Strona:Selma Lagerlöf - Jerozolima cz. II.djvu/155

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Coraz mozolniej szedł dalej; był zupełnie wyczerpany i bezsilny.
Koloniści siedzieli już przy wieczerzy; wtem odezwało się ciche dzwonienie u bramy.
Gdy otworzyli, siedział Tims Halfvor na ziemi przed bramą; był bliskim końca. Przed nim stała trumna jego córeczki; wyjmował pojedyńcze kwiaty z wielkiego bukietu zwiędłych anemon i rzucał je na trumnę.
Ljung Björn otworzył był bramę; zdawało mu się, że Halfvor coś mówi do niego i schylił się, aby go zrozumieć.
Kilkakrotnie Halfvor rozpoczynał na nowo, zanim udało mu się wypowiedzieć wyraźnie słowa.
„Wyrzucili naszych zmarłych“, rzekł; leżą pod gołem niebem, tam w Gehennie. Musicie zabrać ich tej nocy“.
„Co mówisz?“ pytał Ljung Björn, nie rozumiejąc wcale, o co idzie.
Umierający zebrał ostatki swych sił i podniósł się.
„Wyrzucili z grobów naszych zmarłych, Björnie. Tej nocy muszą nasi ludzie zejść do Gehenny i zabrać ich“.
Powiedziawszy to, upadł na powrót i jęcząc siedział na ziemi.
„Jestem zupełnie bezsilnym Björnie; jest coś złego z mojem sercem“, rzekł z trudem. Lękałem