Strona:Selma Lagerlöf - Jerozolima cz. II.djvu/139

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„Trudno nam w istocie nie wierzyć, że nie jesteśmy znowu dziećmi, które przekopują pole kartoflane, nie większe od stołu i orzą je pługiem zrobionym z gałązki i mają małego osła i nie mają innych obowiązków, jak zrywanie kwiatów i trochę także uprawianie winogradu“.
Bo zamknął oczy, aby lepiej myśleć i Gertruda spostrzegła nagle, że był dziwnie podobny w tej chwili do Ingmara Ingmarsona; a cała twarz jego wyrażała mądrość i zastanowienie się.
„Ale widzisz, to nie jest jeszcze najważniejszą rzeczą“, zaczął znów mówić po chwili. „Najważniejszem jest to, że mamy teraz o ludziach dziecinne sądy i wierzymy, że wszyscy są dla nas życzliwi, chociaż niektórzy bardzo się srogo z nami obchodzą“.
„Tak, było to tak zapewne zawsze, że Chrystus miał głównie na myśli usposobienie ludzkie, gdy powiedział owe słowa“, rzekła Gertruda.
„Ale i nasze usposobienie zmieniło się“, przerwał Bo, „jestem tego pewny. Czy nie zauważyłaś że jeżeli teraz mamy jakieś ciężkie zmartwienie, nie dręczymy się niem przez całe dni lub tygodni, lecz pokonywamy je za kilka godzin?“
W tej chwili zawołano obojga, aby przyszli na śniadanie. Bo był z tego powodu bardzo niezadowolony; byłby mógł przez cały dzień chodzić