Strona:Selma Lagerlöf - Jerozolima cz. II.djvu/173

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zostanie. Nie mam serca bronić mu, by ją widział, jak długo to możliwe“.
Pozwoliła mu więc zostać przy drzwiach tak, iż słyszał każde słowo, które mówiła Gertruda. Gorączka jej nie była tak silna, aby mówiła nieprzytomnie, ale wciąż wspominała o kwiatach i o rzekach, tak samo jak inni chorzy, i bezustannie skarżyła się na dręczące ją straszliwe pragnienie.
Betsy nalała wody do szklanki i podała jej mówiąc: „Napij się tej wody Gertrudo, ona nie jest zła“.
Gertruda wyprostowała się trochę na poduszkach, wzięła szklankę i dotknęła jej się ustami. Lecz zanim jeszcze skosztowała, odrzuciła w tył głowę. „Czy nie czujesz jak strasznie cuchnie ta woda?“ zapytała z wyrzutem. „Chcesz mnie z pewnością zabić“.
„Ta woda nie ma ani złego smaku ani złej woni“, rzekła Betsy łagodnie. „Jest ona specyalnie oczyszczona dla chorych, aby mogli ją pić bezpiecznie“.
Chciała przynaglić Gertrudę, aby piła, ona jednak odtrąciła szklankę tak gwałtownie, że woda rozlała się na kołdrę.
„Widzisz przecie, że i tak jestem bardzo chorą, dlaczego więc chcesz mnie jeszcze truć?“ rzekła.
„Byłoby ci lepiej, gdybyś tylko skosztowała wodę“, nalegała Betsy.