, gdy przemówi głosem tak ostrym, uroczystym i poważnym, jak u starego proroka.
Stara ma długą drogę przed sobą, gdyż zdąża na zgromadzenie Hellgumczyków do ingmarowskiego dworu. Stara córka Ingmarów Ewa należy do najgorliwszych zwolenników nauki Hellguma.
„Ach!“ myśli sobie, idąc wciąż ścieżką, „piękny to był czas, gdy wszystko to było jeszcze w powstaniu i więcej, niż połowa wsi przyłączyła się do Hellguma. Któżby był myślał, że tak wielu znów odpadnie, że po pięciu latach zaledwie odliczywszy nieletnie dzieci, nie więcej nad dwadzieścia osób tylko należy do nas!“
Myśli jej wracają do czasu, kiedy to ona sama żyła przez wiele lat wśród ciszy leśnej samotna i zapomniana, nagle zyskała tyle sióstr i braci, którzy odwiedzali ją w samotności i niezapominali nigdy, aby po wielkich zawiejach śnieżnych utorować drogę do jej chaty i napełniali jej małą stodołę suchem, rąbanem paliwem, chociaż nigdy o to nie prosiła. I myśli o czasie, kiedy córka Ingmarów Karina i siostry jej i wiele innych znakomitych ludzi przychodziło do niej, aby odbywać swe braterskie uczty w jej małej szarej chatce.
„Ach, że też tak wielu nie odczuwa tego, iż nadchodzi dla nich czas próby!“ myślała. „Teraz zejdzie na nas kara. Gdy nadejdzie lato, zginiemy wszyscy, albowiem tak mało łudzi tylko posłuchało wołania, a ci, którzy usłyszeli je, nie potrafili wytrwać w wierze“.
Stara myśli teraz o listach Hellguma, o owych listach, które dla Hellgumczyków mają znaczenie prawdziwych listów apostolskich i które przeczytuje się na ich zebraniach, tak jak w innych gminach religijnych przeczytują biblię.
„Był czas, iż słowa jego płynęły mlekiem i miodem“, myśli stara. „Napominał nas, abyśmy mieli cierpliwość z nienawróconymi i okazywali pobłażliwość w obec odstępców, a bogaczy upominał, ażeby dobroczynność świadczyli zarówno wiernym i niewiernym. Ale od pewnego czasu słowa jego są żółcią i goryczą. Pisze tylko o ciężkich próbach i nieszczęściach i o sądach Bożych“.
Stara doszła teraz na skraj lasu, stąd mogła spoglądać na wieś.
Był to piękny dzień w lutym. Śnieg rozprzestrzeniał swą nieskalaną białość na całym krajobrazie, wszelka roślinność pogrążoną była w śnie zimowym i ani wietrzyk nie ruszył się.
Ale stara kobieta myślała o tem, że ta okolica, spoczywająca dziś tak spokojnie w śnie zimowym, obudzi się wnet, i zalaną zostanie strumieniami gorącej siarki; i widziała już w duchu wszystko w paszczy płomiennej, co dziś tak spokojnie leżało pod śnieżystą osłoną.
»Nie wypowiedział tego wyraźnemi słowami, ale pisze wciąż o wielkiem nieszczęściu. O tak, o tak, nikt nie mógłby się temu dziwić, gdyby parafia ta ukaraną być miała, jak Sodoma i zniweczoną, jak Babilon!“
Gdy córka Ingmarów Ewa przechodziła przez wieś, wyobrażała sobie przed każdym domem, na który padł jej wzrok, że on wstrząśnie się i zawali przy zbliżającem się trzęsieniu ziemi, z taką łatwością, jak gdyby był z piasku zbudowany. A gdy spotkała ludzi myślała o tem, że wkrótce piekielne potwory pochwycą ich i pochłoną.
„Oto idzie córka nauczyciela, Gertruda!“, pomyślała, gdy ujrzała nadchodzącą piękną dziewczynę. »Oczy jej błyszczą się i świecą, jak światło słoneczne na śnieżnej powierzchni. Szczęście patrzy jej z oczu, pewnie dlatego, że w jesieni ma być jej wesele z młodym Ingmarem Ingmarsonem. Widzę, że nosi wiązankę przędziwa, chce zapewne uprząść firanki i prześcieradła do swej wyprawy, ale zanim jeszcze wykończy przędziwo, przyjdzie na nas czas zniszczenia“.
Stara rzucała dokoła ponure spojrzenia, gdy szła przez wieś parafialną, która rozwinęła się była nadspodziewanie. Ale wszystkie te białe i żółte dwory z drewnianemi parkanami i wysokiemi oknami miały zawalić się, tak jak jej własna uboga chata o małych jak dziurki okienkach i belkach mchem porosłych.
W środku wsi zatrzymała się i uderzyła laską o ziemię. Opanował ją gniew silny i zawołała tak głośno, że ludzie przechodzący w pobliżu oglądali się: „Tak, tak, w wszystkich tych domach mieszkają tacy, którzy pogardzili Jezusem i ewangelią chrystusową, a przyłączyli się do wrogów Chrystusa! Dlaczego nie słuchali wołania, dlaczego nie zaniechali grzechu? A teraz muszą zginąć wszyscy! Ręka Boska spadnie na sprawiedliwych i niesprawiedliwych z tą samą karzącą surowością!“
Gdy stara przeszła przez rzekę, przyłączyło się do niej kilku Hellgumczyków: Był to stary kapral Flet i Kolaas Gunnar z swoją żoną, córką Ingmarów Brygidą. „Wkrótce nadeszli jeszcze Matts Hök Erykson z synem swym Gabryelem i córka burmistrza Gunhilda.
Był to widok piękny i wesoły, gdy ci mężczyźni i kobiety szli przez biały śnieg w swych pięknych i pstrych strojach narodowych. Ale Ewie córze Ingmarów wydawali się, jak więźniowie prowadzeni na rusztowanie, lub bydło w drodze do rzeźni.
Wszyscy Hellgumczycy byli przygnębieni. Idąc, patrzyli na ziemię, jak przytłoczeni ciężarem jakimś. Wszyscy kiedyś wierzyli w to, że kraina obiecana rozszerzy się szybko po całej ziemi i że dożyją dnia, kiedy Nowa Jerozolima zejdzie na nich z obłoków niebieskich. Ale gdy garstka ich tak zeszczuplała, i nie mogli już ukrywać przed sobą, iż nadzieje ich nie spełniły się, wówczas w sercach ich coś się rozdarło, szli powoli i wlokąc nogi za sobą, często wzdychali ciężko i nie mieli sobie nic do powiedzenia, bo sprawa ta była dla nich bardzo poważna. Postawili na kartę całe swe życie, i stracili je.
„Dlaczego są tak zasmuceni?“ myślała stara kobieta. „A przytem nie przeczuwają nawet najgorszej rzeczy, bo nie chcą należycie zrozumieć listu Hellguma. Wytłumaczyłam im Słowa Hellguma, ale nie chcą mnie słuchać. Tak, ci, co mieszkają na równinie i pod wolnem niebem, nie wiedzą co to troski i zmartwienie. Nie mają tyle zrozumienia, jak ci, co samotnie żyją w leśnej zaciszy“.
Domyśliła się, że Hellgumczycy byli zatrwożeni, ponieważ Halfvor zwołał ich w dzień powszedni. Spoglądali na siebie niespokojnie, badali się zatrwożeni, nieufnemi spojrzeniami, które wyrażały pytanie: „Jak długo jeszcze wytrwasz? A jak długo ty, a ty?“.
Czy nie lepiej było zakończyć raz wszystko i rozwiązać całą gminę, myśleli sobie, tak samo, jak lepiej jest umrzeć nagłą śmiercią, niżeli chorować i umierać długo.
Ach, więc ta jedność, ta ewangelia pokoju, to błogosławione życie w braterstwie i zgodzie, które cenili tak wysoko, wszystko to miało być skazane na zagładę!
Podczas gdy ludzie ci szli tak zasmuceni, słońce wspaniale i potężnie odbywało swą odwieczną drogę na wysokim niebios błękicie. Od śniegu podnosił się orzeźwiający chłód, wlewający w duszę odwagę i radość. A z zielonych wzgórzy, pokrytych ciemnemi jodłami, kojąca cisza i dobroczynny spokój spuszczały się na okolicę.
Nakoniec doszli ludzie do ingmarowskiego dworu i wstąpili do sali.
W sali dworu ingmarowskiego wisiał wysoko na ścianie stary obraz olejny, malowany przed stu laty z górą przez jakiegoś wiejskiego malarza. Obraz przedstawiał wielkie miasto, z wysokiemi murami a z poza muru sterczały dachy i szczyty licznych domów. Niektóre budynki były to czerwone chłopskie domy z zielonymi darniowemi dachami, inne miały białe mury i łupkowe dachy, jak dwory pańskie, a inne jeszcze ciężkie miedzą obite wieże, jak kościół św. Krystyny w Falunie.
Na zewnątrz przed murami miasta spacerowali panowie, w krótkich po kolana sięgających pantalonach i trzewikach sprzączkami spiętych, z laskami o złotych gałkach w ręku, a z bram miejskich wyjeżdżała kareta, pełna dam, z pudrowanemi włosami i w pasterkach. Dokoła murów rosły gęsto ulistnione drzewa, a wśród wysokiej, falującej trawy i zbóż przewijały się małe, lśniące strumyki.
Pod obrazem napisane były dużemi literami z zakrętasami słowa: „To jest święte miasto Boże, Jerozolima“.
Stary ten obraz wisiał tak wysoko, że rzadko zwracał na siebie uwagę; większa część tych ludzi nawet, którzy często na dwór ingmarowski przychodzili, nie wiedziała prawie o istnieniu obrazu.
Ale w tym dniu, obraz owinięty był wieńcem zielonych gałęzi tak, że natychmiast wpadał w oko przybywającym. Córka Ingmarów, Ewa, zauważyła go natychmiast i myślała: „Patrzajcie! a więc i tu na dworze ingmarowskim wiedzą już, że czeka nas zguba! że dlatego musimy podnieść oczy ku niebiańskiej Jerozolimie“.
Karina i Halfvor przywitali przyjaciół, ale Ewie wydawali się oboje jeszcze bardziej ponurymi i zasępionymi, niż inni. „Tak, tak, wiedzą oni już, że koniec nasz bliski“, myślała stara.
Ewie, jako najstarszej wyznaczono miejsce naczelne przy stole a przed nią leżał na stole otwarty list z amerykańską marką.
„Tak przybył znów list od naszego miłego brata Hellguma“, rzekł Halfvor, „i to jest przyczyną, dla której zwołałem was bracia i siostry“.
„List zawiera więc ważne poselstwo, Halfvorze?“ zapytał Gunnar Kolaas poważnie. „Tak“, odrzekł Halfvor, „mamy tam wyjaśnione, co Hellgum rozumiał, pisząc niedawno, że czeka nas ciężka próba“. — „Sądzę, że nikt z nas nieobawia się znosić cierpień zesłanych dla miłości Bożej, rzekł Gunnar.
Kilku Hellgumczyków spóźniło się i musiano dość długo czekać na nich. Stara córka Ingmarów Ewa, wpatrywała się tymczasem tęsknemi oczyma w list Hellguma. Myślała o liście z wieloma pieczęciami w objawieniu i sądziła, że właśnie w chwili, gdy ludzka ręka dotknie się listu, anioł zniszczenia spuści się na nich z nieba.
Zwróciła oczy na obraz Jerozolimy. „Tak“, szeptała z cicha „tak, ja z pewnością wejdę w to miasto, którego bramy są z pereł a mury z szczerego złota“. I zaczęła mówić do siebie: „A ziemia dokoła murów miasta była ozdobiona klejnotami wszelakiemi: pierwszy grunt był z jaspisu, drugi z szafiru, trzeci z chalcedonu, czwarty z szmaragdu, piąty z sardoniku, szósty z sardysu, siódmy z chryzolitu, ósmy z berylu, dziewiąty z topazu, dziesiąty z chryzoprazu, jedenasty z hyacyntu, dwunasty z ametystu“.
Stara kobieta była tak zagłębiona w swej ulubionej księdze objawienia, że zerwała się jakby ze snu, gdy Halfvor Halfvorson zbliżył się nareszcie do stołu, na którym list leżał. — „Zaczniemy teraz pieśnią“, rzekł. „Będziemy śpiewali Nr. 244“.
I Hellgumczycy powstali i zaśpiewali:

Jerozolimo ty piękna!
Tam, gdzie wszyscy wielbią Pana,
I niebiańskie brzmi wołanie
Święty, święty, święty Panie!

Kiedyż ach! i ja tam będę
W gronie dzieci twych zasiędę!

Córka Ingmarów Ewa westchnęła swobodniej, było to dla niej ulgą, że chwila ciężkiej próby została odroczoną.
„Ach, że też ja stara a głupia, tak drżę przed śmiercią!“ pomyślała zawstydzona.
Po skończonej pieśni Halfvor wziął list i rozłożył go.
W tej chwili jednak Duch Boży zeszedł na córkę Ingmarów Ewę, tak, że powstała i wygłosiła długą modlitwę, w której błagała o łaskę, iżby wszelkie poselstwo zawarte w liście zostało przez wszystkich w należyty sposób zrozumiane. Halfvor czekał cierpliwie z listem w ręku, aż skończyła.
Potem rozpoczął czytanie takim głosem, jak gdyby miał kazanie:
„Kochani bracia i kochane siostry! Bóg się raduje!
Dotychczas myślałem, że ja i wy, którzy przyjęliście moją naukę, jesteśmy jedyni na świecie, którzy tę wiarę wyznajemy. Ale Bogu dzięki, znaleźli się i w Chicago ludzie równych przekonań i bracia, którzy myślą i żyją wedle tych samych, co my, przepisów.
Muszę wam opowiedzieć, że tu w Chicago żył z początkiem lat ośmdziesiątych człowiek, nazwiskiem Edward Gordon. On i żona jego byli bogobojni, i brali sobie do serca nędzę panującą w świecie tak, iż błagali Pana, aby im dał sposobność przyczynić się do jej złagodzenia. I wówczas zdarzyło się, że żona Edwarda musiała wybrać się w wielką podróż morską, ale nastąpiło rozbicie okrętu i Mrs. Gordon utonęła w falach. Ale w chwili, gdy znajdowała się w największem niebezpieczeństwie, głos Boży przemówił do niej. I głos Boży rozkazał jej, ażeby nauczała ludzi żyć w zgodzie i jedności!
I Mrs. Gordon została uratowaną z topieli i z niebezpieczeństwa, i wróciła do męża swego i zwiastowała mu poselstwo Boże. A on rzekł: „Ważne to poselstwo, które nam Pan zesłał, ażebyśmy żyli w zgodzie i jedności, i musimy je spełnić. Jest to nakaz tak wielki, że jedno jest tylko miejsce na świecie godne, aby go tam wykonać! I dlatego skupimy dokoła siebie naszych przyjaciół, udamy się do Jerozolimy, ażeby święty nakaz Pana zwiastować z góry Sion“.
Poczem wybrał się Edward Gordon do Jerozolimy wraz z żoną i trzydziestu ludźmi, którzy również pragnęli posłuchać nakazu Bożego.
Tam żyli wszyscy w zgodzie i jedności razem w jednym domu. Dzielili się majątkiem, żyli w wspólności dóbr, służyli sobie nawzajem i czuwali wzajemnie nad sobą.
I przyjmowali do siebie dzieci ubogich, i pielęgnowali ich chorych. Wspierali starców i pomagali wszystkim, którzy byli w nieszczęściu, nie żądając w zamian zapłaty lub nagrody.
Nie wygłaszali jednak kazań w kościołach lub na targach, bo myśleli: „Życie nasze niechaj za nas przemawia“.
Oto ludzie, słysząc o tem trybie życia mówili: „Ludzie ci są szaleńcy“.
A najgłośniej przeciw nim występowali Chrześcianie, którzy przybyli do Jerozolimy, aby nawracać żydów i mahometanów kazaniem i nauczaniem. Mówili oni: „Któż są oni, którzy nie nauczają? Zapewne przybyli tu, aby wieść życie rozpustne i zadowolić swe chucie zmysłowe pomiędzy poganami“.
Wszczęli więc wielki krzyk przeciw nim, a krzyk ten przeszedł nawet morze i dostał się do ich ojczyzny.
Lecz między tymi, którzy wyjechali do Jerozolimy znajdowała się pewna wdowa. Żyła tam z dwojgiem nieletnich dzieci i była ogromnie bogata. Zostawiła była w ojczyźnie swej brata, i teraz ludzie mówili do brata tego: Jakże możesz pozwolić aby siostra twoja i dzieci jej, żyli wśród tych ludzi, którzy prowadzą żywot rozpustny? Są to sami nicponie, żyjący tylko z swych bogactw“. I brat oskarżył siostrę swą przed sądem, ażeby ją zmuszono dzieci swe przynajmniej wychowywać w Ameryce.
Skutkiem tego procesu matka z dziećmi i Edward Gordon z żoną powrócili do Chicago. A mieszkali już byli czternaście lat w Jerozolimie.
Gdy powrócili z dalekiego kraju, pisały o nich wszystkie gazety; jedne twierdziły, iż są warjaci, inni nazywali ich oszustami“.
Gdy Halfvor przeczytał tyle, zrobił przerwę i powtórzył kilkoma słowy całe sprawozdanie ażeby wszyscy zrozumieli.
Potem czytał dalej: „Ale wiecie wszyscy, iż w Chicago istnieje pewien dom, dobrze wam znany. W domu tym mieszkają ludzie którzy chcą Bogu służyć w sprawiedliwości, ludzie którzy dzielą z sobą co mają i czuwają wzajemnie nad sobą.
My to żyjemy w tym domu, a gdy czytaliśmy w gazecie o tych „warjatach“ którzy wrócili z Jerozolimy, poczęliśmy mówić między sobą: „Ludzie ci wyznają naszą wiarę; zebrali się oni aby wieść życie uczciwe, i chcielibyśmy spotkać się z tymi którzy dzielą naszą wiarę.
I napisaliśmy do nich, aby nas odwiedzili. A ci, którzy przybyli z Jerozolimy, przyjęli nasze zaproszenie, i porównaliśmy naszą wiarę z ich wiarą i mówiliśmy: „Patrzcie, oto myślimy i wierzymy tak samo. Wielka to łaska Boża, żeśmy się znaleźli!
Oni zaś opowiadali nam o wspaniałości miasta Bożego, leżącego w jasnym blasku swym na białej górze, i wielbiliśmy ich szczęście, że mogli kroczyć po tych samych drogach, po których kroczył Chrystus.
Wtedy rzekł jeden z naszych: Dlaczego nie mielibyśmy przyłączyć się do was, gdy wrócicie do Jerozolimy?“
Ale oni odparli: „Nie przyłączajcie się do nas, bo święte miasto Boże pełne jest kłótni i niezgody, nędzy i chorób, złości i ubóstwa“.
Lecz jeden z naszych zawołał natychmiast: „Może właśnie Bóg sprowadził was do nas, abyśmy poszli z wami i walczyli przeciwko złemu“.
I wtedy wszyscy razem usłyszeliśmy, jak głos Pana w sercach naszych brzmiał potężnie: „Tak, tak, oto wola moja!“
Zapytaliśmy się więc, czy chcą nas przyjąć do swego związku, chociaż jesteśmy biedni i nieuczeni, a oni odrzekli, że przyjmą nas.
Postanowiliśmy więc, że będziemy odtąd braćmi i siostrami, i będziemy dzielili się wszystkiem, i oni przyjęli naszą, a my przyjęliśmy ich wiarę, a duch Boży unosił się nad nami i napełniał serca nasze radością. I mówiliśmy: „Teraz widzimy, iż Bóg nas miłuje, skoro posyła nas do tego kraju, dokąd posłał kiedyś swego syna. I wiemy teraz, że nasza wiara jest prawdziwą, skoro wolą Pana jest, ażeby ją głosić z świętej góry Sion“.
Ale jeden z naszych zauważył wtedy: „A nasi bracia w Szwecyi?“ I rzekliśmy tedy do towarzyszy z Jerozolimy: „Jest nas więcej, niżeli tu widzicie. Mamy jeszcze braci i siostry, którzy żyją w Szwecyi. Oni cierpią przez odstępstwo i walczą ciężko o sprawiedliwość, gdyż żyją między grzesznikami“.
A towarzysze z Jerozolimy odrzekli: „Niechaj siostry i bracia wasi z Szwecyi przyjadą do Jerozolimy i przyłączą się do dzieła świętego“.
Byliśmy zrazu bardzo uradowani myślą, że macie przybyć do nas i w Jerozolimie wieść wspólnie z nami żywot radosny, ale wnet zasmuciliśmy się i mówiliśmy: „Nie zechcą oni nigdy porzucić swych wielkich dworów i swych pól urodzajnych i pracy, do której przywykli“.
Ale towarzysze jerozolimscy rzekli: Nie możemy im ofiarować ani pól, ani dużych dworów, ale moglibyśmy im pokazać drogi, którymi szły stopy Jezusa, i którymi oni również kroczyć będą mogli“.
Ale mieliśmy wciąż jeszcze wątpliwość i mówiliśmy: „Nasi bracia i siostry w Szwecyi z pewnością nie zechcą wywędrować do obcego kraju, gdzie nikt mowy ich nie rozumie“.
Towarzysze jerozolimscy odrzekli: „Nauczą się rozumieć, co mówią kamienie świętej ziemi o ich Zbawicielu“.
My zaś rzekliśmy: „Nie zechcą własności swej oddać obcym, a sami zostać jak żebracy. Nie zechcą wyzbyć się swej władzy i swego znaczenia, bo są to najznakomitsi mężowie i kobiety we wsi ojczystej“.
A towarzysze jerozolimscy odparli: „Nie możemy ofiarować władzy i majątku, ale ofiarujemy im, aby dzielili cierpienia Jezusa Chrystusa, Zbawiciela naszego“.
Gdy to rzekli, napełniła nas znów radość wielka i wierzyliśmy, że przyjdziecie do nas.
Ale teraz kochani bracia i kochane siostry powiadam wam, nie mówcie nic między sobą, gdy to przeczytacie i usłyszycie, lecz zachowujcie się cicho i spokojnie i słuchajcie tylko. Co głos Boży wam rozkaże, to uczynicie“.
Halfvor złożył list i rzekł: Teraz uczynimy tak, jak nam Hellgum polecił. Zachowujmy się cicho i uważajmy co będzie.
I nastała długa cisza w sali dworu ingmarowskiego.
Stara córka Ingmarów Ewa, siedziała również cicho i czekała, aż Głos Pana do niej przemówi. Rozumiała to wszystko na swój sposób; „Tak, tak, myślała sobie, Hellgum chce, abyśmy poszli do Jerozolimy aby uniknąć zguby. Pan chce uratować nas od siarczystego potopu i ognistego deszczu. I ci, co sprawiedliwi między nami, usłyszą Głos Pana, który pozwoli im uciekać“.
Stara nie myślała ani na chwilę o tem, że może to być dla kogoś ofiarą, porzucić dom i ojczyznę, jeżeli o tak wielką rzecz idzie. Nie przyszło jej na myśl, że ktoś mógłby być w rozterce z sobą, czy ma opuścić zielone lasy swej ojczyzny i wesołą rzekę i urodzajne niwy. Kilku innych natomiast myślało ze strachem o tem, że przyjdzie im zmienić cały tryb życia i porzucić ojczysty dom, rodziców i krewnych, ale Ewa o tem nie myślała. Znaczyło to przecie dla niej, że Bóg chce uratować ich, jak niegdyś uratował Noego i Lota. Powoływał ich wszakże do świętego miasta Bożego, pełnego nadziemskiej wspaniałości. Było to dla niej to samo, jak gdyby Hellgum pisał był, że żywcem mają być przyjęci do nieba.
Siedzieli wszyscy z zamkniętemi oczyma całkiem skupieni w sobie. „Wielu z nich cierpiało takie męczarnie w duszy, że kroplisty pot występował im na czoła. „Tak, to jest z pewnością owa próba, którą nam Hellgum zapowiadał“, myśleli z westchnieniem.
Słońce schyliło się ku zachodowi, tak, iż stało już ponad samym widnokręgiem i rzucało swe ostatnie promienie do pokoju; zorza wieczorna błękitnawo-różowym blaskiem oblała blade twarze.
Nareszcie podniosła się żona Ljunga Björnsa, córka Ingmarów Marta z ławki, na której siedziała i padła na kolana. A wszyscy uczynili to samo i uklękli.
I nagle kilku z nich wydało głębokie westchnienie, a twarze ich rozjaśniły się uśmiechem.
Wtedy córka Ingmarów Karina, rzekła drżącym od wzruszenia głosem: „Słyszę głos Pana, który mię woła“.
Córka burmistrza, Gunhilda wyciągnęła ramiona w zachwycie, a łzy spływały jej po policzkach. „Ja również mogę jechać“. „Głos Boży woła mnie“.
Potem Krisler Larson i żona jego rzekli prawie jednym tchem: „Słyszę dźwięk w uchu, że mam podążyć z wami. Słyszę, że głos Pana mnie woła“.
Powołanie przychodziło teraz od jednego do drugiego i zarazem opuszczała ich trwoga i smutek. Wielka, potężna radość napełniała ich serca, nie myśleli już o dworach i o krewnych swoich, myśleli tylko o tem, że gmina ich powtórnie zakwitnie i jaka to rzecz wspaniała być powołanym i żyć w mieście Bożem.
Teraz już większa część usłyszała wołanie, ale do Halfvora Halfvorsona ono jeszcze nie przybyło. Przechodził on ciężką walkę wewnętrzną modląc się i był głęboko zasmucony, gdy myślał: „Bóg nie chce mię powołać, jak powołał innych. Widzi, że bardziej miłuję moje niwy i łąki, niżeli Jego Słowo. Nie jestem godnym łaski“.
Wtedy córka Ingmarów Karina zbliżyła się do niego i położyła mu rękę na czole. „Musisz być całkiem spokojny Halfvorze i w ciszy oczekiwać głosu Bożego“.
Halfvor złożył ręce tak gwałtownie, że aż zatrzeszczały: „Może Pan nie uznaje mnie za godnego, abym poszedł z wami“, rzekł.
„Nie, Halfvorze, będziesz mógł iść z nami, rzekła Karina, ale musisz być całkiem spokojny“. Uklękła przy nim i objęła go ramieniem. „Teraz słuchaj tylko w ciszy i bez trwogi“.
Za kilka chwil znikło naprężenie z rysów Halfvora. — „Słyszę — słyszę, coś z oddali“. — „To są harfy aniołów, które poprzedzają wołanie Pana“* rzekła żona jego. „Bądź tylko spokojnym!“ Tuliła się coraz bliżej do niego, jak dotychczas nie czyniła nigdy wobec ludzi. „Ach“ zawołał nagle, i złożył ręce „teraz słyszałem! Wołało we mnie coś tak głośno, że mi aż tętniło w uszach: „Pójdziesz do mojego świętego miasta Jerozolimy! Czy i wy usłyszeliście tak samo?“ — Tak, tak, wołali wszyscy, „wszyscy słyszeliśmy to samo“.
A teraz stara Ewa zaczęła biadać. — „Ja nic nie słyszałam! Ja nie mogę jechać z wami: Jestem jak żona Lota, którą zostawiono podczas ucieczki. Muszę tu zostać i będę zamienioną w słup soli“.
Płakała z trwogi i zmartwienia wielkiego, a Hellgumczycy zgromadzili się dokoła niej aby modlić się z nią. Ale wciąż nie słyszała niczego a ból jej przeszedł w rozpacz. „Nie mogę niczego usłyszeć“, rzekła, ale musicie mnie w każdym razie zabrać ze sobą. Nie możecie mnie tu zostawić, nie możecie pozwolić, abym tu zginęła w deszczu siarczystym!“
„Musisz czekać Ewo, mówili Hellgumczycy. Powołanie przyjdzie może jeszcze. Przyjdzie pewnie tej nocy, albo jutro“.
„Nie odpowiadacie mi, mówiła stara, nic nie odpowiadacie mi na pytanie. Czy nie zabierzecie mnie z sobą, jeżeli powołanie nie przyjdzie?
„Przyjdzie! Przyjdzie!“ Wołali Hellgumczycy.
„Nie odpowiadacie mi, rzekła stara z wyrazem rozpaczy“.
„Kochana Ewo“, mówili Hellgumczycy „nie możemy cię zabrać, jeżeli cię Bóg sam nie powoła. Ale nie obawiaj się, powołanie nastąpi z pewnością.
Wtedy stara podniosła się pospiesznie z klęczącej pozycyi, wyprostowała swą ułomną postać i uderzyła mocno laską o ziemię.“
„Widzę, że chcecie pojechać bezemnie i dać mi tu zginąć“ rzekła. „O tak, o tak, o tak! Chcecie wyjechać i dać mi tu zginąć“.
Straszny gniew opanował ją, i ujrzano córkę Ingmarów Ewę raz jeszcze taką, jaką była w swej młodości, silną i gwałtowną i ognistą.
„Nie chcę już nigdy słyszeć o was!“ Krzyczała. „Nie chcę być przez was uratowaną! Hańba wam! Chcecie opuścić żonę i dzieci i ojca i matkę waszą, aby tylko ratować się sami. Hańba wam! Jesteście szaleni że porzucacie wasze dwory! Jesteście uwiedzeni i zbłąkani i słuchacie fałszywych proroków! Wy to jesteście tymi, na których padnie deszcz z siarki i ognia. Wy to jesteście tymi, którzy zginiecie! Ale my, którzy zostaniemy w domu, będziemy żyli!“




Wielki pień.



Tego samego pięknego dnia w lutym, ale już w godzinie zmroku dwoje młodych ludzi stało na ulicy i rozmawiało z sobą.
Młody człowiek przywiózł właśnie wielki pień z lasu: był on tak duży, że koń ledwie mógł go uwieść. Mimoto koń musiał jeszcze nałożyć drogi, ażeby pień przejechał przez wieś i przed wielkim białym budynkiem szkolnym.
Przed szkołą koń stanął, i z domu wyszła natychmiast młoda dziewczyna, aby przypatrzeć się tej kłodzie drzewa.
I nie mogła się dość jej napatrzyć i nadziwić. Była taka długa i gruba i miała tak piękną jasno brunatną korę, i takie doskonałe drzewo bez skazy!
Młody człowiek opowiadał z powagą, że drzewo to rosło na piasku, całkiem w górze w północnym okręgu za szczytem Olofa; opowiadał jak je ściął i jak długo schło w lesie. Tłumaczył jej też bardzo dokładnie wiele cali ma w obwodzie a wiele w średnicy.
Młoda dziewczyna widziała już tysięcy i tysięcy drzew spławionych rzeką, lub wożonych gościńcem, ale to drzewo było dla niej ważniejszem niż wszystkie inne.
„Ach Ingmarze,“ rzekła „przecież to dopiero pierwsze!“
W pośród radości swej zatrwożyła się myślą, że trzeba było pięciu lat trudu i pracy, zanim Ingmar doszedł do tego, że mógł sprowadzić pierwszą kłodę drzewa budulcowego, które miało być użyte dla budowy ich własnego domu. Jak długo potrwa jeszcze, zanim sprowadzi resztę i zbuduje dom!“
Ale Ingmarowi zdawało się, że teraz już wszystkie trudności są pokonane.
„Poczekaj Gertrudo, rzekł, jeżeli tylko będę mógł sprowadzić drzewo, jak długo jeszcze ziemia zamarznięta, to i dom będzie wkrótce gotów“.
Powoli zrobiło się porządnie zimno, bo noc nadeszła i koń marzł; potrząsał głową i grzebał nogą a grzywę i włosy na czole pokrył biały szron.
Ale dwoje młodych ludzi nie czuli mrozu, stali na ulicy i budowali cały swój dom od piwnicy, aż do strychu.
A gdy dom był gotów zaczęli myśleć o umeblowaniu. „Przy długiej ścianie musimy postawić kanapę“, rzekł Ingmar.
„Ależ nie mamy wcale kanapy“, rzekła dziewczyna.
A młody człowiek ukąsił się w usta. Nie miał z początku zamiaru mówić jej, że zamówił już u stolarza kanapę, ale teraz zdradził tajemnicę.
Teraz i Gertruda musiała się spowiadać z tego co ukrywała przed nim przez pięć lat, i opowiedziała mu. że robiła wyplatanki z włosów i tkała wstążki i sprzedawała to wszystko. A za zarobione pieniądze sprawiła rzeczy do gospodarstwa: rondle i garnki, talerze i miski, prześcieradła i poszewki, kapy i koce.
Ingmar był zachwycony temi wspaniałościami. Ale podczas wyliczania przerwał nagle. Wzrok jego padł na Gertrudę i jak zwykle zamilkł ze zdziwienia, że ta cudownie piękna dziewczyna ma do niego należeć.
„O czem myślisz Ingmarze?“ pyta Gertruda.
„Myślę o tem, że najlepszem ze wszystkiego jesteś przecie ty sama“.
Gertruda nic nie odrzekła, lecz położyła pieszczotliwie rękę na wielkim pniu, który miał służyć do budowy domu dla niej i dla Ingmara. Wiedziała, że tam czekało ją szczęście i bezpieczeństwo, bo człowiek, którego miała poślubić był dobrym i mądrym, szlachetnym i wiernym.
W tej chwili ujrzeli oboje starą kobietę, która wśród wzrastającej ciemności mijała ich szybko. Szła pospiesznie i mówiła głośno do siebie, jakby w gwałtownem wzburzeniu.
„Tak, tak, tak, mówiła stara, szczęście ich nie będzie dłużej trwało, jak od świtu aż do wschodu słońca. Gdy przyjdzie na nich próba, wiara ich zerwie się jak powróz skręcony z mchu. A życie ich będzie wieczną nocą“.
„Nie ma chyba nas na myśli!“ rzekło młode dziewczę.
„O nie, to nie może się przecie nas tyczyć!“ odrzekł młodzieniec.




Na ingmarowskim dworze.



Następnego dnia była sobota. Ksiądz wyjechał był ze wsi i wracał dopiero późnym wieczorem do domu, podczas silnej zawiei śnieżnej.
Powracał od chorego, który mieszkał daleko na północy wśród lasu, a teraz z wielkim trudem tylko przebijał się naprzód. Koń zapadał się w śniegu sanie były wciąż w niebezpieczeństwie wywrócenia się, woźnica i ksiądz musieli często wysiadać, aby szukać drogi. Nie było zbyt ciemno, księżyc wielką okrągłą szybą wyglądał z po za chmur śniegowych a światło księżyca rozjaśniało chmury, tak iż wyglądały jasno szare. Gdy ksiądz spojrzał w górę, widział płatki śniegu latające w powietrzu i napełniające je białemi kropkami.
Nie wszędzie było tak trudno dostać się naprzód. Były tu i owdzie kawałki drogi, gdzie nie było śniegu i tam sanie lekko posuwały się po gładkiej jak lód i mocno przymarzniętej drodze. Na innych miejscach śnieg był głębszy, ale tak lekko i równomiernie usypany, że nie tworzył przeszkody. Główna trudność była tam, gdzie wiatr nawiał wysokie góry śniegu, przez które nie było widać niczego. Tam musieli zbaczać z drogi i przebijać się przez pola i krzewy, przyczem ciągła była obawa, że wpadną do rowu. lub że koń wbije się na pal od płotu.
Ksiądz i parobek troszczyli się myśląc o ogromnych masach śniegu, które przy każdej zawiej i gromadziły się zawsze przy dużym starym parkanie w pobliżu ingmarowskiego dworu. „Jeżeli to tylko przebędziemy szczęśliwie, będziemy już tak dobrze, jak w domu,“ mówili.
Ksiądz przypomniał sobie, jak często prosił Ingmara Wielkiego, ażeby usunął ten wysoki parkan, ponieważ z jego to przyczyny, gromadzi się na tem miejscu śnieg tak wysoko. Ale nigdy nie przyszło do tego i parkan stał wciąż jeszcze. Ile to już rzeczy zmieniło się na ingmarowskim dworze, a parkan stał jeszcze tam gdzie dawniej.
Wnet już ze sani widoczny był dwór, a i masy śniegu były na zwykłem swem miejscu, wysokie jak mur, a jak kamień twarde. O ominięciu ich nie mogło być mowy, trzeba było przedostać się przez te olbrzymy. Lecz wyglądało to tak strasznie, że parobek powiedział, iż raczej pójdzie do dworu i poprosi o pomoc.
Ale ksiądz na to nie chciał pozwolić Od pięciu lat nie mówił już ani słowa z Halfvorem i Kariną, i tak nie miłą była mu myśl widzenia się z nimi, jak dla kogokolwiek widoki spotkania się z dawniejszymi przyjaciółmi, z którymi zerwało się już dawno.
Koń musiał więc wyleść na wał śniegowy. Śnieg niósł go aż doszedł do wierzchołka góry. Lecz tam nagle zapadł się; znikł jak gdyby wpadł był do grobu, a oboje ludzie w saniach siedzieli i wytrzeszczali oczy za nim.
I właśnie w chwili gdy koń się zapadł, urwał się także powróz, i nie mogli jechać dalej!
Za kilka chwil potem ksiądz otwierał drzwi od sali dworu ingmarowskiego.
Duży ogień palił się na kominie; z jednej strony siedziała gospodyni i prządła cienką wełnę, a za nią długim szeregiem siedziały kobiety i dziewczęta i przędły len i konopie. Druga strona komina należała do mężczyzn. Ci wrócili dopiero przed chwilą z przewozu drzewa; jedni spoczywali, inni zajęci byli jakąś lekką robotą, która była dla nich raczej zabawą. Odłupywali gałązki, ostrzyli żelazka lisie lub wyrzynali rączki do siekier.
Gdy wszedł ksiądz i opowiedział o swej przygodzie, powstał ruch ogólny. Parobcy wyszli natychmiast, aby odkopać konia z pod śniegu, Halfvor prowadził księdza do stołu i prosił, aby usiadł na jednej z długich ławek. Karina wysłała służące do kuchni, aby ugotowały kawę i przygotowały wieczerzę dla gościa. Sama powiesiła futro jego obok pieca aby wyschło, zaświeciła lampę wiszącą i przysunęła swój kołowrotek do stołu, aby mogła wziąć udział w rozmowie mężczyzn.
„Lepszego przyjęcia nie doznałem nawet za życia Ingmara Wielkiego“, pomyślał ksiądz.
Halfvor rozpoczął rozmowę o stanie dróg, i pytał księdza, czy dobrą cenę uzyskał za zbiory tegoroczne, oraz czy porobiono już naprawy, o które prosił już tak dawno. Karina dowiadywała się o księdzową i pytała czy w ostatnim czasie nie nastąpiło polepszenie w jej chorobie.
Parobek księdza wszedł i doniósł, iż konia wydobyto już, naprawiono cugle i wszystko gotowe do odjazdu. Ale Karina i Halfvor prosili księdza gorąco aby został do wieczerzy i nie przestali go błagać, aż się zgodził.
Przyniesiono kawę; największy srebrny imbryk, którego używano tylko przy weselach i pogrzebach, lśnił się na tacy, a na trzech talerzach leżało kopiasto białe pokrajane pieczywo.
Małe oczy księdza rozwarły się szeroko z podziwu. Raz po raz przecierał sobie ręką czoło, siedział jak gdyby we śnie i bał się co chwila przebudzenia.
Halfvor pokazał księdzu skórę łosia, ubitego przeszłej jesieni w jego lesie. Skórę rozłożono na ziemi i nigdy jeszcze ksiądz nie widział większej i piękniejszej. Karina zbliżyła się do Halfvora i szepnęła mu coś do ucha. Halfvor zaś natychmiast prosił księdza, aby przyjął od nich tę skórę w darze.
Karina krzątała się, wyjmowała z niebiesko pomalowanych szaf wspaniałe stare srebro. Rozłożyła obrus z szerokiem mereszkowym obrąbkiem na stole i położyła na niej tyle srebrnych łyżek, jak gdyby nakrywała na ucztę. Do ciężkich srebrnych dzbanów nalewała mleko i inne napoje.
Po skończonej wieczerzy ksiądz chciał się pożegnać.
Halfvor Halfvorson odprowadził go sam wraz z dwoma parobkami; odgarniali śnieg na ciężkich miejscach, podpierali sanie gdy miały się wywrócić i nie opuścili go, aż dojechał do plebanii.
Teraz ksiądz stał już bezpiecznie na terasie swego domu. I myślał sobie, jak to pięknie spotkać się ze starymi przyjaciółmi, i żegnał się serdecznie z Halfvorem. Chłop stał jednak i szukał czegoś w kieszeni.
Nakoniec wyjął złożony papier.
Czy mógłby to teraz już wręczyć księdzu proboszczowi? zapytał. Jest to ogłoszenie, które ma być zwiastowane jutro po kazaniu. Gdyby ksiądz proboszcz był tak łaskaw i przyjął je teraz, nie potrzebowałby jutro posyłać osobnego posłańca do kościoła.
Gdy ksiądz był już w swej izbie i zaświecił światło, rozłożył papier i czytał:
„Z powodu wyjazdu właściciela do Jerozolimy dwór ingmarowski będzie sprzedany na licytacyi...“
Dalej już ksiądz nie czytał; wpadł w długie zamyślenie. „Tak, tak, teraz już skupia się nad naszemi głowami“, szepnął, jak gdyby mówił o burzy. „To jest to, na co od wielu lat czekałem“.




Nök Matts Erykson.



Był piękny dzień wiosenny. Wieśniak i syn jego wybrali się do wielkiego tartaku położonego w najbardziej południowej części okręgu.
Obaj mieszkali w górach na północy, musieli więc przejść przez całą wieś parafialną. Przechodzili obok wszystkich świeżo zaoranych i zasianych pól, gdzie zasiewy już zeszły, i patrzyli na te wszystkie soczysto zielone łany zboża, na te piękne łąki, na których koniczyna wnet zaczerwieni i słodkim powionie zapachem.
Przechodzili obok wielu domów, świeżo bielonych, gdzie wsadzano nowe okna lub odbudowano werandę, i obok ogrodów w których kopano i sadzono. Wszyscy ludzie, których spotykali po drodze mieli ziemię na butach i ziemię na rękach, ponieważ byli właśnie w polu lub w ogrodzie warzywnym sadzili kartofle, albo siali buraki i marchew.
Chłop nie mógł się powstrzymać, aby od czasu do czasu przystanąć i pytać się ludzi, jakiego gatunku kartofle posadzili, lub kiedy też posiali już owies. Gdy ujrzał cielę lub łoszaka, zastanawiał się w jakim jest wieku. I obliczał ile krów trzymają na tym lub owym dworze, i pytał się ile też wart byłby ten łoszak, gdyby tak był już zjeżdżony!
Syn starał się wciąż odciągnąć myśli ojca od tych rzeczy. „Ja myślę o tem, że ty i ja będziemy wkrótce chodzili po dolinie Saronu i pustyni Judejskiej“, mówił on.
Ojciec uśmiechnął się, twarz jego rozjaśniła się na chwilę. „Tak, pięknie to będzie kroczyć śladami Jezusa“, rzekł.
Lecz już po chwili myśli jego zaabsorbowała znowu kupa niegaszonego wapna, które obok nich przewożono. „Kto to wiezie to wapno Gabryelu? Powiadają, że wapno daje doskonałe zboże. Musimy w czasie żniwa baczyć uważnie.“
„W czasie żniwa ojcze?“ zapytał Gabryel z wyrzutem.
„Ach, wiem przecie“, rzekł chłop, że w czasie „żniwa będę przebywał w chatach Jakóba i pracował w winnicy Pańskiej“.
„Tak odrzekł syn, tak będzie. Amen, Amen.“
Przez chwilę szli milcząc dalej i patrzyli na kiełkującą dokoła wiosnę. Woda szemrała w potokach, a droga z deszczu wiosennego całkiem odmiękła. Dokąd spojrzeć, wszędzie ludzie przy pracy, która teraz musi być zrobioną i każdego mimowoli bierze ochota zabrać się także do niej i pomagać nawet, jeżeli idzie przez pola, które doń nie należą.
„No tak“, mówi chłop zamyślony, „nie przeczę że wolałbym był sprzedać mój dwór w jesieni, gdy robota będzie skończona. Ciężko to porzucić go na wiosnę, właśnie kiedy chciałoby się wszystkich sił przyłożyć do pracy.
Syn ściąga ramionami; widzi że musi pozwolić ojcu wygadać się.
„Teraz będzie trzydzieści jeden lat, że jako młody chłopak kupiłem tam w górze na północy parafii nieuprawną glebę“, rzekł chłop. „Nigdy tam łopata nie weszła w ziemię. Połowa była trzęsawiskiem a druga połowa kamieniołomem, i strasznie to wszystko wyglądało. W tym kamieniołomie tłukłem potem kamienie, tak że myślałem nieraz, że mi się krzyże połamią. Ale zdaje mi się że na trzęsawisku była jeszcze ciężka robota, zanim wszystko wydrenowałem i wysuszyłem.
„Pewnie ojcze, pracowaliście gorliwie,“ rzekł syn, „i dlatego Pan Bóg teraz myśli o was i powołuje was do ziemi świętej.“
„W pierwszym czasie — mówił dalej chłop, „mieszkałem w obejściu, które nie było lepsze od chaty węglarza; zrobione było z nieociosanych kłód a dach pokryty był mocno przydeptaną ziemią. Nie udało mi się nigdy dach ten zrobić tak gęstym aby deszcz nie padał do chaty. Najtrudniej było w nocy. A krowa i koń nie miały się lepiej odemnie. Przez całą pierwszą zimę stały w jaskini, gdzie było ciemno, jak w piwnicy.
„Ojcze — zapytał syn — dlaczego tak przywiązani jesteście do miejsca, gdzieście się tak srogo męczyli?“
„Ale musisz także myśleć o tem, jaka to radość była, gdy zbudowałem wielką stajnię dla bydła i gdy bydłostan zwiększał się z każdym rokiem, tak, że musiałem wciąż rozszerzać stajenne budynki. Gdybym teraz nie miał zamiaru sprzedać dwór, byłbym musiał dać nowy dach na stodołę. Właśnie teraz byłby czas po temu, skoro byłbym pokończył zasiewy“.
„Ojcze — rzekł syn — będziecie i w tamtym kraju robili zasiewy i trochę ziarna upadnie pod ziemię, a trochę na grunt kamienisty, a trochę na drogę i na urodzajną ziemię“.
„A stary nasz dom — mówił ojciec, — który zbudowałem po tej pierwszej chacie, byłbym w tym roku chętnie zwalił i wystawił sobie piękny dwupiętrowy dom. Cóż teraz zrobię z tem drzewem budulcowem, któreśmy w zimie pozwozili? Była to ciężka robota, to zwożenie drzewa, i konie strudziły się przytem i my również.
Syn zaczął się niepokoić; miał takie uczucie jak gdyby ojciec miał mu się wywinąć, i obawiał się, że stary może nie znajduje się w należytem usposobieniu aby iść i poświęcić cały swój majątek.
„Tak — rzekł syn, — ale czem jest nowy dom i nowa stajnia w porównaniu z nowem czystem życiem wśród ludzi równych przekonań?“
„Alleluja!“ zawołał ojciec, „o tak, wiem przecie, że spotkał nas pięknym los. I właśnie idę do młyna aby sprzedać moją posiadłość towarzystwu akcyjnemu. Gdy będę powracał tą drogą będzie już po wszystkiemu; nie będę już niczego miał na własność.“
Syn nie odrzekł nic na te słowa; uspokoił się gdy słyszał, że ojciec tak mówił. Wkrótce potem przechodzili obok dworu, który leżał na pięknem wzgórzu. W dworze tym był pięknie pobielony dom z altaną i werandą a dokoła rosły wysokie topole, których piękne szarawo-białe pnie pełne były odżywczych soków.
„Patrz — rzekł chłop — ot tak chętnie bym urządził był u siebie. Właśnie] taką werandę i altankę z licznemi rzeźbami. I taką samą zieloną terasę z cienką, gęstą trawą Czy to nie byłoby pięknie Gabryelu?“
Syn nie odpowiada, a chłop czuje, że nie chce już słyszeć tego ciągłego gadania o dworze. Milczy więc także, ale myśli jego są bezustannie w własnej zagrodzie. Myśli o tem, jak się będą miały konie i w ogóle cały dwór za nowego właściciela. „Ach — myśli sobie — pewnie bardzo to głupio z mojej strony, że sprzedaję go Towarzystwu akcyjnemu. Oni przecie nie zrobią tu nic innego, tylko pościnają drzewa, wyrąbią cały las a dwór podupadnie zupełnie. I będą tu znów trzęsawiska, a lasek brzozowy rozrośnie się i zabiorze pola“.
Teraz obaj doszli do młyna i tu znów stary rozglądał się ciekawie. Widział tu pługi i brony nowej konstrukcyi i przyszło mu na myśl, że dawno już pragnął sprawić sobie kosiarkę. Spoglądnął z pod oka na Gabryela, który był pięknym młodzieńcem i wyobrażał sobie, jakby to on siedząc na pięknej czerwonej maszynie, trzaskał z bicza i ścielił sobie pod stopy wysokie zboże i wyglądał jak pełen siły bohater pokonywujący wrogów.
A gdy już stał w kantorze, wciąż jeszcze zdawało mu się, że turkot maszyny dźwięczy mu w uszach. I słyszy lekkie padanie trawy i słyszy cichy świergot i pisk spłoszonego ptactwa.
A w kantorze kontrakt sprzedaży jest już zupełnie wygotowany. Układy skończone, cena oznaczona, brakuje jeszcze tylko podpisu.
Przeczytują mu kontrakt. Słyszy, że wyliczają cały jego majątek, tyle morgów lasu, tyle roli i łąk, tyle narzędzi gospodarskich, i tyle a tyle sztuk bydła, które musi oddać kupującym. Rysy jego kamienieją. „Nie, mówi w duchu do siebie, nie, to się nigdy nie stanie“.
Gdy wszystko przeczytano, i właśnie chłop miał wstać i powiedzieć, że przecie nie może się zdecydować do sprzedaży, syn jego pochylił się nad nim i szepnął mu do ucha: „Ojcze, dwór, albo ja. Cokolwiek byście uczynili, ja w każdym razie wyjeżdżam“.
Chłop był tak zaabsorbowany myślą o swym dworze, że nie przyszło mu wcale na myśl, iż syn jego mógłby wyjechać bez niego! A więc tak, syn w każdym razie wyjedzie. „Wydaje mu się to, co prawda niezrozumiałem — co do niego, to z pewnością nie wyjechałby, gdyby syn został.
Ale to rzecz jasna, że musi wyjechać wraz z synem.
Przystępuje do biurka, gdzie kontrakt czeka jego podpisu. Inspektor fabryki wsunął mu pióro między palce i wskazuje na papier. „Tu mówi — tu musicie podpisać: Hök Matt Erykson“.
Stary bierze pióro, a równocześnie przypomina sobie dokładnie, jak przed trzydziestu i jeden laty podpisał również kontrakt, na mocy którego nabył kawał nieurodzajnej gleby.
Przypomina sobie, że podpisawszy kontrakt, poszedł obejrzeć swoją własność. I wtedy powiedział sobie: „Patrz, co ci Pan Bóg dał; tu będziesz miał robotę na całe życie“.
Inspektor fabryczny sądzi, iż chłop waha się, ponieważ nie jest pewnym, gdzie ma podpisać swoje imię i wskazuje powtórnie na papier, mówiąc: „Tu musicie podpisać. Napiszcie tu wasze imię: Hök Matts Erykson“.
Hök Matts Erykson zaczyna pisać. „To imię“ myśli przytem — piszę dla mojej wiary i dla mego zbawienia, dla moich miłych przyjaciół Hellgumczyków i dla naszego drogiego nam współżycia, ażebym nie pozostał tu samotnym, gdy wszyscy wyjadą“.
I podpisuje swoje pierwsze imię.
„A to drugie — myśli dalej — to drugie piszę dla mego syna Gabryela, ażebym nie stracił tak dobrego i wiernego syna, i dlatego, że był tyle razy dobrym dla swego starego ojca, i aby mu pokazać, że on jest przecie dla mnie najdroższym na świecie“. I podpisał drugie swe imię.
„A to trzecie“ — myśli znów, nasadzając pióro na nowo. „Dlaczego właśnie mam pisać to trzecie?“. I w tej chwili ręka jego porusza się jakby wbrew jego woli i robi grube kreski w poprzek i wzdłuż po całym przeklętym papierze.
„Tak, to robię dlatego, ponieważ jestem starym człowiekiem, który musi do końca życia obrabiać ziemię i musi tam, gdzie pracował przez całe swe życie orać i siać — dalej“.
Hök Matts Erykson wygląda okropnie zakłopotany, gdy zwracając się do ispektora pokazuje mu papier.
„Pan Inspektor wybaczy, było wprawdzie moim zamiarem sprzedać mój majątek ale, jednak — nie mogłem tego uczynić“.




Licytacya.



W maju dwór ingmarowski wystawiony był na licytacyę. O Boże! jakiż to piękny dzień był, prawdziwie letni dzień! Parobcy pozdejmowali długie białe kożuchy i zostali w krótkich kurtkach, a kobiety miały już białe krochmalne rękawy swych letnich kostjumów.
Żona nauczyciela wybrała się na licytacyę. Gertruda nie chciała iść, a Storm musiał zostać w domu, bo była szkoła. Gdy matka Stina odchodziła, otworzyła drzwi od izby szkolnej i skinęła mężowi na pożegnanie. Opowiadał on właśnie dzieciom o upadku Niniwy i miał przytem minę tak ponurą, że biedne dzieci były ciałkiem zatrwożone.
W drodze do dworu ingmarowskiego matka Stina zatrzymywała się wciąż, gdy spotkała kwitnący krzak głogu albo mały pagórek porosły pachnącą konwalią. „Czy można coś piękniejszego spotkać, chociażby nawet w Jerozolimie? myślała.
Matka Stina myślała to samo, co niejeden we wsi; odtąd Hellgumczycy wieś swą przezwali Sodomą i chcieli ją opuścić, dla nich ta wieś ojczysta stała się jeszcze milszą niż przedtem.
Rwała kwiaty po drodze i spoglądała na nie z czułością. „Gdybyśmy byli tak źli, jak oni mówią, byłoby dla Pana Boga rzeczą łatwą zniszczyć nas. Niechajby tylko kazał potrwać zimie i ziemię zostawił dłużej śniegiem pokrytą. Ale że Pan zesłał nam znowu ciepło i wiosnę, więc sądzę, że przecie jesteśmy godni życia“.
Gdy matka Stina przybyła na dwór Ingmarowski, zatrzymała się i obejrzała się trwożliwie. „Może lepiej będzie gdy się wrócę; nie mogę patrzyć na to, że ten stary dobry dom ma być tak rozkawałkowany“.
Ale w rzeczywistości była przecie zanadto ciekawa dowiedzieć się, co się stanie z dworem, ażeby mogła wrócić.
Skoro tylko ogłoszono, ze dwór ma być sprzedany, Ingmar próbował nabyć go. Ale posiadał on zaledwie 6000 koron, a Halfvorowi ofiarowało wielkie Towarzystwo akcyjne, które było właścicielem tartaku w Bergsan dwadzieścia pięć tysięcy za dwór. Udało się wprawdzie Ingmarowi zebrać pieniądze, tak iż mógł ofiarować tę samę sumę, ale Towarzystwo akcyjne podniosło swą ofertę na trzydzieści tysięcy, a tak wielkiego długu Ingmar nie mógł przyjmować na siebie.
Smutną tylko rzeczą było, że nie tylko dwór był po wieczne czasy dla rodziny stracony, bo wielkie Towarzystwo akcyjne nie odsprzedawało nigdy co nabyło, ale nadto, Towarzystwo nie oddałoby zapewne Ingmarowi w dzierżawę tartaku w Langfors, a tem samem Ingmar byłby zupełnie pozbawiony chleba.
W takim razie nie mógł ani myśleć o tem, aby w jesieni ożenić się z Gertrudą, jak to zamierzał był uczynić. Był może nawet zmuszony opuścić okolicę, aby szukać zarobku.
Matka Stina w duszy nie była dobrze usposobioną dla Halfvora i Kariny, gdy o tem wszystkiem myślała. „Mam nadzieję“, myślała sobie, że Karina nie przystąpi do mnie i nie zechce mówić ze mną, bo wtedy nie mogłabym się wstrzymać powiedzieć jej, jak źle postępuje wobec Ingmara. Nie mogłabym powstrzymać się przypomnieć jej, że właściwie z jej to winy Ingmar nie jest już od dawna w posiadaniu dworu.
Słyszałam wprawdzie, że oni potrzebują teraz strasznie dużo pieniędzy do podróży, ale jest to przecie bardzo dziwne, że Karina może zdobyć się na to, aby ten stary rodzinny majątek sprzedać Towarzystwu akcyjnemu, które tylko las wyrąbie a gospodarstwo zniszczy“.
Oprócz Towarzystwa akcyjnego był jeszcze jeden amator na dwór, mianowicie bogaty Przełożony gminny Berger Sven Person. I w nim matka Stina pokładała nadzieję, bo Sven Person był szlachetnym człowiekiem i z pewnością nie zabrałby Ingmarowi tartaku.
„Sven Person pewnie pamięta o tem, że kiedyś tu na dworze był biednym pastuchem“, myślała matka Stina, „i że Ingmar Wielki podał mu rękę pomocną, ażeby mógł dojść do czegoś“.
Ludzie przychodzący na licytacyę po większej części nie wchodzili do domu, lecz zostawali na podwórzu. Zona nauczyciela uczyniła to samo, usiadła na kupie desek i rozglądała się, jak to robią ci, którzy wiedzą, że jakieś miłe miejsce oglądają po raz ostatni.
Z trzech stron dwór był otoczony budynkami gospodarskimi, a wśrodku stała mała spiżarnia na palach. Z wszystkich tych budynków żadne nie wyglądało właściwie staro, z wyjątkiem tej małej budowli z rzeźbionemi listwami dokoła dachu, przed wejściem do domu mieszkalnego, i jeszcze druga starsza fasada z grubemi kręconemi słupami przed bramą browaru.
Matka Stina myślała o tych wszystkich Ingmarsonach, których stopy wydeptały to podwórze. Zdawało jej się, że widzi ich wracających z roboty i wchodzących na podwórze, same wielkie trochę wprzód pochylone postacie, które zawsze bały się, aby nie były natrętne, lub nie zajmowały lepszego miejsca, niż im się sprawiedliwie należało.
Myślała o tej pilności i tej uczciwości, która zawsze tu we dworze panowała. „Nie, coś takiego nie powinno być dozwolonem“, myślała odnośnie do licytacyi „Król powinien tu wkroczyć“.
Matka Stina odczuwała to boleśniej, niż gdyby szło o własny jej dom.
Licytacya jeszcze się nie rozpoczęła, ale zeszło się już mnóstwo ludzi. Jedni weszli do stajni, aby obejrzeć bydło i sprzęty gospodarskie, inni zostali na podwórzu i oglądali wozy robocze i pługi, łopaty i siekiery, które były tu zebrane i nagromadzone.
Ile razy matka Stina widziała wieśniaczki wychodzące ze stajni, myślała sobie: „Patrzajcie matka Inga i matka Gusta wybrały sobie krowy. Będziecie się potem tem chwaliły, że posiadacie krowy starej rasy z ingmarowskiego dworu“.
Uśmiechnęła się trochę ironicznie, gdy ujrzała piekarza Nilsa, który oglądał pług.
Piekarz Nils będzie myślał, że jest już wielkim gospodarzem, jeżeli będzie orał pługiem, którego używał sam Ingmar Wielki“, szepnęła do siebie.
Zwolna gromadziło się coraz więcej ludzi dokoła rzeczy, które miały być sprzedane. Ze zdziwieniem oglądali te przedmioty, z których kilka było tak starych, że nikt nie wiedział już do czego właściwie służyły. A niektórzy z ludzi stojących dokoła byli nawet tak niegrzeczni i zuchwali, że wyśmiewali się z starych sani. Były między niemi odwiecznie stare, pomalowane cudownie na czerwono i złoto, a należna do tego uprząż przyswojona była wełnianemi, pstremi kutasami i białemi ślimakami.
I znów zdawało się matce Stinie, że widziała, jak starzy Ingmarsonowie nadjeżdżali powoli temi staremi saniami. Powracali z zabawy, albo wracali z wesela, wioząc młodą małżonkę. „Ilu to dobrych ludzi wyjeżdża ze wsi teraz“, pomyślała.
Matka Stina miała takie uczucie, jak gdyby wszyscy przodkowie jeszcze po dziś dzień mieszkali we dworze, gdzie teraz cały ich dobytek i wszystkie ich wozy miały się rozejść na cztery wiatry.
„Chciałabym wiedzieć, gdzie jest Ingmar, i co odczuwa teraz“, myślała. „Jeżeli mnie jest już tak ciężko, o ileż ciężej musi być jemu na sercu“.
Dzień był tak piękny, że komisarz zaproponował, ażeby wszystko, co z ruchomości miało być sprzedane wyniesiono na podwórze, ażeby w pokojach nie było ścisku. Parobcy i dziewki wynosili więc skrzynie i szafy, pomalowane w tulipany i róże. Wiele z nich stało od kilku stuleci w garderobie, w niezamaconym pokoju. Wynoszono także srebrne imbryki i konwy, starożytne miedziane kociołki, kołowroty i maszyny do kremplowania i wszelkiego rodzaju przybory tkackie.
Dokoła tych wszystkich przedmiotów gromadziły się włościanki, oglądały je z zajęciem i podnosiły je do góry.
Matka Stina nie miała zamiaru kupowania czegoś, ale przyszło jej na myśl, że na dworze ingmarowskim miał być warsztat tkacki, na którym można było utkać najcieńszą nitkę, zbliżyła się więc, aby go obejrzeć. Ale właśnie, gdy matka Stina zbliżyła się, jedna ze sług przywlokła, dwa potężne folianty biblii. Były tak ciężkie w swych oprawach ze skóry i obiciach mosiężnych, że dziewczyna zaledwie zdołała je udźwignąć.
Matka Stina była całkiem przerażona, zdawało jej się, że dostała policzek w twarz i powróciła na dawne swe miejsce. Wiedziała wprawdzie, że teraz nikt już nie czytał tych biblii z przestarzałą pisownią, ale wydawało jej się to przecie bardzo dziwnem, że Karina chciała je sprzedać.
Może była to właśnie biblia, którą czytała babka Kariny, gdy jej przyniesiono wiadomość, że mąż jej został zabity przez niedźwiedzie.
Matka Stina przywodziła sobie na pamięć wszystko co kiedykolwiek słyszała o starych Ingmarsonach. Każdy przedmiot, który tu widziała opowiadał jej coś szczególnego.
Te srebrne sprzączki, które tam na stole leżały, zabrał czarownikowi na Klakbergu jeden z Ingmarów Ingmarsonów.
Tam w tej karecie starej, jechał zawsze do kościoła stary Ingmar Ingmarson, który żył jeszcze za młodych lat matki Stiny. A ilekroć przejeżdżał drogą do kościoła obok niej i matki jej, matka kładła jej rękę na ramieniu i mówiła: „Ukłoń się Stino, bo oto jedzie Ingmar Ingmarson“.
Dziwiła się swego czasu, dlaczego matka nigdy nie zapominała upomnieć ją, aby się ukłoniła przed Ingmarem Ingmarsonem, zwłaszcza, że stara kobieta nie zważała tak bardzo na to, jeżeli przejeżdżał burmistrz albo sędzia.
W końcu dowiedziała się w owym czasie, kiedy matka jej była jeszcze małą dziewczynką i sama szła z swoją matką do kościoła, i ta już kładła jej zawsze rękę na ramieniu i mówiła: „Ukłoń, się bo jedzie Ingmar Ingmarson“.
„Świadczę się Bogiem“ — westchnęła matka Stina, „że nie dlatego tak mi przykro, że się to wszystko rozleci, ponieważ spodziewałam się, że będzie tu kiedyś rządziła Gertruda, lecz dlatego, że mi się zdaje, jakoby cała wieś miała równocześnie zginąć“.
W tej chwili przyjechał ksiądz. Był poważny i przygnębiony. Wszedł szybko do domu, a matka Stina odgadła, że przyszedł, ażeby w obec Halfvora i Kariny przemawiać za interesem Ingmara.
Wkrótce nadjechał także inspektor tartaku w Bergsan, jako zastępca Towarzystwa akcyjnego a równocześnie i przełożony gminy Berger Sven Person. Inspektor wszedł szybko de domu, ale Berger Sven Person przechadzał się jeszcze po podwórzu i oglądał porozstawiane tam przedmioty. Gdy przechodził obok starego człowieka z długą brodą, który siedział na tej samej kupie desek, co matka Stina, zatrzymał się i rzekł:
„Nie wiesz ty, czy Ingmar Ingmarson weźmie ten budulec, który mu proponowałem?
„Odmówił wprawdzie, ale zdaje mi się, że jeszcze się namyśli!
Równocześnie staruszek mrugał oczyma i wskazywał na matkę Stinę, jak gdyby chciał przestrzedz. Svena Persona, aby rozmowa ich nie doszła do jej ucha.
„Zdaje mi się, że mógłby być zadowolony z tej oferty; takiego towaru nie mam często do rozdania i robię to tylko dla Ingmara“.
„Tak, że to dobra oferta to pewne“, rzekł stary, ale on mówi, że zaopatrzył się już w potrzebne drzewo gdzieindziej“.
„Nie zastanowił się pewnie nad tem, co wypuszcza z ręki“, rzekł Sven Person, i poszedł powolnym krokiem.
„Matka Stina nie widziała jeszcze nikogo z właścicieli dworu, ale teraz ujrzała Ingmara. Stał on opodal nieruchomie oparty o mur, z przymkniętemi prawie oczami.
Kilku z jego znajomych przystąpiło do niego aby go powitać, ale gdy się zbliżyli, namyślili się i cofnęli się.
Ingmar był jak śmierć blady, a wszyscy, co go widzieli, czuli, że walczy z przemożnym bólem i dlatego nikt nie odważył się przemówić do niego.
Ingmar stał tak spokojnie, że wielu go wcale nie zauważyło, ale czyje oczy padły na niego, ten nie mógł już potem o czem innem myśleć, a z wesołości, która zwykle panuje przy licytacyach, nie było tu ani śladu. Któż byłby zdobył się na uśmiech lub liche dowcipy, jak długo Ingmar stał tam oparty o mur swego domu rodzinnego, który wnet miał opuścić na zawsze?
Nakoniec nadeszła chwila rozpoczęcia licytacyi. Aukcyonator wylazł na krzesło i zaczęł wywoływać pług. Ingmar stał wciąż bez ruchu, nie jak człowiek, lecz raczej posąg kamienny.
„O Boże, gdyby też odszedł stąd“, myśleli ludzie. „Nie ma przecie potrzeby być obecnym przy tem nieszczęściu. Ale Ingmarsonowie zawsze postępują inaczej, niż inni ludzie.
W tem po raz pierwszy usłyszano uderzenie młotka. I widzieli, że Ingmar wstrząsł się, jak gdyby młot weń ugodził. Ale natychmiast znów stał nieruchomo, tylko, że przy każdem uderzeniu młotka przechodziło drżenie po jego ciele.
Dwie wieśniaczki przechodzące obok matki Stiny, mówiły właśnie o Ingmarze.
„I pomyśl sobie, gdyby był chciał ożenić się z córką bogatego gospodarza, byłby miał dość pieniędzy, aby kupić dwór, ale on chce się żenić z Gertrudą Storm“, mówiła jedna z nich.
„Bogaty musiałby to być człowiek, któryby mu przyrzekł dwór ingmarowski w posagu, gdyby ożenił się z jego córką. „Widzisz, ludzie nie zważają na to, że jest ubogi, ponieważ pochodzi z tak dobrej rodziny“.
„Tak, nie mała to rzecz być synem Ingmara Wielkiego“.
„Byłoby to, co prawda szczęściem, gdyby Gertruda posiadała choć trochę, aby mu pomódz“, myślała matka Stina.
Powoli sprzedano narzędzia rolnicze i Aukcyonator przeniósł się na drugą stronę podwórza. Tu sprzedawano materye ręcznie tkane. Były tam ręczniki i kapy na łóżka, a aukcyonator podnosił je i pokazywał tak, iż haftowane tulipany i kolorowe przetkane brzegi widne były na całe podwórze.
Ingmar musiał widzieć, jak te tkaniny powiewały w powietrzu, gdyż z niechęcią podniósł wzrok. Przez sekundę matka Stina widziała te mdłe krwią nabiegłe oczy, patrzące na to straszliwe zniszczenie, potem na powrót spuściły się powieki.
„Nigdy jeszcze nie widziałam, ażeby ktoś tak nędznie wyglądał“; rzekła jakaś młoda wieśniaczka. „zdaje mi się, że jest umierający. I nacóż on stoi tu dla swej własnej męki!“
Matka Stina podniosła się, aby im powiedzieć, że nie wolno tak mówić, i powinny przestać, ale namyśliła się i usiadła napo wrót. „Nie trzeba mi zapominać o tem, że jestem biedna i bezsilna “, rzekła z westchnieniem.
W tem nagle uciszyło się na podwórzu, tak, że matka Stina mimowoli spojrzała. I przekonała się, że cisza nastała dlatego, ponieważ córka Ingmarów Karina wyszła z domu. Teraz okazało się wyraźnie, jak ludzie sądzili o Karinie i o jej postępowaniu, gdyż wszyscy przed nią usuwali się, gdy szła przez podwórze, nikt nie wyciągnął ręki na powitanie, lecz wszyscy stali milcząco i spoglądali na nią niechętnie.
Karina wyglądała znużona i wychudła i była jeszcze bardziej pochylona, niż zwykle. Na policzkach jej paliły się dwie czerwone plamy i wyglądała tak przygnębiona, jak w owym czasie, gdy musiała się męczyć z Eljaszem.
Karina przyszła, aby poprosić matkę Stinę do domu. „Nie wiedziałam pierwej, że jesteście tu, matko Storni“, rzekła.
Matka Stina wymawiała się, ale Karina pokonała jej opór słowami: „Pragniemy, aby teraz, gdy opuszczamy wieś, wszelka kłótnia była zapomniana“.
Gdy obie teraz szły przez podwórze, matka Stina zdobyła się na uwagę, że musi to być ciężki dzień dla Kariny.
Karina westchnęła, ale zaprzeczyła temu.
„Nie rozumię, jak możecie się zdobyć na to, aby sprzedać wszystkie te rzeczy“.
„Właśnie, to co nam najmilsze, należy przedewszystkiem ofiarować Panu“, rzekła Karina.
Ludzie sądzą, że to jest dziwne postępowanie,“ zaczęła znów mówić Stina, ale Karina przerwała jej mówiąc: „Ale i Pan Bóg uważałby to za dziwne postępowanie, gdybyśmy chcieli coś z tego, co nam dał, ukryć przed nim“.
Matka Stina ścisnęła zęby i nie mogła już przemódz się, aby coś powiedzieć. I tak więc nie wypowiedziała nic z tych zarzutów, które zamierzała zrobić Karinie. Było tyle godności rozlanej nad całą istotą Kariny, że nikt nie miał odwagi ganić ją.
Ale gdy obie kobiety wchodziły na szerokie stopnie werandy, matka Stina położyła Karinie rękę na ramieniu. „Czy widzieliście kto tam stoi Karino?“ rzekła, wskazując na Ingmara.
Karina o mało co nie upadła. Wystrzegała się jednak patrzeć w tę stronę, gdzie stał Ingmar, „Pan znajdzie już jakieś wyjście“, szepnęła „Pan znajdzie już jakieś wyjście“.
W sali nie zmieniono wiele z powodu aukcyi, bo ławy i łóżka stojące tu były przytwierdzone do ścian i nie mogły być odsunięte. Ale już miedziane naczynie nie lśniło się na półkach, a łóżka ziały pustką, bez firanek i pierzyn, a niebiesko pomalowane szafy, które przedtem były zwykle nawpół otwarte, aby goście widzieć mogli duże srebrne konwy i kubki, były teraz zamknięte, na znak, że nic już w nich nie było przechowane, coby godne było widzenia.
Wielka sala była szczelnie zapełniona. Krewni i równowiercy Halfvora i Kariny zeszli się bardzo licznie. Co chwila wprowadzano kogoś grzecznym powitaniem i zaproszono go, aby usiadł przy dużym, nakrytym stole.
Drzwi do bocznej izby były zamknięte. Tam odbywały się układy o sprzedaż dworu samego. Słychać było głośne i gwałtowne rozhowory, zwłaszcza dochodził głos księdza.
W sali natomiast było bardzo cicho, a jeżeli rozmawiano, to szeptem tylko. Wszyscy byli sercem i myślami tam w bocznej izbie, gdzie rozstrzygał się los dworu.
Matka Stina zwróciła się do Gabryela Eryksona i zapytała go: „Czy jest to zupełnie niemożliwe, ażeby Ingmar został przy dworze?“.
„Suma, którą on dać może, już dawna została przekroczona“, odrzekł Gabryel. „Powiadają, że gospodarz z Karmsund dawał trzydzieści dwa tysięcy koron, a Towarzystwo akcyjne podskoczyło na trzydzieści pięć.
„A Berger Sven Person?“ zapytała matka Stina.
„Zdaje się, że dziś nie brał jeszcze udziału w aukcyi“.
Słyszano, iż ksiądz mówił długo podniesionym głosem. Nie można było zrozumieć słów, ale tyle wiedziano, że nic nie było jeszcze rozstrzygniętem, jak długo on mówił.
W tem na chwilę wszystko ucichło, a potem słyszano głos gospodarza z Karmsund, który nie mówił zbyt głośno, ale z takim naciskiem, że nie można było nierozumieć słów jego:
„Daję trzydzieści sześć tysięcy, nie dlatego, iżbym uważał, że majątek ten wart jest tyle, ale dlatego, ponieważ nie chcę, aby dwór dostał się w ręce Towarzystwa akcyjnego“.
Zaraz potem słyszano, że ktoś uderzył pięścią o stół, a inspektor Towarzystwa akcyjnego zawołał grzmiącym głosem:
„Ja daję czterdzieści tysięcy i zdaje mi się, że większej sumy Halfvor i Karina nie będą mogli uzyskać“.
Matka Stina zbladła, powstała z krzesła i wyszła znów na podwórze. I tam wprawdzie było jej ciężko i smutno, ale tu nie mogła wprost znieść tego, aby siedzieć w dusznej izbie i przysłuchiwać się takiej licytacyi.
Tu na dworze tymczasem sprzedano już tkaniny i aukcyonator znów przeniósł się na inne miejsce. Zabierał się właśnie do wywoływania starych sreber, były wielkie srebrne dzbany i konwy wysadzane złotemi monetami i kubki z napisami z siedemnastego stulecia.
Gdy aukcyonator podniósł pierwszą srebrną konwę, Ingmar postąpił kilka kroków naprzód, jak gdyby chciał przeszkodzić sprzedaży. Ale natychmiast poskromił się i wrócił na dawne swe miejsce.
O kilka minut później jakiś stary chłop przystąpił do Ingmara, niosąc w ręku srebrną konwę, postawił ją skromnie u jego nóg i rzekł: To należy do ciebie, niechaj będzie pamiątką po tem wszystkiem, co miało do ciebie należeć“.
I znów drżenie przebiegło po ciele Ingmara. Usta jego drgały i walczył z sobą boleśnie, nie mogąc wyrzec słowa.
„Nic nie mów teraz, możesz to zrobić innym razem“, rzekł stary wieśniak. Oddalił się o parę kroków, ale potem zbliżył się powtórnie. „Słyszę, ludzie mówią, że byłbyś mógł objąć dwór, gdybyś był chciał. To byłoby największą usługą, jaką mógłbyś oddać całej wsi“.
Na ingmarowskim dworze było wiele starych ludzi, którzy przez całe życie służyli we dworze, a teraz mieli tu chleb łaskawy. Ci byli w większym jeszcze strachu, niż inni, bo bali się, że gdy dwór przejdzie do innego właściciela, będą wygnani ze swej siedziby i skazani iść w świat o torbie żebraczej. I cokolwiek by ich spotkać mogło, tego byli pewni, że tak dobrze nie będzie im nigdzie, jak u dawnego swego państwa.
Ci biedni staruszkowie błąkali się przez cały dzień po podwórzu, nie mogąc znaleźć spokoju ze strachu. Serce bolało patrzeć na tych pochylających się od starości i nieśmiałych ludzi, jak snuli się z trwożnym wyrazem w nawpół ociemniałych, łzawych oczach.
Nakoniec jakiś, już prawie stuletni staruszek, wpadł na pomysł zbliżyć się do Ingmara i usiąść u stóp jego na ziemi. Zdawało mu się, że to jest jedyne miejsce, gdzie może znaleść spokój i oparłszy stare drżące ręce o swe szczudło, siedział spokojnie.
Gdy stara Liza i Marta Lagard ujrzały, gdzie sobie usiadł Korp Bengt, przywlokły się i one i usiadły u stóp Ingmara. Nie rzekły ani słowa, ale miały jakieś niejasne wyobrażenie o tem, że on może być dla nich podporą, ponieważ jest teraz Ingmarem Ingmarsonem.
Od chwili, gdy staruszkowie zgromadzili się dokoła niego. Ingmar nie miał już oczu przymkniętych, lecz spoglądał na nich. Zdawało mu się, że liczył wszystkie lata i wszystkie troski co przeszły nad ich głowami w czasie, gdy służyli jego rodzinie. I myślał o tem, że jest to jego pierwszym obowiązkiem starać się o to. ażeby mogli umrzeć w swem starem gnieździe.
Rozglądał się, szukając oczyma, aż wzrok jego padł na Ingmara Silnego, na którego też skinął znacząco.
Nie mówiąc słowa, Ingmar Silny skierował się ku domowi i przeszedłszy salę wszedł do bocznej izby. Tu stanął u drzwi i czekał na odpowiednią chwilę, aby wystąpić ze swoją sprawą.
Gdy wszedł Ingmar Silny, ksiądz stał w środku pokoju i mówił coś z wielkiem przejęciem do Halfvora i Kariny, którzy siedzieli sztywni i nieruchomi, jak z kamienia. Inspektor z tartaku siedział przy stole; wyglądał zupełnie pewnym siebie, wiedział przecie, że istotnie miał możność przetrzymania wszystkich. Gospodarz z Karmsund stał przy oknie: był ogromnie wzburzony, pot kroplami występował mu na czoło a ręce jego drżały. Berger Sven Person siedział na kanapie w najdalszym kącie izby; jego wielka, wyrazista twarz nie zdradzała ani śladu wzruszenia. Miał ręce złożone na brzuchu, i zdawało się, jak gdyby nie myślał o czem innem, tylko o bawieniu się wielkiemi palcami, które możliwie szybko obracał dokoła siebie.
Teraz ksiądz przestał mówić, Halfvor spojrzał na Karinę, pytając niejako a radę. Ale ona siedziała nieruchomie i patrzyła w dół.
„Karina i ja zmuszeni jesteśmy myśleć o tem, że wyjeżdżamy do dalekich krajów“, rzekł Halfvor, „i że my, wraz z braćmi naszymi musimy żyć z tych pieniędzy, które otrzymamy za dwór. Dowiedzieliśmy się, że sama podróż do Jerozolimy kosztuje 15 tysięcy koron, a tam musimy przecie wynająć dom i starać się o odzież i żywność“!
„Czy to nie krzywda żądać, ażeby Halfvor i Karina sprzedali dwór za byle co, byle tylko nie dostał się Towarzystwu akcyjnemu?“, rzekł inspektor. „Zdaje mi się, że powinniście jak najrychlej zgodzić się na moją ofertę, chociażby tylko, aby uwolnić się raz od tego gadania“.
„Tak, rzekła Karina, najlepiej będzie, jeżeli zgodzimy się na najwyższą ofertę“.
Ale ksiądz nie dał się tak łatwo zbić z tropu. Tam, gdzie szło o rzeczy świeckie, umiał on dobrze dobierać słowa; wtedy był innym człowiekiem, niż na kazalnicy.
„Ależ tyle chyba macie przywiązania do starego waszego dworu, że chętniej sprzedacie go komuś, co go będzie w dobrym stanie utrzymywał, chociażbyście mieli dostać o parę tysięcy koron mniej?“, rzekł.
I ze względu na to, że Karina była obecną i słuchała, zaczął opowiadać o jednym i o drugim dworze, które podupadły zupełnie, gdy dostały się w ręce Towarzystwa akcyjnego.
Karina podniosła wzrok kilkakrotnie, gdy mówił i czuł on, że teraz nareszcie udało mu się zrobić na nią wrażenie. Musiało tam przecie zostać się w niej cośkolwiek z dawnej gospodyni, myślał, opowiadając o zagłodzonem bydle i podupadłych budynkach.
Nareszcie zakończył słowami:
„Wiem dobrze, że Towarzystwo akcyjne może przegłosować chłopów, jeżeli koniecznie zechce, i że nikt nie może się z nim mierzyć. Ale jeżeli Karinie i Halfvorowi zależy na tem, aby ten stary dwór nie przeszedł do Towarzystwa akcyjnego, niechaj oznaczą pewną cenę, ażeby chłopi wiedzieli czego się mają trzymać!“
Skoro ksiądz skończył, Halfvor spojrzał niespokojnie na Karinę: ona zaś spuściła zwolna ociężałe powieki i rzekła: „Zdaje mi się, że oboje z Halfvorem zgadzamy się co do tego, że lepiej sprzedać dwór jednemu z naszych, abyśmy mieli pewność, że wszystko tu zostanie, jak było“.
„Tak, gdyby ktoś oprócz Towarzystwa akcyjnego dał także czterdzieści tysięcy, zadowolilibyśmy się tą sumą“, rzekł Halfvor, zrozumiawszy już wolę swej żony.
Usłyszawszy te słowa Ingmar Silny długiemi krokami przeszedł izbę, przystąpił prosto do Bergera Sven Person i szepnął mu do ucha kilka słów.
Przełożony gminy podniósł się szybko i zbliżył się do Halfvora mówiąc: „Ponieważ Halfvor przyrzekł, że zadowoli się czterdziestoma tysiącami, daję więc tę sumę za dwór“.
Przez twarz Halfvora przeszło drganie. Musiał kilka razy odchrząknąć zanim zdołał odpowiedzieć. „Dziękujemy panu przełożonemu gminy“, rzekł, podając rękę. „Cieszę się, że dwór przejdzie w tak dobre ręce“.
I Karina z Sven Personem zamienili uścisk dłoni; była bardzo wzruszona i otarła sobie łzę z oczu.
„Możecie być zupełni pewni, że tu wszystko zostanie po dawnemu“, rzekł przełożony gminy.
Karina zapytała, czy sam zamieszka we dworze.
„Nie“, odrzekł, i dodał z naciskiem: „W lecie wydaję za mąż moją najmłodszą córkę i jej to i przyszłemu jej mężowi oddam dwór“.
Potem zwrócił się do księdza dziękując mu: „Teraz będzie wszystko tak, jak ksiądz sobie życzył“, rzekł. „Któżby był pomyślał wówczas, kiedy biegałem tu po dworze, jako mały pastuszek, że kiedyś będę wstanie przeprowadzić to, ażeby znowu Ingmar Ingmarson zapanował we dworze ingmarowskim.
Ksiądz i inni obecni wpatrzyli się w mówiącego, nie rozumiejąc zrazu, co myśli, ale Karina pospiesznie wyszła z izby.
Przechodząc przez salę, wyprostowała się, poprawiła chustkę na głowie i wygładziła fałdy fartuszka.
Potem uroczyście i z wielką godnością przeszła przez podwórze. Trzymała się bardzo prosto, tylko oczy miała spuszczone, i szła tak powoli, że ledwie znać było, iż się poruszała.
W ten sposób doszła do Ingmara i podała mu rękę.
„Życzę ci szczęścia Ingmarze“, rzekła, a głos jej drżał z radości. „Staliśmy w tej sprawie twardo na przeciwnych sobie stanowiskach, ale skoro już Bóg nie raczył dozwolić, ażebyś się do nas przyłączył, to dzięki mu za to, że będziesz teraz panem ingmarowskiego^ dworu“.
Ingmar nic nie odpowiedział, a ręka jego leżała, jak martwa w ręku Kariny. A gdy ją Karina wypuściła stał Ingmar wciąż tak zasmucony, jak od początku tego dnia.
Wszyscy mężczyźni, którzy byli obecni przy rozstrzygnięciu sprawy, przystąpili teraz do Ingmara, ściskali go za ręce i mówili: „Szczęść Boże Ingmarze Ingmarsonie na ingmarowskim dworze!“
Wtedy lekki promyk radosny przemknął po twarzy Ingmara. Szepnął z cicha do siebie: „Ingmar Ingmarson na ingmarowskim dworze!“ i wyglądał przy tem. jak dziecko, które nareszcie otrzymało rzecz, za którą długo tęskniło.
Ale już w następnej chwili twarz jego przybrała inny wyraz, jak gdyby chciał z niewymownym wstrętem i obrzydzeniem odtrącić to szczęście od siebie.
W mgnieniu oka wiadomość rozeszła się po całym dworze. Ludzie pytali się i rozmawiali głośno między sobą. Wielu odczuwało tak serdeczną radość, że łzy stawały im w oczach.
Nikt nie troszczył się już o wywoływanie aukcyonatora, leczy wszyscy biedni i bogaci, znajomi i nieznajomi cisnęli się dokoła Ingmara.
Gdy Ingmar widział się otoczonym tylu ludźmi, podniósł oczy i wzrok jego padł na matkę Stinę, która stała w oddaleniu i spoglądała na niego. Była bardzo blada i wyglądała nędznie i staro. Gdy spotkał ją wzrok Ingmara odwróciła się i skierowała się do swego domu.
Ingmar wyrwał się od wszystkich i pospieszył za nią.
Pochylił się nad nią i rzekł głosom ochrypłym, podczas gdy równocześnie każdy rys jego twarzy drgał z bolu:
„Idźcie do Gertrudy matko Stino i powiedzcie jej, że sprzedałem się za dwór ingmarowski. Powiedzcie jej, ażeby już nigdy nie myślała o tak nieszczęsnym, jak ja człowieku.




Gertruda.



Z Gertrudą stało się coś dziwnego, coś, czego nie mogła opanować ani odeprzeć od siebie, coś co się bezustannie zwiększało i odbierało jej wszelką wolę.
Rozpoczęło się to z chwilą, gdy się dowiedziała, że Ingmar ją porzucił, a była to ogromna obawa przed widzeniem się z nim, obawa, że mogłaby go spotkać nagle na ulicy, lub w kościele, lub gdziekolwiekbądź. Dlaczego to byłoby tak strasznem, nie umiała powiedzieć, ale czuła, że było to coś, czego znieśćby nie mogła.
Najchętniej byłaby się zamknęła w domu przez dzień i noc, aby była pewną, że go nie spotka, ale to było niemożliwem, dla tak ubogiej dziewczyny, jak Gertruda. Musiała pracować w ogrodzie, była zmuszona odbyć kilka razy dziennie długą drogę na pastwisko, aby wydoić krowy, a często musiała biedź do sklepu po cukier, mąkę i inne rzeczy potrzebne w gospodarstwie.
Kiedy wychodziła na ulicę, zasuwała chusteczkę nad twarzą, nie podnosiła nigdy oczu z ziemi i uciekała, jak gdyby upiory za nią goniły. O ile mogła unikała gościńca i szła wązkiemi ścieżkami wzdłuż rowów lub pomiędzy rolami, gdzie sądziła, iż będzie zupełnie bezpieczną przed spotkaniem się z Ingmarem.
Ale mimoto żyła w ciągłej trwodze. Mógł przecie znaleść się wszędzie. Gdy wiosłowała po rzece, mógł właśnie spławiać tam swoje drzewo, a gdy poszła w las, mogła spotkać go idącego z siekierą do roboty.
Gdy klęczała w ogrodzie i wyrywała chwast, podnosiła co chwilę głowę, aby w sam czas móc uciekać, na wypadek, gdyby miał tędy przechodzić.
Myślała z goryczą o tem, że u niej w domu jest on zbyt dobrze znany. Pies nie zaszczekał by, gdyby nadszedł, a gołębie dreptające po żwirze nie uleciałyby przed nim i nie ostrzegłyby jej szelestem swych skrzydeł.
I trwoga jej nie tylko nie malała, lecz z każdym dniem rosła jeszcze. Cały jej ból i cała jej krzywda zamieniła się w trwogę i lęk, i z każdym dniem zmniejszała się jej siła odporna.
„Nadejdzie dzień, kiedy nie stanie mi odwagi, aby wyjść przed drzwi domu“, myślała, „Staję się coraz dziwniejszą i boję się wprost ludzi, a może nawet tracę rozum“.
„O Hoże, o Boże! błagała Gertruda. „Weź ode mnie tę straszną trwogę! Widzę, że matka i ojciec uważają mnie już za oszalałą. O Boże mój pomóż mi!“
I właśnie kiedy trwoga doszła kulminacyjnego punktu u Gertrudy, zdarzyło się pewnej nocy, że miała ona dziwny sen.
Śniło jej się, że idzie w południe z wiadrem na pastwisko, aby wydoić krowy. Bydło pasło się na łące oparkanionej daleko w lesie i szła wązkiemi ścieżkami, wzdłuż rowów i pomiędzy polami. Czuła że z trudem chodzi, była tak zmęczona i osłabiona, że ledwie mogła ruszać nogami. „Co mi jest?“ pytała się we śnie. I odpowiedziała sama sobie: „Jesteś znużona, bo wleczesz taki ból z sobą.“
Nakoniec zdawało jej się, że doszła do pastwiska. Ale gdy przyszła na oparkanioną łąkę, nie widziała nigdzie bydła. Przestraszyła się bardzo i szukała zwierząt w krzewach i nad strumykiem i w lasku brzozowym.
Idąc tak odkryła otwór w płocie, który prowadził do lasu. Czuła się wówczas bezgranicznie nieszczęśliwą. „Ach, taka jestem zmęczona!“ łkała, a teraz muszę jeszcze biedź w las szukać za krowami“!
Mimoto poszła w las i torowała sobie z trudem drogę przez olbrzymie jodły i kłujące krzewy jałowcowe.
Ale już po krótkiej chwili znalazła się na równej miłej ścieżce leśnej, nie wiedząc sama jak tam doszła. Ścieżka była miękka i trochę ślizka, z powodu brunatnych szpilek jodłowych, któremi była pokryta; jodły sterczały prosto i niebotycznie z obu stron a promienie słoneczne igrały na żółtym mchu pod drzewami. Było tak pięknie i przyjemnie, że trwoga jej zmniejszyła się cokolwiek.
Gdy tak szła ścieżką, ujrzała nagle starą i zgarbioną kobietę, przesuwającą się między drzewami. Była to stara „leśna Marta“, która znała się na czarach. „Straszna to rzecz, że ta stara, złośliwa baba żyje jeszcze, i że ja właśnie musiałam się z nią spotkać!“ myślała Gertruda. I szła ostrożnie dalej, ażeby stara jej nie spostrzegła.
Ale właśnie, gdy miała umykać przed nią, stara spojrzała.
„Poczekaj chwilę, pokażę ci coś!“ zawołała kobieta. I za chwilę już leśna Marta klęczała przed Gertrudą wśród drogi. Wykreśliła koło wśród szpilek jodłowych i postawiła na środek koła płytką mosiężną miskę. „Pewnie teraz ma zamiar czarować“, myślała Gertruda „więc to prawda, że jest czarownicą“.
„Spójrz do miski, a obaczysz tam coś, rzekła leśna Marta. Gertruda spojrzała w dół i drgnęła ze strachu, gdyż na dnie miski ukazała się wyraźnie twarz Ingmara. Równocześnie stara wsunęła jej długą szpilkę do ręki: „Patrz“, rzekła, weź tę szpilkę i przekłuj nią Ingmarowi oczy. Zrób to dlatego, że cię porzucił“. Gertruda zawahała się, ale poczuła dziwną ochotę uczynienia tego „Dlaczego jemu ma być tak dobrze, ma być bogatym i szczęśliwym, a ty masz znosić taki ból?“ I ogarnęła ją niepohamowana ochota posłuchać starą. Skierowała w dół szpilkę. „Uważaj abyś trafiła w sam środek“, rzekła kobieta. I Gertruda pchnęła szybko szpilkę dwa razy w oczy Ingmara. Ale gdy ją pchnęła, zauważyła, że ona weszła głęboko, jak gdyby nie natrafiła na mosiądz, lecz utkwiła w czemś miękiem, a gdy Gertruda wyjęła napo wrót szpilkę, była zakrwawiona.
Gdy Gertruda ujrzała krew na szpilce, zdawało jej się, że doprawdy przekłuła Ingmarowi oczy, i przelękła się tak swego czynu, że wydała głośny okrzyk i przebudziła się.
Gertruda wybuchła tak silnym płaczem, że trzęsła się na całem ciele, i trwało długo zanim nabrała przekonania, że wszystko było tylko snem. „Niech mnie Bóg strzeże i ochroni, ażebym nigdy nie odczuła chęci pomszczenia się na Ingmarze!“’ błagała łkając.
Lecz zaledwie się uspokoiła i usnęła, gdy ten sam sen rozpoczął się na nowo.
Raz jeszcze szła wązkiemi ścieżkami na pastwisko. I znów krowy znikły i znów poszła w las za niemi. I znów doszła do pięknej drogi i widziała promienie słoneczne igrające na mchu. Wtedy przypomniała sobie, co jej się przedtem w śnie zdarzyło i bała się strasznie, że znów spotka leśną Martę, i była uradowana, gdy jej nigdzie nie widziała.
Lecz gdy szła dalej zdawało się jej, że nagle otwierała się przed nią droga między dwoma zielonymi pagórkami. A z otworu wydobywała się naprzód głowa, a potem wygramolił się cały mały człowieczek. Wciąż mruczał on i brzęczał do siebie i Gertruda poznała po tem, kto on był.
Był to „Piotr Mrukajło“, który miał trochę pomieszano w głowie. Czasami żył we wsi, ale podczas lata mieszkał w jaskini leśnej.
Gertrudzie przyszło zaraz na myśl, co ludzie mówili, że jeżeli chce się wrogowi swemu coś złego zrobić, ale tak, aby się to nie wykryło, można użyć do tego Piotra Mrukajłę. Podejrzywano go, że już nieraz był podpalaczem z namowy innych.
We śnie Gertruda zbliżyła się do niego i zapytała niby żartem, czy chciałby podpalić dwór ingmarowski; byłaby z tego zadowoloną rzekła, ponieważ Ingmar kocha dwór bardziej niż ją. We śnie zdawało się jej rzeczą bardzo wesołą, że prosiła o to tego nawpół szalonego człowieka.
Ale, jakże się przestraszyła, gdy szaleniec natychmiast zgodził się na jej propozycyę. Kiwał do niej głową i natychmiast wybrał się do wsi. Pobiegła za nim, lecz nie mogła go dopędzić. Zahaczyła się o gałązki szpilkowe, zapadała się w bagniste bajury i wyślizgiwała się na gładkich kamieniach. Nareszcie doszła do brzegu lasu, ale tu ujrzała z za drzew błyskające płomienie. „Ach, już dokonał zbrodni, podpalił już dwór!“ zawoła i znów przebudziła się z przestrachu.
Gertruda usiadła na łóżku i łzy spływały jej strugami po policzkach. Bała się już położyć i usnąć na powrót, ażeby sen nie rozpoczął się na nowo.
„O Boże, dopomóż mi! O Boże, dopomóż mi!“ łkała. „Nie wiedziałam wcale, że tyle złości jest w mojem sercu! Ale Boże, tyś świadom tego, że ani razu nie myślałam o tem, aby się zemścić na Ingmarze! O Boże, nie dopuść, aby ten grzech przyszedł na mnie!“
„Ból jest niebezpieczny!“ zawołała, załamując ręce. „Ból jest niebezpieczny! O, ból jest niebezpieczny“!
Sama nie wiedziała może jasno, co chciała przez to powiedzieć, czuła tylko, że biedne jej serce było niby ogrodem, pozbawionym wszystkich kwiatów, w którym teraz przechadzał się smutek, sadząc w nim ciernie i jadowite rośliny.
Przez całe przedpołudnie Gertruda miała uczucie, jakby jeszcze wciąż śniła. Nie była zupełnie przebudzona: sen jej był tak wyraźny, że nie mogła o nim zapomnieć.
Dreszcz ją przejmował na myśl, z jaką radością kłuła Ingmarowi oczy. „To okropne, że stałam się tak złą i mściwą“, mówiła do siebie. Nie wiem co mam zrobić, ażeby się od tego uwolnić. Ach już nie wiele brakuje, a stanę się złą i zepsutą!“
W południe Gertruda jak zwykle Wzięła wiadro i poszła doić krowy.
Jak zwykle zasunęła chustkę daleko ponad twarz i nie podnosiła oczu z ziemi. Szła temi samemi wąskiemi ścieżkami, co we śnie, i poznawała też kwiaty rosnące u skraju drogi. I w tym dziwnym półsennym stanie, w jakim była, nie mogła prawie odróżnić, co widzi istotnie, a co tylko w wyobraźni widziała.
Gdy Gertruda doszła do pastwiska, było znów tak jak w śnie, gdyż krów nigdzie nie widziała. Szukała za niemi zupełnie jak we śnie nad strumykiem, pod brzozami i w krzakach jedliny. Ale nie znalazła ich nigdzie, miała jednak uczucie, że muszą tu być, że znajdzie je wnet, skoro się tylko całkiem przebudzi.
Wkrótce odkryła dużą dziurę w płocie i odgadła, że bydło tędy wybiegło.
Gertruda szukała więc dalej za krowami. Szła głębokiemi śladami, które kopyta zostawiły w miękkiej ziemi leśnej, i odkryła wnet, że znajdowała się po drodze do odległej jurty pastuszej.
„Ach, wiem już, gdzie się podziały!“ zawołała Gertruda. Ludzie z Likhofu pognali dziś bydło swe w górę do jurty; a nasze krowy, skoro usłyszały dzwonienie dzwonków, wyłamały sobie tu drogę i pobiegły w las za niemi“.
Niepokój na chwilę wyrwał dziewczynę z sennego stanu. Postanowiła wyjść na górę i zabrać krowy, inaczej bowiem nie można było wiedzieć, kiedy je pognają do domu. I szybko zaczęła wchodzić na stromą, kamienistą górę.
Ale po chwili droga przestała być stromą, zrobiła ostry zwrot i była teraz równa i gładka, posypana miękkiemi szpilkami.
Gertruda poznała ją ze snu; oto te same plamy słoneczne igrały na żółtawobiałym mchu i o to te same wysokie drzewa.
Gdy Gertruda poznała drogę, wpadła znów w ten sam stan półsenny, w którym była całe przedpołudnie i oczekiwała prawie, że zdarzy jej się coś nadnaturalnego. Śledziła pomiędzy jodłami, czy nie ujrzy jakiej z tych dziwnych postaci, które prześlizgują się wśród leśnych cieni.
Nie spostrzegła jednak niczego poruszającego się między drzewami, ale w duszy jej dziwne powstały myśli: „A gdybym tak doprawdy zemściła się na Ingmarze? Może wtedy uwolnioną byłabym od tej strasznej trwogi? Może nie musiałabym wtedy oszaleć? Może sprawiłoby mi to przyjemność, gdyby Ingmar tak cierpiał, jak ja teraz cierpię!“
Piękna ścieżka jodłowa wydawała jej się nieskończenie długa. Szła już prawie godzinę i była zdziwiona, że nie stało się nic cudownego. Nakoniec droga wybiegła na równą łąkę leśną.
Było to piękne, niewielkie miejsce, porosłe świeżą soczystą trawą i mnóstwem kwiatów. Z jednej strony wznosiła się stroma ściana górska, z drugiej strony stały kwitnące kaliny między jasnozielonymi brzozami i ciemnemi jodłami. Dość szeroki i obfity potok toczył się po pochyłości, przewijał się wężykowato przez łączkę i wpadał w czeluść porosłą bujnemi krzewy i młodym lasem.
Gertruda nagle stanęła. Wiedziała teraz gdzie była. Był to tak zwany „Czarny potok“, o którym ludzie dziwne opowiadali sobie rzeczy. Często już zdarzyło się, że przechodząc przez potok ludzie nagle stawali się jasnowidzącymi i widzieli rzeczy, które działy się bardzo daleko.
Raz chłopak jeden przechodząc przez potok, widział pochód weselny, który w tym czasie właśnie daleko w północnej stronie kroczył do kościoła, węglarz zaś jeden widział króla jadącego na koronacyę swą z koroną na głowie i berłem w ręku.
Gertruda czuła, że jej serce bić przestaje w łonie. „Boże mój, bądź łaskaw dla mnie“, błagała „cokolwiekbym miała ujrzeć!“
O mało już byłaby wróciła. „Ale muszę bądź co bądź przejść, o biedna ja dziewczyna!“ skarżyła się. „Muszę koniecznie przejść, aby zabrać moje krowy!“
„O Boże!“ błagała, składając w strachu wielkim ręce do modlitwy. „Nie dopuść, abym ujrzała coś brzydkiego, lub strasznego!“
Nie wątpiła ani na chwilę o tem, że coś jej się ukaże, oczekiwała tego z taką pewnością, że ledwie odważyła się nogą dotknąć się płaskich kamieni, prowadzących przez potok.
Gdy była już w środku potoku, ujrzała, że po drugiej stronie coś się w cieniu ruszało. Nie był to jednak pochód weselny, lecz jeden tylko człowiek, przechodzący przez łąkę.
Był smukły i wysoki i miał długą czarną szatę na sobie, sięgającą mu po stopy. Twarz miał młodzieńczo piękną; głowę niczem nie zakrytą, a długie ciemne pukle spadały mu na ramiona.
Obcy człowiek zbliżał się prosto do Gertrudy. Oczy jego świeciły i promieniowały, jak gdyby z nich światło biło, a gdy wzrok jego padł na Gertrudę, czuła ona, że umiał on odczytać cały jej ból. I wiedziała, że miał z nią litość, miał litość z jej sercem, przepełnionem tak wielką troską o ziemskie dobro i z jej duszą, porosłą cierniami i jadowitemi roślinami smutku i mściwością zbrukaną.
Gdy wzrok jego padł na Gertrudę, odczuła, że cała jej istota przesiąkła rodzącą się radością i szczęśliwością i cichym, kojącym spokojem. A gdy przeszedł obok niej, z całego jej zmartwienia, z całej goryczy, nic już nie zostało; wszystko złe znikło jak choroba uleczona, a pozostały tylko po niej zdrowie i siła.
Gertruda stała tak przez długą chwilę. Zjawisko znikło już dawno, ale ona stała jeszcze na tem samem miejscu, pogrążona w błogiem marzeniu. Gdy nareszcie spojrzała do koła siebie, postaci już nie było, ale wrażenie tego, co widziała trwało wciąż. Złożyła ręce i podniosła je w zachwycie ku niebu. „Widziałam Jezusa!“ zawołała w ekstazie. „Widziałam Pana Jezusa! Zdjął ze mnie wszelki ból i Jego miłuję teraz! Nie mogę nikogo innego kochać teraz na ziemi!“
Wszystkie troski życia znikły lub zmalały nieskończenie. A długie lata poprzedniego życia wydawały jej się jednym, krótkim dniem. A całe szczęście ziemskie wydało jej się nędznem czczem i bez wartości.
I równocześnie stanęło jej jasno przed oczyma, jak musi urządzić swe życie.
Ażeby nie popaść na nowo w ponurą trwogę i uledz pokusie złego i zemsty, musiała opuścić tę okolicę. Musiała z Hellgumczykami wyjechać do Jerozolimy.
Myśl ta powstała w niej w chwili, gdy widziała przechodzącego przed sobą Pana Jezusa; sądziła, że myśl ta od niego pochodzi, wyczytała ją z oczu Jego.

∗             ∗

W piękny dzień czerwcowy, kiedy Berger Sven Person obchodził wesele swej córki z Ingmarem, przyszła rankiem młoda kobieta na dwór, gdzie miało się odbyć wesele i chciała mówić z panem młodym. Była smukła i wysoka, ale chusteczkę miała tak zasuniętą ponad twarzą, że widać było zaledwie miękkie policzki i czerwone usta. Miała na ręku koszyk, w którym leżała paczka wstążek własnego przędziwa, oraz kilka łańcuszków i branzoletek z włosów wyplecionych.
Powiedziała żądanie swe starej służącej, którą zastała przed domem i ta natychmiast zakomunikowała je gospodyni domu. Gospodyni zaś odpowiedziała: „Powiedz jej, że Ingmar Ingmarson jedzie teraz właśnie do kościoła i nie ma czasu mówić z nią“.
Gdy obca kobieta usłyszała tę odpowiedź, oddaliła się i nie widziano jej już przez całe przedpołudnie. Ale gdy pochód weselny wrócił z kościoła, ukazała się znów i jeszcze raz zapytała czy mogłaby się widzieć z Ingmarem Ingmarsonem.
Tym razem poruczyła swoją sprawę młodemu parobkowi, który stał oparty o drzwi stajni, wszedł on do domu i powiedział o jej żądaniu gospodarzowi. „Powiedz jej“, odrzekł gospodarz, że Ingmar Ingmarson właśnie teraz zasiada do uczty weselnej i nie ma czasu mówić z nią“.
Gdy młoda kobieta usłyszała tę odpowiedź westchnęła i oddaliła się znów; powróciła dopiero późnym wieczorem, gdy słońce chyliło się ku zachodowi.
Tym razem dała zlecenie małemu dziecku, które siedziało na płocie, jak jeździec na koniu; dziecko poszło prosto do sali i powiedziało o żądaniu jej pannie młodej. — „Powiedz jej“’ — odpowiedziała panna młoda, „że Ingmar Ingmarson tańczy z swoją narzeczoną i nie ma czasu mówić z kimkolwiek“.
Gdy dziecko wyszło niosąc tę odpowiedź, młoda kobieta zaśmiała się i rzekła: „O nie, teraz mówisz nieprawdę, Ingmar Ingmarson nie tańczy z narzeczoną“.
Nie odeszła też, lecz zatrzymała się pod bramą.
Wkrótce potem, panna młoda myślała: „Skłamałam w sam dzień mego wesela“. Pożałowała tego i poszła do Ingmara, aby mu powiedzieć, że jakaś obca osoba jest we dworze i chce się z nim widzieć.
Ingmar wyszedł i ujrzał Gertrudę, czekającą, na bramie.
Gdy Gertruda spostrzegła zbliżającego się Ingmara, wyszła na ulicę, a Ingmar poszedł za nią. Szli milcząco, aż uszli dobry kawał od weselnego dworu.
Ingmar wyglądał tak, jak gdyby w ostatnich tygodniach stał się starym człowiekiem. W każdym razie twarz jego przybrała stanowczy wyraz ostrożności i rozsądku. Miał postawę pochyloną i wyglądał w ogóle, odkąd się wzbogacił, pokorniejszym, niż wówczas, kiedy nie posiadał niczego.
Ingmar z pewnością nie był ucieszony widzeniem się z Gertrudą. Przez cały ten czas, od dnia licytacyi starał się wmówić sobie, że zadowolonym jest z zamiany, którą zrobił. „Bo my Ingmarsonowie właściwie o nic więcej nie mamy się troszczyć, jak tylko, ażeby zawsze móc orać i siać na ingmarowskim dworze“, perswadował sobie.
Ale, co go jeszcze więcej dręczyło, niż utrata Gertrudy, to była świadomość, że istniał człowiek, który mógł o nim powiedzieć, że nie dotrzymał swego przyrzeczenia, i gdy szedł za Gertrudą, myślał o tem, z jaką pogardą i z jakim szyderstwem ona ma prawo doń przemawiać.
Gertruda usiadła na kamieniu przy drodze i postawiła kosz obok siebie. Chustkę zasunęła jeszcze głębiej na twarz.
„Usiądź, rzekła do Ingmara, wskazując na drugi kamień. „Mam z tobą do mówienia“.
Ingmar usiadł i był zadowolony, że czuł się tak spokojnym. „Lepiej idzie, niż się spodziewałem“ myślał. „Sądziłem, że będę odczuwał większą przykrość, widząc Gertrudę i słysząc jej głos. Bałem się, że miłość zupełnie mnie pokona“.
„Nie byłabym ci przeszkodziła właśnie w dniu wesela“, rzekła Gertruda, „gdyby nie to, że byłam zmuszona to uczynić, bo opuszczam tę okolicę i nigdy już tu nie wrócę. Przed tygodniem byłam, zupełnie gotową do wyjazdu, ale zaszło coś, co mnie zmusiło odłożyć podróż, aby się z tobą rozmówić“.
Igmar siedział milczący i cały skulony. Wyglądał, jak ktoś, wysuwający naprzód ramiona i pochylający głowę, w oczekiwaniu, że zwali się nań ciężka burza.
Myślał przytem wciąż: „Cokolwiek Gertruda o tem myśli, wiem z pewnością, że dobrze postąpiłem wybierając Dwór. Nie byłbym mógł żyć bez niego, byłbym zginął z zmartwienia, gdyby był przeszedł w inne ręce“.
„Ingmarze“, rzekła Gertruda, rumieniąc się tak, że mała część twarzy, widoczna pod chustką była ciemnoczerwona. „Ingmarze, przypomnij sobie, że przed pięciu laty miałam zamiar przystąpić do Hellgumczyków. Wtedy oddałam serce me Zbawicielowi, ale potem odebrałam je znowu, aby je dać tobie. Był to pewnie z mojej strony zły postępek i dlatego przyszło na mnie to nieszczęście. Tak jak ja opuściłam Chrystusa, tak i ja zostałam opuszczoną przez tego, którego kochałam“.
Gdy Ingmar zrozumiał, że Gertruda chce wyjechać z Hellgumczykami, poruszył się niechętnie. Doznał silnego uczucia przykrości. „Nie mogę przyzwyczaić się do myśli, że ona ma się przyłączyć do tych ludzi, wyjeżdżających do Jerozolimy, i wyjechać do obcego kraju“, myślał i zaczął przemawiać tak gorliwie przeciwko temu, jak gdyby była jeszcze jego narzeczoną.
„Nie wolno ci tak myśleć Gertrudo. Nie było to nigdy zamiarem Boga, zesłać taką karę na ciebie“.
„Nie, nie Ingmarze, nie myślałam, że to była kara, lecz tylko, że stało się to, aby mi pokazać, jak zły był mój pierwszy wybór. Ach nie, to nie była kara! Jestem przecie szczęśliwa! Nie tęsknię za niczem, jestem wybawioną od bólu. Zrozumiesz to Ingmarze, skoro ci powiem, że Pan sam wybrał i powołał mnie“.
Ingmar milczał, a twarz jego przybrała wyraz przezorności i rachuby. „Głupi jesteś“, przyganiał sam sobie, „niechaj Gertruda jedzie, najlepiej jeżeli morza i kraje będą między nami. Morza i kraje, morza i kraje“!
Ale to, co w jego duszy burzyło się przeciw jej wyjazdowi, przemogło, i rzekł: „Nie pojmuję wcale jak rodzice twoi mogą pozwolić na ten wyjazd“.
„Oni też nie pozwoliliby“, odparła Gertruda, „wiem to tak pewnie, że nie mam nawet odwagi prosić ich o pozwolenie; ojciec nie zgodziłby się nigdy. Może nawet zatrzymałby mnie przemocą. To też jest dla mnie najcięższą rzeczą, że muszę potajemnie odejść. Oni myślą, że chodzę po okolicy, aby sprzedać moje wstążki i dowiedzą się dopiero, gdy w Goteborgu przyłączę się do wyjeżdżających do Jerolimy, i gdy już okręt odjedzie“.
Ingmar był oburzony, że Gertruda chciała im zadać tak ciężkie zmartwienie. „Czy ona nie rozumie, że źle postępuje?“ myślał. Miał już czynić jej z tego powodu przestawienia, ale namyślił się. „Nie wypada dla ciebie, Ingmarze, abyś Gertrudzie robił jakiekolwiek wyrzuty“.
„Wiem, że źle postępuję w obec ojca i matki“, rzekła Gertruda, „ale muszę przecie posłuchać wołania Jezusa“.
Uśmiechnęła się wymawiając imię Zbawiciela. „On wszakże wybawił mnie z trwogi i nieszczęścia, rzekła z wzruszeniem i złożyła ręce.
I jak gdyby teraz dopiero odczuła w sobie odwagę, odsunęła chustkę z głowy i spojrzała Ingmarowi prosto w twarz. Inamarowi zdawało się, że porównuje go z innym, którego ma przed oczyma, i czuł sam, jak małym i nędznym wydać się musi obok tamtego.
„Tak, będzie to wielki cios dla ojca i matki. Ojciec jest już stary i musi być spensjonowany, i dochody ich zmniejszą się jeszcze. A gdy ojciec nie ma zajęcia, jest w złym humorze i mrukliwy. Matce ciężko będzie przy nim, i będzie im obojgu bardzo smutno. Gdybym mogła była zostać w domu i rozweselić ich, wszystko byłoby inaczej“.
Gertruda przerwała, namyślając się, czy ma mówić całkiem otwarcie, ale Ingmar czuł się bliskim płaczu. Odgadł, że Gertruda chciała go prosić, aby zajął się jej rodzicami. „Myślałem, że przyszła naigrawać się ze mnie i okazać mi swą pogardę“, myślał, „a ona natomiast daje mi dowód największego zaufania“.
„Nie potrzebujesz mnie o to prosić, Gertrudo“, rzekł Ingmar. „Wielki, to zaszczyt wyświadczasz mnie, temu, który cię opuścił! Wierzaj mi. postąpię w obec twych rodziców lepiej, niż postąpiłem w obec ciebie“.
Głos Ingmara drżał, a równocześnie znikał z jego twarzy wyraz przezorności i rozsądku. „Jaka „Gertruda dobra! Jeżeli mnie prosi, to nie tylko ze względu na starych rodziców, lecz także, aby mi okazać, że mi przebacza“.
„Tak, wiedziałam, że mi nie odmówisz Ingmarze. gdy cię o to poproszę“, rzekła Gertruda. „Ale teraz mam ci jeszcze coś do powiedzenia“. Głos jej był teraz silniejszy i weselszy. „Mam dla ciebie wielki podarunek“.
„Jak pięknie mówi Gertruda!“ rzekł Ingmar nagle do siebie. „Zdaje mi się, że nigdy jeszcze nie słyszałem kogoś mówiącego tak dźwięcznym i wesołym głosem“.
„Przed ośmiu dniami wyszłam z domu“, rzekła Gertruda, „i miałam zamiar udać się do Goteborga, aby się tam spotkać z Hellgumczykami. Przez pierwszą noc spałam obok fabryki w Bergsan u biednej wdowy kowalowej, nazwiskiem Marya Bouwing. Spamiętaj sobie to imię Ingmarze. I gdyby ona kiedyś była w nędzy, musisz jej dopomódz“.
„Jaka Gertruda piękna!“ myślał Ingmar, przyczem skinął głową i przyrzekł pamiętać o Maryi Bouwing. „Jaka Gertruda piękna! Jak będę mógł znieść to, aby jej nigdy nie widzieć! Niech się Bóg nademną zlituje, jeżeli źle zrobiłem, że ją porzuciłem dla starego Dworu! Czy pola i łąki mogą być dla mnie tem, co człowiek! Nie mogą się śmiać ze mną, gdy jestem wesół, ani pocieszyć mnie gdy jestem zasmucony! Nic nie może zastąpi na świecie człowieka, którego się kochało“.
„Marya Bouwing“, mówiła Gertruda dalej, „ma małą komórkę za kuchnią i tam pozwoliła mi spać owej nocy“. „Będziesz widziała, jak ci tu dobrze będzie spać“, rzekła do mnie, „bo będziesz leżała w łóżku, które kupiłam na licytacyi w ingmarowskim dworze“. Gdy się ułożyłam do snu, uczułam jakiś twardy węzeł pod głową. Nieszczególne łóżko kupiła sobie Marya, pomyślałam. Byłam jednak tak zmęczona długiem chodzeniem poprzedniego dnia, że usnęłam szybko.
Wśród nocy przebudziłam się i obróciłam poduszkę na drugą stronę, aby uwolnić się od twardego węzła pod głową. Spostrzegłam, że poduszka była w środku rozgięta i potem wielkiemi ściegami źle zszyta napowrót. Wewnątrz leżało coś twardego, co szeleściło jak papier. Nie muszę przecie spać na kamieniach, pomyślałam i próbowałam wyciągnąć ową rzecz twardą. W końcu wyjęłam, była to paczka owinięta w papier i opieczętowana“.
Gertruda przerwała na chwilę, chcąc wiedzieć, czy Ingmar był zaciekawiony; ale Ingmar nie słuchał bardzo uważnie. „Jak pięknie Gertruda porusza ręką przy mówieniu!“ myślał. „Zdaje mi się, że nie widziałem jeszcze nikogo, tak zgrabnego we wszystkich ruchach i tak lekko chodzącego jak Gertruda. „Tak, tak, stare przysłowie mówi: Człowiek kocha przedewszystkiem człowieka. Ale mimoto, postąpiłem dobrze, gdyż nie tylko dwór, ale i cała wieś potrzebuje mnie“.
Jednak był strapiony, że teraz trudniej mu już przychodziło, niż przed chwilą, perswadować sobie, że mu dwór milszy, jak Gertruda.
„Położyłam paczkę obok łóżka“, mówiła dalej Gertruda, „i miałam zamiar wręczyć ją następnego dnia Maryi Bouving. Ale gdy nastał dzień, widziałam, że na paczce napisane było twoje imię. Zbadałam paczkę dokładniej i zdecydowałam się w końcu wziąć ją i oddać tobie, nie mówiąc nic Maryi, ani nikomu. Oto masz ją, Ingmarze, to twoja własność“.
Wyjęła z kosza niewielką paczkę i oddała ją Ingmarowi, patrząc przy tem na niego, jak gdyby oczekiwała, że będzie radośnie zdziwiony.
Ingmar wziął ją, nie myśląc nawet o tem, coby to mogło być. W duchu trudził się tylko, aby stłumić gorzki żal, który o mało go nie przygniatał.
„Gdyby Gertruda wiedziała, jak niebezpieczną jest dla mnie, jeżeli jest tak uprzejma i dobra wobec mnie“, myślał. „Ach, czy nie byłoby lepiej, gdyby mnie łajała!“.
„Powinienem cieszyć się tem, ale tak nie jest, myślał dalej, zdaje się nawet, że Gertruda jest mi wdzięczną zato, że ją porzuciłem. Ale nie mogę wprost znieść tej myśli“.
„Ingmarze“, rzekła Gertruda takim tonem, że w końcu uświadomił sobie, że to co mówi doń, jest nadzwyczaj ważne. „Przyszło mi na myśl, że Eljasz musiał mieć tę poduszkę, wtedy, gdy chorował na ingmarowskim dworze“.
Równocześnie wzięła paczkę z ręki Ingmara i rozwinęła ją. Ingmar słyszał szelest banknotów. Widział potem, że Gertruda odliczyła dwadzieścia banknotów, każdy po tysiąc koron. Podsunęła mu je przed oczy: „Patrz Ingmarze, to twoja ojcowizna. Rozumiesz teraz, że Eliasz wepchnął to w poduszkę“.
Ingmar słyszał co mówiła i widział banknoty, ale zdawało mu się, że widzi i słyszy wszystko niby przez mgłę. Gertruda wręczyła mu banknoty, ale nie mógł utrzymać ich w ręku i cała paczka upadła na ziemię. Gertruda podniosła ją i wsadziła mu do kieszeni. Ingmar czuł, że się chwieje, jak gdyby był pijany.
Nagle wyciągnął ramię, zacisnął pięść i potrząsał nią groźnie w powietrzu, jak to czynią czasem pijani ludzie.
„O Boże! Boże!“ załkał.
Ach, jakże pragnął rozprawić się z tym Bogiem tam w niebiosach, i zapytać go, dlaczego te pieniądze nie znalazły się wcześniej. Dlaczego zjawiły się teraz dopiero, kiedy nie potrzebował ich już, kiedy Gertruda była dlań stracona.
W następnej chwili ręce jego zwaliły się ciężko na ramiona Gertrudy.
„O ty umiesz się mścić! ty!“ zawołał.
„Więc ty nazywasz to zemstą?“ zapytała przerażona.
„A jakżesz to mam nazwać? Dlaczego nie przyszłaś do mnie natychmiast z tymi pieniądzmi? — „Nie, chciałam przeczekać twój dzień ślubny“. „Gdybyś była przyszła przed weselem, byłbym mógł odkupić dwór od Bergen Sven Persona i byłbym się mógł z tobą ożenić“. — „Tak, wiedziałam o tem“. — „Ale tyś przyszła w sam dzień wesela, kiedy już zapóźno“. — „W każdym razie było już zapóźno, Ingmarze. Zapóźno było przed ośmiu dniami, zapóźno jest teraz, i zapóźno jest na wieki“.
Ingmar upadł znów na kamień, zakrył twarz rękami i płakał.
„A ja sądziłem, że znikąd nie ma pomocy! A ja sądziłem, że nie jest już w ludzkiej mocy zmienić to! A teraz widzę, że była pomoc; teraz widzę, że wszyscy moglibyśmy być szczęśliwi!“
„Ale muszę ci powiedzieć Ingmarze“, rzekła Gertruda, „że wówczas, gdy znalazłam pieniądze, wiedziałam, że mogłyby one nam pomódz, tak, jak ty właśnie mówiłeś, ale nie było to już dla mnie pokusą, o nie, ani na chwilę, a to dlatego, bo należę teraz do innego“.
„Powinnaś była zatrzymać sobie te pieniądze“ rzekł Ingmar. „Czuję, jakgdyby wilk rozrywał i krwawił mi pierś! Niczem to było, gdy sądziłem, że rzecz była niemożliwa, ale teraz gdy wiem, że mogłem cię mieć...“
„Przyszłam tu, aby ci radość wyrządzić Ingmarze“ Ale we dworze zaczęli się już niepokoić. Ludzie ukazali się na terasie, wołając! „Ingmarze! Ingmarze!“
„A tam stoi narzeczona i czeka na mnie!“, zawołał Ingmar w największym wzruszeniu. „I ty Gertrudo jesteś winną wszystkiemu! Gdy cię porzuciłem, uczyniłem to w ostatecznej rozpaczy, ale ty zniszczyłaś wszystko, ażeby mnie tylko unieszczęśliwić. Teraz wiem, co musiał czuć mój ojciec, gdy matka moja zabiła swe dziecko!“ zawołał nawpół nieprzytomny z bólu.
Wybuchł spazmatycznym płaczem. „Nigdy nie kochałem cię tak, jak dziś“, mówił wśród łkania. „Nigdy nie kochałem cię ani połowy tyle, co teraz właśnie. Ach nie wiedziałem, że miłość może być tak gorzką i tak straszną!“
Łagodnie położyła mu Gertruda rękę na głowie. „Nie, nie miałam nigdy zamiaru mścić się na tobie Ingmarze, ale jak długo serce twe przykute jest do rzeczy tego świata, nie ujdzie smutku i strapienia.
Ingmar łkał jeszcze długo, a gdy spojrzał nareszcie, Gertrudy już nie było. Z dworu przyszli ludzie, szukając za nim.
Twardo uderzył ręką o kamień, na którym siedział, i twarz jego przybrała wyraz nieugiętego uporu.
„Może spotkamy się z Gertrudą jeszcze innym razem“, rzekł, „i wtedy może inaczej będzie, niż teraz. Ingmarsonowie znani są z tego, że potrafią osiągnąć to, czego pragną“.




Stara pastorowa.



Trzeba jeszcze wspomnieć o tem, że wszyscy ludzie starali się odwieść Hellgumczyków od zamiaru wyjazdu na Wschód. Czasami zdawało się, jak gdyby z gór i wąwozów brzmiało wołanie! „Nie odchodźcie! Nie odchodźcie!“
I nie tylko współziomkowie wieśniacy, lecz i panowie usiłowali powstrzymać chłopów od ich zamiaru. Sędzia i burmistrz nie dawali im spokoju. Pytali ich, skąd wiedzieć mogą, że ci amerykanie nie są oszustami. Nie wiedzieli wszakże, co to za ludzie z którymi chcieli się połączyć!
Tam, w tym kraju dalekim nie ma prawa ani porządku. Zbóje co dzień napadają tam ludzi. Nie ma tam także ulic murowanych i zmuszeni będą cały swój dobytek końmi przewozić, jak w lasach fińskich.
Doktor przepowiadał im, że nie będą mogli znieść klimatu. Jerozolima pełna jest febry i ospy; jadą tam tylko na to, aby tam umrzeć.
Ale Hellgumczycy odpowiadali, że wiedzą o tem wszystkiem, ale właśnie dlatego tam jadą. Chcą właśnie zwalczać ospę i febrę, chcą murować drogi i uprawiać pola. Niechaj Kraina Boża nie będzie tak zaniedbaną, oni właśnie chcą ją w raj zmienić.
I nikt nie był w stanie odwieść ich od tego zamiaru.
W pobliża kościoła mieszkała stara wdowa po pastorze. Była to zgrzybiała staruszka i mieszkała w wielkiej komorze na poddaszu budynku pocztowego naprzeciw kościoła. Mieszkała tu, odkąd musiała się wyprowadzić z plebanii.
Oddawna było zwyczajem, że ta lub owa gospodyni, idąc do kościoła, przynosiła pastorowej świeżo upieczony chleb, albo masło lub śmietanę. Wtedy stara kazała nastawić maszynkę do kawy i ta z kobiet, która najgłośniej krzyczała, mówiła do niej, gdyż stara pastorowa była zupełnie głucha. Starały się opowiedzieć jej, co się w ciągu tygodnia zdarzyło we wsi, ale nigdy nie wiedziały dokładnie, ile z tego zrozumiała, co jej opowiadały.
Stara pastorowa siedziała zawsze w swojej izbie, a czasem zapominali ludzie prawie, że żyła jeszcze na świecie. Zdarzało się jednak od czasu do czasu, że ktoś przechodzący przed jej oknem, ujrzał przypadkowo jej starą twarz za białemi, fałdzistemi firankami. Myślał wtedy: Nie trzeba o niej zapominać, gdyż jest całkiem opuszczoną. Jutro, gdy zarzniemy cielę, pójdę do niej i przyniosę jej trochę dobrego rosołu“.
Nikt nie mógł poznać, „ile wiedziała z tego, co się działo we wsi. Stawała się coraz starszą i słabszą, a w końcu zdawało się, że nie troszczy się wcale o to, co należy do świata. Czytała wciąż tylko kilka starych książeczek pocztowych, które umiała już na pamięć.
Pastorowa miała starą służącę, która pomagała jej ubierać się i gotowała dla niej. Obie bały się ogromnie złodziei i szczurów, a z obawy przed niebezpieczeństwem ognia, nie zapalały wieczorem wcale światła.
Kilku z tych ludzi, którzy potem zostali Hellgumczykami, mieli w zwyczaju przynosić pastorowej małe dary. Ale odkąd się nawrócili i oddzielili od reszty ludzi, nie przychodzili już do niej; nikt jednak nie wiedział, czy stara rozumiała, dlaczego nie przychodzili więcej.
Tak samo też nie wiedziano, czy stara pastorowa dowiedziała się o zamierzonym wyjeździe do Jerozolimy.
Wtem pewnego dnia stara pastorowa kazała swej służącej zamówić powóz i konie, gdyż ma zamiar wyjechać.
Jakże zdziwioną była stara służąca!
Ale gdy chciała robić jej przedstawienia, stara dama udała, że nie słyszy. Podnosiła tylko prawą rękę w górę z wyciągniętym palcem wskazującym i mówiła: „Chcę wyjechać Saro, musisz zamówić mi powóz i konie“.
Sarze nie pozostawało więc nic innego, jak tylko spełnić rozkaz. Musiała iść do księdza i prosić go, aby pożyczył dla pastorowej przyzwoity pojazd. Potem z niebywałym trudem wywietrzyła i wytrzepała stary kołnierz futrzany i aksamitny kapelusz, które od dwudziestu lat leżały przechowane w kamforze.
Nie mała to także rzecz była]starą damę sprowadzić ze schodów i pomódz jej przy wsiadaniu. Była tak osłabiona, że można się było każdej chwili obawiać, iż zgaśnie, jak wypalona świeca.
Gdy pastorowa nakoniec usiadła do powozu, rozkazała woźnicy, aby ją zawiózł na dwór ingmarowski.
Ludzie we dworze nie mało byli zdziwieni, gdy poznali, kto siedzi w powozie.
Wyszli przed dom, wynieśli ją z powozu i za prowadzili do sali. Kilku Hellgumczyków było tu zgromadzonych. Siedziano przy obiedzie. W ostatnich czasach Hellgumczycy schodzili się razem i spożywali skromne jedzenie, złożone z ryżu, herbaty i innych lekkich potraw, aby się tym sposobem przygotować do blizkiej wędrówki przez pustynię.
Gdy pastorowa przyszła na próg sali, stanęła i obejrzała się po całej przestrzeni. Kiku ludzi starało się do niej przemówić, ale tego dnia pastorowa nic nie słyszała.
Podniosła rękę i rzekła twardym i oschłym głosem, który jest właściwością głuchych;
„Ponieważ nie przychodzicie już do mnie, ja przychodzę do was, powiedzieć wam, abyście nie wyjeżdżali do Jerozolimy. Jest to złe miasto, tam ukrzyżowano naszego Zbawiciela“.
Karina chciała odpowiedzieć, ale pastorowa nie słyszała i mówiła dalej: „To jest złe miasto, tam mieszkają źli ludzie, tam ukrzyżowano naszego Zbawiciela“.
„Przyszłam tu, ciągnęła dalej, ponieważ był to niegdyś dobry dom. Imię Ingmarsonów było dobrem imieniem. Było zawsze dobrem imieniem. Powinniście zostać w naszej wsi“.
Potem odwróciła się, aby odejść. Zrobiła to, co było jej obowiązkiem, teraz mogła umierać. To był ostatni czyn, jakiego życie od niej wymagało.
Córka Ingmarów Karina płakała po odejściu pastorowej, „Może to i źle, że wyjeżdżamy“, rzekła. Ale równocześnie cieszyło ją to, że stara pani powiedziała: „Dobre to imię, było zawsze dobrem imieniem“.
Pierwszy to był i jedyny raz, że Karina wątpiła o słuszności wielkiego przedsięwzięcia.




Wyjazd.



Pewnego pięknego poranku w lipcu wyruszył z ingmarowskiego dworu długi pochód taczek i wozów ciężarnych. Byli to podróżnicy jerozolimscy, którzy pokończyli nareszcie swe przygotowania i rozpoczęli swoją podróż długą jazdą do stacyi kolei żelaznej.
Gdy długi ten pochód przejeżdżał przez wieś, przybył także przed ubogi dworek, zwany „bagnem Michała“.
Mieszkali tu źli ludzie, wyrzutki społeczeństwa, ludzie, którzy rodzą się w chwili, gdy Bóg oko swe odwróci od ziemi i zajęty jest innemi rzeczami.
Była tam cała zgraja obdartych i brudnych dzieci, którzy za przechodzącymi wołali brzydkie słowa; była tam także stara babka, która siedziała zwykle pijana w rowie, i był mąż z żoną, którzy się zwykle kłócili i tłukli.
Nikt nie widział ich nigdy pracujących i trudno było powiedzieć, czy więcej żebrali niż kradli, czy też odwrotnie.
Ale gdy teraz pochód przejeżdżał koło te nędznej ubogiej chaty, która wyglądała tak, jak wyglądać musiało miejsce, gdzie od wielu lat wiatr i niepogoda hulać mogły bez przeszkody, stała babina trzeźwa i porządnie ubrana na tem samem miejscu przy drodze, gdzie zwykle siedziała chwiejąc się i bełkotając pijana, a czworo dzieci stało spokojnie przy niej, i wszyscy pięcioro byli umyci, uczesani i wedle możności porządnie ubrani.
Gdy ludzie jadący w pierwszym wozie ujrzeli je, zwolnili w biegu i przejeżdżali bardzo powoli; to samo uczynili i inni, jechali tak powoli, że konie ledwie posuwały się naprzód.
I wszyscy podróżni zaczęli nagle gwałtownie płakać; dorośli płakali i łkali z cicha, ale dzieci wybuchnęły głośnym płaczem i krzykiem.
Podróżnicy jerozolimscy sami później nie rozumieli, dlaczego nad niczem nie płakali tak gorzko, jak nad żebraczką Leną, która stała na drodze taka biedna i zgrzybiała. Ale i dziś jeszcze łzy mają w oczach, opowiadając o tem, że stara pijaczka w dniu owym odmówiła sobie wódki i wyszła z umytemi i uczesanemi dziećmi, aby oddać im ostatnie pozdrowienie.
Gdy cały pochód przejechał, zaczęła i żebraczka Lena płakać! „Oni jadą do nieba, aby być z Panem Jezusem!“, mówiła dzieciom. Wszyscy jadą do nieba, tylko my musimy tu zostać przy drodze“.
Gdy długi pochód taczek i wozów ciężarnych przejechał już połowę wsi, przybył do długiego tratwowego mostu, który chwiał się nad rzeką.
Trudno było przejeżdżać przez ten most. Naprzód prowadziła pochyłość w dół do wody, a potem kilka stromych stopni do mostu, który musi leżeć wyżej, ażeby łodzie i tratwy mogły pod nim przejeżdżać, a z drugiej strony droga tak nagle podnosi się w górę, że ludzie i zwierzęta drżą na samą myśl, że muszą się tam dostać.
Most ten jest dla ludzi we wsi ciągłym kłopotem. Deski gniją i muszą być wciąż odnawiane. Gdy tają lody, trzeba czuwać dniem i nocą, aby most nie rozerwało w kawałki, a gdy na wiosnę wzbiera, odrywa wielkie kawały mostu i ponosi je aż do wodospadu przy tartaku w Bergsan.
Ale mieszkańcy we wsi dumni są z swego mostu i szczęśliwi jego posiadaniem. Gdyby nie most musianoby zawsze mieć łódź lub tratwę, aby z jednego brzegu dostać się na drugi.
Most jęczał i uginał się pod ciężarem, gdy podróżnicy jerozolimscy przejeżdżali tędy, a woda wnikała między deski i obryzgiwała nogi koniom.
Odjeżdżającym żal było rozłączyć się z ukochanym swym mostem. Myśleli o tem, że było to coś, co do wszystkich wspólnie należało.. Domy, dwory, pola i lasy rozdzielone były między rozmaitych właścicieli, ale most ich był wspólną własnością i dla wszystkich było bolesnem, że musieli go opuścić.
Czyż jednak nie mieli niczego więcej, coby było wspólną ich własnością? Czy nie mieli kościoła, który leżał tam po drugiej stronie mostu, między brzozami? Czy nie mieli pięknego białego budynku szkolnego i plebanji?
A jakąż jeszcze mieli tu wspólną własność? Wszak i tę piękną naturę, która roztaczała się przed nimi. Wspaniały obraz potężnej rzeki, płynącej tak spokojnie i lśniąco między grupami drzew i daleki widok wzdłuż doliny aż hen — po błękitnawe góry.
Wszystko to należało do nich, wszystko to zapuściło swe korzenie w ich dusze, i nigdy już nie mieli tego zobaczyć!
Gdy byli już na środku mostu, zaintonowali jedną z pieśni Moody i Lankey:

„My się kiedyś znów spotkamy,
My się kiedyś znów spotkamy,
Tam, w królestwie Bożem tam!“

Na moście nie było żywej duszy, któraby ich mogła słyszeć. Śpiewali więc błękitnym górom, zielonym wodom i kołysanym wiatrem drzewom swego kraju rodzinnego.
Nigdv już nie mieli ich zobaczyć i ze ściśniętych płaczem gardzieli, wyrywał się śpiew pożegnalny.
„O piękna wsi rodzinna, miłe dwory połyskujące biało i czerwono wśród brzozowych gaików, zielone łąki i urodzajne niwy, i gąszcze leśne i pastwiska, i ty długa dolino przerznięta rzeką — słuchajcie nas! Módlmy się, abyśmy się z wami jeszcze zobaczyli! Módlmy się, abyśmy was w niebiesiech jeszcze ujrzeć mogli!“

∗             ∗

Gdy długi korowód taczek i wozów ciężarnych minął most, zbliżył się do cmentarza.
Na cmentarzu leżała duża, płaska, od wieku zwietrzała bryła skalna; nie było na niej ani nazwiska, ani roku, ale wiedziano od wieków, że pochowanym był tam chłop z rodu Ljungardów.
Pewnego razu, gdy Ljung Björn Olofson, który teraz wyjeżdżał do Jerozolimy, i brat jego Per byli jeszcze dziećmi, siedzieli oni na tem kamieniu i bawili się razem.
Z początku bawili się zgodnie, ale w końcu posprzeczali się o coś, mówili sobie brzydkie słowa i krzyczeli.
Zapomnieli o tem, o co się posprzeczali ale nigdy niezapomnieli tego, że w chwili, gdy sprzeczka ich była najgwałtowniejsza, usłyszeli z pod kamienia, na którym siedzieli, powolne, ale wyraźne pukanie.
Obaj natychmiast umilkli. Ujęli się za ręce i odeszli z cicha, i ile razy siadali na tym kamieniu zawsze myśleli o tem.
Gdy Ljung Björn przejeżdżał teraz przed cmentarzem, ujrzał brata swego Pera siedzącego na kamieniu z głową opartą na dłoni.
Ljung Björn zatrzymał konia i dał znak towarzyszom, aby nań czekali.
Zlazł z wozu, przeskoczył przez mur cmentarny, poszedł do kamienia i siadł obok brata.
Per Olofson rzekł: „Sprzedałeś dwór swój Bjőrnie“. — „Sprzedałem“, odrzekł Björn, „ofiarowałem Bogu całe moje mienie“. — „Tak, nie było to jednak tylko twoje mienie“ rzekł brat z cicha. — Jakto, czy nie było moją własnością?“ — „Nie, było własnością całej rodziny.“
Ljung Björn nic nie odpowiedział, lecz czekał w milczeniu; jeżeli brat usiadł na tym kamieniu, to niesie mu słowa pokoju, tego był pewnym; i nie bał się tego, co mu brat miał powiedzieć.
„Dwór twój ja odkupiłem napowrót“, rzekł po chwili brat.
Ljung Björn drgnął. „Czy nie mogłeś przenieść tego, aby przeszedł w obce ręce?“
„Nie jestem o tyle bogatym, ażebym był mógł z tej tylko przyczyny to uczynić“, odrzekł brat.
Björn spojrzał na niego pytająco. „Uczyniłem to abyś miał gdzie powrócić.“ Björn był rozczulony i zaczął łkać. „I ażeby dzieci twoje miały gdzie wrócić.“ Björn objął ręką szyję brata i pieścił go. „I uczyniłem to także dla mojej miłej bratowej“ rzekł Per; „dobrze będzie, jeżeli będzie wiedziała, że ma dom i ojczyznę, które w każdej chwili na nią czekają. Stara wasza ojczyzna stoi każdej chwili otworem dla każdego z was, ktoby chciał powrócić.“
„Piotrze,“ rzekł Björn, „siadaj na wóz i jedź do Jerozolimy, ja zaś zostanę w domu. Ty bardziej zasługujesz na to, aby żyć w ziemi obiecanej, niżeli ja.“ — „O nie,“ odrzekł brat z uśmiechem, „rozumię wprawdzie, co myślisz, ale ja jestem tu bardziej na miejscu.“ — „A ja sądzę że ty byłbyś na miejscu w samem niebie,“ rzekł Björn. Oparł głowę na ramieniu brata. „Musisz mi teraz wszystko przebaczyć,“ rzekł.
„Powstali obaj i podali sobie ręce na pożegnanie. „Tym razem, nic do nas nie pukało,“ rzekł Per gdy wstali. „Dziwne to przecie, że przyszło ci na myśl usiąść na tym kamieniu,“ rzekł Björn. — „Trudno nam było w ostatnim czasie żyć z sobą w zgodzie“. — „Czy sądziłeś, że byłem dziś usposobiony do sprzeczki? — „O nie, ale gniew mnie porywa, gdy myślę o tem, że mam cię stracić.“
Wyszli obaj na gościniec, i Ljung Per uścisnął silnie dłoń żony Björna. „Odkupiłem dwór Ljunga,“ rzekł do niej „i mówię ci to teraz, abyś wiedziała, że masz tu coś, do czego każdej chwili możesz powrócić.“
I najstarszemu dziecku uścisnął rękę. „Pamiętaj o tem, mały, że masz tu dwór i dom, do którego możesz powrócić, jeżeli kiedy zatęsknisz do ojczyzny.“
Szedł potem od jednego do drugiego, aż doszedł do małego Eryka, który miał ledwie dwa lata i nie rozumiał co stryj mówił. „Nie zapomnijcie o tem, dzieci, ażebyście opowiedzieli kiedyś Erykowi, że ma on tu dwór i dom, gdzie może powrócić, skoro zatęskni do domu.“
Długi pochód ruszył w dalszą drogę.

∗             ∗

A gdy długi korowód taczek i wozów ciężarowych minął cmentarz, napotkał po drodze wielką gromadę krewnych i przyjaciół, którzy chcieli raz jeszcze pożegnać odjeżdżających.
Zrobili tu długi przystanek, gdyż wszyscy chcieli raz jeszcze podać sobie ręce i powiedzieć sobie kilka słów na pożegnanie.
Gdy potem przejeżdżali przez wieś parafialną była cała droga gęsto obsadzona ludźmi, którzy chcieli widzieć odjeżdżających.
Na wszystkich terasach stali ladzie; wychylali się z okien, powyłazili na ploty, a ci co mieszkali dalej, stali na pagórkach i wzgórzach i kłaniali się i wywijali rękami w powietrzu.
Długi pochód przejechał powoli przed gromadą ludzi, aż doszedł do domu wójta Sarsa Klementsona. Tu zatrzymał się, i Gunhilda zeszła z wozu, ażeby się pożegnać z rodzicami.
Gunhilda mieszkała na dworze ingmarowskim od chwili gdy postanowiła wyjechać do Jerozolimy. Sądziła, że to będzie lepiej, niżeli żyć w ciągłej niezgodzie z rodzicami, którzy nie mogli pogodzie się z myślą, że córka ich opuści.
Gdy Gunhilda zsiadła z wozu, ujrzała, że cały dom był jakby wymarły. Nikogo nie było widać przed drzwiami, ani u okien.
Chciała otworzyć bramę, ale ta była zamknięta. Wtedy przelazła przez parkan i dostała się na podwórze; ale i drzwi wchodowe były zamknięte i zasunięte na rygiel.
Gunhida poszła do drzwi kuchennych, ale tu rygiel zasunięty był z zewnątrz; wzięła wtedy patyk i udało się jej podnieść zasuwkę. W ten sposób weszła do domu.
W kuchni nie było nikogo, w sali również było pusto, a w izbie toż samo.
Gunhilda nie chciała odejść, nie zostawiwszy rodzicom znaku, że była, aby się z nimi pożegnać. Zbliżyła się do biurka i otworzyła górną płytę, bo wiedziała, że ojciec trzymał tam atrament i pióra.
Nie mogła znaleźć atramentu, szukała zatem po szufladach i półkach. Wtem ujrzała małą skrzynkę, którą dobrze znała. Należała ona do jej matki; matka otrzymała ją w ślubnym podarunku od ojca, i gdy Gunhilda była małem dzieckiem, było to dla niej największym zachwytem, gdy mogła widzieć tę skrzyneczkę.
Była ona na biało polakierowana i miała na wieku malowaną girlandę kwiatów, na wewnątrz zaś namalowany był obraz pasterza, który gra na fujarce, otoczony białemi owieczkami. Gunhilda otworzyła skrzynkę, aby raz jeszcze widzieć pasterza.
W skrzyneczce tej matka jej chowała dawniej najdroższe dla siebie rzeczy. Trzymała tu wytarty pierścień zaręczynowy swej matki, wysłużony zegar swego ojca i własne złote kulczyki.
Ale gdy Gunhilda otworzyła skrzyneczkę, widziała, że pamiątek tych nie było tam już, a na ich miejscu leżał jeden tylko list.
List ten był od niej samej. Przed kilku laty Gunhilda odbyła podróż do Mory, i na jeziorze Sylja okręt ich rozbił się, kilku podróżnych utonęło, a rodzice słyszeli, że i Gunhilda straciła życie.
Gunhilda odgadła teraz, że matka jej była tak uszczęśliwiona listem, w którym Gunhilda doniosła jej, że została uratowaną, że wyjęła wszystkie inne rzeczy z pamiątkowej skrzyneczki i włożyła tam ów list, jako najdroższy swój skarb.
Gunhilda zbladła śmiertelnie, i serce jej skurczyło się z bólu.
„Teraz wiem, że zabiję moją matkę.“ rzekła.
Nie myślała już o tem, aby napisać parę słów, lecz spiesznie wybiegła z domu. Usiadła znów na wóz, ale nic nie odpowiadała na pytania, czy zastała swych rodziców. Przez całą drogę siedziała nieruchomo, z rękami złożonemi, patrząc przed siebie. „Zabiję moją matkę. „Wiem, że matka moja umrze,“ myślała.
„Dla mnie nie ma już w życiu szczęśliwego dnia. Wolno mi wprawdzie dostać się do ziemi świętej, ale zabijam moją własną matkę.“

∗             ∗

A gdy długi korowód taczek i wozów ciężarowych miał już za sobą dolinę i wieś, doszedł do gaju brzozowego.
Tu po raz pierwszy podróżnicy jerozolimscy spostrzegli, że odprowadzało ich kilka osób, im nieznanych.
Jak długo podróżni byli jeszcze w obrębie wsi, byli tak zajęci żegnaniem się i polecaniem pozdrowienia innym, że nie mieli czasu zwrócić uwagę na jakiś obcy wózek, ale teraz w lesie wszyscy go spostrzegli.
„Wózek ten raz wyprzedzał inne wozy i był na czele pochodu, to znów zatrzymywał się aż wszystkie przed nim przejechały.
Był to zwykły wóz roboczy, używany powszechnie. Ale właśnie dlatego trudno było poznać do kogo należy, a koń był również nieznany.
Wóz powoził staruszek, całkiem pochylony o rękach pomarszczonych i długiej białej brodzie. Nie był nikomu znany, to rzecz pewna.
Ale obok niego siedziała kobieta, która niektórym zdawała się znajomą. Twarzy jej wprawdzie nie było można widzieć, bo miała czarną chustkę na głowie i przytrzymywała ją tak starannie rękami, że nawet oczu nie było widać.
Niektórzy usiłowali z wielkości i postawy kobiety poznać, kim jest, ale ani dwóch zdań nie było zgodnych.
Gunhilda powiedziała natychmiast że to matka jej, ale żona Izraela Tomasona utrzymywała, że jest to jej siostra.
I każdy z osobna miał specyalne domysły, o tem, kto na wozie tym siedzi. Tims Halfvor sądził, że to córka Ingmarów Ewa, której nie wolno było jechać z nimi do Jerozolimy.
Wóz towarzyszył im przez całą drogę, ale ani razu kobieta owa nie odsunęła z twarzy chustki.
Dla jednych z jadących, była to osoba, którą kochały, dla drugich taka, której się bali, ale prawie wszystkim zdawało się, że jest to ktoś, kogo z sobą nie wzięli.
Kilkakrotnie gdy droga była dość szeroka, wóz przejechał przed całym szeregiem wozów, potem zatrzymał się i czekał, aż wszystkie go minęły.
Wtedy nieznajoma zwracała się twarzą do odjeżdżających i wpatrywała się w nich, że jednak nikomu nie dawała znaku, więc nikt nie mógł poznać, kto to taki.
Odprowadziła odjeżdżających aż na stacyę kolei żelaznej; tam spodziewali się iż ujrzą jej twarz. Ale gdy zeszli z wozów i oglądnęli się za nią, znikła im z oczu.

∗             ∗

Podczas gdy długi korowód taczek i wozów ciężarowych przejeżdżał przez wieś, nie widziano nigdzie, ażeby ktoś kosił łąkę, lub obracał siano, lub układał je w sterty.
Tego dnia spoczywała wszelka robota; ludzie stali po drodze, albo wyjeżdżali w niedzielnych strojach, ażeby odprowadzić podróżnych. Jedni jechali milę, inni dwie mile, a wielu odprowadziło ich aż na stacyę.
Jak długo pochód przejeżdżał przez wieś parafialną, spostrzeżono, iż jeden tylko człowiek był przy robocie, a tym był Gabryel Hök Matts Erykson.
Nie wyszedł na łąkę z kosą, bo koszenie uważał sobie raczej za odpoczynek, niż robotę, lecz zabrał się do wyłamywania z gruntu kamieni, tak jak to czynił za młodu, gdy uprawiał swoje pustkowie.
Gabryel Mattson widział ojca w przejeździe z wozu swego. Hök Matts pracował na polu motyką, wyłamywał kamienie i układał je w mur, nie podnosił oczu, lecz poglądał gorliwie na swe kamienie, miedzy którymi były tak ciężkie, iż Gabryelowi zdawało się, że ojciec pod ich ciężarem upadnie. Ale on rzucał je na mur kamienny z taką mocą, że krawędzie rozpryskiwały się i iskry leciały.
Gabryel siedział na wozie ciężarowym, ale konie jego były bez dozoru, gdyż Gabryel nie mógł oczu odwrócić od ojca.
Stary Hök Matts pracował wciąż zawzięcie. Znoił się tak, jak wtedy, kiedy mu się syn urodził i ojciec musiał dołożyć sił, aby powiększyć swój majątek.
Smutek wbił mu się głęboko w serce, ale Hök Matts wyłamywał coraz większe kamienie, które wlókł potem pod mur.
Wkrótce po odejściu pochodu, nadciągnęła gwałtowna burza i lunął deszcz rzęsisty. Ktokolwiek był na dworze, ratował się rychło pod dach. Zrazu Hök Matts chciał się schronić, ale wnet namyślił się i został na dworze. Nie miał odwagi przerwać robotę.
W południe córka jego wyszła z domu i wołała go na obiad. Hök Matts nie czuł wielkiego głodu, ale myślał, że nie zaszkodziłoby coś zakąsić. Ostatecznie jednak nie poszedł, nie miał odwagi przerwać robotę.
Zona jego odprowadziła syna na stacyę; późnym wieczorem wróciła sama. Wyszła do męża, aby mu powiedzieć, że syn już odjechał. On jednak wciąż jeszcze manipulował motyką i męczył się z kamiennemi bryłami, nie przerywając pracy ani na chwilę, aby posłuchać co mu opowiadała.
Sąsiadom wpadło to w oko, że Hök Matts pracuje cały dzień. Przychodzili i przypatrywali się, postali chwilkę a wróciwszy do domu opowiadali: „On wciąż jeszcze na dworze, pracował cały dzień bez przerwy“.
Wieczór zapadł, ale przez krótki czas jeszcze światło dzienne walczyło z ciemnością, a Hök Matts wciąż pracował. Zdawało mu się, że ból go powali, jeżeli przestanie pracować, jak długo mu jeszcze sił starczy.
Zona jego wyszła znów i przypatrywała mu się. Całe pastwisko było już wyrównane a obok stał wysoki mur kamienny; ale ten człowiek wciąż jeszcze znosił kamienie, które zaprawdę przeznaczone były dla siły olbrzyma.
Od czasu do czasu przychodził ktoś sąsiadów, aby widzieć, czy Hök Matts jeszcze pracuje; ale nikt do niego nie przemówił.
Wnet ściemniło się już tak, że nie można było już widzieć; słyszano tylko, że wciąż pracuje, a gdy zrzucał kamienie na mur, leciały dokoła niego iskry.
Nagle jednak, właśnie, gdy chciał znów motykę wetknąć w ziemię, wypadła mu z rąk, a gdy się po nią schylił, upadł sam na ziemię. Leżał tak na polu i zanim mógł powstać z ziemi, zasnął.
Wkrótce potem wszedł do domu. Nic nie mówił, nie myślał nawet o tem, aby się rozebrać, rzucił się tylko na ławę drewnianą i natychmiast usnął.

∗             ∗

Długi pochód taczek i wozów ciężarowych doszedł nareszcie do dworca kolei.
Była to niedawno utworzona linia kolejowa a budynki kolejowe były zupełnie nowe.
Stacya leżała na wielkiem wykorczowanem z drzew miejscu, w śród najgłębszego najciemniejszego lasu. Nie było ani wsi, ani pól, ani ogrodów daleko dokoła, ale mimoto stacyę założono w wielkim stylu, w nadziei, że wkrótce rozwinie się w tej samotnej i pustej okolicy znaczniejszy ruch kolejowy.
Dokoła budynku stacyjnego ziemia była zrównana, była tu szeroko kamieniami wysadzana ścieżka, olbrzymie magazyny na towary i obszerne, puste miejsca żwirem zasypane.
Kilka sklepików, atelier fotograficzne, kilka warsztatów i hotel, okalały już place żwirowe ale reszta nieskończenie wielkiego placu stała jeszcze pustkowiem.
Dalelf przepływał i tu. Z dzikiem hukiem wypadał z ciemnego lasu i tworzył cały szereg małych, szumiących wodospadów. Podróżnicy jerozolimscy nie mogli uwierzyć, iż była to ta sama szeroka, majestatyczna rzeka, z którą pożegnali się tego ranka.
Nie było tu wesołych dolin, po których wzrok mógł bujać swobodnie, wszędzie tu horyzont ścieśniony był wzgórzami, porosłemi ciemnemi jodłami.
Gdy w tem miejscu ponurem, rodzice zaczęli wysadzać z wozów małe dzieci, które miały z nimi jechać do Jerozolimy, dzieci zatrwożyły się i zaczęły płakać. Przedtem dzieci cieszyły się bardzo tem, że miały jechać do Jerozolimy, ale już przy pożegnaniu z wioską rodzinną płakały gorzko, a tu na dworcu były całkiem zrozpaczone.
Dorośli jednak byli ogromnie zajęci pakunkami, które musiały być szybko nadane. Wszyscy zabrali się do wyładowania wozów i nikt nie miał czasu oglądać się za dziećmi.
A dzieci skupiły się razem: stały w gęstej gromadce i naradzały się.
Za chwilę starsze wzięły za rączki młodsze i zaczęły oddalać się od stacyi, idąc zawsze parami, jedno większe, jedno małe. Szły tą samą drogą którą przybyły przez morze piasku, przez pustkowie i most nad rzeką, aż weszły w ciemny las.
Wkrótce jedna z kobiet przypomniała sobie dzieci. Otworzyła kosz z zapasami i chciała dzieciom dać coś do zjedzenia.
Wołała, ale nie otrzymała odpowiedzi. Dzieci znikły; posłano kilku mężczyzn, aby szukali za niemi.
Mężczyźni szli śladami, które małe nóżki zostawiły po sobie w piasku, i gdy weszli w las, spostrzegli dzieci.
Szły powoli, długim szeregiem, parami zawsze jedno większe z jednem małem.
Mężczyźni zaczęły biedz, aby dzieci dogonić.
Dzieci próbowały uciekać, ale najmniejsze nie mogły dotrzymać kroku, potykały się i upadały na ziemię.
Dzieci więc zatrzymały się, spłakane i nieszczęśliwe.
„Ależ dzieci, dokąd idziecie?“ zapytał jeden z ludzi wysłanych.
Wtedy najmłodsze wybuchnęły głośnym płaczem a najstarszy z chłopaków rzekł:
„Nie chcemy jechać do Jerozolimy, chcemy wrócić do domu!“
I długo potem jeszcze, gdy już dzieci sprowadzono napowrót do stacyi i wsadzono do wagonów, dzieci wciąż płakały i krzyczały:
„Nie chcemy jechać do Jerozolimy, chcemy wrócić do domu!“

Koniec tomu pierwszego.


ROZDZIAŁ.
Święty kamień i święty grób.



Gorący był sierpień w Palestynie. Codziennie słońce wznosiło się ponad głowami ludzkiemi wysoko na sklepieniu niebieskiem. Nigdzie nie było chmurki i od kwietnia niepadał deszcz. Nie było to gorzej, niż w każdym innym roku, ale nie mniej było prawie nie do zniesienia. Ludzie nie wiedzieli co robić, aby wytrzymać te upały, ani dokąd uciekać, przed nimi.
Najznośniej było jeszcze w Jaffie, chociaż nie w samem mieście, które z dużymi gęsto zabudowanymi domami wygląda jak olbrzymia forteca na stromych skałach i gdzie z brudnych ulic i wielkich fabryk mydlarskich wznoszą się przykre wyziewy. Lecz miasto leży tuż nad morzem, z którego wieje miły chłód. Otoczenie miasta jest wcale przyjemne, dokoła Jaffy rozlega się bowiem około pięćset ogrodów pomarańczowych, gdzie wiszą niedojrzałe pomarańcze pod twardymi ciemnozielonymi liśćmi, na które promienie słoneczne wcale nie działają.
Lecz jakież upały były nawet i w Jaffie!
Olbrzymie liście rycynusowe skurczyły się i zeschły: nawet odporne pelargonie nie wypuszczały już kwiatów, lecz pokładły się zwieszonemi gałęziami na kupy kamieni i prawie zagrzebały się w piasku. Patrząc zaś na czerwone kwiaty kaktusów, sądziłbyś iż gorąco, które grube pnie kaktusowe wchłonęły podczas lata, wybucha z nich teraz w postaci wielkich czerwonych płomieni. Jak gorąco było, to zrozumiano dopiero, gdy dzieci, pobiegłszy nad rzekę, aby się kąpać w morzu, podnosiły wysoko nogi i krzyczały, ponieważ piękny biały piasek palił im stopy, jak rozżarzone węgle.
Jeżeli więc już w Jaffie nie można było wytrzymać, dokąd więc mieli się udać? Tu było zawsze jeszcze lepiej niż na milowej równinie Saronu, leżącej między morzem a górami. W małych miastach i wsiach rozsianych na równinie, mieszkali wprawdzie także ludzie, jednak trudno było pojąć jakim sposobem przy tych upałach i wśród takiej posuchy mogli pozostać przy życiu. Oni też rzadko tylko wychodzili z swych domowisk pozbawionych okien i nigdy nie opuszczali miejsc, gdzie mury domów i tu i ówdzie stojące drzewa dawały trochę cienia.
Tam zaś na szerokiej wolnej równinie nie znalazłbyś ani zielonego źdźbła, ani człowieka. Wszystkie barwne wiosenne kwiaty, jak czerwone anemony i piwonie, tysiące stokrotek i goździków, pokrywających ziemię gęstym czerwono i biało wzorzystym dywanem — zginęło marnie. Ukończono już zbiory żyta, jęczmienia i pszenicy z uprawnych w pobliżu zamieszkałych okolic, a żniwiarze powrócili do swych wsi wraz z wołami i osłami, śpiewakami i tancerzami swymi. Jako jedyny ślad po wiosennej wspaniałości sterczały jeszcze z ziemi spalonej zeschłe żerdzie, okraszone niegdyś pięknemi, wonnemi liliami.
A jednak wielu ludzi twierdziło, że dla nich lato najznośniejszem jest jeszcze w samym obrębie Jerozolimy. Przyznawali wprawdzie, że miasto jest ciasne i przepełnione ludźmi, sądzili jednakowoż, że ze względu na to, iż leży ono na grzbiecie długiego górskiego łańcucha, ciągnącego się wzdłuż całej Palestyny, każdy najlżejszy nawet powiew wiatru z jakiejkolwiek świata strony, musi darzyć miasto orzeźwiającem tchnieniem.
Lecz mimo tych zachwalanych powiewów i lekkiego górskiego powietrza, upały były i w Jerozolimie straszne. Ludzie spali w nocy na dachach a w dzień zamykali się w domach; musieli zadowolić się cuchnącą wodą, uzbieraną podczas de szczów zimowych w podziemnych cysternach, obawiając się z każdym dniem ich wyschnięcia. Najlżejszy wiatr wznosił w górę gęste chmury wapiennego kurzu, a jeżeli ktoś musiał puścić się białym gościńcem poza obrębem miasta, noga zapadała się w tym gęstym miękkim pyle.
Najgorzej jednak było, że upały letnie odbierały ludziom sen. Wszyscy skarżyli się na zły sen, wielu jednak spędzało nocy zupełnie bezsennie, i ten brak snu był przyczyną iż mieszkańcy Jerozolimy byli za dnia przygnębieni i rozdrażnieni, w nocy zaś mieli straszne wizye i oddawali się dręczącej rozpaczy.
W takiej to nocy pewna amerykanka, która już od kilku lat mieszkała w Jerozolimie, rzucała się niespokojnie na swem łożu, nie mogąc usnąć. Kazała łóżko swe wynieść z pokoju na górną galeryę ciągnącą się dokoła domu, okładała sobie głowę zimnymi okładami, lecz wszystko to nie pomagało.
Pani owa mieszkała o pięć minut drogi od Bramy Damaszku w wielkim pałacowym budynku leżącym samotnie i odlegle. Tu więc powinno być właściwie powietrze świeższe i czystsze, lecz tej nocy zdawało jej się, jakby żar z całego miasta zogniskował się był dokoła jej domu. Wiał wprawdzie lekki wietrzyk, ale przychodził on z pustyni i był tak upalny i ostry, że zdawało się, jakoby przepełniony był ziarnkami kurzu. Prócz tego gromada psów ulicznych wybrała się poza mury miasta i rozdzierała powietrze bezustanem żałośnem wyciem.
Po kilkugodzinnem czuwaniu Amerykanka uległa nieopisanemu przygnębieniu. Usiłowała przypomnieć sobie, że odkąd przybyła do Jerozolimy powołana cudownem objawieniem boskiem Wszystko jej się poszczęściło. Założyła tu gminę i pokonała niezliczone prześladowania i trudności, lecz i ta myśl nie zdołała jej uspokoić, trwoga jej wzrastała z każdą chwilą.
Stopniowo zaczęła wyobrażać sobie, że ją i jej współwyznawców miano wymordować, że wrogowie jej podpalili dom, zamknąwszy poprzednio wszystkie wyjścia. Zdawało jej się, że Jerozolima poszczuła na nią wszystkich swych fanatyków, którzy rzucili się na nich z impentem całej nienawiści i żądzy zniszczenia, zawartej w murach tego miasta.
Starała się odzyskać napowrót zwykłą swą pogodną ufność! Dlaczegóż miała rozpaczać właśnie teraz, kiedy sprawa jej zyskała tak wielkie powodzenia, gdy kolonia Gordońska powiększyła się o pięćdziesiąt doskonałych chłopów szwedzkich, przybyłych z Ameryki, i oczekiwano przybycia jeszcze więcej tych dobrych, niezawodnych ludzi ze Szwecyi. W rzeczywistości przedsięwzięcie ich nigdy jeszcze nie przedstawiało się tak pomyślnie, jak właśnie obecnie.
Aby ujść trwodze wstała nakoniec i wyszła, zarzuciwszy na siebie, biały długi płaszcz. Otworzyła małą furtkę tylną i szła prosto w kierunku ku Jerozolimie. Wnet jednakowoż zboczyła z drogi i weszła na mały stromy pagórek. Ze szczytu jego mogła w nocy księżycowej widzieć miasto z wyzębionymi murami, jakoteż niezliczone wielkie i małe kopuły odbijające się od przejrzystego tła niebios.
Chociaż wciąż jeszcze walczyła z wewnętrzną trwogą i niepokojem, to jednak uroczysta piękność nocy podziałała na nią silnie.
Cały krajobraz był niejako oblany właściwem Palestynie zielonawo białem światłem księżyca, które nadaje wszystkiemu, jakieś czarowne tajemnicze piętno. W tem opanowało ją nagle dziwne wyobrażenie i pomyślała? Jak w starych zamkach są pokoje, gdzie gnieżdżą się duchy, tak może i to starożytne miasto z swemi pustemi wzgórzami mieści w sobie widma starego świata, i jest miejscem, gdzie człowiek musi być na to przygotowanym, że dawno minione wielkości zejdą z gór, a umarli z przed wieków krążyć tu będą wśród cieniów nocy.
Pani Gordon nie była wcale przerażoną, gdy opanowały ją te przedstawienia; przeciwnie była pełną radośnego oczekiwania. Od owej nocy, kiedy doznała rozbicia na okręcie l‘Univers i usłyszała głos Boży przemawiający do niej, zdarzyło się już kilkakrotnie, że otrzymała posłannictwo z pozaziemskiego świata. Zaczynała wierzyć, że i w tej chwili zdarzy się coś podobnego. Zdawało jej się, że mózg jej rozszerza się i że myśli jej pracują z niebywałą jasnością i lekkością. Zmysły jej były zaostrzone, i odczuwała, że noc ta nie była cicha, lecz że pełno w niej było głosów i dziwnych dźwięków.
Zanim zdołała uświadomić sobie zmianę, jaka z nią zaszła, usłyszała iż głos potężny, jakby wychodący z bardzo starego ochrypłego gardła wymawiał szumnie słowa:
„Zaprawdę dumnie wznieść mogę czoło me ponad kurz, ziemski, gdyż nikt nie dorówna mi w potędze, uwielbieni i świętości“.
Zaledwie przebrzmiały te słowa, gdy z kościoła Grobu świętego zadźwięczał potężny ton dzwonu. Był to jeden tylko dźwięk wielkiego dzwonu, ale brzmiał dumnie i ostro jakby protest.
A pierwszy głos mówił dalej:
„Czyż nie jam to świat napełnił bojaźnią bożą? Czyż nie jam to zatamował pęd świata w swym biegu i na nowe sprowadził go tory?
Pani Gordon spojrzała dokoła i głos brzmiał od wschodu, z owej strony miasta, gdzie niegdyś stała świątynia Salomona, a gdzie obecnie odbija się od szarawej zieleni nocnego nieba, moszeja Osmara. Czyż miałby to być jeden z modlących się w Moszei, który wyszedłszy na dach Minaretu, w ten sposób głosił w ciszę nocną swą pieśń pochwalną?
„Słuchaj“, brzmiał dalej głos ze starej świątyni; „Pamiętam to miejsce dawno jeszcze, zanim na górze wzniesiono to miasto. Pamiętam je jako trudny i nieprzystępny grzbiet górskiego łańcucha. Z początku była tu jedna tylko skala, która jednak od wód spływających od stworzenia świata rozszczepiła się na niezliczone pagórki.
„Niektóre z tych pagórków miały lekkie pochyłości, inne tworzyły obszerne wyżyny o stromych ścianach, inne znów były tak wązkie i tępe iż mogły służyć tylko jako mosty między innemi wzgórzami“.
Gdy głęboki głos skreślił ten obraz, zadźwięczało znów kilka krótkich tonów dzwonu od miejsca na którem wznosi się kopuła Grobu świętego, a pani Gordon, której ucho przywykło już do dźwięków przenikających noc, zaczęła pojmować, że i te dźwięki były głosem przemawiającym wyraźnemi słowy. Zdawało jej się, że zrozumiała krótkie zdanie:
„I ja to samo słyszałem“.
Pierwszy głos odezwał się na nowo:
„Przypominam sobie, że na najwyższym punkcie tego grzbietu górskiego wznosiło się wzgórze, które nazywało się Moria. Miało ono wejrzenie ponure i odstraszające, gdy z stromemi swemi ścianami i ostro ściętym szczytem sterczało wśród głębokich, ciemnych dolin; tylko od północy łączyło go szerokie pasmo ziemi, jakby most ze wzgórzami wznoszącemi się po drugiej stronie głębokich dolin“.
Pani Gordon usiadła na małej kupie kamieni. Podparła ręką czoło i słuchała.
Gdy pierwszy głos umilkł, jakby zmęczony z mówienia, zabrzmiało z drugiej strony:
„Pamiętam i ja, jak wówczas wyglądała ta góra.“
I zdarzyło się pewnego dnia“ — odezwał się znów głos z okolicy świątyni, „że kilku pasterzy, przechodzących z trzodami swemi przez tę górską okolicę, ujrzało ten pagórek, ukryty tak dobrze między dolinami i górami, jak gdyby w nim przechowane były wielkie skarby, lub cudowne tajniki. Wdrapali się na szczyt szeroki i znaleźli tu przedmiot nadewszystko święty.“
Lecz teraz głos został nagle przerwany dźwiękiem dzwonu.
„Nie znaleźli nic, prócz bryły skalnej, która leżała ze wschodniej strony góry. Był to wielki kamień okrągły, cokolwiek spłaszczony, który był trochę wzniesiony ponad ziemię przez drugi pod nim leżący, mniejszy kamień, tak że podobnym był do kapelusza olbrzymiego grzyba.“
„Ale pasterze“ — ciągnął pierwszy głos dalej“ — którzy znali wszystkie święte podania od początku świata, przejęci byli wielką radością na ten widok i zawołali: „Oto owa wielka wisząca skała, o której starzy tyle opowiadali. Oto kamień, od którego Bóg rozpoczął stworzenie świata. Stąd rozszerzył powierzchnię ziemi na zachód, wschód, północ i południe, stąd wznosił góry i rozlewał morze aź po nieba granice.“
Głos zatrzymał się na chwilę, jakby czekając na protest, ale dzwon milczał.
„Dziwna to rzecz — myślała pani Gordon, nie mogą to być ludzie, którzy mówią.“ Ale w gruncie rzeczy nie wydawało jej się to wcale dziwnem. W kurzącym wietrze i wśród zielonawo bladej nocy, najcudowniejsza rzecz wydawała się zupełnie naturalną.
„Pasterzy zeszli z góry w największym pośpiechu,“ mówił pierwszy głos dalej, ażeby zwiastować na całą okolicę, że znaleźli kamień węgielny świata. I wkrótce widziałem tłumy ludzi podążających ku górze Moria, ażeby na mnie, na owej wiszącej skale, nieść Panu ofiarę i dziękować mu za wspaniałe dzieło twórcze.“
Wymówiwszy to, głos rozbrzmią! rodzajem śpiewu i zawołał wysoką, płaczliwą intonacyą, w jakiej derwisze wykładają koran:
„Wtedy to po raz pierwszy poznałem uwielbienie i ofiary! Pogłoska o mojem istnieniu rozeszła się szybko i daleko. Godzien prawie widziano długie wijące się karawany, zstępujące z szarawo białych gór i szukające drogi do Morii. Zaiste, mogę z dumą podnieść moje czoło! Z mojej to przyczyny strome to wzgórze przestało być samotnem i opuszczonem. Dla mnie to takie tłumy napływały ku górze Moria, że kupcy wnet uznali za korzystne ściągnąć tu z towarami i sprzedawać je. Przezemnie na wzgórzach osiedlili się stali mieszkańcy, żyjący tem, iż dostarczali ofiarnikom paliwa i wody, kadzideł i ognia, gołębi i jagniąt.“
Drugi głos wciąż jeszcze milczał, lecz pani Gordon podniosła głowę ze zdumieniem. Ten co mówił był widocznie sam owym „świętym Kamieniem?“ To, co słyszała, był głos wielkiej bryły skalnej, która spoczywała pod wspaniałem mozajkowem sklepieniem w moszei Omara.
Lecz teraz zabrzmiało na nowo:
„Ja jestem pierwszym i jedynym, jestem tym, którego nigdy ludzie wielbić nie przestaną!“
Zaledwie jednak wyrzekł te słowa, gdy głośnymi dźwięki odezwała się odpowiedź z kościoła świętego Grobu:
— Zapominasz o tem, iż mniej więcej w pośrodku tej samej wyżyny, gdzie i ty spoczywałeś, znajdował się mały niepokaźny pagórek, pokryty dzikim gajem oliwnym. I zapewne chętnie zapomniałbyś o tem, że stary patryarcha Sem, syn Noego, drugiego praojca ludzkości, przybył pewnego dnia na górę Moria. Pochylony był od starości i stał nad krawędzią grobu; szedł zwolna i wlókł nogi za sobą. Dwóch służących towarzyszyło mu, nosząc narzędzia potrzebne do wykucia grobu w skale.“
Teraz pierwszy głos, stary i ochrypły milczał.
„Udajesz, jakobyś nie wiedział, że Noe, ojciec Sema posiadał czaszkę Adama, pierwszego człowieka i przechowywał ją starannie jako pamiątkę po praojcu ludzkości. Gdy umarł, zostawił czaszkę Semowi, a nie innemu z swych synów, gdyż przewidywał iż z Sema zrodzi się największy naród narodów. A gdy Sem czuł, iż zbliża się ostatnia jego godzina, postanowił zagrzebać tę świętą rodzinną pamiątkę na górze Moria. Że zaś posiadał dar proroczy, nie zagrzebał czaszki pod świętą skałą, lecz pod małym, nieznacznym pagórkiem, porosłym oliwnym gajem a wzgórze to od tego dnia otrzymało nazwę Golgota, czyli miejsce z czaszką.“
„Przypominam sobie to zdarzenie;“ rzekł głos ochrypły „i przypominam sobie także, że ci, którzy wielbili skałę, uważali to za rzecz bardzo dziwną. Sądzili oni, że patryarcha był zbyt starym i bliskim śmierci, tak iż nie wiedział, co czynił.“
Jeden tylko przenikliwy dźwięk zabrzmiał od strony kościoła, a pani Gordon wydawał się on jak krótki szyderczy śmiech.
„Ale cóż znaczy ten nieważny wypadek!“ odezwał się znów głos z Moszei. Wielki kamień wzrastał wciąż w potęgę i świętość. Królowie i narody podążały doń, by składać ofiary za szczęście i powodzenie. Pamiętam także dzień, kiedy górę odwiedził patryarcha większy od Sema. Widziałem Abrahama, jak z białą brodą kroczył pełen godności obok syna swego Izaka. I Abraham nie wybrał ciebie Golgoto, lecz na wiszącej skale ułożył stos i przywiązał doń chłopca.“
Tu gniewnie przerwał głos z kościoła świętego Grobu: „To ci się naturalnie po wieki jako zaszczyt policzy, lecz nie zapominaj, że i mnie się część chwały należy! Czy nie pamiętasz, że patryarcha, któremu Anioł boży wyrwał miecz z ręki, szukał na górze za zwierzęciem ofiarnem i znalazł barana który rogami zawikłał się w krzak oliwny?“
Pani Gordon słuchała wciąż z największą uwagą. Im bardziej jednak wsłuchiwała się w sprzeczkę świętych pamiątek, z tem większem przygnębieniem myślała o własnem swem powołaniu. O Boże, czemuż dałeś mi zadanie głoszenia hasła jedności? kłótnia i zwada są jedyną rzeczą istniejącą od stworzenia świata!“
Nagle stary głos rozpoczął znów:
„Nie zapominam niczego, co warte jest wspomnienia. Nie zapomniałem więc i o tem, że za czasów Abrahama wyżyna ta nie była już pustynią. Było tu miasto i był król, który był zarazem arcykapłanem świętego kamienia i panował nad narodem kapłanów i innych sług świętego kamienia. Królem owym był Melchizedek i on to był pierwszym, który wprowadził regularnie powtarzające się ofiary i piękne święte uczynki, które miały być spełniane na świętej skale.
Szybko padła z drugiej strony odpowiedź:
„Ja również uznaję Melchizedeka jako męża świętego i proroka. I nie ma lepszego dowodu, iż był istotnie wybrańcem Bożym, nad ten, że chciał być pochowanym w grocie skalnej pod Golgotą, tam gdzie leżała czaszka Adama. Czyż nie pomyślałeś jakie prorocze znaczenie leży w tem, iż pierwszy grzesznik i pierwszy arcykapłan pochowani są na tem samem miejscu?“
„Słyszałem, że przywiązujesz do tego wielkie znaczenie/ odrzekł kamień święty, „lecz wiem o czemś, co jest jeszcze ważniejszem. Miasto na górze rosło i rozszerzało się. Doliny i wzgórza dokoła zaludniły się i otrzymały osobne nazwy. I wkrótce już tylko wschodnia strona góry, tam gdzie leżał kamień święty, nazywała się Moria. Wzgórze na południowej stronie zwało się Sion wzgórze zachodnie Gareb, a północne Betzaida.
„Zawsze jednak było to małe miasto na tej górze leżące,“ odrzekł głos z kościoła. „Mieszkali tu prawie wyłącznie pasterze i kapłani. Ludzie nie mieli ochoty osiedlić się w tej nieurodzajnej kamienistej pustyni.“
„Odpowiedź na to była tak ostra i zwycięsko dumna, że pani Gordon aż wstrząsła się, słuchając.
„Widziałem króla Dawida! Widziałem jak w szkarłatnej szacie i błyszczącej tarczy stał i oglądał to miejsce, zanim obrał je za swoją królewską siedzibę. Dlaczego nie wybrał bogatego, wesołego Betlehemu, dlaczego nie Jeryhonu, w urodzajnej lezącego dolinie? Dlaczego nie uczynił z Gilgalu ani z Hebronu stolicy Izraela? Powiadam ci, iż wybrał to miejsce z powodu wiszącej skały. Wybrał je na to, ażeby królowie Izraelscy mieszkali na górze, którą przez wieki ocieniałem swoją świętością.“
I poraź drugi głos począł długimi tonami śpiewać hymn pochwalny.
„Myślę o wielkim mieście, o jego murach i wieżach. Myślę o zamku królewskim z tysiącem gmachów, na górze Sion. Myślałem o namiotach kupieckich i warsztatach, o obronnych murach, wysokich bramach i wieżach. Myślę o rojnych ulicach, o piękności i blasku miasta Dawida!
I myśląc o tem wszystkiem powiedzieć mogę: Wielką jest potęga twa, o Skało! Tyś to wszystko do życia powołała. Dumnie podnieść możesz swe czoło! Nikt nie dorównywa ci w uwielbieniu i świętości!
Lecz ty Golgoto, ty byłaś tylko małym punktem na ziemi, nagim pagórkiem poza murami miasta. I któż ci składał ofiary, któż cię wielbił, któż o sławie twej wiedział?“
Podczas gdy hymn ten wznosił się w nocną ciszę, głos dzwonu przemawiał gniewnie, lecz ciszej niż poprzednio, jakby czcią wielką stłumiony.
„Widać, iż starzejesz się, gdyż przesadzasz wszystko co w młodości swej widziałeś, jak to czynić zwykli staruszkowie. Miasto Dawida rozciągało się jedynie z południowej strony. Nie sięgało nawet po środek góry. Było więc rzeczą zupełnie naturalną, ze musiałem pozostać poza murami miasta.“
Lecz tamten głos śpiewał dalej bez przerwy.
„Największą zaś sławę, o Skało, osiągłaś za króla Salomona! Wznoszący się dokoła ciebie grzbiet górski zamieniono na powierzchnię płaską, i wyłożono ją kamiennemi płytami. I dokoła na gruncie tym wzniesiono kolumnady, jak dokoła sal królewskich. W środku zbudowano świątynię z świętym Przybytkiem. Nad tobą to o kamieniu zbudowano świątynię, i na tobie, na kamieniu węgielnym świata spoczywała Tora z Tablicami Prawa w świętym przybytku!“
Nie ozwał się protest od strony kościoła i słychać było tylko stłumione łkanie, podobne do skargi.
„I za czasów Salomona sprowadzono z głębi dolin wodę na wyżyny jerozolimskie, gdyż Salamon był z królów najmądrzejszym. I z suchych szarawo-białych gór wyrosły drzewa, a z pomiędzy kamieni wykwitły róże. W jesieni zbierano z ogrodów, pokrywających góry, figi i winne grona, granaty i oliwy ku radości Salomona. Ale ty Golgoto byłaś wciąż jeszcze nagim pagórkiem poza murami miasta. Byłeś tak mizernym i niepłodnym pagórkiem, że żaden z bogaczy za czasów Salomona nie byłby cię objął w obrębie swego ogrodu i żaden ubogi nie byłby na tobie posadził swej winnej latorośli.“
Pobudzony tą ponowną napaścią, przeciwnik zdobył się na obronę:
„Zapominasz jednakowoż, że właśnie w tym czasie stało się coś, co Golgocie zapewniło trwałą sławę. Wówczas bowiem mądra królowa Saba przybyła w odwiedziny do Salomona, a król przyjął ją w pałacu zwanym „Domem Libanonu“ ponieważ zbudowanym był z belek pochodzących z dalekiego Libanonu.
Gdy król pokazał królowej arabskiej ten nadzwyczajny budynek, któremu równego nigdy nie widziała, uwaga jej spoczęła na jednym belku wystającym z muru. Był on niezwykłej grubości, a gdy mu się przyjrzano bliżej, okazało się, iż składał się z trzech zrośniętych z sobą pni.
Mądra królowa zadrżała, widząc, iż drzewo to posłużyło do pałacu królewskiego i szybko opowiedziała jego historyę. Opowiedziała królowi, że anioł, który po wygnaniu pierwszych ludzi strzegł wejścia do raju, wpuścił raz był Seta, syna Adamowego do wspaniałego ogrodu.
Wolno mu było wejść tak daleko, iżby ujrzał drzewo życia. A gdy Set opuścić musiał ogród, dał mu anioł trzy nasienia z cudownego z drzewa. Ziarnka te wsadził Set do ziemi na Adamowym grobie, na górze Libanon, i wyrosły z nich trzy, pnie, które stanowiły razem jedno drzewo.
I oto ten pień — rzekła królowa — rębacze króla Hizama ścięli dla cię, o królu i wmurowanego w ścianę twego królewskiego pałacu. Lecz powiedzianem było, iż na tym pniu kiedyś umrze człowiek, a gdy się to stanie, Jerozolima upadnie i wszystkie pokolenia Izraelskie rozsypią się po świecie.
Ażeby zaś nie spełniła się nigdy ta zła przepowiednia, królowa poradziła królowi, ażeby zniszczył ów pień, i Salomon kazał go wyjąć z ściany pałacu i wrzucić do stawu Betesda.“
Po tej długiej mowie nastała zupełna cisza i pani Gordon sądziła, iż już niczego nie usłyszy.
Po chwili jednak głos dzwonu rozpoczął na nowo:
„Myślę o ciężkich czasach. Przypominam sobie, iż świątynię zniszczono, a lud cały zabrano w niewolę. I gdzież była twa sława i twój blask w onym czasie o kamieniu!“
Po chwili dopiero przyszła odpowiedź od skalnego kamienia:
„Czyż jestem wszechmogącym! Lecz chociaż upadłem, zawsze podniosłem się napowrót z upadku. Czy pamiętasz o blasku, który opromienia! mnie za czasów Heroda? Czy pamiętasz te trzy przedsionki które otaczały świątynię? Czy pamiętasz o ogniu, który w dzień wznosił się potężnym płomieniem z ołtarza całopalenia, tak iż oświecał całe miasto? Czy pamiętasz bramę świątyni Herodesa, zwaną „Piękną“ gdzie on postawić kazał przeszło sto porfirowych kolumn? Czy pamiętasz woń kadzidła, która rozchodząc się z świątyni przy wietrze zachodnim sięgała aż do Jerychonu? Czy pamiętasz z jakim hałasem otwierały się bramy z miedzi? Czy pamiętasz zasłonę babilońską nad świętym Przybytkiem, przetkaną różami i litem zlotem?“
Krótko i gniewnie zabrzmiało od strony kościoła.
„Pamiętam to wszystko, lecz pamiętam ponadto, że w owym czasie Herodes kazał oczyścić staw Betesda i przypominam sobie, że robotnicy jego znaleźli na dnie drzewo życia, które niegdyś wmurowane było w pałac Salomona, i że wyrzucili gruby pień na brzeg“.
„A czy przypominasz sobie jeszcze“, mówił głos głazu z radosną dumą, „czy przypominasz sobie wspaniałe miasto, gdzie mieszkali książęta Judy na Sionie, Rzymianie zaś i cudzoziemcy w okolicy Betzaidy? Czy przypominasz sobie Gród Antoniny? Czy przypominasz sobie silne bramy? Czy przypominasz sobie okalające mury zdobne w wieżyczki“?
„Tak, przypominam sobie to wszystko“, zabrzmiało od strony kościoła, „ale i o tem pamiętam, że właśnie w owym czasie Radca Józef z Arymatei wykopać kazał grób skalny w swym ogrodzie, tuż obok Golgoty“.
Głos z Moszei drżał cokolwiek, lecz odezwał się bezzwłocznie:
„Czy pamiętasz olbrzymie wędrówki ludów do Jerozolimy podczas świąt uroczystych? Czy pamiętasz, jak wszystkie drogi w Palestynie roiły się od ludzi, a stoki górskie przed miastem pokryte były namiotami? Czy przypominasz sobie mężów z Rzymu, Aten, z Damaszku, z Aleksandryi, którzy przybywali, by oglądać wspaniałości miasta i świątyni? Czy pamiętasz tę dumną Jerozolimę?
Dźwięk dzwonu odpowiedział z nieugiętą powagą:
„Zapewne pamiętam to wszystko, ale i o tem nie zapomniałem, że właśnie w owym czasie siepacze Piłatowi znaleźli drzewo życia na brzegu stawu Betesda i zrobili zeń krzyż, na którym miał zginąć zbrodniarz na śmierć skazany?
„Pogardzonym i zapomnianym byłeś po wsze czasy“ — odezwał się głos z Moszei z goryczą. „Dotychczas jednak byłeś przynajmniej tylko niespostrzeżonym punktem na ziemi. Lecz w owym czasie spotkała cię hańba taka, iż siepacze wybrali cię jako miejsce egzekucyi. Przypominam sobie ów dzień, gdy na wzgórzu Golgota stanęły trzy krzyże.
„Potępion byłbym, gdybym kiedyś zapomnieć mógł o owym dniu“! odrzekł Kościół uroczystym tonem, który rozległ się w przestrzeni, jakby z towarzyszeniem hymnu chórów radośnych. „I pamiętam nawet, że w tym samym czasie, gdy stanął krzyż drewniany na skalistem czole Golgoty, odbywała się na górze Moria wielkanocna ofiara. W świątecznych ubraniach weszli Izraelici do przedsionków, otoczonych kolumnami. W pośrodku nieśli wysokie żerdzie na których wisiały ofiarne jagnięta. A gdy przedsionki były już tak zapełnione ludźmi, że nikt nie mógł się więcej pomieścić zamknięto bramy świątyni i dźwięki trąb zwiastowały początek uroczystości.
„Potem powieszono zwierzęta na żerdziach między filarami i zarżnięto je. Kapłani stali długim szeregiem w poprzek na podwórzu świątyni i chwytali krew ofiar w srebrne i złote czarki i wylewali ją na ołtarz Całopalenia.
Wylano tyle krwi, że całe podwórze było zalane, i kapłani stanąć musieli na stołkach ażeby brzegi ich białych szat nie przesiąkły krwią. Lecz w tej samej chwili, kiedy Ukrzyżowany zmarł na Golgocie, przerwaną została wielka uroczystość ofiarna w świątyni. Gęste ciemności zaległy święte miejsce i cały gmach zatrząsł się aż do postaw a zasłona babilońska rozdarła się na dwie części na i znak, że potęga i uwielbienie i świetność miały od tej chwili z góry Moria przejść na Golgotę“.
„Trzęsienie ziemi wstrząsnęło i Golgotą“ — przerwał stary głos, „tak iż całe wzgórze pękło“.
„Tak, w istocie“, odrzekł Kościół tym samym radośnym tonem. „I na Golgocie powstała głęboka szczelina, a przez nią spłynęła krew z krzyża, aż do grobu skalnego, zwiastując tu pierwszemu grzesznikowi i pierwszemu arcykapłanowi, że oto zbawienie dokonane“!
W tej chwili zabrzmiało ze strony Kościoła gwałtowne i długie dzwonienie a równocześnie z minaretu Moszei wzniosły się żałosne tony wzywające wiernych na modlitwę. Pani Gordon zrozumiała, że nastała jedna z świętych godzin nocy, lecz stało się to tak bezpośrednio po opowieści o Ukrzyżowaniu, że zdawało się jej, iż obaj staruszkowie skorzystali z sposobności, aby dać wyraz dumie i pokorze, jakie ich napełniały.
Ledwie ustało głośne dzwonienie, gdy Moszea rozpoczęła znów uroczystym głosem:
„Jam to jest skała wielka i wieczna, lecz czemże jest Golgota? Jam jest tym, kim jestem, i nikt nie wątpi, gdzie mnie ma znaleść, lecz gdzież szukać ma Golgotę? Gdzież jest owo wzgórze, z którego się krzyż w głąb zapadł? Nikt o tem nie wie. Gdzie grób, w który włożono Chrystusa? Nikt nie może z pewnością wskazać owe miejsca.
Szybko odezwał się głos z Golgoty:
„Więc i ty podnosisz te zarzuty? A jednak tyś to najlepiej powinien wiedzieć, jesteś tak starym, że możesz pamiętać położenie Golgoty. Przez tysiąc lat widziałeś wzgórze na jednem i tem samem miejscu przed Bramą Sprawiedliwości“.
Zapewne, jestem stary, nawet bardzo stary“, zabrzmiał znów głos z Moszei. „Powiedziałeś jednak, że starzy mają złą pamięć. Było wiele nagich pagórków przed Jerozolimą. Jakże mógłbym pamiętać, który z nich był Golgotą? I jest tam nieskończenie wiele grobów, wykutych w skale. Jakże wiedzieć mogę, który z nich jest prawdziwy“?
Pani Gordon czuła, że niecierpliwość w niej wzrasta. Zaiste, miała ochotę wmieszać się do rozmowy. Te dziwne głosy dźwięczały tylko w jej uszach, przywołując jej na pamięć stare podania, które znała oddawna! Chciała zawezwać je, aby wyjawiły jej głębokie tajemnice Państwa Bożego, lecz ci dwaj staruszkowie sprzeczali się tylko małodusznie o pierwszeństwo w sławie i potędze.
Teraz i głos dzwonu dźwięczał już niecierpliwie:
„Ciężka to rzecz, że bezustannie bronić się muszę przed zarzutem, iż nie jestem tym, za którego się wydaję. Pamiętasz przecie, że już pierwsi chrześcianie odwiedzali mnie, aby odnowić w swym umyśle wspomnienie ważnych zdarzeń, jakie zaszły w pobliżu Golgoty“?
„Tak“, odrzekł głos z Moszei, może to i prawda, lecz jestem przekonany, że Chrześcianie wśród przebudowanych ulic i owych szeregów domów, zgubili twój ślad wówczas, gdy miasto wzrosło i Herod zbudował nowe mury okalające miasto“.
„Nie zgubili śladu mego“, odezwał się święty Grób, zgromadzali się zawsze na Golgocie, aż skończyło się oblężenie Jerozolimy, poczem opuści! miasto“.
Święty Kamień nic na to nie odpowiedział. Zdawał się być przygnębionym zupełnie smutnemi wspomnieniami odnowionemi w jego pamięci.
„Cała świątynia twa została zburzoną“! zawołał Kościół. „Święte otoczenie świątyni pokryte było gruzami. Sześćset lat o Kamieniu, leżałeś ukryty pod popiołem i gruzami“!
„Cóż znaczą dla mnie sześćset lat“? odrzekł Kamień z ponurą dumą. „Nikt jednak nie wątpi o tem, że znajduję się na mojem miejscu, o ciebie zaś sprzeczają się bezustannie“.
„Jakże mogą się sprzeczać o mnie, kiedy cudem Bożym odnaleziono mnie przecie“? odrzekł Kościół z radośną pokorą. »Cesarzowa Helena uczyniła to, a była ona Chrześcianką i Świętą. W śnie otrzymała rozkaz, by się udała do Ziemi świętej i tam na miejscach pamiątkowych ustawiła święte pomniki“.
„O tak pamiętam dobrze czas, gdy cesarzowa przybyła do Jerozolimy. Pamiętam, że towarzyszył jej orszak pobożnych i uczonych mężów. Przypominam sobie, że z początku daremnie szukała miejsca, gdzie znajdował się Grób święty“.
„Ale w owym czasie stała prawie w samym środku miasta świątynia Wenery, a cesarzowa dowiedziała się, że zbudowaną była przez Hadriana na miejscu, które niegdyś uważane było przez Chrześcian za święte. Kazała zburzyć świątynię i okazało się, że wznosiła się ona na Golgocie. Pod fundamentem świątyni znajdował święty Grób, zupełnie nieuszkodzony i przekazany potomność a zarazem i wzgórze Golgota z grotem skalnym Melchizedeka i z szczeliną w górze, o której mówiono, że zawsze jeszcze krew z niej płynie. Znaleziono także..“
Tu przerwał głos z Moszei długim śmiechem szyderskim.
„Lecz posłuchaj ostatniego i najważniejszego dowodu, ciągnął dalej Kościół, nie zważając na przerwę. Cesarzowa nie pragnęła niczego goręcej niżeli znalezienia świętego Krzyża, lecz zaginął on bez śladu i dopiero po długiem i daremnem szukaniu, przyszedł pewnego dnia do cesarzowej stary mędrzec, który doniósł jej, iż krzyż zagrzebany jest głęboko w ziemi i opisał miejsce, gdzie należy go szukać. Muszą kopać głęboko — rzekł on, gdyż siepacze rzucili byli krzyż do fosy, którą aż po brzeg zasypali ziemią i kamieniami. O pamiętam dobrze że pobożna cesarzowa siedziała nad brzegiem rowu i zachęcała robotników. Pamiętam także dzień, gdy znaleziono Krzyż święty na dnie starej fosy“.
Kościół mówił sam dalej, nie zważając na to, że z Moszei odzywały się szydercze okrzyki i śmiech pełen wątpliwości.
„Pamiętam cały szereg cudów, który nastąpił po odnalezieniu Krzyża, i zdaje mi się, że i ty nie śmiesz temu zaprzeczyć! I ty słyszałeś radośne okrzyki chorych, uleczonych świętą relikwią. I ty przypominasz sobie pochód pielgrzymów, który napływał ze wszystkich stron świata. Przypominasz sobie dzikich mężów nabożnych, którzy osiedli w skalnych jaskiniach Jerozolimy. Przypominasz sobie także klasztory i kościoły, które wystrzeliły z ziemi.
„A możeś ty o głazie zapomniał o wspaniałych budowach, które Konstantyn i jego matka kazali wznieść ponad Grobem świętym? Na placu, gdzie znaleziono Krzyż postawiono bazylikę, ale ponad skalną grotą świętego Grobu zbudowano piękny okrągły kościół.
„Z pewnością przypominasz sobie, o Skało, greckich budowniczych, którzy gmachy te wznieśli z równą wspaniałością, jak gdyby były to gmachy cesarskiego zamku. Przypominasz sobie z pewnością te karawany, które przybywały obładowane kosztownymi kamieniami i złotem, potrzebnem do ozdobienia kościoła. Przypominasz sobie w Bazylice porfirowe filary z srebrnemi kapitelami i sklepienie mozajkowe w kościele świętego Grobu i przypominasz sobie zapewne te wązkie okna przez które wnikało światło załamując się w szybach z alabastru i malowanego szklą, tak że każdy promień iskrzył się, jak gdyby wytryskał z drogiego kamienia! Przypominasz sobie rzeźbioną kratę przed ołtarzem i podwójny rząd kolumn i kopułę, co lekko a silnie wznosiła się nad budynkiem. Przypominasz sobie i sam Grób świętej w pośrodku spoczywający, nieozdobny i niepielęgnowany w calem tem otoczeniu pełnem blasku!
„A jaki czas nastąpił po wzniesieniu tych gmachów! Pamiętasz dobrze, że wszyscy chrześcianie na Wschodzie uważali Jerozolimę za miasto święte, i że wkrótce odwiedzali ją nietylko pielgrzymi na czas krótki. Czy nie pamiętasz, jak przybywali biskupi z całym orszakiem księży i dokoła świętego grobu budowali pałace i kościoły? Czy nie widziałeś że patryarchowie ormiańscy, greccy i asyryjscy wznosili tu swe trony? Czy nie widziałeś Koptów przybywających z starego Egiptu i Abysyńczyków z serca Afryki? I ujrzałeś odbudowaną Jerozolimę, miasto pełne kościołów i klasztorów, restauracyi i pobożnych fundacyi. Wiesz dobrze, że sława jej wówczas większą była niż kiedykolwiek.
„A wszystko to mojem było dziełem, o Gładzie! Tyś leżał zaniedbany i zapomniany na górze Moria. Zagrzebany byłeś pod gruzami, ukryty pod kupą popiołu. Nikt o istnieniu twem nie myślał“.
Na to wezwanie odpowiedziała skalna świątynia:
„Czem są dla mnie długie lata poniżenia? Czyż nie jestem mimo wszystko tem, czem jestem? Ledwie przeszło kilka stuleci, gdy zjawił się u mnie pewnej nocy stary mąż czcigodny, w płaszczu beduińskim i z przepaską z włosienia wielbłąda dokoła głowy. Mężem tym był Mohamet, Prorok Boży. Był on żywcem wniebowzięty a noga jego spoczywała na mojem czole, gdy począł wznosie się ku górze. W tejże chwili i ja również uniosłem się o własnej sile na kilka stóp ponad ziemię z tęsknoty za nim. Podniosłem się z pod gruzów i popiołu. Gdyż jestem Wiekuistym, który nigdy nie zginie“.
„Opuściłeś naród swój, zdrajco!“: wołał Kościół. „Dopomogłeś niewiernym do władzy“!
„Nie mam swego narodu, nie służę żadnemu, jestem wiekuistą Skałą. Kto mnie uwielbia, tego ochraniam. Niebawem nadszedł dzień, iż Omar odbył swój wjazd do Jerozolimy i wielki Kalif rozkazał oczyścić plac przed świątynią, wziął sam na głowę kosz gruzów i wyniósł go. A w kilka lat później zwolennicy Omara wystawili nademną najwspanialszy budynek, jaki kiedykolwiek widziano na Wschodzie“.
Tu głos dzwonu przerwał gwałtownie:
„Tak budynek ten jest bardzo piękny, ale czy niewiesz jakie jest jego pochodzenie? Czy sądzisz, że nie poznaję tego mozajkowego sklepienia, tej pięknej kopuły, tych ścian marmurowych, w pośród których ty spoczywasz w swej nieozdobnej prostocie; to zupełnie tak samo, jak przedtem Grób święty leżał w kościele. Cała twa moszeja zbudowaną jest wedle wzoru pierwszego Kościoła Grobu Świętego“.
Pani Gordon była coraz niecierpliwszą. Sprzeczka dwóch pomników wydawała jej się nędzną i małostkową. Ani jednej myśli nie poświęciły religiom przez się reprezentowanym, lecz pyszniły się tylko gmachami w których się ukrywały.
„Moszeja mówiła znów“:
„Przypominam sobie wiele rzeczy, lecz nie przypominam sobie, iżbym widziała kiedykolwiek piękny Kościół Świętego Grobu, o którym mówisz. Stał on wprawdzie na Golgocie, ale został wkrótce zniszczony przez wrogów; odbudowano go potem znowu i ponownie go zniszczono.
„Ale natomiast przypominam sobie, ciągnął dalej głaz, że na Golgocie było mnóstwo mniejszych i większych gmachów, które uważano za święte. Były ubogie i zapadłe a krople deszczu padały przez ich dachy“.
„Tak, to prawda“, odrzekł kościół. „Było to za twoich czasów, za czasów ciemnoty. Lecz ja również powiedzieć mogę, jak ty, co mnie obchodzą lata poniżenia? Widziałem, iż cały Zachód pospieszył mi na pomoc. Widziałem, iż Jerozolima została zdobyta przez mężów w żelaznej zbroi, którzy dla obrony mojej przybyli z Europy. Widziałem, iż twoją moszeję zamieniono w kościół chrześciański, i że na tobie o Skało Krzyżacy urządzili ołtarz. I widziałem także, iż Krzyżacy sprowadzili swe konie do sklepienia pod placem przed świątynią“.
Stary kamień podniósł głos i zaczął śpiewąć podobnie, jak śpiewa Derwisz na pustyni.
Ale kościół nie zatamował potoku słów:
„Pamiętam, iż rycerze Zachodu złożyli swe żelazne zbroje, zabrali się do młotka i kielni, aby odbudować kościół świętego Grobu. I pamiętam, że wznieśli bardzo wielki budynek, ażeby pomieścić w nim wszystkie wspaniałe miejsca. Przypominam sobie, że szary Grób skalny wyłożyli wewnątrz i zewnątrz białym marmurem“.
Stary głos przerwał w tem miejscu:
„I cóż z tego, że zbudowali cię rycerze Krzyżowi, skro znów się rozpadłeś w niwecz“?
„Jestem przepełniony wspomnieniami i świętemi miejscami!“ zawołał Kościół Świętego Grobu grzmiącym głosem. „Mogę pokazać w obrębie moich murów krzak oliwny, przy którym Abraham znalazł barana, mogę pokazać kaplicę, gdzie pogrzebaną jest czaszka Adama. Mogę pokazać Golgotę i Grób i Kamień na którym siedział Anioły gdy nadeszły kobiety, aby opłakiwać zmarłego. W obrębie moich murów jest tez miejsce, gdzie cesarzowa zachęcała do pracy robotników i miejsce, gdzie znaleziono krzyż. Posiadam kolumnę przy której siedział Ukrzyżowany, gdy włożono mu cierniową koronę, i posiadam również kamień Namaszczenia i grób Melchizedeka. Posiadam miecz Gotfryda z Buljonu. I wielbią mnie wciąż jeszcze Kopci i Abysyńczycy, Ormianie i Jakobici, Grecy i Rzymianie. Pełno u mnie pielgrzymów...“
Tu świątynia skalna przerwała mowę Kościołowi świętego Grobu:
„Jakież znaczenie mieć możesz ty pagórku skalisty, ty grobie, którego miejsca nikt nie zna? Czy możesz się mierzyć z wiekuistą Skalą? Czy nie na mnie wypisane jest niewymowne imię Jehowy, którego nikt prócz Jezusa wytłumaczyć nie zdołał? Czy nie do mojego podwórza przed świątynią zejść ma Mahomet w dzień Sądu ostatecznego“?
Gdy spór między Kościołami doszedłszy do tego punktu, zaczął się zaogniać coraz bardziej, pani Gordon powstała. Zapomniała, iż głos jej nie był tak silnym, by mógł być słyszanym równocześnie z owymi dwoma potężnymi głazami.
„Biada wam! Biada wam!“ wołała, „jakież to z was świętości? Spieracie się i walczycie, a z waszego sporu płynie na świat cały niezgoda nienawiść i prześladowanie. Ale ostatnim Bożym rozkazem jest jedność, słuchajcie! Ostatni rozkaz, dany mi przez Boga zwie się Jednością“!
Gdy słowa te wyrzekła, umilkły obydwa Kościoły świętego Grobu i świętego Głazu. Pani Gordon zastanawiała się przez chwilę nad tem, czy to jej słowa mogły mieć tę moc przerwania sporu? Ale wtem ujrzała, że wszystkie krzyże i półksiężyce sterczące ponad kopułami miasta świętego zwolna poczęły lśnić się złociście. Słońce wzeszło ponad górą oliwną, a wszelkie nocne glosy umilkły!




Bo Ingmar Manson

Między ludźmi, którzy należeli do gminy Hellguma w Ameryce i wyjechali z nim do Ameryki, było trzech ze starego rodu Ingmarów, mianowicie dwie córki Ingmara Wielkiego, które wkrótce po śmierci ojca wy wędrowały do Chicago, oraz kuzyn ich Bo Ingmar Manson, młody człowiek, który tylko dwa, lub trzy lata mieszkał w Stanach Zjednoczonych.
Bo był słusznego wzrostu, miał blond włosy i jasne brwi. Miał też świeżą, cerę i wyglądał dobrodusznie. Rysami nie przypominał starego rodu, do którego należał, ale podobieństwo występowało wyraźnie, jeżeli miał do spełnienia trudną robotę lub był rozgniewany.
Gdy Bo podrósł i uczęszczał do szkoły Storma, był leniwy i obojętny, i nauczyciel dziwił się często, iż ktoś pochodzący z tak mądrego rodu, mógł być tak tępym. Ociężałość ta jednak znikła, gdy Bo przybył do Ameryki. Pokazało się i owszem, że był pojętny i zręczny, lecz w dziecinstwie swem tyle się nasłyszał o swej głupocie, że nie mógł jeszcze nabrać zaufania do siebie.
Mieszkańcy wsi nie mało się zdziwili, gdy Bo wyjechał do Ameryki. Rodzice jego byli zamożni, posiadali wielki dwór i byliby chętnie syna zatrzymali przy sobie. Była wprawdzie pogłoska, że Bo jest zakochany w Gertrudzie, córce nauczyciela i że wyjeżdża, aby o niej zapomnieć, ale nikt nie wiedział dokładnie, jak się rzecz miała. Bo nie miał powiernika oprócz matki ona zaś nie daremnie była siostrą Ingmara Wielkiego, nikt nie potrafiłby jej skłonić, aby powiedziała o jedno słowo więcej, niż powiedzieć chciała.
Owego dnia, kiedy Bo opuszczał dom rodzicielski, matka przyniosła mu pas i prosiła go, aby go nosił na nagiem ciele. Bo czuł, że pas był ciężki ; matka wszyła weń pieniądze.
„Musisz mi przyrzec, że nie rozłączysz się z nim bez potrzeby“, rzekła matka. „Nie wielka to suma, lecz tyle właśnie, ile potrzeba, abyś mógł wrócić, gdyby ci się źle powodziło
Bo przyrzekł, że nie użyje tych pieniędzy chyba w ostatecznej potrzebie i dotrzymał ściśle przyrzeczenia. Nie doznał też zbyt wielkiej pokusy, gdyż powodziło mu się po większej części dobrze w Ameryce, ale zawsze dwa razy był już tak ubogim, że cierpiał głód i nie miał przytułku. Zawsze jednak potrafił jeszcze znaleść wyjście, tak iż nie potrzebował naruszyć daru matki.
Gdy Bo przystąpił do Hellgumczyków, był w niemałym kłopocie, co począć z pasem. Nowi jego towarzysze pragnęli naśladować pierwszych chrześcian; dzielili się majątkiem a wszystko co zarabiali, składali do wspólnej kasy. Bo złożył wszystko co posiadał, z wyjątkiem sumy zaszytej w pasie. Nie był zupełnie z sobą w zgodzie co do tego, co słuszne a co niesłuszne w tym względzie, ale miał uczucie, że musi zatrzymać te pieniądze. I był pewnym, iż Bóg zrozumie, że nie uczynił tego z skąpstwa, lecz dlatego, iż musiał dotrzymać przyrzeczenia, danego matce.
Zatrzymał więc pas i wówczas, gdy połączył się z Gordonistami. Ale od tej chwili zaczął myśleć o tem z pewną trwogą. Poznał w krotce, że pani Gordon i wielu jej zwolenników byli ludźmi wybitnymi i czuł wielką dla nich cześć. Drżał na myśl, co tacy ludzie nieposzlakowani pomyśleliby o nim, gdyby pewnego dnia odkryli, że ma on przy sobie ukryte pieniądze, mimo, iż święcie zobowiązał się wręczyć gminie wszystko, co posiadał.
Hellgum przybył z gminą swą już w maju do Jerozolimy, w tym czasie, gdy chłopi na wsi rodzinnej sprzedawali swe dwory. W czerwcu nadszedł list do Jerozolimy, z doniesieniem, że dwór ingmarowski sprzedany i że Ingmar Ingmarson porzucił Gertrudę, aby odzyskać dwór ojcowski.
Aż do tej chwili Bo był zadowolony w Jerozolimie i często wspominał o tem, jak się cieszy, że tu przybył. Ale skoro usłyszał, że Gertruda jest wolną, stał się smutnym i małomównym.
W kolonii nie pojmowano, co Boa tak przygniatało. Niektórzy próbowali nakłonić go, aby im się zwierzył z swego smutku, ale Bo nie chciał nikomu powiedzieć co mu było. Nie spodziewał się aby oni współczuli z jego sprawą sercową; wszakże głosili wciąż, że w interesie jedności potrzebnem jest, aby nie kochać jednego człowieka więcej od innych, i utrzymywali, że kochają wszystkich ludzi jednakowo. I wszyscy też nie wyłączając Boa przysięgli, że nigdy nie wejdą w stan małżeński, lecz wieść będą życie święte mnichów i zakonnic.
O tej przysiędze nie myślał Bo ani chwili, odkąd dowiedział się, że Gertruda jest wolną. Spieszno mu było rozłączyć się kolonią, wrócić do ojczyzny i pozyskać Gertrudę. Był teraz bardzo zadowolony, iż zatrzymał pas, gdyż miał pieniądze i mógł odejść, skoro tylko zechce.
W pierwszych dniach był jakby odurzony i myślał tylko o tem, aby się dowiedzieć, kiedy odchodzi okręt z Jaffy. Ale właśnie teraz nie zdarzała się sposobność do wyjazdu i Bo uznał wkrótce, że lepiej będzie, jeżeli wyjazd swój jeszcze na jakiś czas odłoży. Gdyby teraz powrócił do domu, cała wieś wiedziałaby, że przybywa z powodu Gertrudy. A gdyby mu się nie udało pozyskać jej, wszyscy szydziliby zeń.
Właśnie w owym czasie Bo podjął się wykonania pewnej pracy dla dobra kolonii. Starzy Gordoniści mieszkali dotychczas w samej Jerozolimie; obszerny dom przed Bramą Damaszku wynajęli dopiero niedawno z powodu wzrostu kolonii, po przybyciu szwedzkich towarzyszy; zajęci byli właśnie urządzeniem się a Bo podjął się postawienia piekarskiego pieca w nowym domu. Postanowił więc poskromić swą niecierpliwość i nie wyjeżdżać przed ukończeniem tej roboty.
Czasem jednakowoż tęsknota jego była tak potężna, że mu się cała Jerozolima wydawała jakby więzieniem.
W nocy brał czasem pas swój do ręki i obmacywał wszystkie monety. I był bardzo zadowolony, gdy czuł te okrągłe płytki między palcami; widział przed sobą Gertrudę i zapominał o tem, że ona nigdy o nim słyszeć nie chciała, i był przekonany, że skoro tylko powróci, pozyska ją za żonę.
Ponieważ Ingmar okazał się tak fałszywym, przeto nauczy się nareszcie cenić Boa, który przez; całe życie nie kochał innej, prócz niej.
Tymczasem budowa pieca postępowała bardzo powoli. Czy to, że Bo nie był zręcznym murarzem, czy też, że cegły i wapno, któremi rozporządzał były nie wiele warte. Zdawało mu się, że nigdy nie skończy tej roboty.
Raz zapadło się całe sklepienie, to znów zrobił piec tak złe, że cały dym szedł na piekarnię. Tak wyjazd Boa przeciągnął się aż do początku sierpnia. Tymczasem przypatrzył się z blizka życiu Gordonistów i podobało mu się coraz lepiej. Nigdy nie widział jeszcze, ażeby ludzie żyli na to tylko, aby służyć biednym, chorym i zasmuconym. I nie tęsknili wcale za światem, chociaż: niektórzy z nich byli tak bogaci, że mogli byli mieć, co ich serce zapragnie, inni znów byli tak uczeni, że nie było między niebem a ziemią niczego, o czemby nie wiedzieli. Co dziennie odbywali godziny modlitwy, wykładając nowoprzybyłym naukę, i Bowi zdawało się, gdy ich słyszał, że jest to wielkim czynem przyczynić się do odnowienia prawdziwego chrześcijaństwa, które prawie przez dwa tysiące lat było zaniedbane; zapominał wtedy zupełnie o Gertrudzie i o wyjeździe.
Ale w nocy Bo brał swój pas do ręki, i stawały mu w oczach łzy z tęsknoty za Gertrudą. A gdy przypomniał sobie, że nie będzie mógł brać udziału w odbudowaniu prawdziwego chrześcianstwa, pocieszał się tem, że jest wielu ludzi godniejszych niż on, i że nie wielka to będzie szkoda, jeżeli człowiek tak głupi i prosty jak on, opuści kolonię.
Najbardziej jednak wzdrygał się Bo przed tą chwilą, kiedy przyjdzie mu stanąć przed gminą i oświadczyć jej, iż ma zamiar powrócić do domu. Zgroza przejmowała go na myśl, że pani Gordon i stara miss Hoggs i piękna miss Young i Hellgum i jego kuzynki, wszyscy ci, którzy mieli tylko na myśli służyć sprawie Bożej, będą nań patrzyli jak na człowieka niegodnego.
A cóż powiedziałby sam Pan Bóg w niebie o jego ucieczce? Straszna rzecz, gdyby Bo miał stracić swe zbawienie, gdyby opuścił wielką sprawę.
Z każdym dniem Bo czuł się bardziej niepewnym i bezradnym. Widział teraz jaki błąd popełnił, zatrzymując pieniądze, dane mu przez matkę. Gdyby teraz nie był miał pasa, nie byłby tem samem miał pieniędzy na podróż i nie byłaby nań przyszła ta ciężka pokusa.
W tym czasie koloniści mieli wielkie wydatki po części skutkiem przeprowadzenia się, a częścią z powodu procesu, który prowadzili w Ameryce.
Było też w Jerozolimie wiele ubogich ludzi, którzy wciąż potrzebowali pomocy, że zaś Gordoniści nie przyjmowali zapłaty za żadną dla innych wykonaną robotę, z powodu niezgody, jaką pieniądze wnoszą między ludzi, nie dziw przeto, że mieli czasami wielkie troski.
Kilkakrotnie, gdy nie przybyły na czas przesyłki pieniężne oczekiwane z Ameryki, brakło im o mało chleba. Często cała gmina leżała na kolanach i błagała Boga o pomoc.
W takich chwilach pas palił Boa jak ogień. Jednak nie mógł go dać teraz, gdy trawiła go tęsknota wyjazdu! Prócz tego perswadował sobie, że to zapóźno; nie mógłby przyznać się teraz, że miał przez cały czas ukryte pieniądze.
W sierpniu skończył nareszcie Bo piec piekarski i chciał wyjechać najbliższym parowcem. Pewnego dnia wyszedł przed miasto, usiadł na samotnem miejscu i z rozprutego pasa wyjął pieniądze. Gdy trzymał w ręku złote monety, wydawało mu się, że jest zbrodniarzem. „O Boże mój przebacz mi!“ zawołał. „Nie wiedziałem przecie, że Gertruda będzie wolną, gdym się przyłączył da tych ludzi. Dla żadnego innego człowieka nie porzuciłbym kolonii“.
Wracając do miasta, Bo posuwał się niepewnym krokiem i miał to uczucie, że ktoś za nim idzie i obserwuje go. Gdy następnie u jednego z wekslarzy przy ulicy Dawidowej zmienił kilka złotówek, wyglądał tak. że Ormianin, który ważył złoto, miał go za złodzieja i oszukał go co najmniej ma połowę sumy.
Następnego ranka Bo wymknął się z kolonii. Szedł najpierw na Zachód w kierunku góry oliwnej, ażeby nikt nie podejrzywał jego zamiaru, to też nałożył ogromnie drogi, zanim dostał się na dworzec kolei.
Przyszedł mimoto o godzinę za wcześnie i cierpiał straszliwie podczas czekania. Przed każdym człowiekiem, który przychodził, wzdrygał się ze strachu i daremnie wmawiał sobie, że nie czyni nic złego, że jest wolnym człowiekiem, któremu wolno iść, gdzie mu się podoba. Zrozumiał, że byłby lepiej postąpił, gdyby był otwarcie mówił z drugimi kolonistami i nie był się wykradł od nich Obawa, że mógłby być widziany i poznany, była dlań tak dręczącą, że o mało co nie wrócił.
Nakoniec Bo siedział w pociągu, wszystkie wagony były przepełnione, lecz nie widział żadnego znajomego. Siedział cicho i myślał o listach, które miał wystosować do pani Gordon i do Hellguma. Wyobrażał sobie, że po modlitwie porannej będą one przeczytane przed całą gminą, i widział dokładnie jaka pogarda malowała się na wszystkich twarzach.
„Popełniam z pewnością dziś strasznie zły czyn“, myślał i był pełen trwogi, że zrobi tem na sobie plamę, której nigdy już zmyć nie potrafi. Wydawało mu się rzeczą coraz nędzniejszą, że się wykradł tak skrycie; nienawidził się sam i nazywał się w duchu nędznikiem.
Nareszcie przybył do Jaffy i wysiadł z wagonu. Idąc przez rozpalony do żaru plac przed dworcem kolejowym, ujrzał gromadę biednych rumuńskich pielgrzymów, a gdy stanął i przyglądał się im, opowiedział mu syryjski dragoman, że pielgrzymi ci zachorowali na parowcu, który przywiózł ich do Jaffy. Mieli zamiar udać się pieszo do Jerozolimy, ale teraz nie byli już w stanie wykonać swego zamiaru. Leżeli tu już przez cały dzień na dworcu; nikt nie troszczy się o nich, nie mają w pieniędzy i zapewne poumierają, gdy jeszcze dłużej będą tu leżyć w tym żarze słonecznym.
Szybkimi krokami oddalał się Bo od dworca. Widział przed sobą tych ludzi z rozgorączkowanemi twarzami; niektórzy leżeli bez przytomności, i nie mogli nawet odganiać much, które łaziły im po oczach, i zrozumiał wyraźnie, że Bóg zesłał mu tych biednych, ażeby im pomógł. Bo sądził, iż żaden z kolonistów nie byłby mógł przejść obok tylu cierpiących, nie usiłując im pomódz. I Bo również byłby się zajął nimi, gdyby nie był złym człowiekiem. Bo nie chciał już służyć bliźnim swym, ponieważ miał pieniądze i chciał wrócić do domu.
Przekroczył bramę miasta, przeszedł przez kilka ulic i stanął na małym placu, tuz nad morskiem wybrzeżem. Stąd mógł widzieć całą przystań i dalekie pełne morze. Dzień był piękny i dobry do wyjazdu z Jaffy. Powierzchnia morza była, zupełnie spokojna i lśniła się błękitem, fale z lekka, tylko igrały dokoła dwóch czarnych skał bazaltowych, które leżały u wjazdu do przystani. W porcie znajdował się wielki europejski parowiec z niemiecką flagą.
Bo miał zamiar wyjechać francuskim okrętem, który miał tego dnia przybyć do Jaffy; nie mógł go jednak nigdzie odkryć, prawdopodobnie spóźnił się.
Europejski parowiec przybył zapewne niedawno, gdyż cały szereg wioślarzy gotował swe łodzie by przewieść pasażerów. Współubegali się między sobą, hałasowali, krzyczeli i odgrażali się wzajemnie wiosłami.
Potem około dziesięć łodzi wyruszyło równocześnie. Silni i okazali wioślarze, ludzie dzicy i nieustraszeni, powstali i wiosłowali stojąc, aby szybciej dotrzeć do brzegu. Z początku byli nieco przezorni, skoro jednak minęli już obie niebezpieczne rafy, zaczęli wiosłować na wyścigi. Bo słyszał na brzegu ich śmiechy i wzajemne nawoływanie.
Wtedy opanowała go straszna ochota odjechać w tej chwili. Mógł przecie wyjechać tak samo tym jak i innym parowcem. Było mu to obojętnem jakim jedzie, byle dostał się do Europy.
Zauważył na wybrzeżu jeszcze jedną małą łódkę. Należała ona do starego wioślarza, który zapewne nie mógł wiosłować z taką szybkością jak drudzy. Bo miał takie uczucie, jakoby człowiek ten spóźnił się umyślnie dla niego.
W pierwszej chwili Bo sądził, iż dobrze się stało, że już teraz rzecz się rozstrzygła, lecz zaledwie łódź oddaliła się cokolwiek od brzegu, opanowała go wielka trwoga. Cóż miał matce swej powiedzieć, gdy wróci do niej, a ona zapyta go, jak użył pieniędzy? Czy miał jej powiedzieć, że daru jej użył na to, aby sprowadzić na siebie pogardę i hańbę?
Bo widział przed sobą twarz matki z wieloma zmarszczkami i ostrym rysem dokoła ust. Był on trochę krótkowidzący i dlatego zbliżał się do ludzi i przypatrywał im się dokładnie. Gdyby matka była przy nim, zapytałaby go:
„Czy przyrzekłeś połączyć się z tymi ludźmi, i pomagać im w dobrej sprawie? — Tak, matko, uczyniłem to“, musiałby jej odrzec. — „Musisz więc wytrwać przy nich“, rzekłaby matka „dość nam jednego krzywoprzysięzcy w rodzinie“.
Bo zacisnął ręce kurczowo, ale zrozumiał, że nie może wrócić do matki, obarczony hańbą. Nie było dlań innej rady, jeno powrót do kolonii.
Powiedział więc wioślarzowi, ażeby nawrócił łódź, lecz człowiek ów nie zrozumiał go i wiosłował dalej w kierunku do parowca. Wtedy Bo wstał i chciał ująć sam wiosła. Wioślarz bronił się i o mało co nie wywrócili łodzi podczas tej sprzeczki. Bo widział, że nie może nic innego uczynić, jak tylko siedzieć spokojnie i dać się zawieść do parowca. Opanowała go jednak trwoga, że przejdzie chwila, w której czuł się dość silnym do powrotu. „Skoro znajdę się na okręcie“ pomyślał, „ochota do wyjazdu owładnie mnie może z nową mocą“.
Lecz nie, to nie powinno być, musi raz na zawszę położyć koniec pokusie! Wetknął rękę do kieszeni, wyciągnął swe złotówki i rzucił je w morze.
Ledwie to uczynił, porwał go gorzki żal. Tak teraz mógł powiedzieć zupełnie słusznie, że odrzucił sam swe szczęście; teraz stracił Gertrudę na zawsze.
Gdy wiosłowali jeszcze kilka minut, spotkali kilka łodzi, płynących z parowca i obsadzonych gęsto pasażerami, którzy chcieli wylądować w Jaffie.
Bo przetarł ręką oczy; zdawało mu się w istocie, że ma jakieś widzenie. Wyglądało zupełnie tak, jak gdyby tu na tem morzu przejrzystem płynęło ku niemu kilka łodzi kościelnych, które tam w ojczyźnie płynęły rzeką w niedzielę.
W długich czółnach siedzieli ludzie wyglądający tak uroczyście i poważnie, jak ludzie w rodzinnej jego wsi, gdy zatrzymywali swe czółna, przy placu w pobliżu kościoła.
Bo nie mógł w pierwszej chwili zrozumieć, tego co widział. Znał wszakże wszystkie te twarze, „Czy to nie Tims Halfvor“? pytał się. „Czy to nie córka Ingmarów, Karina? A to, czy nie Birger Larson, ten który tam w kuźni przy drodze robił gwoździe“?
Bo oddalił się był myślami tak daleko, iż trwało to dobrą chwilę, zanim pojął, że byli to pielgrzymi z Dalarne, którzy przybyli do Jaffy o kilka dni wcześniej, niż ich się spodziewano.
Stał w swej łodzi, wywijał ręką i wołał: „Dzień dobry“! Ci ludzie spokojni w łodziach spojrzeli w górę, spojrzeli po sobie i poruszyli lekko głową na znak, że poznali go. Ale Bo miał uczucie, że źle postąpił, iż przeszkodził im w tej chwili. Nie wypadało im teraz myśleć o czem innem, prócz o tem, że przybyli już do ziemi palestyńskiej.
Lecz Bo nie widział nigdy czegoś piękniejszego, od tych twarzy surowych. Poczuł zarazem radość i smutek. „Widzisz, takich to ludzi mamy w domu“, pomyślał i tęsknota wzrosła w nim tak potężnie, że byłby się chętnie rzucił w morze, aby odzyskać swe złotówki.
Galkiem z tyłu łodzi siedziała dziewczyna, która ściągnęła tak na czoło chustkę na głowie, że Bo nie mógł widzieć jej twarzy. Lecz właśnie w chwili, gdy czółno przepłynęło, dziewczyna odsunęła chustkę i spojrzała na Boa. Bo poznał Gertrudę.
Zadrżał od stóp do głów z silnego wzruszenia. Usiadł i chwycił się ławki, gdyż bał się, aby nie dał się porwać i nie rzucił się pospiesznie w morze, ażeby rychlej dostać się do Gertrudy. Łzy trysnęły mu z oczu, gdy ręce złożył i dziękował Bogu. Nie, nigdy jeszcze nie został ktoś tak wynagrodzony za to, iż zaniechał grzechu. Nikomu jeszcze Bóg nie okazał tyle dobroci!




Pątnik.

Przez cały czas, odkąd Gordoniści mieszkali w Jerozolimie, zjawiał się na ulicach świętego miasta codziennie człowiek, wlokący na plecach ciężki, niezgrabny krzyż drewniany. Nie mówił z nikim i nikt z nim nie mówił. Nikt nie wiedział, czy człowiek ten by obłąkanym, który wyobrażał sobie, iż jest Chrystusem, lub czy też był to pątnik, który spełniał swoją pokutę.
Nieszczęsny pątnik przepędzał noc w jaskini na górze oliwnej. Każdego poranka, gdy wschodziło słońce, wchodził na górę i patrzył ku Jerozolimie, która leżała na niższem wzgórzu tuż pod nim. Badawczym wzrokiem wodził po mieście, od domu do domu, od kopuły do kopuły, śledząc pilnie, jak gdyby oczekiwał, że przez noc zaszła tam ważna zmiana. Gdy przekonał się nakoniec, że wszystko było jak dawniej, wydał głębokie westchnienie; powrócił do swej jaskini, wziął napowrót ciężki krzyż na ramiona swe i włożył na czoło wieniec spleciony z ostrych cierni.
I zaczął znów schodzić z góry ciągnąc ciężar swój powoli i wśród westchnień przez winnice i gaje oliwne aż dotarł do wysokiego muru, otaczającego ogród Getsemane. Tu zatrzymał się przy niskiej furtce, kładł krzyż na ziemię i opierał się o drzwi, jakby czekając na coś. Raz po raz schylał się i przybliżał oko swe do dziurki od klucza,, aby zajrzeć do małego ogrodu. Gdy ujrzał jednego z Franciszkanów, którzy utrzymywali ogród w porządku, pomiędzy starymi drzewami oliwnymi i krzakami mirtowymi, twarz jego przybierała wyraz naprężenia i uśmiechał się w radosnem oczekiwaniu. Lecz wnet potrząsnął głową; zdawało» się, że poznał, że ten, którego szukał nie przyjdzie. I znów dźwignął swój krzyż i szedł dalej.
W późniejszej porze dnia schodził zwykle na. niżej położone terasy górskie, na dół do doliny Jozafata, tam gdzie leży wielki cmentarz żydowski. Wlókł za sobą ciągle długi krzyż; kołatał nim, uderzając o płytkie kamienie grobowe i staczał w bok małe porozrzucane na nich kamienie. Raz po raz zatrzymywał się, słysząc kołatanie kamieni i oglądał się, pewny, iż ktoś na nim kroczy. Ilekroć spostrzegł, iż się omylił, wydawał głębokie westchnienie i szedł dalej.
Westchnienia zamieniały się w głośne jęki, gdy doszedł do dna doliny i widział przed sobą zadanie wyciągnięcia ciężkiego krzyża w górę na zachodni stok, na którego grzbiecie leży Jerozolima. Po tej stronie znajdują się groby mahometańskiej ludności i często widział tu na niskich podobnych do trumny grobowcach siedzącą w białej szacie kobietę pogrążoną w żałobie. Zbliżał się do niej, aż ona obudzona hałasem spowodowanym uderzeniem krzyża o grobowce, zwróciła twarz ku niemu, twarz pokrytą gęstym czarnym welonem i robiącą takie wrażenie, jakgdyby poza welonem nie było twarzy, lecz tylko próżna ciemna dziura. Wtedy odwracał się ze zgrozą i szedł dalej.
Z niewysłowionym trudem wdrapywał się na grzbiet góry, tam gdzie sterczy wysoko mur miejski. Stąd szedł wazką ścieżką poza murem ku górze Sion z południowej strony, i doszedł do małego ormiańskiego kościoła, zwanego domem Kaifasza.
Tu położył znów krzyż na ziemię i zaglądał przez dziurkę od klucza.
Nie poprzestał jednak na tem, lecz ujął dzwonek i zadzwonił. Gdy po chwili usłyszał pantofle wlokące się po kamieniach, uśmiechał się i już. podnosił rękę po cierniową koronę, aby ją zdjąć.
Lecz skoro zakrystyan, otwierający bramę, ujrzał pątnika, zrobił głową znak przeczący. Pokutnik wychylił się i spojrzał przez drzwi nawpół otwarte. Rzucił okiem na mały ogród, gdzie wedle podania Piotr wyparł się Zbawiciela i przekonał się, że jest pusty. Twarz jego przybrała wyraz głębokiego smutku, zamknął niecierpliwie furtkę i poszedł dalej.
Ciężki krzyż kołatał o kamienistą i starem rumowiskiem pokrytą ziemię Sionu. Wlókł go teraz z wielkim pospiechem, jak gdyby niecierpliwe oczekiwanie dodało było wielkiej siły dźwigającemu ciężar.
Przez bramę siońską wszedł do miasta i zdjął dopiero krzyż, gdy doszedł do ponurego, szarego budynku, który czczą jako grób Dawida i o którym krąży wieść, iż w nim znajduje się sala, w której Jezus zaprowadził świętą wieczerzę.
Tu stary zostawiał krzyż, a sam wchodził na podwórze. Gdy mahometański odźwierny, który zwykle rzucał chrześcijanom groźne spojrzenia, ujrzał zbliżającego się pątnika, pokłonił się temu, którego rozum „był u Boga“ i ucałował jego rękę. A ilekroć stary doznał tej oznaki szacunku, spojrzał pełen oczekiwania na odźwiernego, ale po chwili cofnął rękę, obtarł ją o swój długi gruby płaszcz, wyszedł znów za drzwi i na nowo podźwignął krzyż na plecy.
Dobroduszni wodziarze, widząc iż w tej wędrówce zlany był potem, ofiarowali mu wodę w małem cynowem naczyniu a handlarze jarzyn rzucali mu garść fasoli i pistacyi. Gdy mu podawano te dary, przyjmował je zrazu z promienną uprzejmością, lecz wnet odwracał się, jak gdyby oczekiwał był czegoś innego i lepszego.
Skoro dotarł do drogi pasyjnej, w twarzy jego wyrażała się większa nadzieja, niż podczas pierwszej części wędrówki. Nie jęczał już tyle pod ciężarem krzyża, wyprostował się i oglądał się jak więzień, który jest już pewnym uwolnienia.
Rozpoczął drogę od pierwszej z czternastu stacyi krzyżowej drogi Chrystusa, które przez całą długość oznaczone są małemi kamiennemi tabliczkami. Lecz nie spojrzał, aż nie doszedł do klasztoru Sióstr Siońskich w pobliżu wzgórza Ecce Homo, gdzie niegdyś Piłat pokazał Chrystusa tłumowi. Tu rzucił krzyż na ulicę, jak ciężar, którego już nigdy nie będzie zmuszony dźwigać i uderzył w bramę klasztoru trzema silnemi uderzeniami. Zanim jeszcze zdołał ktoś otworzyć, zdarł z głowy cierniową koronę, a czasem był tak pewnym swej sprawy, że rzucił ją pod nogi psom, które w pobliżu klasztoru miały swoje legowisko.
W klasztorze znano już jego pukanie. Jedna z Sióstr odchyliła drzwi i podała mu przez szparę mały okrągły chleb.
Wtedy wpadał w straszną złość. Nie przyjął chleba, lecz spuścił go na ziemię i wydawał dzikie okrzyki rozpaczy. Długo stał przed bramą klasztoru. W końcu jednak twarz jego przyjmowała napowrót wyraz cierpliwego cierpienia. Schylił się po chleb i zjadł go z chciwością. Potem starał się uporządkować cierniową koronę i dźwignął znów krzyż na plecy.
Za kilka chwil znów stał z promiennym wyrazem oczekiwania przed małą kaplicą, zwaną domem świętej Weroniki; ale przygnębiony rozczarowaniem, rozpoczął dalszą wędrówkę. Szedł wzdłuż całej ulicy od stacyi do stacyi, oczekiwał swego wyzwolenia z równą pewnością przed kaplicą, stojącą przed Bramą Sprawiedliwości, przez którą Chrystus opuścił miasto, jak i na miejscu, gdzie Zbawiciel przemawiał do kobiet jerozolimskich.
Gdy przeszedł całą Drogę Krzyżową zaczął przerzynać całe miasto w niespokojnem poszukiwaniu. Na ciasnej, gęsto zaludnionej ulicy Dawida, stanowił taką przeszkodę dla komunikacyi, jak wielbłąd obciążony wiązkami chrustu; lecz nikt nie przeklinał go, ani nie dokuczał mu.
Podczas tych wędrówek zdarzało się czasami, że dostał się na ciasne podwórze świętego Grobu. Tu jednak nieszczęsny pątnik nie składał swego ciężaru, ani nie zdzierał z głowy korony. Skoro haczył szarą, ponurą fasadę, odwrócił się i uciekał. Nie widziano go tu przy żadnej świetnej procesyi, nie było go nawet przy wielkim Cudzie Wielkanocnym. Stary pokutnik miał widocznie przekonanie, że jedynie na tem miejscu, nie znajdzie z pewnością tego, co szukał.
Zresztą jednak uważał dobrze, aby spotkać się z karawanami, które towary swe składały przed bramą Jaffa.
Siedział więc przed gospodą i oglądał badawczym wzrokiem wszystkich obcych przybyszy, a gdy otwartą została kolej między Jaffą a Jerozolimą, podejmował prawie codziennie wędrówkę na dworzec. Odwiedzał patryarchów i biskupów w ich mieszkaniach i co piątku był na placu przed muzeum, gdzie żydzi twarze przyciskali do zimnych kamieni i opłakiwali pałac zburzony i mury zwalone, i minioną potęgę i proroków co leżeli w grobie, i kapłanów, co zeszli na bezdroża, i królów, co wzgardzili Wszechmogącym.
Pewnego pięknego i bardzo gorącego sierpniowego dnia pątnik wyszedł przed bramę Damaszku i wałęsał się po nagiej samotnej okolicy, otaczającej kolonię Gordońską. Gdy tak wlókł się wzdłuż drogi, ujrzał długi szereg wozów, które z kolei podążały do kolonii. W wozach siedzieli ludzie z surowemi, poważnemi twarzami. Niektórzy z nich byli bardzo brzydkimi, mieli blond włosy z rudawym odcieniem, ciężkie powieki i wystające dolne wargi.
Gdy ludzie ci przejeżdżali przed pątnikiem, uczynił on to samo, co zawsze czynił, gdy nowi pielgrzymi przybywali do Jerozolimy. Powlókł swój krzyż na brzeg drogi, twarz jego rozjaśniała się, a ręce wzniósł ku niebu.
Gdy przejeżdżający ludzie ujrzeli go, stojącego z krzyżem, wzdrygnęli się, lecz nie z przerażenia. Wyglądało raczej, jak gdyby byli oczekiwali, że to właśnie będzie pierwszą rzeczą, którą obaczą w Jerozolimie.
Niektórzy z nich podnieśli się pełni współczucia. Wyciągnęli ramiona i widziano po nich, że byliby chętnie zsiedli z wozu, aby pomódz staremu dźwigającemu ciężar.
Lecz kilku kolonistów, osiadłych już w Jerozolimie, rzekło do nowoprzybyłych:
„To tylko biedny obłąkany, który codziennie tędy się włóczy. Zdaje mu się, że niesie krzyż Chrystusowy i że musi dźwigać go tak długo, aż znajdzie się taki, który będzie musiał dźwigać go zamiast niego“.
Nowi przybysze obejrzeli się i patrzyli za biednym pielgrzymem. Jak długo mogli go widzieć stał z podniesionemi ramionami w pozycyi nieopisanego zachwytu.
Było to jednak po raz ostatni, że widziano w Jerozolimie starego pątnika. Następnego dnia trędowaci wylęgujący się przed bramami miasta daremnie czekali jego zjawienia się. Nie przeszkadzał już żałobnikom na cmentarzach, nie narzucał się dozorcy w domu Kaifasza, pobożne kobiety Jerozolimskie nie miały sposobności darzyć go chlebem, po który codziennie przychodził był. Turecki strażnik w kościele świętego Grobu mimowoll czekał, aby nadszedł a potem uciekł, a dobroduszni wodziarze dziwili się, że nie ujrzeli go na ludnej, ulicy.
I nigdy już nie ujrzano tego nieszczęsnego w mieście świętem i nie dowiedziano się także, czy leżał martwy w swej jaskini na górze oliwnej, czy też wrócił do dalekiej swej ojczyzny.
To tylko wiedziano na pewno, że nie wlókł już za sobą, swego ciężaru. Rano bowiem, po przybyciu chłopów z Dalarne, Gordoniści znaleźli ów ciężki krzyż, leżący na terasie u wejścia do ich domu.




Mury z czystego złota i bramy z kryształu.

Między chłopami, którzy przyjechali do Jerozolimy, był kowal nazwiskiem Birger Larson. Był on z początku bardzo szczęśliwym z powodu wyjazdu; nikt tak łatwo jak on nie rozłączył się z ojczyzną, nikt więcej od niego nie cieszył się, iż ujrzy wspaniałości Jerozolimy.
Lecz Birger zachorował prawie w tej samej chwili, kiedy wylądował w Jaffie. Podróżni musieli przez kilka godzin czekać na dworcu rozżarzonym od żaru słonecznego, i było mu coraz gorzej. Gdy potem dostał się do gorącego wagonu, głowa bolała go tak, iż zdawało mu się omal, że pęknie. A gdy podróżni nakoniec dotarli do Jerozolimy, czuł się tak źle, że Tims Halfvor i Liung Björn musieli go podtrzymywać i prawie wynieśli go na dworzec.
Bo uwiadomił kolonistów telegramem wysłany z Jaffy o przybyciu chłopów z Dalarne. Kilku Szwedów z Ameryki czekało na peronie gdy nadszedł pociąg, aby powitać swych przyjaciół i krewnych. Lecz Birger miał już tak silną gorączkę, że nie poznał swych rodaków, chociaż niektórzy z nich byli niegdyś bliskimi jego sąsiadami. Tyle jednak zrozumiał, że jest już w Jerozolimie, i miał jedno życzenie, wytrzymać jeszcze tak długo, aż zobaczy święte miasto.
Jadąc z kolei dość oddalonej od miasta, nie mógł Birger niczego widzieć, a czekając aż pochód ruszy, leżał cicho z zamkniętymi oczami. Nakoniec wszyscy umieścili się w wozach, które na nich czekały. Jechali ku dolinie Hinsom i tu ze szczytu jednego wzgórza, ukazała im się Jerozolima.
Birger podniósł ciężkie powieki i ujrzał miasto, otoczone potężnym murem z basztami i wieżycami. Z poza muru sterczały wysokie, sklepione budynki i kilka palm kołysało się w wietrze.
Lecz był to już wieczór, słońce stało nisko ponad szczytem zachodnich pagórków. Było czerwone i wielkie, rzucało ogniste światło na całe niebo, a ziemia dokoła lśniła się również czerwono-złocistym żarem. Lecz Birger sądził, iż to światło pochodziło nie od słońca, lecz od miasta, które lśniło się szczerem złotem i z wieżyc krytych kryształowemi płytami.
Birger Larson uśmiechał się, widząc dwa słońca, jedno na niebie, a drugie na ziemi, a tem drugiem była Jerozolima, miasto boże.
Przez chwilę Birger czuł się, jakby uleczonym tą radością pełną zdrowia. Lecz wkrótce gorączka wzmogła się na nowo i podczas całej jazdy do kolonii, położonej po drugiej stronie miasta, leżał bez przytomności.
O przyjęciu w kolonii Birger również nie miał pojęcia. Nie mógł się cieszyć ani wielkim domem, ani białymi marmurowymi stopniami, ani wspaniałą galerią, okalającą dom. Nie mógł widzieć pięknej i rozumnej twarzy pani Gordon, gdy, stojąc na terasie witała przybyszów, ani Miss Hoggs z sowimi oczami, ani nowych braci i sióstr. Nie wiedział nawet, że przyniesiono go do wielkiego i jasnego pokoju, który miał odtąd być domem dla niego i dla jego rodziny, i gdzie pospiesznie sporządzono dlań łóżko.
Następnego dnia był jeszcze tak samo chorym, jednak odzyskał na kilka godzin przytomność. I wtedy dlań było wielkiem zmartwieniem, że musi teraz umrzeć, zamim wszedł do wnętrza Jerozolimy i ujrzał z bliska jej wspaniałości.
„Ach — biadał — odbyłem tak daleką podróż a teraz umieram, nie ujrzawszy pałacu Jerozolimskiego i złotych ulic, któremi kroczą Święci w białych jedwabnych szatach, niosąc w ręku palmy“.
Przez dwa dni skarżył się tak bezustannie. Gorączka wzmagała się, ale nawet w gorączkowych fantazyach dręczyła go obawa, że nie ujrzy nigdy złocistych murów i lśniących wieżyc, które strzegą Miasta Bożego.
Rozpacz i trwoga jego były tak wielkie, że Ljung Björn i Tins Halfvor ulitowali się nad nim i postanowili pomódz mu. Sądzili, że lepiej mu będzie, gdy pragnienie jego będzie spełnione. Sporządzili więc nosze i pewnego wieczora, gdy powietrze cokolwiek ochłodło, ponieśli go do Jerozolimy.
Obrali prostą drogę ku miastu, a Birger był zupełnie przytomny i spoglądał bez przerwy na kamienistą ziemię i łyse pagórki. Gdy doszli tak daleko, iż mogli już widzieć bramę Damaszku i mury miasta, zdjęli nosze, ażeby chory mógł nasycić się upragnionym widokiem.
Birger nie powiedział ani słowa; Ocienił sobie ręką oczy i natężał się by módz dobrze widzieć.
Lecz nie widział przed sobą niczego, prócz szaro-brunatnego muru z kamienia i wapna, podobnego do innych murów.
Wielka brama z niskiem wejściem i wyzębioną fasadą wydała mu się ponurą.
Leżąc tak bezsilnie i nieruchomo, wyobrażał sobie, że oni nie przywiedli go do prawdziwej Jerozolimy. Przed kilku dniami, onego wieczora, gdy przybyli, widział inną Jerozolimę, tak promienną, jak słońce.
„Że też moi starzy przyjaciele i rodacy, mogli tak ze mną postąpić“, pomyślał chory. „Ach dla czegóż nieobcą mi pomódz, bym ujrzał prawdziwą Jerozolimę!“
Chłopi znieśli go ze stromej pochyłości, wiodącej ku bramie. Birgerowi zdawało się że niosą go do piekła.
Gdy minęli sklepienie, Birger podniósł się cokolwiek. Chciał zobaczyć czy wnieśli go teraz do złotego miasta.
Ale dziwił się coraz bardziej, widząc ze wszystkich stron tylko brzydkie szare mury domostw, i jeszcze bardziej był zmieszany, gdy ujrzał powykrzywianych żebraków siedzących przed domami i całe mnóstwo chudych i brudnych psów, które po cztery lub pięć leżały i spały na wielkich śmieciskach.
Nigdy jeszcze nie czuł tak dziwnego, wstrętnego zapachu, i tak dusznego upału, jaki weń tu uderzył i pytał się w duchu, czy mógłby wiatr być dość silnym, aby poruszyć tę ciężką atmosferę.
Gdy Birger rzucił okiem na kamienie brukowe, ujrzał, że są one pokryte zaschniętą warstwą brudu. Dziwił się nie mało tem śmieciem, liśćmi kapusty i odpadkami owoców, zalegającymi ulicę.
„Nie pojmuję, w jakim celu Halfvor pokazuje mi to nędzne i wstrętne miejsce“, mruknął Birger z cicha.
Chłopi szybko nieśli go przez miasto; byli tu już kilkakrotnie sami, mogli więc objaśnić chorego, jak się nazywają miejsca, które mijali.
„Oto dom bogatego człowieka“, rzekł Halfvor wskazując na budynek, który wyglądał, jak gdyby mógł się każdej chwili zawalić.
Skręcili do ulicy tak ponurej, jakby nie był nigdy wnikł do niej promień słońca. Birger patrzył na łuki ciągnące się na poprzek ulicy od domu do domu. „To istotnie potrzebne“, myślał, gdyż baraki te zawaliłyby się, gdyby nie były dobrze podparte“.
„Oto Droga krzyżowa“ rzekł Halfvor do Birgera. „Jezus rzekł tędy niosąc swój krzyż.“
Birger leżał cichy i blady. Krew jego nie szumiała już tak w żyłach jak podczas ubiegłego dnia; zdawało się że stanęła w obiegu i Birger był zimny jak lód.
Dokąd przybył, wszędzie widział tylko szare, uszkodzone mury, lub tu i ówdzie niską bramę. Zrzadka było okno, i to zawsze zbite, a w puste ramy wetknięte były szmaty.
Halfov znów zatrzymał nosze. „Tu stał pałac Piłata“, rzekł, „i tu też wyprowadzono Jezusa i powiedziano o nim! „Patrzcie, jaki człowiek!“
Birger Larson skinął na Halfovora, aby się zbliżył i ujął go uroczyście za rękę.
„Musisz mi jedną rzecz powiedzieć, bo jesteś moim krewnym“, rzekł. „Czy sądzisz, że to jest prawdziwa Jerozolima?“
„Z pewnością“ odrzekl Halfvor, „to jest prawdziwa Jerozolima“.
„Widzisz, chory jestem, i może umrę jutro, zrozumiesz więc, że nie wolno ci mnie okłamywać“, rzekł Birger.
„Nikt niema zamiaru okłamywać cię, rzekł Halfvor.
Birger spodziewał się na pewno, że potrafi skłonić Halfvora, aby mu prawdę powiedział. Łzy stanęły mu w oczach, gdy myślał o tem, że Halfvor i inni mogli tak źle wobec niego postąpić.
Nagle przyszła mu dobra myśl.
„Robią to dlatego, ażebym później ucieszył się tem bardziej, gdy mnie wniosą przez wysoką bramę do miasta sławy i wspaniałości“, pomyślał. „Nie będę się już sprzeciwiał, gdyż wiem, że mają dobre zamiary. My Helgnusczycy przysięgliśmy wszakże, że będziemy postępować w obec siebie jak bracia“.
Chłopi nieśli dalej Birgera przez ponure ulice. Niektóre poprzewieszane były olbrzymiemi płótnami, w których były liczne zadarcia i dziury. W miejscach, gdzie wisiały te płótna ledwie można było wytrzymać od ciemności i smrodu i duszącego gorąca.
Nosze zatrzymano teraz na podwórzu wielkiego, szarego budynku. Plac ten zapełniony był żebrakami i kalekami sprzedającymi różańce, laski dla pielgrzymów, święte obrazy i tem podobne rzeczy.
„Oto widzisz kościół zbudowany nad Grobem świętym i na Golgocie“, rzekł Halfvor.
Zamglonym wzrokiem Birger Larson spojrzał na budynek. Były tam wprawdzie wielkie drzwi i szerokie okna i budynek był dość wysoki, lecz Birger nie widział nigdy jeszcze kościoła tak wciśniętego między innymi domami. Nie widział ani wieży, ani chóru, ani przedsionka. Nie, tego nikt mu wmówić nie zdoła, że to ma być dom Boży. I to mu się również niemożliwem zdawało, iżby tu tylu handlarzy i kupców w przedsionku być mogło, gdyby to był istotnie Grób Chrystusa. Wiedział dobrze kto wygnał z świątyni wekslarzy i poprzewracał klatki handlarzom gołębi.
„Widzę, widzę“, rzekł Birger, skinąwszy głową Halfvorowi. Ale w cichości myślał! „Ciekaw jestem, „jakie mi teraz bajki opowiedzą“.
„Nie wiem, czy możesz dziś jeszcze więcej rzeczy zwiedzić“, rzekł Halfvor.
„O mogę, mogę“, odrzekł chory „jeżeli wy tylko możecie“.
Ludzie wzięli więc znowu nosze na barki i poszli dalej; przybyli teraz do południowej części miasta.
Ulice wyglądały zupełnie tak samo jak, inne tylko że było w nich pełno ludzi. Halfvor zatrzymał nosze na ulicy poprzecznej i zwrócił uwagę Birgera na beduinów o ciemnej cerze, z gwerem na plecach i sztyletem za pasem. Pokazał mu współnagich wodziarzy, którzy nieśli wodę w workach ze skóry wieprzowej i rosyjskich księży, którzy mieli włosy po kobiecemu spięte w węzeł na karku, oraz machomedańskie kobiety, wyglądające jakby upiory w długich białych szatach i z czarną zasłoną na twarzy:
Birger był najmocniej przekonany, że przyjaciele jego robią sobie z nim szczególny żart. Ludzie, ci wszakże niepodobni byli zgoła do spokojnych wędrowców, kroczących z palmami w ręku po ulicach prawdziwej Jerozolimy.
Gdy Birger dostał się w wir uliczny, popadł na nowo w gorączkę. Halfvor i inni ludzie dźwigający nosze, widzieli iż był coraz bardziej chorym. Ręce jego niespokojnie błądziły po kapie, którą był przykryty i kroplisty pot występował mu na czoło.
Lecz skoro tylko wspomniano o powrocie rzucał się i mówił, że przyprawią go o śmierć, jeżeli nie poniosą go tam, gdzie będzie mógł obaczyć miasto Boże.
Popędzał ich tak, aż doszli do góry Sion, a gdy ujrzał bramę siońską zawołał, iż chce, by go tam wniesiono. Podniósł się pełen nadziei, że za tymi murami ujrzy piękne miasto Boże, za którem tak tęsknił.
Ale z drugiej strony muru widział tylko nieurodzajne, spalone upałem ugory, pokryte kamieniami, gruzami i śmieciem.
Tuz przy bramie klęczało kilku biednych ludzi. Przy czołgali się bliżej, aby żebrać i wyciągnęli do chorego ręce, których palce były przegniłe. Wołali nań głosem podobnym do warczenia psów, a twarze ich były nawpół przeżarte, jeden z nich nie miał nosa, a drugiemu brak było policzków.
Birger krzyknął głośno z przerażenia. W bezsilności swej zaczął płakać i skarżyć się, pełen trwogi, iż ponieśli go do piekła.
„Ależ to są tylko trędowaci“, rzekł Halfvor; „wierz przecież iż są tu tacy ludzie?“
Chłopi tymczasem pośpiesznie ponieśli go dalej na wzgórze, aby uwolnić go od widoku tych nieszczęśliwych.
Potem Halfvor zdjął nosze, przystąpił do chorego i podniósł głowę jego z poduszki. „Spróbuj teraz spojrzeć przed siebie, stąd ujrzeć możesz nawet morze Martwe i górę Moab“.
Raz jeszcze Birger podniósł znużone powieki. Spojrzał po pustej, dzikiej okolicy górskiej, na wschód od Jerozolimy. Hen daleko lśniło się zwierciadło wód, a pozaniem wysoka góra występowała w błyszczącem, jasnem złotem zalanem błękicie.
Było to tak piękne, jasne, przejrzyste i świetlane, że trudno było uwierzyć, iż to co oko przed sobą widziało, było jeszcze ziemią.
Niesiony zachwytem Birger wstał z noszy, aby pospieszyć ku dalekiemu zjawisku. Lecz po kilku chwiejnych krokach, upadł zemdlony.
Chłopi sądzili zrazu iż Birger umarł; lecz życie powróciło jeszcze i trwało przez całych dwa dni. Aż do chwili śmierci fantazjował o prawdziwej Jerozolimie. Skarżył się, że ucieka przed nimi, gdy chcę się zbliżyć do niej, tak iż ani on, ani nikt inny nie dostanie się do niej.




Jerozolima święte miasto Boże.



Rzecz ma się istotnie tak, że nie wszyscy ludzie są dość silni aby mogli długo wytrzymać w Jerozolimie; nawet ci, którym klimat nie szkodzi, ani nie nabywają zraźliwych chorób, ulegają jednak często. Chorują na śledziona, albo wpadają w obłąkanie, słowem ponoszą śmierć w świętem mieście. Niema człowieka, któryby przepędziwszy kilka tygodni w Jerozolimie, nie był słyszał, że mówiono o kimś, co nagle umarł: „Jerozolima go zabiła“.
Kto po raz pierwszy słyszy coś takiego, dziwi się naturalnie nie mało. „Czyż to możliwe?“ pyta. „Jakim sposobem miasto może zabić człowieka? Ludzie ci myślą zapewne co innego.“
Przebywając potem jeszcze w Jerozolimie i zwiedzając to i owo, trudno niepomyśleć sobie: Ciekaw jestem, co też ci ludzie rozumieją przez to, jeżeli mówią, że Jerozolima zabija? Chciałbym wiedzieć, gdzie jest owa Jerozolima, co ludzi zabija?
I może ktoś poczuje naprzykład ochotę przedsięwzięcia wędrówki po całej Jerozolimie. Przejdzie więc najpierw przez bramę Jaffy, zwróci się na zachód, minie potężną czworoboczną wieżę Dawida i dostanie się na wąską ścieżkę ciągnącą się wzdłuż murów miasta ku bramie Słońskiej.
Tuż obok muru znajduje się turecka kasarnia, skąd rozchodzi się dźwięk wojennej muzyki i chrzęst broni. Potem przechodzi się obok wielkiego ormiańskiego kościoła, który jest prawdziwą twierdzą z silnymi murami i zaopatrzonemi bramami. Cokolwiek dalej wznosi się potężny szary budynek, zwany grobem Dawida, a widok jego przypomina, że kroczymy po wzgórzu Świętym, wzgórzu Królów.
I przychodzi nam na myśl, że cała ta góra pod nami jest sklepieniem, pod którym siedzi król Dawid, na ognistym tronie, złotym płaszczem odziany i dzierży dziś jeszcze w swem ręku berło nad Jerozolimą i Palestyną. Myślimy o tem, że te gruzy zalegające ziemię, to ruiny upadłych zamków królewskich; że to wzgórze wprost nas, to góra Zgorszenia, gdzie zgrzeszył Salomon, że ta dolina, w którą spoglądamy, to głęboka dolina Himrom, która niegdyś po brzegi zapełnioną była trupami ludzi, zabitych wówczas, gdy Jerozolimę zniszczyli Rzymianie.
Dziwne ogarnia nas tu uczucie. Słyszymy niejako gwar wojenny, nadciągające do napadu wojska i szturmujących na wielkich wozach królów«
„Oto Jerozolima przemocy, gwałtu i wojny“, myślimy, i przeraza nas myśl wszystkich krwawych czynów i całej zgrozy roztaczającej się przed duszą naszą.
I może na staje chwila, iż pytamy się, czy może to jest owa Jerozolima, co ludzi zabija. Ale natychmiast ściągamy ramionami i myślimy. „Nie, to niemożliwe; zbyt dawno już, że dźwięczały tu oręże i płynęła krew strumieniami.
Lecz idźmy dalej.
Skoro skręcimy o róg muru i dojdziemy do wschodniej części miasta przedstawia się widok zupełnie odmienny. Jesteśmy wtedy po świętej stronie miasta. Tu przychodzą nam na myśl starzy arcykapłani i słudzy kościelni. Obok muru jest „Plac Skarg“, gdzie rabini w długich czerwonych lub niebieskich aksamitnych kaftanach opłakują wyroki Sądu Bożego. Tu wznosi się góra Moria wraz z wspaniałym placem przed świątynią. Przed murem okolica obniża się ku dolinie Josafata z wszystkiemi jej grobami, a z drugiej strony doliny widać Getsemans i górę Oliwną, gdzie Jezus wzniósł się ku niebu. Widać tu także słup w murze, gdzie stanąć ma w dzień Sądu ostatecznego Chrystus, trzymając jeden koniec cienkiej, jak włos nitki, gdy Mohamed na górze Oliwnej trzymać będzie drugi jej koniec. A potem umarli po tej nitce przechodzić będą przez dolinę Josafata, i sprawiedliwi dojdą na drugą stronę doliny, niesprawiedliwi zaś wpadną w ogień Gehenny.
Idąc tedy myślimy: „Oto Jerozolima śmierci i Sądu, tu otwiera się niebo i piekło. Ale i to nie jest Jerozolima, co zabija. Trąby sądu ostatecznego zbyt są dalekie i zgasły już ognie Gehenny“.
Okrążamy mury miasta i dochodzimy nakoniec na północną stronę miasta. Przechodzimy teraz wyschłą, pustą jednostajną okolicą. Tu widzimy łysy szczyt skalny, który ma być prawdziwą Golgotą, tam znów leży jaskinia, gdzie Jeremiasz tworzył swoje pieśni żałobne. Tu obok muru znajduje się staw Bethesda, tam ciągnie się via Dolorosa popod ponurymi łukami. Oto jest Jerozolima rozpaczy, cierpień, udręczeń i przebaczenia.
Zatrzymujemy się na chwilę i patrzymy w zamyśleniu na tę ponurą surowość. „Lecz i to również nie jest Jerozolima, co zabija ludzi“, myślimy i idziemy dalej.
Ale skoro zwrócimy się na północny zachód i na zachód, jakaż zmiana! Tu w nowej części miasta, powstałej na zewnątrz muru, wznoszą się piękne pałace misyonarskie i wielkie hotele. Tu leży obszerna grupa budynków rosyjskich: Kościół, szpital i olbrzymia gospoda, w której zmieścić się może odrazu dwadzieścia tysięcy pielgrzymów. Tu konsulowie i księża budują sobie piękne wille, tu pielgrzymi uwijają się pomiędzy sklepami, napełnionymi świętościami. Tu widzimy plantacye i jasne szerokie ulice, tu jadą powozy, tu znajdują się sklepy, banki i biura informacyjne.
Z drugiej strony rozlegają się okazałe kolonie rolnicze żydowskie i niemieckie, oraz wielkie klasztory i różnorodne dobroczynne zakłady. Tędy kroczą mnisi i mniszki, dozorczyni chorych i diakoni, popy i misyonarze. Tu mieszkają mężowie nauki, którzy badają przeszłość Jerozolimy, i stare damy angielskie, którym zdaje się, że nie mogłyby żyć gdziekolwiek indziej.
Tu są wspaniałe szkoły misyonarskie, w których uczniowie otrzymują bezpłatną naukę, mieszkanie, wikt i odzież, ażeby mieli sposobność poznania swych dusz. Tu stoją misyonarskie szpitale, gdzie chorych błaga się formalnie, aby przybyli i dali się leczyć, aby ich można nawrócić. Tu odbywają się religijne zebrania i msze, gdzie staczają się walki o dusze ludzkie.
Tu katolicy o protestantach, metodyści o kwakierach, luterani o reformowanych, prawosławni o Ormianach rozszerzają potwarze. Tędy zazdrość kroczy, a fanatyk podejrzewa fanatyka, tu nie znają miłosierdzia, lecz ku większej sławie Bożej nienawidzą wszystkich ludzi.
I tu nareszcie znaleźliśmy to, czegośmy szukali. Oto Jerozolima, pogoni na dusze, oto Jerozolima złych, języków, oto Jerozolima kłamstwa, potwarzy i obmowy. Tu trwa bezustanne prześladowanie, tu popełniają się mordy bez broni. To jest Jerozolima co zabija ludzi.


∗             ∗

Od chwili, kiedy chłopi szwedzcy przybyli do miasta świętego, wszyscy członkowie gordonistycznej kolonii zauważyli wielką zmianę w całym sposobie zachowania się innych ludzi wobec nich.
Z początku były to tylko drobnostki Naprzykład że angielski ksiądz metodystyczny nie kłaniał im się, lub że nabożne siostry Siońskie które mieszkały w klasztorze obok łuku Eue Homo, przechodziły na drugą stronę ulicy, skoro ich spotykały, jak gdyby się bały zarazić się, gdyby się do nich zbliżyły.
Żadnemu z kolonistów nie wpadło na myśl gryść się tem, ani też nie troszczyli się o to, że kilku przejezdnych amerykanów, którzy zwiedzili kolonię i spędzili cały wieczór na uprzejmej rozmowie z swymi rodakami, nie przyszli już następnego, mimo przyrzeczenia, a nawet udawali, że nie poznali panią Grorgon i Miss Yong, gdy je spotkali na ulicy.
Poważniejszą już było rzeczą że gdy młode kobiety z kolonii przyszły do wielkich nowych sklepów poza bramą Jaffa, kupcy greccy ośmielili się woląc za niemi słowami, których, one wprawdzie nie rozumiały, które jednak wyrzeczone były takim tonem i z taką miną, że musiały się rumienić.
Koloniści wmawiali sobie przez pewien czas że było to tylko przypadkowe. „Zapewne w chrześciańskiej części miasta rzucono na nas jaką potwarz“, mówili, „ale to wnet przeminie“.
Starsi Gordoniści przypomnieli sobie, że już kilkakrotnie krążyły o nich złośliwe pogłoski. Mówiono o nich, że dzieci swych nie uczą niczego, i że żyją na koszta pewnej bogatej, starej wdowy, którą w zupełności obrabowali, że chorym swym pozwalają umierać bez pielęgnacyi, gdyż nie chcąc przeszkadzać Bogu, i że wiodą życie rozpustne i leniwe, chociaż na zewnątrz udawają, że pracują nad wprowadzeniem prawdziwego chrześcijaństwa.
„Może niektóre z tych pogłosek pojawiły się na nowo“, mówili Koloniści. „Ale potwarz zginie wnet, jak i wówczas, nie ma w niej bowiem ani ziarnka prawdy, którem mogłaby się żywić“.
Zdarzyło się jednak, że kobieta z Betlejem, która codziennie przynosiła mi owoce i jarzyny, nagle przestała przychodzić. Odnaleźli ją i starali się ją nakłonić, aby przyszła, ona jednak wzbraniała się z całą stanowczością sprzedawać nadal Gordonistom swoje fasole i marchew.
Było to już wyraźnym znakiem. Koloniści zrozumieli teraz, że musiano puścić w obieg o nich coś bardzo haniebnego i coś takiego co się ich wszystkich tyczyło i było rozpowszechnione we wszystkich warstwach ludności.
Niebawem potwierdziło się to przypuszczenie. Kilka Sióstr Gordonistek stało pewnego dnia w kościele Świętego grobu, gdy przechodziła grupa rosyjskich pielgrzymów. Dobroduszni ci ludzie uśmiechali się do nich, pozdrawiali je i mówili, że są chłopami, podobnie jak oni. Lecz w tej chwili przeszedł ksiądz prawosławny i szepnął pielgrzymom kilka słów. Ci natychmiast przeżegnali się i zagrozili Szwedom pięściami. Wyglądało tak, jak gdyby mieli ochotę wygnać ich z kościoła.
W pobliżu Jerozolimy jest kolonia niemieckich chłopów, sekciarzy. Chłopi ci przed wielu laty wywędrowali do Jerozolimy. Tak w ojczyźnie swej, jak i w Jerozolimie doznali oni wiele prześladowań, i starano się nawet wytępić ich zupełnie. Mimo to powiodło im się dobrze, tak iż obecnie mają wspaniałe i wielkie kolonie w Jafie i Kaifie oprócz tej, którą założyli w samej Jerozolimie. Jeden z tych chłopów niemieckich przyszedł pewnego dnia do pani Gordon i powiedział jej otwarcie, że słyszał złe rzeczy o jej ludziach.
„To ci misyonarze obmawiają was“, rzekł, wskazując na zachodnią część miasta. „Naprawdę Gdybym nie był doświadczył na sobie, że można być niewinnie prześladowanym, nie byłbym wam nadal sprzedawał mięsa, ani mąki. Ale dla nich było to solą w oku, że w ostatnich czasach przybyło wam tylu zwolenników, to rzecz jasna.
Pani Gordon zapytała go, co im zarzucają.
„Mówią że prowadzicie tu w koloni rozpustne życie. Nie pozwalacie ludziom żenić się, jak Pan Bóg rozkazał, i dlatego rozszerzyło się wieść, że nie wszystko jest tu w porządku.“
Koloniści z początku nie chcieli wierzyć. Ale wnet zmiarkowali, że powiedział prawdę i że wszyscy ludzie w Jerozolimie sądzili, iż wiodą rozpustne życie. Z chrześcjan jerozolimskich nikt nie chciał więcej mówić z nimi. Przejezdni misjonarzy jeszcze czasami odważyli się wejść do kolonii. Lecz gdy stamtąd wracali potrząsali głową znacząco. Nie zauważyli wprawdzie nic zdrożnego, lecz mniemali, że mogą, się tam dziać rozmaite złe rzeczy, chociaż się to na zewnątrz nie objawia.
Amerykanie zaś — począwszy od konsula, aż do ostatniej dozorczyni chorych, najgłośniej wygadywali na Gordonistów. „Hańba to dla nas wszystkich Amerykanów“, mówili, „że ludzi tych nic wypędza się z Jerozolimy.“
Koloniści, jako mądrzy ludzie zrozumieli, że nie da się nic na to poradzić, i trzeba ludziom pozwolić mówić aż przeciwnicy ich z czasem sami poznają, że krzywdę im wyrządzili.
„Nie możemy przecie chodzić od domu do domu i mówić, że jesteśmy niewinni“ mówili, i pocieszali się tem, że żyją między sobą tak zgodnie i szczęśliwie. „Biedni chorzy jerozolimscy nie boją się nas jeszcze, mówili: „Poczekajmy aż ta burza przejdzie, jest to próba, którą Bóg nam zesłał.“
Z początku Szwedzi znosili tę srogą potwarz z największym spokojem. „Jeżeli ci ludzie są tak zdziczali“, mówili, „ze mogą sądzić iż my, biedni chłopi przybyliśmy tu do świętego miasta, gdzie zmarł nasz Zbawiciel, po to, ażeby prowadzić życie rozwiązłe, to sąd ich nie wiele wart, i wszystko jedno, co mówią o nas“.
Gdy ludzie nie przestawali okazywać im pogardę, cieszyli się myślą, że Bóg uznał ich za godnych, by cierpieli prześladowanie i hańbę w tem samem mieście, gdzie ukrzyżowano i wyszydzono Chrystusa.
W październiku jednak, nadszedł pewnego dnia list do córki burmistrza Gunhildy. Był to list od ojca, w którym donosił jej, że matka umarła. List nie był wcale surowy, jak Gunhilda może oczekiwała. Ojciec nie czynił jej wyrzutów, donosił jej tylko o chorobie i pogrzebie. Można było poznać, że stary burmistrz myślał sobie: Muszę ją, oszczędzać, i tak będzie dość nieszczęśliwą.“
Napisał cały list w uprzejmym tonie aż do ostatniego wiersza i do podpisu swego nazwiska. Ale tu nagle owładnął nim powstrzymany gniew, szybko i głęboko zanurzył pióro w kałamarzu i napisał dużemi i nieforemnemi literami na brzeg papieru:
„Matka twoja byłaby może pokonała zmartwienie z powodu twego wyjazdu, umarła jednak, gdy przeczytała w gazecie misyonarskiej, że wy tam w Jerozolimie prowadzicie rozwięzłe życie. Tego nikt nie byłby się spodziewał ani po tobie ani po tych wszystkich z którymi wyjechałaś.“
Grunhilda włożyła list do kieszeni i nosiła go cały dzień przy sobie, nie mówiąc znikim o tem.
Nie wątpiła o tem, że ojciec napisał prawdę o tem, co spowodowało śmierć jej matki. Rodzice jej byli zawsze bardzo poważani i zważali ogromnie na dobrą swą opinię; to też nikt w kolonii nie cierpiał tyle co ona z powodu iż byli narażeni na potwarze. Nic jej to nie pomogło, iż czuła się niewinną, uważała się mimoto za shańbioną, i zdawało jej się, że nie może się już pokazać między ludźmi. Martwiła się przez cały czas, a ukłucia złośliwych języków bolały ją jak palące rany. A oto pozbawiły one matkę jej życia.
Gertruda i Gunhilda mieszkały w jednym pokoju i były zawsze najlepszymi przyjaciółkami, Ale nawet w obec Gertrudy zmilczała Gunhilda o tem, co jej ojciec napisał. Myślała, że nie powinna zepsuć Gertrudzie szczęścia. Ta bowiem była, zachwycona pobytem w Jerozolimie, gdzie wszystko przypominało jej Zbawiciela.
Lecz raz po razie Gunhilda brała do ręki list i spoglądała nań. Nie miała odwagi czytać go; z samego patrzenia już ściskało jej się serce czuła palący ból „Gdybym tylko mogła umrzeć,“ myślała. „Nigdy już nie będę wesołą, o gdybym umrzeć mogła!“
Siedziała i spoglądała na list; zdawało jej się, że zawiera on truciznę, która może ją zabić, i spodziewała się, że ±o się prędko skończy.
Następnego dnia Gunhilda wracała przez bramę Damaszku. Wyszła była do miasta i wracała do kolonii.
Dzień był nadzwyczaj upalny, co się tam często zdarza w październiku, przed nastaniem pory deszczowej. Gdy Gunhilda wyszła z ciemnego miasta, gdzie domy i półłuki chronią od słońca, zdawało jej się, że jaskrawe światło słoneczne uderzyło w nią gwałtownie i miała ochotę skryć się napowrót pod chłodne, cieniste sklepienie bramy. Zdawało jej się, że ta słoneczna droga, która słała się przed nią, była niebezpieczna. Miała takie uczucie jakby musiała przechodzić przed strzelnicą, właśnie w chwili, gdy żołnierze strzelają do celu.
Ale dla tej odrobiny słońca nie chciała się wrócić. Słyszała wprawdzie o niebezpieczeństwie udaru, lecz nie wierzyła w to. Zrobiła tylko to, co się robi w razie silnej nawałnicy. Podciągła do góry ramiona, zawiązała chustkę silniej dokoła karku i zaczęła szybko iść naprzód.
Podczas drogi zdawało jej się. jakby słońce tam w górze na niebiosach miało błyszczący łuk w ręku i wysyłało ku niej jedną strzałę po drugiej. Tak zdawało się w istocie, że słońce nie ma nic lepszego do czynienia, tylko mierzyć wprost do niej. Ostry palący ogień padał na nią, i to nie tylko z nieba, nie, wszystko dokoła niej iskrzyło się i kłuło ją w oczy. Nawet z ziarn piasku w murze wytryskały małe spiczaste strzałki wprost na nią, a zielone szyby w pobliskiem klasztorze lśniły się tak, że nie mogła w nie patrzeć. Stalowy klucz wetknięty w drzwi wysłał ku niej mały, złośliwy promień, a toż samo błyszczące liście krzaka rycynusowego, który może dlatego tylko przetrwał lato, aby tu stać ku jej udręczeniu.
Dokąd spojrzała, na niebie i na ziemi, wszędzie iskrzyło i paliło się. A jednak nie zdawało jej się jakoby upał ją dręczył, lecz raczej ten straszny biały błysk słońca, który wnikał do oczu i palił w mózgu.
Gunhilda czuła taką złość i nienawiść do słońca, jak biedny szczuty zwierz leśny czuje ku temu, kto godzi na jego życie. Zebrała ją dziwna ochota stanąć i spojrzeć oko w oko swemu prześladowcy. Przez chwilę opierała się, ale nagle odwróciła się i spojrzała ku niebu. Tak, w istocie, słońce słało tam, jak wielki białawo-błękitny promień. Podczas gdy Gunhilda patrzyła, niebo zczerniało zupełnie, słońce zeszczuplało w małą iskrę, o ostrym, niebezpiecznym blasku i Gunhildzie zdawało się, że iskra ta oderwała się z swego miejsca na niebie i strzeliła w dół z sykiem, by ją trafić w kark i zabić.
Gunhilda krzyknęła z przestrachu. Podniosła rękę i trzymała ją nad karkiem, uciekając równocześnie.
Gdy biegła przez pewien czas po drodze na której wznosił się biały wapienny kurz jak dusząca chmura, ujrzała wielką kupę kamieni, rumowisko zwalonego domu. Pospieszyła tam i udało się na szczęście znaleźć wejście do piwnicy.
Ogarnął ją przyjemny chłód, i tak było ciemno że nie widziała nic ani na dwa kroki przed siebie.
Stanęła plecami do wejścia i dała oczom swym wypocząć w ciemności. Nic tu nie świeciło i nie iskrzyło się. Zrozumiała teraz co mógł odczuwać biedny, nieszczęsny list, gdy udało mu się wśliznąć się w swą norę, przed prześladowaniami myśliwca. Teraz gorąco i para i światło i iskry słoneczne stały jak oszukani myśliwi tam na dworze przed jej kryjówką. Cała ta zgraja stała z roziskrzonymi łukami i czekała, lecz ona była w pewnym ukryciu.
Zwolna przyzwyczaiły się oczy Gunhildy do ciemności, odkryła kamień i usiadła, aby czekać. Przez długie godziny jeszcze nie będzie miała odwagi opuścić tę jaskinię. W każdym razie nie pierwej, zanim słońce obniży się o tyle, że straci już swą władzę na niebie.
Ale Gunhilda siedziała zaledwie krótką chwilę w ciemności, gdy tysiąc słońc i palących iskier zaświeciło się przed jej oczyma, a w mózgu jej wszystko zaczęło się kręcić w kółko.
Porwał ją tak silny zawrót, że zdawało jej się, iż ściany sklepienia kołują bezustannie dokoła niej. Była tak pomieszana, że musiała oprzeć się o ścianę, aby nie upadła.
„Ach Boże, ono mnie i tu prześladuje!“ jęknęła.
„Musiałam coś bardzo złego uczynić, że słońce mnie tak nienawidzi“, rzekła.
W tej chwili przypomniała sobie list i śmierć matki, i straszne swe zmartwienie i pragnienie śmierci. Nie myślała o tem wszystkiem gdy była w prawdziwem niebezpieczeństwie życia, myślała tylko o ratowaniu się.
Szybko wyjęła Grunhilda teraz list i wyszła do światła, aby go czytać. Widziała, że słowa stały w nim takie same, jakie miała w pamięci i jęczała z bólu.
I wkrótce zabłysła w niej myśl, która wydala jej się lekką i milą i pocieszającą.
„Czy nie rozumiesz“ rzekła sama do siebie „że Bóg ma zamiar uwolnić cię od życia“.
Wydało jej się to pięknem i wielką łaską Bożą, Nie mogła sobie jasno tego uprzytomnić, gdyż zmysły jej były nieco pomieszane. Uczuła znowu zawrót głowy, cała piwnica kręciła się dokoła niej i ponad jednem okiem jej tańczył iskrzący się promień.
To jedno jeszcze pamiętała, że Bóg pozwala jej opuścić życie, podążyć do matki w niebie i ujść całej swej boleści.
Witała położyła zrazu ręce na kark, ale natychmiast zdjęła je znów i wyszła spokojnie na światło słoneczne, jak gdycby szła przez kościół.
Ochłodła już była cokolwiek i gdy wyszła na wolne powietrze nie zauważyła z początku myśliwych, ani łuków ani iskrzących się strzał.
Lecz skoro postąpiła kilka kroków, było znów tak, jakby z zasadzki wszystko się ku niej rzuciło.
Wszystko na ziemi dokoła niej lśniło się i iskrzyło, a słońce z sykiem strzeliło ku niej ostrym promieniem i ukłuło ją w kark.
Postąpiła jeszcze kilka kroków, potem upadła, jakby piorunem rażona.
Kilku ludzi z kolonii znalazło ją w parę godzin później. Jedną ręką przyciskała do serca, druga wyciągnięta trzymała list, jakby chciała wskazać co ją zabiło.




Na skrzydłach zorzy porannej.



Tego samego dnia kiedy Gunhilda dostała udaru słonecznego, Gertruda również wyszła z domu i szła jedną z szerokich ulic zachodniego przedmieścia. Miała kupić szpilek i wstążki do swej roboty, lecz nie była dobrze oznajmiona z tą częścią miasta i potrzebowała dużo czasu, zanim znalazła, czego jej było potrzeba; zresztą nie spieszyła się wcale, była nawet zadowoloną, że chodziła po wolnem powietrzu. Gertruda nie wiele jeszcze widziała z Jerozolimy; przywiozła sobie tak mało sukien z domu, że dotychczas wciąż prawie siedziała i szyła, aby miała się w co ubrać.
Jak zwykle gdy wychodziła na ulicę, uśmiech zadowolenia igrał na jej ustach. Czuła wprawdzie także straszny upał i piekący żar słoneczny, lecz nie cierpiała przy tem tyle, co inni. Z każdym krokiem, który zrobiła myślała o tem, że może Jezus kroczył tą samą drogą, co ona. Była przekonana, że wzrok jego spoczywał na owych pagórkach, które lśniły się tam na skraju ulicy. A gdy myślała o tem, czuła go tak blisko siebie, że oddawała się z tego powodu nadzwyczajnej radości.
Co Gertrudę po przybyciu do Palestyny tak nieskończenie uszczęśliwiało, to właśnie myśl, że była teraz o tyle bliższą Jezusowi, niż przedtem. Nigdy tu o tem nie myślała, że przeszło już dwa tysiące lat, odkąd chodził po tej okolicy z swymi uczniami, lecz oddawała się złudzeniu, iż żył tu jeszcze niedawno. Widziała ślady stóp jego na ziemi, słyszała echo jego głosu na ulicach Jerozolimy.
W chwili gdy Gertruda schodziła z stromego wzgórza ku bramie Jaffa, przeciągało ulicą kilkaset rosyjskich pielgrzymów. Chodzili oni już od kilku godzin zwiedzając święte miejsca w Jerozolimie, i byli już tak pomęczeni i osłabieni z wędrówki w żarze słonecznym, że zdawało się iż nie będą mieli dość siły, by dostać się do rosyjskiego hotelu na szczycie wzgórza.
Gertruda zatrzymała się i przypatrywała im się. Byli to sami chłopi i Gertrudzie dziwnem się zdawało, że byli tak podobni do jej rodaków, gdy przechodzili przed nią w sukmanach i włóczkowych kaftanach.
„Pewnie cała wieś wybrała się do Palestyny“, pomyślała: Ten z okularami na nosie jest nauczycielem, tamten znów z grubą pałką ma wielki dwór i rządzi całą wsią. Ten, co tak prosto maszeruje jest starym żołnierzem, a tamta postać o wązkich ramionach i długich rękach, to krawiec wiejski.
Gertruda była w dobrem usposobieniu, i według starego swego zwyczaju wymyślała sobie rozmaite historye o niektórych z przechodzących ludzi.
„Ta kobieta o jedwabnej chustce na głowie jest bogata“, pomyślała, „ale dopiero na starość mogła się z domu wydostać, bo wpierw musiała powydawać synów i córki i wychować swoich wnuków. Ta zaś kobieta, która idzie obok niej i nosi małe zawiniątko jest bardzo uboga. Jest to jedna z tych, które całe życie muszą walczyć i szczędzić, by zebrać pieniądze na podróż jerozolimską.“
Patrząc tylko na pielgrzymów można ich było polubić. Chociaż byli okryci kurzem i zagrzani, mieli jednak pogodne i wesołe twarze i nikt nie miał miny niezadowolonej.
„Jacyż nabożni i cierpliwi być muszą“, myśłała, „i jak miłują Jezusa, jeżeli są tak szczęśliwi, iż kroczą po jego ziemi, i że nie znają cierpienia!“
Na końcu pochodu szło kilku pielgrzymów tak osłabionych, że ledwie mogli wlec się jeszcze. Wzruszającym było patrzeć, jak krewni i przyjaciele brali ich za ręce i pomagali im wchodzić na wzgórze. Ci jednak, którzy mieli się najgorzej, musieli iść sami; było z nimi tak źle, i nie czuł się nikt na siłach pomagać im.
Całkiem z tylu szła siedmnastoletnia dziewczyna. Ona jedna wyglądała młodo, wszyscy inni byli starzy lub w średnim wieku. Gdy Gertruda ujrzała młodą dziewczynę, sformułowała szybko w duszy przypuszczenie, że z pewnością doznała wielkiego nieszczęścia i dlatego było jej w domu życie nieznośne. Może i ona zasmucona ujrzała w lesie zbliżającego się ku niej Jezusa, może i jej poradził On, aby wyjechała do Palestyny.
Młoda pielgrzymka była bardzo znużona i cierpiąca. Była delikatnie zbudowana a grube, ciężkie suknie, a przedewszystkiem ciężkie buty, które miała na sobie, tak samo, jak inne kobiety, ciążyły jej niezmiernie. Chwiejąc się, postąpiła jeszcze kilka kroków, i zatrzymała się ażeby zaczerpnąć oddechu. Lecz gdy tak nieruchomo stanęła w pośród ulicy, była w wielkiem niebezpieczeństwie, być pchnięta przez wielbłąda, lub przejechaną przez wóz.
Gertruda czuła w sobie nieprzeparty pociąg pospieszenia z pomocą chorej. Nie namyślając się długo, zbliżyła się do niej, objęła ją ramieniem i pokazała jej jak się ma oprzeć, aby znalazła podporę. Dziewczyna spojrzała tępym wzrokiem. Nawpół nieprzytomnie przyjęła pomoc i dała się Gertrudzie pociągnąć o kilka kroków dalej.
W tem jedna z starszych kobiet odwróciła się. Spojrzała ostro na Gertrudę a potem rzuciła murowym tonem kilka słów chorej. Ta przelękła się widocznie; wyprostowała się, odepchnęła Gertrudę i usiłowała sama iść dalej, ale po chwili musiała znów stanąć.
Gertruda nie zrozumiała, dlaczego dziewczyna nie chciała przyjąć jej pomocy. Sądziła, iż pochodzi to stąd, że Rosyanie są zbyt skromni aby przyjmowali pomoc od obcych. Dlatego pospieszyła znów do chorej i objęła ją powtórnie ramieniem. Ale twarz chorej wykrzywiła się z ogromnego strachu i wstrętu. Nie tylko wyrwała się od niej ale uderzyła ją, i zaczęła biedź aby uciec od niej.
Teraz poznała Gertruda, że dziewczyna bała się jej i zrozumiała, że mogło to być jedynie wynikiem ohydnej potwarzy, jaką rozsiewano o Gordonistach. Wtedy Gertruda rozgniewała się i zasmuciła się zarazem; widziała, że jedyną rzeczą, jaką mogła zrobić dla tej biednej było zostawić ją w spokoju i nie trwożyć jej więcej. Ale patrząc za nią, ujrzała, że dziewczyna, uciekając przed nią, w zamieszaniu i trwodze biegła wprost naprzeciw wozu, który całym pędem zjeżdżał z pagórka, i z przerażeniem poznała Gertruda, że nie można było oczekiwać czego innego, jak tylko, że zostanie przejechaną i zabitą.
Gertruda chciała zamknąć oczy, aby nie widzieć strasznego nieszczęścia, lecz straciła zupełnie władzę nad sobą i nie mogła nawet spuścić powiek. Stała więc z szeroko otwartymi oczami i widziała, że konie wpadły na chorą i przewróciły ją, ale w tej samej chwili prawie piękne i rozumne zwierzęta same się pohamowały; cofnęły się, oparły się silnie o grunt, aby powstrzymać cały ciężar toczącego się wozu, rzuciły się potem rączo w bok i pobiegły dalej, tak, iż leżąca na ziemi dziewczyna nie została dotkniętą ani podkową, ani kołem.
Gertruda sądziła już, że niebezpieczeństwo minęło zupełnie. Młoda Rosyanka leżała wprawdzie jeszcze na ziemi, nie ruszając się, ale zapewne ze strachu straciła przytomność.
Ze wszystkich stron zbiegli się ludzie, aby pomódz dziewczynie. Gertruda przybyła pierwsza. Schyliła się, aby jej pomódz wstać. W tem ujrzała, że z pod głowy wypływała krew, a twarz zwrócona ku górze przybrała dziwny, nieruchomy wyraz. „Umarła“, pomyślała Gertruda, „i ja to, ja jestem przyczyną jej śmierci!“
W tej chwili jakiś mężczyzna niecierpliwie chwycił ją i odepchnął w bok. Zaryczał coś, z czego tylko tyle zrozumiała, że istota tak nieczysta, jak ona niegodna jest dotknąć się nabożnej, młodej pielgrzymki. Za chwilę dokoła niej powtarzano te same słowa. Grożono jej rękami, popychano i potrącano ją, aż znalazła się poza gęstym tłumem, otaczającym dziewczynę.
Przez chwilę Gertruda była tak rozgniewana tem zachowaniem się, że zaciskała pięści. Chciała się bronić, chciała znów dotrzeć do Rosyanki, chciała dowiedzieć się, czy istotnie była nieżywą.
»Nie ja jestem niegodna zbliżyć się do niej, lecz wy, wy wszyscy!“ wołała głośno w szwedzkim języku. „Wasza podła twarz wpędziła ją do grobu“.
Nikt nie rozumiał co mówiła i złość Gertrudy zamieniła się w straszny lęk. Boże drogi, gdyby ktoś widział był, jak się wszystko stało i powiedział to pielgrzymom! Wszyscy ci ludzie bez litości rzuciliby się na nią i zabiliby ją!
Spiesznie uciekła z tego miejsca; biegła tak szybko, jak mogła, chociaż nikt nie prześladował jej. I nie zatrzymała się, aż nie znalazła się w pustej okolicy, ciągnącej się za północną stroną Jerozolimy.
Tu zatrzymała się, pociągnęła ręką po czole i położyła ręce splecione na głowie.
„O Boże! O Boże!“ zawołała. — „Czyż jestem zabójczynią? Czy naprawdę winną jestem śmierci człowieka!“
Po chwili zwróciła się ku miastu, którego wysokie, ponure mury sterczały ku niej. „Nie, nie ja nią jestem, lecz ty!“ zawołała. „Nie ja, lecz ty!“
Wzdrygnęła się, i odwróciła się, by iść do kolonii, której dach świecił się już zdaleka. Ale co chwila stawała, starając się uporządkować cośkolwiek myśli, które się jej tłumnie narzucały.
Kiedy Gertruda przybyła do Palestyny, myślała: „Oto jestem w krainie mego Pana i Króla, i stoję teraz pod jego szczególną opieką, nic złego nie może mi się tu zdarzyć!“ I tak wżyła się w tę wiarę, że Chrystus kazał jej iść do ziemi świętej bo widział, że dość smutku doświadczyła i że odtąd nie ma więcej cierpieć, lecz ma żyć w pokoju i spoczynku.
A teraz czuła, co musi czuć człowiek, który mieszkał w ochronnem mieście, a nagle widzi, że wały i wieże walą się. Widziała, że jest bezbronna, nie było zapory między nią a zbliżającem się nieszczęściem. Przeciwnie, tu mogło ono ją spotkać jeszcze łatwiej niż w innem miejscu.
Odważnie odepchnęła od siebie myśl, że była przyczyną śmierci Rosyanki, nie chciała robić sobie wyrzutów z tego powodu. Ale czuła głuchą trwogę przed złem, na które mogło ją narazić to zdarzenie.
„Teraz będę ją zawsze widziała przed sobą lecącą wprost między konie“, skarżyła się, „i nigdy już nie będę mogła się weselić“.
Powstało teraz w sercu jej pytanie, które wprawdzie starała się natychmiast stłumić, lecz które wciąż na nowo się podnosiło. Pytała, dlaczego Chrystus posłał ją do tego kraju. Wiedziała, że to grzech wielki, stawiać to pytanie, ale nie mogła się powstrzymać; bezustannie dźwięczało jej w duszy, jakie zamiary Chrystus miał, posełając mnie do tego kraju?“
„O Boże“, rzekła w rozpaczy, „sądziłam, iż kochasz mnie i pragniesz jak najlepiej urządzić dla mnie wszystko! O Boże! byłam tak szczęśliwa w myśli, że otoczyłeś mnie swoją opieką!“
Gdy Gertruda wróciła do kolonii, uderzyła ją dziwna cisza i uroczystość. Chłopak otwierający drzwi, był nadzwyczaj poważny, a gdy weszła na podwórze, zdziwiła się, że wszyscy tak cicho przesuwają się po kamieniach i nikt głośno nie mówi. „Tu śmierć chyba zawitała“, pomyślała, zanim jeszcze ktoś słowo do niej przemówił.
Wnet dowiedziała się, że Gunhildę znaleziono nieżywą na ulicy. Przyniesiono ją już do domu i ułożono w piwnicznej pralni na katafalku. Gertruda wiedziała, że na Wschodzie muszą szybko grzebać zmarłych, lecz przeraziło ją to przecie, gdy ujrzała, że robią już wszelkie przygotowania do pogrzebu. Tims Halfvorn i Ljüng Bjórn sporządzali trumnę, a kilka starszych kobiet zajmowało się przybraniem zmarłej. Pani Gordon udała się do przełożonego amerykańskiego zakładu z prośbą, ażeby pozwolił pogrzebać Gunhildę na amerykańskim cmentarzu. Bo i Gabriel stali na podwórzu z łopatami i czekali tylko na powrót pani Gordon. aby iść na cmentarz i wykopać grób.
Gertruda zeszła do pralni. Długo wpatrywała się w Gunhildę, nie odwracając oczu, a potem wybuchła gwałtownym płaczem. Kochała towarzyszkę swą bardzo, a oto leży martwa; ale stojąc tak i wpatrując się w Gunhildę, była zupełnie tego świadomą, że ani ona, ani nikt inny w kolonii nic okazywali Gunhildzie tyle miłości, na ile ona zasługiwała. Wszyscy wprawdzie czuli to, że była uczciwa i dobra i miłująca prawdę, ale utrudniała ona życie sobie i innym, ponieważ z łatwością wpadała w gniew z powodu byle jakiej drobnostki i tem zraziła sobie ludzi. Ilekroć Gertruda o tem myślała, żal jej było tak strasznie Genhildy, że łzy jej płynęły na nowo.
Nagle jednak przestała płakać i wpatrywała się w Gunhildę z niespokojem i strachem. Spostrzegła, że Gunhilda miała ten sam wyraz twarzy, jaki w życiu miewała, kiedy myślała o jakiejś trudnej lub zawikłanej sprawie. Dziwne to było, że leżała z takim głębokim fałdem między oczami i z wargami naprzód wysuniętemi i myślała.
Powoli oddalała się Gertruda od zmarłej. Gdy spostrzegła pytający wyraz w twarzy Gunhildy, przypomniała sobie na nowo swoje własne troski. Zdawało jej się, ze Gunhilda również zapytywała się, dlaczego ją Chrystus wysłał do tej krainy. Dlaczego miałam tu przybyć, jeżeli czekała mię tylko śmierć — pytała się może.
Gdy Gertruda wyszła na podwórze zbliżył się do niej Bo. Prosił ją, aby z nim poszła do Gabriela Hök Matsona i przemówiła kilka słów do niego.
Prawie nieprzytomnie spojrzała Gertruda na Boa; była tak zajęta swojemi myślami, że nie zrozumiała nawet, co mówi.
„Gabriel znalazł Gunhildę na ulicy“ rzekł Ba dla objaśnienia.
Ale Gertruda niesłuchała co mówił, stała przed nim i ciągle myślała o tem, dlaczego Gunhilda miała taki wyraz twarzy.
„Dla Gabriela była to straszna rzecz, gdy idąc ulicą i nie przeczuwając nic złego, ujrzał ją nagle martwą przed sobą“, rzekł Bo. Gdy Gertruda nie rozumiała go jeszcze, dodał głosem głębokiego wzruszenia: Gdyby tu w kolonii była osoba, którą kochałbym bardzo i znalazłbym ją na ulicy martwą, nie wiem, coby się ze mną działo.“
Jakby zbudzona ze snu Gertruda obejrzała się dokoła. Tak, to prawda, tak to prawda, wiedziała przecie już od dawna, że Gabriel kochał Gunhildę. Byliby się pobrali, gdyby nie nastąpił wyjazd do Jerozolimy. Wówczas postanowili, że oboje wyjadą do Jerozolimy, chociażby nie mogli zostać mężem i żoną. A teraz Gabriel znalazł Gunhildę martwą na ulicy.
Gertruda zbliżyła się do Gabriela, który stał przy bramie nieruchomie z zaciśniętemi mocno wargami i błędnym wzrokiem, wtykając łopatę w ziemię między kamieniami.
„Dla niego byłoby dobrze, gdyby mógł zapłakać“, szepnął Bo Gertrudzie.
Milcząco podała Gertruda rękę Gabrielowi, jak to jest zwyczajem na pogrzebach między najbliższymi krewnymi; ręka Gabriela leżała zimna i bezsilna w jej ręku.
„Bo powiedział mi, żeś to ty znalazł Gunhildę, rzekła Gertruda.
Gabriel stał wciąż nieporuszony.
„Ciężka to była rzecz dla ciebie“, ciągnęła dalej Gertruda, gdy Gabriel stał wciąż, jak posąg z kamienia. Lecz teraz Gertruda wżyła się w jego boleść, zrozumiała, jak strasznem to było dla niego.
„Zdaje mi się, że Gunhildzie miłem to było, żeś ty ją właśnie znalazł“, rzekła.
Teraz Gabriel drgnął i spojrzał na Gertrudę wielkiemi oczami.
„Czy sądzisz istotnie, że było jej to miłem?“
„O tak“, rzekła Gertruda, „rozumie się, że dla ciebie była to ciężka rzecz, ale pewna jestem, że ona byłaby pragnęła, abyś ty ją znalazł.“
„Nie odstąpiłem jej ani na chwilę“, rzekł Gabriel z cicha, „aż nadeszli ludzie, którzy mogli mi pomódz i poniosłem ją ostrożnie i łagodnie.
„Tak, mogę sobie to wyobrazić“, rzekła Gertruda.
Wargi Gabriela zaczęły drgać i nagle łzy trysnęły mu z oczu. Bo i Gertruda stali cicho obok niego i dali mu się wypłakać. Gabriel wcisnął się twarzą we framugę i płakał serdecznie.
Po chwili jednak uspokoił się. Zbliżył się do Gertrudy i wziął ją za rękę. „Dziękuję ci, żeś mnie doprowadziła do płaczu“, rzekł. Głos miękki i łagodny, można było sądzić, że to ojciec jego mówi, stary Hök Matts.
„Teraz pokażę ci coś, czego nikomu pokazać nie śmiałem“, rzekł dalej: „Gdy znalazłem Gunhildę, trzymała w ręku list od swego ojca, ja zaś wziąłem go, gdyż myślałem, iż byłem przed innymi uprawnionym do tego. A żeś ty mię doprowadziła do płaczu, więc pokażę ci ten list, bo i ty masz przecie w domu starych rodziców.“
Gertruda wzięła list i przeczytała go. Potem spojrzała na Gabriela.
„Więc dlatego umarła?“
Gabriel skinął głową i odrzekł: „Tak, zdaje mi się, że dlatego umarła.“
Wtedy Gertruda zawołała głośno: „O Jerozolimo, Jerozolimo, ty nam wszystkim zabierasz życie! Widzę, że Bóg nas opuścił!“ załkała.
W tej chwili weszła przez bramę pani Gordon i posłała Gabriela i Boa natychmiast na cmentarz, Gertruda zaś udała się do małego pokoju, w którym mieszkała z Gertrudą, i została tam przez cały wieczór.
Siedziała opanowana jakimś lękiem gwałtownym, niepokonanym, podobnym do długotrwałego strachu przed upiorami; zdawało jej się, że tego dnia musi się jeszcze coś złego zdarzyć, i lękała się tego, co tam z zasadzki czyhało na nią. Równocześnie zaś dręczyły ją przykre wątpliwości.
„Nie wiem dlaczego Chrystus nas tu posłał“, myślała. „Przynosimy tylko nieszczęście sobie i innym.“
Odsunęła na chwilę rozpacz od siebie, ale natychmiast pochwyciła się na wyliczaniu wszystkich, którzy przez ten wyjazd doszli do nieszczęścia. Było to przecież zupełnie pewnem, że sam Bóg rozkazał im udać się do Jerozolimy, jakże więc było to możliwym, że wynikiem tego było tylko nieszczęście?
Postarała się o pióro i atrament, aby napisać do swych rodziców, ale nie mogła. „Cóż im napiszę aby mnie uwierzyli?“ zawołała. „Chyba gdybym umarła, wtedy może uwierzyliby mi, że jesteśmy niewinni?“
Dzień nareszcie skończył się i nadeszła noc. Gertruda czuła się zbyt nieszczęśliwą, aby mogła usnąć. Zawsze widziała twarz Gunhildy przed sobą; musiała się wciąż pytać, o czem zmarła myślała, i stało się dla niej pewnikiem, że Gunhilda umarła z tem samem pytaniem na ustach, które i ją dręczyło.
Zanim jeszcze dzień zawitały Gertruda wstała i ubrała się aby wyjść.
Podczas ostatniego dnia i ostatniej nocy oddaliła się tak od Jezusa, że nie wiedziała jak znajdzie napowrót do niego drogę. Nad rankiem ogarnęła ją gorąca tęsknota za jakiemś miejscem, o którem z pewnością wiedziała, że bawił tam kiedyś Zbawiciel. Jedynem zaś miejscem o którego położenie nigdy nie sprzeczano się, była góra Oliwna. Gertruda dlatego sądziła, że jeżeli tam się uda, będzie bliższą Jezusowi, tam będzie się czuła ocienioną jego miłością i tam może zrozumie jaki miał co do niej zamiar.
Zrazu gdy wyszła jeszcze w cienie nocy, trwoga jej zdwoiła się. Raz po raz przypominała sobie jakie nieszczęście i jaka krzywda stały się w tym jednym dniu.
Lecz w miarę, gdy wchodziła na górę, rozjaśniało się w jej duszy. Spadał ciężar przygnębiający ją i błysnęła przed nią myśl objaśniająca wszystko.
„Tak, tylko tak można to zrozumieć“, myślała. „Jeżeli taka niesprawiedliwość może istnieć, musi to już być koniec świata. Inaczej nie mogę sobie wytłumaczyć, że dobre przemienia się w złe, że Bóg nie ma mocy powstrzymania krzywdy, że święci cierpią prześladowanie a kłamstwo nie znajduje oporu.“
W zamyśleniu zatrzymała się. Tak istotnie, zbliża się powrót Pana i niebawem ujrzy go zstępującego z obłoków na ziemię.
Jeżeli tak się rzecz miała, wówczas mogła zrozumieć, dlaczego ich wszystkich powołano do Jerozolimy. Łaską Bożą tylko ona i przyjaciele ich wysłani byli tu, aby spotkać Jezusa. Klasnęła w dłonie, ze zdziwienia i z radości, myśląc o tem, jakie to było nieskończenie wielkie.
Szybkimi krokami postępowała teraz w górę, aż doszła do najwyższego punktu, gdzie Jezus wzniósł się ku niebu.
Nie mogła wprawdzie wejść do środka odgraniczonego miejsca, ale stała tuż przed nim i spoglądała ku chmurom, które teraz lśniły się od zorzy porannej.
„Może dziś już jest ten dzień, w którym się zjawi“, myślała. Złożyła ręce i patrzyła ku mu niebu, pokrytemu lekkiemi chmurkami. „Nadejdzie, to rzecz pewna, że nadejdzie“.
Wpatrywała się w zorzę, jak gdyby widziała ją poraź pierwszy. Zdawało jej się, że spojrzała głęboko w niebiosa. Całkiem na wschodzie ujrzała głębokie sklepienie z wysoką i obszerną bramą, i zdawało jej się, że wnet zatoczy rozsuwające się łuki, ażeby Chrystus wraz z aniołami swymi mógł przejść.
Po chwili w istocie otwarła się brama na wschodzie i słońce zjawiło się na niebie. Z zapartym oddechem czekała Gertruda nieruchomie, aż słońce oblało swym blaskiem góry na zachód od Jerozolimy i jakby fale na morzu zaczęły się wyłaniać szeregi wzgórz. Spokojnie czekała, aż słońce wzeszło tak wysoko, że promienie jego iskrzyły się w krzyżu na kopule kościoła Świętego Grobu.
Wtedy przypomniała sobie Gertruda, iż słyszała, że Chrystus zjawi się podczas wschodu słońca na skrzydłach zorzy porannej, i poznała, że tego dnia nie mogła go już oczekiwać. Lecz nie czuła się tem ani przygnębioną, ani zaniepokojoną. „Przyjdzie więc jutro“, rzekła z całą ufnością.
Zeszła z góry i wróciła z rozpromienioną twarzą do kolonii, nie zwierzyła się jednak nikomu z tą wielką uszczęśliwiającą pewnością, która napełniła jej duszę. Zajmowała się przez cały dzień jak zwykle swoją robotą i mówiła o rzeczach obojętnych.
Ale następnego dnia wstała znów przed Wschodem słońca i poszła na górę oliwną.
I tak wchodziła tam co poranku, gdyż chciała być pierwszą, która ujrzy Chrystusa zjawiającego się w blasku porannym.
Wędrówki jej zwróciły wkrótce na się uwagę kolonii i proszono Gertrudę, aby ich zaprzestała. Koloniści przedstawiali jej, że może im to zaszkodzić, jeżeli ludzie będą ją widzieli co rana klęczącą na górze Oliwnej i czekającą na zjawienie się Chrystusa. Jeżeli to potrwa dłużej, okrzyczą Gordonistów jeszcze jako szalonych.
Gertruda usiłowała być posłuszną i zostać w domu. Ale z pierwszym brzaskiem dnia budziła się i natychmiast stawało się dla niej pewnością, że właśnie tego dnia Jezus nadejdzie. I nie mogła się wstrzymać, wstała i wyszła, aby przyjąć Zbawiciela i Króla.
Oczekiwanie to stało się jej drugą naturą. Nie mogła mu się oprzeć, nie mogła się zeń wyzwolić. We wszystkich innych rzeczach było z nią jak przedtem; umysł jej był zupełnie w porządku i o tyle tylko zaszła zmiana, że była weselszą i bardziej uprzejmą niż przedtem.
Po pewnym czasie przyzwyczajono się tak do jej rannych wędrówek, że wolno jej było odchodzić i wracać i nikt się już o to nie troszczył. Ale wychodząc rano, widziała jakąś postać stojącą w cieniu obok bramy i oczekującą ją. A gdy wchodziła na górę, słyszała za sobą kroki butów gwoździami okutych. Nie przemówiła nigdy do tego cieniu, lecz opanowało ją uczucie bezpieczeństwa, gdy słyszała za sobą te ciężkie kroki.
Czasem, gdy zeszła z góry spotkała nagle Boa, opartego o mur i czekającego na nią z spojrzeniem wiernego psa. Bo zarumienił się i odwrócił wzrok, a Gertruda szła dalej, nie okazując wcale, że go widziała.




Baram Pasza.



Koloniści byli zadowoleni, że wynajęli nowy, piękny dom przed bramą Damaszku. Był on tak obszerny, że mógł wszystkich pomieścić i że mała tylko ilość rodzin musiała szukać innego umieszczenia. Przyjemnie było mieszkać w tym domu, który miał piękne terasy i otwarte kolumnady, dające wspaniale schronienie podczas upałów letnich. I Koloniści nie mogli wyzbyć się myśli, że Bóg chciał im okazać swą szczególną łaskę, skoro dopuścił, że właśnie ten dom był do najęcia. Często mówili o tem, że nie wiedzieli, jakby to mogli urządzić, by w kolonii była łączność i powodzenie, gdyby nie znaleźli byli tego domu i musieli mieszkać rozrzuceni w różnych stronach miasta.
Rzecz się tak miała, że dom ten należał do Barama Paszy ówczesnego gubernatora Jerozolimy.
Przed trzema laty zbudował on ten dom dla swej małżonki, którą miłował nadewszystko. Wiedział, że nie mógł jej zrobić większej przyjemności, niżeli dając jej ten dom, gdzie mogła zamieszkać z całym swym wielkim dworem, z synam i ich zonami, z córkami i mężami tychże, oraz z wszystkiemi dziećmi i sługami.
Ale gdy dom był gotów i Baram Pasza wprowadził się z swoimi, spotkało go straszne nieszczęście. W pierwszym tygodniu, po sprowadzeniu się umarła mu jedna córka, w drugim tygodniu druga, a w trzecim ukochana żona. Baram Pasza przepełniony głębokim bólem, wyprowadził się rychło z pałacu, zamknął go i zapieczętował, przysiągłszy, że nigdy noga jego w nim nie postanie.
Odtąd pałac stał pustką, aż na wiosnę Gordoniści przyszli do Barama Paszy prosząc go, aby im dom wynajął. Byli bardzo zdziwieni, że dał zezwolenie, gdyż wszyscy sądzili, iż Baram Pasza nie pozwoli już nigdy nikomu mieszkać w tych murach.
Lecz gdy w jesieni zaczęto rozsiewać owe krzywdzące potwarze o Gordonistach, niektórzy z amerykańskich misyonarzy zastanawiali się nad tem, jakby można zmusić tych ludzi do opuszczenia Jerozolimy. I postanowili udać się do Barama Paszy i mówić z nim o jego lokatorach. Opowiedzieli mu wszystko złe, co o nich słyszeli i zapytali go, czy może pozwolić, aby ludzie tak ohydni mieszkali w tym domu, który on zbudował był dla swej małżonki.

∗             ∗
Była ósma godzina rano, pięknego dnia w listopadzie.

Znikła już noc ponura, co trzymała Jerozolimę w swych cieniach, a miasto powoli odzyskiwało swe dzienne wejrzenie. Na bramie Damaszku żebracy już przed długą chwilą zajęli byli swe miejsca a psy uliczne, włóczęgi które przez całą noc były w ruchu, udały się teraz na dzień do swych nor i na śmieciska, które służyły im za legowiska. Tuż przy bramie rozłożyła się mała karawana na nocne leże. Teraz zabierali się już naczelnicy, przywiązywali tłumoki z towarami do klęczących wielbłądów, które mocno ryczały, czując ciężar na swym grzbiecie. Od gościńca zbliżali się wieśniacy z wielkimi koszami jarzyn. Pastuchowie schodzili z gór i przechodzili uroczyście po pod sklepienie bramy, a za nimi tłoczyły się wielkie stada owiec przeznaczonych na rzeź i kóz do wydoju.
Właśnie w chwili, gdy przed bramą był największy tłum, nadjechał stary człowiek na pięknym, białym ośle. Był wspaniale ubrany; kaftan miał z miękkiego w prążki jedwabiu a nad nim aż po nogi spadający żupan z jasno błękitnego brokatu obszyty futrem. Pas i turban zdobne były bogatym haftem ze złocistego jedwabiu. Twarz jego była zapewne niegdyś piękna i czcigodna, ale teraz była od starości zniszczona, oczy łzawe, usta zapadłe a duża biała broda wisiała w długich rozczochranych pasmach o żółtych końcach.
Ludzie, cisnący się przed bramą dziwili się i mówili między sobą: „Dlaczego Baram Pasza wjeżdża przez bramę Damaszku na ulicę, której od trzech lat nie chciał oglądać?“
A inni znów pytali: „Czy może Baram Pasza obejrzeć chce dom, chociaż przysięgał, że w nim więcej nie postanie?“
Jadąc w pośród tłumu przez bramę miasta rzekł Baram Pasza do sługi swego Machmuda który mu towarzyszył:
„Czy słyszysz Machmucie iż wszyscy, których spotykamy dziwią się i pytają: „Co to ma znaczyć? Czy Baram Pasza ma zamiar zwiedzić dom, którego od trzech lat nie widział?“
Służący odrzekł, iż on również słyszał, że się ludzie dziwili.
Wtedy rzekł Baram Pasza ze złością: „Czyż sądzą, iż jestem tak stary, że można ze mną robić, co się komu podoba! Czy sądzą, że zniósłbym, ażeby oby ludzie wiedli złe życie w domu, który zbudowałem dla mojej dobrej i czcigodnej małżonki?“
Sługa Barama Paszy chciał ułagodzić gniew swego pana rzekł doń: „Panie, zapominasz, że nie po raz pierwszy słyszymy, że się chrześcianie wzajemnie spotwarzają.
Baram jednak podniósł w gniewie ręce do góry i zawołał: Fleciści i tancerki zamieszkują te miejsca, gdzie umarli moi drodzy! Ten dzień nie dojdzie końca, zanim ci złoczyńcy nie będą wypędzeni z mego domu!“
Ledwie to wyrzekł stary Pasza, gdy nadeszła gromadka dziatwy szkolnej, idącej parami szybkim krokiem. A gdy Baram dzieci zobaczył, ujrzał iż były zupełnie niepodobne do wszystkich innych dzieci, które tłumiły się po ulicach Jerozolimy, gdyż były czysto umyte, odziane w całe sukienki i silne obuwie i miały włosy jasne, gładko uczesane.
Baram Pasza zatrzymał swego osła i rzekł do swego sługi: „Idź i zapytaj się, czyje to dzieci!“
„Nie potrzebuję pytać o to“, odrzekł sługa, „gdyż widzę je tu codziennie. To są dzieci Gordonistów i chodzą do szkoły, którą ci ludzie urządzili w swym domu, zanim wynajęli twój wie]ki dom.“
Gdy Pasza spoglądał jeszcze za dziećmi, nadeszło dwóch ludzi, należących również do kolonii, wioząc w taczkach, najmłodsze dzieci, które nie mogły jeszcze same chodzić do szkoły. Pasza widział, że małe dzieci klaskały w dłonie z radości, że jadą, ci zaś co ich wieźli, śmieli się do nich i biegli szybciej, aby im radość sprawić.
Wtedy sługa zebrał się na odwagę i zapytał Barania Paszę: „Czy nie sądzisz, o Panie, że dzieci te mają dobrych rodziców?“
Ale Baram Pasza był starym człowiekiem i niezachwianym w swym gniewie, jak to jest zwyczajem u starych. „Słyszałem, co właśnie ich towarzysze o nich mówili,“ odrzekł, „i powiadam ci, że zanim wieczór nadejdzie, będą z domu mego wygnani.“
Gdy Baram Pasza ujechał kawał dalej, spotkał gromadę kobiet idących ku miastu w europejskim stroju. Szły spokojnie i obyczajnie, suknie ich były proste, a w rękach miały ciężkie, napełnione kosze.
Pasza zwrócił się do sługi swego mówiąc: „Idź i zapytaj się, kto one są!“
Sługa zaś odrzekł: „Nie potrzebuje pytać o to, o Panie, gdyż spotykam je codziennie. To są kobiety Gordonistów, które zanoszą do Jerozolimy żywność i lekarstwa, ażeby pielęgnować chorych, którzy są zbyt słabi, aby przyjść mogli do nich, prosie o pomoc.“
Baram Pasza odrzekł: „Chociażby nawet złość swą ukryli pod skrzydłami aniołów, to jednak wypędzę ich z mego domu.“
Jadąc dalej, dotarł nareszcie do wielkiego domu. Gdy się zbliżył usłyszał hałas licznych głosów, a tu i ówdzie uderzał głośny okrzyk o jego uszy.
Zwrócił się do sługi i rzekł: „Czy słyszysz jak muzykanci i tancerki hałasują w moim domu?“
Lecz gdy skręcił o róg domu, ujrzał chorych i rannych lezących na ziemi przed wejściem do domu. Oni to opowiadali sobie o swych cierpieniach, a niektórzy wydawali czasem głośne okrzyki boleści.
Machmut, sługa jego zdobył się na odwagę i rzekł: „Oto są muzykańci i tancerki, o których sądziłeś, iż hałasują w tym domu. Przychodzą oni tu co ranka, aby pytać o radę Gordonistów, aby ich dozorczyni opatrzyły.“
Baram Pasza odrzekł: „Widzę, że ci Gordoniści zawrócili ci głowę, ale ja jestem zbyt stary, abym się dal oszukać ich kłamstwem. I mówię ci, gdyby to było w mej mocy, kazałbym ich wszystkich powywieszać dokoła dachu mego domu.“
I Baram Pasza trwał jeszcze w swym gniewie, gdy zsiadł z osła i wchodził po schodach. Gdy wszedł na podwórze, wyszła mu naprzeciw wysoka i dumna kobieta i powitała go. Włosy jej były białe, chociaż zdawała się nie mieć więcej, niż czterdzieści lat, Miała twarz mądrą i nakazującą szacunek, a chociaż suknię miała na sobie skromną i czarną, to jednak wyglądała tak, jak gdyby przyzwyczajoną była rozkazywać wielu ludziom.
Baram Pasza zwrócił się do Machmuda i rzekł:
„Kobieta ta zdaje się być tak dobra i mądra, jak Kadisza, małżonka Proroka, co ona robi w tym domu?“
A sługa jego Machmud odrzekł: „To jest pani Gordon, która rządzi kolonią, odkąd zeszłej wiosny umarł jej mąż.“
Lecz serce starca stwardniało na nowo i rzekł głosem rubasznym dy Machmuda: „Powiedz jej, iż przybyłem tu, aby ją i ludzi jej wygnać z tego domu.“
A sługa jego rzekł: „Czy sprawiedliwy Baram Pasza zechciałby wypędzić tych chrześcian zanim sam widział ich zbrodnie? Czy nie lepiej byłoby, o Panie, gdybyś powiedział kobiecie tej: Przybyłem tu, aby obejrzeć mój dom! A jeżeli się przekonasz, że jest tak, jak ci donieśli misyonarze, powiesz jej wtedy: Musisz opuścić to miejsce gdyż występek nie może zamieszkać w tym domu, gdzie pomarli moi drodzy.“
Wtedy odrzekł Baram Pasza: Idź i powiedz jej, że chcę obejrzeć dom mój.“
Machmud oświadczył to pani Gordon, a ona odpowiedziała: „Cieszy nas, że możemy pokazać Baramowi Paszy, jak się urządziliśmy w jego pałacu.“
Pani Gordon, kazała przywołać młodą Miss Young, która od dzieciństwa mieszkała w Jerozolimie i mówiła płynnie po arabsku, prosząc ją ażeby oprowadzała Barama.
Baram Pasza wziął ramię swego sługi i rozpoczęła się wędrówka. Ponieważ Baram chciał zwiedzić cały dom, Miss Young zaprowadziła go najpierw do suteren, gdzie znajdowała się pralnia. Z dumą pokazała mu sporą ilość wypranej odzieży, piękne koryta i kotły, oraz pilne i poważne robotnice, zajęte przy praniu lub przy prasowaniu.
Tuż obok była piekarnia: Miss Young rzekła do Barama Paszy: „Patrz, Panie jaki doskonały piec zbudowali nasi bracią. I oto jaki piękny chleb sami wytwarzamy!
Z piekarni zaprowadziła go do stolarni, gdzie pracowało kilku starych ludzi. Miss Young pokazała Baramowi Paszy kilka prostych stołów i ławek, sporządzonych w kolonii.
„Ach Machmudzie, ci ludzie są zbyt podstępni dla mnie“, rzekł stary Pasza po turecka, przypuszczając, że Miss Young go nie rozumie. „Zapewne wiedzieli o niebezpieczeństwie, wyśledzili moje przybycie. Myślałem, że zastanę ich przy winie i przy grze, a tymczasem zastaję wszystkich przy robocie.“
Miss Young zaprowadziła teraz Barama Paszę do kuchni i do szwalni, a stąd do innego pokoju, którego drzwi otwarły się z pewną uroczystością. Była to izba tkacka, gdzie warsztaty klekotały i kołowroty były w pełnym ruchu.
Wtedy sługa Barama Paszy zdobył się na odwagę i prosił pana swego, aby obejrzał mocne sukno, które tu tkano. „Patrz o Panie“ rzekł, „to nie są lekkie materye dla tancerek, lub szaty dla lekkomyślnych niewiast.“
Ale Baram Pasza milczał i szedł dalej.
Gdzie tylko zajrzał widział, ludzi z uczciwemi, rozumnemi twarzami. Wszyscy siedzieli spokojnie przy robocie, ale gdy wszedł do pokoju, spojrzeli z życzliwością.
„Powiedziałam im,“ rzekła Miss Young do Barama Paszy „że jesteś dobrym Gubernatorem, który wynajął nam ten piękny dom, a oni proszą mnie bym ci podziękowała, że byłeś dla nas tak dobrym.“
Ale Baram miał przez cały czas twardy i rubaszny wyraz w twarzy i nie powiedział ani słowa do Miss Young. Ona zatrwożyła się i myślała w duchu: „Dlaczego nie mówi do mnie: Czy ma jakieś złe zamiary?“
Wprowadziła Paszę do długiej wązkiej jadalni, gdzie właśnie zabierano ze stołu i myto naczynie ze śniadania. I tu również widział ścisły porządek i największą prostotę.
I raz jeszcze sługa jego Machmud zdobył się na odwagę i rzekł go niego: „Czy to możliwie, o Panie,“ aby ci ludzie, którzy sami sporządzają sobie suknie i pieką sobie chleb, zamieniali się w nocy na flecistów i tancerki?“
A Bąram Pasza nie znalazł odpowiedzi.
Szedł przez wszystkie lokalności swego domu bardzo wytrwałe. Był w wielkiej sypialni męskiej i widział porządnie usłane, proste łóżka. Był w pokojach rodzinnych, gdzie mieszkali rodzice wraz z dziećmi. Wszędzie tu widział czysto wymiecione podłogi, białe firanki, piękne meble z jasno bejcowanego drzewa, ładne chodniki i bawełniane kraciaste kapy.
Wtedy coraz większy gniew ogarniał Barama Paszę, i rzekł do Machmuda: Ci chrześcianie są zbyt podstępni. Rozumieją się na tem, by ukryć swe grzeszne życie. Spodziewałem się, że zastanę podłogę zasypaną łupinami z pomarańcz i popiołem z cygar. Myślałem, iż ujrzę kobiety gawędzące, palące fajki i malujące paznoknie.“
Na koniec wszedł po białych marmurowych schodach do sali zgromadzeń. Była to dawniej sala przyjęć Paszy, lecz obecnie ustawiono w niej na sposób amerykański pojedyńczemi grupami stoły i krzesła; prócz tego były tu książki i czasopisma, fortepian i organy, oraz wisiało kilka pięknych fotografii na jasnych ścianach.
Tu znów pani Gordon przyjęła gości, a Baram Pasza rzeki do swego sługi: „Powiedz jej, że ona i zwolennicy jej muszą opuście ten dom, zanim wieczór nadejdzie.“
Ale Machmud, sługa Barama Paszy, odrzekł mu: „O Panie, jedna z tych kobiet mówi twoim językiem. Niechaj sama z ust twoich usłyszy twój rozkaz!“
Baram Pasza podniósł wzrok i spojrzał na Miss Young, a ona z uprzejmym uśmiechem spotkała się z jego wzrokiem. I Baram Pasza odwrócił się od niej i rzekł do sługi swego:
Nigdy jeszcze nie widziałem twarzy, której Wszechmocny użyczył większej piękności i czystości. Nie mam odwagi powiedzieć jej, że słyszałem, iż ludzie jej popadli w grzech i w lekkomyślne życie.“
I padł Baram Pasza na krzesło i ukrył twarz w rękach, zastanawiając się nad tem, co jest prawdą, to co słyszał, czy to co widział.
Wtem z cicha otwarły się drzwi i wszedł stary, ubogi podróżny. Miał na sobie szary wytarty płaszcz a nogi jego owinięte były szmatami. Na głowie miał brudny turban, którego zielony kolor zdradzał, iż podróżny był wyznawcą religii Mahometa.
Nie zważając na Paszę, człowiek ten wszedł do pokoju i usiadł w oddaleniu od innych na krześle.
„Kto jest ten człowiek i czego chce?“ zapytał Baram Pasza, zwracając się do Miss Young.
„Nie znamy go “ odrzekła Miss Young, „nigdy jeszcze tu nie był. Nie bierz nam jednak za złe Panie, że on tu wszedł. Dom nasz jest dla wszystkich otwarty, którzy chcą tu szukać schronienia.“
„Machmudzie“, rzekł Pasza do swego sługi, „zapytaj tego wędrowca czy jest potomkiem Proroka, i czego tu chce u chrześcian?
Machmud wypełnił zlecenie i zwrócił się znów do Barama Paszy.
„Odpowiedział mi, że niczego nie pragnie, lecz nie chciał przejść tędy, nie wszedłszy, ponieważ jest napisanem: „Niechaj nogi twe nie grzeszą, gdy przechodzisz przed mieszkaniem sprawiedliwego.“
Baram Pasza siedział przez chwilę milcząc, potem zaś zwrócił się do sługi swego i rzekł:
„Czyś dobrze słyszał co mówił, idź i zapytaj się raz jeszcze, czego chce w tym domu!“
Machmud poszedł i wrócił za chwilę; Słowo w słowo powtórzył to samo.
„Podziękujmy więc Bogu, mój przyjacielu Machmudzie“, rzekł Baram z prostotą: „On to przysłał nam tego człowieka, ażeby nas objaśnić. On kazał mu tu wejść, ażeby oczy moje ujrzały prawdę. Teraz wrócimy do domu, przyjacielu i nie wypędzę tych chrześcian z ich mieszkania.“
Wkrótce potem Baram Pasza oddalił się, ale po godzinie Machmud wrócił do kolonii prowadząc pięknego białego osła Paszy. Oddał go kolonistom wraz ze zleceniem Barama Paszy, że ten osioł ma. małe dzieci rano odwozić do szkoły.




Kwiaty z Palestyny.



Było to z końcem lutego; deszcze zimowe minęły i nadeszła wiosna. Ale była dopiero w początkach. Pęcze drzew figowych nie zaczęły jeszcze nabrzmiewać, ciemnobrunatne pnie winogradu nie wypuszczały jeszcze pędów i liści a wielkie pęki kwiecia pomarańczowego nie roztwarły się jeszcze.
Tylko drobne kwiatki polne miały odwagę zjawić się już o tak wczesnej porze.
Dokąd spojrzysz wszędzie pełno kwiatów. Wielkie ogniste anenony pokrywały kamieniste stoki, na wszystkich urwiskach skalnych kwitły błękitno-czerwonawę cyklamy, na równinach rosły wielkie goździki polne i stokrotki a w każdym wilgotnym krzaku pełno było krokusów i storczyków.
I jak w innych krajach ludzie wychodzą na zbieranie jagód, tak w Palestynie jest zwyczaj zbierania kwiatów. Z wszystkich klasztorów, z wszystkich zakładów misyonarskich wychodzą tłumnie na kwiatobranie. Ubodzy członkowie gminy żydowskiej, przejezdni turyści i syryjscy robotnicy spotykają się w dzikich dolinach skalnych, niosąc kosze na kwiaty. A wieczorem żniwiarze wracają ciężko obładowani anenonami i hyacentami, fiolkami i tulipanami, narcyzami i orchideami.
W licznych klasztorach i gospodach jerozolimskich stoją na podwórzu ogromne naczynia kamienne napełnione wodą, do których wkłada się kwiaty a w piwnicach i pokojach pilne ręce rozkładają kwiaty na wielkich arkuszach papieru i prasują je.
A gdy małe goździki polne i hyacenty są już należycie przyciśnięte i wysuszone, zestawia się je w wielkie i małe, brzydkie i piękne bukiety, które nalepia się na karty lub w małe albumy, dając na okładkach z drzewa oliwnego napisy: kwiaty z Jerozolimy.“
I niebawem wszystkie te „kwiaty Sionu,“.„kwiaty Hebronu,“ „kwiaty z góry Oliwnej“ i „kwiaty z Jerychou idą w świat daleki.
Sprzedaje się je po sklepach, wysyła w listach, rozdarowuje jako pamiątki i zamienia za jałmużnę. Małe te polne kwiatki — jedyne bogactwo ziemi świętej — doznają większego rozszerzenia po świecie, niżeli perły indyjskie lub jedwabie z Brussy.

∗             ∗
W pewien piękny poranek wiosenny panował wielki ruch w kolonii gordonistycznej: wszystko, co żyło wybierało się na kwiatobranie. Dzieci, którym dano cały dzień wakacyi, biegały pełnej radosnej swawoli, chcąc u każdego pożyczyć kosze do zbierania kwiatów. Kobiety wstały już o czwartej rano, aby sporządzić zapasy i były już w kuchni; w pełnej robocie przy rondlach i garnkach; Niektórzy z mężczyzn pakowali do kuferków chleb z masłem, flaszki z mlekiem i zimne mięsiwa. Inni znów brali do rąk fllaszki z wodą, lub kosze z naczyniem do herbaty. Nareszcie otworzono bramę i dzieci wybiegły naprzód, potem szli starsi w większych, i mniejszych grupach wedle ochoty. Nikt nie został w domu i wielki dom stał zupełnie pusty.

Bo Ingmar Manson był tego dnia bardzo szczęśliwy. Urządził się tak, że szedł z Gertrudą.
Gertruda zasunęła chustkę tak głęboko na czoło, że Bo widział tylko jej okrągły biały policzek i śmiał się z siebie samego, że czuł się tak szczęśliwym, chodząc obok Gertrudy, chociaż ani nie widział jej twarzy, ani nie śmiał do niej przemówić.

Za nim postępowała córka Ingmarów, Karina z swojemi siostrami. Śpiewały one pieśń poranną, którą zwykły były śpiewać z swą matką na ingmarowskim dworze, jeżeli rano siedziały przy kołowrotku. Bo poznał tę starą pieśń.

O piękny dniu, radości mego oka
Nieba w swej lasce zesłały cię nam“...

Tuż przed Boem szedł stary kapral Flet. Jak zwykle zgromadził wszystkie dzieci dokoła siebie, one czepiały się jego laski lub ciągnęły go za poły surduta. Bo, który pamiętał kaprala jeszcze z tych czasów, kiedy wszystkie dzieci przed nim uciekały, skoro go tylko ujrzały z daleka, myślał w duszy: „Nigdy przedtem nie widziałem go takim dumnym i sztywnym. Dumnym jest z tego, że go dzieci kochają i dlatego zapewne wąsy jego sterczą, jak szczeciny a nos jego jest jaszcze bardziej zakrzywiony, niż przedtem?“
W pośród gromady widział Bo także Hellguma, który >szedł, prowadząc jedną ręką żonę, a drugą swą piękną córeczkę, „Dziwna to rzecz“, pomyślał Bo, „Hellgum zeszedł zupełnie na drugi plan, odkąd przyłączyliśmy się do Amerykanów, bo też inaczej być nie mogło, ponieważ są to ludzie wybitni i mają dar wykładania słowa Bożego. Chciałbym wiedzieć, jak on to odczuwa, że ludzie podczas takiej wędrówki nie garnią się dokoła niego. Ale, że żona jego cieszy się, że ma go teraz całkiem dla siebie, to widać po jej zachowaniu się. Nigdy w życiu nie była tak szczęśliwą, jak teraz“.
Na czele pochodu szła piękna mis Young a obok niej szedł młody Anglik, który przed kilku laty przyłączył się do kolonii. Bo wiedział tak dobrze, jak i inni, że młodzieniec ten kochał Miss Young i że przyłączył się do kolonii tylko w nadziei ożenienia się z Miss Young. Podobał się on też widocznie i młodej dziewczynie, lecz Gordoniści nie chcieli ze względu na nią odstąpić od swej ostrej reguły, tak więc młodzi budzie spędzili już kilka lat w beznadziejnem czekaniu. Tego dnia szli razem ze sobą i rozmawiali ze sobą i byli wpatrzeni w siebie wzajemnie. Postępując tak lekko i zgrabnie na czele pochodu, wyglądali tak, jak gdyby mieli ochotę uciec w daleki świat, zostawić całą gromadę za sobą i żyć swem własnem życiem. Całkiem na końcu pochodu, Bo widział Gabriela. W kolonii był także jeden marynarz francuski, który należał tu od chwili jej założenia, teraz zaś był już stary i zniedołężniały. Gabriel ujął go pod ramię i pomagał mu wejść na strome stoki górskie, „Gabriel czyni to, myśląc o swym starym ojcu“, myślał Bo.
Z początku pochód poruszał się w prostym kierunku na wschód wśród dzikiej okolicy. Tu nie było jeszcze kwiatów. Z miejsc stromych ziemia całkiem zsunęła się ze skały, oko padało wszędzie na nagą żółtawo-szarą górę.
„To dziwne“, pomyślał Bo. „Nigdy nie widziałem nieba tak błękitnego, jak nad temi żółtemi wzgórzami. I pagórki te nie są brzydkie, mimo iż są łyse. Jeżeli widzę, jak pięknie są zaokrąglone przypominają mi się kopuły tutejszych kościołów i domów.
Po godzinie drogi, wędrowcy ujrzeli pierwszą dolinę pokrytą czerwonemi Anemonami. Jakaż to była radość i jakie wzruszenie! Wszyscy pobiegli wśród głośnych okrzyków i śmiechów na dół, by zrywać kwiaty. I zrywano z ogromnym zapałem Anemony, aż po chwili odkryto inną dolinę, pokrytą fiołkami, a potem trzecią, gdzie rosły wszystkie kwiaty wiosenne pospołu.
Z początku Szwedzi rwali kwiaty zbyt zapalczywie, poprostu wyrywali je. Lecz kilku Amerykanów zbliżyło się do nich i pokazało im, jak się to robić powinno. Należy wybierać starannie i brać tylko takie kwiaty, które nadają się do suszenia jest to robota, która wymaga wielkiej staranności.
Bo szedł obok Gertrudy i zrywał kwiaty. Raz wstał, aby wyprostować krzyże. Widział wtedy, że kilku starszych gospodarzy, którzy może od wielu lat nie spojrzeli na kwiatek, rwali dziś z równym zapałem, jak inni. Bo nie mógł powstrzymać się od śmiechu i nagle zwróciwszy się do Gertrudy rzekł:
„Myślę o tem, co też Chrystus rozumiał, gdy mówił: Jeżeli nie zawrócicie, nie zostaniecie napowrót dziećmi, nie będziecie mogli wejść do królestwa Bożego.“
Gertruda podniosła głowę i spojrzała na Boa. Było to całkiem niezwykłe, że przemówił wprost do niej: „To jest w istocie dziwne powiedzenie“, rzekła.
„Tak, rzekł Bo bardzo rozważnie i powoli, często zauważyłam, że dzieci są najgrzeczniejsze, kiedy w zabawie naśladują starszych. Nigdy niejesteśmy bezpieczniejsi przed nimi, niż kiedy zabiorą się do przeorania roli, którą sobie ogrodzili na gościńcu, kiedy napędzają gniadego lub trzaskają z bicza zrobionego z nitki, albo też, gdy robią w błocie ulicznem grządki patykiem. Są bardzo zadowolone i grzeczne, gdy spieszą się, aby uprzedzić sąsiada z siejbą, gdy biadają nad tem, że ziemia rolna taka jest ciężka do przeorania.
Z pochyloną głową Gertruda zrywał kwiaty, nic nie odpowiadając, nie rozumiała do czego zdążał Bo.
„Przypominam sobie dobrze“, ciągnął Bo dalej z tą samą powagą, „jak to ładnie było, gdy raz zbudowałem sobie stajnię z drewnianych klocków a z szyszek zrobiłem krowy. Codziennie rano i wieczór przynosiłem krowom świeżo skoszonego siana a czasami mówiłem, że nadeszła wiosna i że muszę moje krowy pędzić na paszę. Świstałem na brzozowej świstałce i wołałem przez całe podwórze: „gniada“ i „siwa“! Opowiadałem matce, ile mleka dają krowy i ile mógłbym dostać ze sprzedaży masła z mojego gospodarstwa. Uważałem na to aby mój „wół“ miał rogi dobrze osadzone i wołałem do wszystkich przechodni, żeby uważali, „bo wół bodzi“.
Gertruda nie rwała już tak zawzięcie. Słuchała, co Bo mówił: zaczęła się dziwie, że Bo mógł mieć takie same myśli i fantazye, jak te, który tak często roiły jej się w głowie.
„Ale najlepiej było przecie, jeżeli jako mali chłopcy bawiliśmy się w dorosłych ludzi, którzy schodzą, się w Radzie gminnej“, mówił Bo dalej. „Pamiętam, że siedziałem z moimi braćmi i kilku innymi malcami na kupie desek, która u nas w domu latami całemi leżała na podwórzu. Mówca uderzał drewnianą łyżką na deski, my zaś siedzieliśmy w wielkim skupieniu dokoła niego i radziliśmy, który z nas ma otrzymać wsparcie od gminy i jaki podatek należy wymierzyć temu lub owemu. Włożyliśmy wielki palec za pachę kamizelki i przemawialiśmy głosem zgrubiałym, jak gdybyśmy mieli kluski w ustach i nie mówiliśmy do siebie nigdy inaczej, niż panie burmistrzu, kantorze, przełożony lub wójcie“.
Bo przerwał i potarł czoło, jak gdyby miał teraz wypowiedzieć, co właściwie miał na myśli. Gertruda przestała zupełnie rwać kwiaty. Z głową trochę w tył pochyloną siedziała na ziemi i spoglądała na Boa, jakby oczekiwała, że powie coś całkiem nowego i szczególnego.
„Może być“, rzekł Bo, „że tak samo, jak dzieciom dobrze jest bawić się w dorosłych, tak i dla dorosłych może być korzystnem, ażeby czasami zamienili się w dzieci. Gdy widzę tych starych ludzi, którzy przyzwyczajeni są o tej porze roku pracować w lesie i męczyć się ze ścinaniem pni i wożeniem drzewa, zajętych tu taką dziecinną robotą, jak zrywanie kwiatów, zdaje mi się, iż jesteśmy na najlepszej drodze wskazanej nam przez Jezusa, t. j., że wracamy i zamieniamy się w dzieci.
Bo widział, że w oczach Gertrudy coś zajaśniało; zrozumiała teraz, co chciał powiedzieć i cieszyła się tą myślą.
„Mnie również zdaje się że odkąd tu jesteśmy, zamieniliśmy się w dzieci“, rzekła.
„Tak“, rzekł Bo, „o tyle przynajmniej byliśmy dziećmi, żeśmy musieli wszystkiego uczyć się na nowo. Nauczyliśmy się trzymać porządnie widelec i łyżkę i jeść potrawy, których nigdy przedtem nie kosztowaliśmy. I to także było po dziecinnemu, ze gdyśmy wychodzili z początku, musieliśmy mieć przewodnika ażebyśmy się nie pogubili, i że musiano nas przestrzegać przed niektórymi ludźmi, ze są niebezpieczni i przed pewnemi miejscami, gdzie wchodzić nie wolno“.
„Tak my Szwedzi, byliśmy doprawdy, jak małe dzieci, gdyż musieliśmy się nawet uczyć mówić, rzekła Gertruda. „Musieliśmy się pytać, jak się nazywa stół i krzesło, łóżko i szafa. A niezadługo zasiądziemy jeszcze na ławie szkolnej, aby nauczyć się czytać i pisać w nowym języku“.
Teraz oboje wysilają się, aby znaleźć nowe podobieństwa.
„Nauczyłem się tu nazwy ziół i drzew, zupełnie tak samo, jak mnie matka uczyła, gdy byłem mały“, rzekł Bo. „Umię teraz odróżniać brzoskwinię od moreli i drzewo figowe od oliwnego. Nauczyłem się także poznawać Turka po krótkiej katance, beduina po prążkowanym płaszczu, derwisza, po fezie, a żyda po pejsach nad uchem“.
„Tak“, rzekła Gertruda, „to tak samo, jak w dzieciństwie uczyliśmy się rozróżniać chłopów z Flopy i Gagnefu po ich sukmanach i kapeluszach.“
„Ale najbardziej dziecinnem jest to, że przestaliśmy się zupełnie starać się sami o siebie“, rzekł Bo, i że nie mamy własnych pieniędzy, lecz musimy po każdy grosz chodzić do innych. Ilekroć handlarz poleca mi pomarańcze lub winogrona, muszę myśleć o tem, co czułem, będąc dzieckiem, gdy przechodziłem na jarmarku obok budy z cukierkami, a nie miałem w kieszeni ani szeląga“.
„Jestem zupełnie pewna, żeśmy już z gruntu zmienieni“, rzekła Gertruda. „Gdybyśmy teraz wrócili do Szwecyi, ludzie by nas w domu nie poznali.“
„Trudno nam w istocie nie wierzyć, że nie jesteśmy znowu dziećmi, które przekopują pole kartoflane, nie większe od stołu i orzą je pługiem zrobionym z gałązki i mają małego osła i nie mają innych obowiązków, jak zrywanie kwiatów i trochę także uprawianie winogradu“.
Bo zamknął oczy, aby lepiej myśleć i Gertruda spostrzegła nagle, że był dziwnie podobny w tej chwili do Ingmara Ingmarsona; a cała twarz jego wyrażała mądrość i zastanowienie się.
„Ale widzisz, to nie jest jeszcze najważniejszą rzeczą“, zaczął znów mówić po chwili. „Najważniejszem jest to, że mamy teraz o ludziach dziecinne sądy i wierzymy, że wszyscy są dla nas życzliwi, chociaż niektórzy bardzo się srogo z nami obchodzą“.
„Tak, było to tak zapewne zawsze, że Chrystus miał głównie na myśli usposobienie ludzkie, gdy powiedział owe słowa“, rzekła Gertruda.
„Ale i nasze usposobienie zmieniło się“, przerwał Bo, „jestem tego pewny. Czy nie zauważyłaś że jeżeli teraz mamy jakieś ciężkie zmartwienie, nie dręczymy się niem przez całe dni lub tygodni, lecz pokonywamy je za kilka godzin?“
W tej chwili zawołano obojga, aby przyszli na śniadanie. Bo był z tego powodu bardzo niezadowolony; byłby mógł przez cały dzień chodzić z Gertrudą i rozmawiać z nią, nie odczuwając wcale głodu.
W każdym ruzie czuł się tego dnia tak spokojnym i zadowolonym, że myślał: „Koloniści mają z pewnością słuszność; ludzie mogą być szczęśliwi, jeżeli żyją tylko tak, jak my w pokoju i jedności. Jestem teraz zupełnie zadowolony, że jest tak, jak jest. Nie pragnę więcej, aby Gertruda była moją żoną i nie odczuwam już on ej dręczącej tęsknoty miłosnej, która mi przedtem sprawiała tyle cierpień, lecz jestem zupełnie, zaspokojony, że mogę ją widzieć codziennie, że mogę jej służyć i strzedz jej.“
Byłby chętnie powiedział Gertrudzie, że jest zupełnie zmieniony, i czuje się w tem, jakby dzieckiem. lecz był nieśmiałym i nie mógł znaleść odpowiednich wyrazów.
Przez całą drogę Bo zastanawiał się. Zdawało mu się, że koniecznie musi Gertrudzie powiedzieć tę myśl i uwiadomić ją o tem, że się zmienił, ażeby mogła w towarzystwie jego czuć się bezpieczną, i uważać go zupełnie jako brata.
Gdy słońce zachodziło, koloniści byli już z powrotem w domu. Bo usiadł pod starem drzewem przed domem, gdyż chciał być możliwie najdłużej na wolnem powietrzu. Gdy już wszyscy inni weszli do domu, przystąpiła doń Gertruda i zapytała go, czy nie wejdzie również do domu.
„Siedzę tu i myślę wciąż jeszcze o tem, cośmy dziś mówili“, rzekł Bo, „i zastanawiam się nad tem, coby było, gdyby Chrystus nadszedł tą drogą — co może często działo się. dawnymi czasy, gdy jeszcze kroczył tędy — i gdyby usiadł pod tem drzewem i rzekł do mnie: „Jeżeli nie nawrócicie się i nie będziecie, jak dzieci, nie wejdziecie do Królestwa Bożego.“
Bo mówił tonem macierzyńskim, jak gdyby myślał głośno. Gertruda stanęła przy nim i słuchała.
„Wtedy odpowiedziałbym mu tak: „Mistrzu, wspieramy się i pomagamy sobie nawzajem, nie żądając nagrody, tak, jak to dzieci czynią, a jeżeli się sprzeczamy, nie wynika stąd wieczna nienawiść, lecz przepraszamy i godzimy się znów, zanim słońce zajdzie. Czy nie widzisz więc Mistrzu, że jesteśmy zupełnie jak dzieci?“
I jak ci się zdaje, cóżby ci Chrystus odpowiedział?“ zapytała Gertruda łagodnym głosem.
„Nie odpowiedziałby mi wcale“, rzekł Bo. „Siedziałby spokojnie i powiedział raz jeszcze: „Musicie być jak dzieci, jeżeli chcecie wejść do Królestwa Bożego. Ja zaś mówiłbym, jak przedtem: Mistrzu, kochamy wszystkich ludzi, tak, jak to zwykłe czynić dzieci. Nie robimy różnicy między żydami i Ormianami, między beduinami i turkami, między czarnymi i białymi. Kochamy uczonych i nieuczonych wysokich i niskich i dzielimy się mieniem naszem z chrześcianami i mahometanami. Czyż nie jesteśmy więc jak dzieci, o Mistrzu, i nie możemy wejść do Królestwa Twego?“
„I cóż Chrystus odpowiedziałby?“ zapytała znów Gertruda.
„Nie odpowiada nic“, rzekł Bo. „Siedzi dalej pod drzewem i mówi z cicha: Jeżeli nie będziecie jak dzieci, nie będziecie mogli wejść do Królestwa Bożego. Ja zaś rozumię co ma na myśli i mówię: Mistrzu, i w tem jeszcze stałem się jakby dzieckiem, że nie czuję już takiej miłości w sercu, jak poprzednio, lecz ukochana moja jest dla mnie teraz towarzyszką i milą siostrą, z którą idę na błonia i zbieram kwiaty, czyż więc o Mistrzu, nie jestem...?“
Lecz nagle zamilkł, bo w chwili, gdy wymawiał te słowa, czuł, że kłamie. Było mu tak, jak gdyby Chrystus naprawdę stał przed nim i patrzył na dno jego duszy. I Bo mniemał, iż Jezus widział, jak miłość na nowo w nim powstała i chwyciła go w swe szpony, jak zwierz drapieżny, dlatego, iż się jej wyparł w obecności ukochanej.
I w gwałtownem wzburzeniu ukrył Bo twarz w swych dłoniach i wykrztusił słowa: „Nie Mistrzu, nie jestem jak dziecko i nie mogę wejść do Królestwa Twego. Może inni mogą, ale ja nie mogę zgasić ognia mej duszy i życia mego serca, bo kocham i płonę tak, jak dziecko płonąc nie może. Lecz jeżeli taką jest wola Twoja, o Mistrzu, to niechaj ogień ten pali mnie aż do końca życia, a ja nie będę szukał zadowolenia mej tęsknoty“.
Długo jeszcze siedział Bo pod drzewem, miłością swą pokonany i płakał. Gdy spojrzał potem, Gertruda go opuściła. Odeszła od niego tak cicho, że wcale tego nie słyszał.




W Gehennnie.



Z drugiej strony murów jerozolimskich, na zachodnim stoku Sionu jeden z amerykańskich zakładów misyonarskich posiadał cmentarz, a Gordoniści dostali pozwolenie chowania tam swych zmarłych. Spoczywała ich tam już spora ilość, począwszy od małego Jacka Granier, który był chłopcem kajutowym na wielkim parowcu l’Univers? i umarł jako pierwszy z Gordonistów, aż do Edwarda Gordona, który umarł w tym roku na febrę, zaraz po powrocie z Ameryki.
Cmentarz ten był tak prosty i biedny, jak tylko można sobie było wyobrazić. Składał się z w małego czworobocznego » kawałka ziemi, otoczonego tak wysokim i grubym murem, jak gdyby dokoła twierdzy. Nie było tu ani drzew, ani zielonych wzgórzy, zrobiono tylko tyle, że wyrzucono kamienie i rumowisko, tak że ziemia była czysta i równa. Na grobach leżały płask e kamienie wapieniu, a obok niektórych stały zielone ławki i krzesła.
W rogu wschodnim, gdzie mógł być piękny widok na Morze Martwe i złocisto lśniącę Górę Moabit, gdyby go mur nie zasłaniał, mieli Szwedzi swoje groby. Leżało tu już wielu z nich, jak gdyby Bóg w niebiosach myślał, iż dość już uczynili dla niego, że opuścili swoją ojczyznę i nie żądał od nich więcej, aby ich przyjąć do swego królestwa.
Leżał tu kowal, Birger Larson i mały Eryk Ljunga Bjöirnsa i Gunhilda, córka burmistrza, oraz córka Ingmarów Brygita, która umarła wkrótce po owym wesołym dniu kwiatobrania.
Leżeli tam także Per Gunarson i Marta Eskilson, którzy jeszcze w Ameryce należeli do gminy Hellguma. Śmierć zebrała wśród nich obfite żniwo, i z niechęcią widzieli koloniści, że Szwedzi zajęli już zbyt wiele z ciasnego swego miejsca.
Tims Halfvor Halfvorson miał już także na tym cmentarzu kogoś z swej rodziny, najmłodsze z swoich dzieci, trzyletnią dzieweczkę. Kochał to dziecko nadewszystko i ono też ze wszystkich dzieci było do niego podobne. Halfvorowi zdawało się, że nigdy nie kochał jeszcze nikogo tak, jak tę córeczkę. Gdy umarła, nie mógł zapomnieć o niej ani na chwilę, cokolwiek czynił, myśli jego były zawsze przy niej.
Gdyby była umarła w Dalarne i leżała na ojczystem cmentarzu, może nie byłby tak wciąż o niej myślał, ale tu zdawało mu się, że córeczka jego czuje się zapewne samotną i opuszczoną na tym strasznym pustym cmentarzu. W nocy widział ją, jak siedzi płacząca i drżąca od zimna na swym małym grobie i skarży się, iż się lęka ciemności i tego nieznanego otoczenia.
Pewnego popołudnia Halfvor zeszedł do doliny Jozafata i narwał pełne garście czerwonych anemon, najpiękniejszych i najjaskrawszych, jakie mógł znaleźć, aby je położyć na grób. Idąc zieloną doliną mówił sam do siebie: „Ach gdyby moja dzieweczka leżała tu pod zieloną murawą i nie była przynajmniej ogrodzona tym straszliwym murem!“
Nienawidził był zawsze tego wysokiego muru dokoła miejsca pogrzebowego i ilekroć myślał o swem zmarłem dziecku, zdawało mu się, że zamknął swą dziecinę do ciemnego, zimnego domu i zostawił ją tam bez opieki i słyszał, iż maleństwo skarżyło się: „Zimno mi i lękam się! Ach tak mi zimno i lękam się!“
Halfvor opuścił dolinę i poszedł wązką ścieżką ciągnącą się dokoła muru, aż na górę Sionu. Cmentarz leżał trochę na zachód od bramy słońskiej, poniżej wielkiego ogrodu Armeńczyków.
Myśli Halfvora były wciąż przy dziecku. Szedł dobrze znaną drogą, nie podnosząc oczu z ziemi. Ale nagle zdawało mu się, jakby coś było zmienionego. Spojrzał w górę i ujrzał, że w małem oddaleniu od drogi, kilku ludzi było zajętych waleniem muru. Stanął i przypatrywał się im. Cóż to był za mur, który tu stał? Czy był to budynek, czy mur ochronny? Tam opodal powinien właściwie być cmentarz, lub czy może poszedł był fałszywą drogą?
Trwało to kilka minut, zanim się zorjentował i zrozumiał co się stało. Oto robotnicy pracowali nad zwaleniem wysokiego muru cmentarnego.
Halfvor perswadował sobie, że walą mur, aby rozszerzyć miejsce, lub otoczyć je parkanem i myślał, że będzie tam mniej wilgotno i chłodno, gdy mur się usunie. Mimoto opanował go silny niepokój, tak iż zaczął biedź. „Czy tylko nie zepsuli grobu!“ pomyślał. „Dziecko leży przy samym murze, czy tylko nic mu się nie stało!“
Bez tchu pnął się po gruzach, by dotrzeć do cmentarza. Nareszcie doszedł na miejsce, z którego roztaczał się przed nim widok cmentarza. Lecz w tej chwili uczuł, że serce jego nie jest w porządku. Przestało uderzać, potem uczuł kilka gwałtownych uderzeń i znów ustało. Zupełnie, jak zegar, którego mechanizm jest zniszczony.
Halfvor musiał usiąść na kamieniu, lecz teraz znów serce biło, jakby miało pęknąć. Po długiej chwili uspokoiło się i wróciło do zwykłego stanu, ale z trudem i po wielkim wysiłku, „Nie zginę jeszcze“, rzekł z cicha, „Przezwyciężę to jeszcze“.
Zebrał całą swą odwagę i raz jeszcze spojrzał na cmentarz. Wszystkie groby były otwarte, a trumny poznikały z nich. Na ziemi leżały porozrzucane czaszki i kości; zapewne powypadały ze spróchniałych trumien. Kamienie grobowe leżały w rogu cmentarza ułożone w kupę.
„O mój Boże, cóż oni zrobili ze zmarłymi!“. zawołał Halfvor.
Przystąpił do robotników i rzekł po szwedzku: „Goście zrobili z małą Małgosią?“ Nie był zupełnie przytomny i nie wiedział dobrze, co mówił. Potem przypomniał sobie, że mówił swoim językiem; przetarł sobie czoło i był trochę zmieszany.
Potem starał się uprzytomnić sobie, kim był właściwie. Nie był przecie dzieckiem, lecz rozumnym człowiekiem; gospodarzem, na którego niegdyś w domu wieś cała spoglądała z poważaniem; takiemu człowiekowi nie wypadało przecie tracić równowagę.
Przybrał więc sztywną, prostą postawę i zapytał robotników po angielsku, czy nie wiedzą dlaczego demoluje się ten cmentarz.
Robotnicy byli sami krajowcy, lecz jeden z nich umiał trochę po angielsku.
Człowiek ten opowiedział Halfvorowi, że Amerykanie sprzedali cmentarz Niemcom, którzy chcą tu zbudować szpital. Dlatego zmarłych powyrzucano z ziemi.
Halfvor milczał przez chwilę i rozmyślał o tem, co słyszał. Tak, więc tu miał być zbudowany szpital, właśnie tu! Czy to nie dziwne, że na tylu nagich wzgórzach dokoła nie mogli sobie znaleźć miejsca, tylko tu właśnie musieli ten dom budować. Byle tylko wrzuceni zmarli pewnej ciemnej nocy nie pociągnęli za dzwonek i nie zażądali by ich wpuszczono! „Chcemy, by nam oddano miejsce spoczynku“, powiedzą. I ustawią się długim szeregiem, Birger Larson i mały Eryk, Gunhilda, a całkiem na ostatku jego własna córeczka.
Halfvor pokonywał w sobie płacz, lecz zawsze jeszcze udawał, że go ta rzecz nic nie obchodzi. Miał minę obojętną, wysunął jedną nogę naprzód i bawił się bukietem, który trzymał w ręku.
„Ale cóż się stało ze zmarłymi?“ zapytał.
„Amerykanie byli tu i zabrali swoje trumny“, odrzekli robotnicy. „Wszystkich, którzy tu kogoś pochowali uwiadomiono, ażeby zabrali swe trumny.
Nagle ten, który mówił, przerwał i przypatrzył się Halfvorowi. „Czy jesteś może z wielkiego domu przed bramą Damaszku? zapytał. „Ci którzy tam mieszkają, nie zabrali ani jednego z swych zmarłych“.
„Nie otrzymaliśmy uwiadomienia“, rzekł Halfvor. Wciąż jeszcze wywijał kwiatami w powietrzu. Twarz jego była skamieniała i zawsze jeszcze starał się ukryć przed ludźmi obcymi, jakie męki przechodził.
„Ci których nie zabrano, leżą tam“, — rzekł robotnik, wskazując w dól. „Pokażę ci, gdzie leżą, abyście mogli je pochować“.
Człowiek poszedł naprzód, Halfvor zaś szedł za nim. Gdy przełazili przez zwalony mur, Halfvor podniósł kamień. Robotnik szedł spokojnie a Halfvor postępował za nim z kamieniem w ręku.
„Dziwne to, ze ten człowiek wcale się mnie nie boi“, rzekł Halfvor głośno po szwedzku, „że ma odwagę iść tuż przedemną. A przecie pomagał przy wyrzuceniu dziecka. Wyrzucił małą Małgosię na śmiecisko.
„Mała Małgosia, mała Małgosia“, mówił dalej, „śliczna moja dzieweczka powinna była leżeć w murowanej trumnie. A tu i w tym nędznym grobie nie dali jej spokoju!“
„Może właśnie ten człowiek wyrzucił ją z ziemi“, mruknął Halfvor, ważąc kamień w ręku. „Nigdy jeszcze nie czułem takiej ochoty rozbicia czegoś, jak tę oto ogoloną czaszkę pod tą czapką czerwoną.“
„Muszę ci powiedzieć, że to była mała Małgosia z ingmarowskiego dworu“, rzekł znów, prostując się „i właściwie powinna była leżeć obok Ingmara Wielkiego“. Pochodziła z takiej rodziny, że miała prawo spoczywać w grobie swym aż do sądnego dnia. Tu nie sprawiono jej nawet porządnej stypy i nie odprowadzono jej na cmentarz przy dźwięku dzwonów, ani tez ksiądz nie przemówił nad jej grobem. Ale mimoto nie miałeś prawa wyrzucać jej z grobu. A chociaż nie zachowałem się w obec niej tak, jak dobry ojciec powinien, to zrozumiesz przecie, że nie jestem tak złym, abym ścierpiał, by ją z grobu wyrzucono“.
Halfvor podniósł kamień, zmierzył i byłby z pewnością rzucił, gdyby człowiek w tej chwili nie był się zatrzymał i odwrócił.
„Tu leżą“, rzekł.
Między kupami śmiecia i gruzami był głęboki dół i tam wrzucono czarne trumny kolonistów. Uczyniono to bez wszelkiej ostrożności, rzucając nieoględnie, tak iż niektóre stare trumny porozbijały się, a trupy były w nich odkryte. Inne trumny upadły odwrotnie i z pod spróchniałych wiek sterczały długie zeschłe ręce, które, jak się zdawało, usiłowały pchnąć trumnę do właściwego położenia.
Gdy Halfvor spojrzał w jamę, wzrok robotnika spojrzał na jego rękę, która tak gorączkowo obejmowała kamień, że końce palców aż zbielały. Od ręki podniósł oczy na twarz Halfvora, i musiał ujrzeć w niej coś strasznego, gdyż wydał głośny okrzyk i szybko uciekł.
Ale Halfvor nie myślał już o nim, był zupełnie przytłoczony tem, co widział. Najstraszniejszą przytem rzeczą było, ze rozchodził się w powietrzu ostry zapach trupi, zwiastując z daleka, co się tu stało. Wysoko w powietrzu krążyły już dwa sępy i czekały tylko, by ciemności zapadły, ażeby rzucić się na trupy. Z daleka już słyszano szum, ogromnego roju czarnych i żółtych owadów, okrążających trumny. Kilka psów ulicznych zbiegło się tu, usiadło nad brzegiem jamy, spoglądając w dół.
Ze zgrozą przypomniał sobie Halfvor, że był u wyjścia doliny Hinnom, tuż przy owem miejscu, gdzie niegdyś płonął ogień Gehenny. „Zaiste, jest to Gehenna, tu mieszka Przerażenie!“ zawołał.
Lecz nie długo stał pogrążony w rozmyślaniach. Skoczył w jamę pomiędzy trupów. Szukał i szukał tak długo, aż znalazł trumnę małej Małgosi, a gdy ją znalazł, podniósł ją na barki i wyszedł z jamy.
„Nie będzie przynajmniej mogła powiedzieć, że ojciec jej zostawił ją przez noc na tem miejscu!“ zawołał.
„Drogie moje dziecię“, rzekł głosem poważnym i przekonywującym, jak gdyby chciał się usprawiedliwić przed zmarłą. „Droga, mała Małgosiu, nie wiedzieliśmy nic o tem. Nikt nie wiedział, że cię wyrzucono z ziemi. Wszyscy inni byli uwiadodomiemi o tem co się stać ma, tylko my nie. Nie uważają nas za ludzi i dlatego nie uważali za potrzebne uwiadomić nas“.
Gdy wyszedł z jamy, czuł ponownie, że z sercem jego coś nie było w porządku. Musiał znów usiąść i poczekać, aż przejdzie gwałtowny ból.
„Nie obawiaj się, moje dziecko“, mówił dalej. „To wnet przejdzie. Nie lękaj się, że nie będę mógł wynieść cię stąd“.
Zwolna wracały siły, i wziąwszy trumienkę na barki szedł ku Jerozolimie.
Gdy szedł wązką ścieżką wzdłuż muru, zdawało mu się, że wszystko inaczej wyglądało. Mury i rumowiska budziły w nim przerażenie, wyglądały tak groźnie i wrogo. Obcy kraj i obce miasto cieszyły się jego bólem.
„Nie gniewaj się na ojca twego, moje dziecię, nie gniewaj się, że przywiózł cię do tak nielitościwego kraju“, błagał. „Gdyby coś takiego było się stało w domu“ — ciągnął dalej, „płakałby las, i płakałyby góry, ale to jest kraina bez litości“.
Szedł coraz wolniej, aby nie natężać serca, które zdaje się nie miało już siły oprowadzania krwi po ciele.
Czuł się bezradnym i zrozpaczonym a przedewszystkiem ogarnęła go ogromna trwoga, że jest teraz tak daleko z domu, na obczyźnie, gdzie nikt nie będzie z nim miał litości.
Potem skręcił o róg i szedł teraz wzdłuż wschodniego muru. Pokryta grobami dolina Jozafata rozszerzała się przed nim w głębi.
„Tu więc ma się odbyć Sąd Ostateczny, i zmartwychwstaną zmarli“, pomyślał sobie.
„I cóż Bóg w dzień Sądu orzeknie o mnie, którym wywiódł swoich do Jerozolimy, do miasta śmierci?“ zapytał w duszy.
„I namówiłem do tego również moich sąsiadów i krewnych, że wybrali się do tej krainy Przerażenia. Oskarżą mnie przed Bogiem“.
Zdawało mu się, że słyszy, jak rodacy jego podnoszą głos przeciw niemu i wołają: Zaufaliśmy mu, a on powiódł nas do kraju, gdzie gardzą nami bardziej niż psami, i do miasta, które zabiło nas swem okrucieństwem“.
Halfvor usiłował jeszcze uwolnić się od tych myśli i nie zastanawiać się dłużej nad tem. Lecz było to dlań niemożliwem; poznał nagle wszystkie trudności i niebezpieczeństwa, które groziły jego towarzyszom. Myślał o srogiem ubóstwie, które wkrótce na nich zejdzie, gdyż nie przyjmowali zapłaty za swą pracę, myślał też o wrogim dla nich klimacie i o chorobach, które zniszczą im zdrowie; myślał również o surowych nakazach, jakie sami sobie nałożyli, skutkiem czego musieli sprowadzić na siebie rozkawałkowanie i upadek; czuł się śmiertelnie znużonym.
„Tak jak nie możemy uprawiać tej ziemi i pić tej wody, tak nie możemy żyć dłużej w tym kraju!“ zawołał.
Coraz mozolniej szedł dalej; był zupełnie wyczerpany i bezsilny.
Koloniści siedzieli już przy wieczerzy; wtem odezwało się ciche dzwonienie u bramy.
Gdy otworzyli, siedział Tims Halfvor na ziemi przed bramą; był bliskim końca. Przed nim stała trumna jego córeczki; wyjmował pojedyńcze kwiaty z wielkiego bukietu zwiędłych anemon i rzucał je na trumnę.
Ljung Björn otworzył był bramę; zdawało mu się, że Halfvor coś mówi do niego i schylił się, aby go zrozumieć.
Kilkakrotnie Halfvor rozpoczynał na nowo, zanim udało mu się wypowiedzieć wyraźnie słowa.
„Wyrzucili naszych zmarłych“, rzekł; leżą pod gołem niebem, tam w Gehennie. Musicie zabrać ich tej nocy“.
„Co mówisz?“ pytał Ljung Björn, nie rozumiejąc wcale, o co idzie.
Umierający zebrał ostatki swych sił i podniósł się.
„Wyrzucili z grobów naszych zmarłych, Björnie. Tej nocy muszą nasi ludzie zejść do Gehenny i zabrać ich“.
Powiedziawszy to, upadł na powrót i jęcząc siedział na ziemi.
„Jestem zupełnie bezsilnym Björnie; jest coś złego z mojem sercem“, rzekł z trudem. Lękałem się, że umrę, zanim wam to opowiem. Małą Małgosię przyniosłem do domu, ale innych nie mogłem zabrać.
Björn ukląkł przy nim na ziemi.
„Czy nie wejdziesz do domu, Hajfvorze?“ zapytał. Lecz Halfvor nie słyszał.
„Przyrzeknij mi Björnie, że mała Małgosia będzie należycie spoczywała w ziemi. Niechaj nie myśli, że ma złego ojca“.
„Tak, tak“, rzekł Björn, „ale może spróbujesz teraz wejść do domu?“
Głowa Halfvora opadała coraz niżej. „Postaraj się o to, aby leżała pod zieloną murawą“, szepnął.
„A mnie również pochowajcie pod zielonym pagórkiem“, dodał po chwili.
Björn widział, że Halfvor był ciężko chorym i pospieszył zażądać pomocy, aby go wnieść do domu. Gdy wrócił, Halfvor już nie żył.




Rajska studnia.



Nadeszło ciężkie lato dla Jerozolimy, z brakiem wody i z chorobami. Deszcze zimowe padały skąpo w tym roku i wkrótce w mieście świętem odczuć się dał brak wody, gdyż jedynem jej źródłem są deszcze, które podczas zimy zbierają się w podziemnych studniach, znajdujących się na każdem niemal podwórzu. A gdy ludzie musieli się posługiwać zgniłą, złą wodą, stojącą na dnie studni, choroby wzmagały się w zastraszający sposób.
Wkrótce nie było domu, w którym nie byłby ktoś chory na ospę, dezynteryę lub malarię.
Gordoniści mieli dużo do roboty; prawie wszyscy zajęci byli pielęgnowaniem chorych. Ci, którzy już długo żyli w Jerozolimie, nie byli przystępni zarażeniu i szli bez szkody od łóżka do łóżka. Szwedzi z Chicago, którzy spędzili już w Jerozolimie upalne lato i przywykli do miejskiego powietrza, byli dość odporni na choroby i natężenie; lecz biedni chłopi z Dalarne chorowali prawie wszyscy.
Z początku nie było to niebezpieczne; chociaż nie mogli pracować, to jednak po większej części chodzili jeszcze. Mimo to iż schudli i mieli ciągłą gorączkę, nikt nie sądził, iżby to było czemś więcej, prócz przemijającej niedyspozycyi. Ale po ośmiu dniach umarła wdowa po Birgerze Personie, a wkrótce potem jeden z jego synów. Równocześnie zaszły nowe wypadki choroby; zdawało się, jak gdyby wszyscy chłopi z Dalarne mieli uledz zagładzie.
Wszyscy chorzy czuli to samo palące pragnienie i pożądanie. Wszyscy błagali o łyk wody, o jeden jedyny łyk świeżej wody. Zdawało się, jak gdyby im do wyzdrowienia niczego więcej nie było potrzeba.
Ale gdy im podano wodę z podwórzowej studni, odwracali głowę i nie chcieli ani spojrzeć na nią. Chociaż była filtrowana i studzona, twierdzili jednak że czuć ją zgnilizną i że ma smak wstrętny. Niektórzy chorzy, którzy spróbowali ją pić, dostali boleści i skarżyli się, że ich otruto.
Pewnego przedpołudnia, gdy ten szał chorobliwy osiągnął najwyższego stopnia, siedziało kilku chłopów gwarząc w cieniu pod domem. Wszyscy mieli gorączkę, wyraźnie było to widać po ich wychudłych twarzach i zamglonych, krwią zabiegłych oczach. Nikt z nich nie pracował, ani nawet nie kurzyli z swych małych kredowych fajeczek.
Całe ich zajęcie polegało w tem, że spoglądali ku niebu, które sklepiło się nad nimi jasno i błękitnie. Przyglądali się dokładnie i najmniejsza chmurka ukazująca się na widnokręgu nie uszła ich odwagi. Wszyscy wiedzieli dobrze, że wcześniej, niż po upływie kilku miesięcy, nie mogli spodziewać się deszczu, ale skoro tylko jedna z białych letnich chmurek podniosła się na horyzoncie, wmawiali sobie, że stanie się cud i zacznie wnet padać deszcz. „Kto wie, czyli Pan Bóg nie ma zamiaru zesłać nam pomoc!“ mówili.
Obserwując z największą czujnością wzrost i poruszenia chmurki na niebie, mówili o tem, jakby to było pięknie, gdyby nagle usłyszeli grube krople uderzające o ściany i bębniące o szyby, i ujrzeli wodę spływającą z rynny i porywającą za sobą piasek i drobny żwir. Ułożyli się, że nie schronią się pod dach, gdy będzie deszcz padał; nie, będą siedzieli spokojnie i mokli od spływającej po nich wody, gdyż łaknęli jak wyschnięta ziemia tego, by na wskroś przemokli.
Ale gdy chmura wzeszła cokolwiek wyżej na błękicie, biedni chorzy musieli przyznać, iż malała i rozchodziła się. Naprzód rozpływały się puszkowe brzegi, potem dzieło zniszczenia rozpoczynało się od środka, i chmura rozpadła się w drobne płatki i pasma. A po kilku minutach znikła zupełnie.
Skoro chłopi nie widzieli więcej chmury, byli zupełnie zrozpaczeni. Starzy ludzie byli tak osłabieni chorobą, iż szybko przykryli ręką oczy, aby je ukryć na wypadek, iż opanowałby ich płacz.
Ljung Björn Olofson, który od śmierci Timsa Halfvora uważał się za naczelnika Szwedów, starał się rozweselić innych. Zaczął mówić o rzece Kidronie, która dawnymi czasy płynęła przez dolinę Jozafata i zaopatrywała obficie w wodę Jerozolimę. Miał biblię w kieszeni; otworzył ją więc i przeczytał im ustępy, w których była mowa o Kidronie.
Potem opisał im, jak potężnym strumieniem był Kidron, i że wprawiał w ruch młyny a w zimie tak czasem wzbierał potężnie, że występował z brzegów i zalewał cały kraj.
Znać było po Ljungu, jakie mu to sprawiało ukojenie, że mógł mówić o tej wielkiej wodzie, która niegdyś przepływała Jerozolimę. Z pewnością myślał wciąż o rzece i najchętniej zatrzymywał się przy tym ustępie, gdzie opisanem jest, że Dawid przeszedł przez Kidron, uciekając przed Absalonem, Ljung Björn wymalowywał im, jakby to pięknie było, gdyby bosemi nogami przejść mogli przez zimną płynącą wodę. „To byłoby jeszcze przyjemniej, niżeli pić ją“ rzekł.
Ljung Björn nie był jeszcze skończył opisu Kidronu, gdy szwagier jego Kolas Gunnar przerwał mu mówiąc, że Kidron nie wiele go obchodzi, gdyż już oddawna wysechł i znikł. Myśli natomiast bezustannie, odkąd rozpoczęły się dla nich te ciężkie czasy, o proroctwie proroka Hezekiela. W czterdziestym rozdziale, w pierwszym wierszu i w następujących, jest mowa o strumieniu, który wytryśnie u progu świątyni i przepłynie kraj cały zdążając do morza Martwego.
Kolas Gunnar mówiąc to odrzucał wciąż w tył swe czarne loki, oczy jego błyszczały, i opowiadał w taki sposób, że chłopi widzieli całkiem wyraźnie przed swymi oczyma wodę spływającą ku dolinie. Mrucząc zcicha wypływała ona z kamiennej rynny i rozlewała się w liczne mniejsze koryta, płynące między zielonemi murawami. Wierzby i topole rosły nad brzegami, wielkie rośliny wodne grubemi liśćmi słały się nad powierzchnią wód. Na dnie strumyków widniały małe, białe kamyki a woda lśniła się i pluskała, przepływając przez nie.
„I to się stać musi!“ zawołał Kolas Gunar, „gdyż jest to proroctwo boskie, które nie spełniło się jeszcze. Myślę wciąż o tem, czy ono może nie spełni się dziś, lub jutro“.
Lecz gdy to usłyszał Hök Gabriel Matson, który znajdował się również między nimi, był bardzo wzburzonym; prosił Ljunga Björna o biblię i przeczytawszy najpierw dla siebie kilka wierszy w księdze kroniki, rzekł:
„Uważajcie, to najdziwniejsza rzecz, którą słyszałem kiedykolwiek“. I przeczytał: „Po tych wypadkach przybył Sanherib w Assurze do Judei, stanął obozem przed obwarowanemi miasty i zamierzał porwać je dla siebie. A gdy Hiskiasz widział iż Sanherib przybył i miał zamiar zwalczyć Jerozolimę, naradził się z naczelnikami i możnymi i postanowili zakryć wody w studniach przed miastem; a oni pomogli mu. I zgromadził się lud i przykryli wszystkie studnie i wszystkie płynące wody w kraju i rzekli: „Ażeby królowie Assuru nie znaleźli wody, gdy przybędą“.
Gdy Gabriel to przeczytał, rzucił okiem na nagie pola, otaczające kolonie.
„Myślałem wiele o tej historyi, rzekł, i pytałem o to Amerykanów, a teraz opowiem wam o czem się dowiedziałem“.
Gabriel mówił płynnie i z łatwością podobnie jak jego ojciec Hök Matts, gdy zstąpił nań duch boży i począł przemawiać. Nie miał wprawdzie zazwyczaj kaznodziejskich zdolności, ale teraz gdy gorączka paliła mu głowę, słowa płynęły mu z ust lekko i swobodnie.
„Otóż Amerykanie opowiedzieli mi, rzekł Gabriel, „że za czasów Hiskiasza wyżyna ta pokryta była ogromną ilością drzew i krzewów. Nie udawało się wprawdzie zboże na tym gruncie kamienistym, ale było dużo ogrodów, obficie porosłych drzewami granatowymi i brzoskwiniami, krzewami róż i nardusu, szafranem, kalmusem i cynamonem wszelkiego rodzaju wonnemi roślinami i wybornymi owocami. Wszystkie te drzewa były dobrze zawodnione, gdyż z potoków i strumieni spływała woda do każdego ogrodu, a każdy właściciel miał prawo w pewnej porze dnia puścić wodę na swój ogród.
Ale pewnego dnia Hiskiasz wyruszył z wojskiem swem, rankiem, kiedy właśnie wszystkie drzewa obsypane były kwieciem. Gdy Hiskiasz przechodził ogrodami, drzewa migdałowe i brzoskwinie zasypywały go kwieciem, a powietrze napełnione było wonią balsamiczną. A u schyłku dnia gdy Hiskiasz wracał z swem wojskiem, drzewa stały tak samo jak przedtem i witały go swą czarującą wonią.
Lecz tego dnia właśnie, król Hiskiasz zatkał wszystkie źródła jerozolimskie i zatamował wielką, rzekę, przepływającą miasto. Następnego dnia nie spływała już woda do małych koryt, które wiodły ją do korzeni drzew.
Po kilku tygodniach, gdy drzewa miały zrodzić owoce, były bezsilne i wydały mało zarodków a liście wychodzące z pęczy były małe i marne.
Potem zaś nastały ciężkie czasy dla Jerozolimy, wojny i nieszczęście, nikt nie miał czasu myśleć o otwarciu źródeł i o wpuszczeniu rzeki w dawne koryto. I powymierały drzewa owocowe na wyżynach dokoła miasta, niektóre już podczas posuchy pierwszego lata, inne w drugim lub trzecim roku. I spustoszała ziemia dokoła Jerozolimy i stała się taką, jaką jest po dziś dzień“.
Gabriel podniósł czerep z ziemi i zaczął rozgrzebywać nim ziemię. „Rzecz ma się tak“, mówił dalej, iż żydzi, powróciwszy z Babilonu nie mogli już znaleść miejsca, gdzie rzeka była zatamowana, ani też zasypanych źródeł. I nie znalazł ich nikt, po dziś dzień.
My jednak, którzy tu siedzimy i łakniemy wody, dlaczego nie mielibyśmy pójść i poszukać źródeł króla Hiskiasza? Dlaczego nie wybrać się nam dla znalezienia wielkiej rzeki i tylu źródeł? Gdybyśmy je znaleźli, urosłyby znów drzewa na wyżynach i kraj ten stałby się bogatym i urodzajnym. Gdybyśmy je znaleźli, byłaby to rzecz kosztowniejsza niż znalezienie złota“.
Gdy Gabriel przestał mówić, wszyscy rozmyślali nad jego słowami i przyznali, iż może tak być, jak mówił, i że nie byłoby może rzeczą niemożliwą, odnaleść wielką rzekę. Lecz ani jeden nie ruszył się, by spróbować, ani nawet sam Gabriel nie uczynił togo. Oczywiście, że słowa jego były tylko marzeniem, którem usiłował uspokoić swoje pragnienie.
Teraz odezwał się Bo Ingmar Manson, który siedział dotychczas spokojnie słuchając, co inni mówili. Sam nie miał wprawdzie gorączki, nikt jednak nie pragnął bardziej świeżej wody od niego, gdyż Gertruda uległa również tej chorobie pragnienia. Dla niej łaknął tak silnie wody, iż zdawało mu się, że jego wargi zasychają, i nie mógł o niczem innem myśleć, tylko o źródłach i rzekach.
„Nie myślę o rzeczach tak świętych i cudownych, jak wy“, rzekł powoli, „ale od rana do wieczora myślę tylko o jednej rzece, która płynie wartko i przejrzyście, wodą lśniącą i świeżą“.
Chłopi spojrzeli nań z wielkiem napięciem wzroku.
„Myślę o strumieniu, do którego wpada wiele rzek i potoków, który wypływa z lasu szerokiem i głębokiem korytem i jest tak przejrzysty, iż można odróżnić każdy kamyk, błyszczący na dnie. I strumień ten nie wysechł, jak Kidron, i nie jest też snem tylko, jak rzeka, o której mówi Hezekiel, ani tak niemożliwym do odnalezienia, jak strumień Hiskiasza, lecz szumiąc toczy swe wody po dziś dzień. Myślę o Dalelfie, tam u nas w Dalarne“.
Nikt nie odrzekł ani słowa: wszyscy siedzieli z spuszczonemi powiekami. Odkąd padło słowo Dalelf, nikt nie mógł już myśleć o źródłach i rzekach Palestyny.
Tego samego dnia w południe zaszedł nowy wypadek śmierci. Umarło dziecko Kolasa Gunara, wesoły chłopaczek, którego wszyscy ogromnie lubili.
Lecz zaszła ta rzecz nadzwyczajna, że zdawało się iż nikt nie żałuje za dzieckiem, a natomiast ogarnęło wszystkich Dalarczyków przerażenie, którego żadną miarą nie potrafili pokonać. Śmierć małego chłopaczka wydawała się im jak gdyby ostrzeżeniem, że żadnemu z nich nie uda się przezwyciężyć choroby.
Podjęto jak zwykle szybkie przygotowania, do pogrzebu, lecz ci, którzy ciosali trumnę, pytali się kto też wnet dla nich pracę tę spełni, ci zaś którzy przebierali zmarłego mówili o tem, jak chcieliby aby z nimi uczyniono, gdy umrą. „Jeżeli mnie przeżyjesz“, mówiła jedna kobieta do drugiej „nie zapomnij, że chciałabym być pochowaną w mojej własnej sukni“.
„Ty zaś nie zapomnij“, rzekła jej towarzyszka, „że chciałabym aby mi trumnę ubrano w czarną krepę, i ażebym obrączkę ślubną wzięła z sobą do grobu“.
Gdy się to działo, rozeszła się wieść o dziwnym planie między kolonistami. Nikt nie wiedział, kto pierwszy wyrzekł owe słowa, ale gdy były wyrzeczone, wszyscy zwrócili na nie uwagę, zaczęli nad niemi rozmyślać i dziwić się im. I jak to zwykle bywa jeżeli ktoś zrobi propozycyę jakąś wydaje się ona zrazu wszystkim nierozsądną i niewykonalną, ale po chwili wydaje im się całkiem rozumną i jedyną rzeczą możliwą do zrobienia.
Wkrótce nie mówiono o niczem innem w całej kolonii, między zdrowymi i chorymi, Amerykanami i Szwedami.
„Byłoby może najlepiej, gdyby ludzie z Dalarne wrócili do ojczyzny“, mówiono.
Nikt z Amerykanów nie mógł ukrywać przed sobą, że wyglądało tak, jak gdyby wszyscy chłopi mieli pomrzeć w Jerozolimie. Chociażby więc smutną było rzeczą, gdyby tylu ludzi dobrych i uczciwych miało opuścić kolonię, to jednak trudno było znaleść inne wyjście. Lepiej było wszakże, aby wrócili i w swoim własnym kraju służyli sprawie Bożej wedle możności, niż iżby mieli wyginąć tu w świętem mieście.
Szwedom zdawało się zrazu rzeczą wprost niemożliwą, żeby porzucili tę krainę z tyloma świętemi miejscami i pamiątkami, i drżeli na samą myśl powrotu do niepokojów i swarów świata, gdy już przyzwyczaili się do spokojnego, zgodliwego współżycia w kolonii, a byli i tacy, którzy sądzili iż raczej woleliby umrzeć, niż powrócić.
Później jednak myśl o ojczyźnie przedstawiała im się tak ponętnie i wabiąco, że myśleli: „Może w istocie nie ma innego wyjścia i musimy wyjechać“.
Nagle zadźwięczał dzwon wzywający kolonistów na mszę i do zebrań w spólnej sali. Wszyscy byli wzburzeni i prawie przestraszeni, gdy zrozumieli, że pani Gordon zwołuje ich, aby omówić wspólnie sprawę powrotu. Szwedzi nie wiedzieli wprawdzie sami jeszcze dokładnie czego właściwie chcieli, ale była już pewna ulga w samej myśli, że mogą ujść śmierci i chorobie. To okazało się najwyraźniej w tem, że kilku z nich, którzy byli ciężko chorzy, wstali i ubrali się, aby udać się do sali zboru.
W sali nie było takiego spokoju i porządku jak podczas zwykłego posiedzenia. Nikt nie usiadł, ludzie tworzyli tu i ówdzie grupy i rozmawiali. Wszyscy byli bardzo wzburzeni, a najgorliwiej mówił Helgum. Poznano po nim, że on, który nakłonił Dalarczyków do wyjazdu do Jerozolimy, dręczony był obecnie ciężką odpowiedzialnością, jaką wziął na siebie. Chodził od jednego do drugiego, namawiając ich do powrotu.
Pani Gordon była bardzo blada, wyglądała znużona i cierpiąca i zdawała się być tak niepewną tego, co miała postanowić, że lękała się rozpocząć naradę. Nigdy jeszcze nie widziano jej tak niezdecydowaną.
Szwedzi milczeli prawie wszyscy. Byli zbyt chorzy i przytępieni, aby mogli sami powziąć postanowienie, czekali więc cierpliwie, co inni dla nich uradzą.
Kilka młodych amerykanek przyjęte były ogromną litością dla nich. Ze łzami w oczach prosiły, ażeby tych biednych chorych ludzi wysłano rychło do domu, zanim tu pomrą.
Gdy tak rozprawiano żywo za i przeciw otwarły się drzwi prawie bez szelestu i weszła córka Ingmarów Karina.
Karina zapadła i pochyliła się nadzwyczajnie. Postarzała się straszliwie; twarz jej była całkiem mała i ściągnięta, włosy posiwiały zupełnie.
Od śmierci Halfvora Karina rzadko wychodziła z swego pokoju. Siedziała samotnie w dużem krześle, które sporządził był dla niej Halfvor. Czasem cerowała lub szyła coś dla dwojga dzieci, które jej jeszcze zostało, najczęściej jednak siedziała z założonemi rękami patrząc cicho przed siebie.
Nie można było skromniej wejść do pokoju, niż Karina, lecz mimoto uciszyło się nagle w sali, gdy weszła, i wszyscy zwrócili się ku niej i spojrzeli na nią.
Powoli i pokornie przesuwała się Karina po sali. Nie szła środkiem pokoju, lecz wzdłuż ściany, aż doszła do pani Gordon.
Pani Gordon postąpiła parę kroków naprzeciw niej i podała jej rękę.
„Zgromadziliśmy się tu, aby naradzić się co do waszego powrotu“, rzekła pani Gordon do niej. „Jak zapatrujesz się na to Karino?“
Przez chwilę Karina zapadła się w sobie, jak gdyby ktoś wymierzył był w nią cios. W oczach jej zabłysła głęboka tęsknota. Z pewnością ujrzała przed sobą stary swój dwór i myślała o tem, że będzie mogła raz jeszcze usiąść przy ogniu w swej sali, lub stać u bramy i patrzyć, jak w piękny wiosenny poranek pędzono bydło na paszę.
Lecz trwało to tylko chwilkę; szybko wyprostowała się, a twarz jej przybrała zwykły wyraz nieugiętej wytrwałości.
„Powiem wam to jedno“, rzekła Karina po angielsku i tak głośno, że wszyscy obecni słyszeli. „Głos Boży powołał nas, abyśmy udali się do Jerozolimy. Czy ktoś z was słyszał może głos Boży wzywający was do powrotu?“
Głębokie milczenie zaległo w sali, gdy Karina wygłosiła swoje pytanie. Nikt nie ośmielił się od powiedzieć ani słowa.
Lecz Karina miała gorączkę, jak wszyscy inni, ledwie skończyła, mówić, widzieli obecni, że zachwiała się i byłaby upadła, dyby pani Gordon nie była jej otoczyła ramieniem i wyprowadziła.
Gdy Karina przechodziła obok swych dawnych przyjaciół ze wsi, kilka z nich pozdrawiało ją mówiąc: „Dziękujemy ci, Karino“.
Gdy drzwi zamknęły się za Kariną amerykanie zaczęli znów mówić o wyjeździe Szwedów, jak gdyby nic nie było zaszło. Szwedzi nie odpowiadali ani słowa, ale jeden po drugim wymykał się z sali.
„Dlaczego odchodzicie? zapytał jeden z amerykanów. „Skoro pani Gordon powróci, rozpocznie się dopiero posiedzenie“.
„Czyż nie widzicie, że wszystko już rozstrzygnięte?“ rzekł Ljung Björn. „Dla nas nie potrzebujecie odbywać posiedzenia. Zapomnieliśmy o tem wprawdzie, lecz teraz wiemy na nowo, że tylko sam Bóg może rozstrzygać o naszym powrocie“.
I z podziwieniem zauważyli amerykanie, że Ljung Björn i wszyscy jego towarzysze, podnieśli wyżej głowy i nie wyglądali już tak pomieszani i przygnębieni, jak przedtem, gdy przyszli na zebranie.
Wróciły im siły i wytrwałość, gdy ujrzeli jasno przed sobą swą drogę i nie myśleli o tem, by uciekać przed niebezpieczeństwem.


∗             ∗

Gertruda leżała chora w malej izdebce, którą zajmowała przedtem razem z Gunhildą. Było tam wesoło i ładnie. Bo i Gabriel sporządzili sami meble; były lepszej roboty i bardziej ozdobne, niż meble w innych pokojach. Białe firanki i osłony do łóżka Getruda utkała sama i ozdobiła je mereszkami i koronkami.
Po śmierci Gunhildy sprowadziła się do pokoju Gertrudy jedna z dziewcząt szwedzko-amerykańskich, Betsy Nielsen, która zaprzyjaźniła się bardzo z Gertrudą. Gdy Gertruda zachorowała, Betsy pielęgnowała ją z wielką miłością.
Było to wieczorem tego samego dnia, gdy postanowiono na owem walnem zebraniu, że Dalarczycy nie wyjadą z Jerozolimy. Gertruda miała silną gorączkę; leżała w łóżku i mówiła bezustannie; Betsy siedziała przy niej i tylko tu i ówdzie odpowiadała słowo dla uspokojenia jej.
Wtem nagle ujrzała Betsy, że drzwi otwarły się z cicha i wszedł Bo. Wystrzegał się, by nie zrobić najmniejszego szelestu, przycisnął się do ściany i zatrzymał się u wejścia. Gertruda nie zauważyła jego wejścia, lecz Betsy zwróciła się gwałtownie ku niemu, chcąc go wyprosić z pokoju chorej.
Lecz gdy spojrzała mu w twarz, zmiękło jej serce i uczuła wielką litość nad nim. „O Boże! sądzi zapewne, że Gertruda umiera! Myśli, że nie ma dla niej ratunku, odkąd Dalarczycy postanowili zostać w Jerozolimie“, pomyślała.
Zrozumiała naraz jak bardzo pokochał Gertrudę, mówiła w duchu: „Lepiej niech biedak tu zostanie. Nie mam serca bronić mu, by ją widział, jak długo to możliwe“.
Pozwoliła mu więc zostać przy drzwiach tak, iż słyszał każde słowo, które mówiła Gertruda. Gorączka jej nie była tak silna, aby mówiła nieprzytomnie, ale wciąż wspominała o kwiatach i o rzekach, tak samo jak inni chorzy, i bezustannie skarżyła się na dręczące ją straszliwe pragnienie.
Betsy nalała wody do szklanki i podała jej mówiąc: „Napij się tej wody Gertrudo, ona nie jest zła“.
Gertruda wyprostowała się trochę na poduszkach, wzięła szklankę i dotknęła jej się ustami. Lecz zanim jeszcze skosztowała, odrzuciła w tył głowę. „Czy nie czujesz jak strasznie cuchnie ta woda?“ zapytała z wyrzutem. „Chcesz mnie z pewnością zabić“.
„Ta woda nie ma ani złego smaku ani złej woni“, rzekła Betsy łagodnie. „Jest ona specyalnie oczyszczona dla chorych, aby mogli ją pić bezpiecznie“.
Chciała przynaglić Gertrudę, aby piła, ona jednak odtrąciła szklankę tak gwałtownie, że woda rozlała się na kołdrę.
„Widzisz przecie, że i tak jestem bardzo chorą, dlaczego więc chcesz mnie jeszcze truć?“ rzekła.
„Byłoby ci lepiej, gdybyś tylko skosztowała wodę“, nalegała Betsy.
Gertruda nie odpowiadała nic, ale po chwili zaczęła łkać i płakać.
„Drogie dziecko, dlaczego płaczesz?“ zapytała Betsy.
„Straszna to rzecz, że mi nikt nie chce dać wody przydatnej do picia“, skarżyła się Gertruda, „ze leżę tu i muszę zginąć z pragnienia, i nikt nie ma ze mną litości!“
„Wiesz przecie, że chętniebyśmy ci pomogli, gdyby to było możliwe, rzekło Betsy, gładząc rękę chorej.
„Dlaczegóż nie chcecie mi dać wody?“ łkała Gertruda. „Tylko z tego straszliwego pragnienia zachorowałam i z chwilą gdybym napiła się świeżej wody, wyzdrowiałabym“.
„W całej Jerozolimie nie ma lepszej wody od tej“, rzekła Betsy zasmucona.
Ale Gertruda nie słuchała jej.
„Nie byłoby mi tak źle, gdybym nie wiedziała, że jest przecie w Jerozolimie lepsza woda“, skarżyła się. »Muszę tu zginąć z pragnienia, a w Jerozolimie jest cała studnia pełna świeżej czystej wody!“
Bo drgnął usłyszawszy te słowa i spojrzał pytająco na Betsy. Ale ona ruszyła ramionami i potrząsła głową. „Ona sobie to wmawia“, zdawała się mówić.
Gdy jednak Bo spojrzał raz jeszcze na nią pytająco, Betsy próbowała skłonie Gertrudę, ażeby wyjaśniła, co ma na myśli.
„Zdaje mi się, że nigdzie w Jerozolimie nie ma wody źródlanej“, rzekła.
„Dziwna rzecz, że taką masz złą pamięć«, rzekła Gertruda. „A może nie byłaś wtedy z nami, gdy zwiedzaliśmy stary plac, gdzie niegdyś stała świątynia żydowska?“
„I owszem, byłam z wami“.
„Nie było to w Moszei Omara“, rzekła Gertruda, przypominając sobie „nie było to w tej pięknej moszei na środku placu, lecz w starej i brzydkiej, która stoi po stronie poprzecznej. Czy nie przypominasz sobie, że była tam studnia?“
„Tak przypominam sobie to“, rzekła Betsy, ale nie rozumię, dlaczego woda z tej studni wydaje ci się lepszą niż każda inna“.
„Ciężko to dla mnie, że muszę tyle mówić, mając tak piekące pragnienie, skarżyła się Gertruda. Mogłaś przecie spamiętać sobie także, co opowiadała o studni panna Young“.
Było jej rzeczywiście trudno mówić z wyschniętemi wargami i palącem gardłem, lecz zanim jeszcze Betsy zdołała odpowiedzieć coś, opowiadała już gorliwie, co słyszała o studni.
„Jest to jedyna studnia w Jerozolimie, która ma zawsze dobrą wodę“, rzekła. „A to pochodzi stąd, iż źródło jej wypływa w raju“.
„Ciekawam, skąd ty lub ktokolwiek inny może to wiedzieć“, rzekła Betsy z lekkim uśmiechem.
„A jednak wiem“, rzekła Gertruda poważnie; „Widzisz panna Young opowiadała nam, że pewnego lata, podczas strasznej posuchy, przyszedł raz biedny woziwoda do moszei po wodę. Zawiesił swe wiadro na haku wiszącego ponad studnią powroza i spuścił je w dół. Ale gdy wiadro uderzyło o wodę, wypadł hak i został na dnie studni. Zrozumiesz przecie, że człowiek ów nie chciał stracić swego wiadra?“
„Tak, rozumie się“, rzekła Betsy.
„Sprowadził więc rychło innych woziwodów i oni spuścili go do studni“.
Gertruda podniosła się na łokciach i spojrzała na Betsy błyszczącemu od gorączki oczami.
„Zeszedł do wielkiej głębi“, ciągnęła dalej, „a im głębiej spuszczał się, tem bardziej się dziwił, gdyż z głębi dochodziło go łagodne światło. A gdy nareszcie czuł grunt pod nogami, uciekła gdzieś woda a przed nim roztoczył się najpiękniejszy ogród. Nie było wprawdzie słońca ani księżyca, ale rozlegało się słabe światło dzienne, tak że mógł wszystko widzieć dokładnie. Najdziwniejsze było to, że wyglądało tak, jakby tam na dole wszystko było uśpione, kwiaty miały zamknięte kielichy, liście były złożone na gałązkach, a trawa leżała na ziemi. Najwspanialsze drzewa pochylały się w śnie ku sobie a ptaki siedziały nieruchomie na wierzchołkach. I nie było tam ani czerwonych, ani zielonych barw, lecz wszystko było jak popiół szare, a mimoto — możesz sobie wyobrazić, że było cudnie piękne“.
Gertruda opowiadała bardzo rozwlekłe, jak gdyby zależało jej bardzo na tem, aby Betsy jej wierzyła.
„I cóż się stało z tym człowiekiem?“ zapytała Betsy?
„O z początku był bardzo zdziwiony, i pytał się, gdzie też się znajduje, lecz potem bał się, iż ludzie, który go wdół spuścili, stracą cierpliwość, gdy będzie się zbyt długo wahał. Lecz zanim kazał się znów wyciągnąć na powierzchnię ziemi, poszedł na miejsce, gdzie stało największe i najpiękniejsze drzewo całego ogrodu, ułamał gałązkę i wziął ją ze sobą“.
„O gdyby był lepiej został tam jeszcze chwilkę!“ rzekła śmiejąc się Betsy.
Ale Gertruda nie dała sobie przeszkodzić, lecz mówiła dalej:
„Gdy znalazł się znów na górze z swymi przyjaciółmi, opowiedział im co widział i pokazał im gałązkę, którą zerwał. I pomysł sobie, z chwilą, gdy gałązka znalazła się pod wpływem powietrza i światła, zaczęła budzić się do życia. Liście jej rozwinęły się; straciły swój szary kolor i stały się świeże i lśniąco zielone. A gdy to widział woziwoda i jego przyjaciele, zrozumieli, iż był tam na dole ogród rajski, który leży w ziemi pod Jerozolimą i śpi, aż do chwili Sądu Ostatecznego, kiedy to wnijdzie na powierzchnię ziemi napo wrót w nowem świetle i nowym blasku“.
Oddechając ciężko, Gertruda po tych słowach upadła na poduszki.
„Kochana Gertrudo, męczy cię to zanadto, gdy tak wiele mówisz“, rzekła Betsy.
„Muszę przecie mówić, abyś zrozumiała, dlaczego właśnie w tej studni jest zawsze dobra woda“, westchnęła Gertruda, „ale historya moja dobiega już końca. Naturalnie, że nikt niebyłby uwierzył owemu człowiekowi, że był w ogrodzie rajskim, gdyby nie był przyniósł z sobą gałązki. Ona zaś niepodobną była do żadnego gatunku drzew, rosnących na ziemi, i dlatego przyjaciele jego chcieli szybko spuścić się również do studni, aby ujrzeć raj. Ale oto, woda wróciła do studni i chociaż ludzie ci najgłębiej zanurzali się, nie natrafili na grunt“.
„Tak, więc po woziwodzie owym, nikt już więcej nie widział raju?“
„Nie, nikt więcej i od tego czasu nigdy też woda nic znikła, tak że nikomu nie udało się dosięgnąć dna studni chociaż próbowało wielu, nieskończenie wielu“.
Gertruda westchnęła głęboko; potem zaczęła znów mówić. „Zdaje mi się, że przyczyną tego jest to, że nie powinniśmy za życia widzieć raju“.
„Tak, rzecz się ma z pewnością tak“, rzekła Betsy.
„Ale dla nas najważniejszą jest rzeczą wiedzieć o tem, że raj jest tam na dole, że spoczywa we śnie i czeka na nas“.
„Tak, w istocie“.
„Teraz zrozumiesz też Betsy, że wtej studni, która ma swój początek w raju musi być zawsze świeża, czysta woda“.
„Ach droga Gertrudo, gdybym tylko mogła postarać się dla ciebie o tę wodę, której tak bardzo pragniesz!“ rzekła Betsy z smutnym uśmiechem.
Właśnie gdy to Betsy mówiła, jedna z jej małych sióstr otworzyła drzwi i skinęła na nią.
„Betsy, mama zachorowała“, rzekło dziecko, „leży w łóżku i prosi, abyś przyszła“.
Betsy była w kłopocie, nie wiedziała, czy może opuścić Gertrudę. Ale po chwili powzięła postanowienie i zwracając się do Boa, który wciąż jeszcze stał przy drzwiach, rzekła:
„Czy mógłbyś zostać przy Gertrudzie i czuwać nad nią podczas mojej nieobecności?
„Tak“, rzeki Bo. „Będę czuwał nad nią; o ile mogę najlepiej“.
„Spróbuj nakłonić ją do picia, ażeby przestała wierzyć, iż musi zginąć z pragnienia“, szepnęła mu Betsy na odchodnem.
Bo usiadł teraz na miejscu Betsy obok łóżka, a Gertrudzie zdawało się być zupełnie obojętnem kto siedział przy niej, Betsy, czy on. Mówiła wciąż jeszcze o rajskiej studni, uśmiechała się i wyobrażała sobie, jak orzeźwiająca świeża i czysta musiała to być woda.
„Widzisz Bo, nie mogę przekonać Betsy, że woda w tej studni lepsza jest niż we wszystkich innych“, skarżyła się. Dlatego też nie stara się sprowadzić jej dla mnie“.
Bo zagłębił się w rozmyślaniu.
„Myślę o tem, rzekł, czy nie mógłbym sam pójść tam i przynieść ci trochę tej wody“.
Gertruda przelękła się bardzo i przytrzymywała go za rękaw, aby nie poszedł.
„O nie, nie myśl o tem, skarżę się tylko przed Betsy, ponieważ mam takie straszne pragnienie. Wiem przecie dobrze, że ona nie może mi sprowadzić wody z tej studni rajskiej; panna Young powiedziała, że mahometanie uważają ją za tak świętą, iż za nic w świecie nie pozwoliliby chrześcijaninowi zaczerpnąć z niej wody“.
Bo milczał przez chwilę, ale wciąż myślał o tem, co słyszał. „Mógłbym się przebrać za Mohametanina“, rzekł w końcu.
„Nie, nie myśl nawet o tem“, rzekła Gertruda, „to bardzo nierozumnie z twej strony“.
Ale Bo nie chciał porzucić planu. „Pomówię z starym szewcem, który mieszka tam na dole i robi nam trzewiki, on pożyczy mi może ubranie“, rzekł.
Gertruda leżała cicho i rozmyślała. „Czy szewc siedzi dziś?“ zapytała.
„Tak“, odrzekł Bo.
„Ach, wiem, że nic z tego nie będzie“, westchnęła Gertruda.
„Myślę, że spróbuję może zrobić to dziś popołudniu, gdy nie będzie już niebezpieczeństwa dostania udaru słonecznego“, rzekł Bo.
„Czy ty jednak nie boisz się strasznie? Pamiętaj o tem, że Mohametanie zabiliby cię, gdyby poznali, że jesteś chrześcijaninem“.
„Ach, nie będę się lękał niczego, skoro tylko będę dobrze przebrany, z czerwonym fezem i białym turbanem, w podartych żółtych pantoflach i z płótnianką tak podniesioną jak zwykle u woziwody“.
„Ale w co nabierzesz wody?“
„Wezmę dwa duże miedziane cebry i poniosę je koromesłem na plecach“, rzekł Bo.
Zauważył, że w Gertrudę wstąpiło jakby nowe życie na samą myśl, że pójdzie po tę wodę, chociaż wciąż jeszcze sprzeciwiała się. Ale w tejże chwili zrozumiał także, jak niemożliwem było to przedsięwzięcie. „O Boże mój“, pomyślał, „nie mogę przecie udać się na plac przed świątynią i zaczerpnąć tam wody, gdyż Mahometanie strzegą go tak, że chrześcijanin nie śmie tam przystąpić. Bracia nasi w kolonii nie pozwoliliby mi nawet spróbować tego chociażbym i chciał. A zresztą na nic by się to nie przydało, gdyż w tej tak zwanej rajskiej studni woda jest z pewnością taka zła, jak i wszędzie“.
Podczas gdy to rozważał, Gertruda zadziwiła go bardzo, mówiąc: „O tej porze dnia jest też bardzo mało ludzi na ulicy“.
„Ona teraz z pewnością liczy na to, że pójdę“, pomyślał Bo, „a to się dobrze złapałem. Gertruda ma minę bardzo zadowoloną; nie mam doprawdy odwagi powiedzieć jej, że to niemożliwe“.
„Tak, to prawda“, odrzekł potem wahając się; „aż do bramy Damaszku z pewnością wszystko poszłoby dobrze, gdybym tylko nie spotkał żadnego z kolonistów“.
„Czy sądzisz że oni zabroniliby ci iść tam?“ zapytała Gertruda z wyrazem trwogi.
Bo chciał właśnie powiedzieć coś w tym rodzaj, aby módz zarzucić cały plan, ale widząc jej trwogę, nie miał serca to uczynić.
„Nie, nie zabronią mi“, rzekł wesoło, zresztą nie poznają mnie wcale, gdy będę przebrany ,za woziwodę i zobaczą mnie z wielkimi miedzianemi cebrami“.
Gertruda uspokoiła się i myśli jej przyjęły inny kierunek.
„Czy te wiadra są tak wielkie?“
„O tak, możesz być pewną, że będziesz z nich mogła pić przez wiele dni“.
Gertruda umilkła, lecz spoglądała na Boa wzrokiem tak błagalnym, jak gdyby go prosić chciała, aby mówił dalej; i nie mógł się jej oprzeć.
„Gorzej będzie, gdy dojdę do bramy Damaszku“, rzekł, i nie wiem, jak się przedostanę przez ten tłum ludzi“.
„Przecie i inni wodziarze czynią to samo“, rzekła Gertruda gorliwie.
„Tak, to prawda, ale tam są nietylko ludzie, ale i wielbłądy", rzekł Bo, starając się wynajdywać wszelkie trudności.
„Czy sądzisz, że długo tam będziesz wstrzymany?" zapytała chora niespokojnie.
I znów jak poprzednio Bo czuł, że nie odważy się powiedzieć Gertrudzie, że cała rzecz będzie niemożliwa, powiedział więc: „Gdybym miał wodę w wiadrach, musiałbym długo czekać, ale że są próżne, łatwiej mi jakoś przewinąć się między ludźmi“.
Bo milczał teraz; wtem Gertruda wyciągnęła chudą swą rękę i pieściła nią rękę Boa. „Jakiś ty dobry, że idziesz po tę wodę dla mnie“, rzekła.
„O mój Boże, dopomóż mi! siedzę tu i wmawiam w nią, że ta rzecz jest naprawdę wykonalna“, myślał Bo. Ale gdy Gertruda wciąż jeszcze gładziła jego rękę, zaczął jej opisywać dalszą swą drogę. „Idę potem prostą drogą, aż dojdę do Via Dolorosa“, rzekł.
„Tak, tam nie ma nigdy wielu ludzi“, rzekła Gertruda wesoło.
„Nie, nie spotkam tam nikogo, chyba kilka starych zakonnic“, rzekł Bo szybko i mogę bez przeszkody dostać się do Seraju i do więzień“.
Bo umilkł znowu, lecz Gertruda wciąż jeszcze pieściła jego rękę. Była to niema prośba aby dalej mówił. „Zdaje mi się, że pragnienie mniej ją dręczy, jeżeli mówię o tem, że idę po wodę“, pomyślał. „Muszę opisywać dalej, jak mi się powiedzie“.
„Koło domu karnego znajduję się znów w pośród tłumu i hałasu, bo jak zwykle policjanci nadchodzą z złodziejem, którego mają zamknąć, i natychmiast zbiera się cała gromada ludzi, aby się dowiedzieć szczegółów“.
„Ty jednak starasz się przejść o ile można szybko“, rzekła Gertruda gorliwie.
„Nie, nie mogę umknąć, bo wszyscy poznaliby wnet, że nie jestem krajowcem, właśnie muszę stanąć i słuchać, jak gdybym chciał się dowiedzieć o co rzecz idzie“.
„I na cóż ci się to przyda, skoro nie rozumiesz co mówią?“
„O tyle już rozumię, że jest mowa o człowieku, który coś skradł“.
„Gdy nareszcie wszyscy zrozumieli, że już złodzieja więcej nie ujrzą, rozchodzi się tłum i mogę iść dalej. Muszę teraz przejść jeszcze przez ciemną bramę, poczem jestem już na placu przed świątynią. Ale jestem przekonany, że gdy omijam właśnie ostrożnie małe dziecko, śpiące na ulicy jakiś smarkacz podstawi mi nogę, tak że potknę się i wyrwie mi się nagle szwedzkie przekleństwo. Przestraszony, spoglądam na dzieci, czy też niczego nie zauważyły. Lecz widzę, że leżą obojętnie na ziemi i tarzają się w błocie, jak przedtem“.
Ręka Gertrudy leżała jeszcze na ręce Boa, który z tego powodu wpadł wprost w zuchwały humor i czuł, że dla przypodobania się jej mógłby mówić i robić niestworzone rzeczy; zdawało mu się, jak gdyby dziecku opowiadał bajkę i bawiło go to, że opowiadanie swe mógł przeplatać najrozmaitszemu awanturami. „Muszę teraz całą historyę zrobić z tej wyprawy“, pomyślał, „ponieważ Gertrudę widocznie to cieszy, a później znajdę już jakiś sposób zboczenia z drogi“.
„Przychodzę więc na wielki plac przed świątynią i stoję w samem słońcu“, mówił dalej, „ale powiadam ci, że w pierwszej chwili zapominam o wszystkiem, o sobie, o studni i o wodzie, po którą idę“.
„Cóż to dla Boga stało się takiego?“ pyta Gertruda uśmiechając się doń.
„Nic się nie stało“, odrzekł Bo z zupełnym spokojem, „tylko że nagle jest przedemną wszystko tak jasne i piękne i spokojne w porównaniu z czarnem miastem, z którego przyszedłem, że nie mogę iść dalej, lecz muszę zatrzymać się i patrzyć dokoła siebie. I właśnie widzę przed sobą piękną moszeę Omara na wzgórzu wpośród placu i wiele pawilonów i bram i stopni i pięknych murowanych studni dokoła. A potem tyle wspomnień! Jeźli pomyślę, że stoję na starym placu żydowskiej świątyni, pragnę, ażeby dwie płyty kamienne pokrywające ziemię mogły przemówić i opowiedziały, co się tu działo!“
„Ale może to niebezpiecznie, że stoisz tu i patrzysz z takiem zdziwieniem“, rzekła chora.
„Gertruda chciałaby pewnie, abym rychło z tą wodą powrócił“, pomyślał Bo, „dziwne to, z jakiem przejęciem mówi o tem, tak jakby sądziła, że jestem doprawdy w drodze do rajskiej studni“.
W rzeczywistości jednak, Bo znajdował się w podobnym stanie umysłu, opowiadał teraz z takim zapałem, że widział przed sobą cały plac w świątyni i mówił o swych przygodach, jak gdyby mu się w istocie zdarzyły.
„O, nie zatrzymuję się tam długo“, rzekł, „lecz mijam moszeę Omara i wielkie ciemne cy prysy z południowej strony, oraz wielki basen wodny o którym powiadają, że jest to miedziane morze świątyni Salomona. I gdzie tylko przychodzę, wszędzie leżą ludzie wyciągnięci na płytach kamiennych i smażą się w świetle słonecznem. Tu bawią się dzieci, tam śpią leniuchy, a derwisz jakiś siedzi na ziemi otoczony swymi uczniami. Mówiąc, przegina wciąż ciało wprzód i w tył a patrząc nań myślę mimowoli: Tak z pewnością siedział tu Zbawiciel na placu świątyni i uczył. Gdy o tem myślę, Derwisz podnosi głowę i przypatruje mi się. Zrozumiesz, że czuję przestrach, bo ma wielkie czarne oczy, które wnikają aż do głębi duszy“.
„Oby tylko nie poznał, że nie jesteś prawdziwym woziwodą“ rzekła Gertruda.
„O nie, zdaje się, że nie jest wcale zdziwiony moim widokiem, ale wkrótce przechodzę obok kilku prawdziwych wodziarzy, stojących przy studni i wyciągających wiadra. Wołają mnie, odwracam się i robię znak, że muszę wejść do moszei, wtedy wszystko się ucisza“.
„Straszna rzecz, skoro spostrzegą, że nie jesteś mahometaninem“.
„Odwracam się raz jeszcze za nimi, ale widzę ie są do mnie odwróceni plecami i rozmawiają między sobą“.
„Może spostrzegli coś, co dla nich ważniejsze niżeli ty?“
Zdaje mi się, że tak.
„Nakoniec jestem w starej moszei El-Aska, gdzie znajduje się rajska studnia“, rzekł Bo, i przechodzę tuż obok dwóch filarów w bramie, które stoją tak blisko siebie, i o których, jak wiesz, podanie mówi, że tylko sprawiedliwy może przejść między nimi. Otóż, mówię w duchu, dziś nie mogę nawet próbować przecisnąć się między filarami, dziś właśnie, kiedy przychodzę tu z zamiarem skradzenia wody“.
„Jak możesz myśleć coś podobnego“, przerwała mu Gertruda „to przecie najlepszy czyn jaki popełniłeś w twem życiu“.
Gertruda leżała teraz z błyszczącemi oczami pełna radośnego oczekiwania. Miała tak silną gorączkę w tej chwili, że nie mogła oddzielić fantazyi od rzeczywistości, i była silnie przekonana że Bo jest rzeczywiście w drodze do studni rajskiej, aby z niej zaczerpnąć wody.
„Wyłażę tedy z pantofli i wchodzę do moszei El-Aska“, ciągnął Bo dalej. Czuł, że opowiadanie tej całej historyi przychodzi mu nadzwyczaj łatwo i tylko niepokoił się tem, jakim sposobem w końcu powie Gertrudzie, że nie może jej w rzeczywistości przynieść tej wody.
Gdy wchodzę, widzę natychmiast studnię na lewo wpośród całego lasu filarów. Wisi nad nią winda z powrozem i hakiem, tak że łatwo jest spuścić wiadra i napełnić je wodą. A powiadam ci, że woda, którą wyciągam ze studni jest zupełnie czysta i lśniąca. „Skoro Gertruda tylko zobaczy tę wodę i skosztuje ją, wyzdrowieje z pewnością“, myślę, wyciągając wiadra“.
„Ach, gdybyś już prędko mógł z niemi wrócić, rzekła Gartruda.
„Ach wiesz“, mówił Bo dalej, „teraz nie jestem wcale tak spokojnym, jak skoro przyszedłem. Teraz gdy już mam wodę, opanowuje mnie straszna trwoga że mogliby mi ją odebrać. I gdy zwracam się ku drzwiom, aby wyjść, czuję się jeszcze bardziej zatrwożonym, gdyż zdaje mi się, że słyszę wołania i krzyki“.
„Ach, cóż to się stało?“ zapytała Gertruda, a Bo widział że zbladła ze strachu. Ale wyobraźnia jego była tak podniecona zajęciem, z jakiem Gertruda oczywiście przysłuchiwała się jego opowiadaniu, że zawołał:
„Co się stało? Powiem ci to zaraz. Cała Jerozolima napada na mnie“. Przerwał na chwilę opowiadanie, aby dać wyraz trwodze i przerażeniu, a potem mówił dalej; „Tak, wszyscy ci, którzy tam próżniacząc leżeli na kamiennych płytach» stoją, teraz i krzyczą głośno przed moszeą El-Aska. A krzyki ich zwołują z wszystkich stron ludzi. Z moszei Omara wybiega najwyższy kapłan w wielkim turbanie i lisiem futrze, z rozmaitych wyjść przybiegają dzieci ze wszystkich rogów placu świątyni przybiegają wszyscy włóczędzy, którzy dopiero co wylęgali się i spali. I nie widzę przed sobą nic innego prócz ściśniętych pięści, krzyczących ludzi i wzniesionych ramion. I widzę przed oczyma swojemi wielką mieszaninę brunatno prążkowanych płaszczów i powiewających szat, czerwonych pasów i żółtych pantofli, tupiących o ziemię“.
Bo spojrzał na Gertrudę, opowiadając o tem. Ona nie przerwała mu żadnem pytaniem, lecz słuchała z największem napięciem, tylko w trwodze podniosła się cokolwiek na poduszkach.
„Nie rozumię naturalnie ani słowa z tego co wykrzykują“, mówił dalej Bo, „tyle jednak rozumię, że są wściekli, ponieważ chrześcijanin ośmielił się zaczerpnąć wody z studni rajskiej“.
Gertruda padła trupio blada na poduszki.
„Tak, rozumię. że nie możesz mi przynieść wody“, rzekła bezdźwięcznie.
„Nie, nie tak łatwa to rzecz“, myślał Bo w duszy, lecz widząc jej trwogę, zmiękł na nowo.
„Zdaje mi się, że przecie muszę rzecz tak urządzić aby woda z studni rajskiej dostała się do Gertrudy“, myślał.
„Czy chcą ci zabrać wodę?“ zapytała Gertruda.
„Nie, z początku krzyczą wszyscy i sami nie wiedzą czego chcą“.
Bo zatrzymał się na chwilę, nie wiedział bowiem, jak się wydostać z tej matni. Lecz Gertruda sama przyszła ma z pomocą, mówiąc:
„Miałam nadzieję, że ten, który siedział na ziemi i mówił do swych uczniów, wyratuje cię“.
Bo odetchnął swobodniej. „Żeś ty to mogła odgadnąć!“ zawołał.
„Widzę teraz, że kapłan z moszei w pięknem lisiem futrze, wydaj e ludziom rozkazy“, mówił dalej, „i natychmiast kilku z nich wyciąga sztylety z za pasa i rzuca się na mnie. Widocznie mają zamiar zabić mnie na miejscu. Ale dziwne to przecie, że ani trochę nie lękam się o życie, lecz boję się tylko jednej rzeczy, że mogliby mi rozlać wodę. I gdy ci ludzie nacierają na mnie z wściekłością, stawiam naturalnie wiadra na ziemię i zasłaniam je sobą. A gdy już dotykają mnie wyciągam ramiona dla obrony i odpycham ich z całej siły. Mają miny zupełnie zdziwione, gdy padają na ziemię, gdyż nigdy jeszcze nie doświadczyli, co to znaczy zmierzyć się z Dalarczykiem“.
Ale wnet podnoszą się z ziemi a tłum staje się coraz większy. Teraz zebrało się już tylu ludzi, że przewiduję wyraźnie chwilę, gdy zostanę pokonany“.
„Ale teraz pewnie Derwisz miesza się do tego, nieprawdaż?“ przerwała Gertruda.
A Bo szybko snuł dalej tę myśl. „Tak, występuje naprzód spokojnie i z godnością i przemawia kilka słów do tłumu, który też natychmiast cofa się i przestaje mi grozić“.
„O wiem dobrze, wiem całkiem dobrze, co on teraz zrobi!“ zawołała Gertruda.
„Spogląda na mnie jasnem, spokojnem okiem“, mówi Bo dalej. „A potem...“ Bo chciał coś powiedzieć, lecz nie przyszło mu na myśl nic stosownego. „Ale tyś przecie już odgadła“, rzekł, chcąc skłonić Gertrudę, aby mówiła.
Gertruda widziała wyraźnie przed sobą całe zdarzenie i nie zawahała się ani na chwilę. „Wtedy on odsuwa cię na bok i patrzy do twoich wiader“, rzekła.
„Tak, tak, właśnie to uczynił“, rzekł Bo.
„Patrzy w tę wodę z rajskiej studni“ powtórzyła Gertruda znacząco. Ale zanim jeszcze coś dodała. Bo bezwiednie tak się włożył w bieg jej myśli, że nagle poznał dokładnie, jak Gertruda wyobraża sobie wynik tej przygody i zaczął znów opowiadać z zapałem.
„Zrozumiesz przecie Gertrudo, że w chwili gdy przyniosłem wiadra z El Alaska, nie było w nich nic, prócz czystej wody!“
„A teraz?“
„Teraz, gdy derwisz pochylił się nad niemi, widziałem, że pływało po wodzie parę gałązek; czy nie tak?“
„Tak, tak, byłam przekonana, że tak się stanie“.
„A na tych gałązkach były porozwijane, szare liści; czy tak?“
„Tak, tak, widzę je dokładnie. Ten derwisz jest zapewno jakimś cudotwórcą“.
„Z pewnością“, rzekł Bo, „a ponadto jest też dobry i litościwy“.
„Jak się teraz schyla, wyciąga gałązki i podnosi je w górę“, rzekła Gertruda „a listki rozwijają się i jaśnieją cudnym zielonym kolorem“.
„A teraz cały tłum unosi się zachwytem“, dodał Bo szybko, „derwisz zaś z pięknymi liśćmi w ręku przystępuje do kapłana moszei. I łatwo odgadnąć co mówi: Chrześcijanin ten przyniósł z raju te gałązki i te liście. Czyż nie rozumiecie że znajduje się pod specyalną bożą opieką, i że nie wolno go zabijać?“
„Potem przystępuje znów do mnie, trzymając wciąż lśniące liście w ręku. Widzę jak zmieniają się w świetle słonecznem, są raz to miedziano czerwone, to znów stalowo niebieskie. Pomaga mi podnieść na plecy jarzmo i daje mi znak abym odszedł. Idę więc, jak szybko nogi mnie niosą, lecz nie mogę się powstrzymać, aby się kilka razy nie oglądnąć. A on wciąż jeszcze stoi z podniesionemi w górę liśćmi, które zmieniają barwę, a tłum ludzi stoi z zapartym oddechem i wlepia we mnie oczy nieruchome. I stoi tak długo aż wyszedłem poza obręb placu świątyni.
„Ach niech go Bóg błogosławi!“ rzekła Gertruda, patrząc z promiennym uśmiechem na Boa. „I teraz możesz bezpiecznie wrócić do domu?“
W tej chwili Gertruda podniosła głowę pełna oczekiwania i uśmiechnęła się na nowo. „O Boże, ona pewnie myśli, że przyniosłem wodę“, pomyślał Bo. „Strasznie to źle, że ją tak oszukałem. Umrze pewnie, skoro jej powiem, że wody tej, za którą tak tęskni, nie można wcale dostać“.
W rozpaczy chwycił szklankę z wodą stojącą na stole, tę samą, którą Betsy przedtem dawała Gertrudzie i podał jej.
„Czy skosztujesz teraz tej wody z raju Gertrudo?“ zapytał głosem drżącym z wzruszenia. Zląkł się prawie, widząc, że Gertruda podniosła się i obiema rękami uchwyciła szklankę. Z wielką chciwością wypiła połowę wody jednym tchem.
„Niech cię Bóg błogosławi“, rzekła, teraz z pewnością wyzdrowieję“.
„Za chwilę dostaniesz znowu“, rzekł Bo.
„Chciałabym, abyś i innym chorym dał tej wody, aby wyzdrowieli“, rzekła Gertruda.
„Nie“, odrzekł Bo, „woda z raju jest tylko dla ciebie. Nikt nie śmie z niej pić“.
„Ale ty sam musisz przynajmniej skosztować, jaka dobra“, rzekła Gertruda.
„O tak, bardzo chętnie“. Bo wziął szklankę z ręki Gertrudy, odwrócił ją tak, ze usta jego dotknęły się tego samego miejsca, na którem spoczęły jej usta i spojrzał na Gertrudę w której oczach malował się wyraz szczęścia.
Lecz zanim wypróżnił szklankę Gertruda upadła na poduszki i usnęła lekko i w jednej chwili, jak dziecko.




Ingmar Ingmarson.



Pewnego popołudnia w niedzielę, gdy Dolarczycy byli już półtora roku w Jerozolimie, zebrali się na mszy wraz z innymi kolonistami. Zbliżało się Boże Narodzenie i rozpoczęła się już zima, ale dni były tak ciepłe i powietrze tak łagodne, że okna wielkiej sali mogły być otwarte.
Podczas śpiewania jednej z pieśni religijnych, zadzwonił nagle dzwon u bramy. Było to dzwonienie słabe i pokorne, jeden tylko ton, i gdyby okna nie były otwarte, ledwie byłby słyszany. Jeden z młodych ludzi siedzących przy drzwiach, poszedł otworzyć, i nikt nie zastanawiał się nad tem, kto przyszedł.
Po chwili usłyszano ciężkie kroki, wchodzące powoli i ostrożnie po marmurowych schodach. Gdy wchodzący na górę doszedł do ostatniego stopnia, zatrzymał się długo. Zdawało się, że stanął i rozmyślał, zanim krokiem bardziej jeszcze wahającym się wszedł do przedsionka sali zebrań i przeszedł po marmurowej posadzce. Nakoniec położył rękę na klamce i przycisnął ją. Otworzyła się szpara na ćwierć cala szeroka i zdawało się że przybysz nie obce wejść bliżej.
Gdy usłyszano kroki na schodach szwedzi mimowoli zniżyli głosy aby módz słyszeć, a teraz wszyscy zwrócili twarze ku wejściu. Ten ostrożny sposób otwierania drzwi, był im dobrze znany. Zapomnieli o tem gdzie byli i zdawało im się, że są w domu w Dalarne w jednym z swych małych domków Lecz już w następnej chwili opamiętali się i na nowo spojrzeli w swe śpiewniki.
Drzwi teraz uchylały się powoli i bez szmeru, lecz nie ukazał się jeszcze człowiek stojący za niemi. Córka Ingmarów Karina i jeszcze kilka kobiet poczuło, że krew uderza im do głowy i że głęboki rumieniec jak chmura przebiega im przez twarz, wszystkie jednak starały się skupić swe myśli i śpiewać dalej. Mężczyźni zaś zaczęli głośniej śpiewać, silniejszym basem niż przedtem, nie troszcząc się o to, czy zgadzali się w tonie.
Nakoniec, gdy drzwi były już odchylone na pół stopy, ujrzano słusznego, brzydkiego człowieka, który usiłował się wcisnąć przez wązki otwór. Wszedł z postawą nadzwyczaj pokorną i w obawie aby nie przeszkodzić mszy, nie odważył się postąpić, lecz stanął u progu z głową spuszczoną i złożonemi rękami.
Miał na sobie ubranie z cienkiego czarnego sukna, lecz wisiało ono niedbale i fałdzisto na jego ciele. Ręce wystające z pomiętych manszet były kościste i pod skórą przerżnięte nabrzmiałem! żyłami. Twarz miał dużą, piegowatą, brwi zupełnie białe, grubą wargę dolną i ostry rys dokoła ust.
W chwili gdy przybysz stanął w drzwiach, Ljung Björn wstał z miejsca swego i śpiewał stojąc dalej. Natychmiast i inni Dalarczycy, starzy i młodzi powstali również i śpiewali stojąc, podobnie jak Ljung Björn. Oczy ich skierowane były wciąż na śpiewniki i żaden uśmiech nie rozjaśnił ich twarzy; tylko tu i ówdzie ukradkiem spoczął wzrok na człowieku stojącym w drzwiach.
Ale śpiew zabrzmiał nagle głośniej, jak ogień, który pod nagłym podmuchem zapłonie wysoko. Cztery córki Ingmarów, które miały piękne głosy, objęły kierownictwo a dźwięki wznosiły się pełne siły i radości, jak nigdy przedtem.
Amerykanie zaś patrzyli zdziwieni na Dalarczyków, którzy może zupełnie bezwiednie śpiewali wszyscy po szwedzku.




CZĘŚĆ II.
Barbara córka Svena.



Następnego dnia po przybyciu Ingmara do Jerozolimy siedziała Karina, córka Ingmara jak zwykle sama w swym pokoju. Poprzedni wieczór przepędziła w sali zebrań z radości z powodu przybycia Ingmara, i wzięła udział w ogólnej rozmowie. Lecz teraz opanowało ją dawne odrętwienie; siedziała sztywna i wyprostowana w fotelu Halfvora i patrzyła prosto przed siebie nie zajęta żadną robotą.
W tem drzwi się otwarły i wszedł Ingmar. Karina nie zauważyła niczego, aż stanął tuż przy niej. Zmieszała się, że brat zastał ją tak próżnującą, zarumieniła się i szybko wzięła się do robienia pończochy.
Ingmar usiadł na krześle i siedział cicho, nie patrząc na Karinę, jej zaś przyszło nagle na myśl, że wszyscy Dalarczycy mówili wczoraj z Ingmarem tylko o tem, jak im się powodziło w Jerozolimie, Ingmar zaś nie powiedział nikomu, jak się jemu powodzi i dlaczego przyjechał. „Pewnie chce teraz ze mną o tem mówić“, myślała Karina.
Ingmar kilkakrotnie poruszał wargami, jak gdyby chciał rozpocząć rozmowę, ale nie wydobył ani słowa. Karina tymczasowo przypatrywała się bratu. „Zestarzał się strasznie“, pomyślała. „Ojciec nie miał głębszych zmarszczek na czole, a był przecie starym człowiekiem. Albo Ingmar był chory, albo przeszedł coś ciężkiego, odkąd widziałam go po raz ostatni“.
I Karina zaczęła zastanawiać się nad tem, co mogło się stać Ingmarowi. Przypominała sobie, jak przez mgłę, że siostry przeczytywały raz coś z listu, co odnosiło się do niego, lecz była tak zatopiona w własnym bólu, że wszystko, co się działo w świecie zewnętrznym przechodziło bez wrażenia, jako coś, z czem nie miała nic wspólnego.
Z właściwą sobie ostrożnością, starała się Karina obecnie nakłonić Ingmara, aby powiedział jej, jak mu się wiedzie i dlaczego przybył do Jerozolimy „To dobrze, że przyszedłeś do mnie“, rzekła, „gdyż chciałabym wiedzieć, co tam słychać we wsi“.
„Tak“, odrzekł Ingmar, „mogę sobie wyobrazić, że chciałabyś się wiele rzeczy dowiedzieć“.
„U naszych ludzi“ — rozpoczęła Karina powoli, jak ktoś usiłujący włożyć się napo wrót w sytuacyę, od której dawno już odwykł — „było od dawien dawna zwyczajem, że musieli mieć kogoś, aby się do niego stosować; przedtem był to ojciec nasz, później Halfvor, a przez dłuższy czas nauczyciel. Ciekawa jestem na kogo teraz kolej?“
Gdy Karina postawiła to pytanie, Ingmar spuścił oczy i milczał bez jakiejkolwiek zmiany w wyrazie twarzy.
„Może ksiądz jest teraz kierującym?“ odgadywała Karina.
Ingmar siedział sztywnie i prosto i nieodpowiedział nic.
„Myślałam także, że może teraz brat Ljunga Björnsa, Per, będzie pierwszym we wsi“, mówiła Karina dalej, ale i teraz nie otrzymała odpowiedzi.
„Wiem poczęła na nowo, że zawsze było zwyczajem, iż ludzi stosowali się do właścicieli dworu ingmarowskiego, ale nikt nie może wymagać, aby poddawali się człowiekowi tak młodemu, jak ty.
Umilkła, a Ingmar nareszcie odpowiedział.
„Wiesz przecie, że jestem za młody, abym mógł być wybrany do rady gminnej lub na wójta“.
„Można rządzie, nie piastując urzędów“.
„Tak, można“, przyznawał Ingmar.
Gdy to Ingmar powiedział, Karina była uradowana. „Wszystkie te rzeczy mało mnie teraz obchodzą“, myślała, jednak nie mogła się oprzeć uczuciu radości, że dawna potęga i poważanie rodu jej przeszły na Ingmara. Wyprostowała się i rzekła tonem bardziej pewnym siebie:
„Spodziewałam się tego, ze ludzie będą o tyle rozumni i uznają, iż miałeś słuszność obejmując dwór“.
Ingmar rzucił Karinie długie spojrzenie; zrozumiał co się ukrywało w jej słowach. Lękała się, czy nie popadł w pogardę u ludzi, dlatego, iż porzucił Gertrudę.
„Nie, tym sposobem Pan Bóg mnie nie ukarał“, rzekł.
„Jeżeli nie to, to musiało mu się stać co innego“, myślała Karina. Musiała namyśleć się przez chwilę, gdyż z wielkiem trudem tylko mogła włożyć się w myśli i uczucia, które miała w swej ojczyźnie.
„Chciałabym wiedzieć, czy są we wsi ludzie, którzy trzymają się naszej nauki?“ zapytała znowu.
„Najwyżej jeden lub dwóch, więcej nie“.
„Myślałam zawsze, że jeszcze ktoś usłyszy wezwania Bożego i przyjedzie za nami“, rzekła Karina patrząc badawczym wzrokiem na Ingmara.
„Nie“, rzekł Ingmar, „o ile wiem, nikt nie był więcej powołanym“.
„Wczoraj, gdy cię ujrzałam, sądziłam, że na ciebie spłynęła łaska Boża“, rzekła Karina.
„Nie, nie z tej przyczyny przyjechałem“.
Karina milczała przez chwilę, zanim zaczęła znów pytać; potem mówiła niesmiało, jakby lękając się odpowiedzi; „Pewnie tam już nikt o nas nie pamięta“.
Ingmar odrzekł z pewnem zakłopotaniem: „Prawda, że teraz mniej już żałują za wami, niż z początku“.
„Ach, więc żałowali za nami? A ja sądziłam, że czuli to raczej jako oswobodzenie, że się nas pozbyli?“
„O tak, wielu ludzi żałowało za wami“, odrzekł Ingmar z większą żywością, „i długo trwało, zanim sąsiedzi wasi przywykli do ludzi, którzy zajęli wasze mieszkania. Wiem, że sąsiadka Ljunga Björnsa, Beryta Per, chodziła co wieczora w zimie dokoła domu, gdzie on mieszkał.
Powoli wyrzekła Karina następne pytanie. „Tak, więc Beryta najwięcej ze wszystkich żałowała za nami?“
„O nie“, rzeki Ingmar ostrym tonem, „był ktoś, co w jesieni co wieczora, gdy się ściemniło, wiosłował czółnem aż do nauczyciela, siadał na nadbrzeżnym kamieniu, na którym siadywała Gertruda, patrząc na zachód słońca“.
Teraz wiedziała Karina dlaczego Ingmar się postarzał, i szybko zmieniła temat rozmowy. „Czy żona twoja gospodaruje we dworze, podczas twej nieobecności?“ zapytała.
„Tak“, odrzekł Ingmar.
„Czy jest dobrą gospodynią?“
„Tak“, odrzekł Ingmar raz jeszcze.
Karina gładziła ręką fartuszek, zanim znów rozpoczęła rozmowę. Zdawało jej się, że siostry jej opowiadały, że Ingmar nie żyje dobrze z zoną.
»Czy macie dziecko?“ zapytała nakoniec.
„Nie, nie mamy dziecka“, odrzekł Ingmar.
Karina była teraz bezradna; wciąż tylko gładziła swój fartuszek. Nie mogła wprost zapytać Ingmara, dlaczego przyjechał; niebyło nigdy tego zwyczaju na dworze ingmarowskim. Lecz Ingmar sam przyszedł jej z pomocą.
„Barbara i ja mamy zamiar rozwieść się,“ rzekł twardym głosem.
Karina drgnęła. W tej chwili miała takie uczucie, jak gdyby była jeszcze gospodynią na ingmarowskim dworze. Nie pamiętała o niczem, jak tylko o dawnych swych poglądach i uczuciach.
„Niech cię Pan Bóg broni od tego co zawołała. „Nigdy jeszcze z naszego rodu nikt się nie rozwiódł z zoną!“
„Już się stało“, rzekł Ingmar. Radzie dostaliśmy na rok separacyę od stołu i łoża. Po roku musimy się podać o rozwód“.
„Cóż masz przeciw niej?“, rzekła Karina. „Nie mógłbyś dostać zony bogatszej ani bardziej poważanej “.
„Nic nie mam przeciw niej“, rzeki Ingmar wymijająco.
„Więc to ona pragnie rozwodu?“
„Tak“, rzekł Inginar, „to ona pragnie rozwodu“.
„Gdybyś był dla niej takim, jak się należało, nie byłaby żądała rozwodu“, rzekła Karina gwałtownie.
Twardo ujęła poręcze fotelu, była ogromnie wzburzona, co okazało się najwyraźniej przez to, że zaczęła mówić o Halfvorze.
„Dobrze się stało, że ojciec i Halfyor już nie żyją i nie będą na to patrzeć“, rzekła.
„Tak, dobrze jest wszystkim, którzy już nie żyją“, rzekł Ingmar.
„A teraz przyjechałeś tu przez Gertrudę!“, zawołała Karin.
Ingmar nic nie odpowiedział, tylko pochylił głowę.
„Nie dziwi mnie to, że się wstydzisz“, mówiła siostra dalej.
„Wstydziłem się owego dnia, gdy sprzedawano dwór ingmarowski“.
„I cóż ludzie o tem mówić będą, że wybrałeś się, aby się starać o drugą, żonę, zanim jeszcze należycie rozwiodłeś się z pierwszą?“
„Nie miałem czasu do stracenia“, rzekł Ingmar cicho; musiałem przyjechać i zaopiekować się Gertrudą; doszedł nas list z wiadomością, że ona bliską jest obłąkania“.
„O dlatego nie potrzebowałeś się trudzić“ odrzekła gwałtownie Karina, „są tu ludzie, którzy lepiej mogą się nią opiekować, niż ty“.
Ucichło na chwilę w pokoju, poczem Ingmar wstał. „Byłem przygotowany na inny wynik rozmowy“, rzekł, i było tyle godności w jego zachowaniu się, że Karina mimowoli uczuła przed nim takie poważanie, jak niegdyś przed ojcem.
„Wyrządziłem wielką krzywdę Gertrudzie i Stormom, którzy byli dla mnie jak ojciec i matka i sądziłem, że zechcesz mi pomódz złe naprawić“.
„Chcesz do jednego złego dodać jeszcze drugie, porzucając prawnie poślubioną żonę“, rzekła Karina gwałtownie. Starała się gniew swój podsycać ziemi słowami, gdyż zaczęła się lękać, że Ingmar mógłby ją nakłonić do swego mniemania.
Lecz Ingmar nie odpowiedział wcale na jej słowa tyczące się jego żony, i rzekł tylko:
„Sądziłem, że będziesz uradowana tem, iż zamierzam iść drogą przez Boga wskazaną?“
„Czyż mogę być uradowana tem, że porzucasz dom i żonę, aby gonić za kochanką?“
Spokojnie zbliżył się Ingmar ku drzwiom; wyglądał znużony i chory, lecz nie było w nim gniewu, i wcale nie wyglądał na takiego, którego prze wielka, niepowściągnięta miłość. „Gdyby żył jeszcze Halfvor, poradziłby ci, abyś wrócił do domu i przeprosił się z żoną, wiem to z pewnością“, rzekła Karina.
„Zupełnie przestałem kierować się wedle rad ludzkich“, odrzekł Ingmar.
Teraz Karina wstała; była znów rozgoryczona, gdyż Ingmar wskazał na to, że postępuje wedle Bożego rozkazu. „Wątpię, czy Gertruda myśli o tobie jeszcze w ten sposób, jak przedtem“, rzekła.
„Tak, wiem o tern, że tu w kolonii nikt nie myśli o małżeństwie“, rzekł Ingmar, ale muszę przynajmniej spróbować“.
„Tak, ciebie to nie obowiązuje, co członkowie naszej gminy przyrzekli sobie wzajemnie“, przerwała mu Karina, „ale może będzie to dla ciebie waźniejszem, gdy ci powiem, że Gertruda zwróciła swą sympatyę ku innemu“.
Ingmar był już przy drzwiach. Gdy usłyszał te słowa zatrzymał się i wyciągnął rękę niepewnie, jak gdyby nie mógł znaleść klamki, lecz nie zwrócił się twarzą do Kariny. Lecz po chwili Karina cofnęła swe słowa.
„Nie chcę, broń Boże twierdzić, iż ktoś między nami może kochać drugiego człowieka miłością cielesną“, rzekła, lecz zdaje mi się, że Gertruda kocha teraz każdego; chociażby najnieznaczniejszego brata w kolonii, więcej niż ciebie, który do nas nie należysz“.
Ingmar westchnął głęboko; otworzył szybko drzwi i wyszedł.
Karina siedziała jeszcze przez chwilę pogrążona w głębokiem zamyśleniu, potem wstała, przegładziła włosy, zawiązała chustkę na głowie i poszła rozmowie się z panią Gordon.
Otwarcie opowiedziała Karina pani Gordon, w jakim celu Ingmar przyjechał. Radziła kierowniczce, aby nie pozwoliła Ingmarowi zostać w kolonii, jeżeli nie chce narazić się na utratę jednej z sióstr. Lecz, podczas gdy Karina mówiła, pani Gordon siedząc przy oknie patrzyła na podwórze, gdzie Ingmar stał oparty o kolumnę i wyglądał bardziej niż kiedykolwiek niezgrabnie i bezradnie; lekki uśmiech przebiegał po twarzy pani Gordon.
Odpowiedziała Karinie, że niechętnie odseła kogoś z kolonii, a tem mniej człowieka, który przybył z tak daleka i ma między kolonistami tylu krewnych. Jeżeli Bóg chce zesłać próbę na Gertrudę, to należy się wystrzegać przeszkodzić temu, aby próbę tę przebyła.
Karina była zdziwiona tą odpowiedzią. W zapale przystąpiła bliżej do pani Gordon i ujrzała, komu się pani Gordon przypatrywała z uśmiechem. Karina jednakowoż spostrzegła tylko, jak podobnym Ingmar był teraz do ojca, i chociaż gniewaław się na niego, to jednak zła była, że pani Gordon nie zrozumiała, iż człowiek, który tak wyglądał, był mądrzejszym i dzielniejszym, niż inni ludzie.
„Dobrze“, rzekła. „Może go pani i zostawić w kolonii, bo ten człowiek w każdym razie potrafi urządzić tak, aby było wedle jego woli“.

∗             ∗

Wieczorem tegoż dnia większa część kolonistów zebrana była w dużej sali. Było im tam bardzo przyjemnie i wygodnie. Jedni przypatrywali się wesołym zabawom dzieci, inni rozmawiali o zdarzeniach ubiegłego dnia, inni znów usunęli się w kąt i czytali amerykańskie gazety. Gdy Ingmar ujrzał tę wielką salę jasno oświetloną i tyle szczęśliwych i wesołych twarzy, nie mógł powstrzymać się od myśli: „Z pewnością ci ludzie z Dalarne czują się tu szczęśliwymi i nie tęsknią do ojczyzny. Ci Amerykanie umieją lepiej niż my urządzić się tak, aby im i drugim było przyjemnie,. Tak to zgodliwe współżycie sprawia, że koloniści mogą z łatwością znosić wszelkie troski i niedostatki; rozumię to doskonale. Prawda, że tacy, którzy dawniej posiadali dwory muszą się dziś zadowolić jednym pokojem, lecz za to mają teraz więcej uciech i zabawy niż przedtem. A nadto widzieli i nauczyli się ogromnie wiele. Nie mówię już o dorosłych, ale zdaje mi się, że najmniejsze dziecko tu, umie więcej odemnie“.
Kilku chłopów zbliżyło się do Ingmara i zapytało go, czy nie zdaje mu się, że jest im tu dobrze. „Tak“, rzekł Ingmar, „nie mogę temu zaprzeczyć“.
„Mysiałeś może, że my tu w jaskiniach mieszkamy?“ zapytał Ljung Björn.
„O nie, wiedziałem, że tak źle nie jest“, odrzekł Ingmar.
„Ale, o ile nam wiadomo, rozszerzono tam w domu podobne pogłoski“.
Tego wieczora wypytywano Ingmara bardzo o wieś rodzinną. Jeden po drugim zbliżał się, siadał przy nim i dowiadywał się o swych najbliższych i prawie wszyscy pytali się o Ewę córkę Gunara.
„Jest zdrowa i wesoła“, rzekł Ingmar i skoro tylko spotka się z kimkolwiek, wygaduje na Helgumczyków“.
Między obecnymi zwrócił uwagę Ingmara na siebie młody człowiek, który przez cały wieczór trzymał się w jego blizkości, lecz nie przemówił do niego. „Ciekaw jestem kto to być może, jest nadzwyczajnie do mnie podobny, a patrzy na mnie z taką złością, jak gdyby miał wielką ochotę wyrzucić mnie za drzwi?“, myślał Ingmar. Nakoniec przyszło mu na myśl, że jest to pewnie jego kuzyn Bo, który był przez wiele lat w Ameryce.
Ingmar zbliżył się do Boa i oddał mu pozdrowienie od rodziców. Bo zadał kilka pytań tyczących się własnej rodziny, ale potem pragnął wiedzieć, jak się ma nauczyciel. Nagle powstała cisza dotychczas nikt nie ośmielił się mówić z nim o Stormach, i Ingmar zauważył, jak kilku z obecnych potrąciło Boa. aby mówił o czem innem. Ale Ingmar odpowiedział spokojnie, że nauczyciel ma się dobrze i zamierza na przyszły rok dać się spensyonować. Potem Ingmar dodał:
„Cieszy mnie to, że myślisz jeszcze o nauczycielu, chociaż on był w szkole bardzo niełaskawym dla ciebie“.
Wszyscy śmiali się, gdyż przypomnieli sobie, jak często Storm skarżył się na głupotę Boa. Bo odwrócił się i odszedł nie pytając o nic więcej.
Stary kapral Flet jak zwykle zgromadził dokoła siebie dzieci i opowiadał im historye. Ingmar nie widział Fleta od czasu, gdy tenże został przyjacielem dzieci, był więc bardzo zdziwiony i zbliżył się, chcąc słyszeć, co on dzieciom opowiada. Słyszał tedy, iż stary opowiadał, że w młodości swej raz podczas nocy czwartkowej pukał do drzwi kościelnych i wywoływał umarłych.
Córka Ingmara Marta przypatrywała się dzieciom zgromadzonym dokoła Fleta i spostrzegła, ze zbladły ze strachu.
„Nie opowiadaj im tych historyi z duchami Flecie“, rzekła surowo. „Opowiedz im raczej coś pożytecznego i pouczającego“.
Stary zastanawiał się przez chwilę i rzekł:
„Opowiem im, co mi raz moja matka mówiła, chcąc mnie pouczyć, abym się obchodził po ludzku z zwierzętami“.
„Tak, to dobrze“, rzekła Marta o