Strona:Selma Lagerlöf - Jerozolima cz. II.djvu/147

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


oddaleniu od drogi, kilku ludzi było zajętych waleniem muru. Stanął i przypatrywał się im. Cóż to był za mur, który tu stał? Czy był to budynek, czy mur ochronny? Tam opodal powinien właściwie być cmentarz, lub czy może poszedł był fałszywą drogą?
Trwało to kilka minut, zanim się zorjentował i zrozumiał co się stało. Oto robotnicy pracowali nad zwaleniem wysokiego muru cmentarnego.
Halfvor perswadował sobie, że walą mur, aby rozszerzyć miejsce, lub otoczyć je parkanem i myślał, że będzie tam mniej wilgotno i chłodno, gdy mur się usunie. Mimoto opanował go silny niepokój, tak iż zaczął biedź. „Czy tylko nie zepsuli grobu!“ pomyślał. „Dziecko leży przy samym murze, czy tylko nic mu się nie stało!“
Bez tchu pnął się po gruzach, by dotrzeć do cmentarza. Nareszcie doszedł na miejsce, z którego roztaczał się przed nim widok cmentarza. Lecz w tej chwili uczuł, że serce jego nie jest w porządku. Przestało uderzać, potem uczuł kilka gwałtownych uderzeń i znów ustało. Zupełnie, jak zegar, którego mechanizm jest zniszczony.
Halfvor musiał usiąść na kamieniu, lecz teraz znów serce biło, jakby miało pęknąć. Po długiej chwili uspokoiło się i wróciło do zwykłego stanu, ale z trudem i po wielkim wysiłku, „Nie zginę jeszcze“, rzekł z cicha, „Przezwyciężę to jeszcze“.