Ocean (Sieroszewski, 1935)/Część II/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Ocean
Podtytuł Powieść
Pochodzenie Dzieła zbiorowe
Data wydania 1935
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Bibljoteka Polska“
Druk Zakłady Graficzne „Bibljoteka Polska“ w Bydgoszczy
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI (testowo)
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
WACŁAW SIEROSZEWSKI
DZIEŁA
ZBIOROWE
TOM XIX
OCEAN
POWIEŚĆ HISTORYCZNA
II
INSTYTUT WYDAWNICZY
„BIBLJOTEKA POLSKA“
WARSZAWA

Wszystkie prawa autorskie zastrzeżone.
Copyright by Wacław Sieroszewski (Sirko)
ninteen hundred thirty five.

Drukiem Zakładów Graficznych „Bibljoteka Polska“ w Bydgoszczy

XXVI.

Różowy świt, przechodząc w złoty dzień, malował swemi barwami gładę morza i tkwiący wśród niej okręt.
Beniowski czekał czas jakiś, czy poranne niewyraźne podmuchy nie zamienią się na mały choć wiaterek, który popchnie naprzód kołyszący się słabo i obracający na miejscu statek. Gdy jednak oczekiwania te go zawiodły, gdy szybko narastający upał i duchota ciszy przydusiły ostatecznie wszelkie ślady powiewów, rozporządził się, aby zwinięto żagle i spuszczono na wodę dużą szalupę. Jednocześnie wezwał do siebie Chruszczowa i, dowiedziawszy się, że w składzie istotnie zachowała się jeszcze beczułka tranu, kazał ją nawierzch wytoczyć, wybrać ze składu skór lepsze, świeższe i niewyprawne, polecił je z sierści oczyścić, drobno pokrajać i warzyć długo w wodzie słodkiej, zaprawiwszy dobrze tranem.
— W ten sposób otrzymamy strawę, choć mniej może pożywną i smaczną od ciasta z ryb solonych, ale zato nie wzbudzającą do tyla, co tamta, pragnienia!...
Pomysł Beniowskiego rozpowszechnił się niezwłocznie wśród załogi, zyskując ogólne uznanie i budząc nowe nadzieje. Ludzie ochoczo spuszczali łódź, szykowali liny i spełniali polecenia, których zarządzeniem zajął się osobiście Beniowski. Tylko starzy marynarze powątpiewająco patrzyli na te przygotowania.
— Holować statek po morzu!... Nie słyszeliśmy jeszcze o tem!... I dużo przejedziemy w ten sposób!... Najwyżej piętnaście, dwadzieścia węzłów przez dzień...
— Dobre i to!... Czyż nie lepiej, niż kręcić się na miejscu, jak przywiązana za nogę kaczka!?... Zawsze posuniemy się naprzód!... — dowodził Urbański.
— Ale co trudu, co pracy!?... A ludzie osłabieni!... Żywy ogień z nieba pada!... Powiosłuj w takiem gorącu i wtedy gadaj, grubalu!...
— Juści że będę wiosłował, jak każą!... — odcinał się oficer.
— Żadne tam wiosłowanie nie pomoże, skoro onego morze-ocean nie chce. Wszak z pośród niego „sobór“ powstał! — wstawił posępnie a znacząco Czułosznikow, kiwając głową w stronę wodnych przestworzy.
— Dalej, dalej!... Bierzcie się do roboty! Nie gadać!... — popędzał ich Urbański.
Szalupa z dwunastu wioślarzami już bujała się na srebrnej, ciężkiej, jak oliwa, toni, wiosła zgodnie orały głębinę, wyrzucały stamtąd wgórę ogniste bryzgi, rysowały zwierciadło wody kręgami, brózdami, zmarszczkami, złotemi łuskami.
Ciężka lina, ciągniona przez łódeczkę, obwisła i nurzała się w wodzie. Wszyscy z zapartym oddechem, zebrani na dziobie statku, czekali na skutek, i gdy statek nagle wyprostował się i wolniuchno posunął naprzód, okrzyk radości uderzył w niebiosa.
Radość jednak trwała niedługo.
Ruch był tak słaby, a wysiłek tak wielki, iż szemranie wynikło wśród załogi, gdy wróciła na pokład pierwsza zmiana wioślarzy spotnialych, śmiertelnie znużonych, nieledwie umierających z nadmiernego na upale wysiłku.
— Pić! — prosili nieszczęśnicy przejmującym, ochrypłym szeptem.
— Pić!
Dano im po malutkiej czarce wody, która znikła bez widocznej ulgi w ich czarnych, spękanych ustach, jak drobne krople rosy upadłe w szczeliny rozpalonych kamieni. Powlekli się w cień nawisów i, powaliwszy się tam twarzą i piersią na gorący pokład, cicho jęczeli bez ruchu.
Nowa partja wioślarzy walczyła tymczasem na Oceanie wśród nieznośnego gorąca i słonecznego blasku z nieruchomością okrętu. Przygnębiona załoga śledziła ich ruchy, zapalonemi od olśniewającego światła oczyma, słuchała z ponurą niechęcią monotonnej piosenki, nadającej zgodność uderzeniom:

Hej, opuść, pociągnij, poderwij...
Raz... dwa!...
Hej, opuść, pociągnij, poderwij...
Raz... dwa!

Nagle umilkła piosenka, wśród holowników wynikł zamęt, łódź chybnęła się niebezpiecznie w jedną, potem w drugą stronę, rozległy się nie zrozumiałe, pełne trwogi okrzyki. Wioślarze, zamiast robić wiosłami, pozdejmowali je z dulek i bili niemi bezładnie po kołyszącej się wodzie.
— Co tam?... — pytał się przez tubę Beniowski.
Zanim mu odpowiedziano, sam dostrzegł wynurzające się raz po raz z rozigranych fal ostro ścięte płetwy oraz końce ogromnych ogonów i wlot zrozumiał. Kazał więc natychmiast spuścić bat, ludziom uzbroić się w ostrogi, bosaki, flinty i, siadłszy z nimi do pomniejszej łódeczki, popłynął na pomoc przestraszonym wioślarzom.
Ci już nie rzucali się wprawdzie bezmyślnie z boku na bok swego stateczku, posłuchawszy rad doświadczeńszych z pośród siebie towarzyszów, lecz siedzieli pośrodku, podniósłszy wiosła do góry, i wołali, aby ich ciągniono liną na okręt.
Zaledwie bat zbliżył się ku nim na doniosłość głosu, jak wrzasnęli zgodnie:
— Baczność!... płyną do was!...
W tej chwili ciemna chmura zaczerniała w wodzie tuż u burty stateczku; woda wydęła się i zakołysała łódeczką.
— Baczność!... Nie ruszać się!... Uderz, uderz... dalej!... Raz... dwa!... — krzyknął Beniowski.
Zmartwiali z przerażenia żeglarze zastygli z wiosłami wzniesionemi do góry, jakgdyby pełni przekonania, że po zanurzeniu ich zostaną natychmiast wciągnięci przez potwory do morza.
W zielonawem przezroczu wody widać było całe stado ogromnych ryb, wobec których bacik wydawał się małą łupinką. Krążyły u samej powierzchni wody, połyskując sinemi grzbietami, to zapadały się wdół, nikły w niezgłębionych szmaragdowych otchłaniach, to nagle wylatały stamtąd z impetem tak strasznym, że wątpliwości być nie mogło, iż, uderzywszy w dno łódeczki, rozbiją ją na drobne trzaski. Wywracały się nagle na bok, błyskając srebrnemi brzuchami i czerwonemi, jak krew, skrzelami, otwierając przykrótkie, podobne do worów, paszcze z rzędami wielkich białych kłów.
Wokoło nich wili się wieczni ich towarzysze, pary ryb-retmanów, podobnych do żmij.
Woda wokoło burliła się od igraszek olbrzymów, tworząc wielki wir. Były coraz śmielsze, podmykały pod łódź coraz bliżej, wreszcie jeden otarł się o nią, że podskoczyła na falach.
— Pchnij!... uderz!... — zawołał Beniowski na harpuniarza, stojącego na dziobie statku.
Ten wzniósł oścień, ale wahał się, gdyż napastniczy rekin już się pogrążył, malał szybko, uchodził w przepaść Oceanu, natomiast z innej zupełnie strony wypływał drugi, mijał się z tam? tym, wyginał, zawracał. Zebrała się nagle w głębiach cała ich chmura, ruchliwych, zwrotnych, zmniejszonych odległością, niby rój stynek, aby, buchnąwszy ku górze, zamienić się w oczach przerażonych marynarzy w ryby wielkie i silne, jak złomy lecących skał.
Wreszcie żeglarz pchnął długą ostrogą, ale nie trafił, stracił równowagę i o mało nie wpadł do fal. Co gorsza, tak bacik nachylił, że ten czerpnął burtą wody.
Krzyk grozy wyrwał się z piersi majtków, śledzących z szalupy walkę towarzyszy. Rekiny wszystkie opuściły ich teraz i całą swą zaciekłość obróciły na mniejszy stateczek, który widocznie uważały za jakowegoś mieszkańca wód: wieloryba, delfina lub inną zwykłą ich zdobycz
Chybotliwy ruch łodzi nie uszedł uwagi morskich drapieżników i te ponowiły zaraz atak. Wtedy Beniowski wyrwał ostrogę z rąk niemrawego majtka i, odsunąwszy go, sam stanął na dziobie łódeczki.
Niedługo czekał, uderzył i ramię natychmiast wraz z dzidą poderwał. Zakotłowała się woda, zwinął się potwór i opadł błyskawicznie w głębinę, ciągnąc za sobą koralową wstęgę posoki. Ale ku temu miejscu już gromadą płynęły inne, zwabione zapachem krwi.
Beniowski czekał z grotem w podniesionej ręce i bystro wpatrywał się w toń rozedrganą i lśniącą w promieniach olśniewającego słońca. Po chwili znowu uderzył, i znowu zakotłowała się i zabarwiła purpurowa woda. Ruchy rekinów stały się jednak tak gwałtowne, że bacik skakał i chylił się na falach, jak w burzę.
Beniowski, rozumiejąc niebezpieczeństwo, kazał kierować ku szalupie, nie przestając zresztą na chwilę opędzać się od potworów. Od gorąca, od wysiłków twarz mu nabrzmiała krwią, stała się ciemna, prawie sina, ściągnięte brwi i najeżone wąsy nadawały jej wyraz srogi, nieubłagany. Ze świątobliwą trwogą, ze zgrozą prawie i zachwytem zarazem patrzyli nań marynarze. Wtem, gdy ranioną w Bolszerecku nogę oparł Beniowski na okładce burty, aby snadniej wyrwać uwięzły w cielsku nieprzyjaciela oścień, poczuł srogi ból w stopie, potem nagle w bucie ciepło i mgła zasnuła mu oczy. Ostatnim wysiłkiem woli wyrwał ostrogę i padł wtył na ręce wylękłych towarzyszy.
Pochwycili go, jęli cucić, a spostrzegłszy, że z obuwia cieknie krew, rozzuli go pośpiesznie, przewiązali mu mocno krwawiącą się nogę sznurem wpół łydki i przenieśli go natychmiast na szalupę, która na szczęście okazała się tuż obok. Sami się tam wszyscy przenieśli, opróżniwszy niebezpieczny bacik. Na dany znak pociągnięto ich zwolna liną zpowrotem na okręt.
Beniowski, który wrócił już do przytomności, leżał na dnie w kole milczących marynarzy i patrzał na wysokie, kołyszące się i sunące wolno ponad nim niebo.



XXVII.

Osłabienie, wywołane utratą krwi, oraz gorączka, spowodowana otwarciem i zaognieniem się rany, przykuły Beniowskiego na czas jakiś do łoża. Choć Meder zalecał bezwzględny spokój, chory nie zażywał go jednak. Co chwila nowe wydarzenia wymagały jego interwencji i sankcji.
Pierwszy wpadł Chruszczow i pytał go, co robić:
— Załoga burzy się i żąda, aby jej wydać pełną porcję wody. Tymczasem musieliśmy część jej użyć do gotowania skór, więc chciałem powetować ubytek... Jest jej tak mało, że doprawdy nie wiem, co będzie... Co radzisz?... Dać, czy nie dać?
— Nie dać!...
— Burzą się!... — powtórzył z zakłopotaniem Chruszczow.
— A więc rób, jak uważasz!... Mojem zdaniem, nie dawać!
— Właśnie nie wiem sam, co robić: nie dam sobie z nimi rady, może przyjść do nowych gwałtów, w których i tę resztę wody rozleją... Więc jak?...
Beniowski milczał i nie patrzył na przyjaciela.
— W dodatku gwałtem wymagają, żeby im krew pozwolono puszczać!... Dowodzą, że ich gorączka, ich słabość oraz ból głowy od słonecznego żaru i od zapalenia humorów pochodzi, że oni nie chcą cierpieć nadaremno i zginąć od niespodziewanego udaru słońca... Daremnie ja, Meder, Baturin przekładamy im, że po puszczeniu krwi będzie im gorzej, że pragnienie będzie im silniej dokuczać: podejrzliwie słuchają naszych dowodów i stoją na swojem... Niektórzy prostemi nożami zaczęli sobie i innym żyły rozcinać...
— Zawołaj do mnie Medera!
Niemiec skrupulatnie wyjaśnił, że skoro z ciała płyn zostanie wypuszczony, to trzeba go wodą zasilić, że osłabienie ludzi wzrośnie, gdyż przy tej strawie, jaka jest, krew nie odnowi się rychło...
— Choć pewnie dużo tam jest zła materja, zgorzała, ale lepsza taka, niż żadna!... — zakończył stanowczo.
— Ty jednak im puść, doktorze, puść troszkę, żeby szkody nie zrobić, ale puść, skoro tak proszą! To ich uspokoi i zajmie, a... w tym czasie może się co zdarzy! — postanowił Beniowski.
Po długim namyśle kazał też Chruszczowowi wydawać pełną porcję wody tym, którym krew puszczą.
— Będzie to popychanie wszystkich ku temu! — zauważył trochę zdziwiony Chruszczów.
— Tak, ale wszystkim krwi puścić odrazu niepodobna. Będzie to się odbywało kolejką, przez co zyskamy na czasie i uśmierzymy wzburzone umysły... Niema też w tem postanowieniu ani zgody, ani odmowy na prośbę załogi, a o to właśnie chodzi!...
— Aha, rozumiem, rozumiem i biegnę zaraz ich uspokoić!... — zawołał Chruszczów, zabierając się do wyjścia.
Chwilę potem zjawił się Czurin.
— Czy mam, komendancie, rozpiąć żagle, czy tak je pozostawić, jak są? — zapytał.
— A co?... Czy zaszła jaka w powietrzu zmiana?... Czy zaczyna wiać?...
— O, nie! — westchnął żeglarz. — Powietrze wciąż, jak mur!
— Obłoków nie widać?...
— Nie, nie widać! Wciąż te same „suche chmury“ piętrzą się na widnokręgu, ale niebo czyste pośrodku, jak babski pośladek. Co będzie, co będzie?... Rekiny, niby stado kruków, wiją się chmarą koło naszego statku, straszą ludzi, którzy widzą w tem złą wróżbę... Więcej nawet bestyj dzisiaj, niż wczoraj!... Nie pomogło kłucie.
— Każ zarzucić wędę... Skórą owinąć hak, umoczyć w tranie i rzucić, może się który połakomi...
— Nikt tego jeść nie będzie, miłościwy panie!... Toć to ludojady!...
— Są wypadki, że ludzie ludzi jedzą! — odrzekł chmurnie Beniowski. — Zrób, co kazałem!...
— A żagle zostawić zwinięte?...
— Nie!... Rozepnij je lepiej!... Na wszelki wypadek... Potem może sił załodze nie starczyć...
— Słucham!...
Odszedł. Zmęczony Beniowski zamknął oczy i zapadł na chwilę w półsen, w półomdlenie. Widział się w jakimś ogrodzie, który znał dobrze, pełnym kwietnych klombów i cudnych zapachów; stare, wielkie drzewa szumiały opodal, ciemny dach starożytnego dworu wysuwał szary szczyt z pośród zielonych konarów... Usypaną żółtym piaskiem aleją zbliżała się ku niemu Nastazja, odziana w bogatą, złotem przetykaną szatę... Z pod drogiemi kamieniami sadzonego diademu spadała jej na twarz, piersi i całą postać przejrzysta, srebrem dziergana zasłona. Gdy zbliżył się tyle, że rękę już ku niej wyciągnął i miał jej dotknąć, uchyliła nagle na dwie strony zasłonę i ujrzał wtedy w jej ramce bogatej okropną twarz... kościotrupa. Szczerzyła zęby w przeraźliwym uśmiechu... A jednak poznawał po oczodołach, po zarysie policzków, podbródka i czoła, poznawał, że to była ona.
Obudził się okryty zimnym potem.
Zmierzch blady płynął z zewnątrz przez otwarte drzwi i małe okienka do środka już mocno zamroczonej kajuty. Wraz z tem światłem bladem i szmerem fal, cicho pluszczących o boki okrętu, dobiegł Bieniowskiego monotonny, dobrze mu znany śpiew sekciarzy Chołodiłowa:

...Z miłym drużkiem siedziałem wieczorem,
A dziś ciało me już obmywają,
Obmywają i do trumny kładą...
Duszę moją na sądy prowadzą,
Mimo raju wiodą przejasnego!
Mimo Państwa wiodą Niebiańskiego!
Płacze dusza grzeszna,
Płacze, szlocha;
„Och, gorze mnie, gorze, nieszczęśliwej!
Nie zaznałam rozkoszy niebiańskiej,
A poznałam już piekło szatańskie!
Pobywałam sobie w wolnym świecie,
Ojca — matki wtedy nie uczciłam,
Chrysta-Boga jeno rozgniewałam,
Djabła jeno cieszyłam-bawiłam!...
Och, gorze mnie, gorze, wielo-gorze!...
Zapoznałam się z piekłem bezdennem,
Gdzie rzucono duszę moją grzeszną
W żar gorący i w ciem nieobeszłą...
.............

Przez drzwi zajrzał ostrożnie Bielski.
— Chodź, chodź!... Nie śpię!... — zawołał nań Bieniowski. — Co!? Co powiesz?... Jak się ma... Nastazja?
— Lepiej. Właśnie prosiła mię, żebym zajrzał do ciebie!...
— Pewnie brak jej wody... Mówiłeś, że gorączka ją męczy?... Tutaj... schowałem dla niej... — mówił w podnieceniu chory, szukając w ciemnościach po stole.
— Ona nie przyjmie... Sam cierpisz... żar bije od ciebie, jak z pieca...
— A ty jej nie mów... podsuń... nieznacznie!... Och, przyjacielu, jakże się wszystko plącze!... Jakże bardzo chwilami pragnę... spoczynku... Zamknąć oczy i usnąć, usnąć... zaraz i na wieki...
— Co?... Co?... Usnąć na wieki? Ty to mówisz, ty?... Bój się Boga!... Toć bez ciebie wszystko się tu zawali!... Porżną się oni wszyscy, nie zwlekając grdyki sobie poprzegryzają, jak wilki!... Ledwieś się położył, a już zaczęły się podszepty, tajne schadzki, zmowy i widziałem obrzydłą mordę Stiepanowa, chytrze wyglądającą z kuchni... W cóż się obrócą plany twoje szerokie? Kto przeciwdziałać będzie tu na wschodzie zbrodniczej sile zaborczej?... A pomoc, która miała być stąd niesiona nieszczęsnej naszej Ojczyźnie, omdlewającej tam daleko w walce nierównej?... Wszystkie trudy nasze i zachody zostaną marnie stracone!... I wogóle, czy warto było ponosić katusze i trwogi podobne do naszych, ważyć się na tylorakie groźne niebezpieczeństwa, snuć tak misterną nić zabiegów i dyplomacji, pobić, pomordować tylu ludzi, stracić tylu przyjaciół dla ratowania jedynie naszego marnego ciała, dla jego spokoju!?... Nie, Beniowski, ty żyć musisz, bo z twą śmiercią z napoczętego przez nas dzieła nie zostanie nic prócz niepojętych okropności, gwałtów i nadużyć... Nie, ty musisz skończyć, coś zaczął, żyć musisz!... Tyś nam winien więcej, niż życie, tyś nam winien nasz honor, naszą duszę — słyszysz?...
Broda się trzęsła staremu, pochylał się nad Beniowskim blisko, blisko, jakby chciał tchnąć weń wraz ze słowami własną swą duszę.
Beniowski patrzał nań rozpłomienionym wzrokiem.
— Tak, tak, przyjacielu!... Słusznie mówisz: winienem wam więcej, niż życie, i nie zarzekam się!... Żyć chcę, i, przebóg, zniszczę wrogie knowania wszystkich mych nieprzyjaciół!... Możesz być pewny... Jeżelim się poskarżył... to tak... Wszak cichutko... tobie jednemu szepnę coś takiego... i czasem... Nastazji! Ale Nastazji... niema, nie... będzie!... Słaby jest człowiek, przykuty niemocą do łoża... Co mówi o mej ranie Meder, powiedz otwarcie!...
— Mówi, że nic wielkiego, że rychło się zasklepi, byłeś miał wypoczynku dni kilka...
— Ba!... Mała rzecz!... Czy nie słyszysz?... Oni już idą!...
— Nie puszczę ich!...
— Przeciwnie — uchodź sam!... Zabierz wodę dla Nastazji i uchodź!... Powiedz jej... Nie, nie... nic jej nie mów!... Jeno napoj ją wodą... słodką... dosyta...
Bielski wysunął się z kajuty i zastąpił drogę zbliżającemu się Kuzniecowowi.
— Dokąd?... Nie chodź!... On bredzi!...
— Cóż ja pocznę nieszczęśliwy!... Muszę się z nim zobaczyć! Wszystko się wali... Cały okręt jakby zmysły postradał... Nikt nie śpi... Gromadzą się po kątach, szepczą... Nikt nie słucha... nawet moi ludzie... Słyszysz, jak śpiewają?... Już ja wiem, co to znaczy... Trzeba radę zebrać, coś postanowić!...
— Więc zbierajcie!... A on, co wam pomoże?... on wpółprzytomny! Dać mu trzeba wypocząć, może jutro.
Kuzniecow wziął się za głowę:
— Jutro, jutro!... A jeżeli oni dzisiejszej jeszcze nocy co zrobią?... Ha, Bóg nas karze, pewnie za to podpalenie cerkwi!... Mówiłem, że lepiej ich było na placu wyrżnąć, niż na taką rzecz się ważyć. Zawszeć to świętość!... A co teraz?...
— A no, zbierzcie radę i radźcie, a do jutra może mu gorączka spadnie i wskaże wam jaki nowy ratunek... Jego głowa jest niby skarbnica... Ileż to razy ratowała nas, ale teraz zamkmięta jest na trzy spusty!...
Długo ten były magnat polski pocieszał i krzepił zrozpaczonego ruskiego sekciarza, wreszcie Kuzniecow uspokoił się i nawet zwołanie rady odłożył do jutra.
Ciężka, duszna, gorąca noc otuliła widziadłowym welonem okręt, słaniający się też z boku na bok, jak w czarnej malignie.



XXVIII.

Szum, tupot, krzyki zrodziły się gdzieś daleko na przodzie okrętu, przetoczyły ku oficerskim kajutom, odbiły się od nich, wróciły na dawne miejsce i już stamtąd, spotężniałe, zmieszane z groźnym szczękiem oręża, płynęły, zbliżały się wrzaskliwą falą ku łożu Beniowskiego.
Chory przezwyciężył osłabienie i uniósł się na posłaniu. W tej chwili wpadł we drzwi Chruszczow.
— Nie śpisz?... Jak to dobrze!... Straszna rzecz!... O mało nie rozszarpali Kuzniecowa... Ktoś podpatrzył, że Agafja nalewa sobie wody z małej beczułki, schowanej pod pryczą!... Oskarżono ją i oficerów o kradzież wody z ogólnego zapasu... Żądają rewizji całego okrętu i podziału pozostałych napitków między wszystkich... aby każdy miał swoją część u siebie... Co będzie... niewiadomo... Porżną się... Ale chciałem cię uprzedzić... Idą już!...
Odstąpił w głąb kajuty i schował się za odrzwia. Beniowski usiadł na posłaniu i czekał. Rychło tłum obległ wejście do kajuty, wykrzykując bezładnie:
— Złodzieje!... Zbrodniarze!... Wywiedliście nas tutaj... Dokąd wywiedliście nas, szatańskie dzieci!... Ogniem piekielnym wygubić nas chcecie!... Oczy i myśli nam tumanicie!... „Niema, niema!... Wola Boża...“ A sami pocichutku jecie i pijecie dowoli... Podczas gdy my własne pożeramy wnętrzności... wy co?... Gdy ogień pragnienia wysuszył już na wiór ciało nasze, gdy w żyłach mamy nie krew a smołę... Naczelniki, pany, psubraty!... Chcecie zagarnąć zrabowane bogactwa dla siebie tylko, wygubiwszy nas po drodze, jak ślepe szczenięta... Ale nie... Nie uda wam się... Raczej sami zginiecie!...
Krzyczeli, wygrażając pięściami i wyskakiwali przed drzwiami, wejść jednak nie śmieli. Wreszcie jeden odważniejszy wsunął kudłatą głowę do kajuty i, spotkawszy się wzrokiem z płonącemi oczyma Beniowskiego, rzekł zupełnie spokojnie:
— Jakże się czujesz, Auguście Samuelowiczu?... Chcielibyśmy z wami pogadać!...
— Wybierzcie więc deputację!...
— Co, co? Co powiedział?...
— Czy żyje?...
— Żyje!... Nawet siedzi!... Kazał wybrać deputację...
— Jaka tam deputacja?... Znowu nam będzie głowę zawracał... Radę zwoływał... a w radzie kto?... Ci sami złodzieje!...
— Kuzniecow!... Dawać tu Kuźniecowa!...
Znowu wszczął się tumult i wzburzenie. Wreszcie Czułosznikow przebił się przez tłum i wystąpił na czoło.
— Musimy przecież mu powiedzieć, o co chodzi, a nie możemy tego robić wszyscy razem!... — zaczął rozsądnie.
— Kto on?... On taki sam, jak i tamci!... Gorszy, bo to on nas jedwabnemi słówkami, obietnicami, perskiemi bajkami tu na męki i zgubę wyprowadził... A teraz chory... leży sobie... wyleguje się... ha! Przeklęta niech będzie godzina, w którą spotkaliśmy go i uwierzyli jego pokusom!... Czy to źle nam było?... Co?... Bodaj piorun poraził was, „szajtanów“, uwodzicieli, bodajeście zmarli wy i potomstwo wasze bez błogosławieństwa Bożego i rozgrzeszenia, jak my umierać musimy, bodajeście!...
— Nie klnijcie!... Nie pomnażajcie grzechu, który i bez tego okręt ten wasz obciąża... — wstrzymywał ich sekciarz.
— A tyś co za ukaziciel?... Dawnoś to nam groził muszkietami wraz z twym złodziejskim przywódcą Kuźniecowem!...
— Precz z nim... z kuźniecowskim parobkiem!
— Nie kuźniecowskim jestem parobkiem a boskim! — odrzekł twardo marynarz. — Nikomu nie pofolguję, skoro zasłużył!... A wy co? Ciemni i słabego ducha, błądzicie, jako ślepcy, dokoła otwartej czeluści! A przecz czyż nie powiedziano jest, że „dan jej będzie klucz studnie przepaści i otworzy studnie przepaści i wystąpi dym ze studni, jako pieca wielkiego, i zaćmi się słońce i powietrze od dymu studniej...“
Tu wskazał groźnie ręką na piętrzące się na widnokręgu suche tumany.
— Upadła... upadła Babilonja ona wielka, która winem gniewu porubstwa swego napoiła wszystkie narody!... I stanęły cztery anioły na czterech węgłach ziemi, trzymając cztery wiatry, aby nie wiały na ziemię, ani na morza, ani na żadne drzewo... za wszeteczeństwa ich!... Wrzeszczycie: jeść! pić!... Cudzołożycie z niewiastami, jak niedawno na wyspie djabelskiej... I bydlęta nierozumne ryczą nie gorzej od was i kojarzą się w chuci swej... A co z tego?... Nie widzicie, nie dostrzegacie w miotaniu waszem sieci antychrystowych, rozstawionych dokoła i wpadacie w nie, jako muchy słabe... Szukacie blisko a jest daleko, szukacie w doczesnem, a jest w niebieskiem... Szukacie w powietrzu, a jest w morzu... I podobna jest rysiowi, a nogi jej jako niedźwiedzie, a gęba jej jako gęba lwa, a piersi ma niewieście i srom niewieści... I wwodzi męże w pokuszenie, jako że smok dał jej moc swoją i władzę wielką... I nie będą zbawieni, aż wykąpią, wybielą szaty swoje w krwie Baranka... — kazał głosem przejmującym.
Zmieszany tłum słuchał go w milczeniu; wtem stojący nieopodal urzędnik Sudejkin, skazany na kuchtowanie przez Beniowskiego wraz ze Stiepanowem, skorzystał z krótkiej przerwy w mowie i wrzasnął:
— Hej, brodaczu!... Znowu ludziom w głowie zawracasz! Na czasie zyskać chcesz, lisie podkurzany! Żebyście mogli wodę lepiej schować a potem schlać do spółki z kuźniecowską nierządnicą... I Beniowskiego w tej sprawie pokryć... Ho, ho!... Nic z tego!... My wiemy dobrze, że oficerowie mają dla siebie wodę... Beniowskiemu codzień rany pachnącą wodą różaną obmywają, a my zdychamy z pragnienia!... A jakże!... Spytajcie go!... Niech wyjdzie!... Niech się wyprze!... Zobaczymy!...
— Beniowski!... Beniowski!...
— Poco nam Beniowski?... Sami zrobimy porządek... Bierzcie ich... pierwszego z brzegu... Czurina, dawajcie Czurina!... Wleczcie i babę jego! Pod kolanka ją, będziem mieli choć przed śmiercią uciechę... Niech pokaże swoje zwierciadło!... — krzyczeli inni.
— Beniowski!... Beniowski!... — powtarzała reszta.
Wtem umilkli i ci i tamci, gdyż Beniowski ukazał się we drzwiach otulony w długą opończę.
— Czego chcecie? Mów, Sudejkin!... Kiedyż to widziałeś, że mi rany wodą słodką obmywano? Co? Mów śmiało!... Mówcie, tylko nie razem a kolejno!...
Sudejkin umilkł i znikł w tłumie, natomiast wysunął się Trofimow, towarzysz i przyjaciel Czułosznikowa.
— Wielmożny panie, rozpusta dzieje się bez ciebie! Niema żadnego porządku i posłuchu.
— Nie to, nie to!... — przerywali mu inni.
— Złapaliśmy złodziei, którzy kradną wodę!
— Są takie ścierwa wśród oficerów, wśród starszyzny, wśród panów... Wzorem powinni być, a oni co!...
— Tu Bóg wszystkich porównał... Tu rychło zginiemy... Już ludojady krążą dokoła statku, już czyhają na nasze trupy...
— Każdy jedną ma ino duszę do stracenia!... Nie chcemy dla was umierać!... każ okręt przetrząsnąć, wodę od fałszywców odebrać, i podziel ją równo między wszystkich, aby każdy był stróżem swej części, swego życia i losu.
— Dobrze, wybierzcie zaraz deputowanych, którzy rewizji towarzyszyć będą i zawołajcie tu do mnie Baturina... Czy zgadzacie się na Baturina, aby rewizji przewodził?...
— Zgadzamy się: on sprawiedliwy!...
— A więc idźcie spokojnie dokonać wyborów!... Najmniejszy kąt okrętu zostanie przejrzany, nie wyłączając mojej kajuty...
— Tego nie trzeba!... Wierzymy wam, Auguście Samuelowiczu!...
— Nie wy się tu rozporządzacie, ale ja!... Jak każę, tak róbcie!... Zawołać Baturina!...
Odwrócił się i odszedł w głąb, utykając na obandażowaną nogę.
Tłum rozbił się na grupy i rozlał po pokładzie. Baturin przyszedł niezwłocznie. Beniowski kazał mu powołać pod broń strzelców Urbańskiego i wraz z deputowanymi załogi dokonać szczegółowej rewizji okrętu.
Ta dała nadspodziewane wyniki. Nietylko wykryto u oddzielnych osób małe ilości wody, które ci podawali za swe oszczędności z otrzymywanych dziennych porcyj, ale za przepierzeniem, w izdebce kapitana Czurina, znaleziono cały nietknięty jeszcze antałek. Wzburzenie było powszechne.
— Więc wtedy nie oddałeś mi wszystkiego?... — wyrzucał mu Beniowski.
— Nic nie wiedziałem o tem!... Baby, wszystko baby!... — tłumaczył się, mieniąc na twarzy oficer.
— Ewa zgrzeszyła, Adama skusiła!... Wiadomo!... — uśmiechnął się Czułosznikow, który był wśród deputowanych z ramienia sekciarzy.
Beniowski musiał ustąpić i na powszechne żądanie wodę między wszystkich podzielił. Kazał już od siebie podzielić również i prowizję.
— Widzicie, jak wszystkiego mało, oszczędzajcie więc!... Gdyby zaś który z was chciał zadać gwałt towarzyszowi i próbował odjąć mu pożywienie, zostanie bez litości rzucony do morza!...
— Słusznie!... Słusznie!... Skoro się znajdzie, ale nie znajdzie się wśród nas taki potwór!... — dowodzili deputaci.
— Dobrze!... Idźcie już!... — odesłał ich Beniowski, czując, że goni resztkami sił.
Ledwie odeszli, wpadł w głębokie omdlenie, z którego Meder z trudem go ocucił.
— Pić, pić!... — szeptał cicho.
Medyk przyłożył mu do ust szklanicę, pełną mętnego, cuchnącego napoju. Chory wychylił ją do dna i upadł na poduszki.
— Prawie wszystko!... — uśmiechnął się. — Czy to nic mi już nie... dodadzą?...
— Ależ dużo jeszcze zostało, dużo!... — uspokajał go Bielski. — A tymczasem może się zmieni!...
— A co?... Jest co nowego?...
— Niewiele... ale zawsze... niby... chmurzy się więcej...
— A wiatr? — Tego nie czuć!... Cisza!... Duszno, bardzo duszno... Ludzie, zajęci podziałem i przechowaniem otrzymanych porcyj, rozpełzli się po kątach... Niektórzy odrazu wszystko zjedli i wypili... i posnęli... w cieniu na pokładzie... Tybyś też usnął, spróbuj... Pokrzepiłoby cię to...
— Dobrze, spróbuję!...
— A ja muszę iść!... — Mamy chorych, co się morskiej opili wody... Meder też osłabł i rady sobie z nimi nie daje... Tuczny on... Tłusty łatwiej w podobnych przygodach poddaje się słabości, niż taki, jak ja, suchar!... — gawędził stary.
Widząc, że Beniowski zamyka oczy, wymknął się cicho na korytarz i, po chwili wahania, zawrócił do kajuty Nastazji.
Tam ku swemu niezmiernemu zdumieniu zastał... Czułosznikowa. Stary żeglarz siedział na wywróconej pace koło łoża Nastazji i coś prawił dziewczynie.
Gdy Bielski wszedł, urwał i zmierzył go posępnemi oczyma.
— Co ty tu robisz?
— Mam swoje sprawy!...
— Jakie sprawy?... Chorych męczysz? Co?...
— Często nie ten słaby, co na łożu leży, lecz ten, co pychę swą na nogach obnosi... Ubogi Łazarz w raju na łonie Boga Ojca Sabatheja spoczął, potężniejszy od bogacza...
— Wynoś się stąd zaraz!... — oburzył się Bielski.
— Nie twoja w tem wola i nie moja, gdzie mam być, a wola jest nad wszystkiemi wolami!... — odrzekł tajemniczo, nie ruszając się z miejsca.
— Zostaw go!... — prosiła Nastazja. — Zostaw nas samych!
Bielski spojrzał podejrzliwie na sekciarza, na zapłonioną twarz chorej i wyszedł, mrucząc:
— Znowu nabożeństwo!... Zapewne, że nadzieja jedynie w Bogu, ale bardzo mi się ta dewocja teraz nie podoba!... Może stary fanatyk chce brata swego, Kuzniecowa, ratować?... Kto ich wie!... Juściż brzydka stała się rzecz... Poprostu podłość... A wszystko przez baby... Mówiłem Beniowskiemu: nie brać ich na statek!... Na wojennym statku, niby jak nasz, nie miejsce dla białogłów... — mruczał.
Wstąpił do siebie, zabrał przyszykowane buteleczki z lekami i powlókł się do kajut podpokładowych, gdzie leżeli ciężej chorzy w ogólnych sypialniach.
Dużo ich tam spoczywało na ciasnych pryczach, rozłożonych piętrowo w trzy kondygnacje; niektórzy cicho jęczeli lub majaczyli w gorączce, inni zdawali się być już martwi, podobni do szczap drzewa, przyodzianych w łachmany a wyciosanych w kształt i podobiznę człowieka. Wszyscy, gdy ich niepokoił, wołali przedewszystkiem żałosnym głosem:
— Pić!... Pić!...
Zaduch i smród dusił Bielskiego, otworzył czem prędzej niewiadomo przez kogo zamknięte luminatory.
— Zaraz dostaniecie wody, która wam się z działu należy, ale, na Boga, nie wypijajcie wszystkiej...
— Gdzie, gdzie?... — zaszeptali, podnosząc się i wychylając ze zmroku wynędzniałe twarze.
— Meder pilnuje tam waszej części!... Przyniosą ją niebawem!...
Wiadomość o wodzie ożywiła nawet nawpół umarłych nieszczęśliwców... Już nie kładli się, lecz rozgorączkowanemi oczyma wpatrywali się w zejście schodowe, a gdy tam pojawiły się nareszcie postacie wysłańców, dziesiątki wychudłych, poczerniałych rąk wyciągnęły się ku nim.
— Pić, pić!... Na Boga!...
Nie pomogły upomnienia i rady medyków: chwytali swe porcje i wypijali je jednym tchem.
— Niech będzie, co chce!...
— Jak umrę, to zostanie!
— I poco się męczyć?... Wcześniej, czy później...
— Moglibyście doczekać się ratunku!... — wstrzymywał ich Bielski.
— Los nasz w ręce Boga!... Jak zechce, to nas uratuje, włos nam z głowy nie spadnie, a jak nie, to żadna potęga, żaden wybieg, żaden rozum nie pomoże... — szeptali, kładąc się znowu na łożu i całując wyjęte z pod koszul krzyżyki napierśne.
Bielski choć sam niezmiernie znużony, chciał po drodze zajrzeć do Nastazji, lecz drzwi jej kajuty znalazł od wnętrza mocno zaparte, dosłyszał jedynie monotonne tam glosy, jakby recytujące litanję.
— Jeszcze się modlą... Ha, bo i prawda!... Nie pozostało nic więcej, jak czekać cudu!... Zamknął się wokoło nas pierścień nieszczęścia i wątpliwe, żeby noga żywa stąd uszła... Nie zobaczę Polszczy, nie!... Nie przeznaczono! Jezu Chryste Panie i Ty, Matko Przenajświętsza, wstaw się za nami!... — zaszeptał, odchodząc.
Tymczasem w kajucie Nastazji Czułosznikow, siedząc prosto, jak posąg kamienny, u wezgłowia dziewczyny, gadał głosem głuchym, lecz mocnym, jak uderzenia młota:
— A słońce stało się, jako wór włosienny, i księżyc stał się jako krew... I zatrąbił wtóry anioł i zawołał głosem wielkim, jako lew ryczy... A gdy zawołał, wymówiły siedem grzmotów głosy swoje!... I jest on jako słup ogniowy, a nogi jego podobne mosiądzowi. Jest jakoby wielka góra ogniem pałająca, wrzucona w morze... I stała się krwią trzecia część morza... I po morzu tem, stąpając cicho, jako cień cieniów, przyszli ci, co mają moc zamykać niebo, aby deszcz nie szedł we dni proroctwa, i mają moc nad wodami obrócić je w truciznę, i zatracić ziemię wszelką plagą... I nie widzisz, że to przyszło i jest, że od wód nie pokrzepienie idzie k’nam a śmierć?... Że staje się ono w uściech naszych, jak smoła śmierdząca?... Nie widzisz?... Wytęż oczy twoje i pojrzyj!...
— Widzę!... — szepnęła cicho chora.
— I powiedziano jest, iże skończą się tysiące lat, rozwiązań będzie szatan z ciemnice swoje, i wynijdzie, i będzie zwodził narody, które są na czterech węgłach ziemi, Gog i Magog, i zbierze je na walkę, których liczba jest jak przepaść... A będzie oblicza cudownego i urody nęcącej, jako najprzedniejszy z ludzi młodzieniec, i głos jego będzie jako głos fletu i uścisk jego będzie jako miód i ogień... A będzie rozum miał węża, dobroć gołębia a męstwo lwa!... Czy nie tak?... Poznajesz go?...
— Tak!... — odjęknęła z cichem łkaniem. — Poznaję!
— Iż dopuszczę niewieście Izabel, która się mieni prorokinią, uczyć i zwodzić sługi moje, żeby porubstwo płodzili i wszeteczeństwo czynili poprzez trupy ojców swych... Porzucę ją na łoże, a którzy z nią cudzołożą, w ucisku będą... Pobiję je śmiercią i poznają, żem ja jest, który badam się nerek i serc człowieczych, jeśliby nie pokutowali uczynków swoich...
— Cóż więc mam czynić!? — spytała, unosząc się z poduszek.
Oczy, pełne łez, utkwiła w natchnioną, straszną twarz sekciarza. Ten milczał, patrząc w nią przez chwilę wyszłemi z orbit oczyma, jak w puste miejsce.
— A gdy otworzył piątą pieczęć, obnażyły się dusze pomordowane dla słowa bożego i dla świadectwa, które miały... I wołały głosem wielkim, mówiąc: Dokądże, Panie, nie sądzisz i nie mścisz się krwie naszej nad mordercę nasze, które posiedli srom i chuć córek naszych, pomazawszy je krwią naszą?
— Ach, nie mów, nie mów! — jęknęła znowu, opadając na poduszki. Zgrzeszyłam, zgrzeszyłam... oddałam mu ciało i duszę moją... oddałam, ojcze... Lecz co czynić?... co czynić dla odkupienia... dla zbawienia wszystkich... przeze mnie Boże!... Boże!...
— Zapuść sierp twój w żni, gdyż przyszła godzina żęcia, ponieważ usycha żniwo ziemi... I dano im, aby nie zabijali ich, ale aby byli męczeni pięć miesięcy ogniem wewnętrznym, jako męczenie niedźwiadkowe jest, gdy człowieka ukąsi... I gorzeją bez kropli rosy na języku spękanym jako Łazarze... Aż przyjdzie dzień pokuty, a wtedy oblokę ich w szaty białe, żeby nie okazowali sromota nagości swojej, i namażę oczy twoje, abyś widziała. I ujrzysz morze szklane, związane z ogniem... a te, co zwyciężyli bestję i obraz jej, i liczbę jej, przejdą nad morzem szklanem, mając cyfry złote w rękach ku graniu chwały Tego, co był, co jest i co będzie!... Bo ci kupieni są z ludzie pierwiastkami Bogu i Barankowi...
— Czegóż więc chcesz ode mnie?...
— Nie ja chcę, a grzech chce, aby krew Barankowa została przelana... Chcę, abyś rzuciła się w paszcze tych, co trzymają okręt nasz na miejscu, a którzy są... odkupienie!
— Dobrze, rzucę się, skoro Bóg tego chce!... Byleście tylko wy... byleście tylko byli... Skoro Bóg chce, niech się spełni wola Jego Przenajświętsza!... I kiedyż to? — spytała spokojnie, nie unosząc głowy z poduszek.
— Jutro! — odrzekł krótko. — Przygotuję wszystko i przyjdę z bracią... Idę do nich zaraz, uprzedzę... Będziem się modlić i czuwać nad tobą, córko moja!... A milcz, bo, jak się dowiedzą, to przeszkodzą... Nikomu ni słowa! Silny jest wróg rodzaju ludzkiego!...
Skinęła mu głową i wyszedł, przywarłszy starannie drzwi za sobą.
Nastazja została sama.
Chwilę leżała nieruchoma na łożu, podłożywszy dłoń pod wychudły policzek, z oczyma utkwionemi w mętny krążek luminatora, aż niespodzianie dla niej samej płacz bolesny, gwałtowny wstrząsnął nią całą. Wtedy z trudem podniosła się, i, uklęknąwszy na pościeli, spróbowała go stłumić cichą, gorącą modlitwą.



XXIX.

Obudził Beniowskiego z długiego i głębokiego snu jakby zew nagły, jakby ciche, żałosne wymówienie jego imienia.
Otworzył oczy i, nie ruszając się, nasłuchiwał. Ale nic — był to widocznie sen. Statek po dawnemu tkwił bezwładny wśród morskiej ciszy; słońce po dawnemu zalewało pokład potokami nieznośnego światła i gorąca, które dostawały się aż tutaj przez mikę przywartych luminatorów...
Ktoś zbyt troskliwy zamknął drzwi i przykry zaduch gniótł zmęczone piersi Beniowskiego. Czułby się jednak pokrzepionym, wypoczętym, prawie zdrowym, gdyby nie straszna suchość w gardle i niemiłosierne pragnienie. Odszukał więc przedewszystkiem butlę na stole i wypił resztę jej zawartości, poczem wstał, zarzucił opończę i poszedł drzwi otworzyć. Chciał również zawołać Medera albo Bielskiego, by mu zmienili przyschłe już i dokuczające bandaże oraz opowiedzieli nowiny o stanie okrętu. Stanął na progu i, opierając się rękami o odrzwia, wychylił się nazewnątrz.
W korytarzu nie było nikogo, nawet budka sternika była pusta; natomiast gdzieś z dzioba statku dobiegały go dziwne, nadzwyczajne na „Piotrze i Pawle“ szmery oraz śpiew kościelny.
— Znowu!... Ale czyżby tym razem i stary kalwin poszedł na nabożeństwo!... — pomyślał Beniowski ze szczyptą humoru i pokusztykał ciężko w stronę również zamkniętej nadspodziewanie kajuty doktora.
Okazało się, że była zaparta haczykiem nazewnątrz, co trochę zaniepokoiło Beniowskiego. Gdy drzwi otworzył, wyskoczył stamtąd wystraszony Niemiec i zaczął gadać po rosyjsku:
— Co... za głupstwa!... Mnie zamykać!... A jeśliby okręt się zapalić?... Oni znowu jakaś głupstwa robić... Ja już domyślać się, że oni coś robić!... O Herr Jesu!... Co to za ludzie!... Gdybym wiedział, że może tak być, nigdybym ciebie nie usłuchać, Beniowski... A bo to źle mi był w Bolszy?... Po kilku latach służby mogłem dostać awans i wrócić nawet do Rygi!... Wszystkoś zepsuł, ty... — skończył z wyrzutem po niemiecku.
— A gdzie Bielski?
— A bo ja wiem!... Ja już go dawno nie widzieć!... Oni tu wszyscy powarjowali... Albo się modlą, albo się biją... Jakby było co pić, toby pili... Dokąd idziesz, Beniowski? Ty tam nie chodź! Oni i ciebie jeszcze wrzucą do morza... Oni zupełnie stracić rozum...
Zaniepokojony Beniowski już go nie słuchał, kroczył pośpiesznie, o ile mu pozwalała chora noga, ku przodowi okrętu. Skoro ominął wielki żagiel głównego masztu, zakrywający mu widok, zaczął iść tak prędko, że Meder nie mógł za nim nadążyć. Klęczący na pokładzie ludzie usuwali się przed nim z przerażeniem, nieposłusznych rozpychał uderzeniami rąk i kopnięciami zdrowej nogi. Już go dostrzeżono i umilkła w tłumie śpiewana modlitwa. Tylko Czułosznikow i Trofimow, prowadzący pod rękę biało ubraną, w klejnoty i welon przystrojoną, jak oblubienica, Nastazję, nie przestawali śpiewać:

Temu smokowi siedmiogłowemu
Nie poddajcie się, jasności moje!
Uciekajcie w góry, w pustynie...
Na stosy znoście suche wióreczki,
Polewajcie je siarką zapalną,
Smołą piekielną...
Ciała swoje na nich kładźcie,
Niechaj gorzeją!...
Za mnie, jasności moje,
Znoście katusze!...
Za wiarę moją, za Chrystusową!...
Za to otworzę wam, jasności moje,
Rajskie podwoje,
Wprowadzę was w Państwo Niebieskie,
Gdzie panować będę z wami,
Po wieki wieczne!...

Za tem trojgiem, idących uroczyście na przedzie, z płonącemi świecami woskowemi w rękach, pełzła na kolanach, podśpiewując, żegnając się znakiem krzyża, bijąc pokłony, płacząc, reszta załogi — w pierwszych szeregach majtkowie Chołodiłowa.
Już procesja była blisko okrętowego dzioba, już miała wstąpić na plichtę wachtową, pokrytą dla tej uroczystości dywanem, gdy nagle na błękitnem tle powietrza i morza wyrósł przed nią wyniosły cień.
— Beniowski!... Beniowski!... Jest!... — przeleciał cichy szept.
Tłum poruszył się i zamarł w śmiertelnem oczekiwaniu.
Nastazja, która szła jak lunatyczka, z zamkniętemi oczyma, drgnęła i podniosła nagle swe rzęsy motyle, długie i czarne. Jej zmącone źrenice spotkały się z oczyma ukochanego.
— Co chcesz uczynić, nieszczęsna?
Ruszyła bez głosu blademi ustami.
— Odejdź od Gołębicy Niebieskiej i nie kuś jej!... Albowiem powiedziano jest: I dam jej walkę uczynić i zwyciężyć... I dana jej będzie władza nad wszelkiemi pokoleniami i ludami, i językami, i narodami... Ci są, którzy przyszli z ucisku wielkiego i omyli szaty swoje i wybielili ciała swoje we krwi barankowej... Staną po prawicy przed obliczem stolicy mojej i dziś będą ze mną w raju... Dziś będą w raju!... — zagrzmiał nagle Czułosznikow.
Długa, ascetyczna twarz jego, zakończona rozdwojoną brodą, nie straciła kamiennego spokoju. Wyciągnął ku Beniowskiemu pięść uzbrojoną w srebrny krzyż.
— Odejdź, zczeźnij, Abaddonie, synu Szatana! Nie stój na drodze oblubienicy Chrystusowej!... Zczeźnij!...
Chciał Beniowskiego odepchnąć, ale ten schwycił go za rękę i sam zkolei spróbował odciągnąć, oderwać od Nastazji. Zbyt jednak był wyczerpany chorobą. Przeciwnik nie zachwiał się nawet, tylko chmurna, sucha twarz jeszcze mu bardziej pociemniała. Przytrzymując wyciągniętą prawicę Beniowskiego, zwrócił się głosem władnym do Nastazji:
— Idź dalej, duszo święta!... Mijaj niewstrzymana ostatnie pokusy!... Dokonaj ofiary, Baranku Biały!... Zmóż ułudy Antychrystowe dla odkupienia powszechności!... Uleć ku Bogu, Ojcu Przedwiecznemu, jasnym promieniem... Oświeć ciemne dusze łaską swą, abyśmy nie poginęli na wieki wieczne w ogniu gehenny!... Bądź wola Twoja, jako w Niebie...
— Święty, Święty, Święty Pan Bóg Wszechmogący, który był, który jest i który ma przyjść!... — zaśpiewał chór majtków.
Czułosznikow ujął Nastazję za łokieć i pchnął zlekka ku desce, wychylającej się za burtę.
— Do mnie!... — krzyknął Beniowski. — Do mnie!... Na pomoc!... Urbański!... Sybajew!... Winblath!... Bywajcie!... Do mnie, tu do mnie!
Nikt się nie ruszył wśród tłumu.
— Nie wołaj nadaremno!... Nie dowołasz się!... Siedzą dobrze zamknięci! — odrzekł ktoś szyderczo.
— Ha, ha!... Sztukmistrze!... — roześmiał się inny.
Większość tłumu trwała dalej na klęczkach w posępnem milczeniu i bez ruchu.
— Weźcie go!... — zwrócił się zkolei Czułosznikow do swoich współwyznawców.
Ci wahali się jednak pewną chwilę, a Beniowski tymczasem ognistym wzrokiem przebiegał otaczający go tłum, szukając choćby jednej współczującej twarzy. Nagle oczy jego spotkały się z oczyma Stiepanowa, który krył się niedaleko wśród pośledniejszej gawiedzi, ubrany w swój brudny kołpak i fartuch kucharski.
Szare jego źrenice, schwyciwszy błagalne spojrzenie Beniowskiego, zwężyły się, zamigotały i nagle zawilgły; chwilę jakby się namyślał, poczem wyprostował się nagle, odepchnął zagradzających mu drogę ludzi i jednym skokiem znalazł się obok przywódcy sekciarzy. Zanim otaczający pojęli, co się dzieje, już Stiepanow schwycił za gardło fanatyka, zmógł go i przegiął przez burtę. Napadnięty przez chwilę bronił się, ciskając za siebie ślepe razy trzymanym w ręku krzyżem, lecz nie trwało to długo. Przechylany coraz mocniej, stracił równowagę, machnął rękoma w powietrzu i, nie wydawszy nawet okrzyku, runął do morza.
Z głuchym jękiem przypadł tłum do burty i, pchając się, włażąc sobie wzajem na plecy, spoglądał w głębiny. Chryzolitowe fale już zamknęły się nad nieszczęśnikiem. Przez ich zieloną przejrzystość widać było, jak z mrocznej przepaści szybko płyną ku temu miejscu czarne złomy czuwających wokół rekinów, jak śpieszą, wyprzedzając się, jak otwierają potworne paszcze, zwijają i wyprężają półksiężyce ogonów, wiosłują czerwonemi płetwami, błyskają srebrem brzuchów.
Na wodzie ukazała się raz jeszcze blada twarz brodata z wyszłemi z orbit oczyma, błysnął w powietrzu krzyż w wyciągniętej ręce.
— Linę... rzucić mu linę!... — wołał Beniowski.
Ale było już za późno: chmura czarnych ciał już zakłębiła się koło nieszczęśliwego; twarz marynarza wykrzywiła się strasznym bólem i zanurzyła się znowu pod wodę, jak szarpnięty gwałtownie popławek. Widzialna była stamtąd czas jakiś zmętniała poprzez wirującą nad nią falą, jak poprzez taflę kryształu. Na poruszonych toniach wypłynęła wreszcie koralowa plama krwi i pokryła wszystko.
Beniowski schwycił na ręce zemdloną Nastazję, a Chruszczow, który się nagle pojawił z Mederem, Sybajewem, Kuźniecowem i innymi oficerami, przeżegnał się uroczyście i rzekł głosem drżącym od grozy:
— W Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego!... Bracia, módlcie się za duszę niewolnika Pańskiego, Wasyla Czułosznikowa!... Spokój mu wieczny i sąd litościwy!...
— Amen!... — powtórzył cicho tłum, żegnając się, bijąc w piersi i przypadając twarzą do samego pokładu.
Tak leżąc, majtkowie Chołodiłowa zaintonowali głosami głuchemi, jak zduszony płacz:

W jasnem niebie raj zaludniony...
Pamiętaj, człowiecze!
Radość, słodkość i spokój wieczny...
W ciemnem piekle tartar stworzon...
Pamiętaj, niewolniku Boży!...
Ogień wieczny, strach i smutek...
W jasnem niebie sprawiedliwi...
Pamiętaj, człowiecze!
W ciemnem piekle sami grzesznicy...
Pamiętaj, niewolniku Boży!...
W jasnem niebie wieczna radość!...
Pamiętaj, człowiecze!
W ciemnem piekle wieczna zgryzota...
Pamiętaj, niewolniku Boży!...
W jasnem niebie wieczyste wesele...
Pamiętaj, człowiecze!
W ciemnem piekle straszne męki...
Pamiętaj, niewolniku Boży!...
W jasnem niebie sam Bóg mieszka...
Pamiętaj, człowiecze!
W mściwem sercu dusza cierpi...
Pamiętaj, niewolniku Boży!...
Chryste Panie, coś raj stworzył,
Wybaw nas od grzechowi...
Daj być, daj żyć, do raju wiedź...

Chryste Panie, coś piekło zwyciężył
I wrogi nasze doń strącił...
Od ognia, jęków wybaw nas,
Błagamy Cię!...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Ozłocony słońcem okręt, z obwisłemi białemi żaglami, odpływał zwolna, ledwie kołysząc się, z okrwawionej toni lazurowej.



XXX.

Rozproszyła się i pokryła po kątach załoga. Opustoszał pokład, z którego znikły nawet czarne cienie rozpiętych żagli, gdyż szare, suche obłoki zasnuły nareszcie niebo, zgasiły słońce, pokryły cały widnokrąg ołowianą, ciężką pokrywą. Nie zmniejszyły wszakże gorąca; przeciwnie upalna duszność wzmogła się, przenikając powietrze nieznośnym, zatęchłym waporem zamkniętej łaźni.
Już nawet skarg i jęków słychać nie było; tu i tam leżały bezwładne ciała pomieszanych ludzi, wśród których pełzały widma innych nieszczęśników, jeszcze mających dość siły, by szukać pożywienia lub wody u wezgłowia i w węzełkach bliźnich.
Zapadła noc ciemna, jak czeluść piekielna, a z nią przyszedł lęk ostateczny, tajemniczy, niezmożony; nawet oficerowie nie wychodzili z kajut i, leżąc w ciemnościach na łożach, obok swych umierających niewiast, wsłuchiwali się, azali nie rozlegnie się lada chwila dziki wrzask powszechnego obłędu.
Nie spał i Beniowski. Siedział w kącie w izdebce Nastazji i, rozwarłszy szeroko zaognione powieki, wpatrywał się w blado majaczącą w ciemnościach łożnicę dziewczyny. Od czasu do czasu dobiegał go stamtąd cichy, urywany szept:
— Ojcze... Co ci jest, kochany?... Czego się słaniasz?... Och, odejdź, odejdź!... Odwróć swe oczy okropne... Ratunku, Maurycy, ratunku!... Jezabel... przeklęta nierządnica!... Oczy jego, jako płomień ogniowy, a nogi jego podobne mosiądzowi... Na trupach ojców swych srom swój rozkłada... A imię jego Abaddon!... Uściski jego gorące, jako żar, a słodkie, jako miód!... Pić!... pić!... Pragnę... Ogień... Och, płonę!... Jestem w piekle wieczystem. Ulitujcie się!... Na wieczne skazanam zgryzoty... Za co, Panie Przedwieczny!?...
Beniowski z trudem uniósł się i pustą butlę znowu przyłożył do spękanych ust ukochanej. Może znowu wysączy stamtąd jaką kropelkę!... Chciwemi ustami przylgnęła chora do szyjki szklanej, ale po chwili już odpychała zwodnicze naczynie, szepcząc:
— Duszę się, duszę!... Boże, jakże cierpię!... Maurycy... Gdzie jesteś!?... Być, żyć... do raju wejść!...
— Tu jestem!... To ja!... Czyż mię nie poznajesz?... — odszepnął Beniowski.
Resztką sił dźwignęła się na pościeli i nagle... straszny krzyk rozdarł ciemności. Leciał on jednak skądciś z zewnątrz.
Oszołomiony Beniowski nie odrazu to zrozumiał, chwycił za rękę Nastazję, pragnąc ją uspokoić i w razie obłędu przytrzymać; rychło wszakże spostrzegł, że dziewczyna padła bez czucia na poduszki, i zrozumiał, że to nie ona krzyczała.
Ponieważ hałas zewnątrz wzmagał się, wyszedł natychmiast, aby przekonać się, co za nowe nieszczęście zsyłają mu losy. Na pokładzie dostrzegł kupkę ludzi, wyciągających ku niebu ramiona z błogiem łkaniem. Był pewny, że są to nieszczęśni obłąkańcy, którzy nie mogli wytrzymać katuszy, lecz gdy wystąpił z korytarza, aby ich uspokoić, sam o mało nie oszalał, poczuwszy rzadkie, duże krople ciepłego dżdżu, padające z zachmurzonych niebios. Zebrał resztę sił, wdrapał się na mostek kapitański i zadął w sygnałową piszczałkę.
— Wszyscy na pokład!... Szykować naczynia!... Zbierać wodę!... — huknął najpotężniejszym swym głosem. Zaroił się pomost od ludzi, zawrzały głosy, a jednocześnie lunęła z nieba jedna z tych nawałnic, co podobne są do wodospadów.
Oszalała załoga miotała się w perłowych potokach wody, rozświetlonych lśnieniem błyskawic, jak gromada potępieńców. Niektórzy zdzierali z siebie odzież i z wyciem rozkosznem tarzali się w strumieniach, płynących po pokładzie, inni dzikie wyprawiali tańce i wyli hulaszcze śpiewy do wtóru rechocących na niebie piorunów. Ale wszyscy przedewszystkiem pili, łykali, pochłaniali rozwartemi szeroko ustami strugi błogosławionego żywiołu, siekące z nieba, ściekające grubemi strugami z krawędzi dachów, z ław, z burtowego obszycia.
Z trudem udało się Beniowskiemu skłonić kilkunastu rozsądniejszych, by schwytali w beczki i naczynia choć małą część opadów.
— Rychło minie!... Nie widzicie, już ustaje!... Śpieszcie się! — wołał.
Istotnie nawałnica przeszła, jak przyszła, ucichły niebawem uchodzące wdal Oceanu grzmoty, zgasły za widnokręgiem błyskawice. Odświeżyło się cokolwiek powietrze, powierzchnia morza jednakże pozostała nieruchoma, jak dawniej, a słaby wietrzyk, który wydął na króciuchną chwilę namokłe żagle, zamarł wpół tchnienia.
We wszystkich jednak wstąpiła otucha, mieli wodę i byli pewni, że nieszczęścia ich zbliżają się ku końcowi.
Nie rozwiewał tych złudzeń Beniowski, choć sam, wspominając opowiadania starych marynarzy oraz czytane opisy podróży, mniej miał tej pewności.
Nazajutrz wstało słoneczne i upalne rano, jak wczoraj, jak przedwczoraj, jak od tygodnia. Nieruchome morze gięło się długiemi, płaskiemi falami, które nie płyną a w miejscu dygocą, niby złota blacha: w chryzolitowych zaś głębiach Oceanu igrały po dawnemu dokoła statku staje rekinów.
I znowu ludzi ogarnęło zniechęcenie i słabość.
Aby ducha ich podtrzymać, ogłosił Beniowski wynik swych pomiarów geograficznych, które wykazały, iż, pomimo pozornego spokoju i nieruchomości, statek jednak przebył w ciągu tych kilku dni kilkadziesiąt węzłów ku południowi.
— Należy przypuszczać, że rychło już przebijemy się przez pas ciszy... Wczorajszy deszcz najlepiej was może o tem przekonać!... Trzeba więc gotować się do przyjęcia wiatru!... — dowodził załodze.
Część usłuchała go i wzięła się do porządkowania zaniedbanych żagli, reszta uprzątała pokład. Teraz jednak, skoro mieli wodę, zaczął wszystkim dokuczać niezmiernie głód i pocięto na strawę wszystkie skórzane przedmioty, jakie mieli na statku, nie wyłączając starego obuwia. Tranu, którym okraszali ten dziwny makaron, mało już zostało.
Na szczęście wieczorem istotnie zawiał wiatr, z początku słaby i zmienny, ale zwolna nabierający mocy. Nad ranem już płynęli z pełnemi żaglami.
Beniowski zebrał radę i zażądał przedewszystkiem, aby Stiepanowowi odpuszczono wyznaczoną dawniej karę. Zgodzono się na to jednomyślnie z wyjątkiem głosu Panowa. Dalej naradzano się co do kierunku żeglugi i postanowiono korzystać z pełni wiatru, choć ten dął nie na zachód, lecz na południe.
— Byle oddalić się od tej piekielnej strefy, która równa się dla nas śmierci!... — dowodził Baturin.
I na to wszyscy się zgodzili, tem bardziej, że osłabionej załodze trudno było manewrować. Beniowski kazał jednak na wszelki wypadek, by zbytnio od kursu się nie oddalać, wziąć sternikowi rumb południowo-zachodni.
Dzień cały chmurzyło się, grzmiało i padał kilkakroć deszczyk. Wiatr przeszedł powoli w sztorm. Źle naciągnięte i niedbale powiązane liny ledwie przytrzymywały żagle i maszty. W nocy przy nieustannych grzmotach rozigrała się tak wielka nawałność, że pęd wiatru urwał dwa żagle. Jeszcze ich nie zdążono nawiązać, jak piorun uderzył w maszt środkowy i strzaskał go, szczęściem, że nie zapalił, gdyż wówczas zguba załogi byłaby nieuniknioną.
Osłabiona głodem, znękana ostatniemi wypadkami, załoga z trudem spełniała niezbędną pracę i nie uratowałaby się na pewno. Kołysanie statku, huk fal, szum wichury, bicie piorunów i przeraźliwy ich blask, przeszywający zielonawem światłem mokry mrok burzliwej nocy, przeraził i przygnębił wszystkich; wielu ukryło się w kajutach i kątach, nakrywszy głowy szmatami, nie odpowiadali na wołania oficerów. Najlepsi, najkarniejsi dotychczas majtkowie Chołodiłowa skupili się w milczeniu posępnem koło szalupy i odmówili posłuszeństwa.
Z ich postawy wnosić należało, że w chwili niebezpieczeństwa zawładną samowolnie czółnem i uciekną, pozostawiając resztę załogi swemu losowi.
Beniowski polecił czuwać nad nimi Urbańskiemu na czele kilku uzbrojonych w muszkiety kozaków, którzy ostali się wierni. Wśród nich był i kozak Gałka.
— Co, dziuplarze!?... — szydził olbrzym z sękciarzy wybieracie się w tę samą podróż, co i wasz prorok!... Z Bogiem, droga otwarta!... Hulajcie!... Ale łodzi wam nie damy!... Więc chyba wzorem świętego Jonasza... na łeb do wody!... Już was tam ludojady dalej powiozą!... Do samego raju!...
— Milcz, psie schizmatycki!... Mało ci pieczęci twego antychrysta nastawianych gorącem żelazem na pysku!... Chcesz, abyśmy od siebie dodali!... — odcinali się sekciarze.
Gotowa była krwawa zwada, którą z trudem udało się powstrzymać Sybajewowi przez odwołanie Gałki na dziób statku. Mimo to majtkowie nie dali się ułagodzić i odmawiali wszelkiego udziału w ratowaniu okrętu. Cała praca spadła na oficerów, którzy, zagrzewani przykładem niestrudzonego Beniowskiego, spędzili noc całą bez snu i wytchnienia na rejach i masztach, manewrując nieustannie i reparując poczynione przez sztorm szkody.
Nad ranem wiatr nagle ustał i morze przycichło, z czego Beniowski wywnioskował o bliskości ziemi. O świcie dostrzegli stada ptaków, które osądzili być lądowemi, kolor wody w morzu takoż się zmienił od licznych porostów. Ziemi jednak dzień cały widać nie było, choć kilkakrotnie ogłaszano ją z bocieńca — zawsze okazywało się, że były to ciemne obłoki uciekającej burzy.
Że jednak wiatr wiał dobry i wypogodziło się, wróciła jakoś ludziom ochota do pracy; skorzystał z niej Beniowski, kazał lufty wszystkie otworzyć, okręt przewietrzyć, zapasy raz jeszcze przejrzeć i wysuszyć futra, jedyne bogactwo pozostałe teraz załodze do handlu zamiennego w razie, gdyby się okręt dostał nareszcie do krajów zamieszkanych.
Okazało się, że od zepsucia wskutek wilgoci i spożycia miasto pokarmu ocalało zaledwie 788 skór bobrowych, 260 lisich i 1900 sobolich. Nie było to wiele, zważywszy na ilość marynarzy, oraz na daleką drogę.
Oczekiwanie rychłe ziemi wywołało wprost gorączkę; niechętni doniedawna do wszelkiego ruchu i wysiłku ludzie, widząc coraz liczniejsze stada ptaków, porzucili swe legowiska, zajęli dziób okrętu, wypełnili kosze masztów, powłazili na reje i drabiny sznurowe want. Wszyscy wpatrywali się wdal.
Nagle nowochrzczeniec Zacharjasz, który miał wzrok najbystrzejszy, krzyknął niespodzianie:
— Alaksyna!... Alaksyna!...
Zdumieli się wszyscy, nie przypuszczając, aby mógł okręt w tak krótkim czasie wrócić tak daleko zpowrotem; jednak Amerykanin nie przestawał wołać:
— Alaksyna!... Alaksyna!...
Beniowski posłał więc Kuzniecowowi, który siedział razem z chłopcem w koszu, perspektywę dla zbadania dojrzanej przez ostrowidza ziemi. Jakoż w pół godziny potem Kuzniecow ogłoszoną ziemię na widnokręgu odszukał i obwieścił głosem gromowym, iż aktualnie ją widzi.
Radość więc stała się powszechna i sam Beniowski, nie bacząc na bolejącą nogę, wdrapał się na bocieniec, aby o prawdzie słów Kuźniecowa przekonać się własnemi oczyma. Zaraz wydał rozporządzenie zmierzenia głębokości wody i uczynienia przygotowań do zarzucenia kotwicy. Wiatr gnał okręt wprost ku onej wyspie i ta w oczach rosła, wyłaniając już wyraźnie złomy oraz szczeliny swych skał pobrzeżnych, jasne piachy żółtych osuchów, tu i owdzie zielone gaje drzew oraz krzewy, drobne od odległości, niby mech. Przystąpiwszy na ćwierć mili do lądu, zatrzymali się z powodu zmierzchu i zarzucili kotwicę na czternastu sążniach głębokości.
Wielu z załogi zaraz chciało płynąć na ląd, ale Beniowski już znowu mocną ręką ujął rządy okrętu, strzelców Urbańskiego przy szalupach postawił i zabronił komukolwiek do czółen się zbliżać pod grozą bezlitosnego zastrzelenia. Sybajew chodził znowu za ukochanym naczelnikiem, jak obłaskawiony tygrys, z ręką na hefesie szpady.



XXXI.

Cały ranek dnia następnego upłynął na przygotowaniach do wyprawy na wyspę. Nęciła ona, kusiła zmęczoną i wygłodzoną załogę cichym spokojem swych brzegów, zielonością lasów, obfitością wód słodkich, których strumienie widzieli zoddala. Lecz usłuchali przekonywających dowodów Beniowskiego, który nakazał poprzednio zbrojny i dobrze zaopatrzony wywiad. Wyreparowano więc i osmolono szalupę, wyczyszczono broń, porobiono świeże ładunki i naówczas dopiero pozwolił Beniowski Panowowi z Kuźniecowem i dwunastoma towarzyszami popłynąć na przejrzenie brzegów i wyszukanie wygodnej przystani.
Kazał im wziąć także z sobą kilka pustych baryłek na wodę, gdyby ją znaleźli niedaleko od miejsca swego wylądowania.
Reszta dnia upłynęła na oczekiwaniu pełnem niepokoju. Ludzie nie schodzili wcale do kajut; stali skupieni na pokładzie u burt, a młodsi, wieszając się na masztach i rejach, oczu nie spuszczali z onego kawałka ziemi, jakby w lęku, że on zniknie, rozpłynie się im z przed oczu, jak fantastyczne zjawisko.
Przypływ grał na skałach łagodnym poszumem, perłowe dokłady skakały na strome brzegi lub pienistemi wałami wlewały się w ciche, błękitne zatoki, gdzie na pochyłościach piasków zieleniły się krzewy i gaje.
— Czegóż czekamy!?... Oni nie wracają!... Może zginęli!... Płyńmy, aby ratować ich, jeżeli są napadnięci, żeby siłą wziąć wodę i żywność, bez których pomrzemy!... Wieczór już zbliża się a ich niema!... Naco czeka ten Beniowski!...
Szemrano coraz głośniej.
Już zgasły promienie słońca na szarych urwiskach nęcącej ziemi, już purpura zorzy wieczornej w fioletowy zamieniła się zmierzch, gdy nareszcie zabłysły na cyplu dalekim trzy umówione ognie, jak trzy gwiazdy radosne.
— Płyniemy! — zawołali majtkowie. Beniowski stał wszakże w milczeniu na mostku kapitańskim, patrzał na brzegi i nie dawał rozkazu.
Pośpiesznie wdrapał się ku niemu Chruszczow i powiadomił o stanie umysłów powszechności:
— Gdyby i tym razem nie udało się wylądować, zabiją nas!
— Cóż robić, nie mogę przecie dla kaprysu tych szaleńców rozbijać okrętu!... Wiatr niepomyślny, do miejsca, oznaczonego przez ognie, co najmniej dwie mile drogi... Brzegi najeżone podwodnemi rafami... Musimy dnia zaczekać!...
— Nie wiem, nie wiem... czy doczekamy go się wszyscy!... Zapominasz, że nie mamy już w nikim oparcia, że nawet ludzie Chołodiłowa są już zniechęceni... Nie słuchają!...
Beniowski wzruszył ramionami.
— Nie mogę postępować wbrew swemu doświadczeniu i przekonaniom... Powiedz, panie Czurin, czy można w tych warunkach zbliżyć się do brzegu?...
— Zapewne, że to jest niebezpieczne, ale... — odrzekł, rumieniąc się, kapitan.
— Bez żadnych „ale“... Nie przepłyniemy trzech, stajań, jak pęd prądu rozbije nas o kamienne ławice... Tu ich moc... Obejrzałem je dobrze przy świetle dnia... Będziemy je musieli daleko okrążać!... Nie, za żadną cenę nie pozwolę ruszyć okrętu!... Wszak ja odpowiadam za was!...
Chruszczow zaniósł odpowiedź Beniowskiego oficerom, od których ona rychło przedostała się do załogi. Na pewno wszcząłby się tumult i może walka między posłusznymi i nieposłusznymi Beniowskiemu, gdyby nie Stiepanow, który wyraźnie stanął po stronie naczelnika i rozsądnem, stanowczem przemówieniem wpłynął na zbuntowanych.
— Poczekajmy!... Rychło powinni wrócić wysłańcy.
— A jakże!... Abo to im pilno! Mają wszystkiego wbród, jedzą, piją!... Chodzą nareszcie, jak ludzie, po twardym gruncie!...
— A jednak płyną!... — rzekł Stiepanow. — Słyszycie!?...
W ciemnościach, poprzez łagodny plusk fal, dochodził powoli miarowy głos bijących w wodę wioseł.
— Płyną, płyną!...
Wkrótce szalupa była już obok statku; wróciło tylko czterech ludzi; przywieźli baryłkę słodkiej wody, trochę owoców i wieści, że wyspa jest niezamieszkana, że Kuźniecow upatrzył na brzegu północnym port bezpieczny w zatoce, do której wpada duży strumień słodkiej wody, że w lasach jest mnóstwo kóz i dzikich świń.
Podniecenie załogi dosięgło szczytu. Rozchwytano owoce, wypito wodę, poczem tłumnie rzucono się do łodzi. Każdy chciał płynąć do owej ziemi obiecanej, doszło do kłótni i bójek o miejsca. Z trudem udało się Beniowskiemu i oficerom namówić czternastu ludzi, aby pozostali dla pilnowania statku i dostawienia go nazajutrz na wskazane miejsce. Reszta słuchać nie chciała, owładnęła łodzią i w ciemnościach ruszyła ku lądowi, zabrawszy nawet bat, choć Beniowski prosił, aby na okręcie go zostawiono na wszelki wypadek.
Wymógł tylko na odjeżdżających, że wyślą zaraz sukurs Kuźniecowowi, który z małą liczbą towarzyszy udał się w głąb wyspy, a takoż, żeby utrzymać jaki taki wśród krnąbrników porządek, narzucił im na przywódcę starego Baturina.
Innych oficerów zatrzymał na okręcie, gdyż oni bądź co bądź przedstawiali najkarniejszą i najpewniejszą część osady.
O szóstej z rana przy słabym wietrze „Piotr i Paweł“, okrążywszy mielizny i rafy, wszedł z wielkim trudem do małej zatoczki o płaskich brzegach i stanął na kotwicy w zaciszu o dwieście kroków od lądu.
Część załogi, która była odpłynęła w nocy, już nań tam czekała i powitała rzucaniem wgórę czapek oraz głośnemi okrzykami radości. Baturin zdał raport, a następnie uszczęśliwieni tułacze jęli opowiadać jeden przez drugiego rozmaite cuda widziane na wyspie, obiecując sobie rychłe poznanie ich zbliska.
Beniowski wstrzymał wszakże owe podróżnicze zapały i zapędził przedewszystkiem zebranych do sypania reduty pod wodzą Winblatha, a na wały kazał natychmiast zatoczyć trzy dziesięciofuntowe działa. Pod ich ochroną zarządził dopiero dalsze lądowanie, przewożenie z okrętu rzeczy, towarów oraz futer dla ich wysuszenia, budowanie szałasów oraz namiotów, do których natychmiast przeniesiono ze statku kobiety i chorych.
Na opustoszałym okręcie pozostawiono jeno straż z dwu oficerów z czterema majtkami. Ku wieczorowi wróciła reszta tych, co dnia zeszłego na wyspę popłynęli. Jedni z nich przynieśli zwierzynę i świń kilka, drudzy rozmaite owoce i przewyborne rośliny jadalne. Beniowski te ostatnie polecił Mederowi zbadać i zakazał zupełnie spożywania ich na surowo. Okazały się wyśmienitego smaku pieczone i gotowane, a zdrowiu chorych znacznie pomogły.
Ludzie, podnieceni obfitym pokarmem, pewni życia, wesoło rozmawiali u ognisk, wybuchając co chwila okrzykami uwielbienia i podzięki dla Beniowskiego, kiedy ten obchodził obozowisko wraz z Chruszczowem, lustrując wykonanie rozkazów.
Wreszcie zbliżył się naczelnik do namiotów, gdzie umieszczeni byli chorzy w liczbie osiemnastu. I tu radosne usposobienie ducha wraz z lepszym pokarmem dało odrazu znaczną poprawę. W najgorszym stanie okazała się Nastazja. Leżała wyciągnięta na łożu za małą zasłoną, zapomocą której Bielski oddzielił ją od innych chorych.
Uderzała przerażająca chudość i bladość jej oblicza oraz nieziemski wyraz ogromnych, szeroko otwartych, pociemniałych od gorączki oczu, które zdawały się już nic nie widzieć. Chora nie ruszyła się nawet wtedy, gdy Beniowski stanął koło jej łoża.
— Nastazjo!... — szepnął. — Nastazjo!...
— ...Polewajcie je... siarką zapalną,
...Smołą piekielną...
Ciała swoje na nich kładźcie,
Niechaj gorzeją!...
Odpowiedziała niespodzianie, nie zmieniając wyrazu słupem stojących oczu.
Beniowski, czując łzy w gardle, dał Chruszczowowi znak, aby zostawił ich samych. Gdy ten odszedł, uklęknął koło łoża kochanki i ujął w swe dłonie rękę przejrzystą.
— Słuchaj, Nastazjo, to ja jestem... twój Maurycy!... Spojrzyj na mnie!...
— Tak, tak... Abaddon... Ma pysk lwa a pazury rysia!... Ty grozisz mu, że go pożresz!... Idź precz!... Nie dam!... Nie dam!... Stokroć lepiej... sama... Ci są... którzy z niewiastami nie pokalali się... Ci kupieni są z ludzi pierwiastkami... Bogu i Barankowi... Ojcze, ojcze, Bóg widzi, nie zabiłam cię!... Nie ja...
Wyrwała rękę i siadła z nieoczekiwaną mocą; piękne włosy najeżyły się jej nad czołem i rozsypały po plecach, starała się wstać zupełnie, wykrzykując niezrozumiałe wyrazy:
— Appolinum!... Amir!... Astrefil!... Ratuj, ludu chrześcijański!...
Wpadł zaraz Bielski i jął ją uspokajać, przytrzymując za ramiona; padła mu na piersi, tuliła się, jak wystraszona gołębica.
— Ojcze, ojcze!... Tyś nie zbit, prawda!?... Ratuj mię!... Nie chcę, nie chcę umierać... Mają zęby, jako wilki, a pazury, jako rysie!... Nie chcę!... Ratuj!...
— Nikt cię nie ruszy!... Nikt cię tu nie śmie ruszyć!... — szeptał jej, a jednocześnie kiwał na Beniowskiego, aby sobie poszedł.
Ten usłuchał natychmiast i długi czas czekał za namiotem na starca, poglądając znękanemi oczyma na weselących się u ogni marynarzy. Poniektórzy grali na gęślach i śpiewali chórem:

Z za morza, z za morza sinego,
Z za zielonego pustomorza,
Od słynnego miasta ledeńca,
Od tamtejszego króla morskiego
Wypływało, wywiosłowało
Trzydzieści statków...
Trzydzieści statków i jeden okręt!
Pięknie zdobione były okręty.
A ponad wszystkie jeden piękniejszy!
Miał statek-sokół miasto źrenice
Kamienie cenne hijacyntowe,
Brwi zastąpiły czarne sobole,
Futer jakuckich, precz syberyjskich;
Wąsem mu były miecze hartowne,
A murzamaskie dzidy uszami
Z przywieszonemi gronostajami...
Nad grzywą wiały lisy brunatne,
Nad sterem — skóry białych niedźwiedzi...
A stewa brała kształty turowe,
Boki okrętu — żebry zwierzęce...

Wszystko to, i śpiewy wesołe, i ognie złote, i cichy spokój pewnej przystani, i radość obronnego wyjścia z niedawnych wielkich niebezpieczeństw — wszystko znikło, zmętniało w dumaniach Beniowskiego. Nie mógł skupić roztrzęsionych myśli, ogarnięty zupełną niemocą.
— Czy jest jaka nadzieja? — spytał Bielskiego, gdy ten wyszedł nareszcie.
— Meder wątpi, ale Bóg jest miłościwy i wszechmocny. Byle dowieźć chorą do krajów cywilizowanych, pod opiekę specjalnie wyuczonych lekarzy... Młodość dziewczyny bardzo wiele dopomóc nam może... Mówił też Meder, że chora potrzebuje spokoju...
— Zaraz jutro każę budować dla niej hyżę za obozem... Istotnie ten gwałt, śpiewy, wieczny ruch żeglarskiego życia nie może dobrze działać na zbolałą jej duszę!... Jeszcze dziś wydam rozporządzenie!... — dorzucił Beniowski energicznie i odszedł w głąb obozowiska szukać Chruszczowa. Zamiast niego trafił na Kuźniecowa, który mu z zachwytem wychwalał niesłychane piękności i przymioty odkrytej przez nich wyspy.



XXXII.

Nazajutrz Beniowski, z wnijściem słońca, zwoławszy całe zgromadzenie, podzielił między wszystkich służbę i obowiązki, których dopełniać mieli. Jednym rozkazał pilnować okrętu, drugim łowić ryby, owym pójść na polowanie, innym naprawiać liny i żagle. Cieślom kazał budować na uboczu przestronny szałas, kryty liśćmi palmowemi.
— Dlaczego jeden?... My wszyscy chcielibyśmy nareszcie w domach zamieszkać... — ozwały się z tłumu głosy.
— Klimat tu ciepły i budowanie domów dla zdrowych na przeciąg krótkiego naszego tu pobytu byłoby daremną stratą czasu!... — odrzekł Beniowski.
— Krótkiego pobytu?... Ho, ho!... Ledwieśmy ziemi nogą tknęli, już mówi o odjeździe!... Taki chwat!
— Niech mówi, zobaczymy!...
— Po takiej mordędze należy się nam długi wypoczynek!... Musimy dobrze sił nabrać!...
— Chciałby wciąż orać w nas i orać, jak w te siwe woły!... — szeptali zebrani.
Beniowski patrzał na nich surowo:
— Odmawiacie więc posłuszeństwa?... — spytał.
Umilkli, tylko jakiś głos pojedyńczy zboku odrzekł nieśmiało:
— Nie, ale... sił już nie staje!... Daj nam odsapnąć!...
— Daj odsapnąć, tatulu!... — śmiejąc się, powtórzyli chórem.
— Nie mówię, że odpłyniemy zaraz, jutro lub pojutrze... Przeciwnie, myślę, że minie dni kilka, zanim naprawimy okręt i przysposobimy żywność... Pamiętajcie wszakże, że tu nic nie wysiedzimy, że rzeczy nasze, statek i odzież, olinowanie i żagle drą się, psują, gniją w miarę tego, jak się podróż przeciąga, że w naszym interesie jest dostać się jak najprędzej do Manilji, najbliższej hiszpańskiej osady, skąd już łatwa droga do Europy... — dowodził Beniowski.
— Tak to, tak!... Ale tymczasem i tutaj dobrze!... Nie mamy powodu się śpieszyć!...
— Tak, tak, stary!... Jak się trochę podpasiemy, to pogadamy!
— Jeszcze u wielu zjedzone buty w kiszkach grają!...
— Skóra i kości!... Żadnego w ciele zapasu!...
Wołano coraz hałaśliwiej z gromady.
— Nie krzyczcie razem!... Nic nie słychać!... Niech każdy mówi oddzielnie!... — wstrzymywał hałas Beniowski.
Skoro jednak nikt z szeregów nie wystąpił i nikt się dłuższy czas nie odezwał, dał znak, żeby się rozchodzili do zajęć.
Oficerowie wywoływali i dobierali sobie wyznaczonych im ludzi.
— Idźcie, idźcie!... Do sieci, do niewodu, na polowanie!... Bierzcie, chłopcy, siekiery, bierzcie!... Ruszajcie!... Nikt za was nic nie zrobi, a jeść trzeba, poddanych tu niema!... — przekładał łagodnie Chruszczow, chodząc wśród marynarzy.
— Szkoda!... Przydałyby się jakie czarne stwory!...
— Jak na Urumsziri!... Nieprawda!... Co?...
— I nie tyle chłopy przydałyby się, co baby!...
— Juściż z baby podwójna wygoda: w dzień pracuje, a w nocy... Ha, ha!...
— Prawdę rzekłeś!... Na mordzie czarna jak but, ale...
— Jak węgiel, chciałeś powiedzieć, bo w środku ma ogień, ma!... Ha, ha!... Ja tam ciekawszy środka!...
Śmiali się żeglarze, leniwo kierując się ku wskazanym miejscom.
Na stoku wzgórka, skąd otwierał się śliczny widok na błękitną zatokę, na srebrną rzeczkę i pyszny zielony las, cieśle zaczęli wbijać w ziemię słupy dla szałasu, przyśpiewując sobie do taktu:

Dokoła dwora tyn...
Na tego ty na ostrokoły
Powdziewane perły-bisiory...
A pośród dwora
Chata bogata...
Bobrami kryta,
Lisem podbita,
Sosrąb srebrem pobielany,
Piec polewany,
Podłoga słana
Barwnym kamieniem.
Na niej łożnica
Z jasnem złoceniem
Z firaneczkami
Z gazy tęczowej
I nóżeczkami
Z kości słoniowej...
Na wezgłowiach tam aksamitowych,
Na poduszkach edredonowych
Odpoczywa tam i męża czeka
Młoda małżonka...
Nie przyjdzie twój mąż,
Nie przyjdzie twój pan:
W czystem polu leży cicho,
Krew mu płynie z ran...

Właśnie Beniowski, lustrujący roboty, zbliżał się ku nim wraz z Chruszczowem, gdy, usłyszawszy, co śpiewają, spochmurniał nagle i zawrócił ku lasowi.
— Pójdziemy obaczyć te zachwalane bogactwa wyspy!... — ozwał się z cierpkością w głosie.
— Sam chciałem cię o to prosić, gdyż nie widziałem jeszcze lasów tropikalnych!... — odrzekł łagodnie Chruszczow.
Las był rzeczywiście wspaniały; strzelał wysoko w błękity kolumnami palm, spowitych festonami bluszczów i lian. Był to niby zielony, potężny mur, broniący przystępu do wnętrza. Z wielkim zachodem, rąbiąc tasakami pnącze i kolące pędy rozmaitych nieznanych krzewów, przedostał się Beniowski z towarzyszem w mroczny głąb puszczy. Znalazł tam ciszę, mrok i zupełną martwotę; wgórze jeno niezmiernie wysoko w wachlarzach koron palmowych, krzyczały i trzepotały barwnemi skrzydłami jakoweś ptaki.
— Niewiele tu się pożywimy!... — zauważył ze smętnym uśmiechem Beniowski.
— To też oni chodzą gdzieś dalej, ale nie wiem gdzie!... — odrzekł Chruszczow. — W każdym razie i tutaj są ślady!...
Wskazał na odciski racic, widniejące w wielu miejscach na wilgotnej, błotnistej ziemi.
— Zapewne, ale na długo tego nie starczy, rychło wystraszą zwierzynę i odpędzą... Trzeba będzie raczej zrobić zagrodę obyczajem Amerykanów i zapędzić tam zwierza wcześniej obławą, zamknąć i wyszlachtować!... Inaczej nie zdobędziemy nawet zapasów na drogę... Korzonków jadalnych, owoców nie na długo nam starczy, zjemy, ani się spostrzeżemy... Orzechy kokosowe, których tu widzę sporo, zbierać dość trudno, a i ludzie niewzwyczajeni pochorują się od tej strawy łacno... Pozostaje więc polowanie, gdyż to da nam odrazu dużo żywności i mięsiwa zdatnego do solenia... Pomyślimy o tem, naradzimy się, a teraz wracajmy, gdyż tutaj w tem bagnie, mogą się lęgnąć jakie zjadliwe gady... Należy ostrzec naszych ludzi, aby, chodząc po trawie głośno stukali kijami przed sobą, lub wdziewali, idąc w las, skórznie oraz grube wełniane onuce, których lada wąż nie przekąsi...
Tak rozmawiając, wracali do obozu. Tam zastali wielkie zbiegowisko dookoła Łoginowa, wysłanego z paroma strzelcami na wywiady w inną stronę wyspy.
Już wrócili, przyniósłszy pęki owoców bananowych, których wielką obfitość znaleźli niedaleko. Ale za najważniejszą zdobycz uważali garść kryształów oraz ułamków świecącej rudy, których sporo przynieśli zawiązanych w chustce i które z dumą przedstawili Beniowskiemu.
— Cóż to?...
— Złoto!... — odrzekł stanowczo Łoginow.
Beniowski zbliżył rudę do oka, oglądał uważnie, potem zważył na dłoni.
— Nie widzi mi się, żeby złoto: za lekka!...
— Bo dużo domieszki... Ale złoto na pewno. My tu mamy złotników. Oni też mówią, że jak gdzie na wierzchu są takie kamienie, to w śródku napewno znajdują się diamenty. Im głębiej kopać, tem cenniejsze i rzadsze...
Roześmiał się Beniowski.
— Któż to tak mówi?...
— Rybnikow i Andrejew. W Moskwie złotnikami byli. W Niemieckiej słobodzie służyli.
— Gdzież oni są?...
Wystąpili naprzód Rybników z Andrejewem, znani Beniowskiemu skądinąd, jako skromni i posłuszni ludzie.
— Więc twierdzicie, że to są diamenty?...
— Nie, myśmy odrazu powiedzieli, że to prossty kryształ. To oni twierdzą, że gdzie takie kamienie są, muszą być i drogie „samocwiety“, a my nie wiemy... Nam w warsztatach dawano kamień gotowy, a skąd on był, nie wiemy... Podobno z gorących krajów...
— Właśnie!... A my gdzie jesteśmy!?
— W samym pępie gorącości!...
— Co ich tam słuchać, najlepiej spróbować!...
— Idźmy zaraz kupą!...
— Głupcy jesteście! Mogę was upewnić, że gdzie się miny górskiego kryształu znajdują, nigdy tam niema diamentów... Co się zaś tyczy tej rudy, to pamiętajcie, że nie wszystko złoto, co się świeci... Należy przedtem spróbować, co zacz ona jest, zanim zaczniecie ją dobywać i tu znosić!... Nie mam zresztą zamiaru wam zabraniać wogóle kopać i szukać... Owszem, ale z warunkiem, że będziecie to robić po skończonej pracy przy naprawie okrętu!... Codzień dam wam parę godzin na to przedsięwzięcie, albo lepiej jeszcze wyznaczcie sami paru takich, co się temu wyłącznie poświęcą... Na to zgoda!... Nie mogę wszakże pozwolić, żeby dla tych fantastycznych projektów stanęła nasza główna praca!... Proszę więc i rozkazuję, abyście zaraz do niej wrócili!... — obwieścił stanowczo Beniowski.
Odeszli, szemrząc i poglądając chciwie na kryształy i złote blaszki, błyszczące na rozpostartej na ziemi chustce.
Beniowski natychmiast odwrócił się i wszedł do namiotu, ale Chruszczow przezornie schylił się, chustę zebrał, zawiązał w węzeł i poniósł za nim.
— Byłoby jednak niezgorzej, przyjacielu, gdybyśmy trochę zasilili skarbiec nasz, opustoszały mocno wskutek zgnicia i zniszczenia drogocennych futer przez wodę! — zauważył, kładąc minerały na stole.
— Zapewne, że byłoby dobrze, ale nie mamy ani czasu, ani środków na przeprowadzenie odpowiednich badań, a te oto próbki wcale nie są złotem... Myślę, że są raczej kryształkami zwykłego markasytu...
— A jednak nie jesteś pewny...
— Owszem, jestem pewny. Sam spróbuj, jaka tego lekkość i weź jednocześnie na dłoń mój sygnet...
Gdy tak rozmawiali, u wejścia do namiotu ukazały się znowu na błękitnem tle nieba i morza ciemne postacie ludzkie.
— A co!... Już są!... Wiedziałem, że tak będzie!... Idź, spytaj się, czego chcą...
Chruszczów wyszedł ku przybyłym.
— Nie chcą ze mną mówić. Powiadają, że mają do ciebie polecenie od całej załogi.
Byli to ci sami, co zawsze, najzuchwalsi z pospolitości, z dołączeniem tym razem potulnych — Rybnikowa, Andrejewa i „uczonego“ Sudejkina.
Sudejkin wystąpił jako mówca:
— Jako przekonani będąc, iż krew nasza zgęstniała od niezwykłego gorąca, oraz wycieńczone członki mając głodem i pracą nadmierną... Że więc jest kres siłom wszelakim i nawet duchowi, który choć od Boga stworzon na jego obraz i podobieństwo... — zaczął krasomówczo.
— O co chodzi?... — przerwał mu szorstko Beniowski.
— Jako wyniszczeni trudami i przykrością żeglugi, żądamy kilku miesięcy wypoczynku na wyspie. Czas ten poświęcić chcemy kopaniu drogich kruszców i diamentów, których przyzwoity zapas każdemu z nas po powrocie do Europy zabezpieczyłby przystojne i wygodne życie!... — dokończył pośpiesznie innym już głosem ex-pisarz.
— Tak, tak!... — przywtórzyli inni. — Wszyscy tego chcemy!...
Beniowski rzucił znaczące spojrzenie na Chruszczowa.
— Dobrze!... — rzekł. — Pomyślę o tem... Wracajcie do pracy!... Zbyt jest ważną rzeczą postanowienie, o które prosicie, abym mógł odpowiedzieć bez uprzedniego zastanowienia się!...
— Tak, ale oni żądają, żeby im pan odpowiedział zaraz, panie Naczelniku!... — wstawił nieśmiało Andrejew.
— Nie chcą bez tego dalej pracować!... potwierdził Sudejkin.
— Wyjdź do nich!... — szepnął Chruszczow.
Beniowski przezwyciężył odrazę, która odbiła się przez mgnienie oka na jego twarzy, i poszedł z Chruszczowem ku piaskom morskim, gdzie zgromadziła się, hałasując i głośno rozprawiając cała prawie osada okrętu.
Powtórzył pytania, wysłuchał całego szeregu skarg, żalów, utyskiwań na los, na niego, Beniowskiego, na nierozważne porzucenie oj czystych krajów na trudy podróży, na niewiadomość przyszłości, na okropności, które ich już spotkały i które ich na pewno jeszcze czekają... Wszystko zakończone zostało już nie prośbą, lecz stanowczą rezolucją, że osiedlają się na wyspie na dłużej i zajmują się zgromadzeniem bogactw do czasu, aż zbiorą ich dosyć.
Beniowski odpowiedział im szczegółowo, punkt za punktem, powtarzając to samo, co już był powiedział, i prosząc o zwłokę do jutra.
— Skoro po rozwadze uznacie żądania i zamiary wasze za słuszne, sam stanę na czele ich wykonania.
— Hurra! hurra!... Niech żyje Beniowski!... Myśl, myśl, rozważaj, głów się, jeżeli chcesz, to choć do jutra, ale jutro prowadź nas, bo my już naszego postanowienia nie zmienimy!... — zawołali wtedy zebrani i, potrząsając czapkami nad głowami, rozprawiając głośno, rozeszli się po obozie.
— Cóż uczynisz? — spytał Beniowskiego Chruszczow.
— Sam nic nie uczynię!... Cóż ja mogę!? Musimy jednak zebrać się w małem kółku i naradzić... Chciałem cię prosić, żebyś cichaczem uwiadomił Panowa, Baturina, Kuźniecowa, Winblatha, Urbańskiego, Sybajewa, wogóle wszystkich naszych, żeby w nocy zebrali się u mnie w namiocie!...



XXXIII.

Zebrali się starzy spiskowcy, obsiedli zydle i ławy, jak w Bolszej, mdły kaganek oświetlał ich twarze surowe, ogorzałe, poorane brózdami przeżytych wzruszeń.
Zabrał głos Beniowski i w krótkości opisał stan rzeczy:
— Jasno dla mnie, że u większości naszych ludzi rozproszyło się i znikło już dawno wszelkie dążenie do wolności, wszelkie szlachetne pragnienie podniesienia się z poniżającego niewolnictwa... Nasza wyprawa dąży naprzód jedynie dlatego, że wtył wrócić nie może; pozbawiona celu w sercach uczestników, płynie gnana wypadkami w kierunku najmniejszego narazie cierpienia i wysiłku... O ile to jest nierozsądnem, nie potrzebuję dowodzić wam, gdyż jest to podobne do położenia się do snu znużonego człowieka w czas szalejącej burzy... A przecież mały już potrzebny wysiłek i zbawienie byłoby bliskie... Już jesteśmy u kresu błąkań się po bezludnych morzach i wyspach... Przed nami Japonja z jej bogactwem, gęstą ludnością i wysoką, chociaż barbarzyńską kulturą!...
— Tam grożą nam inne niebezpieczeństwa, tam mogą nas poprostu wziąć do niewoli, zabrać okręt, ograbić ze wszystkiego, co mamy... — zauważył Baturin.
— Albo potraktować na żądanie rządu rosyjskiego jako piratów i wydać sądom moskiewskim!... — dorzucił Winblath.
— Właśnie dlatego uważam pozostawanie tutaj na tej wyspie przez czas dłuższy za rzecz niezmiernie dla nas niebezpieczną... W obecnej chwili wieść o naszej ucieczce, o zdobyciu Bolszerecka i konfiskacie składów skarbowych jeszcze nie mogła dojść do Petersburga... A nawet jeżeli doszła, to rozkazy stamtąd w tej sprawie do władz miejscowych sybirskich, oraz powiadomienie mocarstw sąsiednich drogą dyplomatyczną z prośbą o zatrzymanie nas, nie mogły się przedostać do Japonji poprostu z braku czasu... Będziemy więc w spotykanych portach mogli przedstawiać się, jak nam się żywnie spodoba, jako wolni wychodźce, kupcy, czy też polityczni zbiegowie, stosownie do okoliczności dla nas dogodnych... Co innego, jeżeli tu zostaniemy czas dłuższy... Wtedy wszystko możliwe!... Rząd rosyjski nie zaniedba na pewno poczynić najusilniejszych zabiegów, aby nas schwytać i zadość swej zemście uczynić!... Jako piraci, wyjęci z pod prawa, będziemy zupełnie zależni od dobrej woli spotkanych w portach urzędników japońskich, chińskich czy europejskich, lub wszelakich okrętów szukających zdobyczy na morzu... Wiadoma, że te nieraz pod pretekstem ukrócenia piractwa napadają dla rabunku na cudzoziemskie kupieckie, mało znane lub bezbronne okręty. Kto tam wie, kim był ten, kogo morze pochłonęło?... Wprawdzie mamy broń, pewne doświadczenie i dość odwagi, aby stawić czoło napastnikom i nawet portowym władzom... Chodzi jednak nie o szukanie niebezpieczeństw, lecz o unikanie ich... Czy nie tak?...
— Słusznie!... — rzekł Panow. — Lecz to nie przekona załogi. Ci ludzie są tak ciemni, iż skoro zbierze się ich czterdziestu, myślą, że moc mają nadzwyczajną, że świat cały mogą zarzucić czapkami, a tak są dufni i pełni przechwałek, że mniemają szczerze, że niema ponad nich dzielniejszych, umiejętniejszych i waleczniejszych ludzi na ziemi!...
— A szczególniej, gdy ich w tem rozumieniu jeszcze ktoś uczeńszy od nich utwierdza!... — dorzucił złośliwie Kuźniecow.
— Najzupełniejsza prawda!... Dlatego byłem przeciwny zawsze darowaniu win memu siostrzeńcowi i dlatego nastaję teraz znowu, aby Stiepanowa, Sudejkina wraz z całą ich partją wziąć pod straż przedewszystkiem!
— Przenigdy!... Wywołałoby to powszechne niezadowolenie, a nawet może bunt, którego nie bylibyśmy w stanie uśmierzyć!... — sprzeciwił się żywo Baturin.
— I byłoby niesprawiedliwością, gdyż oni nie uczynili jeszcze nic takiego, coby na to zasługiwało!... — wstawił Chruszczow.
— Nie słuchają!... Wygadują na Beniowskiego, na mnie, na wszystkich... Wciąż to robią!... — burzył się Kuzniecow.
— Wszystko dobrze, ale jakie proponujecie wyjście?... Bo to, o czem mówicie, to nie wyjście! — spytał znowu Beniowski.
Długo milczeli zamyśleni, wreszcie Baturin podniósł swą wielką, piękną, siwą głowę i zaczął:
— Ha, cóż robić!... Przyznać musimy, że utraciliśmy wpływ na ludzi... Jak to się stało i dlaczego się stało, długo o tem gadać i nadaremno... Popełniliśmy każdy zosobna i wszyscy razem szereg błędów, które zabiły w załodze zaufanie do nas... Szereg nieszczęść i nieprzewidzianych wypadków, ciemnota i wady naszych podwładnych przyczyniły się również do tego... Dość, że nawet starzy i najpewniejsi wśród żeglarzów stronnicy nasi zachwiali się w swej wierności. A od nieszczęsnego zdarzenia z Czułosznikowem nawet ludzie Chołodiłowa przestali tak ślepo słuchać Kuzniecowa, jak dawniej... Któż więc pozostaje?... Pozostała mała garść nas oficerów, naszych żon i tej niewielkiej części majtków, która czy przez wrodzoną lękliwość, czy przez roztropność nie śmie jeszcze wyłamać się ostatecznie z posłuchu i dyscypliny... Czy siła przedstawia taką większość i moc, aby narzucić swą wolę reszcie zbuntowanych?... to należy przedewszystkiem rozważyć... Otóż, według mego zdania, bynajmniej siły takiej nie przedstawia! Wystąpienie nasze otwarte jeno ujawniłoby tę naszą słabość i jeszcze bardziej rozzuchwaliło krnąbrnych. Znajdują się teraz na ziemi, gdzie nie potrzebują ani naszych rad, ani wskazówek, gdzie nie grozi im żadne nieznane i bezpośrednie niebezpieczeństwo, gdzie wreszcie mają poddostatkiem wody i żywności, nie usłuchają więc żadnych perswazyj, nie ulękną się żadnych pogróżek... Przeciwnie, opór nasz może doprowadzić do ostateczności tłumy rozjuszone i sfanatyzowane ciemnotą, oraz pragnieniem spokoju za wszelką cenę... Jużeśmy widzieli, że nie cofają się nawet przed rozlewem krwi... Radzę więc ustąpić im pozornie, przyzwolić na ich projekty, a tymczasem czekać czy okazji, czyto niepowodzeń i rozczarowań wśród nich samych, które nieomieszkają niebawem z biegu wypadków wyniknąć; wtedy pozyskiwać odpowiedniem pouczeniem i namową wspólników i, uformowawszy sobie ponownie większość zwolenników, ster spraw obrócić według naszej myśli... Nic lepszego nad to nie widzę!...
Umilkł. Wśród zebranych uczynił się mały ruch, i oczy ich zwróciły na Beniowskiego; ten milczał chwilkę, poczem spytał z pewną w głosie niecierpliwością:
— Czy nikt więcej w tej sprawie nie ma nic do powiedzenia?... Wszyscy panowie tego więc jesteście zdania?...
— Dodam — przerwał wtedy milczenie Chruszczow — iż brak pożywienia, który grozi nam, według słusznej uwagi Beniowkiego, z chwilą, gdy dzikie owoce i jadalne rośliny zostaną wyniszczone wpobliżu, przyśpieszy ową chwilę ukorzenia się krnąbrnych i nierozważnych, przepowiadaną przez Baturina...
— O ile do tej pory gorsi nie wyrżną lepszych!... — rzucił Beniowski.
— Cóż robić, ale innej drogi niema!... Dlaczego zresztą mają zaraz brać się za noże!?... Bywają przecież i inne załogi okrętowe, podobnie jak my wyrzucane na wyspę bezludną, i ocalały...
— Tak, ale je zawsze łączył jakiś cel wspólny, czyto ratunek, czy budowanie nowego okrętu lub reparacja rozbitego, czy oczekiwanie z zewnątrz ratunku!... — zaczął, powstając, Beniowski. — My zaś takiego celu nie mamy, bo kopanie rzekomej złotej rudy i diamentów nietylko nas nie zjednoczy, ale przeciwnie silniej rozbije jeszcze przez zawiść i rozbudzoną chciwość... Wysiłki daremne pochłoną resztę naszej własnej woli oraz całej załogi. Gdy zaś nareszcie spostrzegą ułudę swych poszukiwań, będą ostatecznie zdemoralizowani, będą szukali winnych, gdzie ich niema, i zapewne oskarżą nas, o ile żywi jeszcze wówczas będziemy... Gdyż nie łudźmy się, że jednym z naszych powodów do swar i zatargów będą białogłowy... Jest ich wśród nas tak niewiele i w dodatku każda ma męża... Silniejsze wszelako są namiętności i prawa natury nad kościelne przysięgi... Tej gromady ludzi młodych, silnych, wypoczętych, wypasionych a głównie próżnujących, wolnych od wszelkiego rygoru, odzwyczajonych od posłuszeństwa i porządku, nie wstrzymają żadne względy... W tych warunkach nieraz zdarzało się, że brat zabijał brata, cóż dopiero towarzysza... Ciepło, blask i jasność tutejszego słońca, potęgujące krwi szały, wzmoże na pewno powszechne szaleństwo, którego objawy już i na okręcie spostrzegać mieliście nieraz okazję... Czy nie tak?... Czy nie było krwawych zwad z tego powodu?... Ukrywano je przede mną, ale wiem, że były!...
Kuźniecow, Czurin i Łoginow poruszyli się niespokojnie.
— Otóż nie mogę zgodzić się na radę waszą, nie mogę pozwolić skruszyć resztek władzy, jaką posiadam, dla zawodnych doświadczeń, nie mogę dopuścić do zguby wyprawy, przez los mi powierzonej, nie mogę iść świadomie ku powszechnej lub częściowej rzezi, ku nieustającym nieporządkom i wrzeniu!... Uważam, że powinniśmy ubiec wypadki, nie dopuścić naszych przeciwników do wzięcia przewagi, zorganizować choć mniejszość z ludzi rozsądnych, z ludzi istotnie pragnących wolności, wreszcie z ludzi żonatych, a więc zagrożonych w swych najczulszych uczuciach... Ta mniejszość, dostatecznie zdeterminowana i uzbrojona, może narzucić swą wolę chwiejnej jeszcze obecnie, niesformowanej większości... Udawało się to nam przecie w Bolszej w o wiele trudniejszych warunkach. Dlatego już nie polecam, lecz rozkazuję wam pogadać na osobności z ludźmi, których tu zaraz wyliczymy. Uprzedzicie ich, aby byli gotowi na pierwsze wezwanie, i rozdacie im potajemnie broń... Kuzniecow, zaczynam od ciebie, na kogo liczyć możesz?...
Kuzniecow wstał i zaczął z pewnem zakłopotaniem wymieniać nazwiska marynarzy, a obecni wydawali o nich sądy i aprobowali lub odrzucali podaną kandydaturę.
Narady te przeciągnęły się do późnej nocy. Gdy wreszcie umówili się co do porządku oraz rodzaju najbliższego działania, wyznaczyli sobie spotkanie nazajutrz w lesie pod pretekstem polowania.
Beniowski kazał im rozejść się cicho parami, by nie zwrócili na siebie zbytniej uwagi już pogrążonego we śnie obozu. Ta tajemniczość i ostrożność znowu silniej zespoliła dawnych towarzyszy spiskowych. Rozeszli się pełni otuchy.
Sam Beniowski długo nie spał, obmyślając sposoby, zapomocą których mógłby zuchwałych skłonić do posłuszeństwa, w nierozważnych obudzić głos rozsądku, słabych umocnić, chwiejnych pociągnąć.
Gdy wreszcie zamknął znużone powieki, blady brzask już rozświetlał granatowe niebo nad czarnemi wierzchołkami lasu, widniejącego w otworze z pod odwiniętej połaci namiotu.
Niedługo jednak zażywał krzepiącego wczasu. Czujny słuch jego uchwycił niepowszedni szmer, a skoro oczy otworzył, ujrzał w tym samym otworze namiotu na purpurowo-złotem tle zorzy szeregi ludzi, gadających przyciszonym głosem:
— Idź, idź Longinow!...
— Chodź i ty, Trofimow!...
— Idźcie, zbudźcie go!... Już czas!...
— Niech wstanie!... Niewiadomo za co się brać!...
— Poczekajcie, zaraz wstanę! — huknął im z namiotu Beniowski. — Opuśćcie płótno, abym mógł się odziać!...
Niezwłocznie podskoczyło paru i spełniło rozkaz. Nie śpiesząc się bynajmniej, odziewał się i mył Beniowski, chwytając czujnym słuchem dolatujące z nadworza szmery i rozmyślając nad swą odpowiedzią zbuntowanym. Gdy wyszedł, gwar ucichł natychmiast.
— Czegóż chcecie?
— Wszak obiecałeś nam, że dziś powiesz swą rezolucję w sprawie min złotych i kopalni diamentów.
— Obiecałeś nas poprowadzić!...
— Już szary dzień i radzibyśmy dojść na miejsce przed gorącem!...
— Widzicie!... — zaczął wolno Beniowski. — Nietylko nie jestem przeciwny zdobyciu złota i drogich kamieni, lecz owszem radbym przyprowadził do Europy okręt pełny tego złota, zamiast już mocno nadpsutych naszych futer!... Ale ta wyspa, choć wydaje się tak mała, dosyć jest obszerna, aby dla zbadania jej nawet powierzchownie stracić nie miesiące, lecz lata całe... Tymczasem skąd weźmiemy pożywienia?... Dzikie owoce, jakie spożywamy teraz w tak wielkiej obfitości, raz zniszczone zjawią się po roku zaledwie... Zwierzyny również nie na długo starczy, tem bardziej, że wypłoszona przez nasze poszukiwanie rudy, rozsadzanie prochem skał i kopanie szacht, rozbiegnie się na pewno i schroni w niedostępnych kryjówkach... Radzę więc wam przedewszystkiem, dopóki zwierzyna, ryby i ptactwo nie są przepłoszone, uczynić wielkie łowy zbiorowe w celu ich schwytania i zasolenia z nich wielkich zapasów mięsa dla przyszłych robót... W tym celu dziś udam się na wywiady z wybranymi towarzyszami... Inni będą tymczasem zbijali beczki, gotowali naczynia i przesiewali potrzebną sól... Jeszcze inni, biegli w metalurgji, przeprowadzą skrupulatną próbę przyniesionej rudy, a skoro takowa okaże się istotnie złotą, nieomieszkamy niebawem udać się na miejsce, aby zbadać układ jej gniazd i złogów oraz ilość prawdopodobną, a potem przeprowadzić dalsze poszukiwanie... Przyznajcie jednak, że najprostszy rozsądek każe przedewszystkiem przekonać się, jaki jest charakter owej rudy, gdyż od tego zależy wartość naszych wysiłków... Czy nie tak?...
— Juściż że tak!... — odezwało się parę głosów z rezerwą.
— Czy wy nie macie wśród siebie złotników oraz górników zdolnych do prowadzenia podziemnych robót?...
— Mamy... Wychodźcie, Andrejew i Rybnikow... Wychodźcie!... Bierzcie się!...
Wezwani wystąpili z szeregu, poczem Beniowski wręczył im uroczyście chustkę z kawałkami kryształów i rudy.
— Co tylko będzie wam do próby potrzebne, kwatermistrz wyda wam niezwłocznie z okrętowych składów. Bóg niech wam pomaga!... Wy zaś reszta idźcie zaraz do robót wyznaczonych wczoraj, gdyż dzień zapowiada się pięknie i nie należy stracić go napróżno, abyśmy, w razie okazania się złota w rudzie, jutro zaraz mogli udać się do jej kopalni...
Rozeszli się, pomrukując, niezbyt zadowoleni z jego odpowiedzi, ani przekonani jego dowodzeniami.
Rozumiał to Beniowski i niespokojnym wzrokiem śledził, jak, stając na wyznaczonych posterunkach, brali się do roboty. W opustoszałym obozie, wśród namiotów i szałasów, dymiły się jeno ognie pod wielkiemi kotłami, w których niewiasty warzyły strawę. Woddali zieleniał, jak wczoraj, wyzłocony słońcem las i stada barwnych papug przelatywały w splątanych koronach pierzastych palm, fikusów, drzew kamforowych, oplecionych od góry do dołu girlandami kwitnących lian i bluszczów.



XXXIV.

Ludzie pracowali niechętnie; łazęgowali od kupy do kupy pod pozorem pożyczenia narzędzi lub zasiągnięcia wskazówek. Nie ustawały szepty i tajemnicze rozmowy. Nie pomagały napomnienia i groźby oficerów, doglądających robót; często odpowiadano im grubjaństwem, które musieli puszczać płazem łub udawać, że go nie słyszą. Beniowski stanowczo zabronił im zatargów z załogą i awantur; sam chmurny obchodził obozowisko, nie czyniąc zresztą żadnych uwag na spotykane niedbalstwo.
Niezwykle obfity połów ryb podniecił i zespolił na chwilę wszystkich. Z wesołemi krzykami obstąpili tułacze wyciągnięte na piaski matnie, gdzie wśród ciemno-zielonej morszczyzny trzepotały się stosy srebrnych stworów wodnych. Połowę ułowu natychmiast oddzielono na wieczerzę, a połowę, na wyraźny rozkaz Beniowskiego, oczyszczono, osolono i ułożono w beczkach.
Podczas gdy uwaga powszechna tem była zajęta, Beniowski polecił Urbańskiemu wyznaczonych zawczasu ludzi poprowadzić na polowanie do lasu, gdzie niebawem sam z Panowem i Winblathem pośpieszył. Sybajewa zostawił dla dozoru nad cieślami.
Poszli wzdłuż potoku; las tu był jeszcze bujniejszy, jeszcze bogaciej podszyty paprociami, bambusem, rozmaitemi krzewami, spowitemi bluszczem oraz innemi pnączami, ale w łożysku, gdzie woda płynęła w czas posuchy wąskim strumieniem, dużo było mielizn, po których łatwo było zapuścić się w głąb wyspy, mijając splątane, nieprzebyte gęstwiny. Brnęli więc częścią w wodzie, częścią Osuchami ku widniejącym wdali wzniesieniom lądu, gdzie miały się znajdować owe złotonośne skały.
Po drodze Beniowski nieraz się zatrzymywał, badając bogatą roślinność, nawet wdrapywał się na urwisty brzeg, aby zbliska obejrzeć jaki owoc lub spróbować go. W pewnem miejscu spłoszyli znaczne stado dzików, które z głośnem chrząkaniem porwało się z bajoru, prawie z pod ich nóg i pomknęło w las. Już chcieli puścić się za niemi, gdy okrzyknął ich zdala głos i ujrzeli biegnącego ku nim Polisowa, jednego z wiernych jeszcze strzelców, wyznaczonych do polowania.
— Jakto?... Sam przybywasz?... Gdzie reszta?
— Kuźniecow mię posyła, a gdzie reszta, nie wiem. Nic nie mówił... Kazał jeno powiedzieć, że Stiepanow zaraz po opuszczeniu obozu przez Waszą Miłość zebrał ludzi, gadał im długo, i poprowadził w las niby dla przysięgi a potem dalej miał wieść, ale zupełnie nie w tę stronę, w którą wedle rozkazu należało...
— A co?... Nie powiedziałem!... — wybuchnął Panow.
— Wracajmy więc, nie mamy tu co robić!... — zadecydował Beniowski. — Czy wiesz, gdzie odbywa się to zgromadzenie?
— A no wiem!... Bo i mnie zapraszali... W tym lesie!
— Więc prowadź!
— Na zgromadzenie?...
— Na zgromadzenie!...
Polisow spojrzał na słońce, już chowające się za las, na rzeczkę i, wyjąwszy z za pasa kordelas używany dla przecinania pnączy, poprowadził ich naprzełaj w sam ciemny bór. Wkrótce znaleźli się w ciemnościach tak głębokich, jak noc; zieleni nigdzie tu widać nie było, jeno olbrzymie, grube, okorzaste pnie, jakby zamulone błotem i pleśnią, często kosmate, niby futrem pokryte...
Z niewidzialnych gdzieś w ciemnościach konarów zwieszały się liany kręte, bezlistne, do wężów podobne; potworne żebra korzeni drzew gumowych, wysokie jak płoty, co krok zastępowały podróżnikom drogę. Musieli wdrapywać się na nie i iść krętemi ich grzbietami, bacząc pilnie, by nie pośliznąć się i nie wpaść do sadzawek pełnych brudnej, stęchłej wody, zastałej w okach roślinnych sieci. Bagnisty zaduch truł im oddechy.
Beniowski niebawem chciał wrócić nad rzeczkę, ale majtek upewniał, że to zaraz, że to zupełnie niedaleko...
Okazało się wszakże, że zbłądził, i z wielkim mozołem udało im się zapomocą kompasu wydobyć z leśnej matni dobrze po północy.
Beniowski, który podejrzewał w tem wszystkiem wybieg chytrego przewodnika, pełen milczącego gniewu oddzielił się zaraz od towarzyszy i skierował się przez śpiący obóz wprost do namiotu Chruszczowa. Zmęczony Panow ledwie za nim pośpieszał. Chruszczów chrapał spokojnie na łożu, pogrążony w głębokim śnie. Gdy go Beniowski targnął za ramię, zerwał się i zawołał wystraszonym głosem:
— Kto... tu?... Ktoo!?...
— Ja... Beniowski!
— Co się stało?...
— Właśnie chcę się dowiedzieć!... Co nowego narobił Stiepanow?...
— Stiepanow!?... Nic nie wiem!... Nie odstępowałem go na krok, jakeś przykazał...
— Któż więc posłał Polisowa?
— Nie wiem... Może Kuzniecow!...
— Aha, prawda!... Biegnij, Panow, każ Sybajewowi aresztować Polisowa i przywołaj do mnie Kuzniecowa!... Pamiętasz więc dobrze, żeś nie odstępował na krok od Stiepanowa i że on nic występnego nie czynił?... — zwrócił się Beniowski ponownie do Chruszczowa.
— Ależ tak!... Cały czas był w najlepszym humorze, bawił mię zabawnemi anegdotkami!... Wprawdzie odwołali mię na chwilkę, na maluchną chwilkę łatacze, abym im dał płótno do naprawy żagli, lecz to trwało tak krótko, że nie mógł żadną miarą w tym przeciągu czasu uknuć żadnego spisku!
Odchodzący Panow odwrócił się we drzwiach i roześmiał.
— Nie potrzebuję pewnie już aresztować Polisowa. Nie wątpię, że mówił prawdę! Wy nie znacie wszystkich wybiegów mego siostrzeńca!... Sam zapewne bawił Chruszczowa, aby łacniej jego przyjaciele mogli urządzić chryję. Jedyna rada, że pójdę zaraz i strzelę mu w łeb...
— Nie, nie, to zbyteczne!... Może to jeszcze kłamstwo!... Pomyłka głupiego chłopaka, który nie zrozumiał polecenia!... — sprzeciwiał się Chruszczów, odziewając się pośpiesznie.
— Idź, Panow, i przyprowadź do mnie Kuzniecowa... A ty, Winblath, uprzedź Baturina... Niech zwołają co prędzej wszystkich naszych stronników do mego namiotu... Uczyńcie to bez hałasu i szybko!... Czekam za chwilę!... — rozkazywał Beniowski.
Nie minęło kwadransa, jak cicho, niby cienie, przemknęło się i skupiło w namiocie Beniowskiego trzydziestu kilku ludzi. Była to mniejszość załogi, wszystko ludzie starsi, rozważniejsi, nie brakło też ani jednego z żonatych, na co zaraz z uśmiechem zwrócił uwagę Urbańskiego Sybajew. W krótkich, ostrych wyrazach powtórzył Beniowski zgromadzonym wczorajsze zarzuty przeciw planowi dłuższego na wyspie pobytu, napierając na niebezpieczeństwo, jakie grozi białogłowom ze strony bezczynnych zuchwalców. Wszyscy żonaci byli niezmiernie tem poruszeni, twierdzili jednak, że w cnotę swych żon wierzą niezłomnie i że nie o to im chodzi, lecz że lękają się głównie, aby rząd imperatorski swemi staraniami nie zaskoczył wyprawy w portach japońskich.
— Bądź co bądź nie możemy pozwolić tym szaleńcom gubić wszystkich!... Rozkazuj Beniowski, myśmy na wszystko gotowi!... — oświadczył blady, jak śmierć i pełen wściekłości Kuźniecow.
— Dobrze więc, ale musicie spełniać ślepo, co rozkażę, i zachować jak najgłębszą tajemnicę, gdyż wtedy tylko możemy być pewni powodzenia. Niech zaraz Czurin poprowadzi sześciu z was na okręt i zluzuje tamtejszą wartę; Winblath z dwunastoma niech zawładnie niepostrzeżenie armatami. Można to uczynić, zmieniając straże otwarcie w należnym czasie, i niech zdwoi je niepostrzeżenie, korzystając z ciemności. Wszystkie inne posterunki również obsadzić w nadchodzącą zmianę naszymi ludźmi, czego dokona Sybajew. Reszta zostanie pod bronią w ukryciu... tu w moim namiocie!... Idźcie niezwłocznie spełnić moje rozkazy, a ci, co zostaną, niech kładą się spać!... Mamy jeszcze czas wypocząć do rana!...
Poczem sam w ubraniu, jak tylko wysłani wyszli, wyciągnął się na łożu, a inni za jego przykładem pokładli się pokotem na ziemi.
Tak przespali spiskowcy do rana przez nikogo nie trwożeni.
O świcie przyszli oficerowie po rozkazy dzienne do Beniowskiego, a nie zauważywszy żadnego poruszenia w obozie, pełni otuchy, przypisywali wczorajsze swoje strachy wyłącznie plotkom i fantazjom urodzonym w ciemnościach nocy.
Doświadczone oko Beniowskiego dostrzegło jednak niepokojące oznaki, tak wszakże drobne, że nie mogłyby przekonać dusz bardziej ufnych i prostych.
Milczał więc, ale wcale się nie zdziwił, gdy strzelcy, wysłani przezeń na polowanie, rychło wrócili zpowrotem, twierdząc, że łowy wcale im się nie powiodły, że nie trafili nawet na ślady zwierzyny. Niedługo potem przybiegł Urbański i dał znać, że bednarze oraz latacze żagli porzuciii pracę. Nie skończył jeszcze swej relacji, jak Beniowski wstał i śledził badawczo z pod podniesionej połaci namiotu zbiegowisko, tworzące się w obozie dokoła jakiegoś oficera, który wydał mu się podobnym do Sybajewa. Jednocześnie rozkazał, nie tracąc chwili, Urbańskiemu śpieszyć po Chruszczowa, Panowa i Kuźniecowa.
— Powiedz im, że zwołuję Radę Naczelną, gdyż, z powodu wymówienia mi posłuszeństwa przez załogę, chcę zdać dowództwo... Niech wezwą innych i sami śpieszą.
Ciężki Urbański pomknął z chyżością młodzieńca.
Gdy wezwani przybyli, musieli przepychać się prawie gwałtem przez zwarty tłum rebeljantów. Beniowski, stojąc przed namiotem, przemawiał do nich surowo:
— Przeprowadziłem was przez część drogi najtrudniejszą, pokonałem niebezpieczeństwa i przeszkody niesłychane, spowodowane po większej części waszym uporem i krnąbrnością, wyrzucałem sobie nieraz następnie, widząc wasze cierpienia, iż ustąpiłem wam... Mam-li więc popełnić tę samą omyłkę i teraz, gdy jesteśmy u progu zbawienia?... Nie, po tysiąc razy nie!... Widzę jasno zgubę, która nas czeka przy dalszym tutaj pobycie... Widzę większość was umierających od zjadliwej febry, gnieżdżącej się w lasach, które zdają się wam tak cudnemi... Widzę niebezpieczną biegunkę, szerzącą się wśród was od wyłącznego spożywania owoców, do których nie jesteście przyzwyczajeni... Widzę bratobójcze swary — rezultat bezcelowego wałęsania się i próżniactwa... Widzę wreszcie pościg rządu Imperatorowej, który zaskoczy was niespodzianie zdemoralizowanych i umniejszonych w liczbie oraz sile... I poco?... Wszak rzekomę złoto okazało się, jak przepowiedziałem, nędznym markasytem, co wam udowodnili właśni wasi wybrańcy... Czego chcecie więc i na co jeszcze czekacie, nieszczęśni?... Mało wam doświadczeń, jakieście przeżyli?... Zastanówcie się, zaklinam was, i powiedzcie sobie i mnie wyraźnie, czego chcecie, gdyż, doprawdy, nie widzę, abyście dobrze to rozumieli... Wypoczynku? Owszem, zgadzam się na najdłuższy, ale wy jakieś inne, słyszę, macie zamiary... Więc jakie?... Powiedzcie nareszcie... Chcecie-li powrotu do krajów cywilizowanych, wolnych, czy nie?
Umilkł.
Oczy wszystkich zwróciły się na Stiepanowa, który z głową dumnie wzniesioną stał w środku półkola zgromadzonych.
— Ha, nareszcie!... Co słyszę?... Wszechwiedzący Bóg, przezorny prorok, mąż jedynie mądry wśród nas, ba, na całej ziemi — pan hrabia Beniowski, szlachcic węgierski i polski, przyznaje się, że nie rozumie nas, że nie wie, czego chcemy?... Prosi, abyśmy mu to powiedzieli, nawet zaklina nas!... Owszem, z chęcią to uczynimy... A więc pragniemy przedewszystkiem: spokoju i jeszcze raz spokoju, za wszelką cenę spokoju! Dość mamy już gwałtów, tyraństw, rozlewu krwi... Nie poto wyrwaliśmy się z niewoli ojczystego imperjum, aby dostać się pod jarzmo człowieka mało znanego nam, awanturnika, którego pochodzenia nawet nikt nie zna, a którego czyny nie najlepsze dają nam o nim wyobrażenie... Bo my nie potrzebujemy się wcale ani domyślać, ani prosić go o wyjaśnienie powziętych przezeń celów... My je znamy! My bardzo dobrze odczuwamy je na własnej skórze... Jedynym jego celem jest tyranja!... Dobrzy dlań ci tylko, co się przed nim płaszczą, którzy uznają go za genjusza, za zbawcę, za dobrodzieja, co słuchają go jak wyroczni, wyrzekłszy się zupełnie własnego zdania, własnej woli, własnych sądów, własnych oczów, własnego interesu i wszystkiego, co przynależne jest człowiekowi. Takimi tylko on się otacza, od takich tylko przyjmuje rady, z takimi tylko dzieli się swemi myślami. Mamiąc nas widziadłem tyraństwa rządowego, strachami pościgu, morskiemi prawami mocarstw cudzoziemskich, sam nakłada nam na barki niepostrzeżenie własne, gorsze jeszcze tyraństwo... Chce robić zawsze to, co jemu się podoba, tak rzeczy obrócić, aby z nich płynęły dla niego jednego pomyślne skutki i korzyści... I teraz oto, gdy nakoniec, wbrew jego omyłkom i nieuctwu, los dobroczynny w ostatniej chwili zgonu wybawił nas i rzucił na wyspę czarowną, gdy nareszcie wytchnęliśmy i rozprostowali stężałe od nadmiernych trudów członki, gdy wodą słodką ożywiliśmy zsiadłą od gorączki krew naszą, gdy możemy zażyć nareszcie tej wolności, której dobywaliśmy z narażeniem zdrowia i życia — on chce nas gwałtem stąd uprowadzić, straszy nas pościgiem, głodem, morem, tysiącem egipskich plag, aby wylękłych i ogłupiałych znowu ugiąć pod ciężką swą prawicę... Mylisz się, tyranie!... My odtąd będziemy już żyli nie dla ciebie a dla siebie.
Mówca zatrzymał się, głęboko odetchnął i płonącem okiem objął zasłuchany tłum, poczem zaczął znowu głosem głębokim i mocnym:
— My pragniemy, aby chore nasze wróciły do zdrowia i aby zdrowe wzmocniły się, aby kości nasze pokryły się ciałem, zaleczyły rany nasze, a dusze nasze zapomniały niedawno przeżytych okropności... Słowem znowu chcemy stać się ludźmi, chcemy przestać służyć jeno twym celom i twym namiętnościom, pyszny człowieku!... My posiadamy też same uczucia i potrzeby i mamy na nie równe, jak ty, prawo... My zostaniemy tu, aby założyć wolną gminę, która trwać tu będzie tyle czasu, ile jej się podoba, ile trzeba będzie dla jej szczęśliwości... My żyć tu zamierzamy bez panów, bez ciemięzców, bez innych nakazów oprócz przykazań Boskich, równi z równymi i wolni z wolnymi... Przecież w tym celu uciekliśmy z Kamczatki, przecież to obiecywałeś nam sam, zdrajco przeklęty!... A teraz, gdy owa cicha wyspa znalazła się nareszcie, co mówisz?... Nie, bracia moi, raczej śmierć, niż dalsza u tego niegodziwca niewola!... Na szczęście widzę, że tym razem ręce ma on przykrótkie, że nawet najbardziej zaślepieni opuścili go i że nie my jego, lecz on raczej nas słuchać musi... Otóż zapowiedzcie mu to w oczy i wyraźnie, że skończyło się panowanie jego, że stał się on od tej chwili równym nam, zwykłym człowiekiem, i wyznaczcie mu narówni z każdym z nas od jutra łatanie żagli lub solenie ryby, albo zróbcie go, jak on mnie niedawno — kuchtą! obaczymy, czy będzie umiał równie dobrze spełniać te swoje obowiązki, jak umiał tego od innych wymagać... Niech żyje wolność i równość, bracia! Niech żyje powszechna szczęśliwość!... Niech żyje Nowa Rzecz Pospolita Rosyjska, a nie polska ani węgierska!... Hura!...
— Hura!... — powtórzyło wiele głosów z zapałem. Krzyczeli jednak nie wszyscy, niektórzy nawet zaczęli wołać:
— Cicho!... Cicho!... Sza!... Niech mówi Beniowski!...
Gdy wrócił spokój, Beniowski odpowiedział nadspodziewanie krótko i ustępliwie:
— Ha, skoro tak, skoro uważacie, iż z przybyciem na tę wyspę osiągnęliście swój cel najgłówniejszy, to muszę przyznać, że rola moja istotnie skończona i nie pozostaje mi nic innego, jak złożyć dowództwo!... Proszę was więc, abyście sobie obrali kogo innego!... Ponieważ zaś odsądzono mię od czci i wiary, i sądy te zasłużyły na powszechną pochwałę, nie pozostaje mi jak zupełnie opuścić waszą społeczność, gdyż doprawdy przyjemniej mi będzie żyć na przyszłość z dzikiemi zwierzętami, niźli z wrogami mymi.
Odwrócił się i odszedł w głąb namiotu.
— Co powiedział?...
— Powiedział, że woli żyć z dzikiemi zwierzętami, niż z nami!... Psia dusza!... Pyszałek!...
— A co miał powiedzieć?...
— Wykręca się!...
— Chce drapnąć!...
Krzyczeli wokoło rozgorączkowani i groźni majtkowie.
— Obiecywał złote góry: a to, a sio!... Będziecie wolni, szczęśliwi, bogaci!... A teraz, kiedy przyszło co do czego, kiedy chwila nastała najważniejsza, kiedy trzeba zdać ze wszystkiego rachunek i zacząć życie urządzać, daje nura!... Hola!... Nic z tego!... Przedewszystkiem trzeba związać Sybajewa i wszędzie ustawić nasze straże!... — dowodził Stiepanow.
Odszedł, uprowadzając z sobą znaczną część zebranych. Wahająca się reszta w rozterce snuła się dokoła namiotu Beniowskiego, zatrzymując i zapytując wchodzących i wychodzących stamtąd oficerów, co mają czynić. Wtem przybiegł Bielski i, odepchnąwszy wstrzymującego go Urbańskiego, wpadł do namiotu.
— Stiepanow obstawił strażą domek Nastazji, chciał koniecznie wejść do niej, ledwie go wstrzymał Meder ostrzeżeniem, że może całą jej kurację wniwecz obrócić swem pojawieniem, że za pogorszenie lub śmierć chorej wkłada na niego całkowicie odpowiedzialność... Wtedy dopiero wstrzymał się zuchwalec, ale straże swoje postawił przy namiocie i zabronił puszczać do środka kogokolwiek, prócz nas medyków, a nadewszystko kazał bronić przystępu tobie, Beniowski!... Co więc to wszystko znaczy? Czy istotnie wszystko już pod jego poszło władzę!?
— Wcale nie!... To bezprawie!... Nie odbyliśmy jeszcze wyborów!... I ja zaraz pójdę sam zrobić tam porządek! Kto ze mną, panowie?... — krzyknął Kuźniecow.
Położył rękę na rękojeści szpady i spojrzał na otaczających; było ich dość dużo w namiocie, nikt się jednak za nim iść nie kwapił.
Wstrzymaj się, Kuźniecow!... — zwrócił się do niego Beniowski. — Niech sobie samozwaniec tymczasem rządzi!... Zobaczymy jutro, co przyniosą wybory. Teraz najmniejszy krok nierozważny z naszej strony może spowodować walkę bratobójczą... Zostaw więc jego straże w spokoju!... Meder i Bielski nie puszczą nikogo do środka, tego jestem pewny... My tu zdala będziemy wreszcie czuwać... Zato radzę wszystkim małżonkom sprowadzić co rychlej tutaj swoje żony, gdyż niepodobna przewidzieć, w co się obróci wolność w rękach tych szaleńców... Wracaj więc, Bielski, do siebie, a wy idźcie do obozu i niepostrzeżenie ściągajcie tutaj do mego namiotu ze swemi niewiastami i dobytkiem... Z tego pagórka panujemy nad obozem i armaty mamy pod bokiem...
— Ba, kiedy przy nich obok naszych straży już postawił swoje ten potępieniec!... — rzucił posępnie Panow.
— To nic, to nic!... Wszystko zmienić się może w jednej chwili!... Zróbcie, co kazałem! — nastawał Beniowski.
Wdrożeni już do posłuszeństwa jego rozkazom oficerowie rozeszli się po obozie, aby werbować ludzi, przekonywać ich o niebezpieczeństwie i skłaniać do przenoszenia się wraz z żonami oraz swem mieniem do namiotu Beniowskiego.
Noc zapadająca sprzyjała tym przedsięwzięciom. Wprawdzie w obozie u gorejących ogni wszędzie gromadziły się kupy stronników Stiepanowa, rozprawiających gorąco o swem przyszłem, niezmiernie szczęśliwem na wyspie życiu, miotających gromy i przekleństwa na „zdrajcę Beniowskiego“, na bogaczów, którzy zawładnęli wywiezionemi z Bolszej skarbami, na konieczność przymusowych dla wszystkich, nawet dla „panów oficerów“ równych robót polowych, lecz ponieważ nie było wódki, nie doszło do żadnych wybryków. Chmurno i niespokojnie śledzili stiepanowcy za wszelką partykularną na boku rozmową, wszelako przeszkadzać stronnikom Beniowskiego jeszcze nie śmieli.
Zebrało się więc wkrótce sporo ludzi i wszystkie niewiasty w namiocie Beniowskiego. Byli tam nietylko żonaci, wszystkiego osiem rodzin, i nietylko ich krewniacy oraz przyjaciele, ale takoż ci wszyscy, co mieli trochę ukrytych pieniędzy, futer, srebrnych lub złotych naczyń, albo innych skarbów, niezawsze swoich, wywiezionych z Bolszerecka w czasach pogromu. Rozumieli oni wybornie, że rzeczy te stracą wszelką wartość na wyspie, gdzie będą zmuszeni pracować narówni z innymi, podczas gdy wśród ludów ucywilizowanych sprzedane dadzą im one wygody, a może i dostatek na całe życie bez zachodu wszelkiego i mozołu.
Nie byli to ludzie najmężniejsi. Sybajew uśmiechał się pogardliwie, widząc z jaką skwapliwością znoszą swoje węzełki pod ochronę armat.
— Hołota!... — mruczał. — Rozleci się to na wszystkie strony i ukryje przy pierwszej salwie! A na szturm ich nie ruszy żadna potęga!...
— Pewnie, że na szturm nie pójdą, ale też nie odbieżą swoich bab i swoich kociołków!... Można być pewnym!... — pocieszał go Urbański. — Gorzej, że majtkowie Chołodiłowa nie przyszli!... Nie przypuszczałem, że opuszczą Kuzniecowa!... Źle!... Urządziła go Agafja z tą wodą, oj urządziła!...
— No, abo to ona po raz pierwszy i ostatni!... Co noc, kiedy jest na wachcie i nie nocuje w kajucie, urządza go coraz to z innym... Niby to nie wiesz!... Nie udawaj!... Baba rozłożysta, krzywda mu więc wielka się nie dzieje!... Była przecież Matką Boską Chłystowską, kiedy to starczyć musiała na tuzin apostołów!... — śmiał się Sybajew, obrzucając okiem znawcy dorodną postać pani Agafji.
Ta odrazu spostrzegła, że o niej mówią i, zapłoniwszy się lekko, poprawiła na szyi korale...
— Ładna bestja!... — westchnął Urbański. — Cóż, kiedy Beniowski nie pozwala!...
Umilkli, gdyż Beniowski z Kuzniecowem, rozmawiając, zbliżyli się ku nim.
— Myślę jednak, że do krwawego zatargu nie dojdzie. Dopóki mamy okręt i armaty w ręku, my dysponujemy pozycją. Skoro w dodatku zobaczą, że gotowiśmy ich opuścić i zabrać całą należącą do społeczności majętność, to pewny jestem, że się namyślą! — dowodził Beniowski. — Chodźmo tutaj, Sybajew! Pójdziesz do obozu i rozpuścisz pogłoskę, że w każdym razie odpłyniemy, choćby nawet połowa załogi miała tu zostać!... — zwrócił się do oficera.
— Słucham!... — odrzekł ten, salutując.



XXXV.

O świcie wśliznął się do namiotu starszy Łoginów. Biedny ten oficer nie wiedział do kogo ma przystać; wciąż wahał się i to tym, to tamtym słuszność przyznawał. Szukał brata, który należał do stronników Beniowskiego.
— Stiepanow zawładnął szalupą i na okręt popłynął!... — oznajmił mu z przerażeniem.
— Co ty mówisz!? — porwał się z posłania przebudzony Kuźniecow.
— Z armat do nich hultajów palić!... — krzyknął Panow, ubierając się pośpiesznie i przypinając szpadę. — Zaraz biegnę do Winblatha!...
— Przedtem trzeba obudzić Beniowskiego!... Zaczekaj! — wołał Baturin.
— Racja! Trzeba się zapytać, co on każe. Na ten wypadek niema rozporządzenia!
— Zaraz, zaraz!...
— To ci sztuka!... Uf!.... — wzdychał Urbański.
— Co się stało?... — pytał obudzony zamętem Beniowski.
— Stiepanow zajął obie łodzie i okręt!...
— A cóż straże?...
— Podstępnie powiązał je!... — wyjaśnił Łoginow.
— Tak dalece!... Wołajcie pod broń wszystkich... Natychmiast wyjdę do was!... — rozporządzał się Beniowski.
— Dalej, za broń!... Formuj się!... Do szeregu!... — wołał Sybajew. — Zacznie się taniec lepszy, niż z Agafją!... — szepnął wesoło, przechodząc mimo Urbańskiego.
Ludzie wychodzili przed namiot, zabierając muszkiety i naboje, niewiasty głośno płakały i zawodziły, Beniowski ubierał się z zamyśloną twarzą surową; wtem wszedł Chruszczow.
— Idzie deputacja z tamtej strony!... Możeby jednak... uwzględnić?
— Co?... uwzględnić!? To, co teraz jest, będzie wciąż się powtarzać! Żadnych uwzględnień. Teraz, zaraz musi się skończyć w jakikolwiek sposób. My albo oni! A czegóż chce ta deputacja, nie wiesz?...
— Nie wiem!... Pewnie wciąż ta... kolonja świta im w głowie!
— Powiedz im, że zaraz wyjdę!...
Gdy Beniowski pozostał sam, przycisnął na chwilę rękę do czoła i zamknął oczy; głęboki ból i znużenie poorały licznemi zmarszczkami jego męską twarz. Trwało to jednak niedługo; głośniejszy gwar zewnętrzny ocucił go; podniósł powieki, a z pod nich wzrok mu błysnął dawnym płomieniem i stanowczością. Poprawił na sobie pas, dłoń lewą położył na głowicy szabli i uniósł opuszczoną połowę namiotu.
Na jego widok rozmowy w tłumie ucichły.
— Czego chcecie?... — Chcemy zostać!... Chcemy budować siedliszcza! — wykrzyknęli gromadnie.
— Przecież to już postanowione!... I ja wam przeszkodzić nie mogę... Myślałem, że przyszliście mi powiedzieć, kogo wybraliście swoim naczelnikiem!...
— Właśnie!...
— Nie, nie!... My chcemy nie tak!...
— Chcemy w zgodzie i powszechnem porozumieniu!...
Krzyczeli jeden przez drugiego. Beniowski zrobił znak, aby się uciszyli.
— Kto jest waszym rzecznikiem?... Niech wystąpi!... Nie mówcie razem, gdyż nic nie mogę wyrozumieć!...
— Trofimow, wyjdź, mów!... — wypychali przed siebie sekciarza.
— I ty, Sudejkin, wystąp!... Tyś uczony!...
— Co ja za uczony, ledwiem piśmienny!... — bronił się urzędnik. — To nie ja, to Stiepanow!...
— Wielmożny naczelniku!... — zaczął Trofimow, występując z szeregów z wojskowym ukłonem, potem ukłonił się jeszcze w pas nisko i zrobił znak krzyża. — W Imię Ojca i Syna i Ducha!... Obiecałeś nas wyprowadzić na Ciche Ziemie, na Białe Wody, na Łaskawe Pustynie... Aby stało się, co powiedziane jest w Piśmie... Biegnij, duszo, z Babilonu... Chroń się chyżo do Syonu... Zwyciężyłeś Antychrysta i sługi Jego!... Poprzez morza poruszone do dna, poprzez góry lodowe... Głody, mory i zwierz-wieloryby... Około wyspy Stu Pokus!... Przez Wodospad Tysiąca Lici... Przeprowadziłeś łódź sprawiedliwego... Jako powiedziano jest, że są między apostoły najpierwsze... Piotr klucznik — opoką, a Paweł — budowniczy!... W Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.
Urwał, westchnął, zamyślił się i zroszone potem czoło obtarł dłonią.
— Niech powie Sudejkin, on mówniejszy!... — szepnął wreszcie.
— Dlaczego ja?... Dlaczego nie Rybnikow?...
— Niech mówi Rybnikow!... Wszystko jedno!... Chcemy zostać!... Chcemy, żebyś dalej był naszym naczelnikiem!... — wołały rozproszone głosy.
— Nie! Na to nigdy się nie zgodzę!... Nie mogę zguby waszej wziąć na swoją duszę!...
— Żadnej zguby nie będzie, Auguście Samuelowiczu!... — zagadał szybko stojący obok Sudejkina Rybnikow. — Ziemia wyborna, czarnoziem!... Las spalimy, wykarczujemy, pobudujem chaty rzędem, porządnie, jak w Rasiei... Ino bez urzędników, bez popów... bez sądów, bez wojskowych poborów, bez całego tego „pokrzywianego nasienia“, żeby go raz hiena ognista połknęła!... Sami sobie wolni panowie, chrześcijany, ziemioroby... Każdemu według sprawiedliwości, według zasługi... Jednemu zagon, drugiemu obok takuśki!... Jednemu chałupa, drugiemu też taka wedle dzieci i rodziny, jednemu krowa, owca, świnia, koń czy inny statek... drugiemu też... według zakonu... Wybrani naczelnicy, żeby pilnowali, żeby nikomu nie działa się krzywda najmniejsza...
— Juściż... żeby żadna krzywda!... Ni, ni!... — przywtórzył tłum.
— Więc jako ciebie znamy za najsprawiedliwszego, i jako twoim przemysłem tutaj przypłynęliśmy, i jako twoja głowa wśród nas najtęższa, prosimy cię, abyś rozkazował wedle wszystkich tych rzeczy...
Beniowski głową pokręcił.
— Choćbym chciał, dzieci moje, nie mogę... Przedewszystkiem nas tu znajdą, przyślą zbrojne okręty, wystrzelają, zabiorą, co wyrobimy, i nas samych „zapołonią“...
— Kto nas tam znajdzie!... Kto trafi tu, gdzie my z takim trudem dopłynęliśmy!?...
— Skoro zaczniemy prowadzić handel z ludami ościennemi, zaraz nas znajdą...
— Poco handel!?... Abo to święci pustelnicy, starcy i eremici handlowali?... Abo to nie starczyli sami sobie!... Niech będzie pochwalone imię ich na wieki wieków!... — wstawił pobożnie Trofimow.
— Zgódź się, zgódź, Beniowski!... — wołali inni.
— Dokąd sam się podziejesz?...
— Okręt nasz!...
— Nie ujdziesz, nikogo nie puścimy!...
— Przy dobrej woli i na tratwie uciec można!... Stąd do Japonji niedaleko!... Ale nie o to chodzi!... — odpowiedział Beniowski. — Słyszałem tu wielce piękne plany... Czy pomyśleliście jednak o tem, że aby te olbrzymie pnie wykarczować, te czarnoziemne łany zaorać, potrzebne są narzędzia, pługi i brony, a my mamy zaledwie łopaty i motyki...
— Przekujemy jedną kotwę na lemiesze!...
— Dobrze, a w cóż będziecie orać; ani konia, ani wołu, ani żadnego bydlęcia!... Ziemia ciężka, gliniasta... Ale i to, przypuśćmy, dałoby się pokonać, ciągnęlibyśmy pługi łańcuchami zapomocą kołowrotów... Gdyby nie najważniejsza rzecz, że nie mamy wcale nasion!... A bez zboża jaka może powstać wieś, jaka społeczność!... Przecież nie zechcecie uprawiać owych bananów, gruszek i orzechów, dobrych na przekąskę po dobrym obiedzie...
— Juściż!... I teraz mamy ich dość!...
— Bez chleba żyć się nie da!...
— Prawdę mówi Beniowski!... Zawsze ma rację...
— Głowacz!... ho!... ho!...
Znowu Beniowski dał znak, że chce mówić.
— Następnie — co to za wieś, za osada, za wielkie państwo bez przyszłości, bez pomnażania się w liczbę, bez rodziny, bez dzieci, bez kobiet!...
— Błogosławieni samotnicy i starce... żyli bez nich!... — wtrącił Trofimow.
— Grzechu mniej bez bab!... — przywtórzyły mu oddzielne głosy.
— Przyjdzie starość, upadną siły wasze, pochylą się grzbiety — kto was zastąpi? Kto otoczy opieką osiwiałe głowy wasze?... — ciągnął, podnosząc głos, Beniowski. — Z latami nie kwitnąć będzie osada bez potomstwa, lecz umierać. Na marne pójdą wysiłki nasze, ostatnich pustelników zwycięży znowu las i dzikie zwierzęta... I sami oni będą nędzni, marni, schorzali, miasto być szczęśliwymi widzami rozkwitu swych zamiarów i wysiłków... Zastanówcie się więc, czy warto poczynać te trudy ogromne, o jakich mówiliście, nie zabezpieczywszy dalszej ich ciągłości?... Poco, naco? dla kogo?... Bo jeżeli dla własnej szczęśliwości, to zaiste o wiele rozsądniej jest osiąść wśród ludzkiej społeczności i wzamian za mniej ciężką pracę korzystać z powszechnego dorobku człowieczeństwa, z rozmaitości życia, ze słodyczy zabezpieczonej przez rodzinę starości... Wierzcie mi, że nie jest tak źle z naszym skarbcem... że ze spieniężonych resztek futer, jakie posiadamy, każdy otrzyma małą sumkę, o którą w początkach swego zawodu ręce zaczepi...
— A dusza?... A zbawienie duszy?... — spytał Trofimow.
— Trudniej ją zbawić pośród ludzi i dlatego większa tam będzie zasługa!... — odparł szybko Beniowski i ciągnął dalej: — Czy więc nie uważacie, że rozumniej byłoby, zanim zaczniemy wypełniać nasze świetne plany, wsiąść do okrętu i popłynąć, obaczyć, azali niema gdzie wpobliżu ziemi sąsiedzkiej, ludnej, bogatej, handlowej, gdzie ci, coby z nami zostać nie chcieli i ciągłemi kłótniami przeszkadzali naszej pracy, ostawszy się wśród obcych ludów, służyliby nam za pośredników, bogacąc się jednocześnie na handlu z nami i tubylcami, na wymianie na tamtejsze towary płodów i minerałów tutejszych, a może i złota, jakowe tu znaleźć możemy... Podróż taką wywiadowczą uważam za wskazaną jeszcze dlatego, że ta wyspa, pozornie pusta i nieodwiedzana, bardzo być może, jest już czyją własnością, że rychło zjawią się jej właściciele, odwiedzający ją dla rybołóstwa, i że będziemy musieli staczać z nimi niełatwe boje... Bo któż z was poręczy, że niedaleko tuż za błękitną linją tego tam horyzontu nie kryje się wielkie i potężne mocarstwo, nie leżą brzegi kwitnące, uprawne, nie dymią się wsie i miasta bogate, pełne skarbów, pałaców, sprzętów rozmaitych... Tam dostaćbyśmy mogli pozwolenie na zawładnięcie tą wyspą cudowną, tam też moglibyśmy zaopatrzyć się w narzędzia rolnicze, kupić nasion, zwabić ku sobie kobiety miłością lub podarunkiem!...
— Poco im dawać co za baby!... A bo to nie mamy prochu i kul?... Wpaść, zabrać!... — krzyknął Gałka kozak.
— Nie na całym przecie brzegu stoją warownie i armaty!... Pewnie, że można spróbować!...
— I bydło można zabrać na pokład, koni, krów, owiec wiele chcieć!...
— Kobiet miłością i podarunkiem niedużo zwabisz!... Gadziny one!...
— Brać je!... Potem same poproszą, jak posmakują!... — gadali jeden przez drugiego, gorączkując się coraz więcej.
— Prowadź nas!... — krzyczeli już niektórzy.
— Niema zgody!... Nie jedziemy!... — sprzeciwiali się inni.
— Trzeba się dobrze zastanowić!...
— Nie wierzcie mu!... Znowu was ocygani, obełże, zmani, stary lis!...
— Nie, nie!... Jak nas obełże!? Zawsze będzie w naszych rękach!...
— Niech przysięże!... Jak nie dotrzyma, ubijemy!...
— Niech przysięga!... Przysięgaj, Beniowski! przysięgaj, że nas zpowrotem na tę wyspę przyprowadzisz! — wołali.
— Owszem. Przysięgam, że was przyprowadzę, o ile sami tego zażądacie!...
— Zażądamy, zażądamy! Nie bój się! Sam mówisz, że nawet złoto zczasem możemy tu znaleźć!...
— Nietylko, że nas przyprowadzisz, ale że nam pomożesz do zbudowania wsi i urządzenia całej osady, jak to obiecywałeś na Łopatce...
— Zgoda, pomogę wam. Ale wy przedewszystkiem pomóżcie mi odzyskać okręt... Tam jest teraz Stiepanow, który dla swoich celów was podburzył... Myślał zapewne, że was, zajętych pracą koło osady, zdąży odbieżać wrychle wraz ze wspólnikami, zabrawszy wszystko, co jest najcenniejszego na statku i w naszych składach... Już przecież chciał coś podobnego urządzić w Bolszerecku... Pamiętacie?...
— Pamiętamy, pamiętamy!... Gałgan on skończony, przebiegła szelma, wiemy! — ozwały się głosy.
— Otóż postępować z nim należy ostrożnie, gdyż to człowiek determinacji ostatecznej i, dowiedziawszy się o waszem rozsądnem postanowieniu, aby mu przeszkodzić, gotów okręt spalić!...
Szmer przerażenia pobiegł po tłumie.
— Prawda!... Gotów spalić!...
— Łotr, łotr!... Jemu głównie o tę chorą dziewkę chodzi!...
— Już wczoraj chciał ją brać!...
— Teraz ją na okręt przenosić ma!...
— Czmychnie z nią!... Na pewno czmychnie!...
— A jak nie, to spali!...
— Cóż więc robić?
— Co robić!?... Powiedz, Beniowski! Poradź!...
— Słuchajcie więc: udajcie zaraz, że po utarczce z nami uciekacie w popłochu... Wołając ratunku, dopadnijcie batu i płyńcie ku okrętowi... Może w ten sposób go zwabicie, że przypłynie wam z pomocą, gdyby zaś pozostał na okręcie, to go tam zwiążcie i odstawcie tu do mnie...
Przekonała zebranych ta mowa. Zaraz kozak Gałka i jego przyjaciele rzucili się z okrutnym wrzaskiem ku brzegowi na piaski, a Beniowski kazał swym ludziom palić w powietrze z muszkietów i gnać za zbiegami. Wyskoczyli na pokład stronnicy Stiepanowa a potem i on sam, a widząc swych niedawnych przyjaciół ucierających się ze zwolennikami Beniowskiego, skoczyli natychmiast do szalupy na sukurs im z dziesiątkiem strzelców, którzy wyrychtowali muszkiety na walczących, ale nie śmieli ich użyć ze względu na ogólne pomieszanie i możność wskutek tego poranienia swoich. Skoro bat pełen ludzi połączył się z nimi na zatoce, już nie zwłócząc, pośpieszyli na brzeg, aby kulami zapłacić za zdradziecką, jak mówili, Beniowszczyków napaść i z samym Beniowskim raz na zawsze skończyć. Zaledwie jednak wstąpili na piaski, właśni ich towarzysze rozbroili ich a Stiepanowa związali i powiedli wprost do Beniowskiego, który, stojąc na reducie, kierował wraz z Winblathem rychtowaniem armat częścią na okręt, częścią na stojące na brzegu łodzie. Oddawszy Stiepanowa pod straż, kazał Kuzniecowowi wszystką broń od ludzi odebrać, warty zaufane wszędzie porozstawiać i wogóle dawny porządek w obozie przywrócić, sam zaś udał się bez zwłoki na okręt, aby przekonać się, czy Stiepanow tam nie zrobił czego przez nadmierną swoją złośliwość.



XXXVI.

Wśród powszechnego ożywienia, tkliwego zbratania się niedawnych wrogów, powrotu rozkosznych nadziei, serdecznej ufności i ogólnego posłuszeństwa chyżo i gładko posuwały się roboty koło naprawy okrętu oraz gromadzenia zapasów żywności.
Połowy ryb były tak obfite, iż nie wiedziano, co ze zdobyczą robić; obława na zwierzynę również powiodła się nadspodziewanie. Zapędzono do urządzonych umyślnie opłotków i ubito taką moc dzików, kozłów, sarn, rozmaitego rodzaju ptaków, że wszystkie beczki po wręby wypełniono solonem mięsiwem, a ponadto kazał Beniowski krajać soczystsze tusze na wąskie paski i suszyć na słońcu.
Z miazgi bananowych owoców, utłuczonych i dobrze wyrobionych w dzieżach, pieczono chleby, a orzechy kokosowe setkami zsypywano wprost na spód okrętu.
W kilka dni „Piotr i Paweł“ był gotów do drogi. Według obrachunku Baturina miał żywności i wody zgórą na miesiąc.
Stan zdrowia załogi również był wyśmienity; ustały choroby, a osłabieni rychło odzyskali siły na wyśmienitym wikcie. Nawet Nastazja miała się znacznie lepiej i chociaż ciężko jeszcze kaszlała, już o swoich silach wstawała z łoża i wychodziła przed namiot posiedzieć w cieniu wielkiego umyślnie dla niej sporządzonego parasola, aby przyjrzeć się kipiącej na brzegu robocie.
Beniowski widywał ją zdała, kłaniał się nieraz, uśmiechał życzliwie, ale nie podchodził.
Stiepanow cały ten czas spędził na reducie Winblatha pod silną strażą, przykuty do armaty.
22 lipca z rana wkopano na wzgórku nadbrzeżnym krzyż z następującym napisem:
„Roku 1771 dnia 16 lipca okręt „Święty Piotr i Paweł“ stanął na kotwicy w porcie tej wyspy, pod komendą Maurycego Augusta Beniowskiego, szlachcica polskiego i węgierskiego, generała wojsk Rzeczypospolitej Polskiej, zabranego w niewolę na wojnie przez Moskali i wygnanego za ukazem carowej do Kamczatki, skąd zapomocą swego męstwa wydobyć się potrafił. Wyspa ta jest pusta; poddostatkiem jednak na niej ptactwa i rozmaitej zwierzyny; nabrzeża obfitują w przewyborne ryby, a owoce i woda są na niej zdrowe. Leży pod 32 grad. 47 min. szerok. a 335 grad. 8 min. długości. Okręt płynął z Bolszej w Kamczatce.“
O czwartej po południu, korzystając ze zrywającego się od wschodu wiatru, wyszli z zatoki z wielką trudnością.
Wysokie występy lądu bardzo osłabiały wiatr. Ale koło północy, gdy minęli cypel i znaleźli się na pełnem morzu, wiatr wydął żagle. Ocean falował się równo i cicho; okręt mknął, jak oskrzydlony łabędź. Beniowski, zlustrowawszy go dokładnie i wydawszy należyte rozporządzenia, padł wreszcie na twarde łoże i usnął po raz pierwszy od wielu dni głęboko i spokojnie.
Nazajutrz cały dzień płynęli wśród niezmiernego upału i straszliwego słonecznego blasku.
O szóstej wieczorem spostrzeżono małą wyspę, podobną raczej do kopca porosłego szmaragdowym lasem. Ominęli ją od północy. Zdawała się być zupełnie pusta i nie miała wcale dogodnych przystani. Chociaż morze było spokojne, dokłady fal, hucząc i pieniąc się, skakały tam wysoko i zajadle, jak pręgowate tygrysy na czarne prostopadłe skały.
Następnego dnia płynęli dalej po turkusowem śródmorzu, które ledwie się gięło długiemi falami, suto wyzłoconemi przez słońce. Znowu dostrzegli ląd a nad nim, w płytkim wnęku pobrzeża, gdzie żółciła się duża ławica piachu, jakieś dziwne węże czarne, wijące się w powietrzu.
Skierowali statek ku zatoce, ale prąd był tak mocny, a wśród niego sterczała taka mnogość kamieni i raf, że Beniowski wstrzymał się od lądowania. Kazał mierzyć głębokość, aby zarzucić kotwicę, lecz dna odpowiedniego dla zahaczenia się nie znaleziono.
Ruszono więc dalej, a o świcie znowu dano znać z bocieńca, że widać ziemię. To upewniło Beniowskiego, że znajduje się wśród Archipelagu, który Japonję otacza. Okoliczność, że wyłowiono z wody pod dziobem statku podmyty z ziemią krzew morwowy z kokonami jedwabnika, przylepionemi do liści, utwierdziły Beniowskiego w tem mniemaniu. Zalecił więc oficerom jak największą czujność i ostrożność ze względu na mnogość podwodnych skał oraz siłę przybrzeżnych fluktów, podawaną w opisach przez rozmaitych podróżników.
O dziewiątej byli wszystkiego o dwie mile od ziemi. A że pogoda była śliczna i ciepły, łagodny wiatr ledwie wiał, więc Beniowski wysłał Kuzniecowa z sześciu towarzyszami dla przejrzenia wyspy.
W tym czasie zapadła noc, zadręjfowali więc na widoku brzegów, lecz nad ranem porwał ich tak gwałtowny odpływ, że, mimo wszelkie zabiegi, woda uniosła statek blisko siedem mil na zachód. Kazał Beniowski palić z dział dla ostrzeżenia łodzi, iżby wracała, a o południu z wielkim trudem stanął na kotwicy na głębokości 48 sążni.
Wieczorem wrócił Kuzniecow i doniósł, że na wyspie nie znalazł nic oprócz kilkunastu chat pustych, dokoła których leżały stosy kości rybich. Wnosić należało, iż było to czasowe stanowisko rybaków japońskich.
Noc jasna, gwiaździsta. Pod jednostajnie jarzącem się niebem morze połyskiwało niespokojnie złotemi błyskawicami przy ruchu fal, a pod stewą statku i w bróździe przezeń żłobionej rozpalały się snopy skier szafirowych, i cały rzęsisty ich deszcz spadał w głąb Oceanu, oświetlając na chwilę kołyszące się tam porosty i wolno pływające dziwaczne ryby, głowomogi oraz polipy.
Przyglądała się temu dziwnemu świeceniu morza z niezmiernem zdumieniem i ciekawością cała załoga. Wreszcie Trofimow zaczął dowodzić, że to nikt inny być tutaj nie może, jeno „Asztrach-ptak“.
— Powiedziano jest, że jak się ruszy, to całe morze skrzy się i drga!... Więc on!... Teraz już pewny jestem, że się wszystko dobrze skończy, bo on jest znakiem szczęścia!...
— Będziemy jutro ściskać Japonki!... Hu-ha!... — wykrzyknął kozak Gałka, rozdymając rwane nozdrza.
— I trzosy naładujemy praw dziwem złotem z próbą rządową, a nie tam jakąś... rudą!... — dodał Rybników.
— Ja bo więcej będę brał jedwabi, złotogłowiu, kamki. Cudne mają jedwabie Japończycy... Za sztukę tkaniny w Moskwie tyle można wziąć złota, co sama waży!... — gadał inny.
I tak długo opowiadali sobie wzajem o swych pożądaniach i kłócili się, które są lepsze.
— A najgłówniejsza dostać zboża i bydła! — godził zwaśnionych Trofimow.
— I bab! Niema sprawiedliwości na świecie! Bab powinien mieć każdy tyle, ile zdoli. Jaka byłaby komu z tego krzywda?... Tyle ich dziewkami zostaje do śmierci! — dowodził Gałka.
— Pewnie, że byłyby rade!...
— A jakże!... Nadstaw kieszeń!... Myślisz, że ci tak zaraz pozwoli Beniowski. On te baby tak szanuje, tak szanuje!... Niech Bóg uchowa!... Sam widziałem, jak Niłowską dziewkę w rękę całował...
— Taka ich katolicka ustawa!... Od papieża rzymskiego wydany zdawna rozkaz!... — objaśnił jeden z sekciarzy.
— Ha, jak się nie zgodzi, to znowu... pójdziemy pod Stiepanowa!... — mruknął kozak.
Nie odpowiedzieli mu towarzysze; ten i ów obejrzał się za siebie na stojącego na mostku dyżurnego oficera, poczem zaczęli się zwolna rozchodzić, rozpraszać, dążąc na nocne legowiska, na sienniki rozpostarte przy lukach armatnich lub pod pokładem w kajutach. Żonaci dawno już spali przy boku swych niewiast.



XXXVII.

Pobladło niebo na wschodzie nad krawędzią granatowego morza i dnieć poczęły szafirowe obszary nocnego powietrza. Wstająca z dalekich wód jutrzenka dolewała do nich potężniejące z każdą chwilą strumienie perłowego światła.
Różowy połysk zalśnił na srebrzystych rozfalowanych przestworach Oceanu.
Nagle warta dała znać:
— Wielki ląd!... Statki!...
Kto żyw zrywał się z ław, z pościeli i biegł na przód okrętu. Wśród bladych tumanów, na mlecznej linji widnokręgu widniały, jak okiem sięgnąć, w obie strony szeregi ostrych białych żagli. Niby nieprzeliczone stada czajek przysiadły tam z podniesionemi skrzydłami. Zdawały się tkwić nieporuszone na miejscu, a liczba ich wzrastała, w miarę jak zbliżali się ku nim.
Za pierwszemi rzędami wyłoniły się dalsze bledsze, a za temi już ledwie dostrzegalne mgliste plamy na mglistej oponie wysokiego górzystego brzegu.
Niedługo potem „Święty Piotr i Paweł“ płynął wśród roju użaglonych łodzi rybaczych, wznosząc wysoko swój złocony dziób.
Krajowcy byli tak mocno zajęci połowem, że zdawało się, iż najmniejszego nie dają na przybyszów baczenia. Tylko najbliżsi z mijanych niekiedy wołali:
— Wielki krzyk radości dla Holendrów!... Wielki krzyk radości dla Chińczyków!...[1].
Albo pozdrawiali ich zwykłem u buddystów:
— Czczę cię, o wieczny Buddo![2].
Brzegi coraz wyraźniej odcinały się na błękitniejących niebiosach. Już widzieć się dały szczyty gór z piatami śniegu zaróżowionemi przez zorzę.
Od dalekich brzegów oddzielił się i popłynął ku nim okręt purpurowy z brunatnemi żaglami, wygięty wspaniale w kształt ryby.
Ziemia coraz bliżej.
Wzeszło wreszcie ogromne, czerwone słońce na zamglonem niebie. Na płowej ścianie górskiego łańcucha wystąpiły nagle jasne żyłki skalnych grani i zrębów, a zapadły się cienie szczelin i padołów.
Na przedgórzach przez fioletowy dymek nagrzanej wilgoci coraz wyraźniej przeświecały ciemne smugi strzępiastych lasów, żarzyła się, jak plamy słoneczne, blada zieloność pól i halizn, chmurzyły się kędzierzawe skupiska zarośli. Bielały domy w kępach sadów.
Białe wstęgi dróg sadzonych drzewami przepasywały cudny krajobraz.
Już blisko ląd. Już widać w nim wyraźnie perłowe wcięcie obszernej zatoki...
Strzegą jej dwa wysokie i ciemne przylądki. Cicho, spokojnie w ich otoczu; lustro wody ledwie się marszczy od podmuchów wiatru i nie kołyszą się wcale szeregi gęsto stojących tam w kształt ryby wygiętych okrętów.
Jasne domy z rogatemi dachami osiadły krawędź wody, pieniącej się łagodnie na żółtych piachach. Za piachami jednak, za domami, na wzgórzu wznosi się potężna fasada fortecy.
Purpurowy okręt już był blisko. Na jego masztach, linach i u steru powiewają niezliczone chorągwie żółte, niebieskie, amarantowe z dziwnemi znakami, ze złotemi smokami lub z czerwonem słońcem na białem polu.
Beniowski kazał wywiesić swą polską banderę. Kapitan miejscowego statku zawołał doń coś przez tubę, lecz gdy nikt nie mógł wyrozumieć, co mówi, wysłał naprzeciw szalupę, której majtkowie minami i rozmaitemi gestami dali do zrozumienia, iż zostali wysłani dla przyholowania „Piotra i Pawła“ do portu.
Wyrzucono im tedy dwie liny, z któremi natychmiast wrócili do swego okrętu. Na nim opuszczono natychmiast wszystkie żagle, a z bocznych otworów wysunęło się natomiast osiemdziesiąt bez mała potężnych wioseł, które nadały ruch okrętowi i pociągnęły statek kamczacki do zatoki z niezmierną szybkością.
W porcie, nie zbliżając się wszakże zanadto do stojących tam galar, kazał Beniowski zarzucić kotwicę. I natychmiast zauważono ten manewr na holującym okręcie, zaprzestano wiosłować, poczem szalupa japońska odwiozła przybyszom ich liny. Prosił cudzoziemskich majtków Beniowski, aby weszli na pokład „Piotra i Pawła“, ale żaden tego uczynić nie chciał, a gdy im ofiarowano zapłatę za holowanie, odmówili, kłaniając się grzecznie i wskazując na szyję, co miało znaczyć, iż pod karą śmierci mieli zakaz, by nie przyjmowali najmniejszego podarunku od przybyszów.
Beniowski kazał przedewszystkiem oporządzić i przygotować broń, działa nabić kartaczami, a potem przystąpić do czyszczenia i mycia okrętu.
Widzieli nasi wędrowcy z pokładu, że na brzegu oraz okolicznych statkach gromadziły się tłumy ciekawych; wielka ilość małych i dużych łodzi kręciła się po przystani, ale nikt nie zbliżał się i nawet nie odzywał do nich.
W nocy roje kolorowych ogni rozgorzały wzdłuż brzegu i na wodzie. Po nich dopiero poznali, jak okolica zaludniona, gdyż iskierki światełek błyskały daleko wśród zieleni i wysoko na stokach gór, jak gwiazdy.
— Psia mać! — mruczał Gałka, patrząc na światła.
— Pogańskie mrowie!...
— Nieduże to ciałem, nie większe od jarmarcznej lalki... ale przemyślne! — zgodził się Rybnikow.
— Mówię wam, taki był prześcipny, że, skorom ustami ruszył, wlot mię rozumiał... A grzeczny... aj — aj! Do nikogo nie podszedł bez ukłonu w pół pasa, bez uśmiechu i swego „sajonnara“!... A honorny!... Niech Bóg uchowa brzydki mu wyraz powiedzieć, albo go tknąć!... Zaraz za nóż! — opowiadał Boskarow Urbańskiemu o rozbitku Japończyku, który przed laty dostał się był w niewolę do Bolszej.
Gdy i nazajutrz nikt się na statek do południa nie zjawił, Beniowski, po naradzie z oficerami, napisał list po holendersku w grzecznych wyrazach do władzy miejscowej, w którym donosił, skąd płynie i dokąd udać się zamierza, a takoż czego potrzebuje w obecnym swym stanie. Winblath z Kuzniecowem i kilkunastu zbrojnymi ludźmi siedli do batu i list ów do miasta powieźli.
Przez nich posyłał Beniowski gubernatorowi w prezencie trzy skóry bobrowe i sześć kunich. Aby zaś nie eksponować swych towarzyszów na jaskrawe niebezpieczeństwo lub dzikość tych nieznanych nikomu mieszkańców, kazał podnieść kotwicę i wślad za szalupą przysunął się z okrętem do brzegu, aż o kilkaset kroków.
Natychmiast odbiły od przystani trzy potężne łodzie pełne zbrojnych wojowników, które, stanąwszy w pewnej odległości, obserwowały pilnie najmniejszy ruch przybyszów.
Beniowski śledził też z mostku przez szkła wysłany na brzeg oddział, widział, jak w towarzystwie jednej łodzi japońskiej przybili do drewnianej dygi, jak na nią wyszli, pozostawiwszy na straży w szalupie czterech ludzi, zgodnie z danym im rozkazem; widział dalej, jak po szerokich schodkach kamiennych weszli na wzgórek, na którym rosły sosny i między niemi widniał rodzaj wysokiej wrótni, wygiętem przęsłem nakrytej. Minęli wysłańcy wrótnię, poprzedzani przez japońskich wojowników, i znikli.
Upłynęła godzina jedna, druga i trzecia; nadchodził wieczór. Znów zabłyszczały niezliczone ognie na brzegu i kolorowe latarki na dziobach łodzi poczęły snuć się dookoła statku po czarnej wodzie.
Beniowski kazał zdwoić straże i nie puszczać blisko nikogo bez opowiedzenia się; zresztą Japończycy nie naprzykrzali się, trzymając się wciąż zdaleka. Lękliwa cisza zapanowała na statku; sam Beniowski zaczynał niepokoić się nie na żarty i co czas jakiś wychodził na pokład z kajuty, aby dowiedzieć się, co słychać. W kajutach kobiet słyszał szepty trwożne i nawet płacz stłumiony! Miał już tam pójść i kazał do siebie wołać Bielskiego, aby mu towarzyszył, gdy wtem dyżurny oficer doniósł mu, że trzy większe ognie zbliżają się szybko do okrętu. Kazał więc natychmiast spuścić szalupę i płynąć szesnastu ludziom z Panowem na czele na spotkanie przybywających. Resztę ludzi powołał pod broń i do dział.
Niedługo wszakże wrócił Panow i z uszczęśliwioną miną doniósł, że to Winblath z Kuźniecowem wracają, konwojowani przez dwie łodzie japońskie.
Jakoż zaraz potem wstąpili na pokład wspomniami oficerowie, prowadząc z sobą jakowegoś Japończyka, przystojnie odzianego w obszerne kimono z ciemnego jedwabiu i mającego dwie szable przy boku.
Japończyk wszedł na okręt z zupełnem zaufaniem i powitał wszystkich długą przemową.
Słuchali jej cierpliwie, aczkolwiek nie rozumieli wcale; ponieważ jednak trzeba się było, bądź co bądź, dowiedzieć od wysłańca, czego żąda, posłano niebawem po Boskarowa, który ongi przyjaźnił się w Kamczatce z rozbitkiem japońskim i chwalił się, że posiadł jego język.
Jednocześnie Beniowski wziął na stronę Winblatha i zapytał, co z nimi było na lądzie.
— Ledwieśmy po kamiennych schodach weszli do sosnowego gaju — opowiadał po polsku Szwed — zobaczyliśmy na szerokiej, wysadzanej drzewami drodze może ze dwieście uszykowanej jazdy, w czarnych zbrojach i na dzielnych koniach. Obok stało tyleż piechoty, uzbrojonej w łuki i strzały. Stojący na uboczu oficerowie powitali nas bardzo uprzejmie i ofiarowali nam swoje wierzchowce, abyśmy snadniej mogli dostać się do oddalonej cokolwiek warowni, gdzie mieszka gubernator. Skorzystaliśmy ochoczo z propozycji i tak w orszaku licznego żołnierstwa wjechaliśmy niezmiernie stromą i krętą drogą przez most zwodzony na dziedziniec potężnej fortressy o niezmiernie grubych, wysokich murach, zbudowanych z wielkich głazów. Po zejściu z koni byliśmy zaproszeni do obszernej sali kolumnowej. Na drugim końcu sali na sofie siedział poważny jakiś człowiek, któregośmy wzięli za gubernatora. Pozdrowił nas swojem „fiassi“, na co odpowiedzieliśmy ukłonem i znakiem, że nie rozumiemy. Zaczem spytał nas: „to Holand?“ Zaprzeczyłem gestem, imaginując sobie, że pyta się, czy jesteśmy Holendrzy. Mówił mi następnie: „to Szin-dżi?... to Filippina? to Brabi?... to Masui?... to Tungusi?...“, na co wszystko odpowiedziałem: nie! Naówczas uderzył w bęben, obok niego stojący, i niezwłocznie wbiegło kilkunastu służących, którzy, odebrawszy jego rozkazy, odeszli i natychmiast wrócili z pękiem papierów. Znalazłszy wśród zwitków, co mu trzeba było, gubernator skinął na mnie, abym się zbliżył, i pokazał mi mapę geograficzną, na której spostrzegłem Japonję, Chiny, wyspy Filipińskie, Indje oraz potężny obszar nieznanego kraju, mający prawdopodobnie wyobrażać Europę. Bierze mię zatem gubernator za palec i prosi, abym mu ukazał na mapie kraj, z którego przybywam. Zdumiał się, gdym mu ukazał, iż nie z Europy płyniemy, lecz z Ameryki, i powtórzył kilkakrotnie: „namu-amida-butsu!“ Nie chciałem mu bliżej wyjaśniać, jaką drogą płynęliśmy, gdyż zabroniłeś mi tego. Długo kiwał głową i cmokał, więc powiedziałem mu na migi, iż dzięki tak długiej podróży zbywa nam na wszystkiem, a nadewszystko brak nam żywności i że jego w tej mierze szukamy pomocy. Przedłożenie moje tak było dobitne, że wnet je zrozumiał i, wskazawszy na usta i brzuch, przywołał służących, z którymi dość długo rozmawiał. Pragnąc jak najprędzej wrócić na okręt, ofiarowałem mu skóry kastorowe oraz kunie, dając mu gestami do zrozumienia, że to ty je przysyłasz i że ja jedynie jestem posłańcem. Oddałem mu przytem twój list, który wziął, ale podarunków przyjąć nie chciał. Widząc to, przypomniałem sobie, co Japończycy czynili, (gdyśmy; ich udarować chcieli, i wskazałem gubernatorowi na mą szyję. Roześmiał się i kiwnął głową, aby mię zaprowadzono do sąsiedniego pokoju, gdzie zastałem klęczącą na matach białogłowę. Ofiarowałem jej twoje podarunki i wzajem udarowany zostałem koszem kwiatów, który tu przywiozłem. Po powrocie do sali, zastaliśmy tam innego Japończyka, z którym gubernator miał długą rozmowę, a po której nas pożegnał. Pod przewodnictwem owego Japończyka oddaliliśmy się, a przybywszy na brzeg, znaleźliśmy łodzie naładowane żywnością, które razem z nami tu przypłynęły. Japończyk, który miał do was przemowę, jest właśnie dodanym nam na przewodnika urzędnikiem...
Po wysłuchaniu tego doniesienia Beniowski wrócił natychmiast do swej kajuty, gdzie Boskarow daremnie się biedził, aby Japończyka zrozumieć, gdyż z wyjątkiem pozdrowienia: „sajonnara“ oraz potwierdzenia „tak“ — „sajo!“ i zaprzeczenia „nie“ — „nai!“ nic więcej nie umiał. Siedzieli więc naprzeciwko siebie i, powtarzając wciąż te wyrazy, śmiali się głośnym śmiechem, czego wymaga grzeczność japońska, jak to stanowczo twierdził Boskarow.
Przerwał te dziwne śmiechy Beniowski, ofiarując Japończykowi dwie pary skórek sobolich. Ten natychmiast pięści do piersi przytulił, przysiadł i pochylił się kilkakroć, wciągając mocno w siebie powietrze; jeżył mu się przytem zabawnie warkocz, zapleciony w kształt koguciego grzebienia pośrodku podgolonej głowy.
Beniowski z niezmąconą powagą odpowiedział mu takim samym ukłonem i wciągnięciem w siebie oddechu, co niezmiernie podobało się urzędnikowi. Ruchem ręki dał znak, że cztery skórki dla niego za dużo, że dość będzie miał dwóch.
Gdy Beniowski nastawał, aby wziął wszystkie, po długich ceregielach zgarnął je i schował zręcznie w obszerne, zwisające rękawy. Zaczem wyszedł na pomost i wydał rozkaz, aby wyładowano z łodzi żywność. Było tam dwadzieścia pięć worów ryżu, cztery kosze herbaty, paka cienko krajanego tytoniu, osiem tusz wieprzowych, szesnaście koszów suszonych fruktów, dwie beczki solonej ryby, sześć beczek wina, pięćdziesiąt sztuk drobiu, wielka ilość cebuli, pomarańcz, cytryn oraz innych owoców.
Widok tego wszystkiego wywołał wielką radość w załodze, ale w zachwyt największy wprowadziły ich trzy baryły tęgiej wódki ryżowej. Przypadli w roztkliwieniu do antałków i całowali je, jak matki rodzone.



XXXVIII.

Od tej chwili zaczęły się przyjazne stosunki między załogą „Świętego Piotra i Pawła“ a krajowcami. Coraz bliżej krążyły i podpływały ku statkowi łodzie japońskie i nadzy, jak z miedzi wykuci, rybacy w wielkich grzybokształtnych kapeluszach wesoło krzyczeli swoje: waa-szi!
— Dawaj kaszy!... Dawaj kaszy!... — odpowiadali im, śmiejąc się, Moskale, którzy tak przezywali ryż.
— Weseli są a tylko plugawi... Tuzin takich nasza baba w fartuchu wyniesie!... — zauważył Gałka.
— Bo chleba nie jedzą. Co z tego ryżu?... Ledwie człowiek kichnie po obiedzie, już głodny!... — dowodził Trofimow.
— Ja bo głównie ciekaw jestem ich kobiet!... — wtrącił Rybnikow. — Ale coś ich nie widać!... Może oni bez kobiet się rodzą, wprost ze szczelin skalnych wyłażą, jak karaluchy!...
— A nie widzisz ich tam!... — wskazał Andrejew na brzeg, gdzie pod wielkiemi żółtemi parasolami z czarnemi obwódkami stały ciemne figurki, przepasane barwnemi pasami.
— Kto ich wie, co one są!... Chłopi tutejsi też długo się noszą, warkocze na głowie zaplatają, tfu!... wachlarzami się wachlują. Cienkie to, drobne, smukłe, rączki i nóżki jak u dziewuch!... A wąsów i brody u żadnego ani poświeci! Może to całkiem babi lud, ino przed nami samców udają!... Trzebaby zedrzeć z którego chlamidę i zobaczyć!... — dowodził Gałka.
— A jakże, rusz go!... On cię swojemi dwiema szablami w mgnieniu oka z dwu boków przetnie!... Nie zdążysz Beniowskiemu się poskarżyć!... Zresztą nasz stary za taką rzecz teżby ci kazał dołożyć!...
— Cicho, jedzie znowu jakaś pół-djabla, pół-dziewusza persona!... — zawołał Rybnikow.
Istotnie do okrętu przybiła nieduża łódź z dwoma nagimi wioślarzami i młodzieńcem wytwornie ubranym w jedwabie, w perłowego koloru „kimono“, z dwiema szablami za pasem.
Przybyły zręcznie wdrapał się po spuszczonej drabince na pokład i gestami okazał, że pragnie zobaczyć się z komendantem statku. Zaprowadzono więc go do Beniowskiego, który z trudem wyrozumiał, przy pomocy Boskarowa, że znaczna liczba miejscowych obywateli pragnęłaby bardzo zwiedzić statek, lecz że obawiają się „teppo“. Tu wskazał palcem na armaty. Uspokoił go Beniowski upewnieniem, że pokojowe ino żywi zamiary, w dowód czego kazał działa pokrowcami nakryć.
Ucieszył się Japończyk i, zaproszony, aby przybył co rychlej ze swymi przyjaciółmi, odpłynął pośpiesznie.
Beniowski kazał natychmiast wszystko na okręcie oczyścić, uporządkować i wyszykować na przyjęcie gości.
Zaledwie skończono przygotowania, dały warty znać, że płyną trzy łodzie. W każdej siedział wysoki urzędnik, co poznać można było po wielkim czerwonym parasolu z frędzlami. W jednym z przybywających poznał Winblath tego, którego widział w cytadeli.
Gdy weszli na pomost, kazał Beniowski ustawionym w szyk strzelcom sprezentować broń, a sam postąpił kilka kroków na spotkanie gości, przyciskając ręce do piersi, kłaniając się i powtarzając;
— Fiassi guzarimas!...
— Waa-szi gozarimasu!... — odpowiadali ci, również przysiadając, chyląc głowy i przyciskając ręce do piersi.
Wystrojony w niebieski żupan ze srebrnemu guzami, Bosakrow służył za tłumacza. Jakkolwiek ciemne były eksplikacje jego japońskiej konwersacji, porozumiewano się jednak niezgorzej przy pomocy min i gestów z dodaniem przekręconych japońskich i holenderskich wyrazów.
Japończycy mieli je za najczystszą rosyjską mowę, notowali i powtarzali skwapliwie, a jeden z gości zauważył nawet z uśmiechem:
— Jakże nasz bełkot ochrypły podobny jest bardzo do waszej dźwięcznej mowy: wy „fiassi“, my „waa-sszi!“, my „teppo“, wy „tippo!“
— Sajo (tak)!... — mruknął kwaśno Boskarow, kłaniając się i wciągając powietrze. Kazał mu to robić Beniowski jak można najczęściej. To też Boskarow korzystał z rozkazu i wciąż prawie przykucał, opierając ręce na kolanach z miną to wystraszoną, to żałosną, to naroczyto głupkowatą.
Załoga pękała ze śmiechu, majtkowie szturchali się i bili, szepcząc rozmaitemi głosy:
— Dawaj kaszy!...
Tymczasem mali, cytrynowi ludzie pod osłoną ukłonów i uśmiechów docierali wszędzie, oglądali wszystko.
Widział Beniowski, że niektórzy wyjęli książeczki z rękawów, że spisują armaty, że liczą ludzi, rysują plany. Zaniepokoiło go to trochę i, aby im przeszkodzić oraz odwrócić uwagę w inną stronę, kazał prosić ich na ucztę, przy której polecił usługiwać białogłowom. Wystrojone w swoje najpiękniejsze szaty, we wzorzyste jedwabie i tyftyki, w perłach, koszulach i sznurach ze złotych monet na szyjach, w sobolich toczkach i wysokich kokosznikach na głowach, z pękami jaskrawych wstęg na plecach, w żółtych i czerwonych półbucikach na zgrabnych nogach, młode cudzoziemki, białe i różowe na licach, piersiste oraz szerokie w biodrach, wprawiły w zdumienie i zachwyt Japończyków. Wciąż przysiadali i wciągali powietrze, wołając:
— Oja!...
Białogłowy były też ze swej strony niezmiernie zadowolone z uczuć, wywołanych u cudzoziemców, oraz z możności pokazania publicznie swych pleśniejących bezużytecznie strojów. Szczególniej Agafja przybrana była, jak prawdziwa księżna, w drogie robrony i atłasy. Brakowalo jedynie Nastazji, lecz nikt tego nie zauważył w powszechnej wesołości i ożywieniu z wyjątkiem Beniowskiego, w którego oczach prześliznął się chwilowy ból na widok urodziwego orszaku bez dziewczyny. Jednocześnie poczuł jakby uderzenie sztyletu zboku i, odwróciwszy głowę, spotkał się z zimnem spojrzeniem i szyderczym uśmiechem Stiepanowa.
Po odjeździe gości, jakby w nagrodę za godne ich przyjęcie, przybył nowy transport łodzi z żywnością, z beczkami wody i baryłkami gorzałki.
Nazajutrz Beniowski chciał koniecznie sam odwiedzić brzegi, ale Chruszczów, Kuźniecow, a szczególnie Panów oparli się temu, przekładając, że nie należy zbytnio dowierzać pięknym oświadczeniom zdradliwych zazwyczaj wyspiarzy.
Błądząc po pokładzie, gdzie próżnująca załoga urządzała rozmaite gry, nie mógł się oprzeć Beniowski pokusie zajrzenia do Nastazji. Drzwi były niedomknięte, mógł więc niepostrzeżony zlustrować cichą kajutę. Młoda dziewczyna stała na małym stołeczku pod ścianą i, przytrzymując białą ręką wieko okienniczki, patrzała na zielony brzeg, widniejący za błękitną wodą w okrągłym otworze luminatora.
Oddalił się Beniowski cicho, jak był przyszedł, i usłyszał za sobą głuchy kaszel, który bolesnem echem odbił się w jego sercu.
Po południu, gdy znowu w swej kajucie mapy studjował, dano mu znać, że kilkanaście łodzi, strojnych w chorągiewki, zbliża się ku „Ś-mu Piotrowi i Pawłowi“. Wybiegł natychmiast, aby przygotować się na ich spotkanie. Zbliżały się przy odgłosie śpiewu oraz grze instrumentów muzycznych.
W odległości pół węzła zatrzymały się, poczem już tylko trzy z nich najokazalsze przybiły do statku. Na środkowej znajdował się poważny starzec, w bogate szaty przybrany, z czarnym przejrzystym beretem na głowie. Dostawszy się na pokład „Piotra i Pawła“, ukłonił się Beniowskiemu uroczyście i oddał mu list, pisany po japońsku. Ponieważ nikt nie mógł go przeczytać, udano się znowu do pomocy Boskarowa, który, po wielu trudach, zapytaniach oraz powtórzeniach, oznajmił nareszcie, że to sam „dajmios“ Uri-khama, wicekról tego miejsca, przysyła list z prośbą, aby Beniowski do niego przybył i w zakład bezpieczeństwa przysyła mu dwu znakomitych młodzieńców. Beniowski odpowiedział, iż z przyjemnością z zaproszenia skorzysta, zakładników zaś nie zatrzyma, w zupełności ufając szlachetności i słowu pana ziemi tutejszej.
Bardzo się ta rezolucja Japończykom podobała, a bardziej jeszcze to, że Beniowski kazał niezwłocznie bat szykować i, zabrawszy czterech związkowych, wraz z Boskarowem pośpieszył do miasta, złożywszy dowództwo okrętu w ręce Chruszczowa.
Pojawienie się Beniowskiego powitano na flotylli miejscowej radosnemi okrzykami, poczem łodzie, rozdzieliwszy się na dwie dywizje po trzy w rzędzie, popłynęły ku kamiennym schodom przystani.
Tam już czekały na nich rozłożone piękne maty i przygotowana herbata. Nieopodal stały lektyki przygotowane do dalszej podróży i oddziały żołnierzy w ciemnych zbrojach z wielkiemi mieczami w ręku.
Niewiele widział Beniowski, gdyż tłum konnych oficerów otaczał jego lektykę całą drogę. Dopiero gdy stanęli przed bramą obszernego ogrodu, straż cofnęła się, a Beniowskiego spotkali na progu dwaj z niezmierną wspaniałością przybrani wojskowi, którzy, pomówiwszy z wysłanym starcem, oddali gościowi trzykrotnie niski ukłon, ujęli go pod pachy i w tej pozyturze zaprowadzili do małego domku, stojącego wśród ogrodu.
Ściany domku były rozsunięte i widać było wytwornego Japończyka z twarzą delikatną, kobiecą, ubranego w szaro-niebieskie szaty jedwabne, siedzącego pośrodku sali na niziutkiej sofie, krytej żółtym adamaszkiem. Żółta również szarfa przepasywała wpół dostojnika. Przy wejściu u schodków spotkały Beniowskiego na klęczkach dwie piękne dziewczyny i, zdjąwszy mu obuwie, włożyły mu na nogi bieluchne, krótkie sukienne pończochy. To samo uczyniły jego towarzyszom, poczem po lakierowanych schodkach mahoniowych wprowadzono ich do wnętrza sali. Tu towarzyszący Beniowskiemu japońscy oficerowie przyklękli na oba kolana i uderzyli czołem przed władcą; Beniowski naśladował ich, co widocznie bardzo pochlebiło wicekrólowi. Odpowiedział mu uprzejmym uśmiechem i łaskawym ukłonem.
— Kto jesteś, cudzoziemski wędrowcze?... Z jakich krajów przybywasz?... I czego szukasz w mojej skromnej ojczyźnie?...
— Jestem żołnierz zachodni. Przybywam z Kamczatki. Wiatry szczęśliwe zagnały mię do twej pięknej ojczyzny, panie!... — odpowiedział przez Boskarowa Beniowski z ponownym ukłonem.
Widocznie jednak przekład Boskarowa nie zadowolił wicekróla, gdyż dał znak, a natychmiast zbliżyli się na klęczkach malarze ze zwitkami papieru i jęli szybko maczanemi w tuszu pędzlami malować rozmaite figury, zapomocą których Beniowski miał wymiarkować, czego od niego żądają.
Skoro ujrzał Uri-khamę na jednym z rysunków, ofiarującego mu swe serce, wziął natychmiast papier i z głębokim ukłonem do swego czoła, następnie do piersi przycisnął.
Uśmiechnął się znowu wicekról i, dawszy znak Beniowskiemu, aby się zbliżył, uścisnął mu po europejsku rękę. Następnie dał znak, aby wprowadzono przybyłych z Beniowskim marynarzy, których zatrzymano w przedsionku.
Weszli niezgrabni, ogromni, a nie znając etykiety japońskiej, pozostali u drzwi stojąc, wyciągnięci jak struny. Głowy ich, przybrane na tę uroczystość w czapy futrzane, sięgały nieledwie rzeźbionej i złoconej powały, twarze mięsiste, długiemi brodami obrosłe, szerokie bary, grube, jak kłody, członki, odziane w błękitne „czekmenie“, czyniły ich podobnymi do tych nadludzkich posągów bogów wojny i burzy, jakie stoją w niszach poniektórych świątyń japońskich. Uri-khama przyglądał im się okiem badawczem.
— Czy wszyscy są tam u was tacy?... — spytał po chwili.
— O tak!... Rośli są ludzie Północy!...
— A ty?... Dlaczego niższy od nich jesteś?...
Beniowski podniósł się, swą prawą skrzywioną od postrzału i niedawnego rozranienia nogę oparł na małym stoliku, na którym trzymał papiery jeden z malarzy i wyprostował się. Lwia jego głowa wzniosła się nagle ponad wszystkie.
Uri-khama z widoczną przyjemnością spoglądał na wspaniałą postawę wojownika.
— Potężnym jesteście narodem!... — rzekł wreszcie, zapraszając znakiem gości, by usiedli.
— Lew, choć król, jest mniejszy ciałem od wołu i wielbłąda!... — odpowiedział dworsko Beniowski.
Wszczęła się rozmowa, która trwała do późnej nocy. Uri-khama wypytywał o tysiące szczegółów, między innemi o to, gdzie otrzymał Beniowski rany, które uszkodziły mu nogę, jaką rangę piastował, jaki jest szyk zbrojny i sposób wojowania ludów północnych.
Z trudem wielkim porozumiewali się; to też wicekról, zapraszając Beniowskiego, aby u niego kilka dni zabawił, obiecał, że jutro przybędzie człowiek, z którym będzie mógł mówić swobodnie we własnym języku.
W sąsiednim domu, do którego odprowadzono podróżników na nocleg, zastali suto zastawioną wieczerzę, składającą się z gotowanego ryżu, z pieczystego, z ryb suszonych, z rozmaitych owoców, z ciast, z cukrów rozstawionych w małych miseczkach na niewielkich, jak tacki, i niziutkich, jak stołeczki, stolikach z pięknej czarnej i złotej laki. Jako trunek podawano im grzaną wódkę ryżową i gorzką herbatę w małych, jak duże orzechy, i cienkich, jak łupina jajka, filiżankach.
Wszystko wydało się im małe, drobne i śmieszne. Sam pokój, w którym znaleźli się, podobny był do wyklejonego malowanemi papierami pudełka.
Dziewczyny, które im usługiwały na klęczkach, były niby śliczne motyle ze złożonemi skrzydłami. Wielkie kokardy ich kolorowych pasów ztyłu związanych, długie, zwisające z drobnych rąk rękawy sukien, wielkie szpilki, wetknięte w czarne, kunsztownie zaczesane włosy, czyniły je całkowicie podobnemi do tych wdzięcznych owadów.
Wzdychali zabawnie Boskarow i majtkowie, spoglądając drapieżnie na te wdzięczne postacie, pozostające na klęczkach u ich wezgłowi nawet w chwili, gdy kładli się spać.
Nie śmieli jednak nawet pożartować sobie z niemi, wstrzymywani surowym wyrazem twarzy i twardem spojrzeniem Beniowskiego.



XXXIX.

Rano wręczono Beniowskiemu raport Chruszczowa, w którym ten donosił, że wszystko na statku w porządku i że Japończycy przysłali znowu sto worów ryżu, dwadzieścia świń i moc niezmierną owoców, ryb suszonych oraz drobiu.
O dziesiątej, gdy już byli spożyli śniadanie, dano znać Beniowskiemu, że wice-król idzie go odwiedzić. Wybiegł więc na spotkanie do pełnego zapachów i błyszczącego od rosy ogrodu. Ścieżką wzdłuż brzegów małej sadzawki z lilipuciemi skałami, gdzie wśród przejrzystej wody pluskały się złote czochrate ryby, szedł Uri-khama we włosiennym, przejrzystym berecie na głowie i w jasnem domowem „kimono“; obok niego szli trzej bonzowie z ogolonemi gładko głowami, w żółtych jedwabnych opończach, z ogromnemi żółtemi różańcami u pasów. Jeden z nich przybliżył się zaraz do Beniowskiego i z ukłonem japońskim pozdrowił go po holendersku. Zaraz potem nadszedł wicekról i, uścisnąwszy Beniowskiego po europejsku za rękę, wskazał na owego mnicha, jako tego, o którym zeszłego dnia powiadał. Poczem skinął uprzejmie głową i oddalił się w głąb ogrodu, gdzie widać było rabaty cudnych kwiatów i drzewa rozmiaite, dziwacznie pokręcone i strzyżone.
Idąc za nim w tym samym kierunku, opowiadał mnich o sobie, o Japonji i pytał Beniowskiego o rozmaite rzeczy. Przedewszystkiem powiedział, że pochodzi z Toza, że stamtąd musiał przenieść się do Szimo, gdzie spotykał się z Holendrami i nauczył po holendersku, że stan duchowny przyjął, iżby mógł poświęcić się nauce i uwolnić od uciemiężliwej władzy świeckiej.
Poczem powiadomił Beniowskiego, że Uri-khama jest „dajmiosem“, czyli wielkorządcą tej prowincji, że ma za małżonkę córkę cesarza, że jest najuczeńszym człowiekiem w państwie i że szczególniej wielbi astronomję, że jest dobroczynny, wspaniałomyślny, szczodry, sprawiedliwy, zaco ubóstwiany jest przez swych poddanych.
Zkolei Beniowski opowiadał mu o Europie w generalności i szczegółowiej opisał Polskę.
— Słyszałem nieraz o krajach zachodnich — rzecze bonza — i wnioskuję, że lubo tam być może więcej niż u nas nauki i wynalazków, lecz zato większy szereg występków i zbrodni... O twoim zaś kraju nie słyszałem zgoła nic wcale!...
Ze smutkiem opowiedział mu Beniowski o położeniu Rzeczypospolitej, o napadzie na nią możnych sąsiadów, o ich intrygach i walce z nimi skonfederowanych stronników niepodległości... Opisał moc, potęgę i zaborczość tych państw sąsiednich, ogrom ziem, zagarniętych już przez wschodniego sąsiada i ciągłe rozszerzanie przezeń granic.
— Już się oparli o morze Północne i Wschodnie... już chińskich sięgnęli granic, już mają Kamczatkę i nałożyli swą rękę na wyspy Aleuckie... a wciąż im mało... Marzą o Kalifornji, a zczasem przyjdą i do was, gdyż chciwość ich urzędników oraz pragnienie łupów granic nie zna!...
Z niezmierną ciekawością i uwagą słuchał mnich i zapytał:
— Więc ty nie jesteś Oros?... Więc walczyłeś z nimi?... Jakże się stało, żeś tu się znalazł?...
— Uciekałem od ich ucisku, jak ty z Tosa do Szimo!... Byłem ich jeńcem!...
Opowiedział dość szczegółowo cały przebieg swego uwięzienia, podróży, wygnania na Kamczatkę, buntu i wyzwolenia.
— Śpieszę do ojczyzny, lecz po drodze, przeciwnemi uniesiony wiatrami, z największą trwogą zawinąłem do japońskich brzegów...
— Czegóżeś lękał się w takim stopniu, jeśli sam w pokojowych do nas przychodzisz zamiarach?
— Głoszą Hiszpanie, którzy z wami zdawna prowadzą handel, że rząd tutejszy każe mordować wszystkich chrześcijan, którzy ważą się lądować na japońskich brzegach...
Mnich uśmiechnął się przykrym uśmiechem.
— Jest wprawdzie podobny dekret cesarza, zakazujący wpuszczać Hiszpanów i Portugalczyków do Japonji, gdyż dali oni dość dowodów zuchwałości i zdolności do intryg, nie tyczy się to wszakże narodów, które, jak twój, nic złego państwu nie uczyniły. Czy bramin, czy chrześcijanin, wszystko u nas jedno: poczciwego, jakiejkolwiek on religji, kochamy, złego każdy z nas nienawidzi. Kara, o której wspominasz, dotyka tylko burzycieli i tych, którzy na wolność naszą próbowaliby nastawać... Dlatego powiedz mi raczej więcej o tych Moskowitach, którzy morza Wschodniego już sięgnęli i ktorych rychłe przyjście nam prorokujesz... Cóż czynią oni w owej Kamczatce, którą znamy, gdyż rybacy nasi i marynarze odwiedzają ją niekiedy, chwaląc sobie niezwyczajnie jej wyborowe ryby i drogocenne, przedziwne futra...
Musiał Beniowski opowiedzieć wszystko, co wiedział o ziemiach, lasach, wodach i portach kamczackich, o jej wulkanach i ludach, o fortecach rosyjskich pobrzeżnych, o okrętach kupieckich i rządowych...
Pilnie słuchał mnich i niektóre rzeczy notował, a gdy zaproszono ich do pałacu na herbatę, powtórzył wszystko wice-królowi. Choć ten okiem nawet nie mrugnął, ani żadną zmianą w swych rysach zaciekawienia swego nie wykazał, poznał łacno Beniowski ze sposobu, w jaki następnie o rozmaite rzeczy pytał, jak głęboko zainteresowały go wieści o państwie moskiewskiem.
Nie taił nic ze swej przed tem państwem obawy. Równocześnie próbował dowiedzieć się, co dygnitarz japoński myśli o innych kolonjalnych państwach europejskich, a przedewszystkiem o Holendrach.
— Wiadomo mi, iż holenderski naród, w szczupłym i nikczemnym zamieszkały kraju, bawi się głównie kupiectwem. Ciężko więc jest, aby miał jakowyś honor, albo szlachetniejsze wierzenia, gdyż religja kupca zawisła jest od zysku i poboru pieniędzy.
Gdy tak mówił, podano na małych stoliczkach obiad, który Beniowski tym razem spożywał, siedząc naprzeciw wielkorządcy.
Cały czas gościnny gospodarz rozmawiał naprzemian z bonzą i ze swym gościem zamorskim, którego spytał wreszcie z uprzejmym uśmiechem:
— Czyli jesteś chrześcijaninem podobnym do owych wyznawców z Kagoszima, co życie swe gotowi hazardować w obronie swego Boga?
— Bóg, którego wyznaję — odrzekł z namysłem Beniowski — jest tenże sam, którego czczą Japończycy. Jeden jest tylko Bóg, Stwórca wszechrzeczy, a zatem, gdyby mi przyszło1 poświęcić życie za Niego, umarłbym zarazem i za Stwórcę waszej ojczyzny!...
— Namu-Amida-Butsu!... — odrzekł uroczyście Japończyk i już się o nic więcej nie pytał, a niedługo potem oddalił się w głąb swych apartamentów.
Beniowski pozostał z bonzą, który nie ustawał w wywiadywaniu się rozmaitych szczegółów, tyczących się rządów, wojen oraz bojowych rynsztunków krajów zachodnich a nadewszystko ich handlu i polityki.
Wreszcie oświadczył Beniowskiemu, że bardzoby pragnął zwiedzić okręt i poznać główniejszych jego towarzyszy.
Beniowski zgodził się natychmiast i wysłał jednego ze swych ludzi z listem do Chruszczowa, aby nietylko bonzę godnie przyjął, pokazał mu wszystko, lecz również hojnie futrami udarował.
Rozkazał nadto przysłać sobie sześć skór najcenniejszych bobrów, dwadzieścia cztery skóry lisie, tyleż sobolich, czterdzieści muszkietów pięknie wyczyszczonych i dwie armaty z lawetami.
Po odjeździe bonzy Beniowski, znużony ciągłemi rozmowami, skorzystał z chwili samotności, aby wypocząć i porobić notatki.
Wieczorem bonza niezmiernie mu dziękował za przyjęcie na okręcie oraz podarunki, do których przyjęcia gwałtem go niejako zmuszać trzeba było.
Do późnej nocy rozprawiali o rozmaitych sprawach i snuli razem projekty. Gdy wreszcie bonza odszedł, Beniowski, nie mogąc usnąć, a mając zwyczaj rozmyślać, przechadzając się, czego nie mógł uczynić w swym małym, do pudełka podobnym, pokoiku, rozsunął papierowe jego ściany i wyszedł do ogrodu.
Po niebie szybko płynęły czarne chmury, co chwila gasząc jasny blask miesiąca. To gasły, to rozbłyskały w ciemnościach małe stawki i strumyki z łukowemi mostkami, przerzuconemi z brzegu na brzeg.
Dziwaczne kamienne latarnie, stojące tu i tam, zdawały się skamieniałymi rycerzami. W głębi płytkiej groty błyszczał złocony posąg Kwanon, siedzący na liljach, a tak podobny do posągów polnych Matki Boskiej w Polsce, że Beniowski przystanął przed nim na chwilę ze ściśnionem sercem. Już wolny, już płynie... już najgorsze przeszkody poza nim!... A jednakże jak wiele zostało!...
Szedł dalej mimo klombów białych peonij, jakby utkanych z mgły, połyskujących w świetle miesiąca zielonawemi ogniami rosy. Minął rozpięty w kształcie parasola srebrny jesion, minął altankę nad wodą uwieszoną ametystami rozkwitłych glicynij. Wszystko to znał już dobrze z dziennych przechadzek.
Nęciła go ta dalsza część parku, gdzie w seledynowem od miesięcznego światła powietrzu czerniały nieruchomo wyniosłe kopuły nieznanych mu drzew, i skąd ciepły wietrzyk niósł cierpkie aromaty żywicy, kamfory i listopadu. Rychło znalazł się na dróżkach wąskich, półdzikich, trawą zarosłych, wijących się wśród kolumnady potężnych pni. Nie rozróżniał nic prawie w gęstym mroku, ale wdali, w smudze księżycowej poświaty, bielał i wabił go tajemniczą jasnością jakiś zrąb muru. Szedł ku niemu, wciąż rozmyślając o swych z bonzą i wice-królem rozmowach, starał się przeniknąć ich znaczenie i odgadnąć możliwe następstwa.
Niezadługo znalazł się u ściany i spostrzegł, iż jest to właściwie kamienna balustrada, oddzielająca taras górnego ogrodu od innego, leżącego poniżej. Dostrzegł tam czerwone światło, migające przez zarośla, rozpoznał wygięte narożniki ukrytego w nich domku i usłyszał lecący stamtąd słodki śpiew kobiecy z towarzyszeniem gitary... Wsparty na łokciu długo dumał, oczarowany urokiem ciepłej wonnej nocy, marzącym blaskiem miesiąca i srebrnym głosem nieznanej niewiasty. Przepływały przed nim wspomnienia miłe i straszne, ale rychło zagłębił się cały w obrazach upragnionej przyszłości. Już widział się zakładającym kwitnące kolonje na pustych wyspach Oceanu, łączył je w potężną całość korzyściami wzajemnego handlu i obroną wolności...
Japonja podtrzymuje go w mądrem przymierzu przeciw rosnącej w siłę Rosji, Holendrowie czy Anglicy popierają go dla własnych zysków. Nareszcie powstaje kraj, gdzie swoboda łączy się ze sprawiedliwością i szczęśliwość powszechna z powszechnym dostatkiem. Zagrożona na tyłach Rosja zaprzestaje wojny z Rzecząpospolitą polską, która, odrodzona i potężna, śle mu z Gdańska okręty ładowne cennym towarem, nasionami, narzędziami rolniczemi i pracowitymi kolonistami.
— Bo z tych nic nie będzie!... — myślał z goryczą o obecnych towarzyszach swoich. — Ale przedewszystkiem trzeba wciągnąć do mych zamiarów tego wice-króla!...
Wtem drgnął i ucho nadstawił, wydało mu się, że niedaleko trzasnęła gałązka i dźwięknęło żelazo, wzrok skierował w tę stronę i dojrzał jakby cień rycerza o dwu szablach, chowającego się za potwornym pniem kryptomerji. Jednocześnie umilkł głos kobiety i zgasło światło w domku na dole.



XL.

O świcie przyniósł goniec list od Chruszczowa z wiadomością, że podarunki dla Uri-khamy są już w drodze, że Panow, Baturin i Kuźniecow one konwojują, że spokojność i porządek zachowane są na okręcie, że majtkowie, którzy kolejno według rozkazu Beniowskiego na ląd są puszczani, sfornością i grzecznem postępowaniem zjednali sobie powszechnie serca mieszkańców, że prowadzą z nimi ożywiony handel zamienny.
Ucieszyły te wiadomości Beniowskiego i z niecierpliwością czekał na przybycie podarunków, dowiadując się jednocześnie u bonzy, jakim sposobem je najzręczniej doręczyć. Ten radził je w mieszkaniu Beniowskiego narazie złożyć i czekać sposobności.
Tak też Beniowski uczynił, rad niezmiernie z przybycia Panowa z towarzyszami, którzy wspaniałemi swemi ubiorami i wojowniczą postawą dodawali niemało blasku jego zamiarom. Szczególnie majestatycznie wyglądał poważny Baturin w swym długim malinowym „kazakinie“ ze złotemi guzami, z białą, sięgającą do pasa brodą.
Gdy koło jedenastej z rana dźwięki muzyki oraz szmer i głosy przy bramie wjazdowej dały znać o powrocie Uri-khamy z urzędowania na mieście, wyszedł na jego spotkanie Beniowski z przyjacioły i przedstawił ich niezwłocznie dostojnikowi. Wszczęła się ogólna rozmowa, w czasie której bonza zręcznie wstawił wiadomość o sprowadzonych z okrętu przedmiotach. Wice-król tak się wiadomością tą zaciekawił, że, odłożywszy obiad, udał się przedewszystkiem, aby je obejrzeć. Tu wystąpił Beniowski z piękną przemową, w której prosił Uri-khamę, aby przyjął te małe upominki na pamiątkę łaski i dobroci, jakiemi obdarzył nieszczęśliwych wędrowców, miotanych burzami zdala od ojczyzny.
Mowę tłumaczył bonza, a wielkorządca słuchał jej łaskawie. Poczem uprzejmie podziękował i kazał zaraz wszystkich prosić do siebie na obiad. Obiad był przewyborny, usługiwały dziewczyny młode i ładne z ogromnemi barwnemi kokardami pasów na plecach, podobnemi do skrzydeł motylich. Przygrywała muzyka, lubo nie doskonała, uszom jednak dość przyjemna.
Wstawszy od stołu, wszyscy poszli do ogrodu, gdzie próbowano muszkietów, strzelając z nich do celu. Dziwiła niezmiernie obecnych zręczność w tej mierze towarzyszów Beniowskiego. Ku końcowi rozrywki sam Uri-khama zechciał próbę uczynić. Przyprowadzono konia, któremu w łeb strzeliwszy, ubił go na miejscu.
Niezmiernie zadowolony spytał przez bonzę Beniowskiego, czem może mu odpłacić za dar tak cenny.
Skłonił się nisko Beniowski i, przyciskając ręce do piersi, rzekł:
— Nic nie zastąpi nam łaski i przyjaźni waszej dostojności!... Gdybyśmy jednak mieli nadzieję, że dano nam znowu będzie zczasem ujrzeć oblicze twoje i korzystać ze wspaniałomyślności twojej oraz z możności wymiany naszych skromnych towarów na produkty ziemi twojej, radość nasza i szczęście dosięgłyby szczytu!...
Drgnęły zlekka nozdrza Uri-khamy i odrzekł z dumą, że nikomu nie jest wzbroniony wstęp na ziemię japońską, kto nie ma zamiaru mieszać się do spraw rządu, ani zakłócać interesów religji.
— Zachowujcie się spokojnie, szanujcie nasze obyczaje, nie wprowadzajcie nam swoich bonzów i nie zakładajcie fortec, a doznacie pomocy i opieki rządowej narówni z dziećmi tej ziemi... Co zaś do twojej prośby o prawa handlowe, to zbyt ona jest ważna, abym sam mógł dać na nią odpowiedź. Już przedstawiłem, gdzie należy, wszystko, coś mi tu mówił, i czekam odpowiedzi. Do tego czasu uważam ciebie i ludzi twoich za gości mojego kraju.
Skinął łaskawie głową i oddalił się do swego pałacu.
Beniowski odesłał natychmiast swą świtę na okręt, dawszy tajne rozporządzenie Panowowi, żeby ludzi więcej na brzeg nie puszczano i przygotowano wszystko do szybkiego podniesienia kotwicy w razie potrzeby.
— Gdyby nas nie puszczano stąd, lub gdybyście spostrzegli zamiar zawładnięcia statkiem, oddalcie się od brzegu i wyrychtujcie na miasto armaty!...
Został sam z Baturinem i Kuźniecowem. Chodzili po parku, podziwiając nieznane rośliny oraz niezmierny kunszt ogrodniczy Japończyków, umiejących przetwarzać tak wielkie drzewa jak sosny, kryptomerje, cisy w maluchne karły doniczkowe, zmieniać przyrodzony kolor liści i traw różnych roślin, naginać konary drzew, aby rosły według ludzkich życzeń. Nadewszystko jednak podobała im się dzika część parku, gdzie buki, dęby korkowe, drzewa kamforowe, widłaki olbrzymie, sosny długoigłe oraz cedry rosły w przyrodzonych kształtach i dochodziły olbrzymich rozmiarów.
— Dziwny lud! Tak wojowniczy a lubujący się w kunszcie drobnym i wyszukanym, wciąż uśmiechający się a okrutny i surowy zarazem w swych obyczajach... Widzieliście, jak rozjaśniła się twarz wice-króla, gdy padł nieszczęsny rumak?... — zauważył Baturin.
— I jakie tu posłuszeństwo, jaka cześć dla naczelników! Aż wydają się nadmierne!... — dodał Kuzniecow.
Spoglądali na Beniowskiego, który w zamyśleniu zbliżył się do kamiennej balustrady i w milczeniu spoglądał na niżej leżące ogrody, na popielatą polewę dachu, wygiętego, jak kapelusz, nad małym domkiem. Na balkonie ukazała się młoda niewiasta w jasnych, powłóczystych szatach, lecz, wzniósłszy ku górze długie rzęsy, spostrzegła nad sobą nieznanych mężczyzn i cofnęła się zaraz w głąb komnaty poza zasunięte żaluzje ścian.
— Chodźmy!... — rzekł Beniowski. — Wracajmy!... Może nas bonza już szuka!... Obiecał przyjść... Istotnie trudno się dobadać zamiarów i myśli tych ludzi skrytych i polerowanych, lecz... i oni są ludźmi... Ba, mówiłem: już nas szukają!...
Rzeczywiście bonza śpieszył ku nim w towarzystwie służebnika, przytrzymując ręką pląsające u pasa różańce.
— Co za śliczne drzewa!... — rzekł Beniowski, witając się z nim i wskazując na rosnące wokoło olbrzymy.
— Tak, wyspy nasze są rodzajną krwią bogów, upadłą na lazurowe morze!... Chciałem was uprzedzić, że dziś wieczorem zbiorą się przedniejsi panowie dajmijatu, wasale, krewni i doradcy naszego pana, aby wysłuchać twych życzeń, Benio!...
— I jakąż, przypuszczasz, dadzą odpowiedź?...
— Bądź dobrej myśli — odrzekł z uśmiechem mnich — Uri-khama jest życzliwie względem ciebie usposobiony! Radziłbym wam jednak zjeść przedtem wieczerzę, gdyż ceremonja długo potrwa!...
Wrócili i, posiliwszy się, przebrali w swoje najparadniejsze suknie. Przez otwory rozsuniętych ścian widzieli, jak w głównej sali namiestnikowskiego pałacu wieszają słudzy kolorowe lampy, ustawiają bronzowe żarówki i małe lakowe stoliczki. Wkrótce zbrojno i rojno na koniach i w lektykach poczęli zjeżdżać się magnaci japońscy.
Przyszedł wreszcie bonza i powiedział, że Uri-khama prosi Beniowskiego, aby przyszedł, gdyż chce go przedstawić swoim przyjaciołom. Udał się Beniowski do pałacu, przybrany w kołpak soboli z drogocenną czaplą kitą, w złototkanym żupanie i ciemnogranatowym kontuszu, z szablą kosztowną przy boku, zarzuciwszy podbitą gronostajami delję błękitną na ramiona. Dwu urzędników bogato przybranych w sztywne szare adamaszki i miękkie błękitne atłasy wprowadziło go pod rękę do sali. Obok szedł bonza w oliwkowej opończy.
W głębi sali na poduszce ze złoto-żółtego jedwabiu siedział Uriskhama we wspaniałej sukni z sinego bławatu ze srebrnemi herbami wyhaftowanemi na ramionach i rękawach, za nim klęczeli zbrojni rycerze z gołemi mieczami w rękach, a po obu stronach rzędem pod ścianami mieścili się panowie japońscy, każdy z gronem orężnych wasali za sobą. Beniowski wraz z bonzą tłumaczem usiadł pośrodku sali i przedewszystkiem pokłonił się nisko dostojnemu zebraniu wedle znanego mu już obyczaju. Po krótkiem milczeniu jeden z sekretarzy, których kilku klęczało obok Uri-khamy z papierami w ręku, zapytał Beniowskiego: kto zacz jest?... skąd płynie? Poco do Japonji przybył i dokąd udać się zamierza
Beniowski krótkie dał na to odpowiedzi, lecz obecni jęli go szczegółowo wypytywać o Rosję, o Kamczatkę, o jego stamtąd ucieczkę, nie mogąc wyrozumieć, że z Rosji przybywając, nie jest Rosjaninem, owszem, nienawiścią do Rosji pała... Znowu więc długo mówił im o Rzeczypospolitej Polskiej, o jej dawnej potędze i obecnych nieszczęściach, o walkach za wolność konfederacji barskiej, której był generałem...
Zrozumieli wreszcie, że płynie z niewoli do swojego kraju.
— Czegóż w takim razie chcesz od nas i czem ci pomóc możemy?... — spytał jeden ze starszych magnatów.
— Chciałbym z wysp, które leżą na Oceanie na wschód od Kamczatki, wolną utworzyć kolonję, która, będąc na trakcie między Anglją i Ameryką, do wielkiego zczasem może dojść rozkwitu i znaczenia.
— Czyż nie lękasz się, aby łacno zawładnęli nią Rosjanie, o których chciwości sam wzmiankowałeś przed chwilą!
— Narazie trudno im to uczynić, gdyż mało mają okrętów w swych portach wschodnich... Tymczasem kolonje mogą się rychło wzmocnić i urządzić, gdyż gęsto są zaludnione, narody mieszkające na nich są bitne i szczerze nienawidzą krzywdzącej ich Rosji... Ziemie ich są urodzajne, obfitują we wszelką zwierzynę, futra i kość morsową. Łatwo więc byłoby im przez handel z waszym wspaniałym narodem pozyskać przedmioty potrzebne do obrony, jako to narzędzia żelazne i miedziane, broń, tkaniny, ryż...
— A cóż wy wzamian nam byście przywozili?
— Nie jestem kupcem, skoro jednak pozwolicie mi wrócić, przywiozę z sobą kupców zawodowych i wtedy ostateczny można będzie spisać układ!...
— Pożądanem byłoby, aby pierwszy ładunek twoich okrętów składał się z futer!... — rzekł wice-król.
Poczem powtórzył ostrzeżenie, że nie wolno przywozić do Japonji nikomu ani książek treści religijnej, ani bonzów europejskiego wyznania.
Beniowski dał solenne przyrzeczenie zastosowania się do tego żądania i wtedy oznajmiono mu, że posłuchanie skończone i że może się oddalić.
Zaledwie przybył do swego mieszkania i zdawać zaczął sprawę towarzyszom z tego, co się stało, gdy przybiegł bonza i oznajmił, że Rada zgodziła się na powtórne dopuszczenie Beniowskiego do lądowania w tutejszym porcie z kupcami, że Ura-khama, który musi wyjechać w tych dniach do stołecznego miasta, chciałby się jeszcze z nim zobaczyć, aby wręczyć mu upominki i powierzyć jego pieczy pewnego znakomitego młodzieńca, który pragnie popłynąć z nim dla zobaczenia dalekiego świata, wydoskonalenia się w zagranicznych językach oraz poznania Rzeczypospolitej Polskiej...
Został więc jeszcze Beniowski do następnego dnia w pałacu.
Wieczorem przysłał mu Chruszczow raport, iż okręt zupełnie jest gotowy do wyjścia pod żagle, że wiatr pomyślny zrywać się poczyna, że damy japońskie odwiedziły i hojnie obdarowały kobiety z załogi „Piotra i Pawła“, i że statek nigdy tak obficie we wszystko nie był zaopatrzony, jak teraz.
Nazajutrz o szóstej rano dwu szlachciców, wprowadzonych do pokoju Beniowskiego przez bonzę, wręczyło Beniowskiemu w imieniu wicekróla paradną szablę w złoto oprawną z pendentem ozdobionym najprzedniejszemi perłami, serwis porcelanowy złocony, kilka pak herbaty i tytuniu, a co najważniejsza, banderę z japońskim napisem, którą Beniowski w razie powrotu winien był na maszcie wywiesić, aby uniknąć wszelkich przeszkód w lądowaniu.
Następnie dostał Beniowski pudełko z laki drogocennej, pełne klejnotów, i drugie, zawierające pięćdziesiąt złotych pieniążków, przeznaczonych na potrzeby owego młodzieńca, mającego z nim do krajów europejskich wyruszyć.
Bonza powiedział mu, że ma rozkaz nie odstępować ich do chwili odjazdu, aby służyć za tłumacza i ułatwiać wszelkie sprawy.
W lektykach odniesiono wszystkich w otoczeniu żołnierzy pieszych i konnych na brzeg morski, gdzie zebrały się ogromne rzesze ludu, wydając radosne okrzyki i pozdrowienia. Przeszło trzydzieści łodzi japońskich odprowadziło Beniowskiego na okręt, dokąd popłynął na nowym darowanym mu przez wice-króla bacie przedziwnej roboty.
Wypłacając się wzajemnością, Beniowski szczodrze udarował bonzę i królewskich urzędników.
W chwili odjazdu, gdy już podnoszono kotwicę, wręczył bonza Beniowskiemu dwa zwitki papieru, zawierające pozwolenie cesarskie na lądowanie na brzegach Japonji.
Z prawdziwem rozrzewnieniem żegnała osada „Piotra i Pawła“ ten kraj piękny oraz przedstawicieli wspaniałych, gościnnych, cywilizowanych jego mieszkańców.
Gdy już okręt był na pełnem morzu, Beniowski kazał zwołać załogę całą na pokład i, wskazując jej na zieleniejący woddali brzeg z białemi domami wiosek i miast oraz ciemnemi strażnicami na przylądkach, ze wstęgami dróg wysadzanych drzewami, z niezliczonemi uprawnemi polami i sadami spytał ostrym głosem:
— Cóż? Czy trwacie dalej w zamiarze napadnięcia na to państwo?
Zrobiło się cicho w tłumie, jak makiem zasiał, pluskała jeno u boku statku darta przez stewę fala.
— Cóż więc mam czynić?... Dlaczego nie odpowiadacie?... — powtórzył pytanie.
— Wojska dużo! — odrzekł wreszcie głos nieśmiały gdzieś z ostatnich szeregów.
— Gdzie możnaby lądować, tam te djabły czubate z podwójnemi nożami nastawiły twierdz okrutnych, a gdzie twierdz niema, tam skały prostopadłe gorsze od murów i tam... pusto! — dodał Trofimow.
— Chyba w nocy!... — szepnął Gałka.
— W nocy?... Wśród tych raf i przy takiej gwałtowności prądów? Ha, ha!... Wybrał się! — śmiali się majtkowie.
— Ja tak myślę, że lepiej tu do nich wrócić z futrami, z towarem... — dodał Iwaśkin. — Dobrze nam płacili za nasze fatałaszki: złoto, porcelanę, perły dawali!... Czego trzeba więcej!... Za to można sobie ile chcąc dziewek kupić gdzie indziej...
— Tak, tak!... Popłyniemy, gdzie chcesz, i nabrawszy towaru, wrócimy tutaj!... — wołali inni.
Wtedy Beniowski zaczął im przekładać, jako najdogodniejszą rzeczą jest obrócić żeglugę ku Kantonowi w Chinach, gdzie według otrzymanych od Japończyków wskazówek, najzyskowniej zbyć można pozostałą resztę futer, że stamtąd jest również niedaleko do faktoryj europejskich w Manilji lubo w Makao, gdzie można nabyć za ceny przystępne towary odpowiednie dla wymiany z Japonją.
— Przez kilkakrotne w ten sposób obroty uzyskawszy odpowiednie środki, można będzie pomyśleć o powrocie na Wyspę Słodkiej Wody, wioząc tam nasiona, narzędzia i wszystko, co dla osady powstającej potrzebne! — zakończył.
Rozległ się okrzyk radosny i dziękczynny, zaczęło się rzucanie wgórę czapek, a nawet podskoki i tańce. Tymczasem okręt z pełnemi wiatru żaglami sunął wspaniale wśród roju niezliczonego łodzi rybaczych, podobnych do stad czajek usiadlych na fali z podniesionemi skrzydłami.
Brzeg był już wdali niby sina chmura.



XLI.

Odtąd płynęli, nie tracąc prawie z oczów lądu. Zaledwie jeden brzeg zniknął, już mgłił się inny na widnokręgu, wabiąc zielenią swych pól i lasów, mnogością wiosek, tajemniczością miast.
Nie kwapił się jednak Beniowski nawet zbliżać ku nim. Korzystając z pomyślnego wiatru, mknął z pełnemi żaglami ku południo-zachodowi.
Po paru dniach przyszedł do niego Chruszczow i rzekł:
— Załoga prosi, abyś raczył zawinąć do jakiej przystani, jest znużona dawnemi przygodami oraz tem nieustannem wietrzeniem i suszeniem futer, jakie nakazujesz!...
— Futra są jedynym naszym majątkiem! Jeżeli zgniją i spleśnieją, wniwecz obrócą się wszystkie nasze plany!... — odparł sucho Beniowski.
— Czy w takim razie nie lepiej sprzedać część ich uszkodzoną w najbliższym porcie!?...
— W jakim? Czy wszędzie jesteś pewny takiego przyjęcia, jak w Usirpatarze?... Ja bo nie!...
— Dlaczegóż?...
— Dlatego, że istnieje dla europejczyków zakaz lądowania w Japonji i że przyjęcie gorsze lub lepsze zależne jest całkowicie od wypadku oraz od klanu, do którego trafimy, a wśród których są bardzo wojownicze!... Zdarzyło się nam raz szczęśliwie, to nie dowód, że zawsze tak będzie!... Klany południowe, o ile wiem i o ile mogłem się domyślić z opowiadań bonzy, są stokroć w obyczajach okrutniejsze od północnych... Mogą skonfiskować nietylko nasze futra, ale i nas samych... Gdyby nawet zapłacili, to ceny będą o wiele niższe od spodziewanych w Chinach... Tam możemy za skóry nasze uzyskać z łatwością półtora miljona piastrów, tutaj nie byliby w stanie wypłacić nam więcej nad paręset tysięcy... Chiny są o wiele bogatsze od Japonji.
— Ale mogą się do tej pory skórki popsuć!...
— Trzeba zabiegać, starać się temu przeszkodzić!... Na tem polega handel, że dowozi się z wielkiemi trudnościami towar do krajów, gdzie go niema!...
— Pójdę, powiem im, ale nie wiem, czy ich przekonam!... — westchnął Chruszczów.
Odszedł, pozostawiając Beniowskiego w przykrem zamyśleniu. Niedługo potem dano mu znać, że wielki okręt cudzoziemski płynie wprost ku nim i daje jakoweś znaki.
Wyszedł więc co prędzej na pomost i przekonawszy się, że to zbliża się jakiś okręt wojenny chiński, czy japoński, kazał natychmiast bić w bęben na trwogę, obsadził strzelcami burty oraz bocieńce, kazał przysposobić armaty.
Spotykał już nieraz rozmaite statki mniejsze i większe, od których roiło się na tych morzach, ale zwykle dzięki chyżości „Piotra i Pawła“ udało mu się w porę ich uniknąć, uchodząc lub zmieniając kierunek. Tym razem wszakże spostrzeżono się za późno i Beniowski uważał, że ucieczka może jeno zaszkodzić, zachęcając przeciwnika do pościgu. Polecił więc wywiesić banderę z Białym Orłem i z zapalonemi lontami płynął wprost na cudzoziemską fregatę.
Niedługo byli już tak blisko, że rozróżniali wybornie łuczników, rozstawionych porządnie na dwupiętrowych pomostach, oraz roje marynarzy, wiszących na drabinach i rejach. Kolorowe bandery powiewały gęsto na bardunach. Mniejszemi chorągiewkami dawano im jakoweś znaki z wysokiego przedniego pomostu, wyrzeźbionego w kształcie potwornej paszczy rekina z ślepiami ryby i kłami lwa. Woda burzyła się wysoko pod wyniosłym dziobem okrętu, dając miarę impetu jego żagli.
Beniowski nie uląkł się jednak tego zastraszającego widoku i kazał płynąć dalej, cokolwiek tylko uchyliwszy się z drogi, aby uniknąć zderzenia.
I przepłynęły obok siebie statki tak blisko, że wyraźnie słychać było z pokładu „Piotra i Pawła“ szczęk oręża i hałas ludzkich głosów na pomostach przeciwnika, gdy załoga Beniowskiego zachowała głębokie milczenie. Dostrzeżono jednak pewnie jej bojową gotowość i uszanowano ją, gdyż okręty minęły się bez strzałów i odeszły bez przeszkody w przeciwne sobie błękity.
Podobne spotkania powtarzały się od tej chwili dość często, tylko na większą odległość, ponieważ Beniowski kazał strażom na bocieńcu dawać nie mniejszą odtąd baczność na ukazujące się wśród morza żagle jak i na lądy.
Rozzuchwalona załoga nie przestawała wszakże szemrać. Już jej się dłużyła kilkudniowa praca, pachniały ponęty portowe.
— Wódki nie dają, chociaż jest!... Licho nadało z taką robotą! — mruczał Gałka.
— Futra też gniją bez żadnego pożytku!... Znowu tuzin skór wyrzucili do wody!... — biadał Iwaśkin.
— I co za ceregiele pańskie z temi okrętami!... Palić w nich bez gadania, a potem rzucać się do szturmu i brać co się da!... Poco nam handel!... Na każdej takiej łupinie więcej znajdziemy dobytku i pieniędzy, niż nam zapłacą za nasze futra!...
— A głównie — poco bandera polska?... Z jakiej racji?... Okręt rosyjski i nas Rosjan tu więcej, niż Polaków!... Dlaczego mamy kłamać przed innemi ludami i wstydzić się naszego narodu?... — dowodził Stiepanow.
— To prawda!...
— W tem jest jakiś wybieg Beniowskiego!?
— Oho, chytry lis!...
— Ba!... Pewnie sobie chce w ten sposób okręt przywłaszczyć!...
— Żądać, niech zmieni banderę!... Niech powiesi naszą cesarską!... My nie przeciw carowi, nie przeciw matce naszej Rassiei, my przeciw złodziejskim, ciemiężycielskim urzędnikom!... Czy nie tak!?
— Tak, tak!... Niech wywiesi naszą flagę!... Posłać do Chruszczowa deputację, niech mu naszą wolę przedłoży!...
Szła więc znowu deputacja od majtków do Chruszczowa a ten biegł do Beniowskiego:
— Auguście Samuelowiczu, ludzie niepokoją się, że wieziesz ich pod polską banderą!...
— Cóż znowu? Dlaczegóż to?... Co im to szkodzi?...
— Nie wiem. Ale doprawdy mają trochę racji, bo niby większość nas jest rosyjskiego pochodzenia...
— Lecz cóż ma do tego bandera, która jest znakiem przedsięwzięcia!
— Cóż ci szkodzi ją zmienić?
— Właśnie, że szkodzi!... Bo chociaż Rzeczpospolita Polska pozbawiona jest nawigacyjnej potencji, ale zawsze ja coś tam znaczę i nie wyprą się tam mnie w razie czego!... Mogę z niewoli nawet innego państwa pisać i pertraktować dyplomatycznie... Wy zaś co jesteście? Jesteście zbiegowie, których wydania rząd rosyjski może zawsze żądać... Jesteście poddani jego, gdy ja jestem poddany polski, jestem stroną wojującą i mogę was poddać wszelkim mocarstwom, jako swoich żołnierzy...
— Cóż więc powiem załodze?...
— Powiedz im, że dlatego używam bandery Rzeczypospolitej Polskiej, gdyż jest moją i że ona ich jedynie choć trochę chroni w obliczu ludów, nareszcie, że nie mam poprostu zamiaru na jakąkolwiek inną zmieniać jej i nie widzę do tego powodu!
— Może sam to im powiesz, może ich zwołać?...
— Nie, dość mam tego i jeżeli się nie zgodzą, to powiedz im, że w pierwszym lepszym porcie wysiądę, a ich zostawię własnemu przemysłowi!...
Odpowiedź otrzeźwiła trochę buntowników, rozsądniejsi wzięli wśród nich górę:
— Dajcie pokój!... Nie wszystko to wam jedno, co się tam na maszcie chyboce!... A co bez niego tu poczniemy?... Ograbią nas do nitki!... Kto tu od niego mędrszy i lepiej znający?... Kto japońskiego króla ugłaskał?... Może Stiepanow... Kto zna języki i prawa tutejsze!?
Znowu więc zarzewie niezgody znikło pod popiołem pozornego posłuszeństwa.
A okręt tymczasem mknął i mknął. Zapomniała załoga o burzach i niebezpieczeństwach, pewna, że będzie już tak płynęła do końca po tych szmaragdowych przestworzach. Aż nagle zmieniło się wszystko. Mała chmurka od wschodu dopędziła okręt, rozrosła się, zapełniła pół nieba, zaćmiła słońce. Szła, jako ogromna, sina ściana, ostro odrzynając się od nieba wesołego błękitu skłębionemi krawędziami o miedzianym połysku. Gęstą osnowę dżdżu przecinały co chwila zielone błyskawice. Ocean biegł przed nią, jakby strwożony. Pieniste bałwany toczyły się niby jeden ogromny wał, wyprzedzane cokolwiek burzliwym ołowianym cieniem, rzucanym daleko na spokojne jeszcze morze...
Struchlała od strasznego widoku załoga rzuciła się na grzmiący rozkaz Beniowskiego do zwijania żagli. Zaledwie wszakże podciągnięto większe, uderzyła wichura tak gwałtownie, że maszty statku zgięły się i pochyliły na wodzie, jak wątłe kłosy, a niektóre płótna, podarte na strzępy i wyrwane z rąk majtków, poleciały w przestworza, jak drobne listki...
Zaczął się szalony taniec okrętu po lejach i obrzeżach wirów... Oblewany zewsząd wodospadami fal statek szamotał się w zupełnej niemocy, oddany na wolę żywiołów. Schowana pod pomostem i po kajutach załoga mniemała się być zgubioną i zanosiła modły za konających.
Na szczęście burza, jak nagle przyszła, tak przeszła, i rychło statek znalazł się pod niebem pogodnem i wśród fal szafirowych, rozkołysanych wprawdzie, ale już cichnących. Miał strzaskane maszty, podarte żagle, porwane liny, ale był cały. Gorzej, że Beniowski, uderzony ułamkiem rei w czasie ratowania statku, zaniemógł ciężko i nawet tracił chwilami przytomność.
Meder i Bielski używali całej swej sztuki, aby go ratować. Rozporządzanie okrętem przeszło całkowicie na korpus oficerski, na Chruszczowa i Czurina, którzy nie wiedzieli co robić. Gdy tak sprzeczali się co do kierunku, los chciał, że z pod niknących na widnokręgu burzliwych obłoków wysunęła się nagle ciemna plama wyspy. Ku niej więc z radością skierowali skołataną swą nawę.



XLII.

Ocknął się Beniowski pod namiotem i z początku nie mógł zrozumieć, gdzie jest. Gdy wpółleżąc na poduszkach, rozglądał się wokoło, wszedł Chruszczów i powiedział mu, że przybili przed paru godzinami do lądu zamieszkałego, że mieszkańcy przyjęli ich dość dobrze i że dwu właśnie czeka przed namiotem, pragnąc pomówić z „samym naczelnikiem“ w ważnej bardzo sprawie.
Kazał ich Beniowski wprowadzić, a jednocześnie wezwać Boskarowa, aby służył mu za tłumacza. Okazało się wszakże, że wyspiarze japońskiego języka nie rozumieją. Wtedy jeden z nich po pewnem wahaniu podał Beniowskiemu zwitek papieru, na którym ten w łacińskim języku odczytał następujące wyrazy:
„Niechaj Pan nasz Jezus Chrystus błogosławi czytelnika.
„Roku 1749 dnia 24 maja przybyłem na tę wyspę z trzema towarzyszami zgromadzenia Jezusowego. Uradowany uprzejmem przyjęciem jej mieszkańców, umyśliłem założyć w niej moje siedlisko dla rozkrzewiania i opowiadania słowa Bożego. Zwierzchnicy tej wyspy rozmawiali ze mną językiem mandaryńskim; znalazłem w nich chęć najwyższą poznania religji katolickiej, która jest jedynie dobrą i u Boga zasługę mającą. Żarliwość ich tak daleko doszła, iż sami dopomagać mi raczyli w przykrych trudach przez nas podjętych w celu rozszerzania wiary świętej; a za cudowną sprawą świętego Patrona towarzystwa Jezusowego w przeciągu roku jednego miałem przyjemność widzieć dwustu nawróconych, których chwalebny zapał, stateczność i cierpliwość nadzieje moje przewyższyły. W roku 1750 trzej moi socjusze popłynęli do innych pobliskich wysp, gdzie bez wątpienia dopełnili swej powinności z podobnąż żarliwością.
„W roku 1754, ciężką złożony chorobą, osądziłem za rzecz przyzwoitą złożyć niniejsze oświadczenie w ręce rządców tej wyspy, iżby w niem dokładnie znaleźć mogli o wszystkiem objaśnienie owi z naszego zgromadzenia i wiary, których Opatrzność do tej zaprowadzi wyspy.
„Ktokolwiek więc na nią zawitasz, czcicielu Boga w Trójcy św. Jedynego, ufam, że wszelkich starań i usilności przyłożysz ku pożytkowi chrześcijaństwa, opowiadając cuda i naukę Zbawiciela naszego pomiędzy tych godnych szacunku wyspiarzy, którzy są czystych obyczajów i uczciwego pożycia, swobodni i niepodlegli ani Chinom, ani Japonji. Z wyjątkiem małej liczby okrętów kupieckich tych państw, które tu zawijają, żaden jeszcze obcy żeglarz tu nie wylądował. Z tem wszystkiem dało mi się nieraz widzieć okręty hiszpańskie, płynące ponad brzegami tej wyspy.
„Dnia 18-go septembra 1754 r. na wyspie Usmay-Ligon.

Ignacy Salis.

Misjonarz indyjski z towarzystwa Jezusowego a Portugalczyk rodem.“

Z poza papieru, udając, że go czyta, Beniowski chwilkę bacznie przypatrywał się klęczącym u proga krajowcom. Podobni byli do laików w swych białych szatach, czarnych włosiennych kołpakach, z rękami założonemi na piersiach, jak do modlitwy. Czarne, ukośne ich oczki pilnie jednak śledziły najmniejszy ruch Beniowskiego. I gdy ten, podniósłszy nagle głowę i zastanowiwszy się chwilkę, przeczytany zwitek przyłożył do ust, jakby całując, radość błysnęła w ich zaniepokojonych obliczach. Zaczęli coś szybko mówić, a widząc, że są nierozumiani, na migi dali znać, iż śpieszą do swych współziomków, alby zanieść im corychło wieść o szlachetnym sposobie myślenia przybyszów.
Orzeźwiło Beniowskiego to widoczne powodzenie jego postępku, tak że mógł wstać i udać się na przegląd okrętu. Okazało się, że znaczną część ładunku już na ziemię zwieziono, że Winblath usypał na brzegu szańce i zaciągał tam działa i że pod dozorem Kuźniecowa i Pan owa rozbijano obóz według raz na zawsze przyjętego porządku. Widok tego ładu, wdrożonego przezeń w załodze w czasie długiej podróży, ucieszył niezmiernie Beniowskiego i nie zepsuła mu radości nawet smutna nowina, że wszystkie niemal futra przez zaciek wody popsute zostały. Polecił jeno Baturinowi, żeby doglądał ich suszenia i wietrzenia, poczem przykazał na noc gęsto rozstawić szyldwachy, zajrzał do namiotu przeznaczonego dla chorych i niewiast, poczem wrócił do siebie mocno znużony, aby usnąć głębokim krzepiącym snem.
Nazajutrz o wschodzie słońca już stał przed namiotem i śledził poczynające się w obozie roboty.
Wtem dano znać, że tłum wyspiarzy zbliża się ku temu miejscu bez żadnej broni, z parasolami jedynie i wachlarzami w ręku. Beniowski wyszedł na ich spotkanie. Ujrzawszy go, tłum się zatrzymał, a zbliżyli się jeno dwaj starcy w długich białych szatach i, uczyniwszy znak krzyża, podali mu na ślicznie wyplatanej macie stary wytarty brewjarz. Wziął go do rąk Beniowski, a przeczytawszy, że książka ta należała niegdyś do misjonarza Salisa, znowu zbliżył ją do ust; jednocześnie kazał przynieść z okrętu wielki krucyfiks, zabrany z bolszereckiej cerkwi. Skoro tylko zdjęto z krzyża pokrowiec, krajowcy padli na kolana i wołać poczęli, wzniósłszy ręce do nieba:
— Hisos Chrystos!... Hisos Chrystos!...
Tak pozostali, dopóki nie zasłonięto i nie zabrano krzyża napowrót.
Beniowski, przekonawszy się w ten sposób, iż rzeczywiście ma do czynienia z nawróconymi poganami, a nie z jakąś zasadzką piratów, już śmiało zwrócił się do starców, wykładając im na migi, jako okręt jego w najgorszym jest stanie i potrzebuje ratunku, a załoga zaopatrzenia w żywność oraz pomieszkania.
Biało odziani ludzie z cytrynowemi twarzami długo radzili, ustawiwszy się wkółko, poczem po gorącem przemówieniu jednego z nich, przerywanem częstem robieniem znaku krzyża, rozeszli się, przyjaźnie kiwając dłońmi i głowami Beniowskiemu oraz oficerom.
Nie upłynęło godziny, jak dano znać, że cała flotylla łódek tutejszych płynie wzdłuż brzegu ku obozowi; kazał więc Beniowski stanąć ludziom pod bronią i czekał, co też mu niosą owi bogobojni wychowańcy ojców jezuitów. Okazało się, że łodzie były naładowane drzewem, palami, sznurami, co ogromnie zdziwiło i przestraszyło wszystkich.
— Palić nas będą jako heretyków!... — mruknął Stiepanow.
— Ja bo zaraz powiedziałem sobie: ...i nie wódź nas na pokuszenie!... Zbyt oni układni, olejem pomazani!... — dowodził półgłosem Trofimow.
— Ale nie na takich trafił!... Zobaczymy co będzie, jak ich z muszkietów gwizdniemy. Jeszcze się taki nie urodził, coby naszego starego za nos wodził!... — roześmiał się Łaptiew.
— Cicho tam w szeregach!... Baczność!... — krzyknął surowo Urbański.
Z bronią u nogi przyglądali się, jak krajowcy wyładowywali z łodzi bierwiona, dyle i narzędzia ciesielskie.
Beniowski z Panowem, Kuzniecowem i Boskarowem podeszli ku nim, próbując dowiedzieć się, co to znaczy, ale nic wyrozumieć z gestów nie mogli.
Dopiero gdy nadjechała druga partja łodzi, pełnych żywności, patatów, bananów, trzciny cukrowej, ryb i owoców, zrozumieli zbiegowie, że nie wrogie a przyjacielskie zamiary mają względem nich poczciwi wyspiarze. Niepewność zamieniła się w wielką radość. Żywo ruszyli na pomoc cieślom i furażerom, wskazując, gdzie co składać, jak urządzać kuchnie, gdzie stawiać domki i szałasy z przypławionego budulcu.
Wkrótce opodal brzegu wyciągnęła się cała wioska dużych, krytych palmowemi liśćmi chałup, z których w każdej mogło zamieszkać wygodnie po czterech majtków lub dwu oficerów. Osobno na froncie wystawiono chatkę dla Beniowskiego, otoczoną palisadą i uzbrojoną czterema armatami.
Inni tymczasem gotowali strawę. Najgorzej było z porozumieniem się; dlatego Beniowski, przewidując, że dłużej będzie tu musiał zabawić, przywołał wszystkich piśmiennych z załogi, dał im papier i polecił zapisać ile się da słów mowy ljukejskiej.
Sporo i wesoło szła robota, wspomagana ochoczo przez krajowców, którzy, zrzuciwszy swe białe odzienia, bronzowi i ruchliwi, jak małpy, uwijali się wśród załogi, szczerząc z byle powodu duże, białe zęby.
— Brzydkie bo brzydkie, ale cnotliwe chłopy!...
— Prawdziwe chrześcijany!... Ile to żarcia nam przywieźli, hę!?...
— Ej, cholewo, masz żonę?... Dlaczegoś jej nie przywlókł, co?
Krajowiec się uśmiechnął, a potem zrobił znak krzyża.
— Tak to, tak!... Ale przecież i babę Bóg stworzył!...
Beniowski rozdał zaraz roboty koło doprowadzenia do porządku statku i ładunku, choć zarówno oficerowie, jak i załoga prosili go, aby zgodził się na dłuższy tu pobyt.
— Może nawet sądzono nam zostać tutaj na zawsze!... Lud jakiś cichy, przyrodzenie piękne, odległość od wszelkiej tyranji znaczna!... — przedstawiał mu Chruszczow.
— Dobrze, dobrze!... Zobaczymy!... A tymczasem odkomenderujesz Czurinowi czternastu towarzyszy z siekierami dla naprawy okrętu. Kuźniecow niech się zajmie reparacją żagli i masztów... Baturin niech ma staranie koło ładunku, na twojej głowie będzie myśl o żywności, a służbę wojenną zdaję na Panowa, Winblatha i Sybajewa... Postarajcie się skończyć robotę jak najprędzej... Powiedz załodze, że na żaden wypoczynek ani łażenie po wyspie przedtem nie pozwolę!...
Nazajutrz rano odwiedził obóz znakomity jakiś wyspiarz.
Miał liczny orszak krajowców, między którymi znajdowało się dużo z tych, co byli w pierwszej delegacji. Miał na sobie suknię z błękitnej materji, podpasaną pasem czarnym, płaszcz z białego jedwabiu, czapkę z pięknego futerka i sandały drewniane, oklejone atlasem. Otaczający traktowali go z niezmiernym szacunkiem.
Beniowski, który się już był trochę po ljukejsku nauczył, pozdrowił go uprzejmie, mówiąc:
— Tho!...
Uśmiechnął się na to nieznajomy, głowy nachylił, przeżegnał się, poczem, ująwszy Beniowskiego za rękę, rzekł niespodzianie po portugalsku:
— Panie, jestem Tonkińczykiem; przybyłem z ojcem Ignacym na tę wyspę; po jego śmierci stałem się naczelnikiem tutejszego plemienia!...
— Ach, tak!... Jakże to dobrze, że będziemy mogli się nareszcie z panem porozumieć i wyrazić mu naszą wdzięczność za okazaną gościnność!...
— Czyż mogliśmy was przyjąć inaczej?... Czyż nie jesteście braćmi naszymi chrześcijanami?... Odwiedzają nas jeno poganie, Chińczycy i Japończycy!... Wyście pierwsi nie ominęli wysp naszych!... A przecie dużo widzimy okrętów chrześcijańskich, przepływających woddali...
— Skądże pan wiesz, jakiej narodowości są przepływający mimo żeglarze?...
— Ojciec Ignacy nauczył mię poznawać bandery... O, to był wielki człowiek, który wszystko umiał!... Nieraz opłakujemy śmierć jego!... Może chciałbyś odwiedzić jego grobowiec?...
— Bardzo chętnie!... — odrzekł Beniowski. — Czy nie pojedziemy razem?... I czy to zaraz?
— O, nie! Muszę być obecny dziś na radzie starców, gdyż choć jestem naczelnikiem, nic bez ich pozwolenia robić nie mogę!... Ale dam ci trzech znakomitych wyspiarzy na przewodników...
Skwapliwie zgodził się na propozycję Beniowski, ciekawy poznania bliższego tego tak dziwnego a wielce sympatycznego ludu. Wziął z sobą Panowa, Baturina, Kuźniecowa i, siadłszy do szalupy, przeprawił się przez zatokę na drugi brzeg, gdzie spotkało go około 50 osób płci obojga biało ubranych i wołających głosem tkliwym:
— Ilo Dzigniaro!... (Przyjacielu Ignacy!)
Następnie przewodnicy wprowadzili przybyłych do ogrodu, w którym spotkali starca, zbierającego kwiaty i rośliny. Zaprosił ich zaraz do małej, pięknie zbudowanej chałupki, gdzie poczęstował gorzką herbatą. Dowiedziawszy się o celu ich podróży, powiódł zaraz gości na obszerną dolinę doskonale uprawną, zasadzoną rozmaitemi roślinami i trzciną cukrową.
Wśród doliny wznosił się niewielki czworograniasty domek z rogami zawiniętemi po chińsku; w nim był ołtarz z krucyfiksem. Nad ołtarzem wisiał obraz Najświętszej Panny, ale tak źle malowany, iż ledwie po koronie i miesiącu pod nogami można było poznać wyobrażenie Matki Boskiej chrześcijańskiej. Oblicze miała ciemne, oczy skośne, a rysy całkiem miejscowych wyspiarek.
Podróżnicy oddali cześć należną miejscu, a wtedy wskazano im dwie urny z popiołami ojca Dzigniarego. Na jednej widniały litery łacińskie i jakoweś wiersze, ale tak już zatarte, że odczytać ich nie było sposobu.
Cała wizyta odbyła się w milczeniu z powodu nieznajomości języka; krajowcy jednak szli gromadą za cudzoziemcami i pilnie baczyli na najmniejszy ich ruch, robiąc szeptem między sobą rozmaite uwagi.
— Ani przypuszczałem, że to tak urodzajny i pięknie zagospodarowany kraj!... — rzekł Baturin, gdy znowu wsiedli do szalupy.
— Istotnie, wcale tego wnioskować niepodobna z piasków i skał bliskich naszego obozowiska... — zgodził się Kuzniecow.
— Zato tu wszędzie dostęp morski bardzo utrudniony, sądząc z miałkości wody i mnogości ławic... Wszędzie bywa odwrotnie, ludność skupia się u portów. Tu zdala od nich! To daje do myślenia... Lud ten nie ma pewnie dość siły do obrony od morskich korsarzy!... — zauważył Beniowski.
— Na pewno tak!... Nie spostrzegłem wcale u nich oręża!... — wtrącił Kuzniecow.
— Mają zapewne, ale ukryty... Chytrość jest obroną słabych... — dorzucił Panów.
— Tak, tak!... Trzeba będzie zwiedzić głąb wyspy!...
— Nie zaraz, nie zaraz!... I nie mówcie nikomu, coście widzieli, gdyż wśród naszych ludzi zaraz obudzi to rozmaite chęci, które nas wszystkich mogą doprowadzić do zguby... — zakończył rozmowę Beniowski.
Za chwilę byli w obozie, i Beniowski z przyjemnością stwierdził, iż okręt łatwo naprawiony zostanie. Część cieślów zajęła się też robieniem nowych pomp zamiast zużytych starych. Przy raporcie doniósł Czurin, że wierzchołek masztu wielkiego jest strzaskany, zatem potrzeba koniecznie poszukać w pobliskich lasach odpowiedniej sztuki na nowy.
— Nie pali się, poprosimy wyspiarzy!... — odrzekł sucho Beniowski, a widząc wielkie wśród załogi niezadowolenie, kazał wydać ze składów kilkanaście sztuk materyj jedwabnych i bawełnianych, aby sobie wszyscy uszyli jednakowe pludry i koszule, bardziej odpowiednie dla tutejszego gorącego klimatu.
Do wieczora zajęci byli szyciem, krajaniem, przymierzaniem, przeplatając robotę wesołym śmiechem i baraszkowaniem. Późno w nocy, gdy już obóz spoczywał we śnie, wśliznął się do chatki Beniowskiego Winblath i prosił o przebaczenie, iż pomimo zakazu udał się na zwiedzenie przyległych obozowi okolic w towarzystwie jednego krajowca, umiejącego parę słów po portugalsku. Widział porządnie zabudowane wioski w prześlicznem położeniu, pola pokryte obfitemi zbożami, a drzewa gęstym owocem. Oprócz pomarańcz, cytryn, kokosów, bananów, winogradu, arbuzów, melonów, patatów, ryżu, prosa, grochu, kukurydzy i innych, widział w pięknie utrzymanych plantacjach trzcinę cukrową, tytoń, bawełnę i... ule z pszczołami.
Zwiedził takoż zakład garncarski i dystylarnię, gdzie rozmaite pędzono likwory. Twierdził, że rękodzieła bardzo są wśród wyspiarzy rozwinięte, że niewiasty tkają po domach materje jedwabne oraz bawełniane, a dużo mężczyzn prócz rolnictwa trudni się rzemiosłami, tak że wyspy łatwo same mogą opędzać wszystkie swoje potrzeby.
— Co, czy nie założyć nam tutaj swojej osady?... Jak uważasz?... — spytał zamyślonego Beniowskiego.
— Przedewszystkiem, jakiem prawem naruszyłeś mój rozkaz!?... Jeżeli myślisz, że cię broni stara ze mną przyjaźń, to się mylisz. Musiałbym cię ukarać, skoroby się wydało... Dlatego nie chwal się z tem, coś widział, a jutro sam to wszystko obaczę i rozważę!
Był pewny, że tak jest, i długo w bezsenności bił się z myślami oraz własną pokusą, aby zostać na tych wyspach błogosławionych i dać wypoczynek strudzonej duszy i ciału...
Ale w takim razie wniwecz obracały się jego wszystkie wymarzone plany! Zostanie takim, jak ten portugalski wychodzień... Może trochę śmielszym, trochę rzutniejszym, posiadającym więcej wiedzy i powagi, które zresztą nie są tu wcale potrzebne!... — Ten Tonkińczyk w gruncie rzeczy zupełnie jest na swojem miejscu!... — powiedział sobie szczerze. — Nie, tyle rzeczy dźwignąć, tyle przeszkód pokonać poto, aby w jakimś głuchym, morskim ostępie sadzić ryż i trzcinę cukrową!... Śmieszny rezultat!... Dla tego nie warto było palić Bolszej i mordować nawet nicponiów kozaków!... Zresztą to przedsięwzięcie nie powiodłoby się... Moi wałkonie, pijacy i hultaje nie długo smakowaliby w tutejszej cnocie i... nie przysporzyliby jej... Rychło pokłóciliby się między sobą, z mieszkańcami, z naczelnikami, z dostojnymi starcami... Zaczęłyby się burdy i bijatyki, jak na okręcie! Koniec końców krajowcy wypędziliby nas wszystkich... Zresztą wyczuwam, że są tu jeszcze jakieś trudności, które ten metys przede mną ukrywa. Niepodobna, aby wysp tych wcale nie znały ludy tak żeglarskie, jak Holendrzy, ani tak niedalekie stąd, jak Chińczycy i Japończycy!... Coś w tem jest, że on się tej znajomości tak uparcie wypiera!... Ha, zobaczymy!
Przed południem wraz z Kuzniecowem i Winblathem zwiedził głąb wyspy i przekonał się, że Szwed mówił prawdę. Widział liczne kwitnące wioski z ludnością spokojną, łagodną i pracowitą. Wszędzie już wiedziano o nim i witano go okrzykami: „Hisos Chrystos“ oraz znakiem krzyża.
Zaraz po obiedzie zjawił się Tonkińczyk.
— Słyszałem, że zwiedzałeś naszą wyspę!... Jakże ci się podobała?... — spytał uprzejmie.
— O, myślę, że poddani twoi należą do najszczęśliwszych ludzi na ziemi!... Mają wszystko, o czem dusza zamarzy: żyzną glebę, zdrowy klimat i błogi spokój... Powinni prosić Boga, aby do nieskończoności przedłużył twoje panowanie! Przypuszczam, że równie zadowolony ty z nich jesteś; wydali mi się pobożni, spokojni, posłuszni i pilni w spełnianiu swych obowiązków...
Tonkińczyk ujął w wypieszczone palce rzadką swą bródkę.
— Zapewne, zapewne, są dość pobożni i posłuszni. Staraliśmy się o to z ojcem Ignacym... Niemało to nas kosztowało trudu, ale... nie mogę się skarżyć!... Są posłuszni!... Cała rzecz, aby w tem ich nadal utrzymać... Gdyż szatan jest również nieśmiertelny, jak Bóg, i przyczajony czyha nieustannie na słabość grzesznika... Ludzie wszędzie są ludźmi!... I tu są rozmaici... Przytarł im błogosławiony ojciec Ignacy rogów, ugięli się pozornie i spokornieli, ale... są! Wiemy o tem dobrze!... Po lasach spotykamy nieraz niewiadomo przez kogo wznoszone ołtarze z obrzydliwemi bałwanami, wśród których jakby na pośmiewisko umieszczają krzyż... Niszczymy te sprośne świątynie, szukamy starannie ich czcicieli, ale ze smutkiem wyznać muszę, że, pomimo wielkich kar, konfiskaty majątku i wypędzania z wysp winowajców, a nawet kary śmierci... znowu powstają, a nawet mnożą się!... Brak bardzo ojca Ignacego z jego twardą ręką... On śmiał, on miał urok, on był biały... A co ja — ja jestem, jak oni... — roześmiał się i bródkę pogładził.
— Zawsze... masz więcej od nich wiedzy... oraz masz oparcie w twojem kapłaństwie!
Tonkińczyk spoważniał.
— Rada starców nie uznaje tego... Po śmierci ojca Ignacego zmusili mię... wziąć małżonkę!... Jestem teraz przywódcą siły zbrojnej, ale... mieszkańcy tutejsi niezbyt wojowniczego są ducha... Wojska niema... Każdy żonaty ma dzidę i tarczę i na zawołanie musi się zjawiać na placu... Ale może się i nie zjawić, a wtedy co?... Dlatego ucieszyłem się bardzo, kiedyście przybyli i wykazali tyle pobożności!... Przeciwnie, Japończycy nienawidzą krzyża.
— Więc lądują tu czasami?
— O tak!... Niekiedy, ale nie mają armat i broni palnej... Gdybyście zgodzili się tu zostać...
— Dziękujemy bardzo!... Radzi bylibyśmy bardzo to uczynić, gdyż cnoty wasze i ludu waszego zdumiewają nas... ale mamy też swoje interesy... W dodatku, co powiedzą wasi starcy...
— O, wśród nich w każdym razie mamy jeszcze po swej stronie większość... Ojciec Ignacy zwolna wszystkie miejsca obsadził pobożnymi ludźmi... Już ja z nimi mówiłem i oni tu zaraz przyjdą... Następnie... Rozumiem, że z poganami... Ale... Dlaczego wzbraniasz ludziom twojej załogi obcowania z tutejszymi wyznawcami Chrystusa?...
— Wśród moich majtków jest dużo nieokrzesanych osobników. Długa ich na okręcie wstrzemięźliwość mogłaby pchnąć niektórych do nadużyć względem waszych białogłów!...
Wąskie oczki Tonkińczyka błysnęły wesoło.
— Ha, ha... Jakże się mylisz, jakże głęboko się mylisz. Tu przedtem wcale nie było małżeństwa, boska panowała obraza... Żyli gromada z gromadą, mając wspólne dzieci i wspólne żony... Z wielkim trudem udało nam się wyrobić to, że niewiasty po błogosławieństwie kościoła przestają grzeszyć z innymi... Wielką uzyskaliśmy zato u wielu mężów wdzięczność... Ale nad dziewczętami do tej pory władzy nie mamy, uprawiają więc nierząd, jak w Niniwie i Babilonie, a ojcowie nie przeciwią się temu, owszem pochwalają, gdyż korzystają z pomocy oblubieńców swych dziewcząt w polu przy robotach, wzorem patrjarchy Labana!... Dlatego i ojciec Ignacy nie opierał się temu bardzo...
Gdy tak rozmawiali, dano znać, że przybyło kilkudziesięciu poważnych wyspiarzy i żądają przyjęcia przez Beniowskiego. Tonkińczyk mrugnął mu porozumiewająco i usiadł na uboczu; Beniowski wyszedł naprzeciw gości, prosił ich do chaty i kazał podać herbatę i ciastka japońskie.
Po długich ceremonjalnych pozdrowieniach i wynurzeniach przybyli wyłuszczyli nareszcie przy pomocy Tonkińczyka, że przyszli prosić Beniowskiego, aby wraz z całą załogą zamieszkał u nich na wieczne czasy, że dadzą im grunta w odpowiedniej ilości najlepsze, pobudują chaty piękne, nauczą uprawy tutejszych zbóż i pielęgnowania drzew owocowych, że wreszcie każdy będzie mógł sobie wybrać żonę wśród ich córek bez żadnego okupu.
Z pewnym niepokojem spojrzał Beniowski na swoich majtków, przysłuchujących się u drzwi obradom. Choć te odbywały się po portugalsku i ljukejsku, wydało mu się jednak z ich twarzy i szeptów, że domyślają się czegoś, że być może powiadomiono ich wcześniej o wszystkiem. Odrzekł więc z wielką oględnością, że żadną miarą przed dwoma laty nie jest w stanie założyć jakiejkolwiek osady, że wprzód musi koniecznie powrócić do Europy, aby załatwić swoje i załogi interesy, pożegnać przyjaciół, zabrać familję i pozwolić to uczynić swym towarzyszom.
— Będziemy Boga błagać bez ustanku, by pomyślnością uwieńczył twą podróż i jak najprędzej nam ciebie powrócił!... — odrzekli po dłuższem milczeniu wyspiarze. — Może zostawisz nam choć część swojej załogi!?...
— Tego nie wiem!... To zależy od ogólnego postanowienia, gdyż i my mamy swoją radę!... — odrzekł Beniowski z uśmiechem.
— W takim razie pozwól im, aby zapoznali się z nami!... — prosili go dalej krajowcy.
Wymawiał się Beniowski strachem, żeby nie wynikły wskutek nieznajomości języka jakie nieporozumienia i nie zepsuły przyjacielskich z tubylcami stosunków; lecz żywe zaprzeczenia Tonkińczyka, podtrzymywane przez całą delegację, oraz chmurność twarzy własnej jego załogi, zmusiły go do ustąpienia. Wziąwszy uroczyste przyrzeczenie od wyspiarzy, że w razie najmniejszego zatargu nie będą sobie sami wymierzali sprawiedliwości, lecz rzecz poddadzą pod jego, Beniowskiego, sąd i rozwagę, z drugiej strony zapowiedziawszy załodze, że najmniejsze wykroczenie surowo będzie karane, pozwolił majtkom skorzystać z zaproszenia, pod warunkiem, iż zawsze w obozie pozostanie trzecia część ekwipażu dla strzeżenia towarów i sprzętów, oraz ukończenia robót okrętowych.
Tejże nocy zwolniona część, zdawszy broń i narzędzia do cekhauzu, rozbiegła się wśród żartów i śmiechów po okolicznych wioskach, uprowadzona przez dziewczęta i starsze kobiety, które się nagle tłumnie w obozie zjawiły.



XLIII.

Opustoszał obóz. Leniwo postukiwały siekiery na bokach wyciągniętego na odmiał statku. Wątły dymek ledwie się snuł pod kotłami, gdzie gotowano strawę dla wartowników. Tu i owdzie pod namiotem, albo w szałasie można było dostrzec opuszczoną żonę marynarza, ledwie przyodzianą, kryjącą się przed upałem słonecznym. Morze aż po linję widnokręgu iskrzyło się złotemi łuskami drobnych fal, opluskując senne brzegi cienkiemi i brzękliwemi, jak szkło, szelingami. Z krzykiem płaczliwym polatywały nad zatoką białe rybitwy i rychło siadały znowu na czarne skały, sterczące tu i tam z modrej wody.
Beniowski obszedł obóz, przyjrzał się zdala czynionym na okręcie porządkom i powrócił zadumany do swej chaty obwarowanej i wysuniętej na czoło wsi. Ale przechodząc koło namiotu, który na prośbę Bielskiego pozostawiono do całkowitego rozporządzenia Nastazji, zdziwił się, że płótniane połacie były opuszczone w tak wielkie gorąco, i zatrzymał się, chcąc zapytać kogokolwiek, coby to znaczyć miało. Czyżby Nastazja wybrała się również z innymi do wiosek tubylczych? Wszak wczoraj jeszcze mówił Bielski o ciężkiej jej niemocy!
Nikt jednak nie ukazywał się wpobliiżu.
— Może odeszli i niema jej kto obsłużyć!... Leży sama i dusi się w tym zaduchu!... — pomyślał.
Ujął róg połogi w rękę i chrząknął.
— Jest tam kto?...
Nikt mu nie odpowiedział.
— Nastazjo, Nastazjo Naumowno, czy mogę wejść?... — spytał głośno.
— Zaraz... Owszem... Proszę bardzo!... — rozległ się głos głuchy i zmieniony.
Beniowski drżącą ręką uniósł płótno; dostrzegł Nastazję w drugim końcu namiotu przy małej balijce, obok której wznosiła się biała kupeczka świeżo wypranej bielizny. Wycierała pośpiesznie obnażone po łokieć ręce fartuchem.
— Co pani robi?... Co robisz, ukochana!?... — poprawił się, podchodząc szybko ku dziewczynie. — Pierzesz?... Sama pierzesz?...
— Wszyscy tak są zajęci... — odrzekła. — To nic, to nic!... Przecież nie jest jeszcze ze mną tak źle... Owszem, myślę, że... za mało mam ruchu!
Zwróciła ku niemu zarumienioną twarz i uśmiechnęła się. Był to uśmiech okropny, uśmiech kościotrupa. Cienkie, jak skóra, usta rozsunęły się na rzędach białych, równych zębów, tworząc na obu policzkach półksiężyce zmarszczek. Nad tym strasznym uśmiechem, obcym reszcie twarzy, w zapadłych oczodołach gorzały smutno ogromne ciemne oczy. Szerokie, żółte czoło pokrywał pot kroplisty i lepiły się na niem wężowo kosmyki czarnych wilgotnych włosów, wymykających się z pod białego czepeczka.
Beniowski stał, jak rażony piorunem; pierwszy raz zauważył tak straszną zmianę.
Spostrzegła to, przestała się uśmiechać i opuściła na oczy firankę długich, gęstych rzęs, swój ostatni ocalały wdzięk.
— Jakże się to stało?... Na to nie można pozwolić!... Gdzież jest Eufrozja!... — zagadał szybko Beniowski.
— Ach, ona biedna tyle ma zmartwienia!... Mąż jej z innymi udał się do wioski i nawet na noc do domu nie wrócił, poszła go szukać... Już dwa dni niema obojga!...
— Wszyscy powarjowali!... Doprawdy nie wiem, jak to się skończy?...
— A więc nie masz zamiaru tu zakładać osady?... Ale siadaj, proszę... oto tu...
— Zaraz, podniosę róg namiotu... Jakże tu duszno!?...
— Nie ten!... Nie ten!... — prosiła. — Może lepiej ten, od tyłu!...
Lecz Beniowski już podniósł płótnisko i podetknął koniec jego pod sznur, otwierając widok na obóz. Nastazja zarumieniła się znowu gwałtownie, podsunęła mu krzesło i sama usiadła naprzeciw na zydlu.
— Widzisz, z osadą rzecz się bardzo plącze... Ludność tutejsza łagodna jest, to prawda, pracowita, gościnna, ale nie wiem, czy tak nazbyt znowu naszego osiedlenia się tutaj pożąda... Ziemi mają niewiele... Widziałem, że najmniejszy kawałeczek nawet najlichszych gruntów już wzięty jest pod uprawę... Nasze niezmiernie czułe i serdeczne przyjęcie przypisuję raczej wpływowi i parciu Mikołaja Tonkińczyka... Słyszałaś pewnie o nim!?
Nastazja kiwnęła przytakująco głową.
— Podejrzewam, że mu poprostu chodzi o wzmocnienie swego upadającego wpływu. Nie mielibyśmy tu więc tak nadzwyczajnego spokoju... Dotąd stykamy się tylko z jego stronnikami i wszystko, co wiemy o wyspie, wiemy od niego... Chciałbym pogadać z jego przeciwnikami, lecz ci kryją się... Wszyscy się tu kryją ochoczo, jedni pod znak krzyża i imię Chrystusa, drudzy po lasach!... Czy tak jest w rzeczywistości, jak opowiada Mikołaj? Nie wiem! Niesłychaną wszakże jest rzeczą, aby pobożność, która w naszych krajach tysiące lat się utrwalała, tu dosięgła takiej potęgi w tak krótkim czasie!... Zapewne Bóg robi czasami cuda, ale jakoś... nie widzi mi się... A więc mam wątpliwość co do chrześcijańskiej cnoty tubylców. W dodatku, osiadłszy tutaj, moglibyśmy łatwo wejść w kolizję z Japończykami. Nawet mi się z tem wygadał Mikołaj. Wyznaję, iż wcalebym sobie tego nie życzył... Ważniejszą zewszechmiar dla nas rzeczą jest przyjaźń, którąśmy z nimi w Usirpatar zawarli... Oparłszy się o nią, łatwiej moglibyśmy zorganizować administrację i handel na archipelagu amerykańskim, o wiele odpowiedniejszym dla naszych celów i nawet dla kolonizacji. Bo jeżeli tutaj musielibyśmy grunty orne od dawnych posiadaczów odbierać, tam czekają na nas pola od wieków pługiem nie tknięte, lasy nie znające siekiery, bogactwa naturalne bez właściciela, wody pełne ryb i bobrów, ostępy borów, żywiące niezliczone stada zwierza. Tam prężność nasza zyskałaby miejsce, twórczość, nowiznę, wynalazczość, przystosowanie... Tutaj co?... Tutaj wszystko, co można zrobić, już uczynione, wszystko zajęte, podzielone, poznane... Tutaj mybyśmy musieli się sposobów gospodarczych nauczyć, zapoznać z obyczajami a dużo z nich uznać i przyswoić. Małość naszej liczby spowodowałaby rychłe nasze pochłonięcie i osłabienie naszych wpływów. Przybyłoby paręset głów ludności ljukejczykom i tyle... co, przyznasz, rzecz mało ważna w ogólnym rachunku ludzkości. Czy zaś możemy dać coś od siebie tym ludziom dobrym, pracowitym, potulnym? Wątpię!... Wogóle wśród załogi mała jeno cząstka jest zdolna do pracy wytrwałej, skromnej, powszedniej... Reszta, przyznać trzeba, są to hultaje, leniuchy i awanturnicy, którym przystoi raczej robić napady i utarczki, niż cichym zajmować się obowiązkiem... Przez zwiedzenie nieznanych ziem i mórz, przez poznanie warumków dla nowego handlu z nieznanemi ludami oraz zbadanie, gdzie jest możliwe osadnictwo poważnych rolników i wytrwałych rzemieślników, ludzie ci spełnili swą rolę. Jaki będzie ich dalszy los, doprawdy nie wiem, ale na założycieli nowych społeczności oni wcale nie są zdatni...
— A więc owa wyspa... wśród błękitnego morza, owo państwo wiecznego szczęścia i sprawiedliwości... — szepnęła cicho Nastazja.
— Owszem, to możliwe i dążyć do tego należy, ale właśnie w tym celu chciałbym, abyśmy co rychlej dobili Manilji lub Kantonu, wreszcie Makao, skąd już łatwo dostać się do Europy, aby tam zwerbować ludzi innych, odpowiednich, kolonistów z powołania, prawdziwych i dobranych pracowników, a nie, jak my, połączonych jeno wspólnem nieszczęściem i wspólnem pragnieniem umknięcia z niewoli. Z obecnych naszych towarzyszów większość mogłaby służyć jedynie jako żeglarze na naszych przyszłych handlowych okrętach... I to nie wszyscy, gdyż dużo jest kłótników i nieposłuchańców, mącicieli i drapieżców, niezdolnych do żadnego rygoru, a więc żadnej społeczności... Rola ich już spełniona, wykonali wszystko, do czego byli zdolni, zużyli się...
Nastazja cicho westchnęła.
— Żałuję ich, bardzo żałuję!
— Nie żałuj!... Nie jest im i nie będzie wcale tak źle, jak przypuszczasz. W dodatku upewniam cię, że oni wcale nie pragną tego, co ty masz na myśli. Poznałem ich przez te parę miesięcy do głębi. Praca i porządek wstrętne im są!... Stokroć milej marzą o wódce, o łupieży, o życiu bez troski i zachodu na karkach innych... i dlatego właśnie dobijają się, aby tutaj pozosstać, tak im się tu podoba, że mają nadzieję siąść na grzbiecie tej potulnej ludności. I to mnie największą napełnia obawą, gdyż potulność też ma swoje granice... A skoro raz zrezygnujemy z dalszej podróży, trudno będzie ponownie do niej wielu zachęcić... Gdyby nawet ocaleli w walce, jaka wyniknie, albo... jaką sami z sobą rozpoczną... Widzę więc jasno całą czczość zamiarów tutejszych, a lękam się zwłoki z wielu powodów... Choćby dla ciebie, która potrzebujesz pieczy należytej, leków dobrych, wygód ucywilizowanych, medyków biegłych i wykształconych. Meder zacny człowiek, lecz umie leczyć jeno marynarskie dolegliwości, które głównie przypisuje zapalności i kuruje puszczaniem krwi i czyszczeniem humorów, co w twoim wypadku nie wystarcza...
— Nie myśl, doprawdy, o mnie!...
— Owszem, nietylko muszę, ale chcę myśleć... Jesteś młoda, parę tygodni, spędzonych w wygodach ucywilizowanego życia, może ci wrócić zdrowie!...
— Nie... nie wiem... czy warto!... — odrzekła, wstrząsając głową. — Ale idą już, Maurycy, widzisz, już idą po ciebie!... Musiało się coś stać!...
Wskazała na drogę, wiodącą w głąb wyspy, na której widać było wdali biały tłum ludzi z kolorowemi parasolami, wachlarzami i chorągwiami, wiejącemi ponad nim.
Dostrzeżono już ich w obozie; ludzie Beniowskiego, porzuciwszy robotę, biegli na spotkanie krajowców. Dyżurny oficer Łoginow skoczył do chatki Chruszczowa i razem z nim skierował się natychmiast stamtąd do mieszkania Beniowskiego.
Ten zdążył tylko uścisnąć rękę Nastazji i pośpieszył na ich spotkanie.
Krajowcy zatrzymali się przed bramą, gdzie stał szyldwach, a z górnych ambrazur wychylały się groźnie paszcze armat. Dostrzegłszy wszakże Beniowskiego z oficerami zbliżającego się z boku, zwrócili się frontem w tę stronę.
Na przedzie stał Mikołaj Tonkińczyk, tym razem w szacie słoneczno-żółtej oraz białej opończy; na głowie miał coś w rodzaju diademu, połyskującego drogiemi kamieniami. Ogromny czerwony parasol z dwiema frędzlami obrzucał go z góry płomienną łuną. Schylił się do ziemi, prawie upadł na kolana przed Beniowskim; to samo uczynili stojący za nim starcy, a następnie cały orszak z kilkudziesięciu ludzi złożony, wszyscy biało ubrani z kolorowemi jeno wachlarzami w ręku.
Pochyliły się chorągwie jedwabne oraz wielki wachlarz czerwono-biały z czarnemi literami chińskiemi. Nie pochylili się jeno ci ludzie z załogi, którzy przybyli z deputacją ze wsi i wśród których Beniowski odrazu dostrzegł kryjącego się Stiepanowa.
— Pochwalony Jezus Chrystus!... — powitał ich po łacinie Beniowski.
— Na wieki wieków amen!... — odrzekł, żegnając się Tonkińczyk.
I wszyscy zaraz również zrobili znak krzyża i znowu pochylili się pokornie.
— Wejdźcie, proszę, do chaty, bądźcie gośćmi!... — zapraszał ich Beniowski.
Ruszyli ławą, poprzedzani przez Mikołaja i Beniowskiego.
Gdy rozsiedli się na matach i poduszkach, gdy zapalili fajeczki i służba roznosić zaczęła herbatę, Beniowski od zwykłych nic nie znaczących frazesów przeszedł nareszcie do pytania:
— Czemże służyć wam mogę, szanowni starcy i ojcowie tej wyspy czarownej?... Czem odwdzięczyć się mogę za waszą serdeczną dla nas gościnność?...
Gdy Tonkińczyk przetłumaczył pytanie, jeden z naczelników z siwą brodą i złotym w uchu kolczykiem odrzekł z prostotą:
— Wybierz sobie, szlachetny panie, jaką z córek naszych i ożeń się z nią... O to cię prosić przybywamy.
Beniowski rzucił zdziwione spojrzenie na Tonkińczyka, który, roześmiawszy się wesoło, dodał:
— Chcemy się upewnić, iż zostaniesz z nami, chcemy zadzierzgnąć węzły najczulsze, któreby cię związały z nami mocniej, niż wszelkie przysięgi i obietnice... Jeżeli ci mało będzie jednej żony, możesz sobie wybrać kilka... Albowiem powiedziano jest w Piśmie, iż Abraham miał ich cztery, z których Sara była najgłówniejsza, a Jakób dwie!... Więc ty też możesz jednę poślubić według chrześcijańskiego obrządku, a inne będą jako twe służebnice... Ale chcemy, abyś choć jedną przyjął, jak to uczynili twoi marynarze, abyś dowiódł, że jesteś nasz, że nie gardzisz nami... Mając wśród nas żonę i dzieci, będziesz nas bronił, albowiem dobro twoje będzie z naszem związane, jak to słusznie dowiódł nam jeden z twoich oficerów...
Beniowski czuł się mocno zmieszany i zaskoczony: spojrzał na tłum, wypełniający chatę i drzwi otwarte, z którego setki podłużnych czarnych oczów patrzało nań badawczo, nieufnie i przebiegle. Dalej za tym tłumem widział stłoczone głowy swoich marynarzy.
— Rzecz jest zbyt poważna, abym zaraz mógł na nią odpowiedzieć... Prócz tego wiedz, że jestem już żonaty!... — zwrócił się do Tonkińczyka.
— To nic, my ci wyrobimy rozwód, a teraz możesz tak... rodzajem próby, według miejscowego obrządku... Ojciec Ignacy też tak robił...
— Na czemże ten obrządek polega?...
— Wybierzesz z siedmiu dziewcząt, jakie ci przedstawimy, jedną i spędzisz z nią noc...
— A potem?...
— Potem będziemy cię uważali za swego... Będziesz przyjęty do plemienia!...
— A w przeciwnym razie?...
Tonkińczyk nie przetłumaczył tego pytania i nie odpowiedział nań odrazu.
— Zgódź się, zgódź się, mówię ci!... — odrzekł wreszcie, mrugając chytrze na Beniowskiego. — Taka obraza może wywołać wielkie wśród krajowców wzburzenie... Większość tych ludzi rozsiana jest po wsiach, już pobrali sobie niewiasty... Mogą wyniknąć nieporozumienia... Jeżeli zaś i ty żonę pojmiesz, wszyscy zrozumieją, że jesteś po naszej stronie... Nawet możesz odpłynąć, a rzecz się już nie zmieni... Będę mówił, że wrócisz i że porachujesz się z wrogami naszej świętej religji. W ten sposób utrwalisz nasz wpływ... Zgódź się zaraz, odwłoka obrazi ich, rozumiesz — szeptał cicho, nachylając się ku Beniowskiemu.
— Muszę się przygotować!...
— Wybierz zaraz, a przygotujesz się potem... Skoro postanowienie zapadnie, będziemy się mogli zaraz układać o warunki założenia osady!... Umilkną spory wśród wyspiarzy, będziemy w stanie zrobić wszystko, co zechcesz... Trzeba się śpieszyć, bo mówiono mi, że na zachodniej stronie archipelagu widziano japońskie okręty!... Musimy to zrobić, zanim one przyjdą!...
Beniowski namyślał się przez dłuższą chwilę.
— A czy nie może zastąpić mnie ktoś z wyż» szych oficerów?...
— Nie, żadną miarą! Wszyscy wiedzą, że ty jesteś naczelnikiem, że tylko twój ślub daje pewność!...
— Co robić? — zwrócił się po rosyjsku Beniowski do Chruszczowa.
Wyjaśnił mu istotę prośby, dziwacznej tylko napozór i zabawnej.
— Ale tak nie jest!... Czuję, że wciągają nas w zasadzkę, której celu wszelako dobrze nie rozumiem. Wiem tylko, że Stiepanow już tam maczał palce. A jednak trzeba się będzie zgodzić tę szopkę odegrać, gdyż grożą nam grzecznie ni mniej, ni więcej, jak rzezią tych, co się po wioskach rozbiegli...
Chruszczów wziął się za głowę.
— Na Boga, ani słowa!... Nie wykazuj tak wielkiego wzruszenia. Przeciwnie, uśmiechnij się, wstań i niepostrzeżenie zgromadź strzelców. Spróbujemy zatrzymać przybyłych wraz z Tonkińczykiem jako zakładników... Idź, zabawię go tymczasem rozmową.
Tonkińczyk cały ten czas przyglądał się rozmawiającym z wielką przenikliwością i nagle powstał.
— Przyślemy ci więc, czcigodny Benio, dziewczęta do wyboru, a tymczasem Bóg niech ma was w swojej opiece!... W Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen! Bywajcie zdrowi!
Daremnie wstrzymywał go Beniowski. Wstał, podał rękę po europejsku oficerom, a starcy skłonili się im nisko, dotykając rękami ziemi, poczem wszyscy jak przyszli tak odeszli tłumnie, lecz spokojnie.



XLIV.

Pokaz oblubienic miał się odbyć nazajutrz rano w najbliższej wiosce, gdzie była rezydencja Mikołaja. Przedtem wysłańcy wielekroć biegali z wioski do obozu i napowrót, prowadząc układy. Beniowski zażądał, aby przy obrzędzie byli obecni wszyscy ludzie załogi, i wymagał, aby tego jeszcze wieczoru odesłano marynarzy, zwabionych i zatrzymanych w rozmaitych sadybach. Mikołaj wymawiał się, że nie wie, gdzie są, że wybór nie jest jeszcze taką wielką uroczystością, że dość jeżeli załoga cała obecna będzie przy samym obrządku weselnym, który odbędzie się dopiero za parę dni.
— Jest to rzecz niesłychana!... Dlaczego pozwoliliście ludziom pozostawać na noc poza obozem?... To nieporządek!... Dlaczego nie uwiadomiono mię, że ich niema?... — wyrzucał Beniowski z rozdrażnieniem Chruszczowowi.
— Kto mógł przypuszczać?... Byli tak gościnni... Zresztą i obecnie nie widzę nic tak zdrożnego w ich propozycji... Wszakże...
Uciął i spojrzał z pod oka na Beniowskiego.
— Co „wszakże“?... Co chcesz przez to powiedzieć?... Czy nie widzisz, że Stiepanow chce mię wprost ośmieszyć i skompromitować w oczach załogi!?... — przerwał, czerwieniąc się, Beniowski.
— Wszystkiemu możnaby nadać charakter zwykłej zabawy. Zaprosimy nasze niewiasty i przegadamy cały ten wieczór. Chcesz, a pójdę do Nastazji i poproszę, aby poszła z nami? To wszystkim usta zamknie. Przedstawię jej, jak ważną jest dla nas rzeczą pokojowe załatwienie tego... nieporozumienia!
— Nie, lepiej pójdę sam!
— Dobrze, nawet jeszcze lepiej!... W takim razie ruszam zaraz na okręt, aby wydać rozporządzenia!
— Na jutro zdwojone straże i silny oddział przy armatach, pamiętaj!...
— Ależ nie zapomnę!... Bądź pewny!
Beniowski wszedł do namiotu Nastazji, którego połacie były podniesione tym razem wysoko, otwierając widok na obóz, na morze z dalekim bladym horyzontem, na czarny, świeżo osmolony kadłub „Piotra i Pawła“, tkwiący wśród lazurowej wody. Dziewczyna siedziała pochylona nad jakiemś szyciem, które bystro zgarnęła za siebie, powstając na powitanie Beniowskiego.
Oczy jej radośnie rozbłysły, zaróżowiły się zlekka uszy i szyja. Była widocznie rada gościowi, wskazała mu ręką na niski zydel obok.
— Siadaj! Cóż słychać?... Mówiono mi, że nie możesz zebrać ludzi?
— A twoja kamczadalka wróciła?
— Wróciła, ale sama!... — odrzekła, smutniejąc cokolwiek.
— Właśnie, wszystko się rozstraja!...
— Myślałam nad tem, coś mówił wczoraj. Czyż istotnie niema wyjścia, jak gwałt jednej części załogi nad drugą... Czy nie można, Maurycy, pozwolić zostać tutaj tym, co chcą, a podróż prowadzić dalej z tymi, co jej pragną... Nie można przecież uszczęśliwiać ludzi gwałtem, nieprawda, Maurycy?... Będą cierpieć, będą pokrzywdzeni w swojem ludzkiem jestestwie, które jest przecież najważniejsze, jak to mówiłeś nieraz... Czy nie prawda?
— Ba, gdybym pozwolił na to, zostałoby dwie trzecie ogólnej liczby; z pozostałą resztą nie zdołalibyśmy przeprowadzić okrętu do chińskich brzegów, a głównie obronić go w razie napadu... Prócz tego wybuchną na pewno spory przy podziale majętności okrętu... Co innego po sprzedaniu futer... Gotówkę łatwo już rozdzielić... Nareszcie tutaj też wśród krajowców wre ukryta walka stronnictw... Ci, co osiedlą się tutaj, nieomieszkają wmieszać się w te spory, zostaną w nie wciągnięci... Gorzej, może rozdzielą się i będą siebie wzajem zwalczać... Wszystko to ogromnie zaszkodziłoby nam na przyszłość, gdyż wyznaję, że chciałbym zachować sobie możność handlu albo nawet założenia tutaj zczasem osady, handlowej stacji dogodnej dla okrętów naszych, płynących z wysp amerykańskich do Europy. Dlatego chciałbym uniknąć wszelkiego gwałtu, wszelkiej walki, która może część ludności do nas źle usposobić. Wyznaję też, iż niebardzo podobają mi się tutejsi święci braciszkowie...
— Ach, wiem, zawsze byłeś mało religijny!... — westchnęła.
— Tym razem nie ja... — roześmiał się. — Przeciwnie, to ci religjanci proponują mi jakiś pogański obrządek.
Zatrzymał się, dostrzegłszy w wysubtelnionych rysach Nastazji rozbudzoną czujność.
— Nie tyle chodzi im o Boga, co o władanie nad tutejszemi wyspami. Zresztą wśród naszych marynarzy większość jest prawosławnych, a oni są katolikami... Tego, zdaje się, ten Tonkińczyk nie rozumie, ale wcześniej czy później zrozumie... Trofimow o to się postara, a wtedy co?
— A ten pogański obrządek, o którym mówiłeś?...
— Nic, takie sobie głupstwo! Uroczyste zawarcie chwilowego przymierza... Chciałem cię prosić, żebyś była na nim obecna!
Potrząsnęła przecząco głową.
— Nie wiesz, że na żadne uroczystości i bankiety nie chodzę!
— Widzisz, potrzebna nam jest bardzo obecność białogłów. Zapewne, że Kuzniecowa i Czurina pójdą!
— Niech idą!... — odrzekła łagodnie.
— Chciałbym, żebyś i ty tam była... powtórzył.
Znowu potrząsnęła głową.
— Poco?...
— Ze względu na... mogące powstać... plotki!
Wyprostowała się i twarz zwróciła ku niemu.
— Plotki? O kim?...
Czerwona chmura przepłynęła po bladej dotąd twarzy Beniowskiego.
— To jest obrządek, pusta formalność dzikiego narodu, ale widzisz... muszę... wybrać przy zawarciu traktatu... kobietę za... narzeczoną!... — wyrzekł z przymusem.
Pobladła i uniosła się z siedzenia.
— Narzeczoną... znowu!?
Nagle opadła na oparcie krzesła, jakby ją kto popchnął, i zakryła twarz wynędzniałą ręką kościotrupa.
— Chcesz więc... żebym...
Nie spuszczał z niej żałosnego spojrzenia.
— Czy nie lepiej, że powiedziałem ci to sam?... Dowiedziawszy się ubocznie, mogłabyś Bóg wie co pomyśleć! Tymczasem to musi być zrobione. Bo gdybym miał inne wyjście, nieomieszkałbym je wybrać! Wierz mi! Nawet kartaczami wolałbym ich na okręt zapędzić. Cóż, kiedy stronników moich obecnie na palcach policzyć mogę. Jutro, pojutrze będzie ich więcej, z dniem każdym przybywać ich będzie w miarę, jak; zrozumieją swoją omyłkę... Gdyby tu można było poczekać, jak na Wyspie Wody!? Ale tutaj każda chwila może przynieść coś nieoczekiwanego... Znaną mi jest dobrze przebiegłość uczniów jezuickich i doprawdy w głowę zachodzę, jaki mi gotują pasztet?... I drugi jeszcze jest powód do pośpiechu, to, że futra w oczach gniją i giną! Pleśń zielona żre je, jak trąd. Gdzie raz się zagnieździła, nie pomagają żadne wietrzenia i dymienia. Gnój przywieziemy do Chin, jeżeli będziemy dalej tak zwłóczyć!... A przecież futra są jedyną naszą nadzieją, jedynym sposobem zdobycia środków dla zorganizowania nowej wyprawy. Co więc czynić?... Ten głupi i śmieszny obrządek wszystko rozwiązuje szybko i gładko... Jutro, pojutrze ruszymy, jestem pewny tego... Nawet każę okręt ładować... Reparacje wszystkie już skończone... Dlatego zgodziłem się na to błazeństwo ze wstydem i bólem... Choć gdyby nie ty, śmiałbym się, gdyż przecież nikomu się krzywda nie stanie... Jeżeli nie chcesz, jeżeli nie możesz... dokonamy obrzędu bez ciebie... Wystarczy obecność Czurinowej i Kuzniecowowej... Prosiłem cię jedynie dlatego, że twój udział nada obchodowi powagę, złagodzi krotochwilność i drażliwość mego położenia... Wszyscy z naszej załogi zobaczą, że to tylko formalność... Zrozum więc, ukochana... To są powody, dla których ośmieliłem się ciebie prosić... Zdaje się, dość poważne...
Odjęła rękę od twarzy, ale spłakanych oczu nie otwarła.
— Tak, Maurycy, ty masz rację, ty zawsze masz rację... Zrobię, co chcesz... Trzeba iść do końca, to prawda!... I kiedyż to ma być ta uroczystość?...
— Jutro rano!... Poniosą cię w lektyce, bo to dość daleko...
— A potem popłyniemy?...
— Zaraz, natychmiast. Załoga cała zbierze się na pohulankę, jestem pewny, spędzę ją zaraz do obozu, po resztę poślę umyślnych, a jeżeli się nawet jakich kilku zawieruszy... Bóg z nimi, niech zostaną... — dowodził gorąco.
Ujął ją za rękę, ucałował mocno, poczem, widząc, że Chruszczow kręci się koło namiotu i zagląda doń niespokojnie, wyszedł, aby dowiedzieć się, co zaszło nowego.
— Statki!... Widzieli statki na horyzoncie!
— Wiem, wiem!... Mówił mi Mikołaj. Wszystkich marynarzy, którzy są w bliskości, zwołać do obozu i zatrzymać pod karą sądu i plag. Nie wypuszczać nigdzie na krok!
— A jutro na uroczystość?...
— Na uroczystość?... Zobaczymy?... Może pójdą w moim orszaku... Ale... ale!... Powiedz Winblathowi, żeby wziął cieśli z okrętu i natychmiast zaczął sypać szańce przy wejściu w zatokę!... Sam idę do Tonkińczyka umówić się co do jutrzejszego obchodu...
— Nastazja będzie?...
— Będzie! — odrzekł krótko i oddalił się.
Chruszczow śledził go czas jakiś wzrokiem zdziwionym.
— Bestja!... — szepnął wreszcie z odcieniem dobrotliwego zgorszenia; pogładził siwą brodę i ruszył ku wybrzeżu, gdzie wśród beczek uwijał się Winblath z kilkoma ludźmi.
Wszyscy chcieli iść na tę uroczystość. Niemało miał zachodu Beniowski, aby przekonać oficerów i szeregowców, iż najprostsza ostrożność każe zostawić właśnie w takiej chwili wzmocniony oddział dla strzeżenia obozu.
— Skąd wy wiecie, że to nie podstęp, że oni nie zjawią się tu w czasie naszej nieobecności, nie zawładną naszym dobytkiem, orężem, okrętem i nas bezbronnych nie wymordują...
— Nie ośmielą się!... Tchórze są, my ich znamy!...
— Na niego groźnie spojrzeć, to on już się kurczy!...
— I to, że dobrzy są... Chrześcijany... Niczego nie odmawiają!...
— Baby i dziewki też mają... miłosierne!...
— Właśnie!... W tem cała ich siła!...
— Ktoby ich tam krzywdził, kiedy sami wszystko oddają!... — wołali jeden przez drugiego, żartując i śmiejąc się.
— A jednak... trzecia część załogi musi zostać w obozie na straży... Co parę godzin towarzysze z wioski będą przychodzili i luzowali ich... Na noc zaś wszyscy wrócić muszą do swoich chat... Inaczej wcale uroczystości nie będzie: posyłam zaraz odmowną odpowiedź Mikołajowi!... — postanowił wkońcu zniecierpliwiony Beniowski.
— Nie przyjdą ci, co wynieśli się, nie przyjdą!... Już trzeci dzień ich niema!...
— Przyjdą, bądźcie przekonani... Postawię to, jako warunek umowy, żeby ich z wiosek wyrzucono i dostawiono tu do nas!
— Nie, tego znów nie trzeba!... Poco czarnych obrażać. Dobre dusze!... — sprzeciwiali się niektórzy.
Jednak wkońcu przemógł zdrowy rozsądek i zastanowienie. Poddano się rozkazom Beniowskiego bez szemrania, w obozie został na straży silny oddział marynarzy. Reszta, nie wyłączając kobiet, ruszyła wczesnym rankiem ku wsi, odległej o ćwierć mili od brzegu. Nastazję niesiono w palankinie, który przysłał po nią Mikołaj. Miała na sobie suknię z ciemnego bławatu japońskiego, własnoręcznie w czasie podróży uszytą, i tylko złoty krzyż, drogiemi kamieniami pięknie kameryzowany, zdobił jej skromny strój i wysmukłą postać.
Zato inne niewiasty powkładały na siebie, co miały najlepszego, lśniły się od złotogłowia, pereł, drogich korali i „samocwietów“. Mężczyźni też postroili się, aby im dorównać, w żupany i kazakiny z drogiego sukna barwnego ze srebrnemi i złotemi guzami. Szli niby bez oręża, ale ten i ów schował nóż albo i krócicę w zanadrze.
Słońce zaledwie wzeszło i skwar jeszcze nie dokuczał; rzeźwy wiatr niósł z oceanu ostry zapach morszczyzny; pierzaste liście palm pobliskiego lasu drżały w podmuchach ruchem porywczym i namiętnym, lecz łagodnie kołysały się całe drzew korony. A w dole, jak okiem zajrzeć, słały się ciche niwy uprawne, połyskując gęsto lustrami nawodnionych pól ryżowych.
Wioska przylegała do lasu; otoczona była palisadą, a składała się z osiemdziesięciu porządnych budowli, wyciągniętych pod sznur po obu stronach szerokiej, wysadzonej drzewami ulicy.
Ledwie minęli bramę wioski, zbliżył się Mikołaj z paru starcami i powiedli cały orszak ku domowi, gdzie zgromadził się gmin wioskowych mieszkańców. Wszyscy odziani byli biało, przepasani błękitnemi lub czerwonemi pasami, mieli w rękach małe wachlarze, za pasami kapciuchy i srebrne lulki. Wszyscy powitali przybyłych ukłonem, znakiem krzyża i okrzykiem:
— Hisos Chrystos!
Następnie gości zaproszono do wnętrza domu, gdzie ich częstowano herbatą, ciastkami, cukrami, a krajowcy pozostali na podwórzu, tłoczyli się we drzwiach i zaglądali do wnętrza ciekawie przez głowy jeden drugiemu.
Po wypiciu herbaty, gospodarz zaprosił gości do udziału w zapasach, jakie rozpocząć mieli niebawem wyspiarze. Wśród tych okazało się niezmiernie dużo zręcznych szermierzy, i majtkowie Beniowskiego nie kwapili się bardzo do walki z nimi. Wreszcie wystąpił Gałka, ale został powalony po kilku chwytach przez niższego od siebie, lecz niezmiernie barczystego ljukejczyka. Potem rozpoczęły się tańce młodych dziewcząt przy odgłosie instrumentów, podobnych do gitar.
Zabawy te trwały do obiadu, który zastawiono dla wszystkich razem na wielkim czworobocznym placu, obsadzonym drzewami. Kobiety jadły osobno, a dziewczęta spełniały stołową obsługę.
Ku końcowi bankietu podawano tęgi likwor upajający, wyrabiany z ryżu, a zmieszany z sokiem trzciny cukrowej.
Wreszcie Mikołaj zwrócił się do Beniowskiego z uroczystą mową nawpół po portugalsku, nawpół po ljukejsku, prosząc go, aby przez wybór żony z pośród dziewic miejscowych zechciał zadzierzgnąć nierozerwalne węzły krwi z miejscowymi wyznawcami tego samego „Boga Stwórcy, Syna Jego Odkupiciela świata i Ducha Świętego w Trójcy Świętej Jedynego...“
Krajowcy wciąż żegnali się w czasie jego mowy i wołali:
— Tho!... Hisos!...
Beniowski odpowiedział równie piękną portugalską przemową, którą Mikołaj tłumaczył słowo w słowo po ljukejsku.
Dziękował więc Beniowski za gościnność, prosił o dalsze dochowanie przyjaźni i utrwalenie jej przez zaprzysiężoną na wieczne czasy umową. Narzeczoną on owszem wybierze, ale zaślubi ją dopiero po powrocie z Europy, kiedy i inne punkty umowy zostaną z obu stron spełnione.
Wywołało to okrzyki i protesty wśród części krajowców, a najbardziej zdawał się być niezadowolony i urażony sam Mikołaj, który nawet z początku nie chciał tłumaczyć odnośnego ustępu mowy.
— Wszak to było już umówione!... — dowodził Beniowski.
— Tak, ale musisz z nią noc przespać!... — nastawał Tonkińczyk.
— Owszem, spędzę z nią noc, ale w towarzystwie naszych niewiast!... Tego znowu wymaga nasz obyczaj!... — zgadzał się Beniowski.
Śmieli się bardzo krajowcy z tego obyczaju, ale zaraz kilku z przedniejszych obywateli podniosło się od stołu i poszło do domów zrobić odpowiednie przygotowania.
Znowu rozpoczęły się igraszki i tańce na murawie w kole starców i gości, którzy rozsiedli się wygodnie na matach. Aż nadeszło siedem kobiet okrytych zasłoną, wiodąc za rękę siedem dziewcząt, przybranych biało i opasanych błękitnemi szarfami. Kwiaty zdobiły rozpuszczone włosy dziewic. Jak tylko matki z córkami weszły do koła, wprowadził tam Mikołaj Beniowskiego i, posadziwszy go naprzeciw oblubienic, prosił, aby się ich ślicznościom dobrze przypatrzył i wedle życzenia wybór uczynił.
Beniowski chciał zaraz wskazać na pierwszą lepszą, ale Tonkińczyk wstrzymał go, ostrzegając, że musi przedtem mowy odpowiedniej wysłuchać. Jednocześnie wstał jeden ze starców i wygłosił długą i zapewne bardzo piękną mowę, której zresztą Tonkińczyk już nie tłumaczył. W końcu przemówienia starzec ów podał Beniowskiemu zasłonę, aby nią swą wybraną nakrył.
Beniowski narzucił ją pośpiesznie na jedną ze starszych, gdyż inne wydały mu się prawie dziećmi.
I natychmiast powszechne milczenie ustąpiło radosnym okrzykom. Wybraną otoczyły rówieśniczki, poczęły dokoła niej tańczyć i okrywać ją pieszczotami. Tak skacząc i grając na instrumentach, poszły ulicą wzdłuż wioski, a za niemi krajowcy i marynarze Beniowskiego i Sybajew, który pożerał oczami oblubienicę od chwili ukazania się jej.
— Cóż to znaczy?... — pytał Tonkińczyka Beniowski. — I czy wszystko już skończone?...
— O nie!... Ona poszła zbierać weselne podarunki sąsiedzkie... Ty tu zaczekaj, ona zaraz wróci!...
Beniowski spojrzał z niepokojem na Nastazję, która znużona siedziała wśród tego zamętu milcząca, z wypiekami na twarzy, z opuszczonemi na dół rzęsami. Gruba Agafja coś jej szeptała z uśmiechem.
— Dobrześ wybrał!... Tak dobrze wybrałeś, że lepiej nie można... Jakby sam Duch Święty tobą kierował... Teraz już wszystko pójdzie dobrze... Słowa nikt nie piśnie... Szczególniej jeżeli nam zostawisz paru ludzi i trochę muszkietów...
— A któż ona jest ta dziewczyna?
— Kto ona jest?... Tiuto-Volangta!... Światło Miesiąca!... Matka jej bardzo zacna niewiasta, niezmiernie przywiązana do naszej religji... Pobożna niewiasta!... Święta niewiasta!... Miłosierna niewiasta... Posłuszna niewiasta... Żarliwa i bardzo... zamożna!
— A któż jej mąż?... Nic mi nie mówisz o ojcu dziewczyny, nawet nie przedstawiliście mi go!...
— Oho!... W tem właśnie rzecz, że ojcem dziewczyny jest... sam ojciec Ignacy!... Sam ojciec Ignacy, rozumiesz!... Teraz nikt słowa nie piśnie!... Ho, ho!... Wybornie wybrałeś... To był palec Boży, bo ja ci przecież nie... wskazywałem! — wołał rozradowany i trochę podchmielony Tonkińczyk.
Ciągnął Beniowskiego, aby szli do pokojów, znowu spróbować tęgiego likworu ryżowego z sokiem z trzciny cukrowej.
Ale Beniowski zręcznie podsunął mu zamiast siebie Baturina, a sam poszedł do Panowa, który właśnie przyprowadził zmianę ludzi i zdawał się go z niepokojem szukać.
— Co się stało?
— Japończycy!
— Dużo?
— Dwa trójmasztowce. Mówili Boskarowowi, że są kupcami, których zmusił tutaj zawinąć... brak wody. Ale nasi ludzie widzieli na pokładzie ukrytych łuczników i na bocieńcach są maszyny do rzucania pocisków.
— Milcz... Ani słowa nikomu!... Zabierz pocichu część ludzi i wracaj do obozu!...
Zabawa była w pełnym toku; rychło jednak coś ją nadpsuło; wśród krajowców powstały jakieś nauboczach szepty, wielu znikło; jeno młodzież śpiewała, śmiała się i tańczyła dalej. Lada chwila oczekiwano powrotu panny młodej i szykowano się na jej przyjęcie. Wtem podszedł do Beniowskiego dobrze już pijany Mikołaj i rzekł, robiąc straszne oczy:
— Japończyki!...
— Wiem. Jak uważasz, przyjacielu, czy powinienem wyprzedzić moją narzeczoną, aby przygotować dla niej w obozie komnatę?
— O tak, idź, idź! Pokaż im armaty... Ale ja już się ich wcale nie boję!... Przyjdę też... Nie, nie... Nie dziś... Jutro... przyjdę... Dziś tylko... dziewczyny... Pokaż tym... poganom armaty... pokaż... — bąkał niewyraźnie Tonkińczyk.
Beniowski szepnął Kużniecowowi i Baturinowi, żeby mieli się na baczności i ludzi, co są jeszcze trzeźwi, zwolna wysyłali do obozu, a sam wraz z kobietami i niesioną w lektyce Nastazją wyruszył tam natychmiast.
Po przybyciu udał się niezwłocznie na główny statek Japończyków i, grzecznie przyjęty przez dowódcę, długo z nim rozmawiał, opowiadając o pobycie swym w Usirpathar, wskazując na swą przyjaźń dla Japończyków, na swoją cześć dla ich męstwa, rycerskości i wysokiej cywilizacji. Napomknął o posiadanym przez się przywileju i banderze z hieroglificznym napisem. Japończyk mocno się kłaniał, wciągając powietrze, wreszcie zapytał Beniowskiego, co tu robi.
— Zagnany burzą korzystałem z niezmiernej łagodności oraz gościnności mieszkańców, a uproszony przez nich, obiecałem zawrzeć z nimi traktat handlowy. Będę więc i tutaj dowoził towary, dążąc do twojej ojczyzny...
— Soda!... — zgodził się Japończyk.
W tym czasie śpiewy i dźwięki zbliżającej się muzyki dały znać Beniowskiemu, że pochód weselny się zbliża; pośpiesznie więc wrócił na ląd, aby spotkać przed obozem „Światło Miesiąca“.
Była doprawdy śliczna w swej cienkiej, białej szacie z kwiatami na głowie. Ruchliwe nozdrza jej prostego, zgrabnego noska drgały od wzruszenia, a w czarnych sarnich oczach błyskała zmysłowa żądza zmieszana z niepokojem.
Beniowski ujął ją za rękę i wśród pląsów towarzyszek, wesołych okrzyków oraz brzęczenia gitar powiódł do namiotu Nastazji. Tam wszystko już było przygotowane do przyjęcia gości, na stołach stały tace ze słodyczami i pieczywem, butelki z japońskiemi trunkami, a wszędzie dużo było kwiatów i pachnącej zieleni. Na matach leżały poduszki przyszykowane dla gości.
Niedługo jednak bawiły w namiocie młode dziewczęta. Choć niezmiernie zaciekawione wszystkiem, co się wokoło działo, oraz niewidzianemi nigdy sprzętami, rychło wyszły, pozostawiając oblubienicę samą z Beniowskim i Nastazją. Blado i migotliwie paliły się świece w srebrnych lichtarzach.
Światło Miesiąca zawstydzona jakaś i nieswoja siedziała przez chwilę na poduszce pośrodku namiotu z opuszczoną głową i skrzyżowanemi na piersiach rękoma. Gdy wszakże dłuższy czas nikt się do niej nie zbliżał i nie przemówił, podniosła powieki i utkwiła dziwne spojrzenie w bladą twarz Nastazji. Ta uśmiechnęła się do niej w odpowiedzi, przesiadła z krzesła do niej na matę i, objąwszy w pół, przygarnęła macierzyńsko ku sobie.
— Co za szkoda, że nie możemy ze sobą mówić? Daj gitarę, choć zagram ci trochę!...
Beniowski wysunął się na chwilę z namiotu, aby zobaczyć, co się dzieje w obozie.
Zapadł już mrok i czerwone plamy ognisk żarzyły się tu i owdzie na piaskach, wyświetlając w ciemnościach figury stojących tam marynarzy oraz zarysy chat, namiotów, beczek i pak towarów, leżących wpobliżu. Dalej panowała noc, do której wschodzący z za lasu księżyc wlewał swój mleczny blask. Cicho, monotonnie, jak powtarzana zwrotka kołysanki szumiało napływające na brzegi morze. Czarne wielkie cienie trzech statków rysowały się groźnie na modrawej łyskotłiwości zatoki, pocętkowanej odbiciami złotych gwiazd.
Gdy Beniowski wrócił do namiotu, Światło Miesiąca spała, oparłszy ukwieconą głowę na kolanach Nastazji, a ta grała na gitarze i cicho nuciła:

To śniegi w polu bieleją,
To bieleją ciała dziewicze,
To nie lilije tam rozkwitają,
To się kąpią córy książęce...

Beniowski usiadł ostrożnie na ziemi po drugiej jej stronie i, podparłszy głowę położoną na zydlu ręką, słuchał w zamyśleniu.
Wreszcie Nastazja umilkła, westchnęła, odsunęła gitarę i zwróciła oczy ku niemu:
— No i cóż tam Japończycy?
— A no może i lepiej, że się zjawili! Jutro wyruszamy. Sama załoga do wyjazdu przynagla. Nie mają ochoty bić się!... — jął jej cicho opowiadać.
Tak przegawędzili o tem, co ich czeka, o tem, co ich boli, co dzieli, co łączy, całą noc, aż do świtu, kiedy przyszły służebnice Światła Miesiąca, aby ją przebrać w nowe suknie, jeszcze piękniejsze, droższe, ale już ciemne, i zrzadka tylko przetykane srebrem i złotem.



XLV.

O dziesiątej przybył Mikołaj Tonkińczyk z celniejszymi wyspiarzami dla omówienia artykułów umowy handlowej. Jednocześnie Beniowski kazał robić przygotowania do spuszczenia okrętu na morze i ładowania go.
Gdy ludzie krzątali się koło tego, zjawiła się delegacja z pięciu marynarzy, prosząc, aby pozwolono im zostać na wyspie.
— Dlaczego to chcecie zostać?... Czy nie lepiej wrócić tu z nami, spieniężywszy futra w Chinach i zakupiwszy potrzebne rzeczy w europejskich faktorjach?...
— I tak będzie nam dobrze!... Mamy już dość tego!... — odrzekł ogromny i powolny Łaptiew.
— Czegóż to dość macie?...
— A... włóczęgi! Człowiek nie kaczka, żeby wiecznie pływał po wodzie.
— Tak, tak!... Mamy dość włóczęgi!... — powtórzyli inni.
Tłum majtków, który zbiegł się z obozu, aby posłuchać, co powiedzą ich towarzyszom, mruknął przytakująco:
— Juściż dość!...
— Tak!... Niechże będzie... Zostawię was... Ale pamiętajcie, że każdy, co zostaje, zrzeka się raz na zawsze swej części futer, pieniędzy i towarów, jakieby mu się dostały w końcu wyprawy przy podziale, że otrzyma jedynie trochę pożywienia i odzieży niezbędnych na początek i nic poza tem... Że następnie zostaniecie na łasce i niełasce tubylców, gdyż nie uzyskaliśmy jeszcze opieki żadnego potężnego mocarstwa... Może więc was każdy traktować, jak zwykłych włóczęgów i awanturników...!
Tu Beniowski spojrzał znacząco na japońskie dżonki, gdzie załoga gęsto wyległa na oba piętra pomostów, oblepiła reje i liny, gapiąc się na to, co działo się na lądzie. Stropiło to trochę zwolenników pozostania, ale Łaptiew i jego czterej towarzysze nie dali się przekonać.
— Dobrze! Zwołam generalne zgromadzenie, niech wam odpowie, gdyż tak ważnego postanowienia samodzielnie zdeklarować nie mogę!... Tymczasem wracajcie do roboty i gotujcie wszystko tak, jakbyście zaraz mieli wyruszyć...
Odwołał na stronę Winblatha i polecił mu przedewszystkiem zdjąć z reduty i przewieźć na okręt armaty. Nie podobało się to niektórym, i Stienapow nawet głośno począł przeciwko temu protestować, oraz innych podburzać, ale Panow rzucił się na niego z dobytą szpadą.
— Wobec wroga bunty będziesz urządzać!... Zabiję cię natychmiast bez sądu, jak psa!... — wołał wściekły.
Ledwie że ich rozdzielono. Postanowienie Beniowskiego o rozdziale okrętowego mienia podtrzymywali zgodnie sekciarze Chołodiłowa, którzy twierdzili, że lepiej założyć nową kolonję w pustem miejscu, choćby wrócić na Wyspę Wody, niż żyć tu razem z poganami, co udają chrześcijan, a mają po trzy żony. Wzięli się więc zaraz do ładowania okrętu, a do nich przyłączyli się i inni.
Po południu wyspiarze przypędzili dziesięć wołów, czterdzieści świń, przynieśli moc niezmierną ryżu, prosa oraz innej żywności.
Przybyła również Tiuto-Volangta, która była już do swej wioski wróciła.
Zaczęły się znowu tłumaczenia, prośby, narady, perswazje, że Beniowski zabrać jej nie może. Krajowcy traktowali całą sprawę z wielką nieufnością:
— Dlaczego nie chcesz jej wziąć?... Dlaczego hańbisz dziewczynę i nas wszystkich?... Czy nie ładna?... Czy nie młoda?... Sam ją wybrałeś!... Może chcesz na nas napaść z Japończykami i dlatego uciekasz od związku krwi!?
Daremnie im przekładał naprzemian Beniowski z Mikołajem różne dowody. I nawet gdy obdarowana matka Światła Miesiąca odeszła, uprowadzając córkę, jeszcze staruszkowie mruczeli i skarżyli się, dopóki każdy nie dostał jakiego prezentu. Mikołaj bardzo prosił o sprzedanie mu futer. Chociaż zapas cennych skór, jedzonych przez pleśń, malał z dniem każdym, nie odmówił mu Beniowski i podarował bardzo pięknych sztuk kilkanaście. Rozumiał, że przychylność Tonkińczyka przyda mu się jeszcze nieraz w przyszłości. Skłonił go następnie, żeby zabrał swoich krajowców z obozu, gdyż przeszkadzają marynarzom pracować.
— Przyjdźcie wieczorem! Przygotujemy wam pożegnalne przyjęcie, a jednocześnie podpiszemy umowę, którą każę na ten cel sporządzić!... — dowodził mu Beniowski przyjaźnie.
— Dobrze, przyjdziemy!... Ale ty do tej pory nie odjedziesz!?... co?
— Sam widzisz, że okręt jeszcze nie naładowany, i wiesz, że tego się tak prędko nie robi... Zresztą pocóżbym miał od was tajemniczo uciekać?... Przecież nie było mi tu źle i jesteśmy przyjaciółmi...
— Ale widzisz... u was też jest na pokładzie Japończyk!...
— Jest. On jedzie do Europy... Dlatego między innemi muszę śpieszyć, aby dopełnić i tego zobowiązania... Idź, zabieraj swoich starców czcigodnych i wracaj wieczorem!...
Zaledwie odeszli, zwołał Beniowski powszechne zgromadzenie i przedstawił tysiące powodów, dlaczego uważa wyjazd do Chin i faktoryj europejskich za konieczny. Stare powtarzał dowody, ale między innemi wykazał, jak na dłoni, że całe bogactwo futer, sięgające paruset tysięcy piastrów, tu na wyspie przepadnie.
— Kto je tu kupi i co nam za nie dać mogą?... Parę worów ryżu!... W Chinach dostaniemy srebro, które wszędzie ma walor... Wielu z was będzie mogło nakupić za pieniądze rozmaitych towarów, których wymiana tutaj, albo w Japonji, ogromne da wam zyski, uczyni bogatymi ludźmi... Trzeba starać się wyzyskać wszystko, cośmy poznali i odkryli w tych podróżach... Czy zapomnieliście o możliwości istnienia złotych pokładów i cennych kamieni na Wyspie Wody?... Wszak tamta wyspa wcale nie gorsza jest od wysp tutejszych, a, mając tak znaczne w swem rozporządzeniu skarby, wy nietylko kolorowe, lecz i białe kobiety możecie pojąć sobie za żony i przywieźć na ową wyspę rajską, gdzie istotnie warunki na osadę nie są wcale gorsze, niż tutaj... Zresztą przypuszczam, że wasz przykład i opowiadanie przyciągnie innych osadników, z czego i wy, jako ich nauczyciele, przewodnicy oraz pierwotni ziem odkrywcy, będziecie ciągnąć niemałe zaszczyty i korzyści.
Przemowa ta zachwiała w wielu chęć zostania na wyspach szczęśliwych i nawet znowu zapaliła w niektórych pragnienie podróży i dalszych przygód. Po długich i burzliwych dyskusjach uchwalono, że nikogo przymuszać do dalszej podróży nie można, że wszystkim wolno zostać, którzy mają chęć do tego z warunkiem, że zrzekną się swej części futer, sreber, klejnotów, towarów, jakie na statku są, oraz kwitują z przyszłych z ich sprzedaży zysków na korzyść tych, którzy dalej zamierzają wyruszyć. Na tych warunkach ośmiu oświadczyło, że pozostają.
Wkońcu Stiepanow też oświadczył, że pragnie osiąść w Usmay. Okrzyknęli go tamci zdrajcą, oświadczając, iż ponieważ umyślili zostać na wyspie, aby resztę żywota swego w pokoju spędzić, nie chcą podobnego kłótnika i podżegacza mieć w swojem gronie.
Wydzielił więc zaraz Chruszczów część zapasów i sprzętów, które bez uszczerbku powszechnego można było zostającym odstąpić; następnie odłożył osiemdziesiąt muszkietów, dwadzieścia barył prochu, dziesięć worków kul, sześćset szabel japońskich, sześćset włóczni i tysiąc dwieście narzędzi żelaznych rozmaitego gatunku na ostateczne podarunki dla powszechności wyspiarzy; resztę zaś kazał zaraz na okręt zwozić i ładować.
Wieczorem zaczęły płynąć ku obozowi setki łodzi krajowych. Każdy z tubylców coś przynosił: ten sztukę płótna, ten parasol, ów rzeźbę z kości słoniowej, tamten kawał jedwabiu, inni wreszcie naczynia z chińskiej porcelany, pudełka lakowe, wyroby złote. Nagromadziło się tego sporo.
Jednocześnie każdy krajowiec przyniósł zapas wódki ryżowej, owoców, gotowanej strawy i zaczęła się uczta, przeplatana oracjami i świadczeniami sobie wzajemnej przyjaźni, obietnicami pamięci i rychłego powrotu.
Okrzyki „tho!...“, „Hisos Chrystos!...“ przeplatały się z okrzykami „urra!...“, „niech żyje!...“
Płonęły ognie, ruch i zbiegowisko w obozie trwały nieustannie. Dziewczęta co chwila uchodziły w ciemności z odjeżdżającymi za chwilę kochankami, aby się z nimi po raz ostatni pożegnać.
A wszystkiemu przyglądała się zdala wyległa znowu na swoje dwupiętrowe pomosty, bocieńce i reje załoga japońskich statków.
Triumfująco poglądał w ich stronę i nawet pięścią wygrażał Mikołaj, który po otrzymaniu prochu i broni stał się niezmiernie wojowniczy. Ale Beniowski namówił go, żeby właśnie teraz udał się z wizytą do japońskiego dowódcy.
— Co ci to szkodzi!? Zobaczysz, że cię dobrze przyjmie.
Zabrał więc Tonkińczyk małą świtę z sobą i popłynął na największą z dżonek japońskich.
Wrócił uszczęśliwiony; Japończycy nietylko przyjęli go niezmiernie uprzejmie, ale obdarowali perłami, herbatą i porcelaną.
— Ho, ho!... Teraz ja wiem, jak z nimi gadać!... Teraz oni poskaczą!... Tak trzeba zawsze robić z poganami!... których Bóg przeklął i oddał wyrokiem swym w moc wiernych. Oni są gorsi od Rzymian i Żydów!... Niedawno sto tysięcy chrześcijan u siebie na Satsumie utopili!!... Oho!... Wiem!... Przeklęci!...
Nikt nie spał noc całą.
O świcie Mikołaj odprawił uroczyste nabożeństwo, poczem została odczytana po łacinie umowa, którą Beniowski przełożył dla swoich ludzi po rosyjsku, a Mikołaj dla swoich po ljukejsku. Brzmiała ona tak:
„Traktat zawarty między naczelnikami i mieszkańcami wyspy Lequejo z jednej, i hrabią Maurycym Augustem Beniowskim, imieniem ekwipażu pod jego będącego rządem, z drugiej strony, podpisany dnia 19 sierpnia roku 1771 na wyspie Usmay-Ligon, jednej z wysp Luquejo.
„W obliczu Boga, który niebo i ziemię stworzył, my, naczelnicy i obywatele wyspy Usmay-Ligon i innych wysp Lequejo z jednej, a ja, Maurycy hrabia Beniowski, z drugiej strony ułożyliśmy:
„1) Że ja, Maurycy August Beniowski, obowiązuję się i przyrzekam na wiarę chrześcijańską, iż natychmiast, skoro tylko będzie w mej mocy, powrócę do tej wyspy w towarzystwie ludzi sprawiedliwych, poczciwych, skromnych, cnotliwych, z którymi, osiadłszy na niej, zachowam się podle zwyczajów, obyczajów i praw onych mieszkańców.
„2) My zaś, naczelnicy i obywatele, wziąwszy na świadectwo tego Boga, co niebo i ziemię stworzył, zaręczamy, iż w każdym czasie uprzejmie i życzliwem sercem przyjmiemy naszego przyjaciela Maurycego, podobnież jak i tych wszystkich, którzy w towarzystwie jego przybędą; niemniej przerzekamy, że podzielimy się z nimi naszymi gruntami, a pracą rąk naszych dopomagać im póty nie przestaniemy, póki ich osady naszym nie wyrównają. Co się zaś tyczy owych Europejczyków, którzy między nami zostają, oświadczamy, iż uważani od nas będą jako dzieci własnych naszych familij, i obchód nasz z nimi będzie jako z braćmi.

Maurycy
imieniem kompanji europejskiej.
Mikołaj
imieniem naczelników i mieszkańców
Usmay i wyspy Lequejo.“

Po podpisaniu tej umowy, nowych okrzykach i uściskach, kazał Beniowski resztę rzeczy na statek zabierać, załogę tam ściągać i niezwłocznie kotwice podnosić.
Rzucili się wyspiarze do łodzi i otoczyli okręt gęstym wiankiem. Na pokład ich wszakże już nie puszczano.
Po chwili rozpięto żagle, i „Piotr i Paweł“, błyskając figurami świętych, błogosławiących wodom z pod fokmasztu, ruszył z przystani. Długo machali czapkami, chustami, rękami odjeżdżającym dobrzy wyspiarze i wyspiarki oraz pozostający towarzysze na brzegu. Mijając pełne ludzi, ale milczące i spokojne statki Japończyków, kazał im Beniowski salutować banderą, na co te grzecznie odpowiedziały opuszczeniem sztandarów.
Zaczem „Piotr i Paweł“ wyszedł w otwarte morze, a wyspa zielona blednąc za nim zaczęła i niknąć w lazurze nieba, jak marzenie błękitne.



XLVI.

Z wiatrem pomyślnym i po morzu spokojnem prowadził Beniowski dalej na południom zachód swój statek.
Zaraz na początku podróży spotkał płynące z północy dwa okręty holenderskie, a zaczepiony przez nie odpowiedział salwami z armat i strzałami z muszkietów. Poczem, wywiesiwszy banderę Rzeczypospolitej Polskiej, kontynuował dalej swoją drogę. Holendrzy poszli zrazu za nim w pogoń, pewni swojej orężnej oraz żeglarskiej przewagi, lecz, widząc stanowcze przygotowania i determinację tego czupurnego okrętu nieznanego im znaku, zaniechali swego zamiaru.
Wpobliżu Formozy morze burzyło się, a nawet zerwała się nawałnica, że trzeba było zwinąć wszystkie żagle prócz dwu przednich klinów. Dopiero gdy spadł deszcz, wiatr zwolniał i można było zarzucić kotwicę w obliczu jakowejś ziemi, czerniejącej w nocnym mroku. O świcie okazało się, że okręt stoi naprzeciw potężnej skały, z poza której w promieniach zorzy wynurzały się z mgieł wyniosłe, do gór podobne, brzegi Formozy.
Skierowano się ku nim i przed wieczorem zawinięto szczęśliwie do zatoki, ale na ląd wyruszono dopiero nazajutrz rano, po przygotowaniu w czasie nocy broni i amunicji, oraz zładowaniu ich na szalupy.
Na zwiady udał się Kuzniecow z Winblathem na czele szesnastu ludzi w pełnem uzbrojeniu i doświadczonej odwagi. Zostawiwszy Winblatha z sześciu ludźmi dla straży łodzi, Kuzniecow z dziesięciu towarzyszami pośpieszył w kierunku dymu, który opodal dostrzegł. Znalazł tam dwu krajowców i jedną niewiastę, którym gestami dał do zrozumienia, że potrzebuje posiłku. Zniknął natychmiast jeden z wyspiarzy i w godzinę wrócił z trzema innymi, uzbrojonymi w dzidy i łuki. Ci wskazali Kuzniecowowi, żeby się za nimi udał, i zawiedli go do pobliskiej wioski.
Skoro Kuzniecow przez ostrożność odmówił wejścia do chałup, przynieśli mieszkańcy na podworze misę gotowanego ryżu, pieczone prosię i sporą ilość cytryn wraz z pomarańczami. Wydali się ci ludzie spokojnego ducha, a że liczba ich była mała, pożywał oddział Kuzniecowa bez lęku posiłek, gdy wtem ukazały się kupy zbrójne, biegnące z końca wioski; Kuzniecow poznał zasadzkę i kazał ludziom swym porzucić jedzenie, aby cofnąć się w obronnej postawie ku brzegowi.
Odchodząc, zapłacił kilku nożami za strawę, aby uniknąć wszelkiego powodu do zaczepki. Zaledwie jednak przybył na miejsce wylądowania, jak z mnogich miejsc naraz rozległy się przeraźliwe wrzaski i tysiące strzał poleciało na nich. Trzech ludzi natychmiast padło zranionych. Rozjuszony tym widokiem Kuzniecow kazał niezwłocznie w najbliższą kupę dać ognia. Salwa wstrzymała i pomieszała przeciwników, z czego korzystając, Kuzniecow rejterował dalej, wziąwszy na nosze jednego z rannych, który dla postrzału w nogę iść nie mógł. Ale wyspiarze, oprzytomniawszy, gotowi byli po raz wtóry na nich uderzyć, gdy wtem huk strzału, danego z armaty na okręcie, przeraził ich i od napaści wstrzymał. Skoro jednak rejterujący stanęli na brzegu, druga obskoczyła ich zgraja, lecz tu Winblath pośpieszył swoim z pomocą; złączone oddziały wpadły na krajowców i, ubiwszy znaczną ich liczbę, pięciu z nich wzięli do niewoli a resztę rozpędzili.
Poczem Kuzniecow z Winblathem wrócili zaraz na statek, wioząc swych rannych, jeńców oraz moc wielką porzuconych przez nieprzyjaciela dzid, łuków i strzał.
Beniowski chciał zaraz niegościnne opuścić wybrzeże.
— Jaki zysk możemy mieć z walki z tymi dzikusami, a tem więcej zaszczyt?... — dowodził.
— A zemsta!... Cóż to tak każdy nam bezkarnie po nosie grać będzie?... Czyż prosząc o sprzedaż pożywienia, popełniliśmy jakąś zbrodnię?... — wybuchnęli przeciw temu Stiepanow, Kuzniecow, Panow, Sybajew.
Wszczęła się słowna szermierka między zwolennikami spokojnego odwrotu i napaści, która do tego stopnia rozogniła nawet prostych marynarzy, iż odmówili podniesienia kotwic i czynienia obrotów żaglami. Tylko nieliczna garstka oficerów i lękliwszych majtków popierała Beniowskiego, reszta rwała się do mściwego boju. Nawet Panow był po ich stronie, nawet Urbański.
— Trzeba dać nicponiom naukę, a to wody niedługo na obcy brzeg nie będziemy śmieli pójść czerpać!... — wołali.
Ustąpił wreszcie Beniowski powszechnym naleganiom i, wybrawszy dwudziestu ośmiu najbitniejszych, wysłał ich na brzeg pod wodzą umiarkowanego Chruszczowa oraz rozważnego Baturina.
Skoro tylko wysiedli na ziemię, zaszło im drogę kilkudziesięciu bezbronnych wyspiarzy z zielonemi gałązkami w ręku. Uprzejmie przyjął ich Baturin, tem bardziej, iż, upadłszy na kolana, rozmaitemi znakami dawali poznać, iż żałują swego postępku i o przebaczenie proszą. Zwiedzeni temi pozorami niektórzy wrócili nawet na brzeg morza i wołać poczęli pozostałym na okręcie, iż śmiało lądować mogą, gdyż rzeczy jak najpomyślniejszy wzięły obrót. Nie kwapił się jednak Beniowski z tej rady skorzystać, nie ufając tak nagłej w ciemnych umysłach krajowców przemianie. Tymczasem ludzie Chruszczowa i Baturina ostatecznie pokornem zachowaniem się dzikich omamieni, jęli prosić, aby im pozwolono natychmiast iść do wiosek w głąb kraju, licząc zapewne na takie przyjęcie, jak na Usmay-Ligonie. A gdy roztropni zwierzchnicy pozwolenia im swego nie dali, wbrew rozkazom pobiegli w liczbie dwudziestu, ufni w swe uzbrojenie i determinację.
Dano natychmiast znać Beniowskiemu na statek o tem nieposłuszeństwie i on, rozpalony gniewem i pełny lęku o następstwa tak wielkiej lekkomyślności, natychmiast udał się na ląd z piętnastoma wiernymi ludźmi i ku wiosce pośpieszył.
Ledwie uszedł paręset kroków, gdy huk strzałów i przeraźliwe wrzaski rozdarły powietrze, a szczęk broni i hałas walki wzmagał się, szerzył, zbliżał, aż dostrzegł Beniowski marynarzy swoich uciekających bezładnie, a ściganych zapalczywie przez gromady wściekłych murzynów. Nie oparli się aż pod osłoną Beniowskiego; siedmiu ledwie było zdrowych i z orężem w ręku, reszta rozbrojona, ranami okryta, ledwie się wlokła.
Beniowski kazał rannym i bezbronnym wracać zaraz na okręt, a swoich ludzi skierował na wyspiarzy, z których wielu trzymało w ręku zdobyte muszkiety. Szczęśeiem nie umieli ich używać, machali jeno niemi, jak maczugami, idąc na przedzie. Oni też w pierwszym rzędzie od salwy Beniowskiego polegli, inni rzucili się w popłochu do ucieczki, a gdy w pomoc przybył oddział Kuzniecowa, wzmocniony znowu do dwudziestu łudzi, krajowcy w dzikiem przerażeniu porzucili zdobywaną wioskę, która, natychmiast objęta płomieniem, została obrócona w perzynę.
Moc murzynów poległa, a rannych było pewnie stokroć więcej, lecz salwowali się ucieczką.
Kazał więc Beniowski dać znak do odwrotu, uważając wyprawę za skończoną. Po drodze spalono w ujściu rzeki siedem łodzi i dużą barkę, aby przeszkodzić wszelkiemu pościgowi.
Na statku Beniowski przeprowadził surową indagację i rokoszan, winnych śmierci i ran tylu towarzyszy, kazał zakuć w kajdany.
Następnie kazał podnieść kotwicę, aby płynąć ku szczęśliwszym brzegom. Wystraszona załoga wróciła do bezwzględnego posłuszeństwa i z wielkim wysiłkiem holowała statek na łodziach wiosłami dla braku wiatru. Nawet gdy niezmiernie silny prąd porwał ich i poniósł daleko od strądu, nie sarkali, lecz dalej czynili trudne manewra.
Tak zeszła noc w ciągiem niebezpieczeństwie rozbicia się o podwodne skały, ciągłych pomiarach głębokości i staraniach, aby nie dać się ani unieść zbyt daleko na pełne morze silnemu odpływowi, ani pozwolić szalejącym tu i owdzie wirom rzucić na mielizny i osuchy. Nad ranem dostrzeżono w stromych brzegach małą zatokę i postanowiono do niej zawinąć, lecz lić wody znowu nie dopuściła do tego i trzeba było zarzucić kotwicę pod stromą skałą. Dopiero o ósmej powstał lekki wiatr, i Beniowski dał rozkaz, aby ruszyć pod żagle, gdy wtem spostrzeżono dwie łodzie miejscowe, szybko ku statkowi dążące. Zatrzymano się więc, aby pozwolić owym krypom należycie zbliżyć się, skąd rychło dały się słyszeć wołania:
— Signor Houvritto, vai, va1!...
Miało to znaczyć, żeby ich śladem płynęli.
Przedsięwziąwszy wskazane środki ostrożności i rozkazawszy przodem płynąć swoim łodziom dla mierzenia głębokości oraz holowania statku, Beniowski skorzystał z zaproszenia krajowców i niebawem zawinął do wybornego portu, gdzie okręt tak blisko stanął od strądu, że można nań było z burty skoczyć.
Gorący zaduch panował w tej zacisznej zatoce do tego stopnia, że ludzie, zrzuciwszy z siebie wszystkie zbędne szaty, dusili się od upału. Wdali wabił zielony las i strumień pięknie wijący się wśród cienistych zarośli, lecz nikt nie śmiał bez zwiadów na ziemię zstępować. Nie zdążyła jednak załoga wszystkich żagli poskładać i wymyć pokładu, jak rój wyspiarzy obojej płci otoczył statek i przyległe wybrzeże.
Zrażony pozorami zdradzieckiej niedawno przyjaźni, kazał Beniowski dwunastu zbrojnym żeglarzom nieustannie wartować, podczas gdy inni czynili wymianę drobiazgów — igieł, szpilek, gwoździ na ryż, drób, owoce, przyniesione przez krajowców. W parę godzin później przybyła jeszcze nowa gromada tubylców, którym przywodził człowiek w dziwacznym stroju napoły europejskim, napoły tutejszym, w kapeluszu z galonem i z wielkim rapirem u boku.
Kuzniecow, pełniący na brzegu straż, nie mógł wyrozumieć jego języka i posłał go do Beniowskiego na okręt. Nieznajomy okazał się Hiszpanem z Manili, zwał się Don Hieronimo Pacheco i był niegdyś wice-intendentem portu Cavity, lecz, popełniwszy w uniesieniu zazdrości morderstwo, musiał stamtąd uciekać; przybył na Formozę wraz z sześcioma niewolnikami, życzliwie przyjęty przez ludność osiadł tutaj i uzyskał już w pewnych okręgach przyjaźń i zaufanie mieszkańców.
Don Hieronimo mocno zapraszał Beniowskiego, by wyspę zwiedził i u niego na czas pobytu na niej zamieszkał; że ludności tutejszej może zaufać, gdyż jest najpoczciwszą na świecie. Beniowski nie wywnętrzał się przed nieznajomym, co o krajowcach myślał, nawet mu nie mówił o krwawem z nimi starciu, lecz sam Hiszpan powiedział mu, iż doszła ich już wiadomość o zwycięskich jego walkach na sąsiednich wybrzeżach i że ona to właśnie tak życzliwie usposabia ku nim ludność tutejszą, pozostającą w wiecznej wojnie z owemi dzikiemi i zuchwałemi plemionami.
Aby sobie Hiszpana zaskarbić, ofiarował mu jednak Beniowski kilka koszul, porządne ubranie i piękną szablę; zaco ten wzamian obiecał im służyć wskazówkami i znajomością języka w czasie całego na wyspie pobytu. Na dowód swego wpływu oraz zaufania do Beniowskiego, skinął na krajowców, a ci natychmiast opuścili wybrzeże i don Hieronimo został sam na okręcie, gdzie spędził na rozmowach z Beniowskim noc całą.
Spytany przez niego, gdzieby można znaleźć dobrą do użycia wodę, powiedział, iż nie radzi brać tej z rzeczki, która, płynąc przez bagniste zarośla, niesie rozmaite trujące febryczne miazmaty, że po dobrą wodę zdrojową mieszkańcy udają się pod skałę dość odległą.
Tu wskazał na wysoką opokę, ciemniejącą na brzegu woddali.
— Lecz nie nasza to już jest prowincja!... — dodał. — W największej z tamtymi ludźmi żyjemy nieprzyjaźni. Jeśli więc chcesz stamtąd czerpać wodę, musisz, jak my, posyłać w obronie czerpaczy oddział zbrojnych ludzi!...
Stosownie do tej rady odkomenderował Beniowski po wodę Panowa z dwunastu towarzyszami, nakazawszy im surowo rozwagę i pilne posłuszeństwo dowódcy, poczem wrócił do ciekawych rozmów z Hiszpanem o Formozie i jej mieszkańcach.
Dowiedział się Beniowski od niego, że część zachodnia wyspy należała do Chińczyków, że z siedmiu jej prowincyj sześć jednak jest niepodległych, że trzecia część mieszkańców jest dzika i są to właśnie ci, z którymi załoga „Ś-go Piotra i Pawła“ się starła.
Pochlebnemi barwami malował Hiszpan bogactwa wyspy, żyzność jej gruntów, wydajność roślinności, zdrowotność klimatu; upewniał, że z małemi siłami łatwoby można całą wyspę podbić i oswobodzić ją z pod panowania chińskiego.
Beniowski pilnie słuchał, ale zamiast odpowiedzi spytał Hiszpana, czyby z nim do Europy nie chciał powrócić.
Zbladł na to nieznajomy i oświadczył, że, mając tu piękną żonę, dzieci oraz powszechne poważanie, niczego więcej do szczęścia nie potrzebuje.
— Chybabym własnym był nieprzyjacielem, gdybym opuszczał tyle korzyści i dni moich spokojność!... I dlaczegóż?... Bym raz jeszcze widział „zbrodniów“ oświeconych i wypolerowanych niewolników!... — dodał wreszcie z pogardą.
Na tem się rozmowa ich w tym przedmiocie urwała, gdyż Beniowski ani nie nastawał na swoją propozycję, ani żadnych więcej w tym względzie nie uczynił zwierzeń.
Don Hieronimo zanocował na statku. Choć podejmowany z wielką uprzejmością przez Beniowskiego, czuł się do pewnego stopnia jego zakładnikiem. Bardzo więc zaniepokoił się, gdy dowiedział się nazajutrz rano, że wysłany po wodę oddział jeszcze nie wrócił.
— Lękam się, czy nie spotkała ich jaka przygoda, gdyż miejsce nie jest stąd tak nazbyt oddalone. Czy nie uważa pan, że należałoby posłać szalupę dla powzięcia o nich wiadomości?... — zapytał grzecznie Beniowskiego.
Ten obrzucił go bystrem spojrzeniem.
— Dlaczegoś pan wczoraj tego nie powiedział? — spytał trochę gniewnie.
— Nie przypuszczałem, aby tylu zbrojnym w muszkiety i tak doświadczonym żeglarzom mogło coś grozić!...
Zaraz zarządził Beniowski, aby Kuzniecow z ośmioma ludźmi ku owemu strumieniowi się udał.
— A pan, myślę, zostaniesz z nami, dopóki ta sprawa się nie wyjaśni!... — zwrócił się do Hiszpana.
Ten z kwaśną miną zgodził się i jął szeroko opowiadać w jak dawnej i wielkiej niezgodzie żyją sprzymierzeńcy jego z rozbójniczymi swymi sąsiadami i jak okrutne cierpią od nich krzywdy.
Gdy tak opowiadał, dano znać z bocieńca, że wraca szalupa Kuzniecowa, holując za sobą jakąś drugą łódkę. Wszyscy niezmiernie zaniepokojeni wylegli na pokład, wziąwszy między siebie przerażonego nadewszystko Hiszpana. Zamieszanie wzrosło, gdy za zbliżeniem się łodzi dostrzeżono na niej wielu ludzi rannych i krwią okrytych.
— Gdzie Panow?... — spytał Beniowski Kuzniecowa, skoro ten na pokład wstąpił.
— Stało się nieszczęście — Popow zabit a Panow z Łoginowem śmiertelnie ranni; takoż wielu innych zostało ustrzelonych i dzidami przebitych... Przywiozłem ich, są...
— Jakże się to stało?...
Wystąpiło paru lżej rannych, co o własnych siłach pierwsi na statek wdrapać się mogli, i opowiedzieli zgodnie, że Panow, nie znalazłszy śladu człowieka wpobliżu owego strumienia, w czasie gdy inni zajęci byli napełnianiem beczek wodą, umyślił wykąpać się z towarzyszami. Zaledwie wszakże złożyli broń i obnażyli się z sukien, gdy z czat wypadli krajowcy i pierwszemi zaraz wypuszczonemi strzałami śmiertelnie porazili Popowa, Panowa zaś i Łoginowa niebezpiecznie ranili, a wszystkich nieomal pokaleczyli rozmaicie. I byliby może rozjuszeni zwycięzcy pomordowali ich doszczętnie, gdyby nie Jędrzej z Wolińskim, przyczajeni w łodzi, wydaniem ognia z muszkietów do ucieczki ich nie zmusili. Coby się dalej stało niewiadomo, gdyby szalupa na pomoc im nie przybyła, gdyż wracać na okręt nie mogli dla wielkiej utraty krwi. Nie chcieli też odstępować Panowa i Łoginowa, dających niekiedy znaki życia.
W tym czasie wniesiono na pokład umierających. Położono ich na materacach pośrodku, i Beniowski pośpieszył ku nim, rozkazawszy mieć pilne oko na Hiszpana, by nie dać mu opuścić okrętu.
Cichym głosem opowiadał Panow przebieg przygody i wkońcu zwrócił się do Stiepanowa, prosząc go, aby swój gniew i zawziętość przeciw Beniowskiemu ukoił, owszem pomógł mu doprowadzić okręt do celu, do portów europejskich, gdzie czeka wszystkich wyzwolenie...
— Stamtąd dasz znać memu bratu o zgonie moim!... Powiesz, iż zginąłem jak żołnierz na stanowisku...
Wtem uczynił się ruch i rozstąpili się żeglarze, dając miejsce Beniowskiemu; Panow, widząc go, porwał się z posłania resztką sił, rękę do niego wyciągnął i zagadał półprzytomnie, rwącym się głosem:
— Żegnaj, przyjacielu!... Umieram!... I co gorzej sam sprawcą swego zgonu oraz śmierci innych jestem... Nieopatrznie... pozwoliłem... wbrew... twemu.... Lecz przebacz mi... przebaczcie!... Życzę wam, abyście... dokonali... A tobie, przyjacielu, życzę, abyś zawsze miał takie sługi wierne i przyjaciół, jakim ja dla ciebie byłem... Bo to wszystko... tam... głupstwo... Lubiłem cię... wniosłeś w życie moje mroczne jakąś światłość... Wierzę, że spełnisz swoje wielkie zamiary... i wtedy dopiero ludzie... na tobie poznają się... kochany. Słuchajcie go, bo jest z was najmędrszy i najlepszy... Daj Boże, aby ta ziemia, która zwłoki moje ma pokryć... stała się... aby... zroszona krwią...
Mówił coraz ciszej. Meder, który puls mu badał, kiwał głową, wreszcie zabronił mu mówić, oficer jednak coraz niewyraźniej szeptał:
— Słuchajcie go... gdybym ja go słuchał... Stiepanow ...przysięgnij... Tyle razy darował ci... Miłowałem cię za twą wspaniałomyśl... Bądźcie zawsze wspaniałomyślni... Nie porzucaj Stiepanowa... Zawsze to... nasza krew... Daruj...
Tu porwała go czkawka i wkrótce ducha wyzionął. Łoginow już przedtem był umarł.
Położono wszystkie trzy ciała oficerów obok siebie i przykryto wspólnym całunem, na który Beniowski kazał zarzucić banderę konfederacji.
Wśród powszechnego żalu rozpoczęto przygotowania do pogrzebu, w których wielce pomocny był Hiszpan. Wyrobił on u wyspiarzy pozwolenie na wykopanie mogił na brzegu, oraz wzniesienie na nich nagrobka. Nadto poruszył na tyle mieszkańców opisem zdradzieckiego napadu i możliwością gniewu na całą ludność ze strony Europejczyków, iż krajowcy wysłali do Beniowskiego delegację, żądając wyprawy karnej na zbrodniarzy. Obiecywali nietylko drogę ku nim wskazać, lecz i pomoc zbrojną okazać.
Propozycja ta bardzo podnieciła całą załogę statku. Jednomyślnie zapowiedzieli, iż póty nie spoczną i nie złożą broni, dopóki krwi niewinnej współziomków nie pomszczą.
Ponieważ Beniowski zwlekał z odpowiedzią, naradzał się nad tem z Chruszczowem i Kuzniecowem i znowu rozpytywał Hiszpana oraz wyspiarzy, wszczął się pod wodzą Stiepanowa tumult, podczas którego rozsiekano przedewszystkiem trzech jeńców krajowych, trzymanych w więzach, a następnie otoczono kajutę Beniowskiego z groźnemi okrzykami.
Wtem Hiszpan, przyglądający się z ciekawością rozruchom, wskazał zbuntowanym na płynącą od przylądka łódź, napełnioną rzekomo owymi zbrodniczymi wyspiarzami. Ledwie rzekł te słowa, rzuciła się załoga do szalup, rychło dognała nieszczęsną pierogę, trzynastu z jej osady zabiła wystrzałami, a resztę, zabrawszy do niewoli, powiesiła bez zwłoki na masztach „Piotra i Pawła“.
Bezsilny Beniowski patrzał na te wybryki, podając w wątpliwość, czy to są właściwi mordercy, gdyż z innej płynęli strony, lecz nie mógł powstrzymać rozhukanych już namiętności. Upojeni zwycięstwem majtkowie nie przestawali żądać, aby ich wiódł do siedlisk zabójców, których pragną zniszczyć docna, grożąc w przeciwnym razie, że udadzą się tam pod wodzą Stiepanowa.
Przychylił się wiec Beniowski do ich zapalczywych żądań, licząc, że kierownictwem swojem choć cokolwiek złagodzi ostrość wojennych wybryków oraz wprowadzi pewną rozwagę w postanowienia, gdyby stawały się niebezpieczne dla całości wyprawy.



XLVII.

W cichości robiono na okręcie przygotowania, a don Hieronimo posłał tajemnie do znajomych krajowców, prosząc o sukurs. Obiecali przybyć w liczbie dwustu ludzi. Aby ich można było w czasie bitwy odróżnić od plemion wrogich, mieli nakazane przewiązać lewe ramię białą przepaską.
Z nastaniem zmierzchu załoga przecholowała statek ostrożnie łodziami do ujścia tej rzeczki, gdzie dokonano napadu na oddział Panowa. Tam „Piotr i Paweł“ stanął na kotwicy, czekając w głębokiem milczeniu jutrzenki.
O świcie wysiadło na ląd czterdziestu sześciu marynarzy pod wodzą Chruszczowa, Baturina, Kuzniecowa, Winblatha i Stiepanowa. O czwartej nadciągnął don Hieronimo z posiłkami. Beniowski został na okręcie.
Około szóstej dały się słyszeć salwy muszkietowe w głębi lądu, a następnie na okręcie dostrzeżono zgraję krajowców, cofających się w popłochu na nadbrzeżną wysoką górę. Natychmiast wyrychtowano na nich działa okrętowe i rażeni kartaczami ginęli w wielkiem zamieszaniu, a widząc, iż są osaczeni dookoła, rzucili broń i, padłszy na kolana, prosili o łaskę. Rozjuszeni jednak walką majtkowie głusi byli na wszystko i już bezbronnych w pień wycinać zaczęli, gdy Beniowski dał rozkaz zaprzestania rzezi natychmiast, grożąc nieposłusznym też kartaczami z okrętu.
Ta pogróżka, którą wiedzieli że wykona, gdyż sam trzymał lont w ręku, wstrzymała zapędy zwycięzców.
Sześciuset czterdziestu krajowców wzięto do niewoli, reszta rozbiegła się. Wśród jeńców, rannych i poległych dużo było niewiast, które walczyły narówni z mężczyznami. Znaczną też ilość brańców przypędzili krajowcy don Hieronima z pobliskiej wsi, którą zrównano z ziemią.
Beniowski kazał zaprzestać spustoszenia i odmówił przyjęcia ofiarowanych mu niewolników. Wtedy podzielono ich między krajowców i sam don Hieronimo dostał ich zgórą pięćdziesięciu. A ponieważ niewolnicy, używani tutaj do uprawy roli, stanowili główne bogactwo mieszkańców, spędzili zwycięzcy noc całą na wesołych pląsach i ucztowaniu.
Nazajutrz założył Beniowski przy czynnej pomocy sprzymierzonych krajowców obóz warowny na brzegu, do którego zamierzał przenieść się wraz z chorymi, z kobietami i całą załogą. Tegoż dnia pozostałe przyjacielskie plemiona wyspiarzy przysłały oddział z czterdziestu wojowników dla rzekomego strzeżenia „białych braci“ od niebezpieczeństwa.
Rad był Beniowski w głębi duszy z tego honorowego dozoru, ale marynarze załogi, skrępowani w swych ruchach po okolicy, mniej byli zadowoleni.
Don Hieronimo nie opuszczał obozu, oddając tysiące usług, jako tłumacz i człek poufały z tutejszemi władzami. W krótkim czasie odwiedził Beniowskiego cały szereg miejscowych naczelników; była również z wizytą żona Hiszpana z dziećmi. Wreszcie don Hieronimo uroczyście oznajmił, iż Huapo, najwyższy rządca tej krainy, puścił się już w drogę dla osobistego poznania Beniowskiego i podziękowania mu za zwalczenie nieprzyjaznych mu a szkodliwych sąsiadów. Dowiedział się przy tej okazji Beniowski po raz wtóry, tym razem od krajowców, iż wyspa zaludniona jest przemyślnem i „polerowanem“ obywatelstwem, zatrudnionem rolnictwem oraz rękodziełami, że tylko niektóre wschodnie „powiaty“ zamieszkują dzikie plemiona, że w zachodniej części są też okolice zajęte przez Chińczyków, którzy wielkie pobierają z wyspy daniny i korzystny prowadzą z nią handel; że Huapo często jest we własnej stolicy przez Chińczyków napastowany i dlatego chętnieby się zgodził na założenie przez Beniowskiego przyjaznej mu a potężnej osady w tym jego kraju, obfitującym w wiele cennych rzeczy w złoto, kryształ, lakę, ryż, cynamon, cukier trzcinowy, jedwab oraz drzewa kosztowne.
Wtem dano znać o przybyciu jenerała formoskiego Baminiego.
— Widzi pan!... Zaczyna się, zaczyna!... — zawołał radośnie Hiszpan i wybiegł na spotkanie dostojnika.
Beniowski uszykował swych marynarzy i kazał im dać na powitanie wojskowego urzędnika potrójną salwę z muszkietów. W tym czasie dostrzegł u wejścia do swej warowni gromadę krajowców, rozbijających namiot. Zaraz potem przybył Hiszpan i zaprosił go, aby odwiedził Baminiego.
Pod namiotem, na ślicznej żółtej macie z kolorowym szlakiem siedział jenerał w czerwonej sukni, odrzuciwszy na plecy żółtą opończę. Z pod słomianego stożkowatego kapelusza z czerwoną kitą włosienną patrzały bystro na Beniowskiego czarne, skośne oczki, podczas gdy ciemna, mięsista twarz uśmiechała się doń uprzejmie.
Gestem zaprosił go dygnitarz, aby zajął miejsce tuż obok niego; Hiszpan, stojąc za nimi, służył za tłumacza.
Wypytywał przedewszystkiem jenerał długo i szczegółowo Beniowskiego: kto zacz on jest? skąd przybywa? dla jakich powodów zawinął do Formozy? W krótkości odpowiedział Beniowski na pierwsze pytania, na ostatnie zaś odrzekł w następujący sposób:
— Zabrakło mi wody; aby więc zaopatrzyć się w świeżą, zawinąłem do waszej wyspy, gdzie, przez mieszkańców jej zdradziecko napadnięty, musiałem szukać za tę zbrodnię i mord dokonany na mych towarzyszach sprawiedliwej pomsty. Obecnie, dokonawszy jej, w dalszą wybieram się podróż...
— Powiedz mu, powiedz mu — żywo zwrócił się do Hiszpana Bamini — że to nie my, że to nie nasi ludzie... że to są również nasi nieprzyjaciele...
— Już mu mówiłem!...
— Aha!... W takim razie powiedz, że sam Huapo osobiście śpieszy poznać tak walecznego rycerza i prosi go, aby swój odjazd do tej chwili wstrzymał... Ja zaś z mem wojskiem przybyłem na zlecenie mego pana, aby osłaniać jego gości od dalszych napaści dzikusów!...
— Rad będę niezmiernie poznać tak cywilizowanego i potężnego monarchę i chętnie odjazd mój w tym celu odłożę. Co się zaś tyczy wojska, to żałuję, iż przez krótką chwilę z jego opieki korzystać mogę, gdyż w ciągu długiej mej podróży a także na przyszłość zmuszony jestem liczyć wyłącznie na męstwo i zręczność własnych żołnierzy!... Bardziej więc cieszy mię w tej okazji możność poznania tak mężnego i roztropnego jenerała, jakim jest wasza dostojność, podziwiania szyku i ładu dowodzonych przez pana rycerzy oraz przyjemność miłej z nim rozmowy... A w dowód mego szacunku i uznania proszę przyjąć mały żołnierski upominek!...
Tu Beniowski kiwnął na Kuzniecowa i ten podał na jedwabnej poduszce jenerałowi piękną, wysadzaną drogiemi kamieniami szablę.
Ucieszył i zmieszał się Bamini, ręce jednak do góry uniósł, nie chcąc nawet dotykać się podarunku.
— Nie wolno nam brać żadnych darów od nikogo bez dozwolenia naszego pana miłościwego!... Odłóż więc swą grzeczność do rozmowy z nim... — prosił uprzejmie.
Podano herbatę, fajki oraz betel, który Beniowski, przezwyciężając głęboką odrazę, żuć musiał.
Nazajutrz reszta załogi przeniosła się do obozu, który otoczono wałem i uzbrojono dwoma działami na każdym rogu. Na okręcie zostało jedynie ośmiu ludzi na straży. W obliczu wojsk krajowych, wprawdzie nagich, uzbrojonych w dzidy i łuki, lecz licznych i dość sprawnych, trzeba było zachować wielką ostrożność i surowy porządek. Zezwolił wszakże Beniowski ludziom swym na handel zamienny z krajowcami oraz dopuścił do obozu krajowe dziewczęta i podwiki lekkich obyczajów.
Nazajutrz znowu zaproszono Beniowskiego na obiad do formoskiego jenerała; poczem na prośbę tego ostatniego ludzie Beniowskiego strzelali do celu z dział oraz muszkietów. Armaty rychtował sam Beniowski i rozbił pociskami na pięćset kroków starą łódź krajową, co wywołało powszechny zachwyt i zdziwienie. Przebite nawylot tarcice kulami z broni ręcznej oraz małą ilość chybionych strzałów zdumiała miejscowych wojowników. Nie mieli słów dla wyrażenia swego zachwytu i szacunku. Hiszpan promieniał, jakby sam co najmniej był wystrzelonem działem lub celną kulą armatnią.
Przed wieczorem przybiegł goniec z wiadomością, że Huapo się zbliża. Bamini udał się natychmiast, aby urządzić dlań obóz oraz odpowiednie przyjęcie, a Beniowski wydał rozkaz, aby ekwipaż cały gotował się nazajutrz do parady, na której mają wszyscy wystąpić w jednakowem ubraniu i w pełnym rynsztunku. Zajęła się więc natychmiast część załogi szyciem ubrań, inna czyszczeniem broni, jeszcze inna przyrządzaniem ogni sztucznych, młynków, rac oraz wężowników.
Nazajutrz o wschodzie słońca wszedł do mieszkania Beniowskiego don Hieronimo i oznajmił uroczyście, żu Heapo już nadjeżdża! Chciał sam Beniowski na spotkanie króla pośpieszyć, lecz wstrzymał go Hiszpan z chytrym uśmiechem.
— Zachowaj się dla rzeczy ważniejszych, panie!... Ci ludzie Wschodu tych tylko cenić umieją, którzy sami im swą wagę poczuć dają... Skromność wcale im nie jest znaną... Dość będzie na początek wysłać dwu oficerów z małą eskortą...
Beniowski usłuchał rady i wyznaczył na posłów honorowych Chruszczowa z Kuzniecowem i sześcioma szeregowcami. Hiszpan poszedł z nimi, aby służyć za tłumacza, gdyż, mówiąc dobrze po francusku, mógł porozumiewać się zadowalniająco z Chruszczowem.
Beniowski wyszedł na wzgórek, aby przyjrzeć się królewskiemu przybyciu.
Obóz królewski rozbity był w ten sposób, że żółty namiot samego króla znajdował się pośrodku, a dokoła stały niebieskie celty wojskowe. Wkrótce tumany kurzu zwiastowały, że pochód się zbliża, i z obłoków pyłu wynurzyły się żółte, czerwone, niebieskie i białe sztandary wzorzyste, a potem figury jeźdźców w szatach bogatych i świecących. Za sześciu przednimi heroldami szedł mocny oddział piechoty z dzidami w ręku. Nagie, ciemne ich ciała, ledwie u bioder przepasane zapaską, lśniły się, jak posągi bronzowe.
Za piechotą postępowało czterdzieści jazdy w barwnych płaszczach i kapeluszach słomianych z pióropuszami. Następnie szli łucznicy, dalej silny oddział, zbrojny w maczugi i siekiery. Za nimi dopiero ukazał się monarcha w żółtej sukni, otoczony licznym orszakiem oficerów i urzędników, lśniących od złota, sajetów, atłasów, szarf barwnych i pióropuszów; jechali wierzchem na koniach acz małych, ale pięknej tuszy. Za królem śpieszyła chmarą reszta wojska bez należytego porządku.
Była to armja dzika, goła, uzbrojona bardzo prosto, ale liczna, jak mrowie.
— Cóż, kiedy nawet straży nie wysyłają i wart nie stawiają!... — roześmiał się Stiepanow, który wraz ze starszyzną załogi i wieloma marynarzami, stojąc poza Beniowskim, przyglądał się paradzie.
— Dość jednego strzału armatniego, aby, uciekając, podeptali się wzajem, jak owce!... — dodał pogardliwie Winblath.
Beniowski szybko się do nich obrócił i rzekł głośno:
— Na razie może i tak!... Ale potem, ukrywszy się w lasach, mogliby łatwo wielkie szkody czynić swemi strzałami... Przypomnijcie sobie Panowa...
— To co?... Zanimby swoją strategję do broni ojczystej przystosowali, jużby cała wyspa mogła zostać przez ludzi odważnych podbita!... Czyż z większą mocą Pizarro albo Cortez napadli na państwa amerykańskie?... — spytał wyzywająco Stiepamow.
Beniowski głową potrząsnął.
— Nam bo wcale o inną rzecz chodzi. Pozornie mniejszą, a w gruncie rzeczy stokroć większą, niż zawojowanie jakiej nawet znacznej krainy. Chodzi o założenie w wielu miejscach osad handlowych i związanie jednym łańcuchem pokojowych i kwitnących stacyj krajów Dalekiego Wschodu z krajem Zachodu. To dałoby tak wielkie bogactwa i wpływy w nasze ręce, że dorównalibyśmy rychło największej na kuli ziemskiej potędze... — dowodził Beniowski.
Słuchali go oficerowie z szacunkiem, ale, rzuciwszy wzrokiem na ich twarze, spostrzegł, iż więcej ich zajmuje to, co się w obozie formoskich sojuszników dzieje, niż przebieg wykładanych im przezeń myśli.
Odszedł więc rychło do siebie, aby przebrać się i przygotować do uroczystej wizyty u żółtego monarchy. Inni oficerowie też poszli za jego przykładem i na wzgórku pozostał jeno Stiepanow z Winblathem, gorąco deliberując nad jakowąś kwestją.
Wkrótce przybył od krajowców don Hieronimo z zaproszeniem królewskiem dla Beniowskiego, a masztelarze przyprowadzili kilka koni w rzędach bogatych dla niego i jego świty.
Odległość była mała, więc Beniowski rychło znalazł się pod wspaniałym namiotem królewskim z żółtego jedwabiu.
Pośrodku, na macie złotawej i pięknie wyszytych adamaszkowych poduszkach, siedział mężczyzna lat trzydziestu o śniadej przyjemnej twarzy, okolonej czarną brodą. Żywe, wesołe czarne oczy życzliwie spoczęły na tęgiej figurze Beniowskiego. Tuż obok króla siedział Chruszczow i Kuzniecow. Beniowskiemu wskazano miejsce naprzeciw.
Gdy zajął je po złożeniu ukłonu, Chruszczów ostrzegł go pocichu po rosyjsku, że zaproponują mu pewnie zaraz naczelną nad całym krajem komendę.
Zbliżenie Hiszpana tłumacza przerwało tę cichą rozmowę, która już widocznie zaniepokoiła króla.
— Ktokolwiek jesteś, cudzoziemcze, i skądkolwiek przybywasz, dzięki niech będą Najwyższemu Bogu, iż sprowadził cię w nasze strony... Już pobiłeś i napełniłeś przerażeniem dokuczliwych sąsiadów naszych, trudniących się mordem, rozbojem i łupiestwem... Czy nie jesteś czasem tym obiecanym przez proroków naszych rycerzem, który na czele walecznych towarzyszy całą wyspę wyswobodzić ma od nieznośnej tyranji Chińczyków, ukrócić swawolę ich poborców i gubernatorów, zniszczyć waśń, jaką ci niecą wśród plemion krajowych, aby nad niemi podzielonemi łatwiej panować!?... Jeżeli tak, jeżeli w tym celu przybyłeś, wtedy ja, wojsko me i cały mój naród pierwsi uznamy twą władzę i złożymy ci przysięgę na wierność i posłuszeństwo!...
Ze zdumieniem słuchał tej przemowy Beniowski i nie wiedział na razie, co na nią odpowiedzieć, tak daleko odbiegała ona od tego, na co się w przemówieniu przygotował, gdy Hiszpan, widząc jego zmieszanie, powiedział mu głosem zwykłym, jakgdyby dalej ciągnął tłumaczenie:
Nie trwóż się, panie, i nie gniewaj, gdyż to ja, dla zapewnienia ci lepszego przyjęcia, powiadomiłem Huapę, iż jesteś potężnym europejskim monarchą, w tym właśnie celu przybyłym na Formozę... Ofiarowaną ci koronę uważaj za zwykłą grzeczność Wschodu, a o naczelnem dowództwie wojsk tutejszych pomyśl, gdyż przez to okazałbyś tak wielką przysługę mieszkańcom tej wyspy, iż w nagrodę śmiało mógłbyś żądać od nich, co tylko zechcesz...
— Powiedz więc don Hieronimo panu twemu a wielkiemu królowi Formozy... — zaczął ze szczyptą zniecierpliwienia Beniowski, — że dziękuję mu niezmiernie za pochlebną o mnie opinję... Byłbym szczęśliwy, gdybym mógł narówni z innymi służyć pod mądremi i światłemi jego rządami, a ponieważ przybyłem jedynie poto, aby z mieszkańcami tej wyspy, a nadewszystko z panem jej Wspaniałym Huapą zawrzeć przymierze, zbiega się więc obopólne życzenie nasze... Sprawa wymaga jednak szczegółowego i nużącego omówienia!... Proszę więc, aby została odłożona do chwili, gdy siły Jego Królewsskiej Mości, nadwerężone zapewne niewczasami podróży, pozwolą mu na udzielenie mi dłuższego czasu dla wyłuszczenia wszystkich warunków potrzebnych gwoli powodzeniu sprawy.
Huapo z niezmierną uwagą wysłuchał odpowiedzi, poczem, błysnąwszy oczami, dał głową znak, iż się zgadza.
Nastąpiła biesiada, na którą zaproszony został Beniowski ze świtą a nawet Hiszpan, którego król, w dowód swej łaski, kazał ubrać w bogaty strój krajowy i dał mu szablę z kosztownym pendentem.
Po obiedzie wybrał się król na obejrzenie obozu Beniowskiego. Ten wysłał przodem Chruszczowa, aby przygotował przyjęcie. Zaledwie król z orszakiem pięćdziesięciu swych dygnitarzy i postępującem ztyłu całem wojskiem zbliżyli się do okopów, zahuczały armaty, co wywołało wśród gości niezmierne zamieszanie, gdyż postraszone ich wierzchowce zaczęły się wspinać i rzucać, wysadzając jeźdźców z siodeł. Sam król spadł na ziemię, co nie zmniejszyło zresztą jego ochoty i wesołości. Odtąd jednak wszyscy szli piechotą do obozu, zostawiwszy rumaki na pieczy giermków. Działa wciąż paliły w obozie, a dym, huk i ogień, choć zasłaniały widok i przeszkadzały rozmawiać, bardzo cieszyły króla, co widać było po niezmiernie przyjaznem obejściu się jego z Beniowskim.
Ujął nawet pod rękę swego białego gościa i tak weszli do szałasu tego ostatniego, dokąd ośmielił się wkroczyć za nimi jeno główny wódz Huapy z trzema przedniejszymi oficerami.
Tu, spocząwszy nieco na poduszkach i zydlach oraz obejrzawszy z ciekawością leżące na stole mapy, książki i instrumenty astronomiczne, wznowił Huaipa swoją rozmowę o Chińczykach oraz o nadziei wyrugowania ich z wysp przy pomocy Beniowskiego. Hiszpan bardzo ponętnie całą rzecz przedstawił, Beniowski jednak nie kwapił się z wypowiedzeniem.
— Muszę wracać do Europy, muszę tam załatwić przedtem moje majątkowe i rodzinne sprawy, zanim gdziekolwiek na stale osiędę; wojna zaś z Chińczykami jest rzeczą, która nie skończy się w miesiąc, ani dwa...
— Zapewne, zapewne... — bąkał Hiszpan. — Więc co mam powiedzieć?
— To właśnie powiedz!...
Długo tłumaczył don Hieronimo to krótkie zdanie, mimo to twarz króla spochmurniała. Aby go pocieszyć, zaproponował mu Beniowski zwiedzenie okrętu. Wysłał tam z nim Chruszczowa, którego król sobie bardzo upodobał. Sam Beniowski zajął się przygotowaniem dalszej uroczystości, a głównie urządzeniem fajerwerku, na którego wrażenie bardzo liczył.
Po krótkiej zorzy nagła noc podzwrotnikowa zapadła odrazu, jak czarna ciężka przyłbica. Król już zabierał się do powrotu, już prowadzono mu chrapiącego rumaka, gdy łysnęły czerwonemi ogniami i zahuczały, jak gromy, trzy największe działa na statku, poczem w ciemnościach z sykiem rozwinął się młyn ognisty, sypiąc fontanny iskier. Stało się widno, jak w dzień, wypłynęły z ciemności koralowo malowane sztucznem światłem szeregi żołnierzy nagich, w pióra ozdobionych, a nad nimi potężne pnie drzew gumowych, spowite lianami oraz drżące w leciuchnym wietrze, jakby ciekawie ku ogniom pochylone korony palm. A jeszcze dalej błyskało złotem odbiciem świateł lustro morza we wrębach skalistej zatoki. Ciemne złomy urwisk oraz ich cienie i czarna plama korpusu „Piotra i Pawła“ ze smukłemi masztami tworzyły fantastyczny splot.
Król dość chłodno przyglądał się kunsztownym ogniom i powiedział nawet, że Chińczycy robią wcale nie gorsze. Przed wyjazdem jednak odpiął od boku drogocenną szablę i podarował ją Beniowskiemu.
Z niskim ukłonem, z tysiącem podziękowań i grzeczności przyjął ją obdarowany, co wróciło na chwilę uśmiech na ściśnięte usta monarchy.



XLVIII.

Nazajutrz przyszła do Beniowskiego deputacja od oficerów z Winblathem na czele, prosząc, aby, w imię zasług Panowa i dla uczczenia jego pamięci, były darowane ostatecznie winy Stiepanowa i wrócona mu została dawna jego szarża.
Beniowski przychylił się do tego żądania i polecił ogłosić ułaskawienie w przytomności całego ekwipażu.
Jednocześnie kazał z dna okrętu dobyć dwie armaty, które służyły za balast, ustawić je na lawetach, dołączył do tego trzydzieści muszkietów, sześć baryłek prochu, dwieście kul, pięćdziesiąt funtów lontu, trzydzieści pałaszów japońskich, prócz tego osobno dla króla pięknej roboty karabelę oraz dwieście gorszych dla jego świty.
Ułożywszy to wszystko pięknie z cieniu białego europejskiego namiotu i ozdobiwszy starannie kolorowemi morskiemi banderami, wysłał Chruszczowa z Kuzniecowem i Winblathem z prośbą do króla o przyjęcie upominków.
Niezadługo przybiegł don Hieronimo i doniósł, że Huapo wybiera się obejrzeć podarunki oraz pomówić na osobności z Beniowskim o interesach największej wagi.
— Od was tylko, Wielmożny Panie, zależy teraz wasze szczęście i powodzenie... — zwrócił się wkońcu Hiszpan do Beniowskiego.
Chciał go ten rozpytać szczegółowo o zamiary królewskie, lecz przeraźliwy wrzask trąb, połączony z łoskotem kotłów bojowych, oznajmił o zbliżaniu się samego władcy, musiał więc Beniowski śpieszyć na spotkanie dostojnego gościa.
Zdążył spytać się tylko:
— O cóż to chodzi?...
— O! to już nie wojna z Chinami, do której słusznie nie macie, panie, ochoty!... Rzecz o wiele drobniejsza, ale w każdym razie da wam ona możność założenia tutaj wspanialej faktorji — odpowiedział cicho Hiszpan i mrugnął znacząco okiem.
Umilkli, gdyż Huapa zbliżał się już cały złoty od żółtych jedwabiów odzieży i żółtego cienia, rzucanego nań przez wielki parasol z potrójną frendzlą. Za nim szli w błękitnych, czerwonych, amarantowych i zielonych strojach dworzanie z pstremi wachlarzami w rękach. Ciemne ich twarze z błyszczącemi białkami oczu i czarnemi od betelu zębami, szczerzonemi w uśmiechach, podobne były do wielkich, kosmatych kokosów, płynących na fali tęczowej.
Za dworem nadzy niewolnicy nieśli w tropy wspaniały namiot jedwabny, który w mgnieniu oka został rozbity podle szałasu Beniowskiego, wysłany wewnątrz pięknemi matami, opatrzony cudownie wyszytemi poduszkami i wezgłowiami. Tam zasiadł Huapo i zaprosił do siebie Beniowskiego, poczem na dany znak dworzanie wyszli, pozostawiając ich samych wraz z niezbędnym don Hieronimo oraz sekretarzem do robienia notatek.
— Dziękuję ci, gościu mój, za cenne i pożądane bardzo podarunki, mam jednak do ciebie prośbę stokroć dla mnie ważniejszą i dla ciebie, myślę, w następstwach korzystną. Przedewszystkiem czy nie zechciałbyś zostawić mi części twych żołnierzy aż do twojego na moją ziemię powrotu?... — zaczął Huapo.
— Zaszczyt to niezmierny i z radościąbym to uczynił... ale czeka mię podróż jeszcze daleka i trudna, która natężenia wszystkich sił całego ekwipażu wymagać będzie... — odrzekł, ważąc wyrazy, Beniowski.
Znowu chmura, jak wczoraj, przesunęła się po czarnych oczach i oliwkowej twarzy królika.
— A czy z Europy mógłbyś mi przyprowadzić żołnierzy uzbrojonych w strzelby i umiejących strzelać z armat?... Kiedyby to mogło nastąpić i wieleby kosztowało sprowadzenie i utrzymanie tysiąca takich ludzi?... Czy nie mógłbyś też dostarczyć uzbrojonych i dobrze zaopatrzonych okrętów z oficerami i całą załogą?
— Owszem. Wszystkiego tego dostarczyć nie trudno, lecz są to rzeczy bardzo kosztowne, gdyż okrężny przewóz ich dookoła Afryki wiele czasu wymaga i pracy!
— Cóż jednak kosztować może okręt, jak twój... — — przerwał niecierpliwie Huapo.
— Okręt o dwudziestu armatach najmniej pięćset funtów złota kosztować będzie, a zaciąg i transport tysiąca ludzi wyniesie tysiąc pięćset funtów złota, utrzymanie ich zaś na miejscu corocznie pięćset funtów złota pochłonie!...
Westchnął Huapo, zamyślił się.
— A czy teraz zaraz nie zgodziłbyś się, szlachętny cudzoziemcze, posiłkować mię w pewnej tajemnej wyprawie na złego mego sąsiada, holdownika Chin, Hupuasingę, który, kłamliwie obwiniwszy mię przed wielkorządcą chińskim, przy pomocy jego żołnierzy, nietylko zniewolił mię do płacenia sobie haraczu, lecz zagarnął nieprawnie najżyźniejszą moją... prowincję...
Tu Huapo przerwał i, opuściwszy powieki na rozognione swe oczy, pozostał chwilkę bez ruchu, poczem ciągnął dalej zmienionym zlekka głosem:
— Jeżeli... jeżeli powiedzie ci się go pobić i upokorzyć... dam ci na wszystkie czasy w zarząd i władanie prowincję Havangsin ze wszystkiemi jej wsiami, miastami i całą ludnością pod jednym warunkiem, że będziesz mię swem wojskiem wspomagał dalej w walkach z Chińczykami. Gdyby zaś udało ci się całkowicie wyspę z najeźdźców oczyścić... zostałbyś moim... następcą, ustąpiłbym ci tronu... jeszcze za życia!... — zakończył bystro, wpatrując się w Beniowskiego.
Ten skłonił się nisko i odrzekł pośpiesznie:
— Żadne państwo lepszego władcy nad ciebie, panie, pożądać nie może. I poddani twoi Bogu pewnie ciągłe zasyłają dzięki, iż jesteś ich panem!... Jakiż śmiałek w myślach nawet odważy się twoją więc osobę zastąpić, aby nieudolną ręką psuć to, co ty ku większej swojej chwale i szczęściu poddanych poczynasz i od tak dawna prowadzisz? Takiego niema i tem bardziej nie jestem nim ja, skromny wędrownik z krajów dalekich...
Zdziwiony Hiszpan wolno tłumaczył te pełne krasomówstwa słowa, a Huapo, w miarę jak je rozumiał, rozchmurzał swoje oblicze i zaczął się nawet uśmiechać.
— Więc pójdziesz z nami na psa, Hupuasingę? — zapytał żywo.
— Lubo spóźniona pora do odjazdu mię nagli, przecież, dla dania dowodu wdzięczności naszej i uczuć serdecznych dla Waszej Królewskiej Mości, gotów jestem przyłączyć się do wyprawy z pewnym oddziałem moich towarzyszy. Nagrody żadnej za to dla siebie nie żądam, zaś podarunek za mozoły i trudy moim żołnierzom niech określi własna wspaniałość wasza, Miłościwy Panie!
Huapo poprawił się radośnie na poduszkach i wyraził życzenie, aby natychmiast ta umowa oraz wieczyste przymierze między nim i Beniowskim zostało uroczyście zaprzysiężone.
Znów dwór, rycerze i dostojnicy wypełnili namiot królewski, a stamtąd wszyscy udali się do rozpalonego niedaleko ogniska, przyniesiono dwie srebrne kadzielnice, pełne zarzewia oraz puszki z wonnościami.
Huapo i Beniowski kadzili niemi uroczyście na cześć Najwyższego Boga, na cztery strony świata, podczas gdy naczelny dowódca wojska czytał punkty umowy; w końcu ceremonji przysięgający wbili głęboko w ziemię gołe swe szable, a obecni, zniósłszy kupę wielkich kamieni, przywalili niemi wystające rączki oręża.
Po skończonym obrzędzie podano Beniowskiemu z rozkazu króla bogaty strój krajowy, w który miał się przebrać, aby towarzyszyć mu do obozu na przygotowany tam bankiet.
Wszyscy oficerowie „Piotra i Pawła“ zostali zaproszeni i udali się niezwłocznie do namiotu królewskiego, z wyjątkiem Baturina, który objął zastępczo komendę.
Po bankiecie Huapo obwoził Beniowskiego konno po obozie i wojownicy przedniejsi oddawali cześć nowemu sprzymierzeńcowi, dotykając lewą ręką jego strzemienia.
Wkońcu znowu Huapo nalegał, aby Beniowski, nie zwłócząc, wziął udział w wyprawie na Hupuasingę.
— Kiedyż ona ma być?...
— Choćby jutro!...
— Dobrze, lecz ja potrzebuję koni dla moich żołnierzy, którzy nie nawykli chodzić piechotą po takim upale...
Huapo na wszystko się zgodził i z radości mianował don Hieronima natychmiast jenerałem swojej kawalerji oraz przybocznym tłumaczem.
Beniowski zostawił ich deliberujących nad planem wyprawy, a sam pośpieszył do swego szałasu, dokąd zaraz kazał prosić członków Rady Głównej.
Przedstawił im punkty umowy i wyłuszczył płynące z niej korzyści.
— Wszyscy będą zachwyceni, a Stiepanow ze swymi buntownikami znajdzie się na piasku i pęknie ze złości! Pięknie ich wysadziłeś z siodla! Winszuję! — wołał z zachwytem Kuźniecow.
— Tak to, tak!... Ale niezupełnie będzie ładnie wyglądało, że będziemy znowu palić i mordować dzikusów za jakieś tam wątpliwe krzywdy tego królika!... Kto wie, jak tam było. Wszystko, co wiemy, płynie od tego Hiszpana!... — dowodził niechętnie Chruszczow.
— Jest to do pewnego stopnia mus; jesteśmy otoczeni i w razie odmowy wojska pozornie przyjazne napadłyby nas zdradziecko... Nie podlega to dla mnie wątpliwości!... Hiszpan niegodny im o tem napomykał, a i poznałem to z twarzy Huapy... Nie jest on tak prosty, jak się nam wydaje. Co więc miałem uczynić: czy tak, czy owak, krew nasza polałaby się! Niech lepiej poleje się krew naszych nieprzyjaciół. Czy nie dość jej straciliśmy na tej niefortunnej wyspie?...
— Dziś w nocy podnieść kotwicę i uciekać!... — radził Gurycin.
— A Stiepanow i jego stronnicy?... Nie znając powodu, na pewno urządzą nam zaraz na wstępie bunt, który zupełnie odda nas w moc rozsierdzonego za wiarołomstwo Huapy... Jeżeli chcecie, wybadajcie ducha załogi w tym względzie... Niech się wypowiedzą... Ale ja inaczej postąpić nie mogłem dla uniknięcia grożącej nam masakry...
— Załoga na pewno się zgodzi!... Ba, taka gratka!... zarobią pieniędzy i pochulają!... — zauważył w milczeniu przysłuchujący się rozmowie Sybajew.
— A no zobaczymy!... Chodźmy, bo późno!... I słyszę, że w obozie Formozczyków trąbią!... — zauważył Baturin.
Rozeszli się do swoich cel, a Beniowki, znużony całodzienną usilną robotą, legł zaraz na łożu i usnął. Nazajutrz o świcie przybyła deputacja od stronników Stiepanowa, żądając, aby Beniowski pozwolił im posiłkować dobrego i wspaniałomyślnego miejscowego monarchę w jego wyprawie na sąsiady.
— Od wszystkich jesteście?...
— Nie, my od swoich!... My prosimy pozwolenia tylko dla siebie!...
— A któż wy jesteście? — spytał Beniowski.
— My w każdym razie pójdziemy!... — wołali zamiast mu odpowiedzieć. — My tu nawet zostać chcemy!...
— Zobaczymy, zobaczymy!... Po śniadaniu każę zwołać powszechne zebranie i stanie się to, co uchwali ogół!...
— Dobrze!... Wszyscy na pewno powiedzą to, co my!...
— Lepszej okazji do zrobienia swego losu nie będzie nigdy!...
— W dodatku to te przecież pogany zabiły Panowa i Łoginowa!...
— Dobrze, dobrze!... Już idźcie i przygotujcie się na zebranie!... Przyślijcie zaraz do mnie Chruszczowa i Baturina.
Gdy na majdanie zebrał się ogół marynarzy, już z ich głosów i postawy wywnioskował, nie pytając się, Beniowski, że wszyscy są zwolennikami wyprawy. W gruncie rzeczy nie był temu przeciwny.
— Możeby uspokoili się nareszcie!... — rozmyślał.
Uważał jednak za konieczne przemówić do nich następującemi słowy:
— Wiecie już pewnie o ponętnej propozycji, uczynionej nam przez króla tutejszego, Huapę, a tyczącej się posiłkowania go przez nas w grożącej mu wojnie z sąsiadem. Obiecuje on nietylko oddać do naszego bezwzględnego rozporządzenia jedną prowincję, gdzie moglibyśmy założyć wspaniałą osadę, ale ponad to zgadza się uczestników pochodu wynagrodzić suto złotem oraz drogiemi kamieniami, perłami... Nie wątpię, iż wielu z was uśmiecha się tak niespodziana nadzieja szybkiego zbogacenia się, lecz rzecz ta ma dwie strony... Przedewszystkiem wzbudzimy ku sobie wielką nienawiść w pewnej części tubylczej ludności, z którą nic nas dotychczas nie kłóci, gdyż, o ile wiem, nie są to wcale ci sami dzikusi, co napadli w początkach na nas, a wcale polerowne i zamożne plemiona, mieszkające w zachodniej części wyspy... Nie widzę żadnej potrzeby, ani korzyści w mieszaniu się do tej obcej nam kłótni, która jednak dużo nas kosztować może... Cóż dopiero, jeśli przypadkiem wojsko Huapy zostanie pobite!... Położenie nasze stanie się wówczas wprost rozpaczliwe, a zginą również wszelkie nadzieje oraz rachuby na stosunki handlowe z tą bogatą i dogodnie położoną wyspą na drodze naszej do wysp Aleuckich...
Przełożenie to mocno ostudziło zapał zebranych, już nawet wielu zaczęło bąkać coś o miłej zgodzie:
— Lepiej nie!...
— Prawda!... Dość mamy swoich swarów!...
Drudzy jednak rychło zakrzyczeli lękliwych, dowodząc, że przecież nie poto uciekli z Kamczatki, by spać za piecem, że druga taka okazja się pewnie nie zdarzy, że złoto i klejnoty zdobyte pozwolą wszystkim do końca życia zażywać spokoju i dostatku...
— Kto zginie, temu nic nie trzeba!... Niech w Bogu spoczywa! A kto zostanie, będzie miał!... — wołali.
Wtedy znowu przemówił Beniowski:
— Nie poto przedstawiłem wam skutki niebezpieczne wyprawy, iżbym chciał od niej odwodzić! Owszem sam pierwszy wezmę w niej udział, aby dowieść życzliwości naszej ku gościnnemu tutejszemu monarsze i zaskarbić sobie jego łaski na przyszłość... Powiedziałem wam o niebezpieczeństwach porażki dla podniecenia jedynie waszej waleczności dla wykazania, że nie zabawa, ani zwykła przejażdżka was czeka w tej wyprawie, lecz krwawa i okrutna walka... Chcę, żebyście, idąc na nią, pamiętali o tem, że wygrać ją musimy, a więc, żebyście wybrali z pośród siebie jedynie najśmielszych, najmężniejszych, najdzielniejszych, nie tych zaś, co marnego tylko szukać tam pragną zarobku!...
Mowa powitana została radosnemi okrzykami i obietnicami bezwzględnego posłuszeństwa.
Wtedy Beniowski sam wyznaczył uczestników wyprawy i rozdał przywództwo nad nimi w taki sposób, że lewe skrzydło w liczbie trzynastu strzelców oddał pod dowództwo Kuźniecowa i Boskarowa, prawe również z trzynastu żołnierzy powierzył Winblathowi i Baturinowi, a nad centrum z szesnastu najbitniejszych towarzyszy objął komendę sam, zatrzymując jako oficerów podręcznych Stiepanowa i Sybajewa.
Zaczęły się natychmiast w obozie i na okręcie śpieszne przygotowania do postanowionej wyprawy. Czyszczono broń, robiono ładunki, szyto i sporządzano odzież.



XLIX.

Dzień zapowiadał się skwarny, szafirowe niebo bez chmur i skazy twardo opierało się na zielonych wzgórzach, ku którym dążyło wojsko. Biała, szeroka droga wiła się wśród niw, szumiących dostałem zbożem. Przeważały miedziano-żółte prosa, zgięte w pałąk pod ciężarem bogatych kit; bujnie wyrosły ryż krył pod szczeciną jasnej słomy blask wód, zraszających pola.
Na miedzach chwiały się zlekka w słabym wietrze zarośla goaljanu i wiły się na długich tykach grochy i boby, z których jedne jeszcze kwitły, podczas gdy na innych wisiały już duże aksamitne strąki.
To tu, to tam u drogi, rzucając na nią przyjemny cień, stały wielkie słodkie kasztany, a wdali z poszycia zwichrzonych lasów wytryskały twarde kryzy palm.
Kurz i gorąco mocno dokuczały żołnierzom Beniowskiego. Wszyscy jechali konno, mimo to oblewali się potem. Nie śmieli jednak zdjąć futrzanych bermyc, czego Beniowski surowo zabronił w obawie porażeń słonecznych. Sam dawał przykład rozumnej cierpliwości i jechał na czele oddziału, mając obok siebie Hiszpana a poza sobą Stiepanowa i Sybajewa.
— Tu, w tej dolinie, stolica Huapy!... Ot, widać ją tam!... — objaśniał don Hieronimo, wskazując na bielejące woddali wśród pól miasteczko.
— Czy aby pewni jesteście, że wysłani w awangardzie krajowcy nie prześlepią nieprzyjaciela?... — spytał Beniowski.
— O, niema obawy!... Ze strachu mogą raczej zobaczyć to, czego niema!...
— Nie należą do odważnych?...
— Nie. Sam Huapo tak się w pochodzie ociąga nie dlatego tylko, że obóz za sobą prowadzi, jak mówił!... Na pociechę jednak muszę dodać, że i przeciwnicy nie lepsi...
O dziewiątej, gdy potoki białego światła słonecznego zamieniły i drogę i okolicę w nieznośny piec ognisty, wojsko zatrzymało się pod lasem w oczekiwaniu chłodu. Każdy posilił się owocami i garścią gotowanego ryżu, jaką miał w torbie. Koniom też naczepiono zaraz na mordy wory z ryżem. Wierzchowce i ludzie dobrze już obeschli, gdy tumany kurzu, tętent i gwar na drodze zwiastowały nareszcie, że król zbliża się ze swoją dywizją. Z białych obłoków pyłu wynurzyły się rychło pióropusze i ciemne ciała nagich wojowników przedniej straży. Z wielkim hałasem zaczęli zajmować zarośla i czynić miejsca dla rozbicia królewskich namiotów. Zjawił się Bamini i, przystąpiwszy do Beniowskiego, krytycznem okiem oglądał jego strzelców, pytając, czy nie potrzebują czego.
— Owszem, potrzebujemy was! Chciałem zrobić uwagę, że nie należy rozciągać tak bardzo pochodu. W razie niespodzianej napaści nieprzyjaciela, awangarda łatwo może zostać rozbita przez siły przeważne...
— Cóż kiedy nie można, nie możemy... przyśpieszyć!... — bąkał Bamini i zaraz się oddalił. O czwartej po południu ruszono dalej. Droga wiodła przez obszerną równinę. Spiekota zwolniała. Słońce szybko staczało się po horyzoncie. Złoto-purpurowa zorza rychło rozsypała po lazurze niebios swój pył ognisty, poczem światłość raptem zgasła, na pociemniałych niebiosach zabłysły gwiazdy, a na czarnej tarczy równiny zaświeciły czerwone dalekie ogniki.
— Co to? — pytał zaniepokojony Beniowski.
— Nic, nic!... To swoi!... Jeszcze jesteśmy w przyjacielskiej krainie!... — uspokajał go Hiszpan.
Raźno posuwał się oddział Beniowskiego, rzeźwe koniki rwały się i rżały zcicha w stronę ogni. Niedługo jadąca na czele pikieta dała znać, że widzi ludzi — tłum ludzi, koni i bydła.
— To dla nas żywność!... — oznajmił Hiszpan.
Przy płonących ogniskach kupiły się gromady półnagich mężczyzn i kobiet; kosze owoców, wozy ryżu, wiązki jarzyn kupą leżały tuż obok nich na ziemi, a w cieniu krzewów bielały tułowia siwych wołów. Nie brakło też i wybornej wódki ryżowej. Krajowcy zaraz wzięli się do rżnięcia bydła i warzenia strawy, a strzelcy Beniowskiego, rozstawiwszy warty i złożywszy broń w kozły, chodzili wśród nich, spoglądając łakomie na niewiasty. Nie było jednak wcale wśród nich młodych i ładnych.
— Psiakrew, takie czarne i pomarszczone, jak skóra krokodyla!... Wierz mi, że innych tu niema!... Na takiej spiekocie inne nie wyżyją!... — dowodził Urbański swemu przyjacielowi Sybajewowi.
— Są, są, przyjacielu!... Sam widziałem, kiedym przejeżdżał koło jednej chaty!... Wyjrzała z okienka, jak myszka... Oczy jak gwiazdy, ale zaraz dała nura!...
— Widzisz, dała nura!... Co mi z takiej!?...
— Jak zabawimy tu dłużej, to się obłaskawią... Będziemy prosili Beniowskiego... Bardzo mi się tu podoba!... Po zwycięstwie zostaniemy, zobaczysz... Wtedy sobie nagrodzimy!...
— Nagrodzić sobie, owszem!... Zawsze skłonny do tego jestem, ale zostać... na wieczne czasy wśród tych wędlin... nie!... Niema głupich!... Nigdy człowiek nie jest pewny, czy wśród karesów mu taka nosa nie odgryzie!...
— Masz rację, że tak swego nosa strzeżesz!... Do róży podobien, więc ma wartość!... — wtrącił się do rozmowy Stiepanow. — Co się zaś tyczy pozostania tutaj, to wątpliwą jest rzeczą, aby Beniowski się zgodził!... Nie takie mu się rzeczy śnią, jak tutejsze panowanie!...
— Co przed czasem o tem mówić!... odrzekł politycznie Sybajew i odciągnął towarzysza za łokieć w inną stronę.
O trzeciej po północy oddział, nie czekając na Huapę, ruszył dalej, aby skorzystać z chłodu nocy.
Nie lubili strzelcy tych pochodów, kiedy to wszystko tonęło w czarności, a przed nimi ino niewyraźnie bielała droga, a nad nimi gorzał obce, nieznane gwiazdy. Ściskali tak szeregi, że kolanami trącali nieledwie kolana sąsiadów. Wsłuchiwali się pilnie w hasła straży krajowych, naśladujących ptasie przekrzyki. Szły one przodem oraz krążyły wśród zarośli po bokach.
W ciszy głębokiej dudniały kopyta koni i niewidzialny kurz utrudniał oddech, ślepił i bez tego mało widzące oczy. To też świt zawsze witano radośnie.
Cóż dopiero, gdy w różowem świetle zorzy zabłękitniało nagle ogromne zwierciadło jeziora, chłodno połyskujące w lesistych brzegach, a obok zabielała wioska.
Wioska okazała się pusta; po rozrzuconych w pośpiechu rzeczach, naczyniach i sprzętach domowych poznał Beniowski, że musiała to być już sadyba nieprzyjacielska, co Hiszpan, rozpytawszy się przewodników, potwierdził. Swoje więc warty rozstawił Beniowski gęściej i z nakazem wielkiej baczności. A ponieważ postanowił doczekać się tutaj Huapy, rozkazał więc krajowcom sieciami, znalezionemi w chatach, łowić napoczekaniu ryby w jeziorze. Na tej zabawie upłynął wesoło czas całemu oddziałowi. Ryb nałapano tyle, że odłożono i dla oddziałów królewskich.
Te nie śpieszyły się wszakże i dopiero dobrze po piątej po południu przybyły wśród kłębów kurzu i w wielkim nieporządku.
Na wymówki Beniowskiego król odpowiedział, że więcej się to już nie powtórzy, że on sam doskonale rozumie niebezpieczeństwo płynące z rozdwojenia sił, szczególniej na wrogiem terytorjum. Prosił tylko, aby wojsku dano wypoczynek; musiał się zgodzić Beniowski, choć to nie odpowiadało wcale jego zamiarowi niespodziewanej na wroga napaści.
Nazajutrz przede dniem, gdy jeszcze gwiazdy w całej swej wspaniałości odbijały się w cichej powierzchni jeziora, podniosło się wraz czarne wojsko, spoczywające na ziemi dookoła namiotu swego króla, i zaszemrało niby obudzony rój szerszeni. Zabłysły w powietrzu tysiące dzid; buchnęły krwawemi dymami wzniecone odnowa ognie polowe; zarysowały się czarnemi plamami w ich płomieniach wielkie kotły miedziane, w których gotowano ryż i mięsiwo dla żołnierzy. Jazda poiła konie w jeziorze, czyściła i siodłała wierzchowce; toż samo czynili pachołkowie stajenni, przydani do oddziału Beniowskiego, całkiem nadzy, ciemni, jak świeży bronz, uzbrojeni jeno w krótkie miecze, zawieszone po malajsku na szyjach za plecami.
Biegli oni w tropy za oddziałem a tak szybko, że nie o wiele pozostawali w tyle, obsługując na postojach pilnie i sprawnie wszelkie potrzeby jezdnych wojowników.
Pierwszy wyruszył na czele awangardy Beniowski ze swoją konnicą, a za nimi sunął drogą, podnosząc niesłychane tumany kurzawy, wielotysięczny tłum krajowej armji, z trudem utrzymującej jaki taki szyk i porządek. O brzasku dostrzeżono pierwszy podjazd nieprzyjaciela, wysłany pewnie na zwiady. Przemykał się wzdłuż linji wojska Huapy uboczną drożyną, kryjąc się w zaroślach. Beniowski ruszył ku niemu sam z Hiszpanem, z sześcioma towarzyszami i kilkoma krajowymi piechurami. Gdy zbliżyli się na strzał muszkietu, nieprzyjaciel zmienił nagle front i, złożywszy spisy do ataku, ruszył z wielkim impetem. Beniowski kazał swym strzelcom wyczekać i dać z koni ognia na bliski dystans.
Zakotłowało się wród napadających i prysnęli na rozszalałych koniach na wszystkie strony, zostawiając na placu kilku rannych. Ale nieprzyuczone do strzałów konie strzelców też rzucać się zaczęły i gdyby nie pachołkowie, co je pochwycili za uzdy, poniosłyby jeźdźców być może w tę samą stronę, w którą uciekał nieprzyjaciel, albo, gorzej jeszcze, wtył, szerząc popłoch wśród własnych szeregów.
To przekonało Beniowskiego, jak rozsądnym był jego rozkaz zaopatrzenia swych jeźdźców w koły okute dla wbijania ich w ziemię i przywiązywania do nich koni przed bitwą, którą postanowił był prowadzić pieszo, a jeno ścigać wroga konno. Zbadani przez Hiszpana jeńcy zeznali, że niebawem całe wojsko Hapuasingi ma zamiar bitwę rozpocząć i że stąd do stolicy nieprzyjacielskiej zaledwie sześć godzin marszu.
Szły więc od tej chwili wojska połączone w szyku bojowym, wysyłając gęste naokoło posłuchy.
Kraj był ludny i dobrze uprawny, ale nigdzie nie dawało się dostrzec mieszkańców. Wszyscy uciekli, pozostawiając na Bożej opiece liczne stada bydła, koni, kóz oraz cały sprzęt domowy.
Wszedłszy w bliskie czucie z nieprzyjacielem przez podjazdy i wywiady, Beniowski przekonał się o istotnej bliskości głównych jego sił, wybrał więc odpowiednie miejsce i obóz półwarowny założył. Około południa dano mu znać, że oddział, ze stu koni złożony, podsunął się pod polne straże.
Pozwolił mu Beniowski przejść swobodnie, chcąc przyjrzeć się zbliska ich szykom i uzbrojeniu oraz ludzi swych z widokiem nieprzyjaciela oswoić.
Byli to tacy sami półnadzy wojownicy w piórach i barwnych jedwabnych opończach, zbrojni w łuki, spisy i maczugi, jak właśni ich sprzymierzeńcy.
Ale dopiero nazajutrz około drugiej po południu zaczął się zbliżać w szyku bojowym cały korpus Hapuasingi. Składał on się przeważnie z piechoty, zbrojnej w łuki i siekiery. Szedł przed nią mały oddziałek jazdy, który starł się ze strażami, ale, powitany wystrzałami z muszkietów, umknął wbok, dając miejsce pędzącej w tropy za niemi całą masą piechocie.
Przywitani zbliska salwą, krajowcy zmieszali się na krótko, lecz natychmiast sprawiwszy znowu szyki, natarli na obóz z wielkiem męstwem, puszczając chmury strzał.
Rażeni jednak nieustannym ogniem, oślepieni blaskiem i dymem, ogłuszeni niemilknącym prawie hukiem muszkietów, zachwiali się, nie dopadłszy okopów. Wtedy kazał Beniowski wsiąść swym strzelcom na koń i ścigał nieprzyjaciela do późnej nocy, wspomagany usilnie przez jeźdźców krajowych.
W ten sposób daleko odbiegli od głównych sił i Beniowski już myślał o cofaniu się, zagrożony możliwością osaczenia, gdy nadciągnął wreszcie Huapo z wojskiem. Złożono natychmiast radę wojenną, na której zdecydowano się pod wpływem Beniowskiego napaść zkolei co rychlej samym na nieprzyjaciela.
Beniowski z częścią strzelców objął przywództwo nad środkiem wojska wyciągniętego w linję, a po obu skrzydłach postawił jazdę ze Stiepanowem i Sybajewem na czele. W tym szyku podstąpili pod obóz nieprzyjaciela, lecz atak wstrzymali do świtu.
Ledwie rozpaliła się zorza za dalekiemi górami, jak zagrzmiały salwy muszkietowe, niecąc szalony popłoch w zaskoczonym w półśnie obozie Hapuasingi.
Widziano, jak część jego wojska próbowała nadaremnie sformować szyki, rozbijana przez uciekające w strachu panicznym niesforne hordy. Małe ledwie oddziałki, ukrywszy się za drzewami i budowlami, starały się ostrzeliwać z łuków, lecz i te nie dotrzymały placu, skoro ruszyło naprzód wojsko Huapy, mające na czele nieustannie strzelających muszkietników.
Wszystko uciekło przed siebie w popłochu, co widząc, wojownicy Huapy, o wiele rączejsi od ludzi Beniowskiego, wysforowali się daleko naprzód, szerząc nielitościwą rzeź wśród uchodzących.
Wszelako wyskok ten o mało źle się nie skonczył, gdyż plemiona Hapuasingi, widząc z kim mają do czynienia, zwróciły się nagle ku nim twarzą i uderzyły z takim impetem, że porażka Huapy stawała się prawdopodobną, tem bardziej, iż strzelcy Beniowkiego musieli zaprzestać ognia, by nie razić swych sprzymierzeńców. Groziło im nawet niebezpieczeństwo, że cofające się w przerażeniu szeregi Huapy zdepczą ich, porwą i wniwecz obrócą całe zwycięstwo.
Wtem Beniowski dał znak swym ludziom i, przeprowadziwszy ich pośpiesznie na tyłach wojska wzdłuż linji walczących, zaszedł nieprzyjaciela zboku i jął razić ogniem skrzydłowym.
Po paru salwach nieprzyjaciel podał tył i zniknął w zaroślach. Szli za nim też w tropy, nie dając spoczynku, strzelcy Beniowskiego, miejscami pieszo, miejscami dosiadając koni, prowadzonych za nimi luzem przez krajowców, aż w ten sposób dotarli do stolicy Hapuasingi. Tu don Hieronimo nie radził zapuszczać się w sieć niewiadomych ulic, lecz wysłać raczej drogą okólną silny oddział ku przeprawie na rzece, aby odciąć odwrót nieprzyjacielowi i wziąć do niewoli samego króla, co zwykle kładzie tu kres wojnie.
Beniowski posłuchał rady i znaczną część swych ludzi wysłał we wskazanym kierunku, a z resztą czekał u bram miasta na nadciągającego Huapę. Wojsko jednak krajowe, nie słuchając rozkazów Beniowskiego, wtargnęło do stolicy, napełniając ją jękami mordowanych, wrzaskami rabowanych i dymem pożarów.
Rychło na tyły wysłany oddział dał znać, że przeprawą owładnął, a niedługo potem silny konwój przyprowadził pojmanego króla Hapua-singę wraz z czterema żonami i całą familją.
Gdy nieszczęsny padł pokornie na twarz przed Beniowskim, ten go podniósł i uspokoił, oświadczywszy, że uszanuje go w niedoli i nietylko nie pozwoli nikomu mścić się na nim poniżeniem i śmiercią, lecz owszem przywróci mu tron, jeżeli on, Hapuasinga uczyni satysfakcję Huapie, którego niesprawiedliwie skrzywdził przy poparciu Chińczyków. Nawpół umarły z przerażenia królik na wszystko się zgodził i wyraził wielką radość oraz wdzięczność Beniowskiemu za postawienie mu umiarkowanych warunków.
— Czy aby ich Huapo dotrzyma? — pytał z powątpiewaniem.
— Moja w tem rzecz, aby słowo moje nie zostało złamane. Porzuć trwogę i spokojnie układaj z twoim zwycięzcą!... — uspokoił go Beniowski.
Huapo, który znalazł się na polu bitwy już po skończonej walce, kwaśną zrobił minę, gdy Beniowski, oddając mu królewskiego jeńca, postawił swoje warunki; zato Hapuasinga uważał już zwycięzcę za swego przyjaciela i obrońcę i prosił go o dalszą pamięć o sobie oraz o opiekę.



L.

— Muszę wracać. Pora spóźniona nagli mię, iżbym jak najśpieszniej w dalszą puścił się żeglugę!... — przekładał Beniowski Huapie, który wraz z Baminim usiłował go dłużej zatrzymać.
Obozowano pod Ksiguamają, zdobytą stolicą Hapuasingi, którą wedle zwyczaju oddano na trzydniowy rabunek zwycięskiemu wojsku.
Był to jeszcze jeden powód, dla którego śpieszył z odwrotem Beniowski. Lękał się, by żołnierze jego, złakomieni łatwą zdobyczą, nie wzięli udziału w grabieży, co mogło dać powód do rozmaitych zatargów a takoż rzucić cień na stosunek zawiązującej się między nim i Hapuasingą przyjaźni.
Zgodził się jedynie Beniowski zostawić przy boku Huapy, jako swego konsula i zastępcę, młodego Łoginowa, brata zabitego oficera. Huapo, który bał się powstania zwyciężonych, ucieszył się bardzo z tego widocznego dowodu przymierza z „Władcą broni ognistej“ i mianował Łoginowa generałem swojej artylerji, zostawionej nad brzegiem morza, a o której nieomieszkał szeroko rozpuścić wieści wśród tubylczej ludności.
Rano w dzień wyjazdu Beniowskiego przyniesiono mu uroczyście podarunki królewskie, składające się z kilku pięknych drogich kamieni, z ośmiu centnarów srebra i dwunastu funtów złota. Oświadczył przytem wysłaniec Huapy, że monarcha jego przeprasza, iż tak skromnie wynagradza rycerskie usługi swych gości, lecz że wielka odległość od własnej stolicy, gdzie ma swój skarbiec, oraz szybkość odjazdu Beniowskiego są tego przyczyną. Prócz tego wysłaniec Huapy wręczył Beniowskiemu, jako wyłączny dlań upominek, kształtną szkatułkę, zawierającą sto sztuk złota ważących razem trzynaście funtów.
Ze swej strony Beniowski przy pożegnaniu z Huapą, po ponownem potwierdzeniu wszystkich umów i przysiąg, ofiarował mu znaczną część swej amunicji wojennej, prochu i kul oraz muszkietów, których znaczny zapas z sobą zabrał, mniemając, że wojna dłużej potrwa.
Bamini ze stu dwudziestu jeźdźcami miał odprowadzić wracający oddział Beniowskiego i troszczyć się, aby mu niczego nie brakło w drodze powrotnej i aby żadna nie zdarzyła się przygoda.
Rozstanie odbyło się z wielką czułością. Huapo udawał, że płacze, a Łoginow miał istotnie łzy w oczach. Pocieszali go rozrzewnieni towarzysze obietnicą rychłego powrotu na wyspę. Beniowski raz jeszcze polecił go przyjaźni króla i siadł na konia.
Marsz bardzo był miły i wielce pośpieszny, gdyż oddział dostał świeże, dzielne konie, drogi były wyborne, a przystanki dobrze zaopatrzone w wodę i wszelką żywność. Tłumy wyspiarzy wylęgały wszędzie na spotkanie zwycięskich wojowników, niosąc w darze najrozmaitsze przedmioty własnego wyrobu.
Beniowski według swego zwyczaju za wszystko suto płacił, tak, że ilość wiezionego, jako żołd, srebra znacznie się zmniejszyła. Resztę chciał Beniowski podarować Baminiemu i jego ludziom za świadczone w czasie podróży posługi, lecz krajowiec stanowczo odmówił przyjęcia najmniejszego podarunku.
Ujrzeli wreszcie po dwu dniach podróży banderę amarantową z białym orłem, powiewającą w wycinku zielonych brzegów na głównym maszcie „Ś-go Piotra i Pawła“. Powiało od morza miłym chłodem na uznojone twarze strzelców, zmordowanych upałami i niewywczasem.
Dostrzeżono ich natychmiast w obozie i na okręcie. Cała załoga wybiegła tłumnie witać ich przed wrota.
— Urra!... Niech żyje!... — wołali radośnie.
— Beniowski!... Beniowski!...
— Caliście?... Wszyscy?... Szczęśliwcy!... Zwycięzcy!... Słyszeliśmy!... Cóż?... Trudno było?...
— A gdzie Łoginow?...
— Został z Huapą!... Mianowany jenerałem!...
— Ho, ho!... Każdy z nas mógłby czemś zostać!... Abo nie!...
— Zapewne!... Cuda nam opowiadano o wasszych bitwach... Niejeden z nas tu płakał z radości i zazdrości!...
— Tak!... Rozmaicie bywało!... Powiemy o wszystkiem, potrochu wszystko opowiemy!...
— A łupy gdzie? — Są, ale małe... Żołd nam wypłacono srebrem i złotem, lecz Beniowski go rozdał...
— Rozdał?... Jakże to?
— Zawsze tak!...
— Nie bójcie się, nie skrzydzi was!...
— Głowacz!... Co prawda, to prawda!... Bez niego nicby nie było!... O mało nas przecie nie zmięli w powszechnem zamieszaniu... On dopiero nas zebrał i wyprowadził na bok z zamętu!...
— Ba! Znamy go!... Wojak!...
— Nieulękła dusza, lwie serce!...
— Stary wyga!...
— Ojciec nasz!... Bez niego nicby nie było!... Hurra!...
Co chwila wybuchały przeróżne okrzyki w zmieszanym tłumie.
Beniowski tymczasem, nie schodząc z konia, słuchał Chruszczowa, który, położywszy lewą rękę na łęku siodła i podniósłszy do góry swoją białą brodę, mówił i mówił bez końca.

Wzrok Beniowskiego tymczasem ślizgał się po rzeszy, która obstępowała zakurzonych strzelców. Byli tam marynarze i oficerowie załogi, były okrętowe niewiasty, byli brunatni robotnicy oraz goście krajowi, były miejscowe zalotnice z wachlarzami w rękach, z ogromnemi srebrnemi kolcami w uszach, opasane jaskrawemi płachtami materyj poniżej nagich, stożkowatych, jędrnych piersi.
— Jakże się ma Nastazja? — spytał nagle po francusku Beniowski Chruszczowa.
— Dobrze się ma!... Owszem lepiej!... — odrzekł ten, zdejmując rękę z siodła i oglądając się za siebie.
— Nie widzę jej!...
— Ha!... Nie wiem!... Chodziła, cały czas chodziła tutaj po brzegu! Sam widziałem...
Beniowski pochylił nad karkiem konia schmumiałą twarz i zsiadł z siodła.
— Jak się wszystko uspokoi, rozdasz przywiezione złoto i srebro między całą osadę.
— Między tych, co byli, i tych, co nie byli?...
— Tak!... Podzielisz równo, nawet niewiast nie opuścisz... I to też im oddasz!... — dodał, wyjmując z sakwy siodła skrzyneczkę z podarowanem mu złotem i diamentami.
Chruszczow odszedł trochę zakłopotany dziwnym rozkazem, a Beniowski udał się do swego namiotu, gdzie już czekał nań miejscowy niewolnik z naczyniami z wodą do mycia i świeżemi szatami.
Ledwie zdążył się przebrać i posilić, gdy przyszła deputacja od ogólnego zgromadzenia, prosząc, aby zatrzymał część złota i drogich kamieni, ofiarowanych mu przez Huapę, gdyż załoga wzdraga się przyjąć tak kosztowną ofiarę. Jednocześnie wysłańcy powtórzyli powszechną prośbę, iżby Beniowski pozostał z nimi na wyspie i założył niezwłocznie potężną kolonję, ku czemu wszelkie są warunki, a takoż czemu sprzyja niezmiernie odniesione teraz zwycięstwo i wielka za nie wdzięczność i życzliwość tubylczej powszechności.
— A co do europejskiej protekcji, to nic łatwiejszego, jak w upatrzonej porze wyprawić delegatów z propozycjami do jakowego potężnego mocarstwa!... — zauważył w końcu przemówienia Stiepanow.
Zżymnął się Beniowski i, udawszy się niezwłocznie na zgromadzenie, tak przemówił:
— Miło mi bardzo, iż pamiętaliście o mnie, lecz proszę was, przyjmijcie mój dar, którym pragnę wyrazić wam przy końcu tej naszej podroży całe moje serdeczne uznanie dla waszego męstwa, zapału i posłuszeństwa. Wielekroć przekonaliście się sami, że bez tego nie powiodłoby się nam nietylko uwolnić z więzów kamczackich, lecz takoż po wielekroć razy nie uszlibyśmy zagłady, która już zaglądała nam w oczy... Wierzcie mi, że, to tylko mając na uwadze, nastaję, abyśmy doprowadzili do końca rozpoczęte przez nas przedsięwzięcie. Już nie mówię, że uzyskanie protektoratu państwa nie jest łatwą rzeczą i dokonane przez delegację mogłoby nie tak pomyślnie wypaść, jak to sobie wyobrażacie, gdyż rozbudzona chciwość komersantów zapragnęłaby na pewno zupełnie zawładnąć zdobytemi już przez nas owocami. Wiadomo, iż przez posły wilk nie syty!... Wywiedziawszy się przez naszych delegatów wszystkiego, co im trzeba, wysłaliby jedynie okręty dla zawojowania nas i całej wyspy... Tyle mielibyśmy nagrody, iż pomordowanoby tych, coby się opierać chcieli lub nie wydawali nowym panom swego dobytku... Co innego, gdy, przedstawiwszy nasz plan, wykażemy znajomość krajów i spraw do tego potrzebną, nie dając więcej wiadomości owym mocarstwom nad to, co niezbędne jest dla pozyskania ich wiary i omówienia warunków... Nareszcie sam widok was, którzy tyle pokonaliście niebezpieczeństw, inaczej usposobi do naszego przedsięwzięcia mocarstwowych statystów i ministrów, niż blady wykład delegacji. Zaiste naiwnym trzeba być człowiekiem, aby tak ważne sprawy załatwiać zdaleka... Żadną więc miarą nie mogę dać wam swego przyzwolenia. Róbcie, co chcecie, ale bez mej zgody i mego udziału, gdyż czy z wami, czy z najemnymi Chińczykami, czy z innymi marynarzami na tym lub innym okręcie ja do Europy dotrzeć postanowiłem, aby obaczyć się wreszcie z dawno porzuconą rodziną i uporządkować moje sprawy majątkowe... Powtarzałem wam to już tysiąckroć razy i, zamiast świadczenia mi swych uczuć w pustych wyrazach, pomoglibyście mi raczej do osiągnięcia upragnionego celu, co i wam na korzyść wyjdzie, jak to już wam wykazałem. Pomyślcie więc i dziś jeszcze wieczorem dajcie mi odpowiedź!
Skończył i, kiwnąwszy głową zebranym z pewną oschłością, odszedł w stronę szałasu Nastazji.
Dziewczyna wpółleżała na wygodnem krześle, mając na kolanach księgę „Żywotów Świętych“, darowaną jej niegdyś przez Chruszczowa, pięknie iluminowaną, a dobrze znaną Beniowskiemu jeszcze z Bolszej. Na szelest kroków podniosła opuszczone powieki i spojrzała zmęczonym wzrokiem na stojącego u progu.
— Jak się masz, Maurycy!... Wróciłeś nareszcie!...
— Wróciłem. Czyż nie wiedziałaś?... — Owszem, domyślałam się z okrzyków, a potem powiedziano mi...
— Jednakże... nie wyszłaś!... Czyż jesteś tak chora?...
— Nie, nie jestem... owszem...
Milczeli przez długą chwilę.
— Więc co?... Więc o co ci chodzi?...
— Bijesz murzynów!... — odrzekła z pewną cierpkością. — Pomagasz temu niecnocie Huapie, ciemięzcy i łupieżcy, o którym mi tu najgorsze opowiadają rzeczy...
— Któż to ci opowiada? Bo jeden Hiszpan, o ile wiem, włada tutejszym językiem...
— Znaleźli się tacy... Nie o to zresztą chodzi!... Słyszałam, że chcą cię zrobić wice-rojem tutejszym, że całą załogę mają obdarzyć włościami. Będziecie mieli poddanych i niewolników.
— Ależ doprawdy, któż ci to mówił?...
— Sami mi mówili marynarze. Nawet Chruszczow potwierdził!...
— Szkoda, że ci nie dodał, iż najdalej jutro wieczorem w dalszą ruszamy drogę...
— Doprawdy!... — zawołała radośnie, podnosząc się i przysiadając.
— Że jeżeli nie wszyscy, to przynajmniej ja z kilkunastu stronnikami oraz... łudzę się nadzieją, że... z tobą... w dalszą puścimy się podróż... Mam wszakże niepłonną pewność, że wszyscy ustąpią. Znam ich przecie!
— Więc znowu bunt! — spytała cicho.
Przysiadł obok niej na małym z korzenia wyrobionym stołeczku i opowiadał szczegółowo ostatnie zajścia, żądanie załogi, wyprawę swą z Huapą, spory i pertraktacje z królem i z Hapuasingą, któremu uratował życie oraz tron, wreszcie ponowne prośby załogi, iżby tu pozostał dla założenia kolonji, i swoją im na to odpowiedź.
Skończył i, nie puszczając jej drżącej ręki ze swej dłoni, patrzał na nią tkliwie i szczerze, jak dawniej.
— Jak to dobrze, Maurycy, jak to dobrze!... A ja myślałam... mówiono mi... — szeptała cicho i gorączkowo.
— Widzisz! jak mało mi ufasz!?
— Ach, nie to! Ludzie nawet silni często ustępują pokusom, mylą się!... Bałam się, Maurycy... i... wciąż się... boję... o moje... marzenie... o moje jedyne w życiu... Nic mi już nie zostało... — urwała wstydliwie i pochyliła głowę, aby ukryć nabiegające pod rzęsy łzy. Ale wnet podniosła ją, zaczęła głosem pełnym stanowczości i zapału: — Bo widzisz, gdybyśmy tu zostali, gdybyś został tym tam wielkorządcą, a ci wszyscy grubjańscy majtkowie twoimi wasalami i zaczęli rządzić ludźmi i osadami, które dostaliby w poddaństwo, to co stałoby się z wolnością, dla której przecie uciekliśmy?... Czyż można założyć kolonję, gdzie panuje wolność, równość, sprawiedliwość, mając w rozporządzeniu swem niewolników?... Nawet najlepsi zwolna staliby się tyranami, podobnymi do tych, od których uciekliśmy...
— Sam o tem myślałem. Choć, czy nie przypuszczasz, że starałbym się o złagodzenie tutejszych obyczajów pod memi rządami!?
— Nie wątpię, jednak... lepiej uciekajmy!...
— Zresztą to już postanowione i dla wielu innych względów... Lecz znowu boli mię, że tak mi mało ufasz!
Spojrzała nań tak smutno a tkliwie, że oczy zaszły mu nagle łzami. Powstał i, pochyliwszy się, chciał ją ucałować, lecz odwróciła usta i szepnęła, podstawiając policzek:
— Jeszcze się ode mnie zarazisz moją... złą gorączką!... Doktór powiedział, że mam suchoty!
— Do widzenia więc, kochana, do jutra!... Muszę już iść!... Więc do jutra!... Bądź zdrowa!
Gdy wyszedł, zakryła twarz rękoma i zalała się już dowoli rzęsistemi łzami.
Tak płaczącą zastał Bielski, lecz miasto ją pocieszać, obrócił się cicho na palcach i wyszedł niepostrzeżony.
W tym czasie wracającemu do siebie Beniowskiemu zastąpił drogę Stiepanow i, ukłoniwszy się grzecznie, poprosił:
— Dość już mam kłótni i swarów... Niemało zrobiłem wam wszystkim, a szczególniej tobie, Maurycy, przykrości!... Pragnę zacząć nowe życie. Wszystko dawniejsze umarło już dla mnie... Niema już Panowa!... Bądź więc do końca wspaniałomyślnym względem mnie i pozwól mi zostać tutaj. Tutaj wśród tych ludzi mało mi znanych, z którymi żadne jeszcze nie dzielą mię zawiści i gniewy, odrodzę się. Będę, jak marzyłem w młodości, dobrym i wyrozumiałym, zostanę ustępliwym i czułym... tak mi ciężą wady moje, Maurycy... Pomóż mi!... Wszak i ty znałeś mię innym...
Umilkł szczerze wzruszony. Beniowski podniósł opuszczone powieki i utkwił ciężkie spojrzenie w niespokojnej twarzy oficera, poczem odpowiedział z namysłem:
— Owszem!... Pragnę bardzo, abyś się zmienił i chętnie ci w tem dopomogę. Pamiętasz pewnie, jak lubiłem i ceniłem cię dawniej. Ach, gdybyś istotnie został owym dawnym, gdybyśmy mogli odtąd iść ręka w rękę?... Tyle pracy, tyle świetnych spraw nas czeka! Ale zbyt jest ważnym dla nas stosunek dobry z tutejszymi wyspiarzami, bym mógł decydować o twojem tu pozostaniu samodzielnie. Coby powiedziano mi, gdyby znowu uniosły cię namiętności i gdybyś znowu przez jaki czyn nierozważny narobił tu sobie i nam wrogów. Muszę więc prośbę twoją przedstawić do osądzenia zgromadzeniu...
— Odmówią!... — bąknął cicho Stiepanow. Ale... zawsze dziękuję ci!
Zwiesił jeszcze niżej opuszczoną głowę i odszedł wolno w stronę szałasu Nastazji.



LI.

Po burzliwych i długich obradach, od udziału w których Beniowski stanowczo się usunął, powszechne zgromadzenie wyniosło rezolucję, postanawiającą wyjazd niezwłoczny. Baturin w imieniu załogi zaniósł ją Beniowskiemu, wyrażając jednocześnie podziękowanie ogółu za wszystko, co dla niego Beniowski uczynił: za jego pieczę o wspólne dobro, za sprawiedliwość, stanowczość i zarazem wyrozumiałość w postępowaniu z podwładnymi ludźmi, za trudy i kłopoty, których nie żałował z narażeniem życia. Powiedział, że załoga ponawia mu swoją przysięgę ślepego posłuszeństwa i zgadza się zawczasu na wszystkie jego plany i zamiary. Powtórzył raz jeszcze prośbę załogi, aby Beniowski przyjął od nich część wspaniałomyślnie darowanego złota i kamieni.
Podał je przy tych słowach Beniowskiemu z wielką czcią w tej samej szkatułce, w jakiej ofiarował je mu Huapo. Beniowski bardzo się rozrzewnił, szkatułkę przyjął, poczem przedstawił żądanie Stiepanowa.
Wszczęły się znowu burzliwe debaty, które zamieniły się rychło w swary i zagroziły ponownym rozłamem. Zwolennicy Stiepanowa krzyczeli już, że plują na wszelką rezolucję, że zostaną tutaj, bo im się tak podoba, i że siłą zatrzymają to, co im się z okrętowego sprzętu należy. Już nawet część ich rzuciła się po broń, stojącą w kozłach pod namiotem Beniowskiego, a przeciwnicy ich pobiegli za nimi z przekleństwami i nożami w ręku, gdy nagle Stiepanow dał znak, że chce mówić:
— Wobec tego, co tu się dzieje, zrzekam się mego zamiaru — rzekł szlachetnie. — Jadę do Chin i proszę jeno o pozwolenie powrócenia tu przy pierwszej okazji. Proszę też, aby odjazd nasz został odłożony jeszcze na dni kilka, abyśmy wszyscy po niedawnych trudach wojennych mogli dobrze wypocząć oraz zawiązać tutaj przyjacielskie stosunki, tak bardzo potrzebne nam dla przyszłych naszych zamiarów!
Na wszystkie te punkta Beniowski się zgodził i załoga resztę dni pobytu swego na Formozie spędziła na wycieczkach w głąb kraju, na miłostkach z pięknemi Formozkami, na ucztowaniu oraz na uczeniu się tutejszego języka. Beniowski ze słów don Hieronima, który bywał codziennie w obozie gościem, opisał w krótkich wyrazach ciekawą zewszechmiar wyspę, jej mieszkańców, jej stan polityczny i gospodarczy, jej urządzenia i obyczaje. Wypracował również znakomite prawidła, według których, jego zdaniem, powinny być urządzone na tej wyspie i wogóle w krajach cudzoziemskich kolonje europejskie.
Pisał więc w tej sprawie, że:
1) „Przed założeniem każdej osady wypada najpierw rozważyć, czyli rząd jej na sile czyli na handlu zasadzać się będzie, i nadto, jakowy handel większe dla niej przyniósłby korzyści: czyli handel zamiany, czyli ekonomiki lub przemysłu.
2) „Przy zakładaniu osady należy wprzód zjednać sobie życzliwość, zaufanie i przychylność krajowych mieszkańców. Tym jedynym oni sposobem ujęci od kolonistów, sami im dopomogą do opanowania gruntów i okolicy, w której osiąść pragną, a wówczas z łatwością przyjdzie i oswoić ich z swojemi prawami i skłonić ich do takiego handlu, jaki jest w zamiarze. Wtedy jeszcze i ta największa korzyść: nie wypadnie potrzeba utrzymywania sił znacznych, które wiele kosztują, dla zasłony i obrony osady od wrogich zamachów.
3) „Kiedy kolonja ma się wspierać na zasadach siły zbrojnej, tej bodźcem powinna być jedynie sława i honory. W tym bowiem tylko jednym przypadku rozszerzy ona swoje podbicia i lękać się nie będzie, aby od kogo podbitą została.
4) „Siedlisko na stolicę osady wybrane powinno być zdrowe i niczego opuścić nie trzeba dla zapewnienia tej korzyści tak istotnej dla życia ludzkiego.
5) „Konieczną jest potrzebą, dobrym sposobem, czy orężem zająć najlepsze dla okrętów stanowiska i grunty jak najżyźniejsze, zabezpieczyć sobie nareszcie żeglugę i komunikację na przedniejszych rzekach, a to wszystko w celu podgarnięcia wszelkich odnóg handlu i posunięcia rolnictwa do najwyższego stopnia, iżby zapomocą tych dwu jedynych środków przemysł i rękodzieła kwitnącemi uczynić.
6) „W zakładaniu jeszcze osady unikać należy owych regularnych, długiej pracy i wielkiego kosztu potrzebujących fortyfikacyj. Najmocniejsze zaś twierdze budować wypada wewnątrz kraju, przeto by uniknąć owych nagłych i niespodziewanych napadów, które najprędzej ruiną grożą. Przy zachowaniu tej ostrożności, niema się czego od obcych lękać osada, i utrzyma się dłużej, niż inna, przy zdobytej przez siebie prowincji, i chociaż nieprzyjaciel oną napadnie, chociaż podbije nadbrzeżną jakową fortyfikację, daleko mu jeszcze do tego, by snadnie w takowym razie opanował całą krainę.
7) „Powinna być liczba jak najmniejsza w osadzie Rad i Kantonów, tudzież osób je składających. Tyle ich tylko używać należy, ile nieodbitą jest potrzebą do prowadzenia interesów kolonji.
8) „Zbytek wszelki surowo ma być z niej wygnany. Znaki jednak dystynkcji, podług rozmaitych klas obywateli, którzy kolonję składają, ustanowić należy, gdyż niechaj kto co chce mówi, jedyny to i najlepszy sposób zachęcenia i wzniecenia emulacji.
9) „Nie może być inaczej przemysł zachęcony, jak gdy prócz honorowej nagrody, wszystkie podadzą się kolonistom sposoby do sprzedaży swoich produktów albo li też towarów. Gotowizna wówczas, zasilając rolnika i rękodzielnika, przez odbyt pracy rąk jego zwróci się zawsze do rządu przez rozmaite zamiany.
10) „Zapewnić należy wolność wyznania. Szczęśliwy kraj każdy, gdzie panuje tolerancja obok części jednego Boga.
11) „Protekcja praw bronić i zapewniać powinna los niewolników i nadto ułatwić tej klasie ludzi nieszczęśliwych sposobność, ażeby zapomocą pracy i przemysłu dojść w pewnym czasie mogli do stopnia wolnych obywateli.
12) „Że ludność jest największą zasadą siły i potęgi każdego narodu, a tem bardziej osady, należy rządowi nietylko jej pomagać, ale zachęcać ją, chociażby to nawet i kosztować miało. Prawa zaś przestrzegać powinny onej całości. I tak obok najsroższych kar przeciwko rozwiązłości i rozpuście trzeba przewilejami a nawet gratyfikacjami nagradzać rodziców, którzy z swego małżeństwa pewną liczbę synów spłodzą...“
Dalej szły warunki, według których Beniowski podejmował się jakiemu europejskiemu mocarstwu założyć na wyspie Formozie osadę. Wszystko to Beniowski zawczasu obmyślił i przygotował wobec zbliżającego się przybycia do portów europejskich.



LII.

W poniedziałek, 12 września, przy lekkim wietrze wschodnim „Ś-ty Piotr i Paweł“ opuścił port formoski.
Pogoda sprzyjała i żegluga w początkach była przyjemna. Beniowski postanowił płynąć wprost do Makao, największej naówczas na tych wodach faktorji europejskiej. Lecz w parę dni potem pogoda zepsuła się, spadły rzęsiste deszcze i gęsta mgła otuliła morze.
Osłabł zapał w załodze oraz zepsuł się humor. Wszyscy dość mieli włóczęgi i wyglądali z utęsknieniem brzegów portugalskich, które uważali za ostatnią swą przystań.
To też radość była powszechna, gdy 15 września o świcie znalazł się niespodzianie „Ś-ty Piotr i Paweł“ wśród mnóstwa statków rybackich. A były statki te tak podobne do japońskich, że myśleli żeglarze, czy nie zmylili jakim trafem drogi i nie wrócili zpowrotem do brzegów Niponu. Skoczył więc Sybajew obudzić Beniowskiego. Ten wyszedł pośpiesznie i roześmiał się.
— Chińczycy!... — rzekł. — Rzucić zaraz ołowiankę!... Tu płytko, widzicie, jak woda mętna i żółta!...
Sonda jednak pokazała trzydzieści sążni, a pęd wody jednocześnie tak wielki, że statek z trudnością mu się opierał. Kazał więc Beniowski zawołać na Chińczyków, aby pod pozorem kupna u nich ryby dowiedzieć się, gdzie się statek znajduje i czy niema wpobliżu jakiej dogodnej przystani dla zatrzymania się i zaopatrzenia w wodę.
Na dany znak podpłynęli rybacy w wielkiej liczbie i z ochotą sprzedali wszystką nałowioną rybę za dwanaście piastrów.
Dwu z nich mówiło po portugalsku. Zaczął namawiać ich Beniowski, aby retmanili mu do Makao. Podjęli się tej posługi za sto piastrów, lecz prosili, aby przedtem pozwolono im udać się na brzeg po suknie.
Beniowski puścił jednego, a drugiego zatrzymał w zakładzie. Statek, prowadzony przez Chińczyka, zawinął do małej zatoczki i stanął na głębokości ośmiu sążni.
Nazajutrz, gdy wrócił drugi retman, podniesiono kotwicę i ruszono za radą krajowców do Tana-soa, gdzie mandaryn miał być bardzo ludzki, światły i dobrze dla Europejczyków usposobiony.
Przybyli do Tana-soa nad ranem. Mandaryn istotnie przyjął ich dobrze i kupił nawet potajemnie sto pięćdziesiąt skór niedźwiedzich i trzysta sobolich za trzy baryły piastrów. Ekwipaż takoż otworzył z mieszkańcami zyskowny handel resztkami futer, jakie jeszcze ten i ów posiadał.
Płacono za nie bardzo dobrze i wszyscy żałowali, iż wyzbyli się swych zapasów, a jeszcze bardziej tych skór, które spleśniały i zgniły.
Od rana do nocy statek otoczony był krajowemi sampamami, z których bił przykry odór i leciał nieustanny wrzask chińskich rozmów oraz kłótni. W nocy zaś podpływały oświetlone kolorowemi lampionami statki z nierządnicami.
Od tego zaduchu, nadużycia mocnych napojów i rozpusty wielu z załogi pochorowało się, a od złej wody i owoców wszyscy prawie dostali biegunki.
Meder nastawał na Beniowskiego, aby co rychlej odbijał od tego zdradliwego brzegu.
— I ze względu na Nastazję też trzeba się śpieszyć! — dodał Bielski. — Znowu leży, gorączkuje, a już miała się lepiej!
Kazał Beniowski gotować się do podjęcia kotwicy, a sam poszedł do Nastazji. W półmroku kajuty wychudła twarz chorej bielała, jak lampa alabastrowa, oświetlona słabem światłem; szeroko otwarte, czarne od ognia wewnętrznego oczy zdawały się nie poznawać Beniowskiego, a płonące jak krwawe tulipany usta szeptały:
— Na Boga... na Boga!... Pogódźcie się, pogódźcie... Już blisko... Zniknę... zniknę... Zgorzeję!... Och, duszno... duszno... Maurycy... gdzie jesteś?...
Usiadła, poznała go i wyciągnęła ręce z przejmującym krzykiem:
— Aha, przyszedłeś!... Chcę, żebyście się pogodzili... uściskali w moich oczach... które niedługo zamknę...
— Co znowu?... Będziesz żyła! Makao już blisko! Tam lekarze znakomici wezmą cię pod swoją opiekę. Wygody i lekarstwa wrócą ci siły...
— Nie, nie... nie łudź mnie i siebie!... Czuję koniec! Chcę, żebyście się uściskali zaraz...
— Uściskali? Ale z kim?...
— Ze Stiepanowem...
— Bardzo chętnie, ale widzi mi się, że on znowu się zmienił... Nigdy niema z nim żadnej pewności i to najgorsze!
— Chcę, chcę... Kochany, nie odmów mi! Tyle mam na sumieniu!
— Dobrze, ale nie dziś! Zaraz podnosimy kotwicę, moc zajęcia!... Muszę pilnować tych Chińczyków, są między nimi często piraci... Jutro więc...
— Jutro... tak, tak... jutro... Aha, aha... Książę pan... złote włosy... „To nie... śniegi w... polu... bieleją...“ — zanuciła nagle cichutko, padając znowu na poduszki. — Powietrza, powietrza!... duszę się... Maurycy... Maurycy... otwórz okno!... To ty... ach nie!... Ojcze, ojcze... znowu przychodzisz mię dręczyć... — majaczyła żałośnie.
— Wystawićby ją z łożem na pokład. Istotnie tutaj gorąco i duszno!... — radził Beniowski Bielskiemu.
Podczas gdy wezwane niewiasty szykowały posłanie na pokładzie i rozciągały nad niem osłonę przed słońcem, załoga gotowała się do rozpięcia żagli; czekano wszakże na gromadkę maruderów, którzy pili w szynkach na brzegu pod wodzą Stiepanowa.
Daremnie wzywano ich sygnałami na statek; wreszcie Beniowski wysłał po nich Chruszczowa z kilkoma chińskimi policjantami, których udzielił mu mandaryn za sowitą zapłatę.
Z trudem zapędzono do łodzi i wciągnięto następnie na pokład podpiłych i rozwydrzonych mocno żeglarzy.
— Psia jego mać!... nie poddani my jego... psia jego mać... Nie chcemy i basta!... I co nam tu zrobi!... Nikt nam nic zrobić nie może!... Sami sobie my teraz panowie!... Raz zrzuciliśmy jarzmo... plunęli na wierną... przysięgę! — wołali jeden przez drugiego.
Chmurny Stiepanow patrzał zpodełba na to, co się wokoło działo, i milczał, aż wzrok jego padł na szykowany dla Nastazji namiot. Wtedy nagle twarz zakrył i zalał się łzami.
— Zgubił ją, zabił ją!... Ach, zbrodniarz niegodziwy!... — szeptał wśród nieprzytomnych łkań.
Nie chciał odejść od burty bliskiej do namiotu, że go musiano stamtąd gwałtem odciągnąć, aby nie straszył i nie trwożył chorej.
Rozpięto wreszcie żagle i statek wypłynął na otwarte morze. Tu szybował na południe przy pomyślnym wietrze wśród rojów statków rybackich, rozrzuconych po modrej gładzi wód. Aby uniknąć ciągłego ich omijania, konieczności pomiarów głębizny a takoż dla sprostowania drogi, kazał Beniowski nawrócić statek bardziej w Ocean, lecz skoro ziemia niknąć z oczu zaczęła, przestraszeni Chińczycy-retmani dowodzić jęli, że tam dalej niebezpieczne grożą im prądy, że płynąć też należy wzdłuż samego brzegu dla skutecznej ucieczki do portu w razie wybuchu tajfunu, że w szczerym oceanie grasują piraci...
Straszyli, jak mogli. Śmiał się z ich ostrzeżeń Beniowski, ale w załodze posłuch znaleźli, i wkrótce szła do Beniowskiego deputacja z Trofimowa, kozaka Gałki i urzędnika Sudejkina.
A że nastała przedwieczorna pora i wiatr zcichł zupełnie, kazał Beniowski dla uniknięcia waśni zarzucić narazie kotwicę.
Nocy tej żona Czurina powiła dziecko, lecz gorzej od bolesnych jęków niewiasty spać nie dawały załodze wrzaski z morza, gdzie setki chińskich płynęło statków.
Myślał Beniowski, że to rybacy, o wschodzie słońca dostrzegł wszakże, że to potężna flotylla, na czele której płynął ogromny okręt złocony, okryty chorągiewkami barwnemi bezliku. Retmani chińscy wyjaśnili, że ta flota płynie z Kantonu, wioząc stamtąd dochody do Pekinu. Narachowano w niej sto dziewięćdziesiąt okrętów.
Cała załoga wyległa przyglądać się temu niezwykłemu a cudnemu widowisku, i nawet chora Nastazja uniosła się na posłaniu i długo wiodła oczami za złotem widziadłem okrętu.
Od zaduchu wszakże bagnistych brzegów, od zapachu gnijącej morszczyzny znaczna część ekwipażu zapadła na gwałtowną gorączkę.
Leczył ją Meder za poradą Chińczyków odwarem pomarańczy z cukrem i imbirem. Sam Beniowski też zległ, musiał wszakże rychło podnieść się, choć niezupełnie zdrów, i pośpieszyć na pomost, gdzie Stiepanow wszczął zwadę z jego zastępcą, Chruszczowem.
Zobaczywszy Beniowskiego, jął go Stiepanow w oczy lżyć, jak za dawnych czasów. Był jak w obłędzie od wódki i wściekłości; to chciał sam skakać do morza, to nakazywał swoim stronnikom rzucić tam Beniowskiego. Szczęściem nadbiegli Sybajew i Urbański ze swymi ludźmi, pochwytali wichrzycieli a Stiepanowa związali.
Znów na noc trzeba się było zatrzymać u wysp, zwanych „Złodziejskiemi“, gdyż Chińczycy nie chcieli nocą płynąć do Makao, które zapowiadali, że jest niedaleko.
Wstał wreszcie tak długo oczekiwany dzień. Różową zorzą zapłonił się lazur nieba i lazur wód. Niezmierzona roztocz morza ledwie kołysała się w podmuchach łagodnego wiatru. Wydęte żagle niosły okręt bez kołysania. Nikły za nim porzucone wysepki, zamieniając się w fioletowe chmurki, aż trysły nagle na wschodzie złote strzały słońca i wspaniałe koło jego wyleciało z pod krypty oceanu, jak pocisk ognisty. Zaiskrzyły się fale złotemi łuskami, zamigotały płomiennie dwie smugi piany okrętowego śladu. Para albatrosów z przenikliwym krzykiem zawisła nad niemi.
Okręt myto, szorowano, czyszczono, gotując się do godnego przybycia do znakomitego portu. Beniowski obchodził pozycje statku i często przez szkła poglądał na mglistą smugę dalekiego lądu. Szli wprost ku jego cyplowi.
— Oma!... — powiedział wreszcie Chińczyk, retman stróżujący na dziobie.
— Miasto!... Duże miasto! — zawołano z bocieńca. Beniowski znowu szkła przyłożył do oczu, gdy przypadł doń Bielski, wołając:
— Chodź, chodź!... Nastazja prosi!... Chodź zaraz!...
— Cóż takiego?...
— Widzi mi się, że odchodzi!...
— Na Boga!... Co mówisz?...
Rzucił wszystko i pobiegł w stronę namiotu a za nim wszyscy prócz wachtowych i Chińczyka.
Widząc ich biegnących, chora próbowała się podnieść z poduszek, ale nie mogła, uśmiechnęła się tylko miło, z wysiłkiem i głową skinęła.
— Beniowski... chciałam cię prosić... żebyś puścił tego... tam... tu do mnie... żebyś zrobił... coś obiecał... wtedy... — mówiła tak cicho, że Beniowski musiał się nachylić, aby zrozumieć jej słowa.
— Lękam się, że uczyni jaką nieprzystojność, a ty, droga, potrzebujesz spokoju...
— Nie, nie... Nikt mi... już... nic... zrobić... nie może!... Umieram... Niech zapalą gromnicę... Upewniam cię... że i on nic... nie zrobi... Ach, duszno!... Jakże duszno!... Duszę się!... Dajcie gromnicę!...
— Przyprowadźcie Stiepanowa!... — rozkazał Beniowski drżącym głosem.
Wtem Nastazja, zakasławszy się strasznie, padła na wezgłowia, robiąc jednak znaki rękami, aby ją dźwignięto; oczy wychodziły jej z orbit i napełniały się łzami, podczas gdy wzdęte i wstrząsane piersi gotowały, zda się, wyplunąć serce w strasznym kaszlu.
Z jednej strony Bielski, a z drugiej kamczadalska służebnica dźwignęli ją ostrożnie razem z poduszkami.
Meder podał jej lek łagodzący na łyżeczce. W tej chwili wszedł na pokład Stiepanow, brzęcząc kajdanami.
Wzdrygnęła się i wyprostowała chora, spojrzała zamglonemi oczami na Beniowskiego i na winowajcę.
— Rozkuć go, zaraz go rozkuć!... — szepnął Beniowski do Kuzniecowa.
Minął atak duszności i znowu Nastazja oparła się o wysoko ułożone wezgłowia; blada jej twarz znowu promieniała cichą błogością.
— Darujcie, panie!... zbliżcie się! — rzekła cicho, wyciągając rękę do Stiepanowa, który stanął z opuszczoną posępnie głową przy jej łożu. — Dajcie mi dłoń waszą... Darujcie, że byłam mimowolną przyczyną cierpień waszych... ale... oto... umiera już to, co rozdzieliło was z przyjaciółmi waszymi!... Bóg świadkiem, że w duszy miłowałam was narówni z innymi dla waszych niezasłużonych mąk... Czyż nie widziałam, jak szarpała się szlachetna z przyrodzenia lecz... burzliwa dusza wasza w wiecznej rozterce... Jest to udziałem nas śmiertelnych... Teraz, gdy odchodzę... ginie... jedna z przyczyn... ostatnia... Inne już znikły, gdyż oto, tam... wolność!... — mówiła coraz ciszej, wskazując bladą ręką na europejskie budowle, błyskające szkłami okien, na śpiczaste wieże kościołów, na mury fortec, wyrastające na ozłoconym słońcem brzegu. — Znowu... nadchodzi!... Jakże mi serce bije!... Daj rękę, Stiepanow... Beniowski, daj rękę... Pogódźcie się... Bądźcie braćmi... jak jesteście nimi z ducha przez... upragnienie... sprawiedliwości... i... wolności... Ach, prędko, prędko, bo krótkie są chwile moje... Gdzież jest gromnica?... Pogódźcie się... tu w obliczu mej śmierci!...
Stiepanow padł na kolana i ukrył łkającą twarz w opończę umierającej.
Beniowski po drugiej przyklęknął stronie.
Połączyła ich wyciągnięte ponad łożem ręce.
— Nie płaczcie... nie płaczcie! — szeptała. — Tam wolność, Maurycy... Tam wolność!... Wszystko się spełniło... jakeśmy marzyli... I jam... wolna... żyć będę w... waszej pamięci... Wgórze... modlić się będę przed tronem... za was... za powodzenie...
Pochyliła głowę i gasnącym wzrokiem śledziła miasto, które rosło, potężniało, otoczone lasem nieprzeliczonych masztów, mgłą okrętowych olinowań, uwieńczone kolorowemi banderami, powiewającemi z dumnych murów twierdzy.
Już widać było paszcze armat zwróconych na morze i figury żołnierzy w złotych hełmach na zębatych strażnicach.
— Grom...nicę!... Boże, bądź miłościw mnie... grzesznej... — szepnęła raz jeszcze umierająca.
Wetknięto jej w omdlałe ręce grubą świecę woskową, której blady płomyk wydawał się ulatującą z ust jej gwiazdą.
— Powie...trza!... Tchu!... Przestwo...rza!... Prze...stwo...rza!... — szeptała ledwie dosłyszalnie.
Na dany przez Medera znak zdarto zawieszony nad chorą namiot.
Chruszczów przerywanym głosem zaczął czytać modlitwę za konających. Załoga padła na kolana, a z dwu stron łoża umierającej klęczeli, pochyliwszy zalane łzami twarze i nie patrząc na siebie, dwaj nieprzyjaciele — nie śmieli ruszyć się, nie śmieli rozłączyć swych splecionych nad jej ciałem a przytrzymywanych przez nią rąk.
Ona już nikogo nie widziała, z jej ust płynęła koralowa struga krwi, a słupiejące oczy obróciły się ku błękitowi nieba.

Paryż, 22 kwietnia 1914 roku.
KONIEC.


Przypisy

  1. W pamiętnikach Beniowskiego zapisane błędnie: fiassi to Holand, fiassi to Sindzy!... Powinno być: waa-szi to Holand waa-szi to Szin-dżi!...
  2. Namu-Amida-Butsu. Zapisane w pamiętnikach — Namandabuz.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.