Strona:Selma Lagerlöf - Jerozolima cz. II.djvu/135

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Gertruda podniosła głowę i spojrzała na Boa. Było to całkiem niezwykłe, że przemówił wprost do niej: „To jest w istocie dziwne powiedzenie“, rzekła.
„Tak, rzekł Bo bardzo rozważnie i powoli, często zauważyłam, że dzieci są najgrzeczniejsze, kiedy w zabawie naśladują starszych. Nigdy niejesteśmy bezpieczniejsi przed nimi, niż kiede zabiorą się do przeorania roli, którą sobie ogrodzili na gościńcu, kiedy napędzają gniadego lub trzaskają z bicza zrobionego z nitki, albo też, gdy robią w błocie ulicznem grządki patykiem. Są bardzo zadowolone i grzeczne, gdy spieszą się, aby uprzedzić sąsiada z siejbą, gdy biadają nad tem, że ziemia rolna taka jest ciężka do przeorania.
Z pochyloną głową Gertruda zrywał kwiaty, nic nie odpowiadając, nie rozumiała do czego zdążał Bo.
„Przypominam sobie dobrze“, ciągnął Bo dalej z tą samą powagą, „jak to ładnie było, gdy raz zbudowałem sobie stajnię z drewnianych klocków a z szyszek zrobiłem krowy. Codziennie rano i wieczór przynosiłem krowom świeżo skoszonego siana a czasami mówiłem, że nadeszła wiosna i że muszę moje krowy pędzić na paszę. Świstałem na brzozowej świstałce i wołałem przez całe podwórze: „gniada“ i „siwa“! Opowiadałem matce, ile mleka dają krowy i ile mógłbym dostać ze sprzedaży