Strona:Selma Lagerlöf - Jerozolima cz. II.djvu/176

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ma zawsze dobrą wodę“, rzekła. „A to pochodzi stąd, iż źródło jej wypływa w raju“.
„Ciekawam, skąd ty lub ktokolwiek inny może to wiedzieć“, rzekła Betsy z lekkim uśmiechem.
„A jednak wiem“, rzekła Gertruda poważnie; „Widzisz panna Young opowiadała nam, że pewnego lata, podczas strasznej posuchy, przyszedł raz biedny woziwoda do moszei po wodę. Zawiesił swe wiadro na haku wiszącego ponad studnią powroza i spuścił je w dół. Ale gdy wiadro uderzyło o wodę, wypadł hak i został na dnie studni. Zrozumiesz przecie, że człowiek ów nie chciał stracić swego wiadra?“
„Tak, rozumie się“, rzekła Betsy.
„Sprowadził więc rychło innych woziwodów i oni spuścili go do studni“.
Gertruda podniosła się na łokciach i spojrzała na Betsy błyszczącemu od gorączki oczami.
„Zeszedł do wielkiej głębi“, ciągnęła dalej, „a im głębiej spuszczał się, tem bardziej się dziwił, gdyż z głębi dochodziło go łagodne światło. A gdy nareszcie czuł grunt pod nogami, uciekła gdzieś woda a przed nim roztoczył się najpiękniejszy ogród. Nie było wprawdzie słońca ani księżyca, ale rozlegało się słabe światło dzienne, tak że mógł wszystko widzieć dokładnie. Najdziwniejsze było to, że wyglądało tak, jakby tam na dole wszystko było uśpione, kwiaty miały zamknięte kielichy,