Przechadzki po mieście (Poznaniu), część V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Marceli Motty
Tytuł Przechadzki po mieście (Poznaniu), część V
Wydawca Drukarnia Dziennika Poznańskiego
Data wydania 1891
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
PRZECHADZKI
PO MIEŚCIE
(POZNANIU).
Przechadzki po mieście, Marceli Motty, cz.5, detal.png
CZĘŚĆ V.
Abecadlnik page0003a with opacity.png
ODBITKA Z DZIENNIKA POZNAŃSKIEGO.
Przechadzki po mieście, Marceli Motty, cz.5, detal 2.png
POZNAŃ.
NAKŁADEM I CZCIONKAMI DRUKARNI DZIENNIKA POZNAŃSKIEGO.
1891.





Nagabywałeś mnie już kilka razy, panie Ludwiku, abyśmy tę naszą Odysseę poznańską, przed trzema laty rozpoczętą, wreszcie skończyli; słuszne twoje żądanie, bo wszakże rozsądni ludzie, gdy coś zaczną, powinni rzecz swoją do normalnego końca doprowadzić. Wstrzymywały mnie od tego dość długo różne przeszkody, z których ci się tłumaczyć nie będę, ale dzisiaj jestem na twoje rozkazy, jeśli ochota, zwłaszcza że to Niedziela i ważniejsze obowiązki na nas nie ciężą. Dobrze, iż cię chwytam przy farnym kościele, bo, ile pamiętam, pożegnaliśmy się przeszłego roku niedaleko ztąd, wychodząc z starego gimnazyum i możemy jeszcze chwilkę pobawić na Gołębiéj uliczce. Zaraz naprzeciwko widzisz tę czcigodną naszą Farę, którą niedawno temu dość pokaźnie z przodu wyświeżono; najmilszy to dla mnie ze wszystkich poznańskich kościołów, bo się z nim łączą wspomnienia moich lat najmłodszych, kiedym tu codzień, z książkami pod pachą, o wpół do ósméj z rana biegł, aby się nie spóźnić, a po mszy skończonéj maszerował w rzędzie pomiędzy ławkami z pewną pysznością, że się ludziom jako gimnazyasta przedstawić mogę. Był też to owemi czasy kościół, jeśli mi tak wolno mówić, najmodniejszy; cały beau monde poznański i przyjezdny składał tu dowody swojéj pobożności; teraz podobno kościół franciszkański jest w większéj u niego łasce. Iluż ja tu późniéj chrztów, ślubów i żałobnych nabożeństw byłem świadkiem, które ci wyliczać byłoby zbytecznem, a dla mnie w niemałéj części nawet bolesnem, bo niejednę piekną nadzieję, z którą się szło do chrzcielnicy, niejednę radość, z która się patrzało na klęczące przed ołtarzem pary, los bezwzględny rozwiał zawcześnie, w kilku razach okrutnie. Gdy patrzę na tę ambonę, przesuwa się przed memi oczyma cały szereg kaznodziejów, którzy z niéj słowo boże głosili; widzę ks. Brodziszewskiego, Logę, Wieruszewskiego, Kidaszewskiego, przemawiających do nas uczniów, Wróblewskiego i Zeylanda, którzy ich nieraz zastępowali, i miłe mi to wspomnienie méj przeszłości szkolnéj i osób duchownych powszechnie wtenczas szanowanych.
Niezwykłych wypadków wewnątrz tego domu bożego nie pamiętam zresztą żadnych; cóżby tam bowiem wobec świętych obrządków, przy szczerem i doświadczonem usposobieniu religijnem ludności naszéj zajść mogło? Fara była pierwotnie, jak ci wiadomo, panie Ludwiku, kaplicą Jezuitów; sprowadził ich, w drugiéj połowie szesnastego wieku, do Poznania biskup Konarski. Dość spojrzeć zresztą na ten napis: ad majorem Dei gloriam i na tego księdza piorunującego skrzydlatą, wężami opasaną potworę herezyi, ozdoby nad szczytem głównéj bramy, aby odgadnąć, że tu panowała niegdyś Jezu humilis societas. Niektóre wiadomości z dziejów owego kolegium jezuickiego znajdą się tu i owdzie urywkowo podane; są o niem wzmianki w znanych dziełach Łukaszewicza, ale byłoby niewątpliwie ważną i zajmującą rzeczą dla nas, gdyby kto przedstawił mniéj więcéj dokładny obraz tych dziejów, bo Jezuici, jak niemal wszędzie, zajmowali w Poznaniu bardzo wpływowe stanowisko, owładnęli tu ztąd wychowanie wielkopolskiéj szlachty, zebrali ogromny majątek w ziemi i kapitałach, uczniowie ich aż nadto często i dobitnie dali się uczuć mieszkańcom miasta, a niejeden z członków tutejszego kolegium, które czasami więcéj niż sześćdziesięciu patrów liczyło, odznaczył się niepospolicie bądź to nauką, bądź też pobożnością żywota. Otóż zaraz Jakób Wujek był jednym z pierwszych rektorów i przesiedział tutaj lat przeszło siedem, Mateusz Bembus, w początkach siedemnastego wieku, najsławniejszy kaznodzieja po Skardze, ojciec Kasper Drużbicki, którego siwą głowę i wysoką postać widzieć możesz jeszcze w kaplicy Matki Boskiéj, tuż przy drzwiach do dawnéj zakrystyi, słynął z dzieł pobożnych i nadzwyczajnéj świętobliwości, umarł nawet in odore sanctitatis, bo się podobno z ciałem jego niezwykłe rzeczy działy.
Do ostatnich zaś patrów, którzy tu przebywali, należał Józef Rogaliński, autor pierwszego, bodajnie, w języku polskim porządnego dzieła o fizyce. Wpadła mi kiedyś w ręce ta jego książka, dość gruba, in quarto; widać z niéj, że był dokładnie obeznany ze wszystkiem, co na owem polu wiedziano wtenczas w drugiéj połowie osiemnastego wieku i że z zamiłowaniem zajmował się swoim przedmiotem. Był jeszcze, za moich czasów, portret jego w fizykalnym gabinecie naszego gimnazyum i zachowało się tam kilka aparatów, o których nam prof. Czwalina mówił, że je Rogaliński zrobił lub sprowadził, jak wiele innych, a prócz tego i astronomicznych przyrządów, które potem zginęły. Muszę ci tu jeszcze nadmienić, bo tego pewnie od młodszych nie usłyszysz, że nasza piękna Fara nie jest bynajmniéj dziełem cudzoziemców; otóż wszystkie plany do niéj obmyślił i wypracował rektor Bartłomiej Wąsowski, ozdoby wewnętrzne wykonali po większéj części patres sami i miejscowi rzemieślnicy, a owe dwa wielkie obrazy, przedstawiające cudowne widzenie Ignacego Lojoli i Stanisława Kostki, znakomite osobliwie pod względem kompozycyi, wymalował Grodzicki, jenerał artyleryi za panowania Władysława czwartego.

Ten gmach rozległy i poważny, w bezpośredniéj styczności z Farą, wykończony dopiero w początkach wieku przeszłego, był siedzibą ojców Jezusowych i mnogiéj ich czeladzi, mieścił w sobie liczne zakłady, odpowiednie potrzebom zakonnym i szkolnym. Nazywano go nie inaczéj jak collegium, a między ludem koleją, który to wyraz za lat młodych jeszcze bardzo często słyszałem, bo służące z naszego domu chodziły zwykle do kolei po wodę do picia, wiele tam lepszą na podwórzu, niż ta, którą uliczne pumpy dostarczały. Po zniesieniu zakonu Jezuitów przechodził ów gmach różne losy; jakie one były, szczegółowo wymienić ci niepotrafię, słyszałem wszakże kiedyś od starych ludzi, że przez długi czas stał po większéj części pustkami, a dwunastego roku obozował tam na chwilę Napoleon z kilku jenerałami. Z początkiem ostatniéj okupacyi pruskiéj pomieszczono w nim zaraz biura naczelnéj administracyi prowincyonalnéj i urządzono mieszkanie dla księcia namiestnika, który tu osiadł z całą swoją rodziną. Była ona wtenczas dość liczna, czterech synów i trzy córki. Dwoje z nich nie widziałem wcale, to jest córki jednéj, któréj nieznałem nawet z imienia, umarła bowiem jeszcze w latach dziecinnych, nie wiem czy przed, czy po przybyciu księstwa do Poznania, i drugiego syna, bo umarł także przedwcześnie; przypominam sobie jednak z czasów, gdy byłem małym chłopcem, że mówiono u nas o śmierci młodego księcia Ferdynanda i o tem, co się z jéj przyczyny tam u księcia działo. Wszystkich innych Radziwiłłów pamiętam bardzo dobrze, widywałem ich nieraz zdaleka i z bliska i słyszałem o nich niejedno, zwłaszcza że mój ojciec aż do końca dwudziestego dziewiątego roku bywał niemal codzień u nich i prócz księcia Wilhelma uczył całe młode pokolenie.
Postać księcia Antoniego przedstawiała się nader poważnie. Więcéj niż średniego wzrostu i mocnéj tuszy, nosił zwyczajnie granatową czamarę z czarnym aksamitnym kołnierzem i szeroką białą chustkę na szyi. Piękną jego głowę, pokrytą rzadkim siwym włosem, uwydatniał wybitny nos orli, który synom i wnukom pozostawił w spadku, przytem wyraz twarzy szlachetny i uprzejmy. Od razu robił na każdym wrażenie wielkiego pana, lecz ujmował sobie wszystkich przyjaznym uśmiechem i uprzedzającem słowem. Żona jego, księżna Ludwika, pani nie wysoka i dość otyła, z twarzą pełną, o żywych kolorach, przyjemną jeszcze, mimo lat niemłodych, dużym białym czepkiem okoloną, miała ten sam dar pańskiéj i dworskiéj grzeczności, która nie była u niéj przybranym pozorem, lecz, jak wszyscy wiedzieli, wynikała z wrodzonéj dobroci serca i ze szczeréj życzliwości dla tych, co się do niéj zbliżali.
Głównym celem, dla którego przysłano tutaj z Berlina księcia Antoniego z wysoką godnością królewskiego namiestnika, było pogodzenie ludności polskiéj z nowym stanem rzeczy, stworzonym przez traktaty wiedeńskie, a szczególnie pozyskanie dla pruskiego rządu umysłów bardzo licznego jeszcze wtenczas obywatelstwa wiejskiego. I powiodło się to w znacznéj mierze, zwłaszcza iż społeczeństwo nasze, znękane długoletniemi przejściami wojennemi, tęskniło za pokojem i wierzono jeszcze w uroczyste przyrzeczenia królewskie. Zadaniu temu odpowiednią osobistością był książę Antoni; z rodu, wyglądu i duchowego usposobienia Polak zupełny, przez małżeństwo swoje wszedłszy w tak ścisły związek z dworem berlińskim, że mu już poprzedniemi czasy nieraz trudno było zatrzymać się na możebnéj średnicy między temi dwoma ostatecznościami narodowemi i politycznemi, pragnął gorliwie doprowadzić tutaj do jak najlepszego porozumienia między rządem a nowymi jego poddanymi, wierzył mocno, że mu się to powiedzie i chciał szczerze dobra współziomków, do których go serce i natura ciągnęły. Też same uczucia ożywiały księżnę Ludwikę; okazywała je przy każdéj sposobności i od początku zaraz zaufaniem swojem i przyjaźnią obdarzyła kilka pań naszych, szczególnie znaną ci już z dawniejszych moich opowiadań panię Annę Mycielską. Wszakże stanowisko księstwa Radziwiłłów było raczéj reprezentacyjne, jak to mówią, niż polityczne i urzędowe; rzeczywisty zarząd prowincyi znajdował się, od pierwszéj chwili panowania pruskiego, w ręku naczelnego prezesa, radzców i urzędników, stanowiących z nim tak zwana rejencyę, odnoszącą się bezpośrednio nie do namiestnika, lecz do ministrów w Berlinie. Za pierwszego prezesa, Zerboniego, osobistości z pochodzenia i usposobienia kosmopolitycznéj, zachodziły między namiestnikiem a rejencyą całkiem znośne stosunki; porozumiewano się i ustępowano sobie nawzajem, zwłaszcza że i wiatry berlińskie w owych początkach wiały dość spokojnie. Ale gdy po Zerbonim nastąpił późniéj pan Baumann, któremu już z miny widać było, że mu bogowie życzliwych uczuć i dworskiéj ogłady poskąpili, zmieniać się tam zaczęła, w dawnym jezuickim klasztorze, wzajemność obydwóch obozów na niekorzyść namiestnikowskiego. Prąd absolutyzmu biurokratycznego i germanizacyjnych dążności wzrastał powoli, lecz coraz silniéj, a wpływ księcia Antoniego na sprawy i osoby słabnął coraz widoczniej, dla tego też ostatniemi laty częstsze i dłuższe bywały pobyty radziwiłłowskiego dworu w Berlinie lub na letniéj siedzibie w Ruhbergu. Prócz tego, jeśli od polskiego spółeczeństwa nie doznawało Radziwiłłostwo, ile mi wiadomo, najmniejszych przykrości, nie szczędzono mu ich podobno ze strony wyższych sfer urzędowych i wojskowych. Szczegółów, rozumi się, przytoczyć ci nie mogę, panie Ludwiku, byłem przecież wtenczas jeszcze niedorostkiem, ale przypominam sobie, że kilkakrotnie mówiono koło mnie o skargach i donosach wysełanych przeciw księciu do Berlina, a nawet utkwiło mi w mózgu, że raz nasłuchałem się o jakiemś niemiłem zajściu u księżnéj, któréj jenerałowa Wranglowa robiła przymówki o zbyteczne odznaczanie pań polskich.
Ludność tutejsza wszędzie okazywała księstwa winny szacunek; nawet pospólstwo usuwało się z drogi i zdejmowało czapki przed księciem Antonim, gdy ulicą przechodził, a na widok sześciokonnego powozu księżnéj Ludwiki stawała z uszanowaniem większa część publiczności. Latem można było częstokroć spotkać wielki ów powóz na Wodnéj ulicy lub na Garbarach, bo niemal codzień wyjeżdżała księżna z całą swoją młodzieżą do Dębiny, która dostała od niéj swoje niemieckie nazwisko. Przed mniéj więcéj dwudziestu laty stała tam jeszcze, przy wjeździe do lasku, dość udatna drewniana brama z napisem: Louisenhain; zarząd leśny wystawił ją na cześć księżnéj, któréj także zawdzięczamy przeprowadzenie drogi tamdotąd, będącéj dawnemi czasy głównem miejscem przechadzek. Pamiętam dobrze, gdy na niéj drzewa sadzono i pierwszy nad nią dom budowano; wystawił go mistrz kominiarski Dominik i nazwał od swego patrona po hiszpańska St. Domingo. Lecz wracając do starego kolegium, było tam, panie Ludwiku, za czasów radziwiłłowskich, jeśli nie zaszła jaka żałoba, wiele życia i rozmaitości. Rzadko minął dzień, izby się pod wieżą nie przesuwały powozy tam i napowrót, bo mnóstwo różnego rodzaju osób z kraju i z zagranicy przybywało w odwiedziny do księstwa. Żadna niemal obca znakomitość, przejeżdżając przez Poznań, nie zaniedbała sposobności złożenia księciu, osobliwie jego małżonce, dowodu względów swoich lub uszanowania. Synowie króla Fryderyka Wilhelma III nieraz tutaj po kilka dni bawili u swéj stryjecznéj babki, do któréj byli, jak mówiono, szczerze przywiązani, szczególnie późniejszy król Fryderyk Wilhelm IV, wtenczas jeszcze młodzieniec wesołego i dowcipnego usposobienia, jako też książę Wilhelm, późniejszy cesarz, którego, prócz pokrewieństwa, jeszcze silny sentyment ciągnął do rodziny Radziwiłłów. Pierwszy z nich, jak mi ojciec powiadał, gdy pewnego razu przyjechał, zdziwiła się księżna, że się tak mocno zaokrąglił. „O wiem, zawołał, śmiejąc się, wyglądam wie die Butte!“ Zabawiło księżnę to porównanie, kazała wkrótce potem zrobić u złotnika dewizkę do zegarka w kształcie owéj brzuchatéj ryby i posłała ją w podarunku krewniakowi. Słyszałem też o odwiedzinach wielkiego księcia Mikołaja, Wellingtona, który ciągle kręcił głową, nie mogąc się pogodzić z szerokim kołnierzem pruskiego munduru i niejednéj innéj wielkości, któréj nazwiska przypomnieć sobie nie mogę, bo mnie, wtenczas młodego chłopaka, takie rzeczy mało obchodziły. Z obywatelstwa naszego bywało u Radziwiłłów wszystko, co majątkiem lub rodem wybitniejsze wtedy zajmowało stanowisko, ile mi zaś wiadomo w bliższych żyli z księciem Antonim stosunkach arcybiskup Górzeński, książę Sułkowski, jenerał Chłapowski, pułkownik Poniński, dyrektor Grabowski. Więcéj pewnie powiedziałby ci o tem tylko jeszcze pan Edward Poniński, bo to bodajnie ostatni z tych, którym takie szczegóły lepiéj mogą być znane.
Ruch towarzyski wyższych warstw tutejszego społeczeństwa obracał się lat kilkanaście w znacznéj mierze około dworu radziwiłłowskiego, szczególnie zimą i w czasie większych zjazdów. Odbywały się tam rozmaite uroczystości, które ściągały liczny zastęp osób z prowincyi i miasta, Polaków i Niemców; obywatele wiejscy, urzędnicy, wojskowi spotykali się na tem neutralnem polu, poznawali się i bawili się razem, a chociaż zaszło czasem może jakie lekkie starcie, głównie z powodu podejrzeń o zbytnie wyróżnianie téj lub owéj osobistości, miało jednak to zbliżanie się różnobarwnych pierwiastków swoje dobre strony, zacierając wzajemne przesądy i wrodzone niechęci. Jak w Berlinie u dworu, równie i tutaj zgromadzano się w pewnych okolicznościach, około południa, na tak zwaną cour. Ustawiano powołanych na nią w dwa rzędy, między któremi przechadzała się powolnym krokiem książęca para, rozmawiając z każdym kródzéj lub dłużéj i przyjmując nowo przedstawiane osoby. Kilka razy przerwało taką dość sztywną ceremonię coś zabawnego. Pamiętam jak opowiadano o przypadku jakiegoś sędziego czy radzcy, który przy przedstawianiu skłoniwszy się nadto głęboko i machnąwszy za śmiało prawą nogą, wywrócił się jak długi przed księżną, a dla zupełnéj konfuzyi i bardzo ślizgiéj posadzki gwałtowne i daremne, wśród powszechnéj wesołości, robił wysilenia, żeby się podnieść. Innym razem, gdy przedstawiano pana Starzeńskiego, szlachcica w dość podeszłym wieku, który się straszliwie jąkał, zapytała go księżna po niemiecku, czy ma żonę? Na to jegomość ów wykrzyknął szybko: ich habe drei, ale gdy następne gehabt daremnie z siebie wyduszał, księżna, nie wiedząc o jego słabości, rzekła z zdziwieniem do obok stojącego Michalskiego ce monsieur est — il donc Turc? Prócz owych dworskich przeglądów bywały bardzo częste obiady, już w mniejszem kółku bliższych znajomych, już to na wielkie rozmiary dla urzędowego odpaszania publiczności; latem zdarzały się zjazdy i podwieczorki w Dębinie, zimą zaś asamble i bale, na które po kilkaset osób ze wszystkich stron Księstwa spraszano. Przypominam sobie, że na takie przyjęcia lub zabawy, jeśli uroczystszą miały cechę, panie, podług ówczesnéj mody, stroiły sobie głowy w strusie pióra, panowie zaś występowali w czarnych frakach, białych kamizelkach i szerokich białych chustkach na szyi, a prócz tego mieli trzewiki ze sprzączkami i krótkie jedwabne pantalony, od których odbijały długie, pod kolana idące pończochy. Podczas liczniejszych wieczorów lub balów, przechadzała się księżna po salach, w towarzystwie męża, damy honorowéj albo pana Michalskiego i rozmawiała uprzejmie z gośćmi; zwyczajnie jednak siedziała w pobocznym pokoju, otoczona mniéj lub więcéj osobami, które wchodziły złożyć jej swoje uszanowanie.
Raz na tak zwany Kinderbalik zaprowadziła mnie matka, aby mnie księżnie pokazać i utkwiło mi w pamięci, że siedziała, trzymając karty w ręku, przy stoliku, na którym stała wielka lampa, a z osób znajdujących się przy niéj zdziwił mnie najbardziéj stary, siwy pan, całkiem czerwono ubrany; był to, jak mi powiedziano, ksiądz arcybiskup Górzeński. Księżnę Ludwikę raz tylko jeszcze, rok czy dwa późniéj, z bliska widziałem; pewnego dnia latem, przyszedłszy z ojcem do Dębiny, zastaliśmy tam stojący jéj powóz, a gdy na zaproszenie przystąpiliśmy do niego, odbyła się dłuższa rozmowa, wśród któréj i mnie się kilka pytań dostało. Po ukończeniu szkół, w pierwszych zaraz tygodniach mego pobytu w Berlinie, odwiedziłem pana Michalskiego i prosiłem, aby mi wyrobił posłuchanie u księżnéj, słysząc zwłaszcza od niego, że jéj bardzo przyjemne wszystko co z Poznania pochodzi i że mego ojca w życzliwéj ma pamięci. Tymczasem losy inaczéj zrządziły; Michalski mówił o mnie i miałem już dzień wyznaczony, ale do przedstawienia nie przyszło, bo księżna, która już od paru lat na zdrowiu szwankowała, rozchorowała się na dobre i wkrótce pożegnała się z tym światem. Księżna Ludwika miłe po sobie zostawiła wspomnienie w wyższych kołach społeczeństwa polskiego, dla którego była nadzwyczaj łaskawą i życzliwą, niezważajac, jak ci już mówiłem, na rozbudzone tem niesmaki w przeciwnym obozie. Wpływem swoim u dworu, tak w Berlinie, jako i w Petersburgu, wyświadczyła niejednemu znaczną przysługę, dla ubóstwa była dobroczynną, a chociaż kalwińskiego, a późniéj ewangelickiego wyznania, przyczyniła się najwięcéj do sprowadzenia tutaj, dwudziestego pierwszego roku, sióstr św. Wincentego z Warszawy i zapewnienia im przynajmniéj cząstki funduszów zniesionego zakonu Bernardynek.
Książę Antoni umarł kilka lat przed żoną. Gdy wybuchło powstanie listopadowe, pobyt jego między nami i stanowisko urzędowe, już i tak ostatniemi czasy zachwiane, stały się niemożebne wobec patryotyczno - polskich zapałów, które może w sercu podzielał, dla których jednak tutaj ani przyjaznym, ani nieprzyjaznym okazywać się nie mógł. Zresztą odwołany został na pierwszą wiadomość o wypadkach w Warszawie i przeniósł się z całym dworem do swego pałacu przy Wilhelmowskiéj ulicy w Berlinie, gdzie, zdaje mi się trzydziestego trzeciego roku, uległ cholerze, która pierwszy raz nawiedziła nadszprejską stolicę. Miałem dość często sposobność przypatrzenia mu się z bliska, już to na mszy w kościele farnym, gdzie miał osobną, zamkniętą ławkę, kobiercem okrytą, przy filarze po prawéj stronie od wielkiego ołtarza, już to w gimnazyum; przychodził bowiem na publiczne egzamina, a dwa czy trzy razy, za méj pamięci zwiedzał nasze klasy i przypominam sobie, że na lekcyi Poplińskiego, gdy byłem w sekscie, zadał mi jakieś pytanie z tłumaczenia łacińskiego. Widziałem go też w naszem mieszkaniu, gdy wstąpił niespodzianie odwiedzić mego ojca, który, z karyolki wypadłszy, rękę był wywinął; a raz, będąc tam z ojcem w kolegium, nie wiem już kiedy i z jakiego powodu, weszliśmy do pokoju księcia i zastaliśmy go przy pulpicie grającego. Znane ci zapewne, panie Ludwiku, że książę Antoni był znakomitym artystą; nie tylko grał wybornie na wiolonczeli, jak mi powiadał stary Ścigalski, u którego uczyłem się na skrzypcach, a którego wołano czasem na kwartety da księcia, lecz wsławił się także jako kompozytor, osobliwie dziełem muzycznem, unoszącem Fausta Göthego w świat tonów i harmonii. Zdarzyło mi się słyszeć wyjątki z téj muzyki w teatrze berlińskim, gdy sławny swego czasu aktor Seydelmann odgrywał rolę Mefistofelesa i pamiętam, że sprawiała na publiczności nie małe wrażenie.
Niedziw się, panie Ludwiku, iż mówiąc o Radziwiłłach przestaję na takich urywkach; odświeżam tutaj tylko własne wspomnienia, a byłem wtenczas jeszcze za młody, żeby sam wiele widzieć, lub słyszeć i rozumieć. Z młodszego pokolenia téj rodziny niezbyt jasny obraz księżniczki Elizy pozostał w méj pamięci. Widziałem ją wprawdzie dość często w powozie, siedzącą obok matki, lecz dłużéj mógłem raz tylko na nią patrzeć, gdy mnie, bo sobie tego podobno życzyła, do jéj pokoju zaprowadzono. Tyle jeszcze pamiętam, że pogłaskała mnie po głowie, uśmiechając się, panna w białéj sukni, dość wysoka, wysmukła i blada, z ciemnemi, długiemi lokami. Z twarzy, jak słyszałem, podobną była do ojca, a już wtenczas mówiono, że jest mocno cierpiącą. Niedługo potem umarła, zdaje mi się, w Berlinie, na suchoty, które u niéj bardzo prędki miały przebieg, zwłaszcza iż przyrodzona skłonność do téj choroby znalazła silnego sprzymierzeńca w niepokojach moralnych i zmartwieniach. Wiadomy był jéj sercowy stosunek z księciem Wilhelmem pruskim; zdawało się przez czas niejaki, że gorące ich życzenia wzajemne spełnią się pomyślnie, bo i król podobno wyraźnego oporu niestawiał, ale koniec końcem polityka, a raczéj przedstawienia któregoś z niechętnych ministrów, zawyrokowały inaczéj. Księciu Wilhelmowi obmyślono gdzieindziéj żonę, a wypadek ten przyspieszył katastrofę w domu Radziwiłłów. Szczerym żalem przejęła tutaj śmierć księżniczki Elizy wszystkich co ją znali. Mój ojciec niemógł się dość nachwalić téj uprzedzającéj grzeczności, którą ujmowała sobie każdego; w wyrazie twarzy, ruchach i mowie miała pewien urok wynikający z niezwykłéj żywości umysłu i dobroci serca, a ciężkie cierpienia ostatnich lat swoich starała się pokrywać pozorem swobodnych myśli, aby otaczającym oszczędzić przykrości. Jak nawet podrzędnym osobom drogą była pamięć księżniczki Elizy, wnosić mógłem z tego, że, kilkanaście lat po jéj śmierci, jeden ze starych sług radziwiłłowskich, opowiadając mi o niéj, rozpłakał się na dobre.
Znacznie młodszą od Elizy i, zdaje mi się, w rzędzie rodziny ostatnia, była księżniczka Wanda. Pamiętam ją tutaj w Poznaniu jako małą dziewczynkę, na któréj imieniny, czy urodziny, w karnawał przypadające, wyprawiano zabawy dla dzieciaków utriusque generis, w najrozmaitszy sposób poprzebieranych. Wspominałem ci już, gdyśmy chodzili po Berlińskiéj ulicy, o owych, jak je nazywano, kinderbalach, na które mamunie cieszyły się bardzo, chcąc się popisać z swemi produktami. Byłem tam trzy razy, jako chłop, kozak i Hiszpan, i przypominam sobie, że widziałem mnóstwo pań, panów i dzieciaków w téj długiéj sklepionéj sali, dawniejszym refektarzu jezuickim, że muzyka grała i że nas prowadzono rzędem, aby się pokazać i ukłonić staréj księżnie i stojącéj przy niéj, maskowanéj także, solenizantce; potem to wszystko chodziło, rozmawiało; co było trochę starsze, tańczyło jak umiało, a co było zbyt młode, krzyczało i robiło mamom ambaras. Po kolacyi odsyłano większą ciększą część liliputów do domu, te zaś, co zostały jeszcze, spały po kątach, podczas gdy osoby dorosłe tańczyły.
Na jednym z takich balików zdarzyła się awanturka, którą mi nieraz opowiadano. Chłopak jakiś pięcio-czy-sześcio-letni ściągnął na się uwagę swoim ubiorem; oglądano go i winszowano matce, że go tak zgrabnie ustroiła. Między innymi przystąpił także jenerał Wrangel, dowodzący wtenczas tutaj brygadą konnicy, i wśród rozmowy z matką zapytał szanownego synka, czy kocha Niemców? Odebrawszy na to pytanie niezadawalniającą odpowiedź, odwrócił się rozgniewany. Ojciec owego chłopca był urzędnikiem i dostał się, skutkiem tego, w mocne tarapaty. Nastąpił pewien ustny czy piśmienny berycht do przełożonéj Jego władzy, który pociągnął za sobą śledztwa i protokuły; rzecz poszła aż do Berlina, i gdyby nie wpływ i usilne starania księżnéj Ludwiki w téj sprawie, byłby ów niemądry dzieciak ojca swego urzędu pozbawił.
Niemało czasu minęło od ostatniego z wspomnianych kinderbalików, gdy miałem sposobność przedstawienia się znowu księżniczce Wandzie, a raczéj księżnie Adamowéj Czartoryskiéj; od paru lat już bowiem była za mężem i mieszkała obok braci w Berlinie. Widziałem ją wtenczas tylko dwa czy trzy razy i zrobiła na mnie wrażenie młodéj pani szwankującéj na siłach; szczupła i blada, przypominała z twarzy nieco matkę swoją. Wiele częściéj zdarzyło mi się słyszeć o niéj od mego współkolegi Cegielskiego, który jéj dość długo dawał lekcye polskiego języka. W latach dziecinnych mało co słyszała po polsku, bo tam w rodzinie mówiono tylko po niemiecku lub po francuzku, wszakże dorósłszy, tak ze względu na rodowe nazwisko, jako i na męża, do którego była nadzwyczaj przywiązaną, poczuwała się do obowiązku przyswojenia sobie języka pradziadów i jego literatury. Cegielski nieraz mi mówił o żarliwych chęciach, które okazywała w nauce i o znacznych jéj postępach, tak iż w końcu dość biegle się wyrażała po naszemu i z łatwością czytać mogła Dziady i Pana Tadeusza. Nierozgłośny swój i niedomaganiem zdrowia nękany żywot skończyła księżna Wanda w młodym jeszcze wieku, zostawiając po sobie troje dzieci, dwóch synów i córkę, które się między nami wychowywały, gdy ojciec ich, ożeniwszy się powtórnie z hrabianką Izabelą Działyńską, przesiedlił się do Poznania. Bywając w domu Działyńskich tu i w Kórniku, spotykałem się dość często z księciem Adamem Konstantym, którego kilka razy także odwiedziłem, gdy mieszkał tutaj przy Berlińskiéj ulicy, a późniéj na św. Marcinie w Mateckiego kamienicy; wszakże znajomość nasza nie była tak bliską, iżbym ci mógł obszerniejszą o nim podać wiadomość. Pamiętam tylko mniéj więcéj to, co mi pan Tytus Działyński mówił o nim, że wiek dziecinny spędził, po wczesnéj śmierci matki, w Sieniawie i Puławach, pod opieką babki księżnéj Izabeli, całe zaś późniejsze i szkólne wychowanie swoje, aż do lat dwudziestu, odbywał w Anglii. W powstaniu listopadowem mając udział, został ranny pod Grochowem, a pod koniec wojny w stopniu porucznika uszedłszy za granicę, ożenił się dwa lata późniéj z księżniczką Wandą, z którą łączyło go przez matkę jakieś pokrewieństwo. Tutaj w Poznaniu mało miał znajomych i żył samotnie, w kółku rodzinnem, trzymając się zdala od wszystkiego, co się w szerszem spółeczeństwie naszem działo. Skutkiem wychowania wśród cudzoziemców i młodych lat po większéj części po za krajem spędzonych, trudno mu było, ile mi się zdaje, w obcych tutaj dla niego stosunkach, znaleść osoby lub przedmioty, któreby go żywiéj zajęły, a do jego powściągliwości w sprawach publicznych i towarzyskich przyczyniały się konieczność zachowania pewnéj ostrożności względem nieprzychylnych sfer rządowych, osobliwie zaś nieświetny późniéj stan zdrowia, wymagający ciągłéj troskliwości i spokoju. Wyczytać to było można z jego bladéj twarzy, mającéj częstokroć wyraz cierpienia. Na pierwszy rzut oka zdawał się zimny i obojętny; było w nim też nieco owéj angielskiéj sztywności i małomówności, ale kilkakrotnie znalazłem go w usposobieniu bardziéj ożywionem i z rozmowy przekonać się mógłem o znakomitem wykształceniu jego umysłu i rozlicznych wiadomościach, które nabył niemniéj przez swój długoletni pobyt na obczyznie, jako też przez ciągłe zajmowanie się bieżącą literaturą i dziennikarstwem różnych krajów, które mu ułatwiała gruntowna znajomość pięciu języków. Ostatnie lata, które spędził tutaj między nami książę Adam Konstanty, były nader smutne dla niego i dla całéj rodziny; częściowe porażenie odjęło mu normalną siłę ciała i osłabiało powoli władze umysłowe. Cztery czy pięć lat w takim stanie przeżył, raczéj przecierpiał, zanim go śmierć wyswobodziła. Umarł w Rokossowie pod koniec osiemdziesiątego roku. Znając jego drugą żonę jeszcze jako młodą panienkę i czcigodną jéj matkę, któréj usposobienie odziedziczyła, niedziwiłem się wcale, gdym widział i słyszał z jak wytrwałem i cierpliwem poświęceniem, z jak zupełnem wyparciem się wszelkich osobistych względów pielęgnowała schorzałego, wypełniając dniem i nocą wszelką koło niego obsługę, w szlachetnem poczuciu obowiązków małżonki i szaretki. Pani ta, ile mi wiadomo, wrodzonym spokojem i łagodnością, z któremi się łączyły jasny rozsądek i siła woli, osobliwie zaś gorącem dla sprawy naszéj sercem, usunęła powoli w rodzinie skłonności i wpływy cudzoziemskie, mogące na nią działać z uszczerbkiem dla uczuć narodowych.
Jedynaczka córka księcia Czartoryskiego z pierwszéj żony, księżniczka Aniela, rozstała się z tym światem w młodym wieku, przeszło lat dziewięć przed ojcem. Znałem ją tylko z widzenia, nie więcéj przeto powiedzieć ci mogę, jak że miła twarz téj panienki, któréj białość uwydatniały bardziéj jeszcze ciemne i bujne włosy, miała niezwykłą w jéj latach cechę spokoju i smutku, a pozór ów, podpadający każdemu na pierwszy rzut oka, był — jak mi mówiono — wiernym objawem cichego i niewesołego usposobienia, do którego ją anemiczna nieco fizyczność skłonną czyniła. Wcześnie także podziałały na jéj serce dążności i pociechy religijne; liczono ją tutaj do pań pobożnych i dobroczynnych, mających stosunki z Towarzystwem św. Wincentego i słyszałem, że w ostatnich czasach życia gorąco pragnęła wstąpić do zakonu. Rodzonego i młodszego jéj brata, Romana, znaliśmy wszyscy, bo lat dwadzieścia kilka spędził między nami, w ścisłym związku z naszem społeczeństwem. Wszakże od pierwszéj młodości rozbudziło się w nim żarliwe uczucie narodowe, miał bowiem w gimnazyum św. Maryi Magdaleny, w którem odebrał wykształcenie szkolne, w ciągłéj będąc styczności z współuczniami, sposobność pobratania się z tutejszym światem, a późniéj, zdawszy maturę i słuchając prawa w Berlinie i Wrocławiu, żył niemal wyłącznie — ile mi wiadomo — w kółku polskich kolegów. To też przy pierwszéj sposobności złożył dowód patryotycznego usposobienia czynnym udziałem swoim w wypadkach sześćdziesiątego trzeciego roku, skutkiem czego, przez władze pruskie schwytany, odpokutował blisko dwa lata na śledztwie w Moabicie i wyrokiem skazany odsiedział rok cały w fortecy nad Renem. Przykrości te i niewygody więzienne wywarły wpływ szkodliwy na jego organizm, który już i tak, w dziedzictwie po rodzicach, zbyt silnym nie był. Wypuszczony z Ehrenbreitsteinu rozpoczął u nas książę Roman życie obywatela wiejskiego osiadłego w powiecie krobskim, gdzie mu ojciec dość znaczne dobra odstąpił, a w zacnem poczuciu obowiązków, które mu rodowe i obywatelskie stanowisko wskazywało, chętnie chwytał każdą sposobność przyczynienia się do dobra publicznego. We wszystkich niemal wspólnych naszych przedsięwzięciach i pracah, bądź politycznych, bądź dobroczynnych, można było liczyć na chętny jego udział; mając skromne, nawet oszczędne nawyknienia osobiste, nie lenił się z datkiem, gdzie widział potrzebę i wiem, że już na uniwersytecie wspierał sowicie kilku ubogich studyozów; a mimo młodego wieku, wrodzoną spokojnością, rozwagą i powagą zyskał sobie wpływ nawet w szerszym obrębie społeczeństwa tutejszego, które dało mu dowód uznania przez wybór na posła do parlamentu niemieckiego. W Berlinie nie tylko przystąpił zaraz do Koła polskiego, lecz w końcu parlamentarnego zawodu swego zajął w niem miejsce prezesa, zaszczycony zaufaniem współkolegów, przekonanych o jego szlachetnym i nawskroś narodowym sposobie myślenia.
Ożenił się książę Roman z hrabianką Dzieduszycką i to było głównym powodem, że kilka lat późniéj złożył mandat, opuścił Księstwo i przesiedlił się do Galicyi, gdzie rozległe dobra żony bezpośredniego wymagały doglądu i gdzie zresztą pierś polska swobodniéj oddychać mogła niż u nas w owych utrapionych czasach bismarckowskiéj ery. Księżnę Romanową, gdy po ślubie przybyła tutaj, aby się z naszym światem zapoznać, raz tylko w towarzystwie widziałem, nie mogę ci zatem nic więcéj powiedzieć jak iż, ile mi się zdało, ta młoda i przystojna pani czuła się mniéj swobodną w tutejszem otoczeniu. Mało co wiem o owych kilku latach, które książę Roman spędził w Galicyi, słyszałem jednak, że z równą jak u nas gorliwością zajmował się tam sprawą publiczną, ile mu nadwątlone już zdrowie pozwalało, a szczególnie sprawą ludu wiejskiego w dobrach swéj żony, złożonego po większéj części z rusińskich Unitów, którego byt materyalny różnemi środkami polepszyć się starał, a religijne jego potrzeby uwzględniając, wystawił własnym kosztem piękną cerkiew w Zaborowie i uposażył ją należycie, za co od papieża krzyżem honorowym odznaczony został. Jak nas tutaj wszystkich, którzyśmy go znali, tak i współobywateli galicyjskich, mogących po jego ofiarności, rozsądnem ocenianiu rzeczy i ludzi, gorącem uczuciu narodowem spodziewać się nie małych usług dla dobra ogółu swego, szczerym przejęła żalem śmierć tego męża, który zawsze i wszędzie imienia przodków godnym się okazał.
Skoro ci, panie Ludwiku, o dwóch Czartoryskich wspomniałem, będących w bliskim związku z Radziwiłłami, nie mogę pominąć najwybitniejszego członka téj rodziny, któregom także poznał, to jest księcia Adama; niegdyś ministra cara Aleksandra I, a późniéj prezesa rządu narodowego. Mówię: starego, bo, gdy miałem zaszczyt być mu przedstawionym, w lecie czterdziestego drugiego roku, liczył już wtenczas lat siedemdziesiąt trzy. Ponieważ uważałem się zawsze za individunm mało co znaczące, nie byłbym z własnego popędu wdzierał się na wysokie progi, ale pan Teodor Morawski, któremu dziś jeszcze wdzięczny jestem za życzliwą nieraz opiekę, przedstawił mi, że, skoro na czas dłuższy przyjechałem do Paryża, powinienem księciu złożyć uszanowanie, zaręczając, że jako istota z Księstwa, polecona przez pana Macieja Mielżyńskiego, łaskawe znajdę przyjęcie. Pojechaliśmy więc jednego dnia omnibusem strasznie daleko, bo książę Adam mieszkał wtenczas na samym końcu faubourg du Roule, blisko rogatki, w najętym dworku, niezbyt obszernym i gdy nas wprowadzono na pierwsze piętro do pokoju skromnie wyglądającego, zajętego z jednéj strony przez szafy z książkami, a w środku stołem papierami pokrytym, zastaliśmy tam starego pana średniego wzrostu w czarnym surducie, siedzącego przy biurku. Głowa jego posianą była rzadkim, zupełnie białym włosem; czoło wysokie, zmrużające się oczy, blade, nieco owisłe policzki i usta okazywały wrodzony spokój i skłonność do namysłu, oraz pewne zmęczenie, cała zaś twarz miła i poważna czyniła bardzo sympatyczne wrażenie, zwłaszcza gdy ją dłuższa rozmowa ożywiła. Mówił zaś powoli, zwykle dość cichym głosem, jakby się zastanawiał wpierw nim co powie, ale wszystko było jasne, wyraźne, czasem w piękne słowa ujęte. Stosunki naszego Księstwa nie były mu obce, jednak i wtedy i późniéj wypytywał mnie szczegółowo o wypadki, osoby i usposobienia tamże, bo właśnie w owym czasie rozpoczęła się u nas owa agitacya Centralizacyi Wersalskiéj, która do klęski czterdziestego szóstego roku doprowadziła.
Nie żądasz zapewne odemnie, panie Ludwiku, abym się puszczał na dziejowe lub polityczne wywody o księciu Adamie; osobistość historyczna tak ważna znaną ci być powinna z książek, których o niéj pisano i piszą nie mało, chociaż rzadko kiedy bezstronnie; powiem ci tylko, co tam na Faubourg du Roule sam widzieć i słyszeć mógłem, że wtenczas książę i jego najbliżsi w ustawicznéj byli czynności. Z jednéj strony tak w Paryżu jak i w Londynie obrabiano ministrów i deputowanych, aby w izbach i gabinetach, w adresach i mowach, o sprawie polskiéj niezapominając, z odpowiedniemi wzmiankami lub żądaniami występowali; z drugiéj, w emigracyi i w kraju ściągano członków do partyi książęcéj i starano się działać przeciw Towarzystwu Demokratycznemu i rewolucyjnym jego knowaniom. Szczególną gorliwość i ruchliwość w jednym i drugim kierunku okazywał jenerał Władysław Zamojski, który był prawą ręką księcia i mieszkał w jego dworku. Z nim także spotkałem się za pierwszéj mojéj bytności na Faurburg du Roule, wszedł bowiem do pokoju księcia, gdyśmy tam jeszcze z panem Morawskim siedzieli; późniéj widzieliśmy się nieraz w Paryżu, a wreszcie w Poznaniu, gdy przyjeżdżał do pana Działyńskiego, z którego drugą córką, a siostrzenicą swoją, ożenił się, jak ci zapewne wiadomo. Na pierwszy rzut oka uwydatniała się w jego postaci niezwykła energia fizyczna i moralna; wtedy był w pełni wieku i zdrowia; bardzo wysokiego wzrostu, niegrzeszącéj tuszą, chociaż silnéj budowy ciała, z twarzą, któréj wyraziste rysy i jasne oczy występowały z pod ciemnych, gęstych, niemal kędzierzawych włosów, imponował, że tak powiem, tą postacią swoją, niemniéj jak żywością ruchów i obfitością słów w rozmowie, zapuszczając się czasem w zdania nieco zawiłe. Znajomość z jenerałem Zamojskim będzie zawsze zaszczytnem dla mnie wspomnieniem; cóż to za życie w nieprzerwanych zabiegach i niepokojach, pełne przykrych przejść, niebezpieczeństw i ciągłych poświęceń, pędzone ambicyą, lecz głównie wytrwałą wolą służenia narodowéj sprawie w najrozmaitszych kierunkach i okolicznościach! Żołnierz od pierwszéj młodości i adjutant wielkiego księcia Konstantego, walczył potem w szeregach współziomków przez cały ciąg powstania, a przybywszy na wychodztwo zaciągnął się niebawem do belgijskiego wojska oblegającego Antwerpią. Późniéj, przy boku króla Alberta, bije się z Austryakami i po klęsce pod Nowarą widzieliśmy go na Węgrzech, gdzie się między innymi spotkał z Bentkowskim, który powiadał mi, że z podziwieniem patrzał pewnego razu na niego, gdy wśród utarczki, mimo kul gęsto świszczących, powoli, z laseczką w ręku, objeżdżał stanowiska. Z Węgier towarzyszył rozbitemu wojsku do Turcyi i tam, współrodakom z legionu polskiego obozującym pod Widyniem, a potem pod Warną, pomagał, ile mógł, własną kieszenią i znacznym wpływem, który miał u Porty. Gdy zaś wkrótce przyszło potem do tak zwanéj wojny krymskiéj przeciw Moskwie, miał w niéj Zamojski czynny udział i rozbudziła się znów w jego sercu nadzieja możebnych następstw dla sprawy polskiéj i w skutek tego, powziąwszy myśl zawiązku przyszłego wojska, spowodował Portę do uformowania dwóch, zdaje mi się, pułków jazdy, złożonéj po większéj części z Polaków, Rusinów i innych Słowian, mającéj polską komendę.
Nad tymi Kozakami sułtańskimi objął dowództwo, za staraniem jenerała, Michał Czajkowski, który, sturczywszy się, przyjął nazwisko Sadyka baszy. Nawiasem mówiąc, ów Czajkowski nie był dla mnie obcą osobą. Ponieważ jego tak oryginalnie pisane Powieści kozackie wielkie w swoim czasie na nas młodych zrobiły wrażenie, znajdując się w Paryżu, pragnąłem poznać ich autora, który tam właśnie mieszkał, wróciwszy z jakiéjś dalekiéj podróży. Należał on bowiem wtenczas do najzapaleńszych stronników księcia Adama i służył mu, jako Rusin zbliżony usposobieniem i wyobrażeniami do południowych Słowian, przytem jako człowiek ruchliwy, odważny i przedsiębiorczy, w rozmaitych zamiarach i agitacyach na Wschodzie. Uprosiłem sobie Ludwika Orpiszewskiego, żeby mnie do niego zaprowadził i zastaliśmy go w mieszkaniu wraz z żoną, a raczéj pół-żoną, dwoma dziećmi i młodym, elegancko ubranym Bułgarem, który się całkiem dobrze po francuzku wyjęzyczał. Pan Michał, mężczyzna blisko czterdziestki, dobrego wzrostu, barczysty, z głową trochę łysawą, długiemi, po kozacku zwieszonemi, czarnemi wąsami, z twarzą przyjemną i swobodną, zdawał się być wtenczas zadowolony ze świata i z siebie; rozprawiał żwawo i głośno, a opowiadał nam niektóre przygody z swéj podróży w krajach podbałkańskich, gdzie był jednym z pierwszych, którzy tam poczucie polityczne i narodowe rozbudzali. Siedząc obok niego, zmiarkowałem, że lepiéj być trochę zdaleka, gdy mówił, miał bowiem ten niemiły przymiot qu’il tuait les mouches au vol. Ponieważ tak przy tem spotkaniu, jak i kilkakrotnie późniéj, nie szczędził w rozmowie patryotycznych wywnętrzań, o których szczerości nikt wtenczas ze znajomych jego nie wątpił, zwłaszcza iż się na swoich emisarkach dobrowolnie na niejedno niebezpieczeństwo narażał, trudno mi było pojąć, że przy samym schyłku mógł się stać odszczepieńcem narodowym i zadać kłam wszystkiemu, co przez cały niemal ciąg żywota mówił, pisał i czynił.
Wracając znów, panie Ludwiku, do jenerała Zamojskiego, widziałem się z nim raz ostatni, gdy, po zupełnem zakończeniu wszelkich zawieruchów wschodnich podczas których towarzyszyła mu młoda jego żona, osiadłszy znów w Paryżu, przybył do Poznania, piędziesiątego ósmego, czy dziewiątego roku, aby teścia swego odwiedzić, a uzyskanie na to pozwolenia od rządu pruskiego niemało zachodów kosztowało. Znalazłem go fizycznie mocno zmienionym; trudno mu było czasem chodzić, cierpiał na ciężkie nerwowe bóle, i przez całe godziny leżącemu musiał służący gnieść i szczypać nogi i uda, aby mu sprawić nieco ulgi. Dolegliwości te nie wywierały jednak na umysł jego żadnego wpływu i wśród owych operacyi rozmawiał z nami cały wieczór jak najswobodniéj, objawiając żywy udział we wszystkiem co się tutaj dzieje, a szczególnie co się wtedy w Warszawie odgrywało.
Słyszałem potem od pana Józefa Mycielskiego, który sześćdziesiątego trzeciego roku był w Paryżu, że, mimo nadwątlonego zdrowia, jenerał Zamojski, podzielając ówczesne nadzieje powstania i chcąc wyzyskać pomyślnie z początku wyglądające konjunktury, nietylko zajmował się gorliwie obmyślaniem środków utrzymania i rozszerzenia rozpoczętéj walki, wysyłaniem do kraju ochotników swojskich i cudzoziemskich, lecz w ustawicznym był ruchu między Tuileryami a St. James pałacem, gdzie przez dawną znajomość tak z Napoleonem jak i z Palmerstonem i z innymi ludźmi, stojącymi wtenczas na świeczniku zachodnio-europejskiéj polityki, niemały wpływ wywierał.
Wszakże prócz przepraw wojennych, prócz ciągłych niemal zabiegów dyplomatycznych, które, nieograniczając się na Paryżu i Londynie, sięgały częstokroć do Wiednia, Turynu, Watykanu, a w Stambule przez wiele lat były bardzo ożywione, w ścisłym zawsze związku zostawał Zamojski z życiem naszéj emigracyi. Co do własnéj osoby i potrzeb domowych bardzo oszczędny, zasobów swoich używał w znacznéj mierze na cele publiczne, wspierał, ile mógł, biednych współwygnańców, bez względu na ich przekonania polityczne częstokroć przeciwne, a wszystkie niemal instytucye, które stworzono w Paryżu, aby utrzymać ducha i język narodowy na wychodztwie, szkoły, dzienniki, księgozbiory, towarzystwa literackie i dobroczynne miały w nim albo współzałożyciela i współpracownika, albo chętnego zawsze do pomocy i datku opiekuna. A jednakże mało kto w emigracyi, ile sobie przypominam, liczył tylu nieprzyjaciół jak jenerał Zamojski; co tylko tam było pod wpływem Towarzystwa demokratycznego, widziało w nim wroga, albowiem monarchistę, zwolennika zacofanych dążności politycznych i spółecznych, pracująćego, aby księciu Adamowi dać władzę absolutną nad całym narodem. Znana ci, panie Ludwiku, ta wojna domowa dwóch stronnictw wychodztwa naszego we Francyi, któréj następstwa mocno na kraj podziałały; rzeczą nie moją rozwodzić się tutaj nad nią, dodam ci tylko, że wszelkie z nią połączone przeciwności, przeszkody, umartwienia i klęski nie wstrzymały ani chwili jenerała na raz obranéj drodze. Ów zapał dla sprawy ojczystéj, potrzeba ciągłego w tym kierunku zajęcia i pewien rodzaj niespokojnéj energii umysłowéj nie opuściły go nawet w ostatnich czasach życia, jak mi mówiono, chociaż ciężkie go trapiły niedomagania fizyczne. Była to osobistość tak wzrostem ciała jak i siłą ducha ponad zwyczajny poziom wzniesiona, która w dziejach naszych porozbiorowych wybitne zajmuje stanowisko, musiałem więc wspomnieć ci o niéj, skoro mi się do tego nadarzyła sposobność.
Będąc nieraz na faubourg du Roule, miałem sposobność widzenia całéj rodziny Czartoryskich; co się tyczy księżnéj, jeśli mnie pamięć nie zwodzi, bo od tego czasu mija całe pół wieku, przedstawia mi się jeszcze obraz czterdziesto-kilkoletniéj osoby średniego wzrostu, szczupłéj postawy, z twarzą zmęczoną, w któréj niewiele już było śladów dawnéj piękności, spokojnéj wśród towarzystwa, lecz bacznéj na wszystko, co się w okół niéj dzieje. Więcéj ci zresztą, mości Ludwiku, powiedzieć nie mogę, bo rzadko kiedy spotkałem się z tą panią, dwa czy trzy razy na obiedzie i raz na wielkanocnem święceniu. Owe obiady prywatne u księstwa były bardzo skromne, chociaż tam zwykle kilka obcych osób zastałeś, i przypominam sobie, co mnie wtenczas zdziwiło, że wedle jakiegoś francuzkiego czy angielskiego zwyczaju, służący zaproszonym przynosił porcye, które im księżna sama kładła na talerz. Święcenie przedstawiało się świetnie co do zastawy, a przytem dość gwarnie, bo prócz znacznéj liczby osób z emigracyi i z kraju, mógłeś na niem widzieć mnóstwo znakomitości cudzoziemskich płci obojga.
Teraźniejsza pani Janowa Działyńska była wtedy żwawą dziesięcioletnią dzieweczką, a żyjący jeszcze książę Władysław czternastoletnim, chudym i spokojnym chłopczykiem z twarzą bardzo bladą, mającą pewien wyraz smutku. Pierwszéj nie zdarzyło mi się już widzieć w późniejszym czasie, drugiego zaś spotkałem tu raz w Poznaniu u państwa Kwileckich, po trzydziestu dwóch czy trzech latach, i uważałem, iż wiek bynajmniéj w nim nie zmienił przyrodzonéj delikatnéj, jak mówią, i bezkrwistéj kompleksyi. Dwa lata starszy od niego książę Witold, który umarł bezdzietny, nie doczekawszy się nawet czterdziestki, chodził wtenczas do jednego z paryzkich gimnazyów i miał za mentora Ludwika Orpiszewskiego. Pełniejszy i silniéj zbudowany od brata, zdawał mi się, gdyż kilka razy z nim dłużéj rozmawiałem, swobodnego humoru, śmiał się bowiem chętnie i wyrażał czasem dowcipnie, chociaż mówił flegmatycznie. Pierwszą naszą znajomość z Faubourg du Roule ponowiliśmy niespodzianie po pięciu czy sześciu latach, bo książę Witold, uzupełniwszy w Monachium odebrane we Francyi początki nauk, przebywał potem przez czas niejaki w Berlinie, zkąd wraz z mentorem swoim zrobił wycieczkę do Księstwa, gdzie go w kilku dworach bardzo po przyjacielsku i gościnnie przyjmowano; wpadł nawet na dzień czy dwa do Poznania i nie zapomniał o mnie. Z jego opowiadań wniósłem, że pobyt w naszych stronach zrobił na nim dobre wrażenie, a widząc tego młodzieńca wtenczas fizycznie całkiem normalnego, zadowolonego z siebie i pełnego ochoty do życia, mógłbym był wróżyć, że się doczeka wieku swego ojca; tymczasem, nie doszedłszy ani do jego połowy, umarł na suchoty w bliskości Algieru, a żona jego, mimo młodych jeszcze lat, przesycona światem, schroniła się do Karmelitanek, tu w Poznaniu, zkąd ją kultura pruska do Krakowa wygnała. Ów zaś mentor księcia Witolda, jeden z Belwederczyków, znany w literaturze emigracyjnej pod nazwiskiem Ludwika z Krzewia, współzałożyciel i współpracownik dziennika partyi Czartoryskich, który pod napisem Trzeci Maj wychodził w Paryżu, poufny księcia Adama i Władysława Zamoyskiego, używany przez nich nieraz do załatwiania różnych spraw za granicą, był przytem poetą, autorem dramatu: Zebrzydowski, powieści: Pan Pułkownik i kilku innych produktów literackich, których już nie pamiętam. Miał on szczególny talent ujmowania sobie ludzi; jego twarz rumianna pod wysokiem i łysem czołem, otoczonem z obydwóch stron krótkiemi, jasnemi i trochę kędzierzawemi włosami, uśmiechała się zwykle po przyjacielsku i objawiała, równie jak jego powolna i nieco śpiewająca mowa, wrodzoną dobroć serca i życzliwość dla wszystkich. Spędziłem z nim niejednę przyjemną chwilę, dał mi nieraz dobrą radę, gdym jéj w Paryżu potrzebował, i miło mi wspomnieć sobie, że byłem z nim kiedyś w bliższéj znajomości.
Wszakże spostrzegam teraz, panie Ludwiku, że trochę daleko odbiegłem od mego początku; stoimy przecież jeszcze przed pojezuickim gmachem, wróćmy się zatem do Radziwiłłów. Otóż powiedziałem ci parę słów o córkach księcia Antoniego, o synach także, ile ich znałem, nadmienić mi wypada, Ferdynanda niepamiętam wcale; najstarszego księcia Wilhelma, gdy ojciec jego był namiestnikiem, widziałem w Poznaniu czasem zdaleka mustrującego swoją kompanię na Teatralnym lub Działowym placu. Bogusława i Władysława przypominam sobie dobrze tutaj przed trzydziestym rokiem jako, mniéj więcéj, siedemnasto, osiemnastoletnich młodzieńców, wysmukłych i dość wyrosłych. Nie wielka między nimi była różnica wieku; wychowywali się i uczyli się wspólnie w dużym pokoju, którego okna wychodziły na ogród i w którym byłem kilka razy. Obadwaj znajdowali upodobanie w historyi naturalnéj; Władysław zbierał kamienie, brat jego ptaki wypchane, których już wtenczas pełną szafę posiadał, a ponieważ i w późniejszych latach niezrzekł się tego amatorstwa, powstał z owéj szafy okazały zbiór, obfitujący w najrozmaitsze ciekawości ornitologiczne, który potem w Berlinie oglądać kilkakrotnie miałem sposobność. Władysław umarł w pierwszéj młodości, niedoczekawszy się, jak mi się zdaje, ani lat dwudziestu; wątły jego organizm uległ piersiowéj chorobie. Z całéj rodziny księcia Antoniego doczekali się późniejszego wieku tylko Wilhelm i Bogusław, którzy potem w Berlinie wspólne poniekąd gospodarstwo prowadzili, zamieszkując razem pałac radziwiłłowski i ożeniwszy się tegoż samego roku z dwoma rodzonemi siostrami, czeskiemi księżniczkami Clary. Chociaż ich usposobienia i kierunki były niejednakie, żyli z sobą bez przerwy w serdecznéj, braterskiéj zgodzie. Książę Wilhelm, wstąpiwszy ledwo szesnastoletni do wojska pruskiego, odbywał ostatnie kampanie przeciw Napoleonowi i pozostał niemal do końca życia wierny téj służbie, w któréj znakomite jego zdolności fachowe wyniosły go na jeden z najwyższych stopni, szefa korpusu inżynierów i naczelnego inspektora twierdz państwa, a równocześnie ścisła przyjaźń z dwoma starszymi synami króla Fryderyka Wilhelma III zapewniła mu wybitne stanowisko i wpływ niemały w kołach rządowych i dworskich, z którym się jednak oględnie obchodził.
W takich bez przerwy żyjąc stosunkach i mając za matkę księżniczkę pruską królewskiego rodu, nie dziw że był przedewszystkiem księciem i jenerałem pruskim; wszakże i po ojcu wziął w dziedzictwie nie tylko wielkie podobieństwo zewnętrzne; tęż samą niemal twarz, otyłą postawę i powagę, lecz i gorliwą przynależność do kościoła katolickiego, przytem pewne sympatye polskie. Mówił po polsku, chociaż powoli i nieco z trudnością, jednę z córek wydał za Polaka, chętnie świadczył, ile mógł, usługi Polakom, przyjmował ich po przyjacielsku u siebie i wraz z bratem starał się o to, aby dzieci obydwóch nauczyły się po polsku i niebyły obce wpływom polskim. W tym celu, jeszcze za mojéj bytności w Berlinie, oddali Radziwiłłowie swych chłopców, a była tego dość spora kupka, pod dozór Krakowianina Podlewskiego, jeśli się nie mylę w nazwisku, dziewczynki zaś pod opiekę panny Paleńskiéj, a późniéj owdowiałéj sędziny Karczewskiéj; to też dla całego tego pokolenia Radziwiłłów, ile mi wiadomo, język antenatów obcym nie jest. Książę Bogusław nieco wyższym był od brata i znacznie chudszym; miał w twarzy typ rodowy, osobliwie ów wybitny nos radziwiłłowski, przytem spokojne i łagodne usposobienie, powolność w ruchach i mowie. Służąc w wojsku od lat najmłodszych, bo go tu jeszcze przed trzydziestym rokiem w mundurze podporucznika pamiętam, doszedł w czynnéj służbie do stopnia majora, a chociaż w późniejszych czasach odznaczony został godnością jeneralską, oddawał się głównie domowemu życiu, obowiązkom obywatelskim, a przedewszystkiem praktykom religijnym i dobroczynnym. Parafia katolicka w Berlinie nie mało mu zawdzięcza; miał pod swoją opieką jéj zakłady miłosierne, do których stworzenia i ustalenia znacznie się przyczynił, budując wszystkich szczerą pobożnością. Nie wiem zkąd ona się w nim wyrodziła, zwłaszcza iż ojciec do zelotów nie należał, matka była protestantką, a całe otoczenie, pod względem religijnym, nader obojętne; nie mniéj jednak wywarła ta pobożność potem wielki wpływ na jego rodzinę, bo jedna z córek została szaretką, a dwaj synowie poświęcili się służbie Bożéj. Starszy z nich, Jezuita, w początkach kultury wynieść się musiał za granicę, młodszego, Edmunda, którego podziwiała tutaj przez czas niejaki parafia ostrowska jako wzór świątobliwości, a rozmaite żebractwo wyzyskiwało bezczelnie, schronił się także przed paru laty do klasztornego zacisza. Z tego, trzeciego już dla mnie pokolenia Radziwiłłów nie znam osobiście żadnéj jednostki, przypominam sobie tylko, że, przed rokiem czterdziestym pierwszym, widziałem w hôtel Radziwiłł kilkoro maleńkich chłopców i dziewcząt wpuszczanych po obiedzie do rodziców na salę, lub latem do ogrodu, nieraz tam bowiem, jako studiosus, byłem u księcia Wilhelma i Bogusława, którzy, ze względu na mego ojca, wiele mi okazywali życzliwości.
Dwór księcia namiestnika w Poznaniu był bardzo liczny, ale nic mniéj jak polski; składał się od góry do dołu z Francuzów i Niemców. W pobliżu otoczenia księżnéj Ludwiki znajdowało się kilka pań niemieckich, a z tych przypominam sobie tylko panię Sartoris, która zajmowała bodajnie miejsce pierwszéj damy honorowéj i załatwiała prezentacyjne i etykietalne sprawy. Jedynym Polakiem, mającym przy księciu Antonim urzędowe stanowisko, to jest radzcy, zdaje mi się i sekretarza namiestnictwa, był pan Michalski. Imienia jego i anteryorów nie znam, wiem tylko, że zostali tu po nim krewni tegoż samego nazwiska, może descendenci brata, z których jeden przez długie lata urzędował jako biegły tłómacz przy sądach; wiem także, co mi sam powiedział, że za młodu był sekretarzem arcybiskupa Krasickiego. Z Radziwiłłami nie rozłączył się Michalski do ostatniéj chwili swojéj; po śmierci księcia Antoniego pozostał przy jego synach i doczekał się bardzo późnego wieku, należąc, jako poufny doradzca i zasłużony emeryt, poniekąd do rodziny. Gdy pierwszy raz w Berlinie przyszedłem do niego, zaprowadził mnie niebawem do książąt, napomniawszy przedtem niedoświadczonego — jak sądził — młodzieniaszka, żeby się należycie ukłonił i nie zapomniał, że się tu nie mówi monsieur, tylko monseigneur! Odwiedzałem go potem dość często; mieszkał w Radziwiłłowskim pałacu, gdzie zajmował dwa obszerne pokoje, grubemi kobiercami wysłane. — Wdowiec i bezdzietny, bo mu żona umarła jeszcze tutaj w Poznaniu przy pierwszym połogu, żył sobie tam spokojnie i wygodnie, odpowiednio całkiem swemu usposobieniu nie lubiącemu zbytnich natężeń. Z drugim tak wybitnym typem osobistości dworskiéj nie zdarzyło mi się spotkać, panie Ludwiku, dla tego pozostał mi jego obraz w pamięci, chociaż przeszło pół wieku minęło, jak go ostatni raz widziałem. Wystaw sobie starego, bardzo wysokiego, chudego jegomościa, z bladą twarzą, pełną spokoju pod rzadkim, siwym włosem, starannie ubranego, zwykle we fraku i białéj chustce na szyi, stojącego sztywnie, poruszającego się wolno, bacznego jednak na to, co się wokół dzieje, z którego ust każdy wyraz płynął powoli, z namysłem, a będziesz miał mniéj więcéj postać Michalskiego. Przejęty uczuciem godności własnéj i godności otaczających, nie wychodził na chwilę z uroczystego nastroju, mówiąc sentencyonalnie, a w rzeczach tyczących się polityki i narodowości, których wogóle poruszać nie lubił, wyrażając się obojętnie i ostrożnie, chociaż o jego polskich chęciach nie można było wątpić. Uważałem, że mu przyjemność sprawiało spotykać się z Polakami i rozmawiać z nimi; owe poznańskie i dawniejsze znajomości w naszym świecie obywatelskim były dla niego miłem wspomnieniem, ztąd też niejeden przejeżdżający z Księstwa dla ważnéj jakiéj sprawy w wyższych sferach berlińskich, znalazł u Michalskiego życzliwą radę i przysługę.
Prócz starego konsyliarza, zastałem w hôtel Radziwiłł drugie individuum znane mi jeszcze z czasów poznańskich; był nim dawniejszy guwerner Bogusława i Władysława, pan Kupsch, Niemiec nie umiejący ani słówka po polsku, któremu potem w Berlinie oddano administracyę i rachunkowość dworu. Nie mogę, panie Ludwiku, przy danéj sposobności pominąć choć krótkiéj wzmianki o nim, poczuwając się do pewnéj wdzięczności za przyjacielskie względy, których mi przez cały czas mego pobytu uniwersyteckiego nie szczędził.
Dopóki Radziwiłłowie rezydowali w Poznaniu, żył Kupsch w bliższych stosunkach z moimi rodzicami, u których przepędzał nieraz całe wieczory ze swoją narzeczoną, panną Bock, córką pastora gdzieś tam w Brandenburgii, zajmującą przy księżnie Ludwice stanowisko pierwszéj kameriery. W wzajemnym afekcie dowiedli oboje niemałéj wytrwałości, musieli bowiem czekać siedem, czy osiem lat, zanim się ich życzenia spełniły; lecz poznawszy ich potem niedziwiłem się wcale nad stałością narzeczonego, gdyż późniejsza pani Kupschowa była fizycznie osobą dość pokaźną, przytem wykształconą, żywą i przyjemną w towarzyskiem obejściu, a w praktycznych i domowych stosunkach okazywała stanowczość i energię, które powolnemu i lękliwemu nieco mężowi wielce się przydały. Bywałem bardzo często w ich domu, znajdując tam nietylko chętne i przyjacielskie przyjęcie lecz nieraz i rozmaite towarzystwa, bo Kupschowie, chociaż żyli skromnie, mieli jednak dużo znajomych w świecie urzędniczym i uczonym, których czasem na obiady i wieczorki spraszać musieli. Zeszedłem się tam u nich z kilku ciekawemi osobistościami płci obojga, wszakże najbardziéj ze wszystkich obeszła mnie figura profesora Zumpta. O! ten Zumpt, ileż razy ja mu błogosławiłem siedząc na szkólnéj ławie, za jego grubą gramatykę łacińską, którą nas, od Tercyi zacząwszy, trapiono. Nie przyszło mi wtenczas do głowy, że się z nim kiedyś spotkam; wszakże fata zrządziły inaczéj. Pierwszego dnia zaraz, gdy przeszedłem bramę uniwersytecką, ujrzałem na katedrze złowrogą figurę Zumpta, a oswoiwszy się z nią niebawem, pozostałem jéj wiernym przez cztery lata, nieopuszczając żadnego z jéj kolegiów. Była to przed pół wiekiem pierwsza znakomitość łacińska w Niemczech, i przyznać muszę, iż, ile mi sądzić wolno, zasługiwał na swoją sławę tak pod względem gruntownéj znajomości reguł językowych, pisarzy, dziejów i starożytności rzymskich, jak poprawności, oraz biegłości w mówieniu i pisaniu po łacinie. Napatrzyłem mu się dosyć, aby w pamięci mojéj niezatartą została do dziś dnia owa postać profesorska, zwłaszcza iż niepotrzeba było mikroskopu, aby ją dostrzedz. Miał on ze sześć stóp wysokości, przytem odpowiednią tuszę, a twarz jego szeroka i pełna z małym nosem, uzbrojonym okularami, nieodznaczała się zbyt szlachetnym wyrazem; całość nie sprawiała wrażenia viri doctissimi, raczéj wysłużonego sierżanta gwardyi. Mówił z namysłem i sapiąc od czasu do czasu, ale co mówił tyczyło się ściśle przedmiotu i miało zawsze naukową wartość, to też na brak słuchaczy skarżyć się niemógł. W uniwersytecie miewał tylko kolegia filologiczne, lecz obok tego wykładał historyę oficerom w wyższéj szkolé wojskowéj, w któréj zajmował urzędowe mieszkanie. Byłem tam kilkakrotnie w jego pokoju, gdzie książki zakrywały wszędzie ścianę od dołu do góry, i zastałem go zwykle siedzącego przy biurku z głuą fajką w ustach.
Profesorska powaga nie opuszczała go w poufnéj rozmowie i w towarzystwie, lecz łączył z nią jakąś spokojną Gemüthlichkeit, a z tego com widział i słyszał o nim, był to człowiek, obok niepospolitéj naukowéj wartości, w stosunkach prywatnych ze wszech miar zacny, dla znajomych dobroduszny i przyjacielski. Dwie córki Zumpta poznałem także u Kupszów; panienki te wtenczas dorastające, przyjemne i wesołe, różniły się, pod względem fizycznym, szczęśliwie od papy i mamy, były bowiem ładne obiedwie, młodsza nawet całkiem udatna i ładna, podczas gdy pani profesorowa, aczkolwiek samą dobroć i skromność widać było z jéj twarzy, mężowi wyglądem swoim Lukrecyi lub Kleopatry przypomnieć nie mogła.
Wdzięczny byłem, panie Ludwiku, Zumptowi nietylko za jego naukę i uprzejmość, którą mi okazywał, lecz i za listy, które mi dał, gdy, wyjeżdżając za granicę, byłem u niego z pożegnaniem. Korzystałem z tych listów i nastręczyły mi sposobność poznania w Paryżu dwóch ludzi dość ciekawych i niepodobnych do siebie. Jeden z nich nazywał się Lajard, figura wtenczas w Paryżu dość znakomita, jako prezydent akademii des inscriptions, zajmującéj się głównie badaniem starożytności. Przypominam sobie, że z méj kwatery musiałem odbywać do niego zupełną podróż, mieszkał bowiem daleko od środka miasta, na pustéj, chociaż okazałéj place royale; nie przyszło mi jednak żałować fatygi, bo przyjęcie znalazłem nadzwyczaj uprzejme, nawet po kilku dniach wywzajemnił się za moje odwiedziny. Był to typ Francuza jeszcze staréj daty; przez wiele lat domownik i sekretarz Talleyranda, przesiąkł polorem wyższego towarzystwa i przesadzał czasem w grzeczności. Pod względem naukowym trudnił się głównie mitologią Greków i Rzymian i wydał kilka książek dotyczących tego przedmiotu, których, szczerze mówiąc, nie czytałem, chociaż mi je zalecał; ale wtenczas, gdy go poznałem, mniéj się troszczył o bóstwa starożytne, niż o bieżące sprawy polityczne. Liczył się bowiem do wrogów Ludwika Filipa i bratał się z zagorzałymi legitymistami, zostając pod wpływem młodéj żony czarnookiéj i czarnowłoséj, z południowych okolic pochodzącéj, któréj piękna główka marzyła tylko o Karolu X-tym, królu z Bożéj łaski, jak mi go kilkakrotnie nazwała, i o jego obrońcy Berryerze, będącym wtenczas jednym z najświetniejszych mówców w izbie deputowanych. Bardzo żałowałem, że krótki czas tylko korzystać mogłem z tak miłéj znajomości, bo państwo Lajard w końcu lata, w którem przyjechałem do Paryża, wyjechali na dłuższy pobyt do Włoch.
Całkiem inny pojaw przedstawił mi się w owym drugim filologu, któremu mnie Zumpt polecił. Pan Lebas, także członek akademii des inscriptions, a przytem profesor szkoły normalnéj, w któréj kształcą i wychowują przyszłych nauczycieli gimnazyalnych, różnił się od swego kolegi, niskiego, chudego, oględnego i delikatnego, że tak powiem, w ruchach i mowie Lajarda, nie tylko zewnętrzną postawą, lecz i usposobieniem. Słusznego wzrostu i silnéj budowy, miał, chociaż już niemłody, fizyonomię wesołą, objawiającą stanowczość i zadowolenie, a zaraz przy pierwszem spotkaniu łatwy i przyjacielski, okazywał demokratyczną naturę. Była mu ona przecież wrodzoną, bo ojciec jego, niegdyś członek konwentu, w ścisłéj żył przyjaźni ze sławnym terrorystą St. Justem i razem z nim, téj saméj godziny, za dni thermidorowych zginał pod gilotyną. Opowiadał mi Lebas swoje dzieje, z których tylko wiem jeszcze, że, będąc przy śmierci ojca kilkoletnim chłopcem, całe swoje wykształcenie zawdzięczał poświęceniu i wytrwałości matki, że w bardzo młodym wieku odbywał ostatnie kampanie napoleońskie i że potem lat parę przepędził w Szwajcaryi na dworze królowej Hortensyi, jako guwerner jéj syna, późniejszego Napoleona III. Nie skleję już co mi tam mówił o swoim elewie, lecz pamiętam, że nie bardzo był uradowany z jego ostatnich awantur w Strasburgu i Bonlogne. Zabrał mnie raz do siebie na obiad i przy téj sposobności poznałem jego matkę, staruszkę blisko osiemdziesięcioletnią, ale jeszcze przyjemną i wygadaną, z którą, będąc kawalerem, czy bezdzietnym wdowcem, mieszkał samotnie w Ecole normale, gdzie miał urzędową kwaterę aż na czwartem pietrze. Ponieważ owemi czasy elewatory tylko w kopalniach znano, przeto nie zdziwiłem się, słysząc, że stara jejmość od blisko lat dziesięciu na ulicę nie zeszła. Wypadki wielkiéj rewolucyi nie zatarły się w jéj pamięci, a chociaż je stratą męża opłaciła, miały dla niéj szczególny urok; o terrorystach, których niemal wszystkich znała, prawiła z uwielbieniem, a St. Just był dla niéj ideałem cnót obywatelskich, politycznego rozumu i dzielności charakteru. „Możesz go pan widzieć jak żywego“, rzekła przy końcu obiadu i zaprowadziła mnie do swéj sypialni, gdzie nad łóżkiem, zamiast świętego obrazu, wisiał duży, znakomicie malowany portret dwudziestokilkoletniego młodzieńca w modrym ubiorze o wielkich wyłogach i małym, czerwonym kołnierzu, którego dość ładna twarz miała niemiły odcień w oczach i pewien twardy wyraz w brwiach nad niemi ściągniętych i nastrzępionych. Lebas okazał się dla mnie chętnym i uczynnym, wyjednał mi wolny przystęp do bibliothèque mazarine i na posiedzenia akademii des inscriptions, z czego nieraz korzystałem, chociaż owe posiedzenia zdawały mi się niezbyt zajmujące. W Ecole normale, gdzie należał także do komisyi egzaminacyjnéj, wykładał autorów greckich i, jak mógłem się przekonać, bo mnie raz wziął z sobą na prelekcyę, wywięzywał się z swego zadania jasno i gruntownie, lecz używał wymowy nowogreckiéj, uważając ją, poniekąd słusznie, za bardziéj uprawnioną od używanéj w Niemczech wymowy Reuchlina. Prywatnie trudnił się wtenczas najwięcéj odczytywaniem i objaśnianiem napisów greckich, które mu tam jakiś amicus przywiózł z Azyi mniejszéj, a ponieważ umiał cokolwiek po niemiecku, musiał krótko przedtem, nim się poznaliśmy, przyjąć nowy obowiązek.
Pierwszy raz wtedy, roku czterdziestego drugiego, postanowiono we Francyi zaprowadzić przy kilku gimnazyach wykład lingwy germańskiéj, jako przedmiotu dowolnego; ogłoszono konkurs na miejsca nauczycielskie, i Lebas wyznaczonym został przez ministra prezesem konkursowéj komisyi. Ponieważ mi mówił, żebym się też przypatrzył téj operacyi, zwłaszcza iż odbywano ją publicznie, byłem na trzech takich konkursach. Zgłosiło się kilkunastu ochotników, po większéj części Niemców, a między nimi dwóch Polaczków z emigracyi, których nazwisk już niepamiętam. Prócz robót piśmiennych poprzednio dostawionych, musieli ustnie podane sobie wyjątki z autorów tłómaczyć z niemieckiego na francuzkie i wykładać przez pół godziny po francuzku coś tam z gramatyki i literatury niemieckiéj, do czego się w domu przysposobili. Dla Niemców było to łatwe, niektórzy jednak mocno francuzczyznę kaleczyli; Polaczków także przepuszczono, lubo się jeden z nich prawdopodobnie swéj niemiecczyzny od chłopów alzackich nauczył. Lebas czasem uśmiechał się, czasem ziewał, nudziło go to oczywiście, ale przydany mu Ozanam, znakomitość naukowo-literacka, mówiący wybornie po niemiecku, był całkiem w stanie osądzić o co chodziło.
Trzeci wreszcie filolog, którego w Paryżu poznałem, przyszedłszy do niego z ustnem poleceniem od Zumpta, pan Haase, stał niezawodnie, pod względem fachowéj nauki, wiele wyżéj od dwóch poprzednio wspomnianych i jako hellenista miał niemałą sławę także poza Renem. Był to Niemiec, który za młodu, powodowany zapałem wolności, jeszcze przed początkiem tego wieku, powędrował do Francyi i osiadłszy tam, wyrobił sobie przez gruntowne wiadomości swoje i rozliczne prace, nie mniéj jak przez zręczne postępowanie, znakomite stanowisko w świecie uczonym, urzędy i honory. Pozostał jednak Niemcem i, jeśli się nie mylę, w bardzo późnéj starości wróciwszy do Niemiec, między swymi życia dokonał. Gdy przyszedłem do niego, przyjął mnie uprzejmie i zagadał zaraz po niemiecku, a ponieważ zastałem siedzącego nad Thucydidesem, przedstawił mi go jako swą kochankę, był bowiem starym kawalerem. W ciągu rozmowy, przypominam sobie, że się wypytywał o pana Tytusa Działyńskiego, którego znał od dawna i którego łacinę bardzo chwalił. Nasza znajomość skończyła się na tym jednym razie; ponieważ mi nie mówił, żebym go częściéj odwiedził, nie uważałem za stósowne przerywać mu powtórnie jego thucydydesowe miłostki.
Wszakże widzę, panie Ludwiku, że znów z drogi strasznie zboczyłem; stoimy tu jeszcze w bramie, pod farną wieżą i widok gmachu rejencyjnego przywodził mi na myśl Radziwiłłów oraz niektóre osoby z ich otoczenia; wracając zatem napowrót, wspomnę ci jeszcze o jednéj, która pod względem grenadyerskiéj postawy Zumptowi bynajmniéj nie ustępowała. Był to znany powszechnie w Poznaniu Baptiste, a raczéj Jean Baptiste Moret, pierwszy kamerdyner księcia Antoniego, czyli major domus, mający dozór nad służbą i porządkiem gospodarstwa wewnętrznego. Podczas uroczystych obiadów, wieczorów i balów stał wyprostowany na końcu sali, w krótkich spodniach, długich pończochach i wygalonowanym fraku, wskazując skinieniem głowy i ręki podwładnym co mają czynić; ale kto spotkał na ulicy ten egzemplarz starannie ubrany, poważnie i sztywno kroczący, z siwą głową do góry, spoczywającą na szerokiéj białéj chustce, z dużą przystojną twarzą gładko wygoloną, mógł go wziąć za jakąś cudzoziemską dystynkcyę, która raczyła zawitać do naszego miasta. Stary Moret nie pochodził jednak z markizów, lecz z chłopów pikardyjskich, jak mi sam powiadał, żadnéj innéj lingwy nie umiał, prócz francuzkiéj, w któréj bardzo biegle, ale nie zbyt elegancko się wyrażał.

Jeszcze za panowania Ludwika szesnastego wstąpiwszy do gardes françaises, odbywał podczas rewolucyi rozmaite kampanie w Holandyi i w Niemczech, a w jednéj z nich miał za towarzysza broni Bernadotta, z którym zwykle stawał w tych samych kwaterach i przespał się nieraz na tem samem łóżku, lub na tym samym snopku, jak wypadło. Bernadotte nie zapomniał o nim, bo, gdy wiele późniéj Baptiste spotkał dawniejszego towarzysza broni gdzieś tam w Niemczech, przypomniał go sobie natychmiast ówczesny szwedzki następca tronu, przyjął po przyjacielsku i chciał zabrać z sobą do Szwecyi. Podziękował mu za tę łaskę Baptiste, który był już wtedy od lat kilku w służbie, lubił jednak za starych lat swoich o tym wypadku każdemu opowiadać. Kiedy i z jakiego powodu znalazł się u Radziwiłłów, tego nie wiem, panie Ludwiku, lecz pozostał im wiernym i serdecznie przywiązanym do końca życia, a dla całéj rodziny był persona grata, z którą młodzi książęta, nawet książę Antoni, nieraz poufale żartowali. Po śmierci księcia spędził ostatnie swoje lata w Poznaniu, gdzie mu dano tu w rejencyi wolne mieszkanie, żyjąc z wysłużonéj pensyjki i z grosza zaoszczędzonego. Gdy się spotkał z jakim znajomym, gawędził zawsze o Radziwiłłach i nieraz się popłakał, osobliwie mówiąc o namiestniku. Nieodstępną jego towarzyszką była stara żona, Niemka rodem, jejmość mała, chuda, nienadobna i zezowata, któréj francuzczyznę prawie tylko mąż mógł rozumieć. Bogowie wiedzą, jaki tam magnes przyciągnął go do niéj, bo i za młodu powabną być nie mogła, nawet ogładą nie odznaczała się bynajmniéj, gdyż obręb jéj wyobrażeń, sposób mówienia i przedstawiania się ludziom po za szwalnię nie wychodziły. Dziwnem jednak zrządzeniem losu, jedyny produkt tego małżeństwa był niezwykłym pojawem zewnętrznych i wewnętrznych zalet; panna Louise Moret należała swego czasu do najpiękniejszych panien na widnokręgu poznańskim. Gdybyś był spotkał tę brunetkę pełną wdzięku w postawie i ruchach, któréj czarne oczy ożywiały rozumem i dowcipem, oraz chęcią podobania się, śliczną, białą twarzyczkę, lekkim rumieńcem ubarwioną, byłbyś sobie zaraz przypomniał znany ów obraz Mignarda z galeryi berlińskiéj, przedstawiający — jeśli się nie mylę — księżnę Mazarin. Znalazło się jednak jedno ale, jak się to nieraz przy doskonałościach na złość zdarza; otóż natura włosków poskąpiła i trzeba je było peruczką zastąpić; wszakże mało kto o tem wiedział, tylko bystre oko zazdrosnych na córki swoje matek czasem dostrzegło. Przymiotom zewnętrznym odpowiadały zresztą i wewnętrzne, przyzwoitość i zręczność w towarzyskiem pożyciu, łatwość i żywość w rozmowie, niemniéj jak obfity zasób wiedzy w rozmaitych kierunkach.
Księżna Ludwika polubiła ją sobie i, zważając tylko na jéj osobiste zalety, pozwoliła pannie Moret przychodzić na bale, chociaż się do Jaśnie Wielmożnych, ani do Wielmożnych liczyć nie mogła. Nie uraziły się tem nasze panie polskie, ale niektóre dygnitarki niemieckie mocno ubodła owa bezwzględność, że osóbka, któréj papa usługuje przy stole, tańczy na téj saméj posadzce z niemi lub ich córeczkami, a nawet ma więcéj sukcesu u młodych oficerów, i jedna z nich, śmielszéj natury, wybuchła z wymówkami przed księżną Ludwiką. Pamiętam, że wieść o téj awanturce obiegała po Poznaniu i zwróciła bardziéj jeszcze uwagę na pannę Moret, którą uwielbiały zdaleka legiony poruczników, prymanerów i młodych urzędników, przesuwając się gęsto przez ulicę, gdy oknem patrzeć raczyła. Ale poezya ta skończyła się wreszcie pożądaną prozą i panna Moret znalazła męża z pomiędzy dawniejszych swoich adoratorów gimnazyalnych, który się na zacnego i poważnego człowieka wyrobił. Był nim syn zamożnego kupca Gumprechta „pod daszkiem“, na Starym rynku, o którym ci już bodajnie dawniéj wspomniałem. Młody Gumprecht, skończywszy szkoły w naszem starem gimnazyum, nie poszedł do kantoru, lecz na uniwersytet, gdzie się z wielkiem zamiłowaniem chwycił nauk przyrodzonych, osobliwie geologii, i potem, ożeniwszy się z pociągu serca, dostatni posiadając majątek, osiadł w Berlinie jako prywatny uczony. Studiozem będąc odwiedzałem dość często Gumprechta, razem z Wojciechem Cybulskim, dawniejszym jego kolegą szkólnym. Dzieci tam wprawdzie nie było, ale małżeństwo to żyło sobie zgodnie i przyjemnie, w ciągłych stosunkach towarzyskich z profesorami, literatami i wyższą biurokracyą. Gumprecht, zostawszy członkiem kilku towarzystw uczonych, pracował z zamiłowaniem na obranem polu; letnią porą podróżował zwykle w celach naukowych; odbywał głównie wędrówki, z młotem i dłutem w ręku, po rozmaitych górach niemieckich, badając ich geologiczną naturę, a spostrzeżenia swoje ogłaszał potem w mniéj lub więcéj obszernych książkach, któremi zdobył sobie znaczenie w uczonym świecie i kilka orderów. Znany był nawet za granicą, spotkałem się z nim bowiem późniéj w Paryżu, gdzie z kilku członkami de l'Institut miewał schadzki i narady. Ponieważ zabawił tam parę tygodni, schadzaliśmy się, aby zwiedzać to i owo, zwłaszcza iż znalazła się przy nim żona, zwyczajna towarzyszka w jego podróżach, któréj bliskości nigdy nie unikałem.
Wróciwszy do Poznania, zapomniałem zupełnie o Gumprechtach, nic o nich nie słysząc, gdy, po ośmiu czy dziesięciu latach, pewnego dnia, wchodząc do parku Wiktoryi, spostrzegłem z zdziwieniem panię Ludwikę siedząca wśród rodziny Bielefeldów. Czas wpływ nie wielki wywarł na jéj zewnętrzność; była tak elegancką, ładna i miłą niemal jak dawniéj, ale zmienił całkiem jéj położenie. Powiedziała mi, że mąż już nie żyje i że nie mając nikogo z bliższych, bo jéj rodzice dawno pomarli, przybyła tutaj do krewnych mężowskich. Dowiedziałem się niebawem o smutnéj historyi; otóż Gumprecht, chociaż człowiek spokojny i rozważny, dał się jednak uwieść ponętom giełdowym, a szczególnie spekulacyom kolejowym, które, po roku czterdziestym, przez czas niejaki rozwielmożniły się w Berlinie i niejednę sprawiły klęskę prywatną; cała fortuna poszła na marne papierki i nie zostało prawie nic prócz zmartwienia, które się głównie do choroby i śmierci przyczyniło. Trzeba było podziwiać z jakim spokojem i męztwem wdowa po nim znosiła zmianę swego losu; za młodu nie brakło jéj na chwilę ptasiego mleka, późniéj była dama światową wybitne zajmującą stanowisko wśród towarzyskiego ruchu berlinskiéj inteligencyi, a na stare lata przyszło naraz rozwiązać pytanie zkąd dostać kawałek chleba! Z początku znalazła punkt oparcia w dalszéj rodzinie mężowskiéj, gdzie die schwarze Tante, tak ją tam bowiem nazywano, miała opiekę nad młodzieżą; ale wkrótce, nie chcąc być nikomu ciężarem, chwyciła się zawodu d’une dame de compagnie wśród obcych, potem zaś nauczycielki i dostawszy się wreszcie do Weimaru, umarła, nie wiem kiedy, jako ochmistrzyni przy wyższéj szkole dziewcząt.
Wszakże ci dosyć, panie Ludwiku, naopowiadałem rozmaitości rozbudzonych w méj pamięci widokiem pojezuickiego gmachu; więcéj z zaśniedziałego mózgu nie wycisnę, zwłaszcza iż od osób, które tutaj po Radziwiłłach zapanowały, byłem zawsze z daleka. Cały szereg naczelnych prezesów przesunął się już do obecnéj chwili przez dawniejsze cele i refektarze ojców Societatis; powiedziałem ci parę słów dawniéj o pierwszym z nich, a złowrogim dla nas Flottwellu, bo kilka razy zetknąłem się z tą wielkością osobiście, innych zaś ledwo przypadkiem ujrzeć mi się zdarzyło. Pójdźmy więc daléj, wszakże tylko kilka kroków.
Widzisz tutaj rozległy rynek, Nowym rynkiem zwany. Cały ten przestwór i niemało miejsca wokół zajmował, za czasów Rzeczypospolitéj, pierwszy kościół farny poznański z cmentarzem swoim, kościół ogromny, sięgający począdkiem drugiéj połowy trzynastego wieku, niegdyś pełen wspaniałych ółtarzy, pomników i bogactw. Rzadko który budynek przebywał tyle nieszczęść przez rabunki, pioruny, pożary, dźwigając się wielokrotnie z ruin, aż wreszcie uległ ostatecznéj klęsce roku 1780 i rozpadł się w gruzy, które dopiero w pierwszych latach tego wieku usunięto i miejsce zrównano. Stara komoszka, nazwiskiem Lewańska, która kiedyś u rodziców moich służyła, opowiadała mi, że dobrze pamięta wysoką wieżę, puste, zrujnowane mury owéj fary, bo tam nieraz między niemi jako małe dziewczę z innemi dzieciakami bawiła się w gonitwy i skrytki. Ja z téj dawnéj epoki widziałem tylko resztki fundamentów, czaszki i kości ludzkie, które się obficie znalazły, gdy tu czasem nieco głębiéj kopano; za méj najdalszéj pamięci był już rynek w tych rozmiarach jak go dzisiaj widzisz. Wyglądało tu jednak nieco inaczéj niż teraz. Najpierw ograniczał go, równolegle do stojącego jeszcze starego wikaryatu farnego, długi, nizki budynek z pruskiego muru, w którym mieściły się jatki miejskie, brudna i wązka siedziba dwudziestu może rzeźników, gdzie, osobliwie z rana, tłoczyły się bez litości i krzyczały zawzięcie legiony gospodyń i kucharek. Prócz tego, w dalszym ciągu Ślósarskiéj uliczki, zajmowały, rzędami stojąc, większą połowę rynku drewniane budy, cały dzień otwarte, w których sprzedawano jarzyny, kasze, mąki, chleby i rozmaite inne przedmioty do wiktu konieczne, jako też łokciowe towary dla ludu i garnki, których liczne wystawy śmiało i daleko na bruk zachodziły. Mniejsza połowa rynku, między jatkami a tym dużym domem, zwanym dawniéj kamienicą Bergera, wolna od budek stanowiła przed południem arenę dla tłumu wiejskich i miejskich przekupek, wystawiających w koszach lub na płachtach swoje martwe i żywe produkta, a między niemi przeciskały się roje kupującéj płci pięknéj. Wyglądało tam jak obecnie na Sapieżyńskim placu, innego zaś targowiska wtenczas w Poznaniu nie było. W dni targowe mnóstwo wózków ze wsi okolicznych zajmowało wszystkie niemal przejścia; takich koników, które dorosłemu człowiekowi ledwo pod pas sięgały, a które zwyczajnie chłopskiemi nazywano, niezobaczysz już teraz, panie Ludwiku, rasa ich wyginęła, równie jak i owe ubiory chłopskie, wtenczas jeszcze powszechne, owe wielkie kapelusze z okrągłą głową, wysokie barankowe czapki wstążkami ustrojone, nadające chłopom narodową cechę, coraz rzadszym są teraz okazem. Po południu scena ta przedstawiała się spokojniéj, wyludniała się niemal zupełnie, tylko w otwartych budach siedziały spekulantki polując na okazyę, a na środku placu pozostawało kilkanaście jejmościanek, po większéj części starych, które, latem i zimą, do późnego wieczora siedząc nad perkami, odbywały pod gołem niebem najrozmaitsze czynności powszedniego żywota. Nie dziw się, że ci o tem wspominam, panie Ludwiku; byłem ledwo sześcioletnim dzieciakiem, gdy się moi rodzice do owéj kamienicy Bergera sprowadzili, w któréj przeszła lat dwadzieścia wytrwaliśmy, a ponieważ okna naszego mieszkania wychodziły na Nowy rynek, przyglądanie się temu, co tam się działo, stanowiło jednę z głównych moich rozrywek. Dla tego też osobistości mające na rynku stałe siedlisko i takie co się na nim często pojawiały, lub jakąś wybitniejszą odgrywały rolę, liczyłem do moich dobrych znajomych. Niektóre tak w méj pamięci utkwiły, że je mam jeszcze jakby przed oczyma.
Jedna z nich, pani Mazurowa, która przez wiele lat uszczęśliwiała tutaj ludzkość kartoflami, jejmość wysokiéj i nader silnéj postawy, natury zwykle milczącéj, bez nazbyt draźliwego i zapalczywego temperamentu, dążyła tutaj do samodzierzstwa i była główną bohaterką w toczących się niemal codzień walkach. Męztwo swoje podniecała od czasu do czasu alkoholem z butelki spoczywającéj wiernie w koszyku, a pieść jéj nieubłagana zdzierała wśród potoku odpowiednich wokabuł, czepce i chustki, targała włosy, tłukła po twarzy, nieraz do krwi, włóczyła po ziemi antagonistki, które śmiały jéj ubliżyć, lub jakiemu z jéj trzech dzieciaków, kręcących się natrętnie między ludźmi. Najczęściéj wywoływała energię pani Mazurowéj współzawodniczka w handlu, starsza od niéj, chuda i blada, zaszczycona przez komoszki nazwiskiem Poczciwéj, ponieważ, rzadko kiedy trzeźwa, przytem zaczepnego usposobienia, krzykliwie wygłaszane perory do córki lub sąsiadek kończyła zwykle wyrazami: „tyś małpa i św.... a ja poczciwa!“ Inne okazy płci pięknéj, które w częstych dramatach Nowego rynku występowały, były mniéj więcéj dwom przytoczonym podobne, jeden jednak z nich zasługuje jeszcze na wspomnienie. Odznaczała się między koleżankami łagodnem i filozoficznem usposobieniem krótka i gruba pani Trzeciakowa; siedziała cierpliwie nad swemi koszami, nieraz paciórki przesuwając w palcach, patrzała spokojnie na toczące się obok niéj kłótnie i boje, ale gdy tego było za wiele, zrywała się z miejsca, otrząsając spódnice, wpadała śmiało między walczących, broniąc słabszéj strony i krzycząc: „która z was mądrzejsza, niech ma lepszy rozum!“ — Z gości przychodzących częstokroć do owych przekupek w odwiedziny lub w interesie, zasługiwał na szczególną uwagę Kościuszko; był on, jak nam się zdawało, pokrewieństwem, a może afektem przyciągany do pani Mazurowéj, bo przy jéj koszyku zawsze zasiadał. Przyjmowała go łaskawie i darzyła nieraz posiłkiem. Nazwę Kościuszki, pod którą znano go w całem mieście, zawdzięczał nadzwyczajnemu podobieństwu swéj fizyonomii do twarzy naszego Tadeusza. Rębacz z zawodu, miał, jak wielu z współkolegów, zwykłe stanowisko swoje na Garbarach, naprzeciw Leitgebra, a słynął prócz tego jako wyborny pływacz i nurek, o którym mówiono, że kilku ludzi tonących wyratował i którego pomocy używano, gdy było potrzeba coś z dna rzeki wydobyć. Druga ciekawą osobistość przedstawiał stary Maciej, jegomość zgarbiony, o bieluteńkich włosach i pomarszczonéj twarzy, zimą i latem w kożuszku chodzący. Mieszkał w chałupie będącéj wtenczas tuż przy domu Bergera i siadywał wytrwale na ławeczce przed drzwiami, medytując, lub skubiąc pierze. Służył za młodu, jak mi sam mówił, w stajniach jakiegoś Zaręby, bardzo wielkiego pana, o którym, osobliwie zaś o jego Jaśnie Wielmożnéj, opowiadał niejedno, co mi już wyszło z pamięci. Nie wiem jakie potem przechodził losu koleje, a na stare lata żył sobie tutaj tak z łaski Boskiéj i przemysłu żony, która, gdym siedział w niższych klasach, wielce była popularną między gimnazyastami. Wymykaliśmy się nieraz podczas pauzy do Maciejowéj na pączki; sprzedawała je po trzy grosze, a chociaż zwykle leżały na jéj pierzynie i złośliwe języki twierdziły, że je kąpano w psim tłuszczu, nie psuło nam to fantazyi i apetytu. Może gdzie jeszcze spotkasz, panie Ludwiku, między siedemdziesięcio-letnimi takiego, który nie zapomniał o pączkach u starego Macieja.
Czasami, w rannych godzinach, wpadał na rynek, przesuwając się szybkim krokiem między ludźmi, człowiek średniego wieku, w niskiéj czapce i rewerendzie, któréj rozpięte poły ciągnął za sobą. Niespokojnie machał rękoma i cienkim głosem mówił ciągle coś do przechodzących lub do siebie. Dzieciaki biegły za nim, chwytając go i krzycząc: „Marcysia, Marcysia!“ nie wiem dla czego, może ztąd, że miał głos cienki, krzykliwy, do babskiego podobny. Opędzał im się jak mógł, a litościwe przekupki brały go w obronę. Miał biedak bziczka; powiadano, że był kiedyś klerykiem i dla tego seminaryjny swój ubiór zachował. Zbierał sobie do chustki co mu miłosierne osoby dawały, a potem uciekał z placu w licznem otoczeniu goniących. Zkąd pochodził, kto miał nad nim opiekę i co się z nim stało, gdy po kilku latach zniknął z tutejszego widnokręgu, tego nie wiem, panie Ludwiku, jak nieznaną mi również historya drugiego oryginała całkiem odmiennego rodzaju, który codzień niemal na rynku załatwiał swoje sprawunki. Był to wysoki, chudy mężczyzna w podeszłym wieku, z twarzą surową, starannie wygoloną; wązki kaftanik, obcisłe, krótkie spodnie, długie pończochy i trzewiki, szeroko wyłożony kołnierzyk i okrągła czapka z koguciemi piórami składały jego ubranie. Chodził poważnym, odmierzonym krokiem, z kijem w jednéj, z koszykiem w drugiéj ręce, nie mówił nic prawie, głównie palcami wyrażał swoje myśli. Powiadano mi, że to Niemiec, który gdzieś przy wielkim dworze odbywał dawnemi czasy służbę laufra, bo jeszcze w końcu przeszłego wieku, jak ci pewnie wiadomo, przed powozami magnatów biegały wystrojone laufry z długiemi laskami w ręku. Ów stary pozostał wiernym swéj liberyi, chociaż była dlań przyczyną niemiłych zajść, ponieważ i jego, jak ową Marcysię, obskakiwali ulicznicy, śmiejąc się i wołając: „lauf Laufer, lauf Laufer!“ Do tych niesfornych uliczników należał Nowy rynek letniemi wieczory; całe ich bandy gromadziły się tu na wspólną zabawę; grali w piłkę, bili się, gonili i wrzeszczeli do późnéj nocy, ustępując późniéj miejsca szczurom, albowiem z pod bud i jatek wynurzały się tysiące tych niemiłych gryzów, aby się nakarmić resztkami, które po przekupkach pozostały na ziemi. Pamiętam, że jedną z zabaw rzadkich wprawdzie, sprawiających jednak największą rozkosz owym ulicznikom, było, jeśli mogli schwytać zbyt śmiałego szczura, lub wałęsającego się między budami kota i przywiązać tym biedakom do ogona pęcherzynę nadętą i grochem napełnioną; puszczone potem i wylękłe zwierzę, szukające daremnie schronienia, ścigali bez litości z radością i krzykiem. Wybacz mi, panie Ludwiku, że takie bajdy prawię; gdy się zestarzejesz, będzie ci także czasem pożądaną rzeczą przypomnieć sobie błache szczegóły, które cię jako dzieciaka, wśród utrapień szkólnego żywota bawiły i rozweselały.
Uporawszy się tak ze środkiem Nowego rynku, przejdziem teraz do otaczających go domów, bo niejeden z nich przywiedzie mi przed oczy niegdyś dobrze znane osoby, o których teraźniejszemu pokoleniu mało co wiadomo. Otóż najpierw ów koniec skrzydła rejencyjnego gmachu, dochodzący do Bramkowéj ulicy, dopiero przed kilkunastu laty wybudowanym został, chociaż co do stylu zewnętrznéj architektury nie rozróżnisz go od reszty. Przedtem stał tutaj stary, dwupiętrowy, niepokaźny dom, zbytkiem okien niegrzeszący, bodajnie z końca szesnastego wieku, który niegdyś także do Jezuitów należał, a późniéj do Fary. Na dole miał ciemną, brukowaną sień, a przy niéj były, prócz kilku komórek, dwie wielkie na tył idące izby, w których na zbytek światła nikt nie narzekał; wązkie, ścianami zduszone schody prowadziły na piętra, gdzie znalazło się kilka niewygodnie rozpołożonych pokoi; wszędzie tam wyglądało szaro, smutno i brudno. Jak tylko zapamiętam, mieściła się w owym budynku szkoła elementarna; na dole były dwie klasy, dla dziewcząt i dla chłopców, a piętra zajmowali lokatorowie. Na pierwszem piętrze przez wiele lat rezydował sobie pan Nikiński. Osobistych stosunków z nim nie miałem, ale mieszkając naprzeciwko, chociaż w dość znacznem oddaleniu, widywałem go niemal co dzień; któżby też w parafii, a nawet w całem mieście nie był znał Nikińskiego! Gdyś przyszedł na mszę do Fary i obejrzał się na chór, spostrzegłeś go jako pierwszą osobę, przy głównym pulpicie ciągnącego uroczyście smyczkiem po skrzypcach, lub machającego nim energicznie na podkomendnych; zajmował tam bowiem miejsce dyrygenta. Nie tylko jednak na chórze pokazywał co umie, lecz kształcił także przyszłych artystów, a nieraz na tańcujących wieczorkach dzielny Nikińsio, rznac wytrwale przez całą noc walce i mazurki, skarbił sobie łaski skakających panienek. Widziałem go przy téj robocie; czerwona, jak zwykle u mistrza tonów, twarz jego pokrywała się żywszym jeszcze rumieńcem, dobierając koloru ze szklaneczek lub kieliszków stojących przy nótach; broda cisnęła mocno instrument, pod smyczkiem struna czasem zakwiczała, zmrużały się zmęczone oczy, kiwały się zgięte plecy, wytrwał jednak do rana i skończył sprawę silnym akordem. Paganinim wprawdzie nie był, lecz za to grał na kilku instrumentach; prócz skrzypcy, fortepian i trąba nie były mu obce, a z klarynetem w ustach towarzyszył częstokroć pogrzebowéj muzyce. Dzieci była tam u niego gromadka, mimo to, jeśli się nie mylę, złożył na stare lata po raz drugi hołd bożkowi Hymenajos, żeniąc się z młodą jakaś brunetką, któréj czarne oczki, po jego śmierci, oczarowały także kamienicznego obywatela z Wronieckiéj ulicy, pana Stęszewskiego.
W dolnych regionach tego domu, zajętych przez szkołę, zasługują na wspomnienie dwaj pedagodzy, którzy tutaj znaczną część swego życia spędzili nad krzesaniem mózgu ubogich dzieciaków, duszących się w owych dwóch izbach. Latem, przed godziną ósmą lub drugą, byłbyś tu spotkał częstokroć stojącego w bramie jegomościa średniego wzrostu, z poważną, wcale nie pospolitą twarzą, uwydatnioną siwemi, ruchawemi oczyma i bardzo gęstą, kędzierzawą czupryną. Wchodzące kreaturki, jedna po drugiéj, bez różnicy płci, całowały z uszanowaniem wystawioną jego rękę, która wybranych głaskała po głowie. Był to pierwszy nauczyciel, nazwiskiem Grafsztein. Jak daleko w tył sięga pamięć moja, zajmował on tutaj stanowisko głównego mentora i na niem, jak mi się zdaje, umarł, doczekawszy się dość późnéj starości. Chociaż, będąc w wyższych klasach, poznałem się osobiście z panem Grafszteinem i miałem z nim nieraz dłuższe rozchowory, nic prawie nie wiem o jego pochodzeniu, niewątpliwie niemieckiem, ani o losach jego młodości, tyle mi tylko sam powiadał, że wojna francuzka wyrwała go trzynastego roku z jakiegoś praktycznego zawodu i że, służąc przez niejaki czas jako freiwilliger Jäger, chwycił się późniéj szulmejsterki. Pod względem narodowości, ożeniwszy się z Polką cierpliwego i łagodnego usposobienia, za młodu wcale ładną, żyjąc wśród Polaków, ucząc ciągle dzieci polskie, które wtedy wszystkiego po polsku uczono, spolszczał zupełnie co do wyobrażeń i nawyknień, mówił w domu i poza domem po polsku, mieszając ciągle jednak wyrazy lub sentencye niemieckie, a jego dzieci na Polaków wyszły. Lubił, jak to mówią, rezonować o wszystkiem wesoło i krytycznie, ze stanowiska swéj nieomylności, a wymowa jego, pewność siebie, przytem wygląd zewnętrzny mogły zrobić wrażenie na tych, którzy się gdzieś przypadkiem z nim spotkali. I tak chwalił się tu pewnego razu jakiś przejeżdżający Niemiec, że miał zaszczyt, będąc w teatrze, siedzieć obok niemałéj znakomitości, która mu się przedstawiła jako Graf Stein i bardzo łaskawie z nim rozmawiała. Ponieważ pensyjka była szczupła, potomstwo zaś dość liczne, musiał nasz Grafsztein chwycić się pensyonarzy i miał ich zwykle kilku, a do ich dozoru przybrał sobie mojego kolegę, ale znacznie starszego odemnie, tercyanera Stanisława Niedźwiedzińskiego.
O tym poczciwym Niedziusiu wspomnieć ci też muszę, panie Ludwiku, bo i na ławie szkolnéj żyłem z nim w ścisłéj przyjaźni i późniéj jeszcze, chociaż nas, jednego od drugiego, losy oddaliły. Pojawił on się tutaj roku trzydziestego pierwszego, z Trzemeszna. Rodziców wtenczas już nie miał i nigdy mi o nich nie mówił; ztąd też nieznane mi jego pochodzenie, domyślałem się wszakże, iż kiedyś mieli wioskę lub dzierżawę; z całéj zaś parenteli znałem jedynie starszego brata, który z wyższéj klasy bydgoskiego czy toruńskiego gimnazyum poszedłszy na powstanie, wrócił, po odbytéj kampanii, ze srebrnym krzyżem i znalazł przytułek w Poznaniu w domu sędziego Chełmickiego, jako pedagog jego małych synów; po kilku latach zniknął nam z oczu i zgoła nie wiem co się z nim stało, przypominam sobie tylko, iż gorącym był patryotą i nad wiek poważnym. Jeden i drugi przymiot odznaczał także Stanisława; w szkole zwaliśmy go Niedziusiem, zwłaszcza że był sobie trochę grubawy, w ruchach powolny, plecy i głowę schylał, a twarz jego szeroka i blada często posępnie na świat spoglądała; przytem jego dolna warga, znacznie wystająca nad górną, przypominała cechę Habsburgów. Jak wszyscy wtenczas Trzemeszniacy, tak i nasz Niedziuś należał do pilnych i zdolnych; we wszystkich przedmiotach zadość czynił żądaniom, w wypracowaniach polskich, łacińskich i niemieckich rywalizował z Cegielskim, ponieważ zaś głupstw studenckich nie lubił, spokojnym był i sumiennym, przeto mu chętnie powierzano korepetycye, a gdy przyszedł do sekundy, dostał się od Grafsztejna do jednego z profesorów gimnazyalnych, mającego pensyonat i na tem miejscu, w jak najlepszem zawsze porozumieniu z przełożonym i współuczniami pełniąc swoje obowiązki, wytrwał aż do końca nauk szkólnych. Od pierwszéj chwili kiedyśmy się poznali, mówił mi zawsze, iż chce być księdzem i stan duchowny w istocie najlepiéj odpowiadał jego moralnemu usposobieniu; ale skutkiem pewnego uporu, który mu był właściwy i wyższych potrzeb naukowych, które sobie przypisywał, znalazł się, zaraz po złożeniu matury, w nieporozumieniu z naszą władzą duchowną. Nie chciał bowiem wstąpić do seminaryum, lecz, marząc o studyach uniwersyteckich, pojechał do Wrocławia.
Wyszło mi już z pamięci, panie Ludwiku, co późniéj raz opowiadał o kolejach jakie tam przebywał; wszakże, ucząc się usilnie, złożył egzamina, dostał tytuł licencyata i wiem, że jako studiozus przejęty był zapałem osobliwie do prelekcyi dogmatycznych. Wszakże ówczesny wrocławski dogmatyk, jako zwolennik słynnego między niemieckimi teologami Hermesa, nie był in optimo odore w Rzymie i ta okoliczność nie posłużyła bynajmniéj ku naprawie stosunków Niedźwiedzińskiego do tutejszych kół duchownych. Ztąd poszło, iż wyświęciwszy się na księdza w Wrocławiu, nie wrócił do Księstwa, lecz parę lat gdzieś tam na Górnym Szlązku wikaryuszował. Załagodziło się jednak z czasem wszystko i czterdziestego drugiego, czy trzeciego roku, po długiem niewidzeniu, ujrzałem znowu w Poznaniu poczciwego Niedziusia, odzianego szeroką szlązką rewerendą. Powołano go tutaj do seminaryum nauczycielskiego, gdy zarząd tego zakładu po Nepillim objął ks. Kaliski. Niedźwiedziński był przy nim alter ego; zastępował go we wszystkiem, gdy zaszła potrzeba, tem chętniéj, że ich ze szkół jeszcze dobra znajomość łączyła, głównie zaś wykładał seminarzystom religię i język polski. Nie długo to jednak trwało; obudwom zrobiło się tam duszno w starym klasztorze Reformatów, zatęsknili za parafią, a gdy się wreszcie życzenia ich spełniły, usunęli nam się prawie całkiem z oczu, zwłaszcza iż obadwaj powędrowali w dalekie strony. Niedziusia raz tylko jeszcze w życiu widziałem, bardzo dawno temu. Otóż, w początkach lipca piędziesiątego drugiego roku, przyszło nam do głowy, profesorowi Wannowskiemu, Hipolitowi Cegielskiemu i mnie, obejrzeć zakład wodoleczniczy i pojechaliśmy do Dębna, gdzie pan Stanisław Mycielski entuzyasta prysznicowski, urządził tuż nad Wartą kąpiel grefenbergską. Główny tam budynek, dość duży i murowany, nie bardzo był pokaźny, bo przerobiony ze starego śpichlerza, ale baseny, tusze i wszystkie inne potrzebne aparaty, obmyślone przez znanego wtenczas hydropatę Mateckiego, odpowiadały całkiem wymaganiom. Prócz tego położenie samo się zalecało; rzeka tuż przy budynkach, drzew dużo, ogród pana Mycielskiego bardzo piękny i pełen kwiatów, nadewszystko zaś gesty las z mnóstwem ścieżek w bezpośredniéj bliskości, a w nim kilka źródeł wybornéj wody. Pacyentów zastaliśmy bardzo mało, przypominam sobie tylko pana Władysława Taczanowskiego, który był wtenczas w pierwszéj młodości; mogliśmy jednak, nawiasem mówiąc, przekonać się jednego przykładu o energicznych skutkach wody. Ledwo godzinę po naszym przyjeździe, przywieziono do zakładu jakiegoś komornika chorego, jak twierdzono, na tyfus; leżał na wozie całkiem bezprzytomny, w strasznéj gorączce. Lekarz zakładu, nota bene, Izraelita, bo Mateckiego już tam nie było, kazał go natychmiast rozebrać, wrzucić do basenu zimnéj jak lód wody, po chwili wydobyć i zawinąć w mokre prześcieradła i koce; tę operacyę powtórzono kilkakrotnie tego dnia i nazajutrz, a gdyśmy nad jéj śmiałością, i niebezpieczeństwem wyrzekli nasze zdziwienie, zawołał doktorek z pewną fantazyą, podnosząc głowę do góry: „ja, meine Herrn, das Wasser ist ein zweischneidiges Schwerdt!“ Tym razem woda cięła dobrem ostrzem, bo trzeciego dnia ów chory powędrował wesoło do domu. Tak, panie Ludwiku, z tego Dębna było można coś zrobić a może iść w zawody z Grefenbergiem, tymczasem kilkanaście lat późniéj, piękna ta i znaczna posiadłość i znaczniejsza jeszcze żerkowska, stara siedziba Mycielskich, przeszły w ręce potomków Odina i Frei, czy też Jozuego, tego dobrze nie wiem.
O Dębnie owem wspomniałem ci tak mimochodem, bo dowiedzieliśmy się tam, że w bliskości nasz Niedźwiedziński pasie owieczki swoje. Pojechaliśmy więc do Brzóstkowa, aby go odwiedzić. Tem bardziéj nam się ucieszył, im mniéj nas się spodziewał; przyjął serdecznie jako starych znajomych i chciał koniecznie dni kilka zatrzymać; pokazywał gospodarstwo swoje i kościół na dość wysokiéj górce stojący, wewnątrz i zewnątrz wyróżniający się chlubnie od zwyczajnych wiejskich kościółków, w którym oglądaliśmy portret i grobowiec jakiegoś antenata Czarneckich. Szybko ubiegły nam na żwawéj rozmowie i wspomnieniach przeszłości te godziny spędzone z zacnym amicusem, a żegnając zdrowego i wesołego nie przyszło mi do głowy, że się z nim zobaczę dopiero na Józafata dolinie. Gdyśmy od niego wracali wprost do Poznania, przebiegł nam zając przez drogę, a Wannowski, chociaż Kalwin, zawołał śmiejąc się: „detestabile omen avortat Jupiter!“ Sprawdziło się jednak omen, bo przybywszy do miasta, zastaliśmy cholerkę w najlepszym rozwoju.
Ponieważ stoimy jeszcze, panie Ludwiku, przy miejscu staréj szkoły, przeto po owym krótkim epizodzie, wywołanym wspomnieniem Grafsztejna, dodać ci muszę, że jego adjutantem, a raczéj współpedagogiem był tutaj niejakiś Grecki, który, chociaż po grecku nie umiał, ale człowiek skromny, spokojny i gorliwy nauczyciel, pozyskał sobie szacunek powszechny między ludem. Wątłym jego płucom nie służyło jednak nauczycielskie rzemiosło i nie doczekał się późnego wieku. Fatalna choroba po ojcu przeszła w dziedzictwie na syna, który zmarł w młodych latach; a szkoda go było, gdyż początki jego obiecywały piękną przyszłość. Obdarzony niezwykłym talentem do muzyki, po kilkoletniéj pracy domowéj, wykształcił się w konserwatoryum lipskiem nie tylko na biegłego fortepianistę, lecz i na kompozytora, a kilka jego utworów, które mógłbyś może znaleść w składach muzykaliów, zyskały powszechne uznanie między znawcami.

Drugim nauczycielem głośnym w téj szkółce, zwanéj powszechnie Szkołą za bramką, o którym ci mówić chciałem, był bezpośredni następca Grafsztejna, Daniel Rakowicz, osobistość mająca prawo do pamięci naszéj, jakkolwiek w skromnych żyła stosunkach i nierozgłośną odznaczała się zasługą. Poznałem się z nim czterdziestego ósmego roku w redakcyi Gazety po1skiéj, a potem dość często widywałem i nieraz w długie zapuszczaliśmy się dyskusye, zwłaszcza, iż do tego wyraźną skłonność okazywał. Mówił spokojnie, nieunosząc się wcale, ale nieszczędząc przeciwnikom ironicznych uwag i uśmiechów, a przekonania swoje gorąco-patryotyczne demokratycznym kolorem mocno zafarbowane, łączył z widocznem poczuciem swéj wartości. Pochodząc z ludu i od pierwszéj młodości ciągle z nim przestając, nie tylko całe życie szczerem sercem dla dobra jego pracował, lecz dając ludowi najwyższe miejsce w państwie, domagał się, by tych co go uczą i wychowują, do pierwszych między stanami policzono. Wszakże z tem zdaniem odzywał się rzadko i ostrożnie, do zaufanych, bo zresztą w praktyce życia był to człowiek skromny, cichy, który pełnił gorliwie obowiązki swoje, pracował korzystnie nad własnem wykształceniem, przedewszystkiem zaś myślał o tem, aby praca jego wyszła na pożytek dla ogółu.
Opowiadał mi raz niektóre szczegóły o sobie. Pochodził, zdaje mi się, ze Śremu; niższe klasy odbył w tutejszem gimnazyum, resztę nauki w seminaryum, które ukończywszy, rozpoczął swój zawód nauczycielski w Oporówku, gdzie go jenerał Morawski poznał, do dalszego kształcenia się zachęcił, częstokroć przepisywaniem i pisaniem listów zatrudniał i przyczynił się niemało do tego, że Rakowicz już wcześnie puszczać się zaczął na pole literackie i wychodzące wtenczas pod redakcyą Wojkowskiego Pismo dla nauczycieli i ludu wiejskiego artykułami swemi zasilał. Zmieniwszy dwa, czy trzy razy miejsce na prowincyi, dostał się wreszcie, bodajnie czterdziestego szóstego roku, do Poznania, najpierw na Chwaliszewo, a potem tutaj do Szkoły za bramką. Ożywione wtenczas w mieście naszem duchowe życie wywarło wpływ na ruchawy umysł Rakowicza. Poznał się niebawem i porozumiał się z podobnie usposobionym Ewarystem Estkowskim i współdziałał z nim gorliwie w założeniu i utrzymaniu Towarzystwa pedagogicznego polskiego, złożonego po większéj części z nauczycieli elementarnych, a należąc do zarządu tegoż towarzystwa przez cały czas jego trwania, przyczyniał się w znacznéj mierze do wydawnictwa Szkoły, znakomitego czasopisma, którego Estkowski był redaktorem.
Nieprzestając wszakże na téj pracy fachowéj, nieszczędził w rozmaitych sprawach artykułów swoich peryodycznym pismom wychodzącym u nas po czterdziestym ósmym roku. Znajdziesz je, panie Ludwiku, w Orędowniku literackim, Gazecie polskiéj, Dzienniku polskim, w ówczesnym Gońcu i Wielkopolaninie; zawierały nieraz trafne myśli, chociaż do wybitniejszych literatów autor ich liczyć się niemógł. Ale najważniejszą pracą Rakowicza, którą mu za główną zasługę poczytać trzeba i która rzeczywisty ogółowi przyniosła pożytek, była jego Nauka czytania i pisania. Wyborny ten elementarz przez lat dwadzieścia kilka we wszystkich szkółkach i prywatnie po domach był używany; uczyły się z niego początków ojczystego języka, od pięćdziesiątego roku począwszy, całe pokolenia niedorostków naszych, niedziw zatem, iż doczekał się podobno stu sześćdziesięciu wydań. Prócz tego ułożył także Rakowicz, dla tutejszego użytku, Elementarz niemiecki, z którego wiele łatwiéj, niż z podręczników przez Niemców wydanych, uczyć się mogą dzieci polskie, jest bowiem bardzo biegle zastósowany do ich pojęcia i właściwości w wymawianiu; nieprzestając zaś na pracy w murach szkólnych i na zachciankach dziennikarskich, uprzyjemniał je sobie, ile mógł, zatrudnieniem na innem polu, będącem w związku z zawodem nauczyciela wiejskiego. Miał od młodości zamiłowanie do ogrodownictwa i pszczelnictwa, i już przed osiedleniem swojem w mieście, na wsiach, gdzie urzędował, zakładał szkółki drzew owocowych i dokładał starania o to, aby wieśniacy chodowania warzyw, kwiatów, drzewek i pszczół niezaniedbywali, wskazując im korzyści z takiego zatrudnienia i ucząc odpowiednich sposobów. W Poznaniu zapoznał się z właścicielami kilku ogrodów, dawał im rady i nieraz pomagał w pracy, był bowiem w swym żywiole, gdy miał rydel lub nożyce w ręku i mógł, osobliwie krzaki róż i pędy brzoskwiń obrabiać. Dochody ówczesne naucycieli miejskich nierównały się z teraźniejszemi, które też niesą zbyt świetne; musiał się więc nasz Rakowicz, zwłaszcza, iż miał żonę i kilkoro dzieci, całe życie kurczyć; tem większą mu to nieraz sprawiało przykrość, iż na biedę bliźnich, z którą przez szkołę w ciągłych zostawał stosunkach, bardzo był wraźliwy. Mimo skłonności do ironii i morałów, mimo pesymistycznych częstokroć zapatrywań, czułem sercem obdarzony, czynił co mógł; ubogim dzieciakom książki i zeszyty kupował, chorym lub starym ich rodzicom nieraz dał drobne wsparcie, w kilku przypadkach, jak mi wiadomo, za biednych gimnazyastów szkólne zapłacił, a gdy sam dopomódz niemógł, przychodził do znajomych sobie majętniejszych osób z prośbą, aby to lub owo dobrodziejstwo wyświadczyły. Rzadko mu odmawiano, bo pod tym względem miary nieprzekraczał, i każdy wiedział, że, stosując się do jego życzeń, niema do czynienia z nierozważnym orędownikiem. Chociaż w spółeczeństwie skromne zajmował stanowisko, znanym był jednak tutaj i cenionym powszechnie dla rzetelnych zasług swoich i zacnych przymiotów. Gdy po tryumfach nad Francuzami nastały u nas czasy wytępiania tego co polskie i katolickie, gdy nawet biednym naszym dzieciakom po szkołach elementarnych niedano spokoju, strasznie duszno zrobiło się Rakowiczowi, od lat kilku przeniesionemu na Św. Marcin, gdzie wtenczas, zdaje mi się, jeden z inicyatorów niemczenia przez szkołę, nazwiskiem Hielscher, był rektorem; a ponieważ przytem zapadać zaczął na zdrowiu, przeto podał się do emerytury i siedemdziesiątego czwartego roku skończył zawód nauczycielski. Niewiem z jakiego powodu przeniósł niebawem penaty swoje do Inowrocławia; i tam jeszcze usiłował, ile mógł, przydać się na coś. Pisywał do Gospodarza toruńskiego artykuły o ogrodownictwie, założył w okolicy towarzystwo pszczelnicze, moralizował znajomych wedle swego zwyczaju; lecz krótko to trwało, gdyż, po niespełna dwóch latach, zabrał go Charon do swéj łodzi. Niezbyt długo potem, syn jego Franciszek podążył także za ojcem.
Pamiętam tego młodzieńca, gdy był jeszcze w szkołach, gdzie się między kolegami odznaczał spokojnem usposobieniem i żarliwą chęcią do nauk, które ukończywszy w tutejszem katolickiem gimnazyum, zapisał się na uniwersytecie do wydziału medycznego. Wszyscy, co go znali, byli przekonani, że nie zadługo stanie tu u nas w rzędzie zdolnych i sumiennych lekarzy, oraz opiekunów chorującéj biedy, ale los zrządził inaczéj. Uzyskał młody Rakowicz w normalnym czasie stopień doktora, niedoprowadził jednak studyów do końca i zrzekł się praktyki lekarskiéj głównie dla tego, iż mu narzędzia słuchu zaczęły trochę niedomagać. Wszakże trzeba było coś robić; chwycił się więc dziennikarstwa i lat kilka redagował „Gazetę Toruńską“, a ponieważ praca jego okazała się korzystną dla ogółu i ponieważ wiedziano w Poznaniu, że się także kasowością i finansowemi sprawami zajmuje, gdy powstał tutaj Bank włościański, powierzono mu, za wpływem pana Jana Działyńskiego, który go, jako szkólnego kolegę, w dobréj miał pamięci dozór i kierunek owego zakładu, tem chętniej, iż uznawano powszechnie jego uczciwość i pilność. Zaufania współobywateli nie zawiódł, owszem, gdy go wkrótce potem wybrano do rady miejskiéj, pozyskał sobie nawet względy Niemców przez przyzwoite występowanie i troskliwość w wypełnianiu powierzonych mu zadań i referatów. Niedługo to jednak trwało; wątły jego organizm uległ niepamiętam już jakiéj chorobie, lecz pamiętam, że niespodziana śmierć doktora Rakowicza wywołała żal szczery w społeczeństwie polskiem naszego miasta.
Nic mi już więcéj, panie Ludwiku, nieprzypomina ta skromna szkółka, przed któréj miejscem stoimy; mówiłem ci, że ją powszechnie nazywano za Bramką, a dawano jéj ów epitet ponieważ stykała się bezpośrednio z jedną z bram starych murów poznańskich, które dopiero przed laty dwudziestu zniesiono. Nie była to właściwa brama, tylko w istocie bramka, une poterne, łącząca Nowy rynek z teraźniejszą Bramkową ulicą, zbudowana temu lat blisko czterysta, zapewne dla wycieczek w razie oblężenia, stanowiąca przejście sklepione, ze sześć kroków szerokie, ze trzydzieści długie, mniéj więcéj stóp dwanaście wysokie i w środku nieco zagięte. Słońce ledwo otwory obadwa oświecać mogło, środek był ciemny i brudny, bruk prawie zawsze mokry, ztąd odory bardzo nie miłe i przydomek śmierdzącéj, którym ją zwykle oznaczano; przy wnijściu na Bramkową ulicę siedziała w kącie przekupka sprzedająca owoce i bułki. Wieczorem i nocą jedna latarnia użyczała skąpego światła téj niepoetycznéj starożytności, która, ile wiem z tradycyi, dawnemi czasy, kiedy latarnie po miastach nie były jeszcze w zwyczaju, słynęła u Poznańczyków jako miejsce niebezpieczne. W ciemnościach czatowali tam często rzezimieszki na zdobycz i odzierali samotnie przechodzących, a w latach moich dziecinnych obiegała jeszcze pogłoska między ludem, że szlachcic jakiś, którego nazwiska niepomnę, mieszkający za Bramką, gdy późną porą wracał do domu, miał zwyczaj, zbliżając się do złowrogiéj Charybdy, pierwszego lepszego co mu się nawinął trzasnąć, jak to mówią, w trąbę, aby za nim gonił i z nim razem Bramkę przebywał.
Opowiadano także z późniejszych czasów o starym panu Kwiatkowskim, urzędniku rejencyjnym, który cierpiał na stłumienie głosu, że gdy pewnego wieczora przechodził tamtędy i napadniętym został, szarpiącego złodzieja odstraszył, szepcąc mu do ucha: „daj mi pokój, przyjacielu, bo będę wrzeszczał!“ Tuż nad wejściem z Nowego rynku wmurowaną była na owéj bramce kamienna tablica z krótkim, gotyckiemi literami wyrzeźbionym napisem, orzekającym w staroniemieckim języku, że dom, którego część dolną Bramka zajmowała, wystawił cech kupców niemieckich, aby był mieszkaniem dla kaznodziei niemieckiego, rozumie się przy pierwotnym kościele farnym. Jaki los spotkał ów napis pod względem pisma, języka i starożytności (był bowiem z roku 1503) bardzo ciekawy, gdy całą budowę zwalono, wiedzą bogowie; może tam na ratuszu w jakim kącie zapomniany spoczywa, a jeśliś ciekawy, weź Obraz Poznania Łukaszewicza i ujrzysz na wstępnéj stronnicy tomu drugiego wierną jego podobiznę. W teraźniejszym wieku zajmował, przed zburzeniem Bramki, owo mieszkanie jeden z mansyonarzy farnych. Arcywygodnem nie było, składało się bowiem, po stronie rynku, z niskiéj, nie wielkiéj izby o dwóch małych oknach i z wązkiego alkierzyka o jednem; oddzielała je ciemna sionka od tylnego pokoiku i przyległéj do niego kuchenki.
Mógłbym ci, panie Ludwiku, odrysować tę skromną kwaterę, bo w niéj często bywałem, gdy ją ks. dr. Aleksy Prusinowski zajmował. Musiałbyś właściwie poszukać kogoś wymowniejszego odemnie i dokładniéj wtajemniczonego we wszystkie szczegóły życia tego nieodżałowanego człowieka, którego zawczesna śmierć, ku dotkliwéj szkodzie społeczeństwa naszego, zabrała, aby nabyć dostatecznego wyobrażenia o jego wartości; ja ci tutaj pobieżną tylko wzmiankę o nim podać mogę, bo nam i czas nie starczy i wiele już uszło ze słabéj pamięci mojéj, chociaż lat kilka w ścisłéj zażyłości przebyliśmy z sobą. Poznałem go, gdy czterdziestego piątego roku, skończywszy nauki, dostał się tutaj do kolegium nauczycielskiego św. Maryi Magdaleny. Był to wtenczas młodzieniaszek dwódziesto-sześcioletni, niskiego wzrostu, wysmukły, z twarzą rumianą, wesołą; uwydatniał ją nos kształtny, chociaż wybitny i ożywiała, z pod szerokiego czoła, para ócz wypukłych i pełnych wyrazu. Dzieje jego lat dziecinnych są mi w ogóle nieznane, wiem tylko, że ojciec, jegomość szlacheckiego rodu, był sędzią w Gostyniu i umarł w sile wieku, skutkiem złamania nogi. Majątku nie pozostawił, tylko, z kilkorgiem dzieci niedorosłych, wdowę, któréj z trudnością przyszło siebie i rodzinę przez świat przepychać. Aleksy, bodajnie drugi z rzędu, ukończywszy niższe klasy w Lesznie, dostał się tutaj wreszcie do gimnazyum pod opiekę księdza Prabuckiego, który go umieścił w alumnacie i stał się jego dobrodziejem, zwłaszcza iż warto było zająć się chłopcem skromnym i przyzwoitym od lat najmłodszych, a odznaczającym się niezwykłą zdolnością i pilnością. Gdy skończył szkoły trzydziestego dziewiątego roku, wystarał mu się Prabucki, ze względu na jego chęci i uzdolnienie, o potrzebne fundusze i wysłał go na uniwersytet do Freiburga, a razem z nim Wojciecha Nowakowskiego.
Z tym swoim nierozłącznym amicusem alumnackim, nad którym jednak znacznie górował ogładą i inteligencyą, przebył Prusinowski w jak najszczerszéj zgodzie szkólne i uniwersyteckie czasy. Że od pierwszéj chwili z przekonania chwycił się teologii, okazało się niebawem na uniwersytecie, gdzie, przestając z kolegami, którym imponowała filozofia niemiecka, lub przypadł do smaku francuzki ateizm, nie dał się zepchnąć z raz obranéj drogi i w częstych dysputach, będących wtenczas między młodzieżą w zwyczaju, stale, z wielkim zapałem i wymową, jak mi powiadano, występował w obronie zasad katolicko - religijnych, nie tylko ze stanowiska ogólnie ludzkiego, lecz i narodowego. Nawet Trentowskiemu, który był wtenczas docentem w Fryburgu, nie dał się zbić z toru i staczał z nim nieraz zawzięte filozoficzno-oratorskie bójki. Obok kolegiów teologicznych słuchał także filologicznych i zajmował się, ile czasu starczyło, historyą i literaturą ojczystą; żeby się zaś gruntownie wykształcić w językach starożytnych, spędził, razem z Nowakowskim, ostatnie semestra w Berlinie, zwłaszcza iż uczyli jeszcze przy tamtejszym uniwersytecie znakomici filolodzy: Böckh, Zumpt i Lachmann, którym równych gdzieindziéj nie było. Obadwaj przyjaciele, złożywszy tam egzamina, uzyskali świadectwa nauczycieli gimnazyalnych, a Prusinowski prócz tego dyplom doktora filozofii, napisawszy dysertacyę: de Erinnyum religione apud Graecos; wrócili potem do Poznania, jak ci mówiłem, z początkiem czterdziestego piątego roku, a za staraniem Prabuckiego, który był wtenczas dyrektorem, dostali się obadwaj na rok próby do gimnazyum Maryi Magdaleny i jeszcze tego samego roku, po krótkim pobycie w seminaryum duchownem, odebrali święcenia kapłańskie. Ksiądz Nowakowski został niebawem regensem alumnatu, a konfrater jego objął dozór i zarząd konwiktu Lubrańskich. Pierwszy wytrwał, ile pamiętam, trzy lata na stanowisku swojem, poczem przeniósł się na probostwo odalanowskie, które jednak wkrótce opuścić musiał i, na rozkaz arcybiskupa Przyłuskiego, przez lat kilka urzędować w seminaryum gnieźnieńskiem jako nauczyciel i subregens, i skończył na probostwie krotoszyńskiem zawód swój doczesny w tym samym miesiącu, lecz dwa lata wcześniéj niż jego przyjaciel i współtowarzysz młodości, od którego o rok tylko był starszym. Od chwili kiedy wyszedł z Poznania niespotkałem się już nigdy z ks. Nowakowskim; gdy mieszkał tutaj widywaliśmy się bardzo często z sobą, mogę ci zatem powiedzieć, panie Ludwiku, że to był człowiek na wskroś zacny i dobrego serca, kapłan gorliwy z przekonania, przytem dla bliższych znajomych uczynny, przyjacielski i szczery. Swobodnemu jego usposobieniu zbywało jednak na światowym polorze; głos i sposób mówienia miał, osobliwie w chwilach afektu, ujadająco-brzmiący, a chociaż posiadał dużo wiadomości w rozmaitym kierunku, niegrzeszył elokwencyą i polotem ducha, czyniąc w ogóle wrażenie poczciwego parocha z odległéj parafii, którego rzeczy poza obowiązkami zawodu będące mało co obchodzą. Księdza zaś Aleksego obchodziło wszystko; zaraz na owem pierwszem stadyum publicznego działania swego okazał się różnostronnym. Nie tylko uczył w szkole religii, łaciny, polskiego języka, a miał tam niełatwe zadanie, bo pamiętam, że dostała mu się kwinta, w któréj obrabiać przyszło niemal dziewiędziesięciu wcielonych diablików; nie tylko miewał kazania i oddawał konfratrom rozmaite przysługi w kościołach, lecz, zapoznawszy się z świeckiemi osobami zajmującemi wybitniejsze stanowiska urzędowe lub towarzyskie, bywał w wielu domach i brał żywy udział w tem co nas wtenczas pod politycznym i narodowym względem obchodziło.
Krótkim był jednak jego pobyt przy gimnazyum poznańskiem, albowiem, gdy w skutek wypadków czterdziestego szóstego roku nastąpiło owo oczyszczenie kolegium nauczycielskiego, gdy z niego jednę cześć Polaków wysłano na trawę, drugą w inne strony przeniesiono, przesadzonym został ksiądz Aleksy do Trzemeszna, zwłaszcza iż tam zawakowało miejsce regensa i nauczyciela religii, po ustąpieniu ks. lic. Janiszewskiego. Lubo z żalem opuszczał Poznań, gdzie się już całkiem czuł w swym żywiole, oswoił się jednak wkrótce z nową posadą, bo szkoła i zadanie odpowiadało jego czynnemu usposobieniu i religijno-patryotycznym uczuciom. Mówił mi kilka razy potem, że mu tam było nie źle, szczegółów dokładnie już nie pamiętam, tyle tylko wiem, że jak w Poznaniu, tak w Trzemesznie zyskał sobie niebawem szacunek i przywiązanie uczniów; umiał im przemawiać do serca, a powagą księdza trzymał ich w należytych karbach. Dając w kilku klasach język polski, ucząc młodzież literatury ojczystéj, rozbierając z nią utwory Mickiewicza i innych poetów naszych, rozbudzał, będąc sam gorącym, może czasem nadmiernie jéj zapał swoim wykładem, i ta okoliczność zwróciła na niego uwagę nieżyczliwych; a gdy pewnego razu zadał do wypracowania temat: „O konieczności uczenia się języka ojczystego“, chłopcy niektóre popuściły zanadto cugle swéj fantazyi, rozpisując się nad nim niebacznie. Nie pochwalił im tego ks. Aleksy i nie szczędził przedstawień, ale te wypracowania dostały się do władzy szkólnéj, która uczniów ukarać nakazała, a księdza Aleksego ze służby zwolniła.
Żałuję, że ci téj sprawy bliżéj objaśnić nie mogę, byłem bowiem wtenczas dość daleko w świecie, a gdy czterdziestego ósmego roku koło WNocy wróciłem, zastałem już w Poznaniu Prusinowskiego, któremu trzemeszeńskie intermezzo bardzo szybko przeszło. Opowiadał mi o niem, ale ponieważ wtenczas głowy nasze zajęte były wrażeniami nadzwyczajnych wypadków, zatarło się to w méj pamięci, tyle wiem jednak, iż za głównych sprawców katastrofy uważał ks. Aleksy dyrektora Dziadka i nauczyciela Piegzę, indiwidua nieszczególne, którzy na jego postępowanie baczne mieli oko i nie szczędzili donosów.
Skończywszy tak niespodzianie swój zawód nauczycielski, spędził potem ks. Aleksy mniéj więcéj sześć lat między nami jako mansyonarz i kaznodzieja farny, i przez cały ten czas mieszkał tutaj nad Bramką, a chociaż wyglądało tam ciasno i nieświetnie, mógł, ile mi się zdaje, owe lata policzyć do najprzyjemniejszych i najswobodniejszych swego życia. On sam zajmował dwa przodkowe pokoiki, w tylnéj zaś izdebce mieściła się matka, którą wziął do siebie i która skromnem jego gospodarstwem zarządzała. Pani sędzina, jejmość już niemłoda, niska i dość otyła, z twarzą odznaczającą się zgiętym nosem, żywym kolorem, a częstokroć niepokojem ócz i rysów, była, pod względem wyobrażeń i poloru, na stanowisku drobnych szlachcianek z początków tego wieku, a przytem miała usposobienie w wysokim stopniu draźliwe, aż nadto skłonne do gwałtownych wybuchów, gdy się cośkolwiek z jéj przywidzeniami nie zgadzało. Nie można jéj było odmówić macierzynskiéj miłości dla takiego syna, ale, chociaż ks. Aleksy okazywał jéj zawsze należny szacunek i synowską uległość, nieraz dotkliwie cierpieć musiał z powodu bezwzględności, któréj nawet przy obcych hamować czasem nie umiała.
Nie będę ci się tutaj rozwodził nad czynnością ks. Aleksego w kościele; wprawdzie większa cześć ówczesnych konfratrów podążyła już za nim na tamten świat, znajdziesz jednak jeszcze kilku, którzy kapłańską obowiązkowość jego lepiéj odemnie uwydatnić ci potrafią; wszakże zaręczyć ci mogę, iż do końca życia, słowem i czynem, składał przy każdéj sposobności dowody religijnéj gorliwości swojéj i kilkakrotnie byłem świadkiem, jak rozpalał się i unosił gniewem, gdy ktoś w dyspucie niezgodne z wiarą lub nauką kościoła objawiał zdania. — Przedewszystkiem odznaczał się jako kaznodzieja, a pod tym względem żaden z ówczesnych księży, prócz księdza Janiszewskiego, współzawodniczyć z nim nie mógł. Znakomitą od natury obdarzony wymową, a przytem naukowo i różnostronnie wykształcony, nie zbywał przedmiotu ogólnikami, lecz rozwijał wzniosłe i gruntowne pomysły, które na słuchaczach czyniły wrażenie i potrafił głęboko wzruszać uczucia, zwłaszcza iż świetną zawsze była forma, którą przemówieniom swoim nadawał; język ozdobny, potoczysty, częstokroć gorący i poetyczny i głos wyraźny, silny, dźwięczny, stosownie do myśli urabiany, uwydatniały wartość wypowiedzianéj treści. Mówił z łatwością, nieraz bez przygotowania, a ponieważ mówił chętnie i niemal na każde wezwanie był gotowym, przeto udawano się do niego, skoro okoliczność jaka smutna lub uroczysta wymagać się zdawała uświęcenia słowem kapłańskiem. Mnóstwo takich kazań przygodnych wypowiedział ks. Aleksy; niektóre z nich słyszałem i byłem świadkiem niezwykłego uniesienia tłumów, któremi kościoły były napełnione, ilekroć on ukazać się miał na ambonie. Przekonasz się sam, panie Ludwiku, o prawdzie tego, co ci powiadam, jeśli przeczytasz jedno i drugie z tych kazań, których kilkanaście wydrukowano; polecam ci przedewszystkiem mowy żałobne na nabożeństwach za Mickiewicza, Lelewela, Adama Czartoryskiego, Adama Łuszczewskiego, za arcybiskupa Fiałkowskiego, za poległych w Warszawie sześćdziesiątego pierwszego roku, za ks. Karola Antoniewicza, za jenerałowę Chłapowską, biskupa Dąbrowskiego i arcybiskupa Przyłuskiego; żałuję, że sobie w téj chwili więcéj przypomnieć nie mogę.
Z czasu wolnego od zatrudnień kapłańskich korzystał ks. Aleksy, aby zadowolić czynne swoje usposobienie i pracować dla dobra ogółu w innych także kierunkach. Skoro wśród wypadków czterdziestego ósmego roku pojawiła się wolność prasy i Cegielski ogłosił pierwszy numer Gazety polskiéj, znalazł natychmiast w Prusinowskim chętnego i bezinteresownego współpracownika. Nie należał on do redakcyi, ściśle rzecz biorąc, ale, mianowicie w pierwszym roku, przychodził bardzo często do jéj biura, pytał się, czy nie ma co do roboty, pisał lub tłómaczył co chciano, nieraz sam wymyślał artykuły wstępne i dwie, trzy godziny czasem, li tylko z upodobania, piórem machał. Gazeta niebawem wzbudziła w nim myśl współzawodnictwa i chęć użycia prasy na korzyść ludu. Pierwsze u nas pismo ludowe, Szkółka niedzielna ks. Borowicza, w początkach wzorowe i arcypożyteczne, trwało wtenczas jeszcze, ale, nie wielką mając liczbę czytelników, z czasem straciło na siłach, zwłaszcza iż w ogóle obejmowało tylko przedmioty treści religijno-moralnéj lub gospodarczéj. Nowe życie, wywołane wypadkami marcowemi, wskazywało potrzebę i konieczność oswajania ludu z wyobrażeniami, tudzież zajściami politycznemi i rozbudzania uczuć jego narodowych, dając im naturalnie za podstawę katolickie zasady. Prusinowski powziął tę myśl skwapliwie i, zdaje się, w Październiku czterdziestego ósmego roku, zaczął wydawać Wielkopolanina. Redagował go sam jeden, rzadko kiedy wspierany przez jakiego ochotnika. Jeśli ci, panie Ludwiku, wpadnie do rąk którykolwiek numer owego Wielkopolanina, przekonany jestem, że cię zaraz ucieszy rozmaitość i trafność przedmiotów, a przytem jędrność i, jak to mówią, werwa, z którą nasz redaktor przemawiał do ludu, usiłując zastosować się do jego wyobrażeń i mowy, a pod tym względem powinny go sobie wziąć za wzór teraźniejsze pisma ludowe, bo aż nadto często, może z wygody, zapominają o tem, co do treści i formy, do kogo mówią. Czasem jednak przesadził Wielkopolanin w rustykalności języka, a przede wszystkiem niebaczny był w wynurzaniach i wyrażeniach patryotycznych, w polemicznych wycieczkach, zapominając, że mamy stróżów nad sobą.
Władze tutejsze w wysokim stopniu rozdrażnione były na „Wielkopolanina“; to też, skoro tylko w Poznaniu, czterdziestego dziewiątego, ogłoszono stan oblężenia, poddały go najpierw pod cenzurę policyjną, a wkrótce potem komendantura zawiesiła jego wydawnictwo, ponieważ „nie przestawał objawiać wrogich dla rządu dążności“. Wypędzony z Poznania, przeniósł się „Wielkopolanin“ do Kościana i prawił po swojemu, ale, parę miesięcy późniéj, wytoczono mu proces i zapozwano redaktora przed sąd przysięgłych. Bronił się sam tak wymownie nasz redaktor, iż jednogłośnie uwolnionym został; mimo to, nie chcąc się zbytecznie narażać, dziecko swoje odstąpił Stefańskiemu, pod którego kierunkiem „Wielkopolanin“ jeszcze czas niejaki wegetował. Tak wielkie jednak zadowolenie sprawiało Prusinowskiemu przemawianie do ludu, iż na krótko tylko mógł sobie odmówić téj przyjemności i, gdy stan oblężenia zniesiono, wydawać zaczął „Wiarusa“. Rodzony ten braciszek „Wielkopolanina“ był od niego z początku wiele ostrożniejszym, chociaż tym samym duchem ożywiony i tym samym językiem władający; znalazł także powszechną wziętość i rozszerzał się po wsiach tem prędzéj, że go Liga wzięła pod szczególną opiekę. Ale i „Wiarusa“ niedługim żywotem losy obdarzyły; od urodzenia swego podejrzywany i nienawidzony w kołach rządowych, ściągnął na siebie, równocześnie z „Gazetą polską“, zakaz pocztowéj rozsyłki i po pół roku broń złożyć musiał.
Jak redaktorska, tak i wszelka inna praca szła księdzu Aleksemu z wielką łatwością i chętnie swéj pomocy użyczał w prywatnych, w publicznych sprawach, gdy go do nich wzywano; a ponieważ do nauczycielstwa skłonności swéj nie ukrywał, przeto, wkrótce po swojem przybyciu do Poznania, podjął się także nauki w szkole dziewcząt pani Tekli Herwigowéj. O téj szkole i połączonym z nią pensyonacie, najstarszym z tego rodzaju zakładów w naszem mieście, po dziś dzień jeszcze będącym w pełnéj czynności pod kierunkiem profesora Mottego i panien Danysz, nadmienię ci niektóre szczegóły, skoro się późniéj nastręczy sposobność. Prusinowski dawał tam parę lat lekcye religii i literatury polskiéj, a spotkać możesz, panie Ludwiku, na prowincyi jednę lub drugą z naszych matron, chociaż takich już mało, która pamięta jak się wszystkie uczennice radowały, gdy jedenasta wybiła, a ksiądz wchodził do pokoju, jak silnie żarliwością swoją i piękną wymową działał na ich młodociane umysły. Widzisz więc, że zatrudnienia miał nie mało, a dodaj jeszcze współpracownictwo w Dyrekcyi Naukowéj Pomocy. Wybrany czterdziestego dziewiątego roku, przeszło lat trzynaście należał do jéj składu i, dopóki był w Poznaniu, przychodził regularnie na posiedzenia i odrabiał sumiennie dość znaczny referat, co jako świadek rzetelnie powiedzieć ci mogę. Nakoniec musisz wiedzieć, panie Ludwiku, że, podczas pobytu swego w Poznaniu, trzy razy, rok po roku, wysłanym został ks. Aleksy do Berlina, przez powiat inowrocławski, którego szczególną łaskę zawdzięczał Wielkopolaninowi i przychylności pana Łączyńskiego. Ale ks. arcybiskup Przyłuski niechętnie patrzał na jego posłowanie i czynił mu trudności z powodu, że potrzebny tutaj przy kościele; dla tego też deputat inowrocławski nie długo przesiadywał w izbie poselskiéj, a chociaż był bardzo czynny w naradach Koła polskiego, publicznie wcale nie występował i jak mógł najprędzéj wracał do swéj mansyonaryi. Wśród wszystkich owych zajęć dużo mu jeszcze zbyło czasu do towarzyskiego życia, które bardzo lubił. Poznał on się niemal z wszystkimi liczącymi się tutaj do kół wykształceńszych i dbającymi o sprawy publiczne, a przez udział w tych sprawach wszedł także w bliższą styczność z wielu obywatelami ze wsi. Ile pamiętam, łączyła go przyjacielska zażyłość z rodzinami Łuszczewskich, Mateckich, Cegielskich, Rymarkiewiczów i Mottych, z kanonikiem Brzezińskim, z Wannowskim i Bentkowskim; wszędzie był mile widziany, bo nie tylko odznaczał się wrodzoną grzecznością i taktem w obejściu, lecz, jako człowiek znakomicie wykształcony, którego zajmowała każda rzecz ważniejsza u nas i za granicą, umiał żywą i urozmaiconą rozmową wzbudzać uwagę, jednać sobie uznanie i sympatyę. Ileż to przyjemnych chwil spędziliśmy w towarzystwie ks. Aleksego, który, wtenczas w sile młodzieńczéj, prawie zawsze wesoło był usposobiony, bo świat przedstawiał mu się jeszcze dość różowo, a stanowisko, jakie zajmował przy kościele, nie narażało go na żadne przykrości. Owszem, z ówczesnym proboszczem Kinosowiczem ścisła łączyła go przyjaźń, a z innymi konfratrami, mianowicie z współmansyonarzem ks. Ammanem, mieszkającym tuż obok niego, w jak najlepszem był porozumieniu i mówił nam nieraz, że nie życzy sobie opuszczać Poznania, bo samotność na wsi lub w miasteczku nie odpowiadałyby wcale jego usposobieniu.
Zmieniła się jednak rzecz niespodzianie w ciągu roku, zdaje mi się, piędziesiątego drugiego. Ksiądz Kinosowicz dla wieku i słabości ustąpił z probostwa farnego, a ksiądz Amman, jako urodzony Poznańczyk, zajął jego miejsce. Było tam o nie kilku kompetytorów, ale Amman, Polak wątpliwy, miał magistrat za sobą, a przytem u władzy duchownéj znalazł silne poparcie ze strony konfratrów farnych; osobliwie ustępujący proboszcz i Prusinowski nie szczędzili zachodów na jego korzyść. Nowy paroch, niemal od razu, zapomniał o poprzedniéj, dość potulnéj mansyonarskiéj postawie i występować zaczął z bardzo silnem uznaniem siebie samego w nowéj godności i dawał to uczuć w swym obrębie, osobliwie tym, których za podwładnych uważał. Skończyło się owo dobre porozumienie między nim i Prusinowskim; niemal co dzień zachodziły w kościele i po za kościołem trudności jakieś i przymówki; proboszcz występował czasem umyślnie szorstko i bezwzględnie, zwłaszcza iż dotykała go niemile wyższość, że tak powiem, księdza Aleksego; a ponieważ ten również był nerwowym i miał w dość wysokim stopniu poczucie swéj wartości, przeto stosunek taki stał się mu nieznośnym. Gdy więc zawakowało probostwo w Grodzisku, postarał się o nie i opuścił nasze miasto piędziesiątego trzeciego roku. Do owéj zmiany przyczyniły się bez wątpienia nie mało nalegania matki, któréj potrzebom i zachciankom skromne dochody syna w Poznaniu nie wystarczały. Wszyscy tutaj przyjaciele jego i znajomi szczerze żałowaliśmy, że nas opuszcza, i on także nie bez smutku i nie bez obawy przerzucał się na inne, wiele trudniejsze pole działania.
Gdy przybył do Grodziska, zastał parafialne stosunki i potrzeby — jak mi powiadano — w nieładzie i opuszczeniu. Stanowczo i energicznie od samego początku wziął się do naprawy, a powodowały nim nie tylko względy duchowne, lecz i narodowe i estetyczne poczucia; lubił zawsze, iżby koło niego było i wyglądało wszystko, ile możności, pięknie i ozdobnie. W kościele zaniedbanym, ile mógł, oczyścił wszystko, odświeżył i zaprowadził nieznany tam od dawna porządek; zakrystyę dał odnowić, wszelkie przybory kościelne, które były w opłakanym stanie, kazał wyporządzić lub nowe posprawiał, a w nabożeństwach przyzwyczajał rozluźnionych nieco parafian do regularnego i przyzwoitego wypełniania religijnych obowiązków. Grunta parochialne, niepomyślnie w okół miasta rozłożone, rozmaite jura i finansowe szczegóły zastał nowy proboszcz także w chaotycznem położeniu; trzeba było wyjaśnić i określić, chwycić się czasem środków prawnych, nie dziw więc, że ksiądz Aleksy, przybywszy do Grodziska, nie spoczął na laurach i zachodów miał aż nadto. U niektórych parafian znalazł przyjazne poparcie, ale nie brakło na źle usposobionych, mniemanym nowościom przeciwnych, osobliwie gdy im groził jaki ciężar pieniężny. Powiadano mi, że niejedno byłoby gładziéj poszło, gdyby ksiądz proboszcz nieco popularniéj był występował; lecz nie miał skłonności do poufalenia się, bywał niekiedy trochę imponującym i poruszania się w małomiejskich sferach unikał, przestając jedynie z ludźmi wyższego poloru lub stanowiska.
Najbliższa zażyłość łączyła go w Grodzisku z adwokatem Janeckim i rodziną Scholtzów, ówczesnych posiedzicieli dóbr opalińskich, jako też z okolicznem obywatelstwem, przedewszystkiem z panem Adamem Żółtowskim, niedalekim sąsiadem. Zachodziło pewne podobieństwo między nimi dwoma, nie tak temperamentu, jak raczéj inteligencyi, estetycznego zmysłu i upodobania w dyskusyach i kombinacyach rozumowych. Odwiedzając Prusinowskiego byłem dwa razy świadkiem ich rozgoworu o kilku sprawach dotyczących polityki ówczesnéj i położenia naszego, a chociaż to każdego razu trwało dość długo, z przyjemnością słuchałem owych sporów, bo było w nich dużo trafnych myśli i bystrych spostrzeżeń. Pana Adama znałem od dawna, gdy jeszcze do gimnazyum chodził, nawet parę lat mieszkaliśmy pod jednym dachem i przypominam sobie, że w szkołach odznaczał się niepospolitą zdolnością i że nieraz dyrektor Jacob odczytywał w klasie jego wiersze łacińskie, zachęcając innych do naśladowania. Już wtenczas wyróżniał się pan Adam, jeszcze młodzieniaszek, między kolegami piękną twarzą, z któréj, na pierwszy rzut oka, wyczytać było można myśl i dowcip, oraz zgrabną postawą, i te zalety umiał uwydatniać pewnym spokojem ruchów i mowy, szczególnie zaś pańską ogładą w towarzyskiem pożyciu. Pod tym względem nie zmienił się późniéj, owszem, doświadczenie, podróże i ciągłe stosunki z wyższemi kołami społeczeństwa udoskonaliły w nim co miał już wrodzone. Gdy szkoły opuścił, rzadko kiedy się z nim spotkałem, nieznane mi więc szczegóły jego życia w dalszym przebiegu i nie mógłbym podać ci ich dokładniéj, wszakże zgodnie z prawdą powiem, co wszystkim wiadome, że był jednym z wzorowych obywateli naszych, którzy odziedziczoną ziemię nie tylko nieuszczuploną, lecz znacznie powiększoną i wolną od ciężarów zostawili potomkom, a prócz tego przykład stanowi odpowiedniego, lecz oględnego życia i cnót domowych. Nieco pesymistyczne zapatrywanie się na świat i ludzi (mówił mi raz, jak pamiętam, że życie jest tylko obowiązkiem), przytem może i upodobanie w spokojnym bycie, przyczyniały się do tego, że pan Adam w sprawach naszych publicznych nie zajmował tak wybitnego stanowiska, jakieby mu bystrość jego rozumu i wzniosłość poglądów były niewątpliwie zapewniły; posłował wprawdzie kilka razy do Berlina, na wszelkie potrzeby narodowe hojną dawał ręką, ale nieraz przyszło żałować przy téj i owéj czynności, że uznał za stósowne zachowywać pewną wstrzemięźliwość. Ostatni raz spotkałem się z Adamem Żółtowskim siedemdziesiątego dziewiątego roku na owym wielkim raucie w Bazarze, którym się publiczność nasza odwdzięczyć chciała profesorom krakowskim, Tarnowskiemu i Bobrzyńskiemu za ich piękne odczyty, a raczéj improwizacye. Chociaż, po wieloletniem niewidzeniu, zewnętrzność jego mało zdawała mi się zmienioną, dostrzegłem w nim jednak jakiś nerwowy rozstrój i zmęczenie, które mu też nie dozwoliły dokończyć przemowy rozpoczętéj, w imieniu całego zebrania, do prelegentów, aby im podziękować za okazaną Wielkopolanom życzliwość. Były to oznaki osłabienia organizmu, któremu niezadługo potem uległ pan Adam, przekazując po sobie pamięć jednego z najwykształceńszych i najzacniejszych obywateli, którymi się dzielnica nasza ostatniemi czasy poszczycić może; dla tego też, panie Ludwiku, ponieważ o znajomych moich ci prawię, przy zdarzonéj sposobności o Adamie Żółtowskim zapomnieć nie mógłem i żałuję tylko, iż na tak krótkiéj wzmiance o nim przestać muszę.
Ale wróćmy się teraz do księdza Aleksego. Otóż, jak w Poznaniu tak i w Grodzisku niewystarczał mu obręb parafialnych zajęć, a czynne usposobienie i patryotyczna gorliwość pędziły go w różne inne strony. Pierwsze lata jednak minęły dość spokojnie, z sześćdziesiątym zaś rokiem zaczęły się, że tak powiem, trybulacye, które go do końca życia nie opuściły. Już rok wprzódy, choć mocno cierpiący, czuł się spowodowanym pojechać do Fryburga w Szwajcaryi, dokąd zapowiedziano kongres niemieckich stowarzyszeń katolickich, aby na tem rozgłośnem zgromadzeniu wyjawić zagranicznemu światu cały szereg nieznanych mu, a rozpoczętych od dawna prześladowań, któremi rząd moskiewski gnębił po ziemiach polskich kościół katolicki, szczególnie zaś wiernych mu Unitów. Pełna siły i zapału mowa jego, któréj skargi poparte były niezbitemi dowodami, zrobiła niezwyczajne wrażenie nietylko na słuchaczach, lecz wszędzie dokąd doszła słowem lub drukiem, zwłaszcza że ją Prusinowski wydał także w języku francuzkim; dziękowali mu nawet za nią listownie niektórzy legaci papiezcy.
Dwa lata późniéj, na takiemże zebraniu w Pradze, wystąpił ksiądz Aleksy Prusinowski, skreślając w polskiem przemówieniu pobratymczym Czechom obraz położenia kościoła katolickiego w naszych krajach, ale to jego wystąpienie, niewiem z jakich powodów, wiele mniejszy miało rozgłos od poprzedniego. Nie minął rok potem, gdyśmy go znów ujrzeli na politycznéj arenie. Przez trzy lata, poraz drugi posłował, a chociaż niemało miał wtenczas kłopotów na głowie i dla innych, koniecznych zatrudnień często wyjeżdżać musiał z Berlina, liczono go jednak, ilekroć był, do najbardziéj wpływowych członków Koła polskiego, a prócz pracy w komisyach i kilku pomniejszych odezwań, wypowiedział, jak sobie przypominam, dwie długie, znakomite mowy, które mu w kołach rządowych łaski nie przysporzyły, a z których jedna tyczyła się nadużyć administracyjnych w naszych małych miastach, druga zaś traktatów międzynarodowych i przyrzeczeń królewskich tak często na niekorzyść naszą tłómaczonych i zapominanych.
Główną atoli przyczyną nadmienionych kłopotów dla Prusinowskiego było wydawnictwo Tygodnika katolickiego. Rozpoczął je z wiosną sześćdziesiątego roku w skutek nalegań kilku przyjaciół i duchownych gorliwie dla sprawy religijnéj usposobionych, jako też na wyraźnie wypowiedziane życzenie arcybiskupa Przyłuskiego, który potrzebną kaucyę ofiarował i dał pewną sumę na pokrycie pierwszych kosztów; a były one dość znaczne od samego początku, bo Prusinowski, aby mieć rzecz całą ustawicznie pod okiem, założył w Grodzisku drukarnię.
Nie żądaj, panie Ludwiku, ażebym ci dał tutaj o tem piśmie, które dużo u nas narobiło hałasu, wiadomość wystarczającą; przyznam ci się, że z powodu innych zatrudnień, nie należałem do ciągłych jego czytelników i nie jestem kompetentnym sędzią w téj sprawie, powiem ci jednak pokrótce i bezstronnie, co mi jeszcze znane. Otóż odznaczało się w pierwszych czasach wyborną redakcyą, nie tylko szeregiem artykułów specyalnie teologicznych i kościelno-politycznych, pisanych przez redaktora lub nadsełanych, lecz zawierało mnóstwo wiadomości, ważnych i ciekawych, tyczących się położenia kościoła na wszystkich ziemiach polskich i wypadków z tem w związku będących; postarał się bowiem Prusinowski o licznych korespondentów z Galicyi, Królestwa i zabranego kraju; lecz niebawem przyszło do polemiki między „Tygodnikiem“ a niektóremi z pism naszych politycznych barwy liberalnéj, mianowicie „Dziennikiem Poznańskim“. Sprowadziła ją, ile pamiętam, sprawa włoska; gdy po jednéj stronie występowano z zapałem w obronie praw papieża i nietykalności jego państwa, wychodząc z téj zasady, iż interes Polski łączy się bezwarunkowo z interesem kościoła; po drugiéj zaś brała górę myśl narodowości i politycznego zjednoczenia na jéj korzyść całego półwyspu włoskiego. Zaostrzyła się mocno polemika, gdy sześćdziesiątego pierwszego roku wybuchły owe manifestacye w Warszawie, a „Tygodnik“ nie pochwalał wszystkiego co się tam działo, objawów kosmopolityzmu religijnego, używania obrządków i śpiewów kościelnych jako środków agitacyjnych, całowania się księży z rabinami, wymagając, żeby duchowieństwo, wśród ogólnego zamętu, zachowało niezawisłość od wszelkich postronnych wpływów, żeby nie przekraczało granic swego powołania i wyraźnych przepisów kościoła. Kto pamięta, jak wielkie, wobec owych wypadków warszawskich, u nas i gdzie tylko brzmi język polski, było, że tak powiem, oszołomonienie patryotyczne, ten rozumi, że rozpisywanie się „Tygodnika“ w powyżéj naznaczonym duchu musiało podraźnić umysły, osobliwie w kołach, gdzie idea narodowości i niepodległości odsuwa wszelkie inne względy, a cóż dopiero, gdy ukazał się z początkiem sześćdziesiątego pierwszego roku, w nim pamiętny ów List otwarty ojca Hieronima Kajsiewicza do braci księży grzesznie spiskujących! Wywołał on straszną burzę w całem społeczeństwie naszem, duchowieństwa nie wyjmując, przeciw „Tygodnikowi“ i jego wspólnikom, zwłaszcza iż, treść pominąwszy, forma tego listu była niepospolicie gwałtowną i obrażającą drogie wszystkim uczucia. — Ogłoszono go w nieobecności Prusinowskiego i mimo jego wiedzy, wszakże cały ciężar odpowiedzialności spadł na niego, chociaż w obronie zewsząd zaczepionego artykułu nie wystąpił wcale.

Dzienniki rozpisywały się zawzięcie, a przez czas niejaki nie szczędzono redaktorowi demonstracyi i przymówek; nawet, gdy wkrótce po ukazaniu się Listu przybył gdzieś na odpust, księża, wyszedłszy z kościoła, odstrychnęli się od niego. Zniósł to wszystko na pozór spokojnie, ale, przy draźliwości swojéj, ucierpiał niemało na duszy i na ciele. W dalszym przebiegu powstania polemika złagodniała, a raczéj ustała, bo „Tygodnik“ w téj sprawie nie dawał do niéj powodu; co więcéj, widząc, że przyszło do rzeczywistego powstania, które rozszerzyło się po całym kraju i znalazło gorące współczucie we wszystkich warstwach narodu, wystąpił z Listem otwartym do ojców narodu polskiego, arcybiskupów i biskupów, w którym poetycznie-biblijnemi słowy błaga tych ojców, aby papież, wspólną ich proźbą wezwany, odsłonił chrześciaństwu całą grozę pastwienia się moskiewskiego rządu nad nieszczęśliwym narodem naszym, polecając go modłom powszechnym wiernych. Długi ten list „Tygodnika“ nie wszędzie doznał dobrego przyjęcia, mianowicie nie podobał się arcybiskupowi Przyłuskiemu, który uważał w tem akt pychy, że taki proboszczyna pouczać chce biskupów. Niefortunny „Tygodnik“ redagował jeszcze ksiądz Aleksy do lipca sześćdziesiątego szóstego roku, wszakże po owych zajściach z mniejszem upodobaniem i mniejszą starannością jak z początku, bo liczba abonentów i korespondentów znacznie zeszczuplała, kłopoty pieniężne wzrastały, a obok tego nie ustawały zaczepki ze strony władz rządowych.
Już od czasów trzemeszeńskich — jak ci wiadomo, panie Lndwiku — był Prusinowski höheren Orts bardzo ingrata persona; przez „Wielkopolanina“ i „Wiarusa“ pogorszył się ów stosunek; możesz sobie więc wyobrazić, że, skoro się „Tygodnik“ pojawił, zwrócono nań baczne oko. Nie zawsze redakcya jego trzymała się w granicach ostrożności, przeto chwytano skwapliwie za lada wystający haczyk i trapiono głównego redaktora skargami i procesami, obwiniając go, że podżega do rozruchów, podburza katolików przeciw protestantom, a nawet że chce sprowadzić upadek królestwa pruskiego.
To też kar pieniężnych napłacił dosyć, a trzy razy po kilka tygodni pokutować musiał w więzieniu za grzechy swoje. Z kilku spraw jednak zdołał ujść bez szwanku, a na szczególną uwagę zasługuje jedna z nich, w któréj zaczepiono wydaną przez Prusinowskiego broszurę: Język polski w W. Księstwie Poznańskiem wobec prawa pruskiego. Ta mała książeczka zaczyna się odezwą zachęcającą gorącemi słowy współziomków do „ratowania języka swego od klęski i zagłady“ i podaje potem w całéj rozciągłości wszystkie proklamacye, prawa, rozporządzenia sądowe i administracyjne, które na korzyść tego języka ogłoszone zostały. Nie można się dziwić, że owe pisemko rozeszło się niebawem po prowincyi w więcéj niż sześciu tysięcach egzemplarzy, dotyczyło bowiem najdotkliwszéj dla nas sprawy, która teraz znów w życiu naszem publicznem stała się palącą. Wydrukował je Prusinowski w swéj oficynie grodziskiéj, z któréj wyszło także za jego staraniem kilka innych rzeczy; wymienię ci tylko, prócz trzy tomowego katechizmu Jezuity Łęckiego, przetłumaczony przez niego Naród w żałobie, ów rzewny objaw współczucia Karola Montalemberta dla naszéj niedoli, a przedewszystkiem kosztowny przedruk Żywotów Świętych i Kazań Piotra Skargi. Marzył ks. Aleksy o wydaniu innych jeszcze dzieł z czasów Zygmuntowskich, aby je rozpowszechnić i odświeżyć w pamięci naszéj, bo rozkoszował w staréj naszéj mowie i literaturze złotego wieku, jak widać nieraz w pismach jego i kazaniach, i liczył się z tego powodu do zapalonych bibliomanów. Nie szczędził zachodów, szafując częstokroć za śmiało pieniędzmi, aby upolować jaką książkę i zebrał sobie bibliotekę z blisko czterech tysięcy pięćset dzieł złożoną, po większéj części z dzieł starych i rzadkich, między któremi niejeden biały kruk wyglądał. Pokazywał mi kilka z nich, opowiadając jak je schwytał, a cieszył się przedewszystkiem, że nawet Żywot Pana Jezu Krysta przez Baltazara Opecia rąk jego nie uszedł. Drogocenny księgozbiór rozleciał się na cztery wiatry po śmierci księdza Aleksego; rozprzedany w Poznaniu na publicznéj aukcyi nie przyniósł ani części tego co kosztował, a ile był wart, możesz się przekonać, panie Ludwiku, z drukowanego katalogu, jeśli go gdzie znajdziesz.
Spędziwszy lat kilkanaście w Grodzisku, przesycony uciążliwą pracą i tylu mitręgami, widząc przytem znaczne osłabienie sił swoich fizycznych, tęsknił ks. Aleksy za spokojniejszem stanowiskiem i pragnął dostać się do Poznania, przypominając sobie czasy owe małokłopotliwe, nad Bramką przeżyte. Gdy więc zawakowało w seminaryum duchownem miejsce profesora filozofii, byłby je chętnie przyjął i téj chęci nie ukrywał; lecz, chociaż mało który z księży lepiéj by je był wypełnił, nie uwzględniono jego życzenia, bo arcybiskup Przyłuski, od dawna niezbyt dla niego łaskawy, a wtenczas podraźniony owym Listem do biskupów, stanowczo zezwolenia swego odmówił, jak już poprzednio nie chciał go zabrać z sobą do Rzymu. Wszakże zmienił późniéj arcybiskup usposobienie swoje pod tym względem, gdyż, wkrótce po jego śmierci, powołał jeneralny administrator archidyecezyi ks. prałat Brzeziński Prusinowskiego tymczasowo do Poznania, jako penitencyarza przy kościele katedralnym i radzcę konsystorskiego, oświadczając przytem, że wypełnia wyrażoną mu ustnie wolę zmarłego arcypasterza. Zostawiwszy w Grodzisku odpowiednich zastępców, znalazł się ks. Aleksy między nami pełen dobréj otuchy na przyszłość; a chociaż mocno już był zmieniony i fizycznie znękany, trzymał się jeszcze dzielnie siłą woli i wrodzoną żywością temperamentu. Zarządowi archidyecezyi nie małe oddał przysługi pilnem odrabianiem spraw bieżących, osobliwie biegłością swego pióra w łacińskich i francuzkich korespondencyach, a kazaniami swemi przyciągał rzesze do kościoła katedralnego. Wraz z nim cieszyliśmy się wszyscy, że tutaj zostanie, czarną rewerendę wkrótce na fioletową zamieni, zwłaszcza iż między duchowieństwem wtenczas zdolnością, pracowitością i nabytą już zasługą jedno z pierwszych miejsc zajmował. Wszakże inaczéj zrządziły losy! Ile pamiętam, rok tylko, mniéj więcéj, pobawił u nas. Zawiały dlań niepomyślne wiatry, skoro przybył hrabia Ledóchowski; znalazły się osoby, które, upatrując w jego wywyższeniu, rzecz dla rządu niemiłą i pewien objaw opozycyi, tak stanowczy wpływ wywarły na nowego arcypasterza, że ks. Aleksy nie tylko pożegnać się musiał z myślą otrzymania kanonii, lecz i wyrzec tymczasowéj w katedrze i przy konsystorzu posady. Nawet, gdy rok późniéj prosił swéj zwierzchności duchownéj o zatwierdzenie mu godności honorowego kanonika, na którą już sześć lat przedtem, w uznaniu pracy jego nad Tygodnikiem, przysłał mu dyplom wraz z serdecznym listem biskup podlaski, nie uzyskał téj łaski, lubo jéj krótko wpierw nie odmówiono dwom innym księżom, którzy tęż samą godność od biskupa płockiego otrzymali.
Wrócił zatem w maju sześćdziesiątego szóstego nasz proboszcz grodziski do parafii swojéj i żył tam, a raczéj męczył się jeszcze przez sześć lat. Siła jego moralna złamana była i dusza do głębi rozżalona doznanemi zawodami, zwłaszcza iż miał w znacznym stopniu ambicyę i pragnął, aby go szanowano jak na to zasługiwał, a żywy umysł i wraźliwy nastrój nerwowy sprawiały, że prędzéj i mocniéj odczuwał od innych tak dobre, jako i złe wrażenia. Zajętego ciągłą pracą w rozmaitych kierunkach szarpały, jak widziałeś, bez przestanku walki, kłopoty, zmartwienia (do których to umartwień przyczyniła się wielce śmierć matki wśród nader przykrych dla niego okoliczności); to wszystko więc musiało oddziaływać zgubnie na organizm jego z natury niezbyt wytrwały. W pierwszych już latach na probostwie zniewolony był wzywać pomocy Eskulapów i uciekać się do środków lekarskich, ponieważ do nerwowych i żołądkowych niedomagań przystąpiły mocne reumatyczne bóle, których nabawiła go zimna i bardzo wilgotna temperatura kościoła i zakrystyi w Grodzisku. Kilka razy jeździł do wód rozmaitych i zasięgał rady znakomitych lekarzy zagranicznych, ale pomoc jednych i drugich złego nie usunęła, ponieważ do gruntownego leczenia się nie dostawało czasu, a powrót do zwykłych zatrudnień każdym razem stan zdrowia pogarszał. Kilkakrotnie także szukał ulgi dla duszy i ciała w zaciszu klasztornem; cierpienia duszy uspokoił na czas niejaki samotnością i medytacyą, cierpienia ciała uspokoić się nie dały. Na domiar złego, niezadługo po jego powrocie na plebanię, wybuchł pożar, nie wiem jakim przypadkiem, w kościele grodziskim i zniszczył znaczną część budynku. Ksiądz Aleksy, mimo opłakanego stanu zdrowia, wziął się energicznie do naprawy, a powodowany estetycznym swoim zmysłem, nie poprzestał na tem, co było konieczne, lecz, korzystając ze sposobności, zmienił lub urządził na nowo w znacznéj części wnętrze kościoła, aby, ile możności, wszystko ozdobne i piękne było dla oka. Pociągnęło to za sobą wielkie koszta i pomnożyło ciężar długów nie tylko parafialnych, lecz i proboszczowskich, które jut przedtem były znaczne. Szemrali i oburzali się, jak mi wtenczas mówiono, parafianie, a klęska owa pożarna i jéj następstwa znękały do reszty siłę żywotną księdza Aleksego. Był on po ostatnim powrocie swoim z Poznania tak schorzały, iż od czasu do czasu leżeć musiał w łóżku, bo żołądek i nogi usług swych odmawiały; bez względu na to jednak, ile mógł, wypełniał obowiązki swoje kapłańskie, przed ołtarzem i w konfesyonale. Ale przyszła nakoniec straszna chwila zupełnego sparaliżowania dolnéj części ciała, dał się więc przewieść do Poznania, gdzie w szpitalu, pod opieką Sióstr Miłosierdzia jeszcze kilka miesięcy przeleżał. Odwiedziłem go tam nieraz i podziwiałem jego siłę moralną, albowiem, mimo ustawicznych boleści nerwowych i ciągłego widoku bliskiéj śmierci, okazywał w rozmowie umysł swobodny, rozprawiał o bieżących wypadkach, wypytywał o znajomych, czasem dzienniki i książki czytywał. W połowie lutego siedemdziesiątego drugiego roku skończyły się jego cierpienia. Chociaż dzień był mroźny i wiatr gwałtowny, gdy go do Grodziska wywożono, całe duchowieństwo nasze z biskupem Janiszewskim na czele, stanęło przed trumną, a przepełnił się ludem Bernardyński plac, bo któżby tu w Poznaniu nie był wiedział o księdzu Prusinowskim i nie był chciał uczcić jego pamięci!
Niedziw się, panie Ludwiku, że, gdy mi się nadarzyła sposobność do mówienia o nim, dwoma słowy zbyć niemogłem człowieka téj wartości, zwłaszcza przeżywszy lat kilka w bliskich z nim stosunkach; żałuję tylko, iż stara moja głowa zdobyć się nie potrafiła na wymowniejsze i wybitniejsze przedstawienie jego właściwości osobistych i niezmordowanéj pracy na polu kościelnem i narodowem. Z rodziny księdza Aleksego zasłużył sobie na wspomnienie tylko Ignacy, o cztery lata od niego młodszy. Znałem go dobrze jako chłopca jeszcze, bo wychował się tutaj w naszem gimnazyum, które skończywszy, idąc za przykładem starszego, wstąpił do seminaryum. Z twarzy przypominał brata, ale skład jéj był mniéj przyjemny. Polotem ducha, sprężystością umysłu, rozmiarami wiedzy niedorównywał Aleksemu i niemógł, mimo szczerych życzeń, osięgnąć wyższego stanowiska w naukach, ponieważ odmówiono mu zezwolenia na studya uniwersyteckie; ale skromne jego i spokojne usposobienie, przytem gorliwość w sprawach religijnych i chęć poświęcenia się wyłącznie pracy kościelnéj okazały się wcześnie, skoro już jako subdiakon zwrócił się z pokorną prośbą, do arcybiskupa, aby mu wolno było wstąpić do zgromadzenia Filipinów, ponieważ, czując się niezdolnym do doczesnych zatrudnień, o które księża świeccy dla utrzymania swego dbać także muszą, pragnąłby pracować jedynie w winnicy Pańskiéj. Otrzymawszy co żądał, spędził nieliczne lata kapłaństwa swego na Jasnéj Górze pod Gostyniem. Nietylko tam odznaczał się młodzieńczym zapałem w wykonywaniu obowiązków, lecz, powoływany częstokroć w różne strony, gdy potrzeba było pomocy lub zastępstwa, wywierał wszędzie wielki wpływ na lud naukami, które umiał zastósować do uczuć i pojęcia słuchaczów, oraz szczerem udzielaniem rad i świadczeniem usług osobistych na każde wezwanie, tak iż nieraz zwracały się parafie z proźbami do konsystorza, aby im księdza Ignacego na dłuższy czas zostawiono. Krótki był jego żywot; wątpię czy do lat czterdziestu dosięgnął, albowiem i brata i matkę wyprzedził na tamten świat. Wiadomo mi, że już w seminaryum skarżył się czasem na niedomaganie piersi, a późniéj ciągłe przesiadywanie w zimnych kościołach i ustawiczne wytężanie głosu nabawiły go suchot, których przebieg był bardzo prędki. Słyszałem, że umierał z niezwykłym spokojem i że krótko przed śmiercią przywołał do Grodziska matkę, a żegnając się z nią błagał, aby niedokuczała Aleksemu gwałtownością swoją.
Nikogo mi już więcéj, panie Ludwiku, nie przypomina to miejsce, gdzie była niegdyś tak zwana Bramka; kilka kroków daléj widzisz za niem dom jednopiętrowy, którego zewnętrzność bardzo skromna nic szczególnego nie ma, prócz kamiennéj płyty nad drzwiami z herbem i napisem łacińskim, wskazującym, że salutare hoc opus ku chwale Bożéj i uldze duszy wystawiono sześćsetnego szóstego roku, a więc lat temu blisko trzysta. Jakie było początkowo przeznaczenie zbawiennego dzieła i jakie zmiany losu przechodziło, niech ci powie któryś z archeologów od Przyjaciół Nauk; jak daleko moja pamięć sięga, należał ów dom do św. Magdaleny, był i jest jeszcze siedzibą mansyonarzy lub kanoników kożuszkowych tego kościoła. Nie małą ich liczbę od początku tego wieku mury jego oglądały, a kilku z nich, którzy teraz do zapomnianych już nieboszczyków należą, znałem mniéj lub więcej. Mieszkając naprzeciwko, a w młodych latach obdarzony wybornym wzrokiem, mogłem, mimo znacznéj odległości, rozpoznać tam osoby ukazujące się w oknach, do najdawniejszych zaś należała sympatyczna osobistość księdza Wróblewskiego, którego zresztą w kościele, w szkole i u moich rodziców często widywałem. Ksiądz Wróblewski był słusznego wzrostu, udatnéj postawy i trzymał zawsze głowę do góry; twarz jego przyjemna, z pod ciemnéj, nieco kędzierzawéj czupryny uśmiechała się łaskawie, chociaż wyraz jéj zwykle miał cechę powagi, a z odmierzonych ruchów, starannego, nawet, że tak powiem, eleganckiego ubioru i sentencyonalnego sposobu mówienia widać było, iż należy do ludzi o godność swoją dbałych.
Pamiętam, że go powszechnie lubiono i poważano; nie będąc zelotą obowiązków swoich nie zaniedbywał, w towarzyskich stosunkach okazywał światową ogładę, jako teolog jednak i kaznodzieja ponad zwyczajny poziom się nie wznosił. Mogę jedno i drugie powiedzieć, nieraz bowiem kazań jego słuchałem i nieraz całemi tygodniami zastępował nam księdza Brodziszewskiego w gimnazyum, gdzie niełatwo mu przychodziło zająć uwagę uczniów i porządek między nimi utrzymać. Nazywaliśmy go między sobą szanownym kapłanem, bo tego szlachetniéj brzmiącego orzeczenia, zamiast prostego wyrazu ksiądz, zwykle używał. Więcéj o nim niepamiętam, niewiem nawet czy tutaj, czy gdzieindziéj i kiedy umarł. Wróciwszy z uniwersytetu widywałem w jego oknie innego kanonika farnego, o którym także niewiele przytoczyć ci potrafię. Plecy trochę zgarbione, wyraz twarzy dobroduszny, wzrok prawie niedowierzający odpowiadały skromnemu, spokojnemu i bardzo ostrożnemu usposobieniu księdza Teodora Kilińskiego. Był on, jak mi mówiono, bratankiem pamiętnego w dziejach naszych Jana Kilińskiego, szewca i pułkownika Najjaśniejszéj Rzeczypospolitéj, a rodzonym bratem tutejszego kanonika katedralnego, o którym późniéj także słów kilka usłyszysz.
Żył sobie ksiądz Teodor skromniuteńko i bardzo oszczędnie, obywał się nawet ile możności bez usługi, bo widziałem nieraz, gdy u niego okno było otwarte, jak sam starannie słał sobie łóżeczko. W towarzystwach rozrywek bynajmniéj nie szukał i jedynym jego nierozłącznym amicusem był proboszcz Kinosowicz, z którym codziennie odbywał przechadzki. Wszakże wolne chwile swoje, a miał ich dość dużo, poświęcał, jak mi mówił Żupański, w którego księgarni nieraz się z nim zeszedłem, gorliwéj pracy nad literaturą i historyą ojczystą i pozostawił po sobie piękną pamiątkę téj pracy. Najpierw wydał Dzieje narodu polskiego, rodzaj podręcznika przeznaczonego dla młodzieży, z dodatkiem starannie opracowanéj jeografii i mapy dawnéj Polski. O wartości owego dziełka, które wyszło w jednym tomie, bezimiennie, świadczy najlepiéj to, że, odpowiadając potrzebie ówczesnéj, doczekało się pięciu wydań, które, ile mi wiadomo, całkiem są wyczerpane. Daléj, na prośbę księgarni Kamieńskiego, opracował i uzupełnił Rys dziejów piśmiennictwa polskiego Lesława Łukaszewicza; prócz tego wydobył z zapomnienia piękne Kazania i mowy księdza Łańcuckiego; wreszcie zebrał Śpiewy nabożne dla użytku katolików naszéj archidyecezyi i podał nam wiadomości o Obiorze papieża i dworze jego.
Drugą stronę pierwszego piętra tego domu zajmował przez wiele lat ksiądz Zeyland; znałem go tylko z widzenia, muszę więc poprzestać na wzmiance, że postać jego wysoka i silna, twarz wyrazista okazywały człowieka stanowczéj woli i że, co nieraz słyszałem, odznaczał się pewnym rygorem w życiu prywatnem i wykonywaniu obowiązków kapłańskich; ceniono w nim osobliwie nadzwyczaj sumiennego i surowego spowiednika, dla tego szczerze pobożne dusze dążyły do jego konfesyonału, który, ile pamiętam, w lekkomyślności naszéj, my gimnazyaści omijaliśmy ze strachem, gdy przyszło do kwartalnéj spowiedzi.
Z rodziny jego przypominam sobie siostrę, wtedy pannę dorastającą, już znakomitego wzrostu i udatnego kształtu, którą późniéj znaliśmy tu wszyscy jako panię Hochbergerową, a oprócz niéj wiele młodszego chłopca, Józefa Zeylanda. Widywałem ich czasami biegających swobodnie po rynku, a dzisiaj już oboje na tamtym świecie, połączeni z księdzem bratem, któremu w znacznéj części zawdzięczali wychowanie swoje i zabezpieczenie przyszłości. O tym Józefie, powiem ci, panie Ludwiku, co mi wiadomo, gdy przejdziem na Garbary, gdzie stoi wielki zakład przemysłowy jego pracą i rozumem stworzony, teraz zaś muszę jeszcze zwrócić uwagę twoją na ów domek tuż przy mansyonaryi, numerem trzecim oznaczony. Jest to także, pod względem struktury, ciekawy antyk poznański z szesnastego stulecia prawdopodobnie; był on w związku ze znacznie większym, od lat kilkunastu zburzonym i znanym dawniéj pod nazwiskiem psałteryi, którego miejsce zajmują, jak widzisz, czerwony mur z przodu, a za nim jakiś magazyn. Wiadomo z tradycyi, że wszystkie budynki po téj stronie stojące, a mianowicie psałterya, zamieszkiwane były niegdyś przez księży obsługujących pierwszą farę poznańską; musieli doprawdy ci księża mieć bardzo skromne życzenia pod względem wygody, oglądając bowiem raz tę psałteryę, zajętą wtenczas przez biedne handelki u dołu, stare babiny u góry, a widząc tylko chaos grubych murów, wązkich schódków, ciemnych ganków, ciasnych i niskich ciupek, podziwiać musiałem obojętność ludzi dawniejszych wieków dla wszelkiéj zdrowotności i potrzeby ciała.
Otóż skończyliśmy przegląd jednéj strony Nowego rynku; po drugiéj jego stronie widzisz tutaj mur otaczający dziedziniec dość obszerny, w głębi którego wznosi się dworzec jednopiętrowy z cechą architektury osiemnastego wieku; jest to ze wszech miar dogodne, nawet pańskie mieszkanie farnych proboszczy. Rezydującego w nim obecnie szanownego księdza Ziętkiewicza trzech poprzedników tutaj pamiętam. O pierwszym z nich, księdzu Hantuszu nic ci nie powiem, byłem bowiem jeszcze małą kreaturą, gdy zeszedł ze sceny tego świata i zaledwie przypomnieć sobie zdołam jak wyglądał; wszakże z nazwiskiem jego łączy się w méj wyobraźni nie wielka figura, trochę zgarbiona, o siwéj, na pół łyséj głowie. Mało co także o nim słyszałem, bo się niczem nadzwyczajnem nie odznaczał i należał podobno do owych księży z drugiéj połowy przeszłego wieku, którzy zadania swego nazbyt gorliwie nie pojmowali, a do światowego sposobu myślenia i życia skłonniejszymi byli niż w ogóle duchowieństwo naszych czasów.
Po nim nastąpił ks. Kinosowicz i parochował przy Farze aż do piędziesiątego trzeciego roku; znałem się z nim i rozmawiałem nieraz, nie byliśmy jednak w bliższéj komitywie. Osobistość księdza Kinosowicza, zaraz na pierwszy rzut oka, robiła przyjemne wrażenie. Prócz dość wysokiego wzrostu i kształtnéj postawy, miał w ładnéj twarzy coś miłego, ujmującego, osobliwie gdy mówił i gdy się uśmiechał; głos jego przytem był słodki i dźwięczny. Poznańczyk rodem, bo jego rodzice dzierzyli niegdyś jednę z owych śledziowych budek pod ratuszem, ukończywszy seminaryum, rozpoczął, ile mi wiadomo, zawód swój przy katedrze jako penitencyarz i odznaczał się tam kaznodziejskim talentem; nieco późniéj zaś należał także do głównych filarów konsystorskiego biura. Kilka kazań jego słyszałem i przypominam sobie, że, chociaż nie było w nich zbytku głębokich lub wzniosłych myśli, zajmowały jednak uwagę słuchaczy i działały na ich uczucie doborem słów, stylem potoczystym w rodzaju Salezego Dmóchowskiego, osobliwie zaś pewną czułością w wyrażeniach i głosie. Spokojnego i zgodnego będąc usposobienia, przepędził ks. Kinosowicz swoje lata u Fary niezwracając nadzwyczajnie uwagi na siebie, unikając wszelkich zmian i nowości. Względem wszystkich łagodnie, grzecznie i po przyjacielsku występował, dla tego nie miał tutaj przeciwników ani nieżyczliwych, żył jednak w ogóle samotnie i tylko bez księdza Teodora Kilińskiego obyć się nie mógł. Widać ich było, jak ci już mówiłem, zawsze razem na przechadzkach i schodzili się ile możności co wieczór na pogadankę, którą częstokroć uprzyjemniali sobie podobno śludkiem, nie puszczając się na większe zbytki. Jeden i drugi był bowiem bardzo oszczędny; szczególnie nasz proboszcz posuwał w późniejszych czasach oszczędność swoją do nadmiaru, co wyczytać mógł każdy z jego rewerendy lub surduta świecących, dosłownie, starożytnością. To też został, jak słyszałem, po jego śmierci spory kapitalik, z którym się krewniacy niedługo uporali. Kilka lat ostatnich, czując słabnące swe siły, ustąpiwszy dobrowolnie z probostwa, spędził ks. Kinosowicz, jako emeryt, częścią w Poznaniu, częścią w Grodzisku, gdzie zwykle latem ks. Aleksy tego starego i miłego konfratra gościnnie przyjmował.
Na opróżnione po nim miejsce powołał magistrat poznański księdza Ammana. Zdaje mi się, że mu je od urodzenia fatum przeznaczyło, już w kolebce bowiem znalazł się tuż naprzeciw probostwa i o kilkanaście kroków od Fary. Idąc Klasztorną ulicą do rejencyi, mógłeś dawnemi czasy przy drzwiach niepozornéj kamieniczki, dotykającéj bezpośrednio gimnazyalnego budynku, widzieć stary szyld, na którym wymalowany był wielki but, a pod nim napis: Amman. Ztamtąd wyszło czterech braci i czterech księży tego nazwiska. Dobrze jeszcze pamiętam ich ojca, dość wysokiego, chudego jegomościa; zdarzyło mi się pogadać z nim kilka razy, wiem przeto, że po polsku nie mówił, chociaż może rozumiał. Pochodził podobno z Szwajcaryi, jak mi jeden z synów powiedział; zresztą szczegóły jego życia są mi nieznane, lecz tę zasługę przyznać mu trzeba, że, walcząc wytrwale z biedą, o tem tylko myślał, aby jego chłopcy na wyższe jakie stanowisko wydostać się mogły. Z trzema byłem równocześnie w gimnazyum; najstarszego z nich pamiętam w sekundzie, gdy sam siedziałem jeszcze w niższych regionach, średni zaś, czerwono-włosy, którego imię wyszło mi już z głowy, kolegował ze mną od dołu i doszliśmy razem do tercyi, gdzie czas niejaki siedzieliśmy przy sobie. Był to wesoły, rozmowny i uczynny amicus, kilka lat starszy odemnie, z mowy i objawu sentymentów wnosząc, nie można było wątpić, że Polak, ale zresztą należał do tych, nad którymi się Wannowski krzyżował, bo pilnością i talentem nie grzeszył. Pewnego dnia, trzydziestego pierwszego roku, nie przyszedł do klasy, i od tego dnia już go moje oczy nie oglądały. Nie wiedzieliśmy tutaj, co się z nim stało i wiele lat późniéj słyszałem, że poszedł do Królestwa i przywdział habit, co mnie trochę zdziwiło, w szkołach bowiem do ascetyzmu najmniejszéj skłonności nieokazywał. Przesiedziawszy dość długo u Paulinów, korzystał podobno z danéj sposobności, aby zostać księdzem świeckim i był potem proboszczem w Częstochowie, czy też w pobliżu, gdzie postępowaniem swojem tak przypadł do smaku rządowi, iż go powołano do Petersburga, do Collegium duchownego, które niby to załatwia sprawy kościoła katolickiego w caracie. Jak wreszcie zawód swój zakończył, może od kogo innego usłyszysz, bo ja się o tem dowiedzieć nie mógłem.
Trzeci z Ammanów, znacznie młodszy od brata Paulina, ale bardzo do niego podobny z włosów i twarzy, siedział w niższéj klasie, kiedym ze szkól wychodził; on to został późniéj po Kinosowiczu proboszczem farnym, posunąwszy się na te godność w dość młodym wieku. Gdy był jeszcze mansyonarzem, widywałem go raz po raz u księdza Prusinowskiego, obok którego mieszkał i powiedzieć ci mogę, że wtedy, pod towarzyskim względem, zrobił na mnie dobre wrażenie rozmownem i swobodnem usposobieniem, lubo częstokroć z tego co mówił, pewna szorstkość i rubaszność myśli i głosu przebijała. Z dziejów jego proboszczowskich nie umiem ci zdać rachunku, wogóle bowiem mało mnie obchodziła jego osobistość; tyle mi tylko wiadomo, że ściśle i regularnie obowiązki swoje w kościele wypełniał, lecz chwalić się nie mógł z gorącego przywiązania parafian, których przychylnem i uprzedzającem postępowaniem ująć sobie nie umiał, czy też nie chciał, że konfratrów bynajmniéj do siebie nie przyciągał, nie wiele z kim w bliższe wchodził stosunki, a pod względem narodowym obojętnym będąc zupełnie, z wszelkiemi sprawami polskiemi unikał styczności. Dla tego też mało go tutaj żałowano, gdy po kilkunastu latach ustąpił z parafii, mniéj więcéj dobrowolnie, zaszły bowiem jakieś nieznane mi okoliczności, które go do tego kroku spowodowały. — Resztę życia przepędził jako człowiek świecki, wolny od wszelkich zatrudnień i powinności, po większéj części — jak słyszałem — we Wschowie i nie wróciwszy już nigdy do Poznania, umarł przed paru laty w Wrocławiu; wszakże, zapisując testamentem dość znaczny kapitał szkatule papiezkiéj, okazał, że aż do końca poczucie katolickie w sercu jego przetrwało. Czwartego księdza Ammana nie znałem wcale i nic o nim do méj wiadomości nie doszło, musisz więc zadowolić się, panie Ludwiku, tą krótką wzmianka o rodzinie, która, prócz czterech synów jeszcze dwóch wnuków kościołowi w służbę oddała, bo synowie jedynéj siostry owych Ammanów, a żony Kałkowskiego, niegdyś nauczyciela w Jerzycach, poszli obydwaj za przykładem wujów i tonzurę przyjęli.
Za murem probostwa widzisz jeszcze parę bardzo starych domków, pamiętających może wiek siedemnasty, ale ponieważ dla mnie niemają historyi, przejdziemy więc teraz na trzeci bok Nowego rynku, który, niemal w połowie, przecina Ślósarska uliczka. Największym po owéj stronie budynkiem jest ta dwupiętrowa kamienica, stanowiąca róg Ślósarskiéj i ciągnąca się wzdłuż niéj na Wodną ulice; są to właściwie dwa spojone z sobą domy, z których jeden wychodzi na Wodną, drugi zaś zwrócony na Rynek. Dawnemi czasy często tutaj bywałem, a w bardzo młodych latach moich mieszkali rodzice moi na Wodnéj ulicy wprost naprzeciw, niejedno mi więc wiadome co się działo w kamienicy Bergera, pod tem bowiem nazwiskiem znaną była w mieście. Otóż ów Berger, jak słyszałem, przybył do Poznania zaraz z początkiem pierwszéj okupacyi, a założywszy handel wina, zboża i innych produktów hurtownych, doszedł wkrótce do znacznego majątku i kamienicę tę wybudował na miejscu kilku starych domostw, i pustków. Handel jego świetne miał powodzenie za Księstwa Warszawskiego i trzymał się potem aż tak do dwódziestego czwartego roku. Pamiętam dobrze jeszcze familię Bergerów; widywałem ich bądź w oknach, bądź też gdy wsiadali do pięknego powozu. Składała się z pięciu jednostek i niewiem czy kiedy więcéj liczyła. Papa Berger był to wtedy jegomość już stary, niski, gruby, nieco zgarbiony; nosił zwyczajnie, nawet w pokoju, ciepłą, okrągłą czapkę bez rydelka na siwéj głowie; połowica jego także była w podeszłym wieku i otyła, a córka przedstawiała malutką figurkę, bardzo garbatę, z twarzą bladą i cierpiącą, pod dużym pękiem jasnych włosów; tę fizyczną ułomność wynagradzała podobno żywością umysłu i znakomitem wykształceniem nabytem przez ciągłe czytanie. Nareszcie dwaj synowie starych Bergerów, którzy się nieodznaczali wzrostem ni powabem zewnętrznym, mieli wtenczas już pierwszą młodość za sobą. Jeszcze dwudziestego czwartego roku zajmowali Bergerowie sami obadwa piętra domu przy Wodnéj ulicy, podczas gdy na dole były składy, mieszkania kupczyków i duża winiarnia. Prócz téj posiadłości należały do nich także dwa obszerne i piękne ogrody za miastem, których śladu już dziś nie dojrzysz; jeden z nich był za Królewską bramą, naprzeciw teraźniejszego ogrodu Feblanów; drugi zaś, na samym końcu Berdychowskiéj tamy, odznaczał się pięknemi gaikami i gankami włoskich topoli, zkąd go plantażami nazywano i w późniejszych czasach na miejsce publiczne zamieniono. Latem, po południu, wyjeżdżali zwykle Bergerowie do którego z tych ogrodów i przepędzali tam resztę dnia, częstokroć w mniéj lub więcéj licznem towarzystwie, żyli bowiem dość wystawnie i przyjmowali u siebie wyższą oficeryę i biurokracyę. Naraz, zdaje mi się, dwódziestego piątego roku, zatrzeszczał krach i nastąpiło bankructwo. Zrobiło to wielkie wrażenie w mieście i przypominam sobie, że o tem dużo koło mnie mówiono, że, na aukcyi w bergerowskim domu, rodzice moi kupili kilka sprzętów i ściennych obrazków, z których dwa wiszą jeszcze u mnie na ścianie, i że ze sklepów naprzeciwko wylewano beczkami do ulicznych rynsztoków zepsute wino, ku wielkiéj radości bab i uliczników, chwytających garnkami i kwartami ów płyn kosztowny. Dom i ogrody przeszły w obce ręce, stare Bergery nie długo potem pomarły, córka przeżyła ich lat kilka pod opieką braci, którzy, nie tracąc animuszu, ocaliwszy pewnie jakieś resztki rodzicielskiego majątku, zabrali się energicznie do odbudowania tego, co losy zwaliły. Rozpoczęli handel drzewa, większą część czasu swego spędzali na wózku, nabywali i wycinali lasy nie tylko w WKsięstwie, lecz głównie w Królestwie. Starszy z nich umarł, zdaje mi się, nie długo po trzydziestym roku, młodszy zaś, znany Gotthilf Berger, stworzył sobie pokaźną fortunę, ożenił się w dość późnym wieku z panną Treppmacher, a nie mając dzieci i nie mogąc się ich spodziewać, pod koniec życia nie małą część kapitałów swoich poświęcił dobru rodzinnego miasta, dla którego, przed blisko trzydziestu laty, wystawił, na potrzeby szkólne, ów wielki gmach przy Strzeleckiéj ulicy, mieszczący w sobie Realne gimnazyum.
Z śmiercią Gotthilfa Bergera wygasła rodzina pierwszych właścicieli téj kamienicy, która, po wspomnianem bankructwie starego Bergera, była własnością jakiegoś kapitalisty w Berlinie; około trzydziestego piątego roku kupił ją mieszczanin tutejszy Stanisław Fibich, dorobiwszy się grosza na podrzędnym handlu wódki i likierów, nie pamiętam już, przy któréj ulicy. Miałem przyjemność znania także tego pana Fibicha, lecz ponieważ znajomość nasza kończyła się na wzajemnem uchylaniu kapeluszy, gdyśmy się przypadkiem spotkali, nic ci o nim ciekawego powiedzieć nie potrafię, dodam tylko jeszcze, iż obecnie dawna ta siedziba Bergerów jest własnością kupca Andersza, który ją nabył od spadkobierców Fibicha głównie dla jéj rozległych i bardzo dogodnie urządzonych sklepów.
Do najdawniejszych za méj pamięci komorników w téj kamienicy należał profesor Jan Motty; ile mi wiadomo, jeszcze stary Berger wypuścił mu drugie piętro ku Nowemu Rynkowi zwrócone, gdzie wiernie przesiedział lat dwadzieścia kilka. Był on we wszystkich klasach moim nauczycielem i ponieważ prócz tego żyłem w przyjaźni z jego synami, a ze starszym, przebywszy razem czasy gimnazyalne, kolegowałem jeszcze na uniwersytecie, mogę ci więc to i owo powiedzieć o profesorze, który liczył się u nas do bardzo znanych osobistości. Francuz z pochodzenia, urodzony w Paryżu siedemsetnego dziewiędziesiątego roku, dostał się tutaj nieskończywszy jeszcze lat szesnastu, a ponieważ kraju naszego do śmierci nie opuścił, nie dziw że, żyjąc wyłącznie w otoczeniu polskiem, przemienił się pod względem uczuć narodowych i języka w zupełnego Polaka, chociaż w domu, do swoich zwyczajnie po francuzku mówił. Gdy pewnego wieczora byłem u niego, zgadało się między innemi także o cudzoziemskich nazwiskach, z któremi w naszych stronach tak często spotkać się można, a ponieważ zauważyłem przy téj sposobności, że jego nazwisko właściwie po francuzku nie brzmi, powiedział mi kilka szczegółów o swojéj rodzinie. Otóż, ile pamiętam, pochodzi ona z Włoch, gdzie znajdują się jeszcze osoby tego nazwiska, kończącego się tam na i, którą to samogłoskę we Francyi na y zmieniono. Od ojca swego słyszał nieraz profesor, że jeden z owéj rodziny zaciągnął się do oddziału kondotierów włoskich, którzy razem z Hiszpanami kiedyś wojowali w zbuntowanych Niderlandach i, dosłużywszy się wyższego stopnia, ożenił się potem w Landrecies z córką bogatego mieszczanina. Potomkowie jego pozostali w téj forteczce flandryjskiéj, która późniéj przeszła pod panowanie Francuzów i jeszcze dziadek profesora posiadał tamże kamienicę i znaczny folwark w bliskości; ale ponieważ losy uszczęśliwiły go niemal jak patryarchę Jakóba, bo jedną córką i jedenastu synami, przeto rozprysła się fortuna, a z nią cała rodzina. Synowie w rozmaitych pułkach francuzkich pomarli lub poginęli, jeden tylko z nich, ojciec profesora, doczekał się późnéj starości, żył bowiem lat przeszło osiemdziesiąt. Rodzice, chcąc sobie tego najmłodszego ocalić, oddali go w naukę do petit séminaire, ale siedemnastoletni chłopiec, pociągnięty zapewne przykładem braci, uciekł ze seminaryum i wziął karabin na plecy w pułku Clark, złożonym po większéj części z Irlandczyków.
Działo się to jeszcze za panowania Ludwika XVI, a gdy potem w początkach rewolucyi wojska królewskie się rozprzęgły i rzeczpospolita, zagrożona napadem Prusaków, nowe tworzyć zaczęła, wstąpił ów były seminarzysta jako porucznik do pułku konnicy, służąc najpierw w armii Dumouriego, a późniéj pod Kellermanem przebył szczęśliwie całą pierwszą kampanię i bitwę pod Valmy. Osiadłszy potem w Paryżu, gdzie się puścił na spekulacye fabryczne, miał przez kilka lat komendę oddziału gwardyi narodowéj, gdy zaś spekulacye zawiodły i nabyta przez pierwsze małżeństwo fortunka mocno się zachwiała, wrócił do służby i posłano go jako kapitana żandarmeryi do miasteczka Malmédy, które teraz leży w prowincyi nadreńskiéj tuż przy granicy belgijskiéj. Ożenił on się w bardzo młodym wieku z córką lekarza w Paryżu, lecz niedługo się nią cieszył, bo umarła mu po pięciu czy sześciu latach, nie mogąc przeżyć straty trójga maleńkich dziatek; z drugiéj, córki Szwajcara, oficera des Cent-Suisses, strzegących osoby królewskiéj, miał dwóch synów, z których pierwszy umarł w kolebce, a młodszy, Janem po ojcu nazwany, późniejszy nasz profesor, uchował się i kilka lat dziecinnych spędziwszy przy rodzicach w Malmédy, biegając tam swobodnie po polach i pagórkach okolicznych, wyrósł na normalnego chłopca. Gdy w pierwszym roku naszego wieku cała rodzina wróciła do Paryża, spotkało ją niezadługo potem wielkie nieszczęście, albowiem matka, osoba wątłego zdrowia, sięgając coś z wysokiéj szafy, spadła z krzesła, złamała nogę i fatalnego przypadku nie przeżyła. Było to w początkach cesarstwa; zanosiło się na nowe wojny, a strapiony ojciec, przewidując, że jedyna istota, która mu pozostała, wkrótce do szeregów ściągniętą być może, na niebezpieczeństwa i śmierć narażoną, doświadczywszy aż nadto w swéj familii i sam na sobie utrapień służby wojskowéj, rozmyślał nad tem, jakby syna zachować i z Francyi wywieść. Dopomogła mu w tym zamiarze pokrewna jego, pani Nozières, która już w czasie pierwszéj emigracyi przybyła do Polski i znalazła tutaj gościnne przyjęcie w domu pana Prokopa Mielżyńskiego. Za jéj radą zabrał się z bawiącą w Paryżu piątego roku panią Prokopową Mielżyńską i przybył z nią do naszego Księstwa Jan Motty, który wtenczas kończył nauki w jednym z koleżów paryskich.
Krótko pobawiwszy w Chobienicach u państwa Prokopostwa, dostał się do Miłosławia, gdzie mu pan Józef Mielżyński, starosta klonowski, powierzył opiekę nad swymi chłopcami, z których najstarszy, Maciéj, miał mniéj więcéj lat osiem. Szesnastoletniego pedagoga obdarzyła natura spokojnem i przedwcześnie rozważnem usposobieniem, tak iż potrafił, mimo bardzo młodego wieku, nie tylko podjęty obowiązek sumiennie wypełnić, lecz i przyszłość swoją zabezpieczyć. Dwóch starszych chłopców przysposobił do berlińskiego collège français, gdzie wtenczas jeszcze wszystkie przedmioty po francuzku wykładano, a ile mu czasu zbyło pracował usilnie nad uzupełnieniem własnego wykształcenia. Korzystał z każdéj sposobności, aby sobie przyswoić język polski i niemiecki, starał się zaś przedewszystkiem poznać gruntownie gramatykę i literaturę mowy ojczystéj, a przy tem niektóre gałęzie nauk przyrodzonych, mając do nich pociąg wrodzony. Lineusz, Jussieu, Buffon, Haüy, Jundziłł byli jego nierozłącznymi towarzyszami; osobliwie w botanice i mineralogii doprowadził do znacznéj biegłości, zwłaszcza iż zachęcała go do tych nauk pani Mielżyńska, która do późnego wieku zachowała upodobanie w rzadkich kwiatach i ogrodach. Prawie sześć lat pierwszéj młodości spędził Jan Motty w Miłosławiu, gdzie mógł poznać mnóstwo osób z znakomitego obywatelstwa, bo dwór miłosławski w owych czasach Księstwa warszawskiego był nadzwyczaj ożywiony i rzadko dzień mijał, w którymby gość jaki z bliższych lub dalszych stron nie zawitał; a gdy z początkiem kampanii rosyjskiéj zaczęły się przechody wojsk, pełen był Miłosław oficerów francuzkich i polskich. Najznakomitsza między nimi osobistość marszałek Davonst stał dwa dni kwaterą u państwa Mielżyńskich i powiadał mi o nim profesor, że nie wyglądał wcale wesoło i że, wszedłszy do pokoju, w którym miał nocować, rzucił kapelusz i mundur na ziemię, wołając: „au diable le métier!“ Otoczenie marszałka niepodzielało jego zgryźliwości i pełne było wybujałych nadziei; szczególnie Saint Clair jeden z adjutantów odznaczał się fantazyą i rozpowiadał młodym Mielżyńskim o różnych swoich przygodach wojennych, a gdy któryś z nich zawołał, że chętnieby też poszedł na wojnę i strzelał do Moskali, zapytał go śmiejąc się ów adjutant, „a cóżbyś na to powiedział, kawalerze, gdyby ci kula łepek urwała?“ Te słowa były dla biedaka omen infaustum, dowiedziano się bowiem w Miłosławiu nie długo potem, że przy pierwszem znaczniejszem starciu zginął od kuli armatniéj, która poszła w świat wraz z jego głową.
Rok dwunasty, mimo klęsk publicznych i powszechnéj biedy w kraju, przyniósł z sobą pomyślną zmianę w losach Jana Mottego, powołano go bowiem do Szkoły Departamentowéj poznańskiéj na miejsce nauczyciela języka francuzkiego Chibaux, który dobrowolnie ustąpił, chcąc wrócić do Francyi. Opuściwszy Miłosław, aby przyszłość swoją ustalić, zachował nasz profesor dozgonną wdzięczność dla starosty i jego małżonki, oraz przywiązanie do synów, z którymi do końca pozostawał w szczeréj przyjaźni, a oddalenie i zmiana stanowiska nie pociągnęły za sobą zerwania stosunków, bo i on przez wiele lat corocznie podczas feryi bawił w Miłosławiu i Mielżyńscy, przyjechawszy do Poznania, progów jego nie omijali. Do uzyskania owego miejsca w zakładzie rządowym przyczyniła mu się znacznie znajomość pana prefekta Ponińskiego, jako też świadectwo, które ówczesnemu Dyrektorowi Edukacyi Publicznéj, Stanisławowi Potockiemu, zdała o nim siostra starosty, pani Anna Mycielska.
Język francuzki był wtedy w szkołach tutejszych, jak ci już dawniéj powiadałem, jednym z głównych przedmiotów; w trzech niższych klasach zajmował cztery, w trzech wyższych pięć godzin tygodniowo, miał więc nauczyciel, któremu większą część tych godzin oddano, nie mało do roboty, a robota jego zwiększyła się jeszcze, gdy dwa lata późniéj, skutkiem ustąpienia profesora Kuberskiego, objąć musiał w kilku klasach naukę historyi naturalnéj. Ułatwiały mu wszakże i uprzyjemniały tę pracę równie życzliwość rektora, księdza Przybylskiego, jak i przyjacielskie pożycie osobliwie z młodszymi kolegami, Jakubowskim, Szumskim, Kasyuszem, Buchowskim i Kaulfussem. Piętnastego roku, z okupacją pruską, zmieniło się znacznie położenie rzeczy w Szkole Departamentowéj, którą na Gimnazyum przechrzcono; starzy nauczyciele po większéj części odeszli, a z nimi i ksiądz Przybylski, na miejscu którego Kaulfuss został rektorem. Mottemu także zdawała się przyszłość niepewną, idąc więc za namową swoich znajomych, Feliksa Pawła Jarockiego i Wacława Maciejowskiego, postanowił przesiedlić się do Królestwa i zrobiwszy w tym celu podanie do Edukacyi Narodowéj, odebrał od jéj Dyrektora, księdza Staszica, nominacyę na nauczyciela języka francuzkiego przy Szkole Departamentowéj lubelskiéj. Został jednak w Poznaniu skutkiem przedstawień Kaulfussa i ówczesnego radzcy szkólnego, księdza Wolickiego, zwłaszcza że i przysłany do Księstwa namiestnik przychylnym mu się okazał.
Nie mniéj przyczyniła się inna okoliczność do zatrzymania go na miejscu; był to afekt sercowy, który się w nim rozbudził. Dając lekcye w szkole panien, założonéj przez Kaulfussa, o któréj ci już dawniéj wspominałem, miał tam sposobność poznania młodéj panienki, Apolonii Herwig, odznaczającéj się równie powabem zewnętrznym jak żywością i bystrością umysłu, a wrażenie, które na nim od początku zrobiła, było tak silne i trwałe, że, gdy ukończyła szkołę, uzyskawszy zezwolenie matki, przemienił się nauczyciel w pretendenta, a wkrótce potem, siedemnastego roku, w szczęśliwego małżonka. I nie zawiódł się w swoim wyborze. Wielu jeszcze ze starszych między nami znało panię Apolonią Motty, gdyż męża swego przeżyła o lat blisko dwadzieścia dwa, a każdy co ją znał powie ci, panie Ludwiku, że to była osoba rzadkich przymiotów duszy, która, ze znakomitem wykształceniem, z wrodzoną łagodnością charakteru, miłem i swobodnem obejściem towarzyskiem, łączyła w domowych stosunkach przezorność i skrzętność niczem niestrudzoną, a w rodzinnych gorącą miłość, posuniętą do zupełnego zrzeczenia się siebie saméj. Po stracie męża, przecierpieć musiała stratę jedynéj, ukochanéj córki i zastąpić jéj miejsce w domu zięcia, a gdy i tego losy zabrały, lat dziesięć jeszcze, mimo podeszłego wieku, otaczała wnuki swoje najczulszą macierzyńską opieką.
Chociaż żona nie przyniosła mu z sobą fortuny, mógł jednak Jan Motty przyszłość uważać za zabezpieczoną, ponieważ wkrótce po okupacyi zatwierdzonym został przez ministerstwo pruskie w swym urzędzie przy gimnazyum, jako nauczyciel języka francuzkiego i historyi naturalnéj, a prócz tego wszedł zaraz w bliskie stosunki z domem Radziwiłłów. Księstwo oddali mu w naukę swoich dwóch, wtenczas jeszcze małych chłopczyków, Bogusława i Władysława; uczył ich głównie po francuzku, a przy téj sposobności wpajał w nich zamiłowanie do nauk przyrodzonych, tak iż za jego podnietą Bogusław rozkochał się w ptakach, a Władysław w minerałach. Na lekcye przychodziła nieraz z własnéj woli księżniczka Eliza, aby się doćwiczyć w ortografii lub czytać Lafontaina, którego bardzo lubiła, a w dalszych latach także księżniczka Wanda, odznaczając się, mimo młodziutkiego wieku, wielką chęcią i uwagą przy nauce. Prywatne to zatrudnienie, które kilkanaście lat trwało, wprowadziło Jana Mottego w bliższy stosunek z księstwem; stał się na ich dworze niemal domownikiem, spotykał się prawie codziennie z księżną Ludwiką lub księciem Antonim, i nie było tam w rejencyjnym budynku uroczystości, nawet nieraz mniejszego zebrania, żeby go na nie z żoną lub samego nie wzywano, a książę Bogusław, który rodzeństwo całe przeżył, zachował aż do końca szczerą przychylność dla dawniejszego nauczyciela i odwiedzał go za każdą razą, gdy do Poznania przyjechał.
Szkoła i dwór Radziwiłłów nastręczały sposobność do zapoznania się z mnóstwem wybitniejszych osobistości naszego Księstwa, ale prócz tego przyczyniła się inna jeszcze okoliczność naszemu profesorowi do wejścia w bliższe stosunki z obywatelstwem tutejszem. Płaca posad gimnazyalnych była owemi czasy aż nadto skromna; prawda, że zwyczajne przedmioty spożywcze i mieszkania znacznie mniejszą miały cenę niż teraz, ale kto z nauczycieli nie posiadał własnych funduszów, ten, aby wyżyć przyzwoicie i stósownie do stanu, zwłaszcza z żoną i familią, jedynie urzędowym dochodem swoim, mimo wszelkiéj oględności, wystarczyć nie mógł. Dla tego też Jan Motty, jeszcze przed ożenieniem, założył u siebie pensyonat chłopców, który, raz mniéj, raz więcéj liczny, utrzymał się aż do piędziesiątego czwartego roku. Możesz sobie więc wystawić, panie Ludwiku, ile to przez lat trzydzieści kilka młodzików rozmaitych rodzin było krócéj lub dłużéj pod jego opieką. Mało kto już żyje z owego legionu, spotkałbyś jednak jeszcze kilka niedobitków. Powiadał mi profesor, że pierwszymi jego pensyanarzami byli Franciszek Czapski z Bukówca i bracia Brezowie, a wymienił mi potem, z pomocą syna, cały szereg nazwisk, z których większą część zapomniałem, przypominam sobie tylko kilka lepiéj znanych, jako to: Kościelskich, Skarzyńskich, Koszutskich, Chełkowskich, Skórzewskich, Żółtowskich, Grabowskich, Rotnowskich, Zakrzewskich, Szółdrskich, Modlibowskich, Kwileckich, Górzeńskich, Radońskich i t. d.
Pracował Jan Motty przy gimnazyum naszem lat trzydzieści cztery spokojnie i wytrwale, a za sumienną i skuteczną pracę wynagrodzony został dwudziestego piątego roku tytułem profesora i kilkakrotnie piśmiennem uznaniem od władz rządowych, zwłaszcza iż uczniowie, których przywiązanie zyskiwał sobie sprawiedliwem i łagodnem postępowaniem, okazywali w egzaminach korzyści odniesione z jego nauki. Przebywał swój zawód pod sześciu rozmaitymi dyrektorami, zacząwszy od Przybylskiego, będąc z nimi równie jak z kolegami swymi w dobrem zawsze porozumieniu, z kilku w ścisłéj przyjaźni, a do tych należeli przedewszystkiem Kaulfuss, Kasyusz, Muczkowski, Trojański, Popliński i Wannowski. Wieloletni radzca szkólny Jacob, o którym ci też już dawniéj wspomniałem, okazywał mu szczególną życzliwość; mówiąc bardzo biegle po francuzku, zawsze się do niego w tym języku odzywał i nieraz na wspólnych przechadzkach miewał z nim długie rozhowory. Aby zaradzić potrzebom szkólnym w przedmiotach, których uczył, wydał Jan Motty dwudziestego piątego roku Précis de l’histoire dela littérature française. Książka ta zawierająca dokładny i zajmujący obraz osobliwie klasycyzmu francuzkiego, urozmaicony życiorysami głównych autorów i tu i ówdzie stósownemi wyjątkami, zaprowadzoną została w trzech wyższych klasach naszego gimnazyum, gdzie jéj używano przez lat blisko dwadzieścia i miała ten pożytek, że tłómaczac z niéj, nabywali uczniowie pewnego wyobrażenia o pisarzach i poetach, których każdy wykształcony człowiek mniéj więcéj znać powinien.
Dwa lata przedtem ułożył dla niższych i średnich klas w języku polskim Wstęp do historyi naturalnéj, opatrzony w odpowiednie ryciny, mieszczący, ze szczególnem uwzględnieniem botaniki, wyobrażenia ogólne, definicye i podziały trzech królestw natury; a gdy potem język polski, jako wykładowy, usuniętym został z gimnazyum, wyszedł ów Wstęp, trzydziestego roku, znacznie rozszerzony w języku niemieckim, pod tytułem: Leitfaden der Botanik i przez lat kilkanaście należał do książek szkolnych. Tegoż samego roku, aby w większéj publiczności, osobliwie między młodzieżą, rozbudzić zamiłowanie do nauk przyrodzonych, zaczął nasz profesor wydawać Muzeum historyi naturalnéj i cudów stworzenia, z malowanemi obrazkami, które wychodzić miało peryodycznie; skończyło się wszakże na jednym tomie, bo wypadki powstania i ich następstwa odwróciły wtenczas na lat kilka uwagę publiczną od przedsięwzięć książkowych. Wspomnieć ci jeszcze muszę, panie Ludwiku, o nie małéj przysłudze, którą Jan Motty oddał literaturze polskiéj ocalając od zapomnienia Książeczkę do nabożeństwa św. Jadwigi, czyli, jak ją teraz nazwano, książeczkę Nawojki. Powiadał mi pewnego razu jak ów cenny rękopis dostał mu się przypadkiem w ręce. Pensyonarz jego Gozimirski przywiózł z sobą, wracając z feryi, ciekawy antyk. Była to mała książeczka pisana, w drewnianéj oprawie pociągniętéj brunatną skórą, z wytłoczonemi obustronnie orłami polskiemi, mieściła się zaś w srebrnéj puszce, wiszącéj na dwóch srebrnych łańcuszkach, na któréj, prócz różnych ozdób, wyryte było po jednéj stronie kółko z promieniami, po drugiéj zaś napis łaciński orzekający, że to był modlitewnik (liber precarius), którego używała Hedvigis ducissa, że, darowany potem przez kardynała Bernarda Maciejowskiego jego siostrzenicy Annie Wapowskiéj, kasztelanowéj przemyskiéj, dostał się, przez jéj wnuka Stanisława Wapowskiego, Jezuitę, roku 1634 do tego kościoła. Jaki to kościół, nie można już było odnaleść, również nieznanem zostało nazwisko Jezuity, który, po kasacyi zakonu, zabrał ten antyk z sobą, a znalazłszy gościnny przytułek u dziadostwa, czy też rodziców Gozimirskiego, przekazał im go jako pamiątkę. Widząc tę książeczkę, Jan Motty uznał jéj wartość i zachęcony przez Muczkowskiego, wydał ją jak najsumienniéj, zachowując każdą literę, dołączywszy oraz dostateczną ilość kartek wiernéj podobizny rękopisu. Tym sposobem zachował od zatraty jeden z najdawniejszych pomników języka polskiego, zwłaszcza iż bogowie chyba powiedzą co się teraz dzieje z oryginałem. Wzmiankowany Gozimirski, którego był własnością, z domu dość znaczną mając fortunkę, w młodym stosunkowo wieku, stracił wszystko i przeniósł się do wieczności; komu zaś dał lub powierzył ową pamiątkę po jezuickim gościu, o tem nikt nie wie, lecz pewną jest rzeczą, że srebrne jéj puzderko znajduje się pomiędzy rozmaitemi ciekawościami w królewskim zamku Fischbach, na Szlązku, mieszcząc w sobie podobno wydanie Mottego, zamiast starożytnego oryginału; słychać, że je ofiarowała królowej pruskiej Elżbiecie w podarunku panna Wołłowiczowna, wywdzięczając się za jakąś łaskę. Tak się ma autentycznie sprawa z książeczką Hedvigis ducissae, którą wydał powtórnie z krytycznym wstępem 1875 roku syn młodszy profesora, Stanisław Motty.
Wracając zaś do samego profesora, powiedzieć ci mogę, panie Ludwiku, że reszta jego żywota, w publicznym i prywatnym obrębie, upłynęła wogóle spokojnie i normalnie, chociaż rok czterdziesty szósty i czterdziesty ósmy na niejednę przykrość naraziły jego rodzinę. W starości, jak za młodu, cieszył się tu u nas powszechnym szacunkiem; dwóch synów widział przy sobie na stanowisku odpowiednim swym życzeniom i wychowaniu, które im dał, mężem jedynéj córki, Hipolitem Cegielskim, mógł się słusznie pochlubić między ludźmi i wogóle mógł być zadowolonym z owoców swéj wytrwałéj pracy i zacnych usiłowań, ale obok tego było całe niemal jego życie ustawiczną walką z cierpieniem. — Jeszcze w Miłosławiu, kąpiąc się pewnego razu zgrzany w nadto zimnéj wodzie, zapadł na astmę płucową, która go już nie opuściła. Najlżejszy powód, po większéj części nieodgadniony, sprowadzał jéj napady; tracił on wtedy możność oddychania, całe noce przesiadywał zgięty, szeroko otwartemi ustami chwytając powietrze. Takie napady powtarzały sıę w rozmaitych ustępach dłuższych lub krótszych, a gdy silniéj wybuchły, pociągały za sobą zwykle zapalenie płuc. Wszelkie środki lekarskie i wody były bezskuteczne, tylko nadzwyczajna wstrzemięźliwość i ostróżność chroniła na czas niejaki. Marcinkowski, niegdyś uczeń, a potem przyjaciel, pocieszał go, powtarzając nieraz, que l’asthme est un brevet de longue vie — i to się nie zupełnie sprawdziło, bo zbyt późnego wieku nie doczekał się profesor. Gdy czterdziestego szóstego roku zmienił się zarząd gimnazyalny, a nowy radzca szkólny Brettner, dalekim będąc od ogłady Jacoba, sympatycznych uczuć w starych nauczycielach wzbudzić nie mógł, usunął się Jan Motty z kolegium św. Magdaleny, zwłaszcza że osłabiona ciągłem niedomaganiem fizyczność jego coraz więcéj ochrony i spokoju wymagała. Dziesięć lat jeszcze spędził na emeryturze, nie pozostając jednak bezczynnym, zatrzymawszy bowiem pensyonat, uczył i wychowywał chłopców u siebie, a przytem wykładał literaturę francuzką w szkole panien od dawna tutaj przez matkę jego żony założonéj, któréj dyrekcyę naukową objąć musiał, z rozporządzenia rządu, w ostatnich czasach swego życia. Wiosną piędziesiątego szóstego roku tak gwałtownym był napad astmy, że pociągnął za sobą zupełny rozkład płuc, któremu uległ nasz profesor po kilkomiesięcznych ciężkich cierpieniach, zachowując do końca właściwą sobie spokojność duszy i słodycz w obejściu i pocieszając nieraz strapioną rodzinę objawem wesołych myśli. Podpadło to wszystkim otaczającym, że kilka dni przed śmiercią, słówka francuzkiego nie powiedział, mówiąc tylko po polsku.
A teraz, panie Ludwiku, nim opuścimy ten dom Bergera, nadmienić ci muszę, że tam na pierwszem piętrze mieszkały dawnemi czasy rozmaite osoby znane mi także mniéj lub więcéj. Najważniejszą z nich był profesor Królikowski, o którym się w ostatniéj naszéj wycieczce dość nasłuchałeś, a przed nim zajmował rok lub dwa tęż samą kwaterę kolega jego Moczyński. Nie wiele ci o nim powiedzieć mogę, chociaż należał do dobrych znajomych mego ojca, chyba tylko, że był już tutaj za Księstwa Warszawskiego nauczycielem przy Szkole Departamentowéj, a późniéj, po okupacyi pruskiéj, parę lat przy gimnazyum, zkąd go, zdaje mi się, po dwódziestym piątym roku do Szkoły Przygotowawczéj przeniesiono, wraz z Reitem, Liszkowskim, Jakubowskim i innymi. Nie zatarła się w méj pamięci jego niska i szczupła postawa, twarz miła i łagodna, a wiadomo mi, że jego szczere i przyjacielskie obejście, cichy i zacny żywot jednały mu powszechną życzliwość między znajomymi. Wróciwszy z uniwersytetu już go między żyjącymi nie znalazłem, tylko wdowę po nim pozostałą, panię młodszemi laty okazałą i przystojną, pod której troskliwą i roztropną opieką, mimo trudnych okoliczności, wychowało się szczęśliwie całe drugie pokolenie Moczyńskich, złożone, jeśli się nie mylę, z czterech córek i syna, a wytrwałą samodzielną pracą i przemysłem wyrobiło sobie szacunku godne stanowisko w naszem społeczeństwie.
Jedna z owych córek, która już dość dawno zeszła z tego świata, przypomina mi amicusa szkolnego, Józefa Krąkowskiego. Był on już w sekscie moim kolegą, przerąbaliśmy się razem do sekundy i pamiętam, że ten niski blondynek z przyjemną fizionomią odznaczał się między nami spokojnem usposobieniem, pewną przedwczesną powagą i zamiłowaniem porządku, które go w późniejszym życiu nie odstąpiły. Okoliczności zmusiły go pomyśleć jak najwcześniéj o zabezpieczeniu sobie przyszłości, wyszedł więc z gimnazyum i znalazł pomieszczenie w Landszafcie, zwłaszcza iż go do biurowéj pracy bardzo staranne i kaligraficzne pismo zalecało. Od tego czasu rzadko kiedy zdarzyło mi się widzieć go dążącego, z aktami pod pachą, na Wilhelmowską ulicę, a gdy poszedłem na uniwersytet, ledwo już wiedziałem, szczerze mówiąc, że żyje. Dopiero czterdziestego pierwszego roku, z początkiem karnawału, spotkałem na sali balowéj, w dawniejszym lokalu Korzeniewskiego, przy Zamkowéj uliczce, gdzie się wtenczas odbywały zabawy Kasyna Miejskiego, od wieków niewidzianego amicusa Krąkowskiego. Przypomnieliśmy sobie starą zażyłość, a gdy mi powiedział, że ma już posadę stałą, a nawet że się żeni niebawem, osobliwie zaś gdy mnie przedstawił swéj narzeczonéj, pannie Emilii Moczyńskiéj, nie zdziwiłem się, że jest cały wyświeżony i rozpromieniony, bo trudno było w wyborze okazać więcéj estetycznego gustu.
Panna Emilia miała wtenczas mniéj więcéj lat siedemnaście, a w rysach delikatnych jéj pięknéj twarzyczki, która do końca prawie powabu pierwszéj młodości nie straciła, szczególnie w jéj ujmujących oczach, widać było dobroć i pewien odcień smutku. W dalszym ciągu życia swego okazywał pan Józef, w urzędowych stosunkach, jako i domowych, niepospolitą obowiązkowość i sumienność, które mu zyskały uznanie i zaufanie przełożonych; w biurach Ziemstwa zajął z czasem jedno z głównych miejsc, utrzymując wspólnie z panem Chlebowskim wzorowy porządek w kasowości tego zakładu, a prócz tego, otrzymawszy wkrótce po otwarciu Biblioteki Raczyńskich, posadę drugiego jéj kustosza, był alter ego Łukaszewicza i późniéj Poplińskiego, których nieraz w ważnych czynnościach wyręczał, ciesząc się ojcowską ich życzliwością i wytrwał tam dopóki mu zdrowia starczyło, chociaż, jak słyszałem, stanowisko jego osobiste stało się późniéj wiele trudniejszem. Przy schyłku życia, na proźbę Dyrekcyi Towarzystwa Naukowéj Pomocy, podjął się mozolnéj pracy głównego skarbnika i, mimo sił już osłabionych, blisko dwa lata świadczył Towarzystwu rzetelną przysługę. Od pierwszéj chwili, gdy został głową rodziny, która się z czasem dość znacznie rozrosła, powiedział sobie, zdaje mi się, Krąkowski, że żyć trzeba dla niéj, nie dla siebie, przynajmniej stanowczo, nieraz może twardo, trzymał się tej zasady. Dochody nie były zbyt znaczne, chociaż wytrwałą pracą starał się je pomnożyć, ograniczał zatem wydatki ile było podobno, odmawiał sobie niemal wszelkich osobistych przyjemności i usiłował kółko swoje trzymać w tem poczuciu, że należy dbać o to tylko co koniecznem dla duszy i ciała, a, strzegąc się wszystkiego co zbyteczne, mieć zawsze nieodgadnioną przyszłość przed oczyma. Od téj zasady nie odstępował w prywatnych swoich stosunkach; wyszła ona, zdaje mi się, potomstwu na dobre i być może dla niejednego nauką. Ostatnich lat parę było dla niego raczéj męką, niż życiem; szerzący się powoli rozstrój nerwowy pociągał za sobą wzrastającą nieznacznie bezwładność ciała i nieprzytomność umysłu, dopóki ostatniéj sprężyny żywotniéj nie znękał i w pierwszym miesiącu tego roku przyszło mi ze szczerym żalem odprowadzać tego kolegę szkolnego tamdotąd, gdzie, po ciężkiéj podróży doczesnéj i tyloletniéj uczciwéj pracy, znalazł spoczynek.

Ponieważ lubię być dokładnym, ile pamięć moja starczy, przeto, wracając jeszcze na to pierwsze piętro domu Bergera, wspomnę, panie Ludwiku, chociażby to zbytecznem zdawać się mogło, o lokatorze, który tam po Królikowskim mieszkał lat kilka. Był ów jegomość społeczeństwu polskiemu prawie całkiem nieznany, ale bardzo poważany między Niemcami. Pastor Ahner pochodził z królestwa saskiego, jako młody teolog bił się z Francuzami im Freiheitskrieg, potem pozostał przy wojsku pruskiem, nie zrywając z biblią, i przysłano go do Poznania jako kapelana dywizyjnego. Spojrzawszy nań, choćby kto nie wiedział, byłby odgadł od razu, że to pastor być musi, nie co innego. Wysoki, sztywny, czarno ubrany i zawsze zapięty, twarz miał przyjemną wprawdzie, ale zamyśloną i poważną; połowica zaś jego, nie stara jeszcze, niska, chuda, robiła wrażenie osóbki zmęczonéj niedomaganiem zdrowia i nieraz zgryźliwéj. Wiem to, bo rodzice moi żyli z ową pastorską parą w dobrych stosunkach sąsiedzkich; odwiedzano się czasami nawzajem, a ja tam, na pierwszem piętrze, jako mały chłopak, częstym bywałem gościem, bo ze synkiem Ahnerów, Wilusiem, istotą w równym niemal wieku zemną, bawiliśmy się zgodnie, i téj okoliczności zawdzięczam, że się dość wcześnie z lingwą niemiecką oswoiłem. Wiluś był jedynakiem, ale poczciwy pastor, chociaż pensya jego skromne miała rozmiary, wziął całą bodajnie rodzinę żony do siebie, dorosłą pannę, dwie kilkonastoletnie dziewczynki i prócz tego starego papę, który z pozoru wyglądał na wysłużonego sierżanta, mało co mówił i zdawał się niezadowolony ze świata. Wszystko to żyło razem bardzo zgodnie i przyzwoicie, chociaż z nadzwyczajną oszczędnością; pan pastor siedział po większej części w swéj studierstubie, pani czytała całemi dniami w fotelu przy oknie, panna zajmowała się gospodarstwem, a stary ojciec, wyszedłszy zaraz po obiedzie, wracał zwykle dopiero na noc. Był on pierwszym z téj rodziny, który się na dobre wyniósł z Poznania. Pamiętam ten wypadek, bo narobił nam strachu nie mało. Otóż trzydziestego pierwszego roku, zaraz w początku lipca, gdy wybuchła u nas pierwsza cholera, wrócił grospapa, wedle zwyczaju, późno do domu; w nocy powstał wielki hałas na pierwszem piętrze; wszystko tam zbudzone biegało i wołało po sieni i po schodach; stary jegomość dostał cholery i nad ranem już nie żył. Sam sobie był winien, bo, jak powiadała potem pani pastorowa, najadł się poza domem tego wieczora sałaty z ogórków, a gdy mu odradzano, mówił, że ogórki nie szkodzą, byle potem wypić dobry kieliszek wódki. Kłopotu ztąd dużo wynikło w całym domu; nie tylko obawa zarazy niepokoiła, lecz i policya bramę zamknęła, przez kilka dni nikogo nie wypuszczano, a żywność w koszykach windowano do góry. Skończyło się przecież na tym jednym przypadku w naszéj kamienicy, o któréj szczęśliwie potem azyatycka pani zapomniała. Dwa czy trzy lata późniéj pożegnał się z nami pan dywizyjny kapelan, opuszczając Poznań i wracając z nie małą radością do swéj ojczyzny, gdzie w bliskości Lipska dostał znaczą parafię i od tego czasu nic już nie słyszałem o rodzinie Ahnerów. Na jego miejsce wprowadził się tutaj pan Januskowski. Nie pamiętam już czy, wypuściwszy „z“ ze swego nazwiska, zamienił także przy końca „i“ na „y“, jak zwykli czynić ci co się zniemczą, ale chociaż, pochodząc z prowincyi pruskiéj, niewątpliwie miał polskich antenatów, nie przyznawał się do tego i po polsku nie umiał. Należał on, ile pamiętam, z Nepillym, Czarneckim, Ottawą, Preisem, do tego stadka nauczycieli niemieckich, którymi około trzydziestego trzeciego roku, w krótkich ustępach, gimnazyum nasze uszczęśliwiono. Nie miałem z nim bezpośrednio nic do czynienia, ale widując go co dzień w szkole i mieszkając w jednym domu, wiem, że zbytkiem uczoności i przymiotów pedagogicznych nie grzeszył i że grubawa jego figura, twarz szeroka o pospolitych rysach w zupełnéj była harmonii z brakiem odpowiedniéj jego stanowisku ogłady. Nic więcéj zresztą nie powiem ci o panu Januskowskim, jak że po czterdziestym roku bez najmniejszéj rozpaczy pożegnało się z nim gimnazyum nasze, gdy go do Bydgoszczy przeniesiono, i tą krótką wzmianką zakończyć muszę dość obszerną kronikę domu Bergera i Nowego Rynku, zwłaszcza że wyczerpał się już zasób mych wiadomości o téj w obecnym czasie tak nierozgłośnéj części miasta.
Przejdziemy teraz, panie Ludwiku, Ślósarską uliczką na Wodną ulicę, należącą do najdawniejszych w Poznaniu; zawdzięcza ona nazwisko swoje Wodnéj bramie, którą się niegdyś kończyła, a którą wylewy Warty częstokroć nawiedzały. Otóż, wychodząc ze Starego Rynku na ową ulicę, widzisz tu zaraz przy Jezuickiéj dom narożny dwupiętrowy, który koło czterdziestego roku stanął na miejscu znacznie niższéj kamieniczki, pamiętającéj jeszcze Rzeczpospolitę; nabył go nieco późniéj jeden z kupców poznańskich, dziadek teraźniejszéj generacyi Kunklów. Znałem tego pana, równie jak i piękną jego żonę, tylko z widzenia, nie mogę się więc obszerniéj o nich rozgadywać, wspomnieć ci jednak muszę, że jeden z jego synów, imieniem Ludwik, osobistość w kołach miejskich bardzo popularna, założył, z niemałą dla ziemian naszych korzyścią, przy Garbarskiéj ulicy, pierwszy polski handel nasion. Niedługo wszakże cieszyć się mógł pomyślnem powodzeniem swego procederu, albowiem w sile wieku uległ nagłéj śmierci. Drugą taką śmierć przedwczesną przypomina mi ten sam dom; otóż przez kilka miesięcy mieszkał tutaj w skromnym pokoiku, wróciwszy codopiero z uniwersytetu, młodzieniec, którego od pierwszych niemal lat znałem i który już w szkołach piękne rokował nadzieje. Gdy roku, zdaje mi się, piędziesiątego trzeciego, pewnego wieczora wpadłem do doktora Mateckiego, zastałem go egzaminującego w rachunkach chłopiątko mniéj więcéj ośmioletnie, chude, ruchawe, spoglądające śmiało na mnie i na okół jasnemi oczyma. Na moje zapytanie, co to za rycerz? przedstawił mi go doktór jako Stanisława Warnkę, siostrzeńca swéj żony, którego wziął do siebie, aby się zająć jego wychowaniem i chciał się właśnie przekonać, czy będzie mógł przyjść do Seksty. W następnych latach bardzo często widywałem u Mateckich tego cienkiego Stasia; miał on tam jak u Pana Boga za piecem, był bowiem pod opieką kochającéj go ciotki, z dwoma rodzonemi siostrami i ze starszym od siebie ciotecznym bratem, Karolem Libeltem, który go zachęcał i przytrzymywał do roboty. Praca szkolna szła mu zresztą bez trudu, bo go natura obdarzyła niezwyczajną pamięcią, łatwością w pojmowaniu i bystrością w dostrzeganiu, dla tego też posuwał się normalnie z jednéj klasy do drugiéj, a mając z domu i z otoczenia głęboko wpojone poczucie narodowe, doszedłszy do klas wyższych, zajmował się w wolnych chwilach historyą i literaturą ojczystą. Wcześnie w nim rozbudzony zapał do wszystkiego co polskie wywarł nie tylko stanowczy wpływ na późniejszy wybór zawodu, lecz już w szkole stał się dla niego przyczyną przykrych przejść. Około roku sześćdziesiątego, starsi uczniowie gimnazyum tutejszego i innych gimnazyów na prowincyi, widząc, że o dziejach i piśmiennictwie swego narodu w szkole mało co się dowiedzą, porozumiawszy się między sobą, postanowili odbywać regularne schadzki i ćwiczyć się wspólnie w historyi i literaturze polskiéj, ustnie i piśmiennie; do najgorliwszych tutaj i najczynniejszych między nimi należał nasz Warnka. Trwały te schadzki dość długo i trzymano się ściśle programu; nie było to zresztą tajemnicą, bo znaczna część rodziców i opiekunów wiedziała, że się chłopcy między sobą uczą czego się w szkole nauczyć nie mogą.
Wszakże policya zwietrzyła wreszcie owe schadzki, zaskoczyła gdzieś tam chłopców i ztąd gruba sprawa, podejrzenie o spisek, a chociaż wykazało śledztwo, że państwo zagrożonem nie było, musieli jednak oskarżeni o przestąpienie prawa zgromadzeń odpokutować swoje studya prywatne kilkotygodniową kozą w budynku przy Berlińskiéj ulicy; nie uszedł téj kary Warnka, którego uważano za jednego z matadorów. Wrócił po téj pokucie napowrót do gimnazyum, jak większa część współwinnych, ale niedługo potem nadszedł rok sześćdziesiąty trzeci. Już ci kilka razy wspomniałem, panie Ludwiku, o zawieruchach, które u nas wywołał; młodzież szkolna nie tylko z patryotycznego zapału, ale częścią także ponieważ nastręczała się sposobność rzucenia w kąt Cyceronów z logarytmami i pokazania się światu z flintką i szabelką, w znacznéj liczbie podążyła do oddziałów za granicę. Staś Warnka był wtenczas w prymie i bliskim ukończenia szkół, mimo to jednak, i chociaż wątły i cienki jego korpusik nie rokował mu przetrzymania utrapień wśród lasów i bagien, nie mógł się oprzeć wrodzonym uczuciom, wymknął się pewnego wieczora potajemnie strapionemu wujostwu i poszedł za innymi. Dostał się tam do partyi Francuza Junga razem z swym kuzynem Libeltem, a gdy ową partyę pod Brdowem rozbili Moskale, wrócił wycieńczony jak mara i ledwo żywy do Poznania, ale sam, bo jego cioteczny i dawniejszy mentor leżał już w mogile. Po téj wojennéj wycieczce, trzeba było myśleć co daléj, przedewszystkiem zaś kończyć nauki. Ponieważ tych, którzy zbiegli przyjąć znów do szkół zakazano, poszedł więc osiemnastoletni Stanisław do Wrocławia, gdzie, uzyskawszy matrykułę uniwersytecką extra ordinem, przez pół roku słuchając kolegiów, przysposobił się do egzaminu dojrzałości, który złożył jako ekstraneusz przy gimnazyum ostrowskiem. Świadectwo jego czytałem, było bardzo dobre, ile pamiętam; wrócił z niem do Wrocławia na czas krótki, a resztę swoich nauk odbywał w Berlinie. Obrawszy sobie za główne przedmioty historyą i jeografią, osobliwie w tym celu, aby późniéj pracować w obrębie dziejów ojczystych, mógł wykształcić się należycie, słuchając wykładów takich znakomitości jak Ranke, Boekh, Mommsen, Kiepert i Droysen, z których ostatni, poznawszy go bliżéj jako czynnego członka swego seminaryum, polubił pilnego i bystrego młodzieńca i późniéj posłużył mu nie raz radą i pomocą. Między kolegami uniwersyteckimi, tak w stosunkach towarzyskich, jako i przy obradach i wykładach naukowych w Czytelni polskiéj, zajmował wybitne stanowisko żywością temperamentu, gorącem poczuciem dla spraw krajowych i zdolnością naukową. Po czterech latach szczęśliwego i swobodnego, choć pracowitego życia na uniwersytecie, uzyskał Warnka stopień doktora filozofii i wkrótce potem nauczyciela klas wyższych. Rozprawa jego doktorska O rokoszu Michała Glińskiego, jest ważnym przyczynkiem do opisu dziejów naszych. Korzystając z wszelkich możebnych, pilskich i ruskich skazówek dotyczących tego niedostatecznie wyjaśnionego wypadku, przedstawia autor cały jego przebieg i widzi główną jego przyczynę w zaciętéj, po części skrytéj, walce kościoła wschodniego z rzymskim, po połączeniu Litwy z Polską. Rok próby rozpoczął niebawem przy St. Magdalenie, a skończywszy go pozostał tutaj jeszcze lat kilka jako nauczyciel pomocniczy.
Od samego początku swego zawodu okazał znakomite przymioty nauczycielskie; uczniowie polscy, a innych tam wtenczas jeszcze nie było, przylgnęli, że tak powiem, od razu do niego, przyciągnięci życzliwem i przyjacielskiem występowaniem młodego profesora, zajmującym jego wykładem, który zwykł był ozdobną formą ubarwiać i częstokroć dowcipem; widząc w nim prócz tego współziomka gorącem przejętego uczuciem dla wszystkiego co nasze, ulegali chętnie karności, w któréj ich należycie trzymać potrafił. Nie mniejsze miał powodzenie pan Stanisław w szkołach żeńskich panien Danysz i siostry swéj, panny Anastazyi; z upragnieniem wyczekiwały uczennice klas wyższych owych godzin, w których im jużto historyą powszechną, jużto literaturę polską wykładał, stosując się do ich pojęcia i uczuciowego usposobienia; było to dla tych wraźliwych główek prawdziwą satysfakcyą, osobliwie po nieszczęsnych konjunktywach francuzkich lub regułach procentu. Obok nauczycielskich zatrudnień swoich, tak z wrodzonego popędu do pożycia z ludźmi, jako też skutkiem sposobności, którą mu nastręczał dom otwarty wujostwa, wszedł tutaj od razu młody profesor w bliższe stosunki z mnóstwem osób i wszędzie był mile widziany dla towarzyskiéj ogłady, rozbudzonéj fantazyi i łatwości, z którą swoje myśli objawiać umiał. Tę łatwość wymowy i uczynność jego wyzyskiwano nieraz. Gdy szło o zebranie pieniędzy na cele dobroczynne, lub na jakąś instytucyę publiczną, udawano się najczęściéj do pana Stanisława z prośbą o prelekcye; nie odmawiał pomocy, zwłaszcza że lubił się przysłużyć i mógł to uczynić bez wielkiego natężenia. Liczna publiczność zbierała się, skoro miał wystąpić, a ponieważ słyszałem także kilka tych prelekcyi, powiem ci, panie Ludwiku, że to nie były odczyty, jak zwykle bywają, lecz przemowy, prawił bowiem zawsze z pamięci, a raczéj z chwilowego natchnienia, nie mając nic w ręku, i zazdrościłem mu téj przytomności umysłu, biegłości i pewności w wysłowieniu, bo wszystko co mówił, gruntownie pojęte i w pięknym języku przedstawione, sprawiało na słuchaczach wrażenie.
Te sześć lat, które spędził Warnka przy gimnazyum poznańskiem, mógł był policzyć do najpomyślniejszych w krótkiem swojem życiu; wszakże pod koniec owych lat zaczął mu się już widnokrąg zaciemniać. Był to czas pierwszéj gorączki kulturkampfu, która osobliwie w kołach szkolnych zawrzała. Pod względem urzędowym żadnego na się zarzutu nie ściągnął młody nauczyciel, owszem, dyrektorowie i radzcy szkolni uznawali najzupełniéj jego uzdolnienie i korzystną dla uczniów pracę. Nawet przy pamiętnym obchodzie trzechsetletniéj rocznicy założenia gimnazyum naszego, powierzono mu, chociaż najmłodszemu w kolegium nauczycielskiem, napisanie rozprawy ku uczczeniu téj uroczystości. Wywiązał się znakomicie ze swego zadania, skreślając obraz dziejów tego zakładu, i w dzień obchodu wypowiedział główną mowę, któréj znakomita treść i forma zjednały mu, czego sam byłem świadkiem, żarliwą i szczerą pochwałę naczelnego prezesa i innych dygnitarzy niemieckich. Na nic się to jednak nie przydało, stałéj posady u nas wręcz odmawiano i wreszcie, siedemdziesiątego piątego roku, parceque Polonais, miał powędrować sobie do Koesfeldu, miasteczka gdzieś tam w westfalskiéj prowincyi, nie daleko od holenderskiéj granicy. Z tą miłą niespodzianką połączyły się jeszcze nie małe kłopoty innego rodzaju; wraźliwe serce młodzieńca już przed tem uległo sile pary pięknych ocząt i zbliżała się chwila węzłów małżeńskich, a oprócz tego, ufając przyszłości i licząc na niechybność śmiałych pomysłów, rozpoczął był budowę dość znacznego domu przy Długiéj ulicy, chociaż jedyny do tego fundusz składał się z niepewnych nadziei i niedostatecznéj pomocy kilku przyjaciół.
Możesz sobie wystawić, panie Ludwiku, w jak ciężkiem od razu znalazł się położeniu; danego przyrzeczenia dotrzymać nakazywało uczucie, trudności finansowe wzmagały się z dniem każdym, w Poznaniu pozostać dłużéj bez odpowiedniéj podstawy nie było podobno, a na wygnanie westfalskie iść nie chciał, mimo rady Mateckiego, przeczuwał bowiem — jak to późniejsze okazały przykłady — żeby ztamtąd już wcale do swoich nie wrócił. Wszakże dla ludzi zdolnych i chętnych do pracy niemal zawsze jakieś wyjście gotowe otworzy się nieraz całkiem niespodzianie; tak i tutaj było. — Wyższa szkoła handlowa w Lipsku, potrzebując wykładu z jeografii, udała się do profesora Droysena z proźbą o wskazanie nauczyciela, któryby się biegłością w tym przedmiocie odznaczał. Droysen polecił doktora Warnkę, jako znanego mu osobiście, a ten wezwany przez magistrat lipski, przyjął ofiarowane miejsce i niebawem do Lipska pojechał. Przybył tam już z żoną, córką zmarłego od dawna doktora Hoffmana. Znałem się z tym doktorem osobiście, ale nie wiele wiem z jego dziejów, tyle ci tylko powiedzieć mogę, że pochodził z Królestwa, młodzieńcem będąc miał czynny udział w powstaniu listopadowem, potem emigrował do Francyi, gdzie z początku — jak słyszałem — zajmował się przemysłem i, przywożąc z sobą jakieś wynalazki, czas niejakiś bawił w Księstwie, zaprzyjaźniwszy się z kilku domami obywatelskiemi, mianowicie z rodziną Wodpolów.
Jakie późniéj okoliczności spowodowały go do przerzucenia się na pole medycyny, gdzie studya swoje odbywał i gdzie się doktoryzował, o tem się nie dowiedziałem, tyle mi tylko wiadomo, że po roku czterdziestym wyjednał mu Marcinkowski wpływem swoim w Berlinie pozwolenie złożenia egzaminu lekarskiego i pozostania w państwie pruskiem. Wróciwszy do Poznania po dłuższéj niebytności, czterdziestego szóstego roku, zastałem doktora Hoffmana leczącego w mieście i jeżdżącego piękną karetką. Mieszkał wtedy przy Podgórnéj ulicy z pierwszą swoją żoną; była to jedynaczka państwa Wodpolów i moja dawniejsza znajomość, bo utrapienia sekundanerskie osładzały mi przez kilka miesięcy lekcye tańca u galicyjskiego tancmistrza Błotnickiego z tą dorastającą wtenczas panienką, któréj przyjemną, białą, rumieńcem okraszoną twarzyczkę uwydatniały jeszcze bujne, całkiem jasne włosy. Gdy ją tu jako panię doktorową potem odwiedziłem, znalazłem, iż się zmieniła, zeszczuplała znacznie, rysy jéj twarzy przybrały wyraz ostrzejszy, a w ruchach i przemawianiu nadzwyczaj ożywionem przebijał pewien niepokój. Były to oznaki piersiowego cierpienia, któremu w pierwszych latach małżeństwa uległa. Niedługo po śmierci żony, opuścił doktor Hoffman Poznań i osiadł, zdaje mi się, w Śremie, a ponieważ po jego wyjeździe od nas nigdy się już z nim nie spotkałem, wiem tylko z podania, że, ożeniwszy się raz drugi z panną Borzęcką, córką znanego w kołach obywatelskich pułkownika polskiego, przeniósł się potem do Królestwa, gdzie, łącząc praktykę medyczną z gospodarstwem wiejskiem, przeżył lat kilka. Wszakże, gdy w końcu zawiodły nadzieje, które doktora do tego przesiedlenia spowodowały, postanowił wrócić do Księstwa, zwłaszcza że tutaj nastręczała mu się wiele łatwiejsza sposobność do należytego wychowania dość licznéj już rodziny. — Wszystko do owego powrotu było gotowe, lecz wróciła do nas tylko wdowa z pięciorgiem dzieci, którym ojca, w połowie drogi, nagła śmierć wydarła.
Położenie małych sierot zdawało się tragiczne, ale Opatrzność dała im matkę, któréj rzadka przemyślność, nie zrażająca się niczem zapobiegliwość zastąpiła im w zupełnéj mierze ową ciężką stratę. Wychowało się to wszystko u nas szczęśliwie, cieszy się, ile mi wiadomo, obecnie pomyślnem powodzeniem w Królestwie, a najstarsza z trzech córek poszła, jak ci co dopiero wspomniałem, w młodziutkim wieku, zaraz po ślubie, za mężem swoim do Lipska. Ten pobyt w Lipsku uważał nasz Warnka tylko za konieczny czas przejścia, miał bowiem pewną nadzieję, że wydoskonaliwszy się w swoim przedmiocie i poleciwszy się odpowiedniem dziełem, dostanie profesurę jeografii przy uniwersytecie lwowskim i będzie mógł pracować resztę życia dla swoich i wśród swoich, co było jego najgorętszem pragnieniem. Na nowéj posadzie, od samego początku, zjednały mu zdolność jego, zajmujący sposób wykładu i trafność w obejściu się z ludźmi zupełne uznanie i życzliwe względy uczniów i przełożonych; mimo to jednak w ciągłym był niepokoju, ścigały go bowiem zawikłane sprawy, które w Poznaniu za sobą zostawił, a przedewszystkiem pojawiły się niebawem zastraszające oznaki choroby płucowéj, które coraz silniéj występowały. Klatka jego piersiowa nadzwyczaj wązka, przytem wątłe i nerwowe usposobienie całego organizmu, który już mocnego doznał był wstrząśnienia na owéj powstańczéj wycieczce sześćdziesiątego trzeciego roku, wymagały bacznéj ochrony, normalnego i spokojnego życia; gdy więc obok natężonéj pracy spadły nań potem nieustanne kłopoty i troski codzienne, musiała wrodzona skłonność przyjść do wybuchu. Trzy lata przeszło niepospolitą siłą ducha zwalczał, tam wśród obcych, trudności swego położenia i cierpienia fizyczne, wreszcie jednak, widząc niepodobieństwo dłuższego wypełniania obowiązków urzędowych przy wzrastającéj chorobie, opuścił Lipsk w połowie siedemdziesiątego dziewiątego roku i wrócił do Księstwa, gdzie przyjaciel jego pan Rogaliński wziął go na wieś do siebie i otoczył najtroskliwszą opieką, w nadziei, że wypoczynek, swobodne otoczenie, wygody i świeże powietrze postęp cierpienia wstrzymają. Wszakże na tego rodzaju klęski nie wynaleziono jeszcze lekarstwa; szła ona w tym przypadku zwykłym trybem i zaostrzyła ją jeszcze śmierć małego synka, która ciężkim bólem przejęła serce schorzałego ojca. Przepędziwszy potem parę miesięcy w Żninie, przybył na stałe mieszkanie do Poznania, dokąd go ciągnęły stosunki rodzinne i sposobność do korzystnego zatrudnienia. Szczery żal mnie przejął, panie Ludwiku, gdy go, po dość długim czasie, znów tutaj ujrzałem, schudzonego, zadyszanego, z gorączką na twarzy i złowrogim błyskiem w oczach; mimo to jednak zdawało się, że opłakany stan ciała podwoił jeszcze energię ducha. W rozmowie widać było dawniejszą żywość i bystrość umysłu, częstokroć humor bywał nawet wesoły, a chęć do pracy i wytrwałość przy niéj można było podziwiać. Już od dawna żyjąc w ścisłéj przyjaźni z panem Franciszkiem Dobrowolskim, przysługiwał się nieraz „Dziennikowi Poznańskiemu“ swemi artykułami, które się odznaczały trafnością myśli i wybitnością wyrażeń, a wtenczas, pod koniec życia, jako stały współpracownik tego pisma, tak czynnie i sumiennie wywięzywał się z swego zadania, że rzadko który numer wychodził bez jego współudziału.
Złożyłbyś, panie Ludwiku, parę sporych tomów z rozmaitych okolicznościowych artykułów jego i większych rozpraw umieszczonych w „Dzienniku“; we wszystkich niemal widać bystrość w pojmowaniu bieżących spraw politycznych, a niektóre, obszerniéj i gruntowniéj opracowane, zrobiły wrażenie na publiczności i zachowały jeszcze wartość historyczną, jak n. p. Nasze położenie i środki zaradcze; daléj Konkurencya amerykańska i nasze rolnictwo, które, jeśli kiedy, to teraz zasługują na odczytanie. Prócz tego świadczyć będą o niepospolitéj zdolności doktora Warnki osobno drukowane dziełka: O Franciszku Deak i Zasługi Lelewela na polu jeografii. Nie przestając na „Dzienniku“, pisywał jeszcze w tych dwóch ostatnich latach do „Ateneum“ i „Przewodnika naukowego“ i usiłował nawet wrócić do nauczycielskiéj pracy, przez kilka bowiem miesięcy wykładał jeografię fizyczną w pensyonacie swéj siostry, a chociaż głos mu już starczyć nie mógł i każdą taką godzinę opłacał gorączką, dopiero na zakaz stanowczy lekarza zaprzestał tych zgubnych wytężeń. Niemal siedzącego przy biurku i trzymającego pióro w ręku zaskoczyła ostatnia chwila, dwudziestego Lutego ośmdziesiątego drugiego roku. Liczył wtedy lat trzydzieści siedem, nie dziw więc, że śmierć ta przedwczesna bolesne wywarła wrażenie na wszystkich co go znali, bo nikt nie wątpił, że młody ten człowiek byłby, z pożytkiem nie małym dla kraju, stanął w rzędzie znakomitości naukowych, gdyby go była Opatrzność, w normalniejszych stosunkach narodu, obdarzyła spokojnym i długim żywotem.
Dom ten, który mi przypomniał Stanisława Warnkę, łączy się, jak widzisz, bezpośrednio z dużym budynkiem, tworzącym z drugiéj strony róg Klasztornéj uliczki i ciągnącym się wzdłuż niéj aż do Koziéj, któréj całą jednę połać zajmuje. Na pierwszy rzut oka wydaje się ta kamienica jak wszystkie inne; dołem są kramiki, górą trzy rzędy okien; wyróżnia ją tylko jeszcze ta przystawka narożnia, ozdobiona posągiem Matki Boskiéj z Dzieciątkiem, w którym od razu poznasz utwór średnich wieków, a kilka kroków za tą przystawką, na Klasztornéj, zobaczysz bramę kamienną z rzeźbami i datą roku 1548. Tylko tacy starzy jak ja, panie Ludwiku, pamiętają jeszcze całkiem inny wygląd tego gmachu i niezapomnieli, że kiedyś, na tyłach swoich, łączył się wiszącym murowanym gankiem ze starym owym domem przy Koziéj uliczce, który, na rogu Jezuickiéj, odznacza się także pięknym posągiem Jezusa błogosławiącego kulę ziemską. Było tu jeszcze na ścianach kilka innych figur, była i druga rzeźbiona brama, na któréj stał napis: Lucas de Górka capitaneus. Otóż mury te należą do najdawniejszych w Poznaniu, powstały w piętnastym wieku, a cały kompleks budynków między Wodną, Starym Rynkiem i Klasztorną tworzył, Republica vigente, dworzec rodziny Górków, któréj ostatni członek, Stanisław, wojewoda poznański, umarł w ostatnich latach szesnastego wieku. Ci Górkowie liczyli się do najpotężniejszych magnatów wielkopolskich, byli starostami, kasztelanami, wojewodami, biskupami, pisali się comites a Gorka, a znakomite posągi najwybitniejszych przedstawicieli tego rodu, Uryela, Andrzeja, Łukasza, oglądać możesz w naszéj katedrze, gdzie już w początkach piętnastego wieku mieli osobną kaplicę. Nie mało zapewne w ich dworcu poznańskim zaszło wypadków, któreby historykowi jakiemu, może i Sienkiewiczowi, nastręczyły treści do zajmujących powieści; ja przypominam sobie tylko, co mi raz Łukaszewicz powiedział, że tutaj Andrzéj Górka przez kilka dni z nadzwyczajnym przepychem przyjmował złowrogiego dla Polski gościa, Alberta, księcia pruskiego.
Gdy rodzina Górków wymarła, stał się ich dworzec, w początkach siedemnastego wieku, własnością miasta, które go niebawem sprzedało Benedyktynkom, sprowadzonym z Chełmna, dla czego je tutaj powszechnie Chełmiankami nazywano. Rekrutowały się głównie z wyższéj szlachty i powodziło im się świetnie aż do okupacyi pruskiéj, która zakon zniosła, bardzo znaczne jego posiadłości w mieście i na prowincyi zabrała; ale przez długi czas klasztoru poznańskiego nie zmieniono i siedziały tam jeszcze za mojéj pamięci w celach swoich trzy, czy cztery zapomniane Chełmianki, dopóki nie wymarły wszystkie. Ich kaplica miała wejście z Wodnéj ulicy, tuż przy owéj narożnéj przystawce. Była to duża kamienna brama, do któréj się wchodziło po kilku schodach. Dobrze sobie przypominam tę dość obszerną kaplicę, bo jako mały chłopiec często tam z matką bywałem na mszy. W niedziele i święta nie łatwo przyszło znaleźć miejsce, albowiem ludność okolicznych ulic, osobliwie starsze jejmoście, miały szczególny pociąg do kaplicy Chełmianek i do kazań księdza kapelana. Prawda, że ów ksiądz kapelan Tańculski już zewnętrznym wyglądem sympatyczne sprawiał wrażenie. Niski, grubawy, mimo podeszłego już wieku, miał w wyprężonych ruchach i podniesionéj głowie coś żołnierskiego i stanowczego, a twarz jego okrągła, przyjemna i wesoła spoglądała śmiało naokół z pod szerokich skrzydeł niskiego kapelusza. Chodził odmierzonym krokiem, trzymając zwykle laskę jak karabin na plecach. Mogę ci go tak, zgodnie z prawdą, opisać, panie Ludwiku, ponieważ spotykałem go bardzo często idąc z kolegami na przechadzkę; znał nas wszystkich, bo z ojcem moim był od dawna w dobréj komitywie, i gdy nas spostrzegał nadchodzących, wołał już z daleka: „Jak się macie dziecioki!“ Pewnego razu, przypominam sobie dobrze, skreślił ojcu swoje spotkanie z zającem na drodze, w tych lakonicznych słowach: „on stanął, ja stanął; ja fignął, on fignął i poszedł.“ Mówił mi ktoś, że w młodych latach odbywał wojaczkę i późniéj dopiero został księdzem, a tem tłómaczono sobie ów pozór nieco wojskowy, ale powszechnem było przekonanie o jego szczeréj pobożności i nieraz widzieć go mogłeś tam na drodze ku Dębinie z otwartym brewiarzem w ręku. Głos miał Stentora i gdy prawił z ambony, niemal każde słowo odbijało się wyraźnie na ulicy. Słyszałem kilkakrotnie jego kazania, byłem za mały jeszcze, aby je ocenić, ale pamiętam, że kaznodzieja rzucał się w tę i ową stronę, ręce często podnosił do góry, od krzyku i natężenia miał twarz czerwoną i że pewnego razu wymkło mu się w zapale nazwać czarta przenajświętszym, ku wielkiemu przerażeniu starych jejmości, które wszystkie zadrgnęły na swoich siedzeniach.
W parę lat po trzydziestym zmieniła się tutaj scena całkowicie; rząd zabrał budynek, który zewnątrz i wewnątrz zmieniony został na zwyczajną kamienicę, zniknęła ulubiona przez matki nasze kapliczka, a poczciwy ksiądz Tańculski usunął nam się z oczu. Miejsce klasztoru zajęła wyższa szkoła dziewcząt, założona przez magistrat i Szkołą Ludwiki nazwana, od imienia królowéj pruskiéj. Z początku miała skromne rozmiary, cztery, czy pięć klas i od razu, jak możesz się domyśleć, wykładano tam wszystko po niemiecku, z wyjątkiem religii katolickiéj i języka polskiego, bo i polskich dziewcząt znalazło się dużo. Pierwszym nauczycielem polskim był, jeśli się nie mylę, pan Radziejewski, referendaryusz, czy asesor przy sądzie tutejszym, a pierwszą guwernantką, która przedewszystkiem obyczajów i porządku uczennic doglądała, była jakaś pani Helling, jejmość już niemłoda; kto zaś naczelnie kierował całą szkołą, tego już nie pamiętam, ale wkrótce po jéj założeniu powołano do tego kierownictwa odpowiedniego rektora, w osobie doktora Bartha, który przez długie lata urząd swój sprawował. Chociaż znałem go bardzo dobrze i kilka razy byliśmy z sobą w bliższych stosunkach, wiem tylko z przedpoznańskich jego dziejów, iż urzędował w Halli przy jakiejś szkole, nim go tutaj sprowadzono. Przyjechał młody jeszcze, zaledwie trzydziestoletni, w kawalerskim stanie, a lubo był bardzo wysoki, chudy i urokiem twarzy bynajmniéj nie grzeszył, znalazł niebawem towarzyszkę życia w całkiem pięknéj osobie, która także z dalszych stron wtenczas pojawiła się w Poznaniu.
Otóż panna Hevelke, pochodząca z Łodzi, gdzie ojciec jéj był pastorem, przybyła do naszego miasta, aby blizkich krewnych odwiedzić, w towarzystwie matki i siostry, a ponieważ te panie pierwszy tutaj swój przystanek znalazły w domu, w którym mieszkali moi rodzice, spotykałem się niemal co dzień z niemi, w sieni lub na schodach, nim je doktor Barth poznał. Nie zdziwiłem się więc, gdyśmy po niejakim czasie o zaręczynach jego usłyszeli, ktokolwiek bowiem jeszcze panię Barthową w młodszych jéj latach pamięta, przyzna mi zapewne, że nie można było patrzeć obojętnie na powaby kształtu i twarzy téj żwawéj i świeżéj brunetki. Zalety zewnętrzne zachowała do późnego wieku, a łączyła z niemi, jak potem wielokrotnie przekonać się mogłem, pewien rodzaj dystynkcyi i ogłady, które ją w towarzystwach niemieckich odznaczały. Po polsku wyrażała się z łatwością i z takim doborem wyrazów, że, słysząc jéj mowę, byłbyś ją uważał za rodowitą Polkę, wychowaną w Warszawie. Ale wracając do jéj męża, panie Ludwiku, powiedzieć ci muszę, że, ile mi wiadomo, nie tylko obowiązki urzędu swego należycie wypełniał, lecz, że i Szkoła Ludwiki jemu głównie zawdzięcza swój rozrost i stanowisko, które teraz między zakładami szkólnemi zajmuje. Odznaczał on się należytym taktem pedagogicznym, na którym częstokroć, szczególnie wobec dorastających panien, nauczycielom niemieckim zbywa, a chociaż wszystkim uczennicom, bez różnicy wieku, może wedle saskiego zwyczaju, mówił du, potrafił jednak łączyć przyzwoitość i życzliwość w obejściu z konieczną powagą i surowością, uwzględniając należycie w wykładach swoich i postępowaniu różnicę narodowości i religii; to też Polki, równie jak Niemki i Żydówki, miały dla niego szacunek i zaufanie, jakie dla nauczyciela mieć należy. Nie mówię na wiatr, panie Ludwiku, lecz wiem to od siostry, która rok czy dwa w wyższym oddziale pobierała naukę od rektora Bartha. Szczupła z początku liczba klas zakładu pomnożyła się wkrótce do kilkunastu i więcéj; żeby zaś zwiększyć wpływ jego i znaczenie, przeprowadził nasz rektor połączenie z nim kursu elementarnego oraz seminaryum, w którychby kształcić się mogły przyszłe nauczycielki i przysposobić do egzaminu rządowego, a w skutek tego wypuściła aż do dni naszych Szkoła Ludwiki na świat już legiony guwernantek, które się po całéj prowincyi i za granicą rozbiegają. Ponieważ instytut tak rozszerzony stał się nie małym ciężarem finansowym dla miasta i ponieważ panu Barthowi bardzo także zależało na tem, żeby módz się nazywać königlich zamiast städtisch, przeto postarano się obustronnie o przeistoczenie go na królewski.
Współubiegały się z nim, od piędziesiątego siódmego roku, w wychowywaniu i naukowem kształceniu tutejszych dziewcząt, dwa zakony, Urszulanki i Sercanki, które w krótkim czasie całą niemal katolicką młódź żeńską przygarnęły do siebie, zwłaszcza iż miały także prawo przyspasabiania do egzaminu na nauczycielki. Zakłady ich różniły się nieco dążnością; podczas gdy u Sercanek, będących w końcu pod komendą pani Józefy Chłapowskiéj, przemagał wogóle kierunek arystokratyczno-francuzki i główny przycisk padał na to, aby w tym duchu i w mistycznej nieco pobożności wychowywać osobliwie szlachcianki, które odrębnie od innych trzymano, wyglądało u Urszulanek, u których rej wodziła nader ruchliwa i przedsiębiorcza matka Bernarda Morawska, także wszystko pobożnie, ale bardziéj demokratycznie i po polsku; ztąd też miejskie dziewczęta tłumnie do nich dążyły. Obiedwie szkoły zakonne były pod ścisłym dozorem rządu; plany naukowe, nauczyciele i nauczycielki zależały od wyższego zatwierdzenia, komisye rządowe odbierały egzamina i nic się tam dziać nie mogło i nie działo, coby państwu groziło niebezpieczeństwem; mimo to jednak, gdy po wojnie francuzkiéj zawiał wiatr kultury, obadwa zakony wygnano i szkoły ich zamknięto, bez względu, że obadwa właśnie wtenczas walczyły z ciężkiem finansowem położeniem, obadwa bowiem, krótko przedtem, pobudowały i urządziły sobie z wielkim kosztem nowe siedziby w naszem mieście. Znalazły wszakże niejaką ulgę w tem, że rząd nabył ich własności; w wspaniałym gmachu Sercanek, jak ci wiadomo, wzniesionym na końcu Górnéj Wildy, pomieszczono zakład Garczyńskiego, a domy i grunta przy Dolnéj Młyńskiéj ulicy, kupione od łaziebnika Bischoffa, gdzie Urszulanki ledwo gospodarować zaczęły, przekazano, zmieniwszy je odpowiednio do przeznaczenia, szkole Ludwiki, ponieważ tutaj, w starym dworcu Górków, pomieścić się już nie mogła. Uwolnił się więc takim sposobem dyrektor Barth od współzawodnictwa zakonów i miał to zadowolenie, że w nowéj siedzibie tak wygodzie własnéj jako i wszystkim potrzebom swego instytutu dostatnio mógł zaradzić. Niezbyt długo tam jednak królował. Siły jego fizyczne już znacznie były zużyte tak wieloletnią uciążliwą czynnością urzędową, jako też bardzo ruchliwem towarzyskiem życiem, w którem miał upodobanie i nie małemi utrapieniami w rodzinie; osłabienie to, w związku z nerwowem jego usposobieniem, przekształciło się wreszcie w organiczną chorobę, która go niezdolnym uczyniła do dalszego sprawowania obowiązków. Bronił się niedomaganiu temu do ostatka, o emeryturze podobno słuchać nie chciał, a gdy nastąpiła mimo jego woli, krótko potem z doczesnego do wiecznego przeniósł się spoczynku.
Prawie równocześnie z dyrektorem Barthem pojawiło się tutaj na Wodnéj ulicy przy szkole Ludwiki kilka innych osobistości nauczycielskich, o których, znając je mniéj lub więcéj, cośkolwiek powiedzieć ci mogę. Język polski objął tam wcześnie po wspomnianym Radziejewskim, seminaryjnie wykształcony nauczyciel, pan Józef Malczewski. Był on szlacheckiego rodu i zwykle w podpisach miano herbu „Skarbek“ do nazwiska dodawał. Z dziejów jego poprzednich tyle tylko wiem, że rodzice jego kiedyś posiadali majątek ziemski i że początki nauk odebrał w szkole trzemeszeńskiéj, zkąd bliższa jego znajomość z Cegielskim. Spotykałem się z nim tu i owdzie dość często i pozostawił mi wrażenie gorącego patryoty, przytem zaś człowieka, który łączył z niemałem poczuciem własnéj godności pewną skłonność do krytycyzmu i apodyktycznych sądów o ludziach i rzeczach, która się nieraz nawet w ruchach jego twarzy i głosie odbijała.
Na dziewczęta polskie w wyższéj klasie dobry wpływ wywierał, bo, ile mógł, dawał im wyobrażenie o historyi i literaturze naszéj. Urzędował on tutaj — jak pamiętam — do czterdziestego drugiego roku, poczem go do seminaryum nauczycielskiego przeniesiono, gdzie także język polski dawał i gdzie doczekał się jeszcze czasów kultury, poczem jako emeryt rozstał się z tym światem w dość póżnym wieku. Miejsce jego w szkole Ludwiki zajął pan Ignacy Woliński, który zawód swój nauczycielski rozpoczął w Kostrzynie, a potem tutaj długie lata między nami przepędził. Kto go znał, nie zaprzeczy, że trudno było lepszy zrobić wybór na stanowisko, które mu powierzono; — już postawa poważna, twarz miła i łagodna, głos częstokroć uroczysty pana Wolińskiego wskazywały wrodzonego pedagoga, a pozór ten nie mylił, wiadomo mi bowiem, że od początku do końca zawodu swego cieszył się tu w szkole i prywatnych stosunkach powszechnym szacunkiem. Uczennice polskie miały do niego szczere przywiązanie, bo umiał je sobie pozyskać ojcowską życzliwością i z pewnem namaszczeniem w przemowach zachęcać do pracy nad ojczystym językiem i do zapoznania się z jego piśmiennictwem. Z równem powodzeniem jak w szkole Ludwiki uczył także w kilku tutejszych pensyonatach, a żywot spokojny, nieraz kłopotliwy, spędził w wytrwałéj pracy nad tem, żeby, w obrębie zawodu swego, wypełniać sumiennie obowiązki względem narodowości, z którą go ściśle łączyły wszystkie jego uczucia, oraz liczną rodzinę wychować na pożytek ogółu naszego. Wspominając ci, panie Ludwiku, o najpierwszych nauczycielach zatrudnionych w tym tu kiedyś szkolnym budynku, Wolińskiego pominąć nie mógłem, żałuję tylko, ponieważ w bliższych z nim stosunkach nie byłem, że tak krótką wzmianką tym zacnym człowieku zadowolić się musisz. Wyczerpawszy siły swoje w blisko czterdziestoletniéj czynności urzędowéj, dosłużył się emerytury i niedługo potem umarł w Oporowie u najstarszego z synów, który tam był proboszczem, a po jego ustąpieniu dźwięk mowy polskiéj nie odbił się już o ściany w szkole Ludwiki, z któréj dotychczas jeszcze jest wygnanym.
Naukę religii wykładał katolickim uczennicom, po większéj części po polsku, ksiądz Grandke, o którym powiem ci też słów kilka, gdy się między kanoniami, na Tumskim rynku błąkać będziem, a teraz, nim przejdziemy parę kroków daléj, wymienić ci jeszcze muszę jedną osóbkę, która tutaj w Szkole Ludwiki ważne przed pół wiekiem zajmowała stanowisko. Mówię: osóbkę, bo to była niewielka, zgrabna i dość ładna blondynka, panna Cora von Mosch. Gdy tutaj przybyła, nieżył już jéj ojciec, niegdyś major w wojsku pruskiem, mamę zaś miała przy sobie, ale jéj światu nie pokazywała, ponieważ to była podobno jejmość minorum gentium. Panna Mosch dawała głównie lekcye języka francuzkiego w wyższych klasach, a ponieważ znałem ją dobrze, poświadczyć ci mogę, że mówiła bardzo biegle tym językiem, a prócz tego rozmówiła się po polsku całkiem dostatecznie, to też łatwo jéj było wejść zaraz w stosunki z kilku rodzinami polskiemi i przyciągnąć do siebie pesyonarki polskie, między któremi pamiętam pierwsze, to jest dwie córeczki państwa Kierskich z Brzezien, teraz już szanowne matrony, panią Antoninę Małecką i Kaźmierzową Nieżychowską. Umiała radzić o sobie, bo zmysł praktyczny miał u niéj przewagę nad sentymentalnością, a chociaż niebrakło jéj przy każdéj sposobności na czułych frazesach, widać było, że idą z głowy, nie z serca. Odznaczając się przytem przyzwoitością w obejściu i łatwością w rozmowie, obracała się z równą swobodą w kołach polskich, jak w niemieckich, ztąd też zapewniła sobie od samego początku dostateczny dochód i dość przyjemne życie. Ale z biegiem czasu stan panieński przykrzyć jéj się zaczął i, aby mu koniec położyć, zwłaszcza, iż trzydziestka widocznie mijała, znalazła sobie zupełnie odpowiedniego usposobieniu swemu młodzieńca, pana Roberta Hepke, który około czterdziestego piątego roku przy gimnazyum Fryderykowskiem tymczasowo był zatrudniony.
Liczył on się także do moich znajomych, mogę ci więc powiedzieć, że ten szczupły blondynek, średniego wzrostu, o regularnéj, bladéj twarzy, zalecał się niezwykłym na swój wiek spokojem i jakąś powagą, która się uwydatniała w każdym jego ruchu i słowie, i pokrywała szczęśliwie niezbyt obfite zasoby ducha. Urodzony, ile mi wiadomo, w Poznaniu, gdzie ojciec jego, którego rychło stracił, urzędował przy poczcie, ukończywszy nauki w tutejszych szkołach, odbył potem kurs filologii w Berlinie i uzyskał świadectwo nauczyciela gimnazyalnego, a ponieważ od lat najmłodszych walczyć mu przyszło z rozmaitemi trudnościami i myśleć o siebie, rozwinęło to w nim wcześnie pewną dojrzałość i roztropność przedwczesną. Mówił po polsku niemal jak Polak i łatwo mu było zastósować się do towarzystwa naszego, od którego bynajmniéj nie stronił, a koniec końcem Polacy przyczynili mu się najwięcéj, chociaż pośrednio, do pomyślnéj karyery. Gdy bowiem czterdziestego szóstego roku wydalono, jak wiesz z gimnazyum Maryi Magdaleny czterech polskich nauczycieli, dostał się Hepke na miejsce jednego z nich, w skutek czego mógł wkrótce potem zawinąć szczęśliwie z panną Corą do małżeńskiéj przystani; gdy zaś czterdziestego ósmego kwestya polska w prowincyi naszéj głośno się odezwała i zagranicą rozlegle odbrzmiewać zaczęła, uznano w Berlinie, w biurach ministerstwa, potrzebę osobistości pewnéj, któraby z dzienników polskich i francuzkich należycie zdawać mogła sprawę i odnośne korespondencye załatwiać. Zapytano się o takową w Poznaniu, gdzie jako odpowiedniego żądaniu Hepkego polecono. Tak dostał pomieszczenie w ministerstwie spraw zewnętrznych, a chociaż dalsze jego losy są mi szczegółowo nieznane, wiem jednak iż nietylko utrzymać się tam potrafił, głównie z pomocą swéj Cory — Egeryi, lecz doszedł z czasem do stanowiska dość wysokiego, bodajnie tajnego radzcy.
Prócz wymienionych osób urzędujących tutaj, dawnemi czasy, w Szkole Ludwiki, przypominam sobie jeszcze Wanselowa, nauczyciela języka angielskiego i Schönkego, który dawał lekcye nauk przyrodzonych, ponieważ jednak za mało ich znałem, abym ci cośkolwiek mógł o nich powiedzieć i ponieważ wyczerpała się już moja kronika o tym niegdyś dworcu Górków, musimy się z nim pożegnać i przejść kilka kroków daléj. Otóż naprzeciwko, na drugim rogu Klasztornéj ulicy, widzisz jednopiętrową kamieniczką, któréj architektura świadczy, że ją w początkach przeszłego wieku wystawiono. O jéj mieszkańcach mało co wiem panie Ludwiku, pamiętam tylko, że kiedyś przed rokiem trzydziestym, spotykałem wchodzącą tutaj lub wychodzącą dość ciekawą starą parkę, przed którą zdejmowałem czapkę, bo ojciec mój witał się z nią i nieraz rozmawiał. Był to, zdaje mi się, pan Wroniecki z żoną, a jeśli mnie może nazwisko zwodzi, co się w moim wieku często zdarza, to przynajmniéj ich postacie mam jeszcze jakby przed oczyma. Jegomość, nizki, gruby, z okrągłą, tłustą, zwykle rozpromienioną twarzą, w długiéj czamarze i wysokiéj konfederatce, szedł powoli przy kolebiącéj się nieco na niepewnych nogach połowicy swojéj, skrytéj wzorzystym szalem, także niewielkiéj i otyłéj, któréj duży czepek pod ciemną kapotą osłaniał blade policzki i zamglone oczy. Około nich biegały, szczekając i skacząc, trzy, czy cztery bonońskie pieski. Te kreatury już u nas całkiem wyginęły, a były dawniéj bardzo rozpowszechnione, osobliwie u starych pań w wielkich łaskach; wyglądały też po temu, maleńkie białe jak mleko, o długich włosach, zgrabnym łebku z czarnemi ślepkami i różowym pyszczkiem, przytem zaś bardzo ruchawe ożywiać mogły cichy pokój, ale grzeszyły upartą i chałaśliwą złośliwością.
Przypominam sobie, że u panny Scholastyki Duninównej, siostry arcybiskupa te białe djabełki rej wodziły i rzucały się zawzięcie na wchodzących gości. Starzy państwo Wronieccy, nie mając dzieci, żyć bez tych piesków nie mogli, a dokąd w ich towarzystwie przenieśli się po kilku latach pobytu na Wodnéj ulicy, bogowie wiedzą, ja przynajmniéj nic już potem o nich nie słyszałem. Z tą kamieniczką, która była wtenczas ich własnością, ile mi wiadomo, stykały się dwa równie stare, całkiem do siebie podobne dwupiętrowe domy, o czterech oknach frontu, teraz od lat może trzydziestu na jeden wielki zamienione. Pierwszy z nich przypomina mi pana Pawłowskiego. Jegomość ten z powołania mistrz blacharski, miał tam na dole dość długo skład towarów blaszanych, a ponieważ był bodajnie pierwszym z naszych, który tego rodzaju skład założył, powodziło mu się nieźle, zwłaszcza, że umiał korzystać z okoliczności, gdy nastała moda dachów cynkowych. Robił takie dachy w mieście, i po dworach na prowincyi, a to przynosiło dochód przyzwoity, i gdyby tak wszystko było się działo w skromności i z rozsądkiem, byłoby się dociągnęło do szczęśliwego końca.
Znałem majstra Pawłowskiego i żonę jego, nizką blondynkę, tylko z widzenia; wyglądali oni oboje przez lat kilkanaście bardzo przyzwoicie, a częstokroć strojnie; spotykałem ich nieraz ku Dębinie powozikiem jadących, ale nie wiem co tam z czasem sprowadziło zmianę i powolny upadek. Gdy późniéj, nie widząc ich już oddawna, zapytałem co się też z Pawłowskimi stało, powiedział mi ktoś, że skończyli w biedzie, bo dopóki szło dobrze, żyli nad możność i wspomniał mi też o jakiejś czarnobrewéj Niemeczce, która się miedzy nich dostała. Jak to tam było, tego ci nie skleję, lecz gdy mi o niéj nadmieniono, przypomniałem sobie ową młodą i ładną brunetkę, przechodząc bowiem tutędy widziałem ją czasem w oknie, a raz dostrzegłem mocno płaczącą.
Wiele lepiéj niż Pawłowskim wiodło sıę aż do końca ich sąsiadce w następnym domu, chociaż, zdaje mi się, lat kilkanaście sama o sobie radzić musiała. Była to pani Munkowa, wdowa po jednym z braci znanego w całem Księstwie księgarza J. A. Munka i miała tutaj znaczny handel kolonialny. Ponieważ przez dłuższy czas inny tego rodzaju interes nie pojawił się na Wodnéj ulicy i ponieważ pani Munkowa, mimo dość pełnych form swéj figury, od rana do nocy kręciła się za kantorem, kupczykom ustawicznie patrzała na palce, po niemiecku i po polsku wymownie zachęcała kupujących, szedł interes świetnie i przyciągnął wreszcie jakiegoś pana Bottsteina, który sobie pomyślał, że okrągła wdówkę można wziąć w dodatku. I trwał potem handel daléj, już pod jego firmą, dopóki Charon nie nadpłynął z swą fatalną łódką. Kogo najpierw zabrał, nie wiem, panie Ludwiku, ale wiem, że z tego domu wyszło kilku synów na zamożnych kupców; z jednym z nich był kiedyś Cegielski w stosunkach, biorąc od niego węgiel, czy żelazo. Prócz nich przypominam sobie dwie córeczki, które król Salomon mógłby był zabrać do swego haremu. Potrąciłem tak mimochodem o panię Munkową, bo ten dom do niéj należał i jest dla mnie z innego powodu pamiętnym. Tu na drugiem piętrze pożegnał się z tym światem, po długich cierpieniach, człowiek, który przez wiele lat był u nas bardzo popularną osobistością. Zapytaj pierwszego lepszego z moich równoczesnych, czy znał Jana Kiszwaltra, każdy ci powie z uśmiechem: „A jakże!“ Co godzinę mógłeś go był spotkać na ulicy biegnącego szybkim krokiem i kłaniającego się na prawo i na lewo; chodził bowiem z lekcyi na lekcyą, od rana do późnego wieczora, zawsze elegancko ubrany, z czarną na głowie, starannie ugładzoną peruczką, z pod któréj uwydatniała się przyjemnie pełna twarz o żywych kolorach. Był on pierwszym metrem muzyki wyższego rodzaju, którego tu pamiętam i do mniéj więcéj trzydziestego piątego roku, nim się zjawili nauczyciele niemieccy, Klingohry, Greulichy, Kotzolty, Kambachy i inni, uczył po pensyonatach i w rodzinach miejskich, a przez długie lata wszystkie niemal nasze przyzwoite panny klepały po klawiszach przy panu Kiszwaltrze. Umiał sobie pozyskać ich łaski, bo posiadał potrzebną w swym fachu cierpliwość i grzeczność; nieraz nudne gamy, waryacye, sonaty uprzyjemniał dowcipem lub komplementem i rzadko kiedy dał klapsa po upartych paluszkach, gdy umyślnie dobierały fałszywych akordów. Te, co miały talent i ochotę, wyuczyły się doskonale u niego i niejedna zawdzięczała mu swoje późniejsze salonowe zwycięztwa na klawicymbale. Przybył tu do nas jako młody kawaler w pierwszych zaraz czasach okupacyi pruskiéj i jeszcze dzieciakiem będąc, widywałem go niemal co dzień u méj babki; pochodził z Królestwa, poprzednie jednak jego dzieje są mi nieznane. Ożenił się tutaj z dość przystojną osóbką ze wsi, która mu się wywdzięczyła za to dwiema córeczkami, Teofilką i Adaminką, a resztę życia spędził w Poznaniu bez przerwy i po większéj części przy Wodnéj ulicy.
Byłby mógł nasz Kiszwalterek, jak go zwykle nazywano, zebrać fortunkę i zabezpieczyć sobie starość, zatrudnienia bowiem i dochodu przez wiele lat miał dostatecznie, ale, jak to właściwe artystom, że o przyszłości nie myślą i na świat patrzą przez różowe okulary, tak też i on wynagradzać sobie lubił mozolną i nudną pracę ciągłego wybijania taktu podnoszeniem podeszwy i liczenia raz, dwa, trzy cztery, rozmaitemi przyjemnościami w mieście. Nęciły go dary Bachusa, osobliwie podobał mu się złoty połysk węgierskiego; częstokroć między jedną a drugą godziną, przechodząc, trudno było, choć na kwadransik, nie wstąpić do Sypniewskiego, Rosego lub Powelskiego, by się orzeźwić, a wieczorami znalazła się tu i owdzie kompanijka, z którą mile i wesoło ubiegały chwile, zwłaszcza jeśli ciecz brunatna z obroślutkiéj, jak mówił, lub z poważnego gąsiorka przelewała się naokół w małe kieliszki. Nie mogę powiedzieć, żeby rzecz doszła do nadzwyczajnych rozmiarów, lub przeszkadzała w zawodzie; owszem, lekcye swoje odbywał Kiszwalter dość sumiennie, zawsze był przyzwoity i ugrzeczniony, w towarzystwie umiał się znaleść, sadził się nawet na delikatne maniery i słodkie słówka, ale pociąg do la dive bouteille Rabelego poskutkował z czasem szkodliwie na kieszeń i zdrowie. Dwie panienki swoje wykształcił należycie, szczególnie w muzyce; starsza, spokojna i rozważna wyrobiła się na dobrą nauczycielkę, młodsza zaś, maluteńka brunetka, bardzo żywego i śmiałego usposobienia, obdarzona znacznie większym talentem, dawała tutaj kilka razy koncerta w teatrze, zawsze jako ośmioletnia Adaminka, chociaż tych latek było wiele więcéj. Trzymała się u nas rodzina Kiszwaltrów do roku piędziesiątego któregoś, wszakże już kilka lat przedtem kurczyć się przyszło, bo wzrastające współzawodnictwo obcych szkodliwie na liczbę uczennic działać zaczęło, a przytem siły fizyczne naszego metra słabły coraz widoczniéj. Tworzył mu się powoli w żołądku karcynomat, z którym długo i daremnie walczył. Żal mnie szczery przejmował, ilekroć spotkałem się z idącym powoli i ostrożnie wychudłym Kiszwalterkiem, który to niegdyś tak szybko i zwinnie stąpał po bruku poznańskim. Nie stracił jednak do ostatka fantazyi, chwytał się najrozmaitszych środków stręczonych przez lekarzy i nielekarzy i każdy zdawał mu się z początku wyborny, ale wszystkie zawiodły i przyszła dlań niespodzianie chwila, w któréj się pożegnał z tym światem. Pozostała rodzina wyniosła się niedługo potem do Królestwa, gdzie panna Adamina znalazła małżonka w panu Mąkowskim.
Ponieważ nic więcéj o tym domu powiedzieć ci nie mogę, panie Ludwiku, przejdziem do następnego, który tworzy róg Ślósarskiéj uliczki, naprzeciwko kamienicy Bergera. Ani byś się domyślił, patrząc nań teraz, co tam dawniéj było; przebudowano go około trzydziestego roku, przedtem wyglądał zupełnie inaczéj; miał starą, gotycką facyatę i wielką gotycką bramę, do któréj prowadziło kilka w półkole ułożonych kamiennych schodów, a nad nią stała jakaś święta figurka. Baby odwieczne w wyszarzanych ubiorach, z paciórkami w palcach wchodziły i wychodziły, a przy wnijściu siedział bardzo często dziad jakiś wyciągający po jałmużnę sparaliżowaną rękę. Na to się nieraz patrzałem, gdy szedłem do szkoły, będąc w niższych klasach. Mieścił się tutaj Śpital świętéj Gertrudy, ufundowany dla kleryków w połowie piętnastego wieku przez bogatą mieszczankę poznańską, Gertrudę Pesthlową. Przechodził on rozmaite koleje, wreszcie został śpitalem miejskim dla nieciekawéj starzyzny. Za nim pamiętam dobrze jeszcze brudny, zakazany dom, wychodzący przodem na Nowy Rynek, odgrodzony od Ślósarskiéj uliczki wysokim drewnianym płotem. Zajmowały go indywidua płci obojga nie pięknie chorujące, po większéj części tylko derami końskiemi okrywające goluteńkie zresztą ciało, z któremi, jak słyszałem, srogo się obchodził miejski chirurg pan Protz, jegomość mogący każdego wystraszyć swoją szeroką, bladą twarzą prawie bez nosa, o siwych, zimnych oczach. Gdy z czasem magistrat przenieść gdzie indziéj postanowił w opłakanym stanie znajdujące się zakłady, nabył ten grunt niejakiś Vockel, krawiec z profesyi i zamienił śpital św. Gertrudy na kamienicę, którą widzisz. Mieszkając tu w bliskości, widywałem owego Vockla dość często i przypominam sobie jego niską, grubą, najczęściéj frakiem przyodzianą figurkę i okrągłą, zadowoloną fizyonomię. Chociaż Niemiec, żonę miał Polkę, pannę Thayler, brunetkę, wychowaniem znacznie wyżéj od niego stojącą, któréj koniec końcem przyszło na myśl, że lepszy Vockel niż żaden. Brata jéj znałem dobrze; widywałem go w gimnazyum z dołu, gdy był tam w wyższéj klasie; poszedł potem na powstanie, późniéj, pracował w biurach na ratuszu, został wreszcie radzcą miejskim i wszyscy tutaj lubili tego zwinnego, wygadanego i arcygrzecznego człowieczka, który jeszcze w sile wieku na drugi świat powędrował.
Zaraz po wystawieniu téj kamienicy założył tu na dole jegomość nazwiskiem Kalkowski, ale Niemiec nie umiejący słówka po polsku, pierwszą antykwarnię w Poznaniu, jeszcze przed Lisnerem, w bardzo skromnych rozmiarach. Nieraz tam zajrzałem, bo miał przytem farby, pędzelki i papier, lecz z antyków niewiele co widać było, ile pamiętam, kilka obrazów, kilka figurek i innych starych rupieci, które dawniéj, jako amator, bez należytéj znajomości rzeczy, sobie uzbierał, a ponieważ funduszów brakło i miejsce na taki handel nie było odpowiednie, po dwóch czy trzech latach zwinął Kalkowski swój proceder, zniknął nam z oczu i nie wiem, co się z nim stało. Nie wiem także, co się stało z daleko ciekawszą osobistością, która tu przez krótki czas mieszkała na drugiem piętrze w małym pokoiku. Znał ją cały Poznań, bo to był jedyny mulat między nami, a do tego jedyny mulat polski, którego w życiu widziałem. Nazywał się Gameli, ale wszyscy mówili mu Gamel. Przodków swoich z nad Nigru lub Senegalu wyprzeć się nie mógł, twarz bowiem miał ciemuo-oliwkową, która od białéj chustki na szyi tem mocniéj odbijała, nos niewielki, nieco zadarty, oczy czarne, które zwyczajnie mocno przymrużał, a na głowie czarną, drobno pokręconą wełnę; dość wysokiego wzrostu, stawiał, chodząc, małe kroki i pierś wysuwał naprzód.
Nieraz pytałem o jego pochodzenie, ale czegoś pewnego dowiedzieć się nie mógłem; ten i ów twierdził że go na świat wydała jakaś znakomita hrabina, wymieniano nawet księżnę, lecz nazwiska ci nie powtórzę, bo to legenda arcywątpliwa, a nazwisko bardzo znane, ojcem zaś jego miał być murzyn kamerdyner, czy koniuszy téj pani. Jakkolwiek rzecz się miała z pochodzeniem, pewnem jest, że się wychował i wyuczył w Krakowie, zkąd przeniósł się do Poznania, nie wiem już kiedy i że pobierał jakąś pensyjkę od rodziny matki. Był ów Gameli człowiekiem znakomicie wykształconym; znalazłbyś jeszcze kilku starych, co go bliżéj znali i poświadczyć to mogą. Mówił równie dobrze po polsku, jak po francuzku i po niemiecku; pod naukowym zaś względem stał na równi z naszymi profesorami, a głównie odznaczał się gruntowną znajomością matematyki, któréj dawał lekcye gimnazyastom wyższych klas. Grał znakomicie w szachy i, jak słyszałem, nieraz ugniewał zamatowaniem profesora Buchowskiego, który z nim przestawał, cenił go jako matematyka i polecał do lekcyi. Dodam ci jeszcze, że ten mulat miał poczucie sztuk pięknych i bardzo ładnie malował miniatury na słoniowéj kości. Kilka z nich widziałem, gdy je pokazywał mojemu ojcu, którego raz po raz odwiedzał. Mówił zwykle cichym głosem i trochę szeplenił, ale w rozmowie i obejściu nie różnił się bynajmniéj od czystéj krwi Europejczyków wyższego poloru. Mimo to, ile wiem, życie jego tutaj było w ogóle samotne i niewesołe, co już z jego twarzy wyczytać było można, bo jakiś przesąd stawiał zaporę między nim a społeczeństwem naszem, uważającem go za utwór niższego rzędu od białych. Gdy wróciłem z uniwersytetu, już tu od dawna Gamelego nie było i nie mógłem się dowiedzieć, czy umarł w Poznaniu, czy się też wyprowadził do innego kraju.
Wzmianka o tym mulacie, panie Ludwiku, przypomina mi, że mieliśmy równocześnie z nim także mulatkę w naszem mieście. Nie była to przecież jego siostra, lecz córka tutejszéj przekupki, która, jak mi wiadomo, zadzierżgnęła krótki węzeł małżeński z murzynem trębaczem w wojsku napoleońskiem, wracającym przez miasto nasze z niewoli rosyjskiéj. Koprowaty ten dziewczak o wielkich czarnych oczach, nabrzmiałych ustach i wełniastych kudłach, bosy i ledwo ubrany, siedział całemi dniami przy swojéj mamie nad perkami, lub gruszkami, a gdy chodził po ulicach bronić się częstokroć musiał zawzięcie przeciw ulicznikom, którzy go zaczepiali i wyszydzali tytułem murzyna i diabła. Wyrósł on potem na wysoką i silną istotę, ale podobno w młodych latach zmarniał skutkiem rozpustnego życia.
Na przeciwnym rogu Ślósarskiéj ulicy stoi ów drugi dom Bergera, o którym ci już wspomniałem, gdy staliśmy przed bratem jego na Nowym Rynku. Mieszkających w nim ludzi różnemi czasy mało co znałem, majaczy mi jednak jeszcze po głowie kilka tutejszych figur. Otóż na dole, po jednéj stronie bramy, miał przez wiele lat, do póki nie poszedł na łono Abrahama, handel materyalny drugi brat księgarza Munka, a po drugiéj stronie bramy bywały rozmaite instytucye publicznego dobra, a mianowicie piwiarnie i golarnie.
Jednéj z takich golarni przewodniczył tutaj dość długo Izraelita cieszący się powszechną w mieście wziętością. Szanowny Lewek nie golił sam i powierzał brzytwę swoim czeladnikom, lecz ponieważ, odbywszy niższe klasy gimnazyalne, wykierował się na chirurga, puszczał więc krew, którą wtenczas jeszcze bez litości toczono, stawiał bańki i pijawki, opatrywał rany, a zasłynął przedewszystkiem wyrywaniem zębów. Nasze panie i panny darzyły go szczególnem zaufaniem i gdy ząbek „źle robił“, posełano po Lewka. Widziałem go nieraz przy takiéj operacyi, uwijał się zręcznie, a dla zbyt lękliwych nie szczędził czułéj wymowy w koszlawéj nieco polszczyźnie, dodając zawsze do swoich perswazyi, że Marcinkowski to jego przyjaciel. Późniéj odebrał mu tę praktykę w wyższych sferach pan Kutzner, pierwszy u nas tutaj fachowy dentysta, ale między populusem był Lewek aż do końca doktorem od wszystkiego i żyjąc z kunsztu swego potrafił liczne potomstwo postawić na nogi. Pierwsze piętro zajmował tu, po śmierci starych Bergerów, przystojny czarnowłosy jegomość, nazwiskiem Huitier. Był to dawniejszy oficer francuzki, noszący czerwoną wstążeczkę, który, wracając z kampanii rosyjskiéj, utkwił gdzieś w Niemczech, ożenił się z Niemką niezbyt powabną i po dwudziestym roku sprowadził się do Poznania. Dawał tutaj lekcye francuzkie, założył nawet szkółkę, a żona jego miała kilka panien na pensyi. Ale to jakoś niedługo trwało, może z powodu jego niespokojnéj i popędliwéj natury, bo pamiętam, iż, gdy przyszedł odwiedzić czasem mego ojca, nieusiedział na miejscu, chodził szybko po pokoju, mówił bardzo prędko machając rękoma, a ze służbą swoją w ciągłéj był wojnie i nieraz słyszałem jak w sieni na pokojówkę lub kucharkę sypał, grożąc pięścią, francuzkie i niemieckie epitheta ornantia. Ledwo dwa lata, ile pamiętam, pozostał Huitier w tem mieszkaniu i jeszcze przed trzydziestym rokiem wyniósł się całkiem z Poznania, a miejsce jego zajął adwokat, bodajnie Holst, z którego Brunonem, trochę starszym odemnie, bawiłem się często, bo mieszkałem wtenczas w owéj drugiéj kamienicy, a obiedwie mają wspólne podwórze. Prócz owego chłopca była u pana adwokata jeszcze córka dorosła, wysoka, piękna blondynka; poszła ona za mąż z tego domu za jakiegoś sędziego chudego i niemłodego, którego nazwisko zapomniałem, ale pamiętam jak dziś, że mi raz Bruno, wskazując na schodzącego ze schodów adoratora swéj siostry, powiedział ze śmiechem: „die Bertha will ihn nicht haben!“ A przecież go wzięła i patrzałem na nią, gdy w białéj sukni wsiadała do powozu, jadąc do kościoła na Groblę. Skończyło się to jednak z czasem wedle słów Brunona, jak mi kiedyś wiele lat późniéj kolega tego sędziego nadmienił, gdy tak przypadkiem zgadało się o Holstach; wszakże szczegóły owéj awantury małżeńskiéj już się w mym mózgu zatarły. Wprowadził się do tego samego mieszkania potem inny adwokat, nazwiskiem Weimann, siwowłosy wdowiec, i mógł się także poszczycić bardzo ładną córką, lecz jéj podobno przykładnem życiem wcale nie budował. Była tam prócz tego restauracya niejakiego Maja, gdzie wesoła ludzkość dużo jadła, dużo piła, dużo w karty grała, a ponieważ gospodarz, lubo stary, szafował na oślep kredytem, zbankrutował wkrótce. Z jedynym małym kwiatkiem, który ten Maj na świat wydał, spotkamy się późniéj, panie Ludwiku, gdy przejdziem na Garbary.
Daléj za domem Bergera stały, nim jeszcze ze szkół wyszedłem, cztery kamieniczki o trzech oknach frontu, które od wielu lat przebudowano. Właścicielkę pierwszéj z nich przypominam sobie, widywałem bowiem tę figurę oryginalną nie tylko na ulicy, lecz miałem zaszczyt osobistéj z nią znajomości, bo mnie amicusy, którzy u niéj byli na stancyi, kilka razy do siebie wciągnęli. Pani Kindermanowa, jejmość wysokiéj postawy, trzymająca głowę do góry, mimo podeszłego wieku, miała twarzyczkę częstokroć czerwoną, którą lubiła farbować alkoholem, co ją rezolutną i wymowną czyniło. Pamiętając jeszcze Rzeczpospolitą, wyszła w czasie pierwszéj okupacyi pruskiéj za jakiegoś urzędnika, którego portret, odznaczający się harcopem, czerwonym kołnierzem i żółtemi guzikami, wiszący nad kanapą, pokazywała mi raz z chlubą, opowiadając o nim różne rzeczy i kończąc temi słowy: „mój mąż był dobry człowiek, miał ładny mundur, ale mnie też słuchał“. Mieszkali u niéj wtenczas bracia Paliccy i koleżka Wajhan ze Stęszewa i było im tam dobrze, jak mi mówili; dogadzała im Kindermanowa ile mogła, nie szczędząc chleba ze smolcem na podwieczorek, ale ich też gromiła macierzyńskiemi oracyami, jeśli jakie głupstwo zrobili i straszyła wytoczeniem skargi do profesora Muczkowskiego.
Trzecia z owych kamieniczek należała niegdyś do Rochackich. Nazwisko to za Księstwa Warszawskiego i w pierwszych czasach okupacyi pruskiéj głośnem było u nas w kołach płci pięknéj i młodéj kawaleryi, a chociaż miałem ledwo lat dziesięć, gdy umarł ten co je uwydatnił, pamiętam go tak dobrze, jak gdybym go teraz jeszcze widział. Stary Rochacki (nie wiem jak mu tam było na imię), co do wyglądu swego, mógł był stanąć do pary z panią Kindermanową; wysoki, tłusty, z twarzą nabrzękłą o bardzo żywych kolorach, mimo to chodem i ruchem, nie mniéj jak ubiorem okazywał od razu, że jest kapłanem muzy Terpsychory, której wiernie służył za młodu, podobno jako baletnik we Francyi i w Warszawie, a późniéj aż do śmierci jako mistrz tańca w Poznaniu. Był on wtenczas jedynym u nas przedstawicielem swego fachu, który w wyższem towarzystwie uchodził jeszcze za kunszt wymagający gruntownéj nauki, to też panny, jeśli miały zrobić jakie wrażenie na balach, musiały brać lekcye u Rochackiego i wyuczyć się nie tylko sztucznych skoków i zwrotów kontredansowych, lecz jeszcze gawota, menueta lub szala. Zwożono mu ich nie mało zimą i latem, choć nieraz trzeba im była napędzać odwagi, bo dla niezgrabnych lub niechętnych zbyt czułym i pobłażliwym się nieokazywał. Gdy stanął w środku pokoju ten słuszny, wyprostowany jegomość, w długich pończochach, w krótkim spancerku, bo fraka nie nosił, gdy surowo spojrzał w około i zarznął na skrzypcach, wszystko podnosiło nóżki i ruszało naprzód strachem przejęte. Jeśli która z taktu wypadła, przyskakiwał i grał jéj zawzięcie nad uszami, jeśli się zgarbiła, krzyczał, że starych Fryców nie lubi, a jeśli udatnie podskoczyć nie umiała, trzasnął nieraz smyczkiem po trzewiczku, lub położył skrzypce na ziemię i kazał przez nie skakać. Kawalerów tresował jak sierżant rekrutów, ale ich też wyuczył entrechats i piżonów, któremi się potem na balach w kontredansie odznaczali. Spytaj się tylko pana Antoniego Krzyżanowskiego, jedynego, ile mi wiadomo, z żyjących jeszcze uczniów starego Rochackiego, a więcéj ci o nim opowie. Niewątpliwie był ów Rochacki doskonałym nauczycielem tańca; wszakże każda doskonałość na tym świecie ma swoje ale, a tem ale było tu znów owo purum de vite; nasz polski Vestris umiłował je do zbytku i skutkiem tego apopleksyą, jak słyszałem, zeszedł z naszego padołu. Została po nim wdowa z parą małych dzieci, jejmość spokojna i roztropna, która, żyjąc skromnie, i szczędząc ile możności, oddała się wychowaniu syna i córki. Córka wyrosła z czasem na dość przystojną pannę i doczekała się dwóch mężów, naturalnie jednego po drugim; synka zaś pamięta tu wielu jeszcze, bo umarł dopiero pięć czy sześć lat temu. Był on mniéj więcéj w moim wieku i znałem go już jako chłopca. W szkołach szło mu nieświetnie, bodajnie się tylko do Kwarty doskrabał; zachciało mu się potem wojska i służył parę lat w artyleryi, ale i tam nie wytrzymał. Przez czas niejaki straciłem go z oczu i nie wiedziałem co się z nim dzieje, gdy pewnego dnia, zdaje mi się, zimą trzydziestego ósmego roku, zjawił się u mnie w Berlinie. „A cóż ciebie tu sprowadza?“ spytałem wchodzącego. „Nie dziw się“, odrzekł, „przyjechałem się czegoś nauczyć“, i powiedział mi daléj, że po długich rozmysłach co ma wreszcie począć z sobą, postanowił iść za radą matki i chwycić się ojcowskiego rzemiosła, zwłaszcza iż pamięć ojca będzie mu późniéj u nas wielką pomocą. Udał się więc do tancmistrza baletu, który go przyjął w naukę i przez cały rok bodajnie ćwiczył się nasz Ruchaś, jak go zwyczajnie zwaliśmy, po większéj części razem z baletniczkami na scenie berlińskiéj opery. Potem pojechał na czas niejaki do Paryża i wrócił, zdaje mi się, z końcem czterdziestego roku do Poznania, gdzie zawód swój rozpoczął. Był zresztą do tego dobrze usposobiony: średniego wzrostu, udatnéj i zwinnéj postawy, z fizionomią dość przyjemną, chociaż nie genialną, łączył z tem istotną znajomość swego kunsztu i tańczył bardzo zgrabnie. Szło mu też w pierwszych latach całkiem nie źle; zimą miał w mieście liczne partye dziewcząt lub chłopców, latem częstokroć uczył po wsiach majętniejsze panienki. Ale z czasem rzecz się zmieniła. Brakło mu, szczerze mówiąc, na należytym polorze, na zręczności obracania się w wyższych towarzystwach, na stateczności w kawalerskiem życiu, w którem u niego pewna bezmyślność i nieoględność przeważała; zaszkodziła mu także nie mało, ile pamiętam, chociaż właściwie bez jego winy, awanturka rozgłaszana po świecie, że chcąc wykraść jakąś bogatą pannę, co było tylko une idée fixe umysłowo niezdrowéj ciotuni owéj panny. Prócz tego jednak przyczyniał się najwięcéj do utrudniania zarobkowości w tancerskim zawodzie wzrastający ubytek majętniejszych rodzin, jako też okoliczność, że taniec przestawał być kunsztem i zamieniał się powoli na podrygające bieganie, którego się właściwie nikt uczyć nie potrzebuje. Coraz więc ciężéj rok za rokiem ubiegał panu Onufremu i musiał coraz mocniéj szarpać diabła za ogon, bo i starość przyszła, siła znacznie osłabła, a za lepszych czasów nic się nie odłożyło. Do ostatniéj chwili wszakże rąbał się z niefortunnym losem jako tako, dawny humor odzywał się przy okazyi, a ponieważ nogi nie odmawiały jeszcze usługi, znalazła się raz po raz lekcyjka, a z nią parę marek. Koniec téj biedy nastąpił nagle; gdy bowiem pewnego dnia wyszedł na przechadzkę, powalił go o ziemię paraliż w bliskości Królewskiéj bramy; przeniesiono go do będącego w bliskości śpitala Diakonisek, zkąd nasz dobroduszny Ruchaś żywo już nie wyszedł.
Jakie mieszkały osoby i jakie zaszły wypadki w kilku innych kamieniczkach, które stały jeszcze po téj stronie Wodnéj ulicy, powiedzieć ci nie umiem, panie Ludwiku, bo tam znajomych nie miałem; przypominam sobie jednak w tym ostatnim domu, tworzącym róg ciasnego przejścia z Wodnéj na Nowy rynek, przez wiele lat na dole szynkownię, na piętrze zaś piwiarnię Skrzetuskich, być może potomków owego bohatera znanych powieści Henryka Sienkiewicza, doświadczenie bowiem uczy, że w naszych nieszczęśliwych stosunkach znakomite niegdyś nazwiska bardzo nisko spadają. Z téj rodziny zasługiwała na wyszczególnienie panna Skrzetuska, która swoją małą, i zgrabną figurką i udatną główką ciemnéj brunetki zwracała na się oczy młodzieży poznańskiéj. Po drugiéj stronie wspomnianego przejścia stoi wielki dom, który, jak widzisz, zachodząc na środek Wodnéj ulicy, ścieśnia ją nie mało w tem miejscu. Teraz ucywilizowano go znakomicie; zmieniwszy na zewnątrz i wewnątrz, ale za moich dni młodych osowiało wyglądał i miał cechę bardzo starożytną, bo jeszcze w początkach przeszłego wieku kończyło się z nim tutaj właściwe miasto i przyczepiona doń była Wodna brama, któréj resztki widywałem przez czas długi na jednéj jego ścianie. Za méj najdalszéj pamięci panowała już w nim familia Krugów, która w życiu okolicznych gospodyń ważną odgrywała rolę. Majster Krug miał bowiem w téj części miasta sławę piekarza, a nazwisko jego obijało się niemal co dzień o moje uszy, gdy byłem jeszcze u rodziców, ponieważ nasze służące chodziły po chleb i bułki do Kruka, jak go nazywały, a na Wielkanoc, kiedy placki i baby rosły w górę, to ów Kruk był przedmiotem strachów i błagań, żeby je aby zawczasu wsadził do pieca i oddał niespalone. Jak on sam wyglądał, tego już nie wiem, ale połowica jego silna i wysoka, przypominała aż nadto wyraźnie fryzurą swoją pannę Cardoville z Żyda wiecznego i tę pamiątkę zostawiła całemu potomstwu po sobie. Za tym budynkiem ciągnął się, tworząc róg Garbar, jeszcze kilka lat po trzydziestym, wielki plac płotem ze starych desek od obydwóch ulic odgraniczony; widziałem tam belki, kłody, tu i owdzie sążnie drzewa, tylko przy Wodnéj stał maleńki bezpiętrowy domek o trzech czy czterech okienkach. Mieścił on w sobie skład szorów i rozmaitych produktów rymarskich, których autor, mogący się poszczycić jednym z największych brzuchów w Poznaniu, siedział latem zwyczajnie na ławce przed drzwiami, bo mu w warsztacie trudno już było oddychać. Część rzeczonego placu nabył późniéj Józef Krzyżanowski i wybudował na nim ten wielki dom narożny. Był to najstarszy z trzech braci, z których najmłodszy, teraz już Nestor osiemdziesięciopięcioletni, ostatniemi czasy srogością losu ciężko utrapiony, cieszy się jeszcze między nami powszechnym szacunkiem. Pamiętna mi jeszcze ich ojczyzna, lubo to bardzo dawne lata, jak wszelki jéj ślad zaginął.
Tam, gdzie teraz ciągnie się Magazynowa ulica, stały niegdyś dworki podobne do wiejskich, otoczone drzewami, mające z tyłu mniejsze lub większe ogródki; jeden z takich dworków, niski, biały, szkudłami pokryty, o kilku okienkach opatrzonych w zielone żaluzye, należał do ojca owych trzech braci, Wincentego Krzyżanowskiego, który przybył z Krakowa i osiedliwszy się tutaj, miał prócz tego kilka innych posiadłości w mieście, mianowicie część gruntów teraźniejszego Sapieżyńskiego placu, odprzedaną późniéj Kramarkiewiczom. Przypomniałem sobie ten dworek, panie Ludwiku, bo jako dzieciak byłem tam kilka razy z matką moją lub ojcem, którzy się znali z Krzyżanowskimi i wiem jeszcze, że mnie tam bawiły szczególnie rozmaite ptaszki skakające i śpiewające w klatkach. Postać starego jegomości zataiła się w méj pamięci, ale jego panię, osobę niskiego wzrostu, dość otyłą, o rysach twarzy wyrazistych i ciemnych włosach wielkim czepkiem pokrytych, mam jeszcze przed oczyma, zwłaszcza że widywałem ją u méj babki, z którą się przyjaźniła. Pierwszego jéj syna Józefa znałem tylko z widzenia, równie jak i jego okazałą, przystojną żonę, rodem Seyfrydównę, nie wiele więc o nim powiedzieć ci mogę, chyba to, że od młodych lat był z zawodu kupcem, prowadził handel budulcowem i opałowem drzewem, który dość długo szedł pomyślnie, ale późniéj, jak to w interesach kupieckich często się trafia, nastały niefortunne konjunktury, do nich zaś, ile słyszałem, przyczyniła się najwięcéj budowa tego domu tutaj, pociągająca za sobą nieprzewidziane koszta; dość, że nastąpił krach i spowodował niemal zupełny rozstrój finansowy. Mimo to i mimo podeszłego już wieku, krzątał się pan Józef jak mógł, dzieci wychował, z syna młodszego, który należy teraz do wzorowych naszych plebanów, doczekał się wielkiéj pociechy i, dopóki mu sił starczyło, pracował potem jako urzędnik miejski, pobierając cło przy chwaliszewskim moście.
Wiele lepiéj znałem za młodu drugiego brata, Jana, który, ukończywszy tutaj nauki gimnazyalne krótko po dwudziestym roku, słuchał prawa w Wrocławiu, a potem odbywał referendarkę w Krotoszynie i w Poznaniu. Jako akademik i referendarz odwiedzał często moich rodziców, a wtenczas był ten niski, żwawy kawaler, z okularami na nosie, bardzo przyjemnym w towarzystwie — ile pamiętam — dla wesołego usposobienia, chociaż czasem popadał w draźliwość. Późniéj, gdy miał już po za sobą początki swego zawodu, straciliśmy go tutaj z oczu, bo go posełano do rozmaitych sądów na prowincyi, wiem jednak, że najdłużéj przesiedział w Gnieźnie, a ztamtąd poszedł do Witkowa, gdzie, zamianowany sędzią, ożenił się trzydziestego roku w dniu warszawskiego powstania. Położenie jego i okoliczności — szczególnie krótkość wzroku — nie pozwoliły mu podążyć za innymi, lecz, będąc w pobliżu granicy, świadczył, ile mógł, gorliwie usługi sprawie narodowéj, tak iż naraził się na utratę stanowiska. Wytoczono mu niebawem proces z tego powodu i tylko zręczności swéj zawdzięczał, że wyrok nie zapadł stanowczy; uwolniono go ab instantia i przeniesiono do Grodziska, a kilka lat późniéj do Szamotuł. Tam zaskoczyły go czterdziestego ósmego roku znane ci wypadki. Miał w nich od pierwszéj chwili czynny udział nasz sędzia, jako przewodniczący narodowemu komitetowi powiatowemu, który w mieszkaniu jego odbywał swoje obrady. Możesz sobie wyobrazić, że to zajątrzyło jeszcze niełaski i podejrzenia ciążące na nim od owego procesu, a chociaż pod urzędowym względem władze przełożone uznawały jego pracę i zasługi, wszelkie jednak kilkakrotnie ponawiane starania i proźby o przeniesienie do Poznania, z którym go łączyły stosunki familijne i wspomnienia z lat młodych, były daremne; oświadczono mu wreszcie stanowczo, że się tutaj nigdy nie dostanie. Tęsknota za miastem rodzinnem i rozmaite inne przykrości, których mu losy nie szczędziły, powiększały coraz znaczniéj rozdraźnienie sercowe już w młodych latach u niego widoczne. Uspokoić nie mogło tego cierpienia wielokrotne zwiedzanie wód zagranicznych, a gdy po raz ostatni szukał ulgi w Rheme, nie wrócił już ztamtąd żywy, umarł bowiem w Brunświku skutkiem ponowionego napadu apopleksyi, na rękach brata Antoniego, który podążył do niego, odebrawszy wiadomość o niebezpieczeństwie. Dowodem tego, jak powszechne sobie zjednał zaufanie i przywiązanie w otaczającem go społeczeństwie śmiałem objawianiem swych uczuć patryotycznych i gotowością do usług w stosunkach towarzyskich, był nie tylko nadzwyczajny zjazd na pogrzebie jego w Szamotułach, lecz jest jeszcze kamienny pomnik grobowy, publicznym kosztem wystawiony, którym obywatelstwo szamotulskiego powiatu pamięć Jana Krzyżanowskiego potomności przekazało.
W tym domu narożnym, który mi nastręczył sposobność do téj krótkiéj wzmianki o Krzyżanowskich, nie pamiętam zresztą, panie Ludwiku, znajomych osobistości, prócz jednéj, bardzo skromnéj wprawdzie, lecz mającéj pewne niezaprzeczone zasługi względem ogółu. Otóż lat kilkanaście była tutaj na dole, po stronie Wodnéj ulicy, księgarnia i drukarnia Reyznera. Ów Reyzner za młodu, jak mi powiadano, stawiał czcionki u Deckera, a późniéj stanął na własnych nogach, sprawił sobie prasę i założył przy tem handelek księgarski. Nie mając kapitałów, ale za to żonę znacznie wyższą od siebie i kilkoro dzieci, nie mógł się puszczać na większe przedsięwzięcia i, zwróciwszy działalność swoją ku niższym sferom, był jednym z pierwszych, którzy w tym kierunku pracowali dla ludu i starali się oswajać go z drukiem. Wydawał on książeczki do nabożeństwa, kalendarzyki, pieśni, powiastki ludowe, czasem mu się też zdarzyło coś grubszego na świat wypuścić i dzisiaj jeszcze znajdziesz w składach księgarskich lub po bibliotekach mnóstwo produktów z drukarni J. Reyznera. Znany był dobrze w tutejszych kołach rzemieślniczych i między mieszkańcami wsi okolicznych, którzy, osobliwie w niedziele i święta, zaspakajali u niego swoje umysłowe potrzeby. W znacznéj części sam składał i sam odciskał, oddrukowywał stare rzeczy, wymyślał nowe, pracował wytrwale i pożytecznie. Szedł interes ciężko, bo zbywało na środkach, a przy tem na sprężystości należytéj, ale szedł jakoś i Reyzner nie tylko trzymał się tutaj do końca życia, lecz mógł wychować dzieci przyzwoicie. Z owych dzieci znałem tylko najstarszego, zdolnego i roztropnego chłopca, chociaż fizyonomii bardzo nieponętnéj, który, złożywszy maturę w gimnazyum Magdaleny, przerąbał się przez uniwersytet jako pedagog i po odbyciu roku próby przy tutejszéj szkole realnéj, umarł niebawem biedak na suchoty. Nie przestając na tych dwóch Reyznerach, muszę ci wspomnieć jeszcze o trzecim; był nim brat młodszy księgarza, odznaczający się udatną i sympatyczną twarzą. Obiecująca powierzchowność jego nie zawodziła, bo chociaż w niższych poruszał się sferach, miał szlachetniejsze poczucia i dążności. Wyszedłszy z miejskiéj szkółki, chwycił się wcześnie rzemiosła i pracował jako stolarczyk tutaj i w niektórych większych miastach niemieckich, a gdy po kilku latach wrócił do Poznania, założył własny warsztat. Odznaczył się wkrótce niepospolitą biegłością w swym zawodzie, obok tego zaś przyzwoitością w życiu prywatnem i stosunkach z ludźmi, nie mniéj jak gorącem poczuciem patryotycznem, którego dał dowody w czasie rozruchów czterdziestego ósmego roku. Należał on do pierwszych tutaj rzemieślników polskich, którzy usiłowali wznieść się nad poziom tradycyjnego partactwa, a pod względem fachowym stanąć na równi z zagranicznymi przemysłowcami, jako też wypełniać przynależne obywatelskie i narodowe obowiązki. Bylibyśmy w nim mieli drugiego Zeylanda, gdyby go los był dłuższem życiem obdarzył. Umarł nagle w młodym jeszcze wieku na cholerę, piędziesiątego drugiego roku. Powiedział mi wtenczas jeden z jego znajomych, że dzień przed tem spotkał na ulicy zdrowego Keyznera, ale się zdziwił, gdy, po krótkiéj rozmowie, tenże rzekł do niego niespokojnym głosem: „Bądź zdrów, bo ja umrę!“ i w rzeczy saméj nazajutrz już nie żył.
A teraz, panie Ludwiku, ponieważ skończyliśmy nasz przegląd po jednéj stronie Wodnéj ulicy, przejdziemy na drugą, wracając napowrót. Otóż ta wielka kamienica, która się ciągnie od Starego Rynku aż do Klasztornéj uliczki i liczy się do najstarszych w mieście, była za lat moich najmłodszych własnością Obstów. Należał Obst, jak mi powiadano, do owych kilku kupców niemieckich, którzy się tutaj jeszcze za pierwszéj okupacyi pojawili i którym się świetnie powodziło, bo na konkurencyą narzekać nie mogli. Prowadził handel drzewem i zbożem i zrobił znaczny majątek, a chociaż miał ciągle do czynienia z tak licznem jeszcze wtenczas obywatelstwem naszem, ani on, ani jego żona nie nauczyli się po polsku. Wiem o tem, bo żyli w dobréj komitywie z rodzicami moimi; odwiedzano się nawzajem, a córka starych Obstów, panna przystojna, podobna do niewiast z nad Tybru, przytem spokojna i małomówna, jak jéj mama, ale znająca dobrze nasz język, przyjaźniła się z moją matką i ciotką i bywała z niemi na balach i wieczorkach. Za mojéj pamięci, stary Obst już się handlem nie trudnił i żyjąc jako kapitalista, wybudował sobie na placu przy Grobli, gdzie miał przedtem skład drzewa, późniéj dworek, w którym teraz mieszczą się biura gazowni miejskiéj i kupił jednę i drugą wieś, a mianowicie Gądki, sławne kiedyś ze swego pierdoły. Te Gądki odziedziczył po nim jego syn, którego znałem jeszcze w gimnazyum, chociaż był znacznie starszym odemnie i przypominam sobie, że, wiele młodszy od siostry swojéj, różnił się zupełnie od niéj wyglądem i jasnemi włosami. Gdy wyszedł ze szkół, rzadko kiedy zdarzyło mi się z nim spotkać, wiem tylko, że, wyuczywszy się agronomii, gospodarował potem na wsi. Chociaż mówił dobrze po polsku, uchodził już między kolegami szkólnymi za twardego Prusaka i późniéj nie mało szczycił się z tego, że w szeregach landwery został porucznikiem. Lecz właśnie ten zaszczyt nie wyszedł mu na korzyść; będąc bowiem usposobienia samowolnego i draźliwego, naraził się na jakieś nieprzyjemności podczas ćwiczeń wojskowych. Szczegółów, które kiedyś słyszałem, już nie pamiętam, zwłaszcza iż mnie jegomość ów mało co obchodził, ale pewna, że w skutek tego uprzykrzył sobie pobyt w naszym kraju, szpadę złożył ad acta, Gądki sprzedał i wyniósłszy się do Włoch, nie ukazał się już nigdy na naszym widnokręgu. Siostra jego, w niepierwszéj młodości, została żona burmistrza Guderiana, a ponieważ po roku trzydziestym pierwszym bliższe stosunki między polskiemi a niemieckiemi rodzinami tutaj ustały, widziałem panię Guderianową tylko czasem na ulicy. Guderianów było kilku dawnemi czasy; z rodziny téj, osiadłéj w Poznaniu podobno za pierwszéj okupacyi, znałem osobiście pana burmistrza, który mówił biegle naszym językiem i nie należał bynajmniéj do polakożerców, ponieważ wychował się w tutejszych szkołach, kiedy w nich liczba Niemców była jeszcze nieznaczna. Wyglądem i humorem różnił się wyraźnie od żony; jasnowłosy i wygadany, łatwy w pożyciu i urzędzie, lubił wesołe towarzystwa i zakrawał, że tak powiem, na lebemanna, dla tego też u wszystkich w mieście był persona grata. Umarł już przed wielu laty i starości się nie doczekał.
Za tym dawniéj do Obstów należącym domem stoi na drugim rogu Klasztornéj uliczki kamienica, jak widzisz dość duża, która kiedyś należała także do bogatego kupca niemieckiego. Nazywał się Treppmacher i razem z Bergerem, za Prus południowych, a potem jeszcze, mniéj więcéj do dwudziestego roku, dzierzył tutaj berło wielkiego handlu i ustąpił z pola niemal równocześnie ze swoim współzawodnikiém. O naczelniku téj firmy nie mam wyobrażenia, bo zniknął z tego padołu, gdy jeszcze byłem dzieciakiem, ale znałem z widzenia całą jego rodzinę. Pani Treppmacherowa przeżyła męża bardzo znacznie; widywałem ją już jako matronę poważną, ale musiała przedstawiać za młodu znakomity okaz płci żeńskiéj, wyglądała bowiem wysoka jéj postawa, starannie przystrojona, wspaniale na ulicy, a twarz téj jasnéj blondynki miała jeszcze ślady dawniejszych powabów. Z trzech córek, które były wiernemi odbitkami mamy dobrodziejki, wyszły dwie starsze za znanych ci już kupców, ładniejsza za Grasmana, a druga za Gotthilfa Bergera; dwóch zaś synów, także białowłosych, pamiętam w niższych klasach naszego gimnazyum. Mieszkała ta rodzina, za moich młodych lat, w owym dworcu z obszernym dziedzińcem i ogrodem, którego pustki możesz jeszcze oglądać na Grobli, za masońską lożą, ale znikła zupełnie przed czterdziestym rokiem, tylko pani Bergerowa przetrzymała wszystkich i umarła bezdzietnie lat temu kilkanaście.
Nie więcéj jak o Treppmacherach powiedzieć ci mogę, panie Ludwiku, o mieszkańcach następnych domów. Ta tutaj stara kamieniczka, na któréj widzisz pod oknami dwa medaliony z geniuszykami architektury, przypomina mi typową osobistość, która dawnemi czasy, jeszcze przed Masłowskim, rywalizowała w zegarmistrzowstwie z Didelotem ze Starego Rynku i do któréj bodajnie kamieniczka ta należała. Ten wysoki i chudy jegomość, nazwiskiem, zdaje mi się, Grabiński, dłubał sobie tu na pierwszem piętrze w zegarkach, lecz nie wiele miał do dłubania, dla tego żył skromnie, bez rozgłosu i nie byłby mi utkwił w pamięci, gdybym prawie codzień przez wiele lat, nie był czytał jego nazwiska na szyldzie, między dwoma wielkiemi zegarkami wypisanego, i nie spotykał się z nim często za miastem. Odbywał bowiem regularnie przechadzki, najczęściéj ku Dębinie, nie sam, lecz zawsze ze żoną, jak on nie młodą, cienką i wysoką, Kąsinowską z domu, którą trzymając pod rękę kroczył poważnie i z głową do góry, może dla tego, że podobno jejmość pochodziła z szlacheckiego rodu.
Lepiéj niż poczciwego Grabińskiego znałem jego sąsiada, mieszkającego tuż obok na rogu Ślósarskiéj uliczki, a był nim Jagielski, brat słynnego niegdyś w mieście i na prowincyi lekarza, o którym ci późniéj też słów kilka powiem. Miał on tu przez długi czas fabrykę świec i mydła i był między Polakami głównym przedstawicielem téj gałęzi przemysłu. Powodziło mu się dobrze, bo wtedy jeszcze tylko w bogatszych domach ujrzałeś wieczorem lampy olejne, po dworach pańskich świece woskowe, świat cały zresztą palił łojowe świece, trzygroszowe lub trojakowe, a mydła używano swojskiego, chociaż ani wyglądało pięknie, ani też pachniało. Ponieważ proceder zapewniał należyte utrzymanie, znalazła się też żona, wcale ładna brunetka, ile pamiętam, Kokczyńska rodem, i następnie dość liczne potomstwo, z którego jednak matka nie doczekała się pociechy, umarła bowiem jeszcze w sile wieku, a nasz Jagielski, po kilku latach żałoby, ożenił się powtórnie z osobą nie młodą, ale roztropną i spokojną, panną Żupańską, najstarszą siostrą Jana Konstantego. Wszakże z czasem wzrosła nadmierna konkurencya w zawodzie mydlarskim, pojawił się petreol, łojówki znikły, sztuczne mydła napływały z zagranicy; Jagielski nie miał dość szprytu, aby fabrykę z postępem wieku udoskonalić, skład swój urozmaicić i przyozdobić wedle wymagań bieżących, wypadło więc zwinąć proceder, zwłaszcza że utrzymanie było zapewnione, i na wypoczynku spędzić ostatnie lata.
Zwróć teraz oczy, panie Ludwiku, na następną dość dużą kamienicę, która tutaj tworzy drugi róg Ślósarskiéj; nie widzisz w niéj nic ciekawego, ale mnie staremu Poznańczykowi nie jest obojętną, przypomina mi bowiem różne osoby dobrze niegdyś znane w naszem społeczeństwie i spędziłem w niéj lat kilka dziecinnego wieku. Pierwszym jéj właścicielem za mojéj pamięci był jegomość nazwiskiem Stefański, o którym powiedzieć ci tylko mogę, że żył sobie bez rozgłosu gdzieś na prowincyi ze swego dochodu i, jak ludzie mówili, zakrawał trochę na Harpagona; w ostatnich latach życia sprowadził się tutaj i tutaj bodajnie umarł. Miał on małą, szczuplutką żonę; o synach jego nic nie wiem, ale dwie panny Stefańskie mógłbym ci wymalować, gdybym był artystą. Z młodszą ożenił się starszy brat doktora Gąsiorowskiego, Józef, który, wróciwszy z kampanii trzydziestego pierwszego roku jako oficer artyleryi ozdobiony krzyżem złotym, gospodarował w Zberkach i odznaczał się nie tylko herkulesową postawą, lecz i powszechną wziętością między obywatelstwem; starsza zaś panna, wcale udatna osoba, o czarnych włosach, białéj i regularnéj twarzy, z pięknem i rzadkiem imieniem Eufemii, upatrzyła sobie, w niepierwszéj już będąc młodości, jakiegoś emigranta, wszakże powiedzieć ci nie umiem, jak na tem wyszła. Ale, wracając teraz do samego domu, musisz wiedzieć, że illis temporibus drugie piętro wynajęte było na mieszkania prywatne, pierwsze zaś wraz z dołem zajęte przez oberzę znaną w całéj prowincyi pod firmą: Hôtel de Cracovie, wypisaną złotemi literami na czarnym szyldzie. Przedsiębiorca i gospodarz téj oberzy Nowakowski, którego imię już zapomniałem, pełnił za młodu obowiązki woźnego w prefekturze poznańskiéj, a późniéj ożeniwszy się z jejmościanką służebnego gatunku, wielce niepowabną, ale za to ruchawą i energiczną, panował tutaj przeszło lat dwadzieścia i cieszył się względami publiczności. Publiczność ta, ile pamiętam, należała do średniéj i niższéj szlachty, nie była wybredną, bo tam komfortów w Oberzy Krakowskiéj nie znano; pokoje, z grubszego farbą pociągnięte, miały sprzęty niewykwinne, sosnowe łóżka z pierzynami, kilka zwyczajnych stolików i krzeseł, tu i owdzie starą szafę do rzeczy i wyszarzaną kanapę, ale po innych hotelach też wiele lepiéj nie wyglądało, a pani Nowakowska gotowała podobno dobre obiady, jéj małżonek zaś odznaczał się usłużnością i przebiegłością w pożyciu z ludźmi, wiedział o wszystkiem co się dzieje w mieście i po wsiach, bawił gości relacyami, pomagał im w sprawunkach i interesach, a ponieważ obok tego, mając węch dobry, puszczał się nieraz na szczęśliwe facyendy, powodziło się parze Nowakowskich nie źle.
Wszystko się jednak z czasem zmienia; około trzydziestego szóstego roku poszła Krakowska Oberza ad patres, a stary Nowakowski przeniósł się o kilka domów daléj i założył restauracyę z bilardem. Nie wiem co właściwie było do tego powodem, sądzę, iż, obok zmniejszającego się z czasem napływu gości, głównie sprowadzenie się do Poznania Stefańskich, którzy w swoim domu część pierwszego piętra zajęli. Wszakże owa zmiana nie wyszła Nowakowskim na dobre; tak mało kto restaurował się u nich, iż musieli wkrótce pożegnać publiczność i szukać prywatnego spokoju. — Oboje byli wtenczas niemłodzi i schorowani, niedługo też pobawili na tym świecie, bo gdy w końcu czterdziestego roku z uniwersytetu wróciłem, już ich między żyjącymi nie zastałem. Za główny cel swych zabiegów uważali starzy Nowakowscy wychowanie swego jedynaka Frąsia, którym wielkie pokładali nadzieje.
Nie wielu, panie Ludwiku, znajdziesz w mieście lub na prowincyi dawniejszych znajomych Franciszka Kandydata Nowakowskiego, jak się zwykle podpisywał, ale każdy z nich na wspomnienie o nim rozweseli się zapewne, gdy mu się odświeży obraz tego silnego i grubawego kawalera o szerokiéj, rumianéj, zadowolonéj fizyonomii, o świecącéj łysinie, którą okalały po bokach krótkie, jasno-żółte włoski. Miał ją od urodzenia, jako dar natury, gniewała go jednak późniéj nie mało i używał daremnie różnych środków, aby ją zagaić. Spędziłem z nim w poufnéj przyjaźni lata moje gimnazyalne i uniwersyteckie, chociaż był o cztery czy pięć lat starszy odemnie. Szkolni koledzy w niższych klasach, naśladując podobno wezwanie jego matki, wołali nań nieraz: „Frąś, chódź do kraszanki!“ a przytem dali mu, nie wiem dla czego, przydomek Fafa a ponieważ nikt z nas inaczéj mu nie mówił, brały to czasem osoby obce za jego rzeczywiste nazwisko i przypominam sobie, jak się na nas szurzył, gdy mu raz na lekcyi tańca jakaś Niemeczka, którą prosił do walca, odpowiedziała: „Danke, Herr Pfaff, ich bin zu müde!“
Cieszył się zresztą Frąś Nowakowski tutaj i w Berlinie powszechną między nami wziętością; humor miał wyborny, uczynny był i przyjacielski, gotów do pomocy w zdarzających się trudnościach, a przytem bardzo przemyślny w wynajdywaniu sposobów i sposobików, osobliwie gdy mu szło o wyszczególnienie swéj osobistości, lub zysk materyalny. — Nieraz podziwialiśmy zręczność, z którą umiał się kręcić, aby wyjść jak najłatwiéj i jak najtaniéj przy zaspakajaniu potrzeb lub użyciu przyjemności; wszakże nie był egoistą i udzielał chętnie kolegom pomysłów swoich.
Słuchał na uniwersytecie historyi i filologii, z zamiarem wykształcenia się na nauczyciela gimnazyalnego, ale — chociaż do nauk nie miał zbyt wielkiego zapału ani też wybitnych zdolności i chodziło mu głównie o praktyczną z nich korzyść — odznaczał się jednak już w szkołach, mówiąc i pisząc, pewną skłonnością do deklamacyi i do puszczania poważnych sentencyi. — Odważył się wcześnie, bo jeszcze w Berlinie, na pole literackie, nie jako pisarz oryginalny, lecz jako wydawca, bądź z fantazyi, bądź też, żeby sobie parę talarków zarobić, których była potrzeba, bo z domu nadto obficie nie płynęły. Zaraz w pierwszym roku uniwersyteckim wydał po polsku znany wtenczas figiel jakiegoś niemieckiego autora, pod tytułem: Dowód, że Napoleon nigdy nie istniał, a dwa czy trzy lata późniéj, znalazłszy bodajnie w bibliotece królewskiéj oryginały, puścił w świat Jocoseria, albo poważnych ludzi pisma i powieści, zbiór różnych sentencyi, dykteryjek, bajdulstw i wierszyków, które sobie, w początkach przeszłego wieku, jakiś stary szlachcic — wedle ówczesnego zwyczaju — z nudów spisywał; prócz tego Torquata Tassa komedyę pasterską przełożoną na język polski przez nieznanego autora i wreszcie Źródła do dziejów Polski. Nad wartością tych wydań rozwodzić się nie będę, panie Ludwiku, bo ich od pół wieku nie widziałem, ale mam jeszcze jego dysertacyę doktorską, z roku trzydziestego dziewiątego: De Demetrio I. Russiae duce, Ivani filio, w któréj, opierając się głównie na podaniach historyków polskich, starał się dowieść, iż ów pierwszy mąż Maryny Mniszchównej nie był popem Gryszką Otrepiewem, czem go Moskale w swéj nienawiści zrobili, lecz prawdziwym kniaziem i synem Iwana. Odbywszy promocyę doktorską, nie spieszył się nasz Nowakosiu ze złożeniem fachowego egzaminu, a wyjeżdżając na dobre z Berlina, zostawiłem go tam jeszcze, wszakże na myśl wtenczas mi nie przyszło, że go więcéj nie zobaczę. — Nie wiem co się z nim w pierwszych czasach potem działo, domyślam się tylko, że śmierć rodziców, zawód miłosny, bo panienka, z którą się jeszcze w prymie będąc zaręczył, całkiem bezinteresownie, bo grosza przy duszy nie miała, bardzo mu niepiękny za to figiel spłatała, — przedewszystkiem zaś mnożące się trudności materyalne, stawiły go w nienormalne położenie i zwichnęły go z drogi, którą sobie, kończąc szkoły, obrał. Wypłynął wszakże szczęśliwie, nie należał bowiem do ludzi, co sobie rady dać niepotrafią; dowiedzieliśmy się tu kilka lat potem, że jako guwerner znalazł korzystne i zaszczytne pomieszczenie u rodziny Branickich; musiał obowiązki swoje na tem stanowisku należycie wypełnić, nie zapominając przytem o przyszłości, bo dopiero w późnym wieku jak słyszałem, rozłączył się z domem swych wychowańców, ożenił się i osiadł w Krakowie, gdzie w kołach literackich zjednał sobie pewien szacunek. Kiedy tam umarł, uchodzi méj wiadomości, lecz gdy przed sześciu laty bawiąc w téj Mecce polskiéj, odbywałem wędrówkę po kościołach, spostrzegłem niespodzianie, u Dominikanów, czy u Franciszkanów, wiszący na filarze obraz; na pierwszy rzut oka poznałem w nim starego kolegę i przyjaciela Frąsia, a spoglądając nań długo i nie bez rozrzewnienia, przypominałem sobie szczęśliwe czasy swobodnéj młodości, którąśmy wspólnie ze sobą przeżyli.
O Krakowskiéj Oberzy nic ci już więcéj powiedzieć nie mogę, panie Ludwiku, zwłaszcza, iż osoby, które po ustąpieniu Nowakowskich tutaj rozmaitemi czasy mieszkały, całkiem mi były obce. Tuż za nią stały dwa mniejsze domy, które po czterdziestym roku przebudowano i na jeden zamieniono; pierwszy z nich należał quondam do pana Urbańskiego. Ten stary civis posnaniensis, znany mi także, bo miał kilku koleżków moich na stancyi, pamiętał dawne dzieje i lubił o nich gawędzić, osobliwie o Francuzach, a między nimi podziwiał najbardziéj Mameluków i Saperów z długiemi, czarnemi brodami. Pamiętam jak nam raz opowiadał o wjeździe Dąbrowskiego do Poznania; witały go tłumy ludu na Chwaliszewie, śpiewając: „marsz, marsz, Dąbrowski!“ i wśród tych tłumów uwijało się na koniach kilku żydów po turecku przystrojonych, którzy podobno krzyczeli: „ferchten sie nicht, panie Jenerał, wir sind keine Turken, wir sind schwersenzer Juden!“ — W drugim domu mieściła się, jeszcze przed czterdziestym rokiem, jedna ze szkół miejskich, któréj rektor, Hebanowski, człowiek wysokiéj postawy, spokojny i poważny, wypełniając sumiennie swoje obowiązki, przykładny i pobożny w życiu prywatnem, cieszył się tutaj powszechnym szacunkiem. Mimo szczupłych dochodów wychował starannie i szczęśliwie dość liczne potomstwo, a trzéj jego starsi synowie zajmują teraz jeszcze wybitniejsze stanowiska w społeczeństwie naszem. Najstarszy z nich, z którym przebywałem wszystkie klasy gimnazyalne, zaszczycony jednem z wyższych dostojeństw dworu papiezkiego, obchodził, jak zapewne słyszałeś, przed paru miesiącami półwiekowy jubileusz kapłański.
Pomijając teraz kilka następnych domów, które mi nic nieprzypominają, zatrzymamy się na chwilę przed tym jednopiętrowym, stojącym blisko końca ulicy, naprzeciw rogu kamienicy Kruga. Jeszcze ze dwa, trzy lata po trzydziestym, mógłeś tu na dole, po lewéj stronie od bramy, widzieć między oknami niewielki szyld, na którym wymalowany był biały imbryczek obok pary filiżanek z garnuszkiem i nad niemi napis: „Tu kawa!“ Wskazywał on skromną kawiarnię i restauracyę, utrzymywaną przez właścicielkę tego domu. Mąż jéj, stary Łaszczewski, nieżył już za méj pamięci, ale długoletnią po nim wdowę mam jeszcze jakby przed oczyma, jejmość dość otyłą z niewesołem obliczem, zawsze w dużym czepku, owiązanym chustką jedwabną. Była to wszakże osoba rozsądna i energiczna, jak się w skutkach jéj działania okazało; od małego z mężem zacząwszy, po śmierci jego rąk nie opuściła i nietylko stworzyła sobie fortunkę, lecz, w czem główna zasługa, zapewniwszy dzieciom wyższe wykształcenie, mogła się w późnym wieku pochlubić owocem swych starań.
Syn jéj, o którym ci już wspomniałem, gdyśmy stali przed Bazarem, pan Józef Łaszczewski, zaufany przyjaciel i współpracownik Marcinkowskiego w sprawach publicznych, liczył się, w swoim czasie, do rzędu najgodniejszych i najzasłużeńszych obywateli W. Ks. Poznańskiego, a dwie piękne córki, które pannami jeszcze pamiętam, znalazły mężów odpowiednich zaletom swoim i wychowaniu. Młodsza z nich wyszła za pana Mateckiego, który w zamian siostrę swoją wydał za jéj brata; znałem bardzo dobrze tego zacnego człowieka i nie wyjdzie mi z pamięci jego wysoka postać, spokojne i rozważne usposobienie, oraz szczere i przyjacielskie obejście, ale z tego, co mi opowiadał o sobie, wiem tylko jeszcze, iż po kampanii trzydziestego pierwszego roku, którą odbywał jako ułan w konnicy poznańskiéj, chwyciwszy się gospodarstwa wiejskiego z niewielkim zasobem, po kilku latach mitręgi, dorobił się na dzierżawach przez szczęśliwe konjunktury, dość znacznego majątku.
Starsza z panien Łaszczewskich, żwawa brunetka, która rozsądek i energię odziedziczyła po matce i silną wole swoją zawsze przeprowadzić umiała, była primo voto sędziną Mioduszewską. Jéj mąż, opuściwszy po kilku latach urzędowania trybunał poznański, został syndykiem konsystorskim i tworzył z Łaszczewskim i kanonikiem Brzezińskim, że tak powiem, tryumwirat, którego członkowie kochali się jak bracia, wspierali nawzajem i tak w prywatnych jak w publicznych sprawach mieli jedno zdanie. W ścisłym związku z tym tryumwiratem, już od szkólnéj ławy, był Marcinkowski i używał skrzętnéj jego pomocy we wszystkich swoich przedsięwzięciach. Syndyk Mioduszewski liczył się do pozornie chłodnych i małomównych ludzi, których trzeba bliżéj poznać, aby ocenić ich uczucia i sposób myślenia. Miałem do tego sposobność, mogę ci więc powiedzieć, że pod owym pozorem ostrożności kryły się niemałe zalety, gorący patryotyzm oraz sumienność i pracowita obowiązkowość. Ponieważ był biegłym w urzędowych rachunkach, powierzono mu w znacznéj części obliczania i sprawy pieniężne przy planach i budowli Bazaru, a gdy powstało Towarzystwo Pomocy Naukowéj, do którego założycieli należał, wziął od samego początku finanse jego pod opiekę i był, z małą tylko przerwą, podskarbim Towarzystwa aż do śmierci, która go zaskoczyła jeszcze w sile wieku. Kilka ostatnich lat życia, ile pamiętam, wiele przecierpiał, rzadko kiedy bowiem opuszczały go gwałtowne bóle głowy, które mu czasami tłumiły przytomność umysłu; mimo to pracował wytrwale i nieraz widziałem go w biurze konsystorskiem lub na posiedzeniach dyrekcyi Naukowéj Pomocy ściskającego, z wyrazem boleści na twarzy, jedną ręką głowę, a piszącego drugą.
Pani Mioduszewska spędziła lat kilka jako wdowa, mieszkając tutaj w tym domu, który po śmierci matki był jéj własnością, lecz znalazłszy potem drugiego męża w senatorze Brzezińskim, przeniosła się do Warszawy. I tego jéj męża znałem, panie Ludwiku, bo kilka razy znalazłem się w jego towarzystwie, gdy przyjeżdżał tu odwiedzić swego brata, naszego kanonika Brzezińskiego. Postawa jego i powaga, z którą łączyły się jednak ożywiona rozmowność i dowcip, okazywały dygnitarza, a z twarzy o wybitnych rysach i z włosów czarnych, kędzierzawych, na Włocha lub południowego Francuza zakrawał raczéj, niż na Polaka. Tutaj urodzony, ukończywszy szkoły poznańskie, jeszcze za Księstwa Warszawskiego, a potem naukę prawa na uniwersytecie wrocławskim, rozpoczął zawód swój w Królestwie, a niepospolita zdolność posunęła go z czasem na jedno z najwybitniejszych stanowisk w tamtejszem sądownictwie. Obydwóch Brzezińskich przeżyła pani senatorowa; widzieliśmy ją jeszcze raz, gdy przyjechała tutaj po śmierci szwagra swego, księdza prałata i każdy przyznać musiał, że wiek prawie żadnego nie wywarł wpływu na jéj zewnętrzność, która przedstawiała się nawet korzystniéj niż przedtem, zwłaszcza iż życie w Warszawie podniosło i rozwinęło wrodzoną jéj sprężystość i stanowczość. Nie doczekała się jednak późnéj starości i lat pięć czy sześć po tym ostatnim pobycie swym w Poznaniu rozstała się z tym światem.
Około trzydziestego piątego roku osiedlił się w lokalu owéj dawniejszéj kawiarni Jerzy Żupański, brat starszy znanego w całéj Polsce z wydawnictw swoich księgarza Jana Konstantego. Pan Jerzy nie był jednak literatem, bo poszedł za przykładem ojca i został kapłanem Bachusa, mając w wysokim stopniu talent towarzyski i zręczność w obejściu się z ludźmi. Pochodzenia swego z krain Hellady nie mógł się wyprzeć; zdradzały go, jeśli nie niska, grubawa figura, to przynajmniéj twarz o wyraźnie wschodnich rysach, czarne włosy, czarny sumiasty wąs i brunatne ruchawe oczy. Przedstawiał on właściwie tylko połowę, bo urodziło ich się dwóch razem tak do siebie podobnych, jak Terencyusza Adelfy; pamiętam, że gdy szli jeden przy drugim, zwykle równo ubrani, trudno ich było rozróżnić. Ten drugi, którego imię zapomniałem, umarł w młodym wieku, a jego bliźniak ożenił się z panną Jagielską, siostrą doktora, i jak ci mówiłem, założył tutaj, przed pół wiekiem przeszło, winiarnię i restauracyę. Interes szedł nieźle, bo pani Jerzowa, osoba nie tylko przystojna, lecz roztropna i gospodarna, z wielkiem powodzeniem zajmowała się kuchnią, a jéj małżonek znał się na nektarach węgierskich i potrafił rozmową, wielokrotnie przysługą, zjednać sobie gości, którzy go lubili jako przyzwoitego i honorowego człowieka. To też zazwyczaj bywało tutaj na dole tłumnie i wesoło do późnéj nocy, osobliwie w czasie zjazdów z prowincyi, a ponieważ pierwsze piętro tego domu często zwiedzałem, zdarzyło mi się nieraz słyszeć: „porcyą flak! pieczone kurcze!“ lub inną, głośną komendę pana Jerzego przesyłaną przez sień do kuchni. Po kilku latach przeniósł Żupański swoją dobroczynną instytucyę na Stary Rynek, niedaleko od domu Sypniewskich, a gdy tam jakoś dochód się pomniejszył i z dorastającą dziatwą wzmogły się potrzeby, założyła żona jego obok restauracyi, bodajnie pierwsza z Polek, handel drobnych towarów dla kobiet i przyczyniła się tem znacznie do przyzwoitego utrzymania całéj rodziny. Przypominam sobie jeszcze, że tam fortuna spojrzała niespodzianie przyjaznym okiem na pana Jerzego, spadła nań bowiem część wielkiego losu w loteryi, ale ponieważ rzecz była niejasna kto do niéj właściwie miał prawo, zwłaszcza iż znaleźli się wspólnicy, nastąpiły procesa, trybulacye i zmartwienia; wiele to wtenczas narobiło hałasu w mieście, wszakże kto miał słuszność i jak się sprawa skończyła, powiedzieć ci już nie potrafię, tyle mi wiadomo, że obydwom stronom nie wyszła na dobre. Oboje Żupańscy już bardzo dawno temu przenieśli się do wieczności, wszakże daty liczbami oznaczyć ci nie mogę.
Nim się z domem Łaszczewskich pożegnamy, panie Ludwiku, wspomnieć ci jeszcze muszę o jednéj osobie, która przykładnym i pożytecznym dla ogółu żywotem swoim na wyszczególnienie zasługuje. Tutaj na pierwszem piętrze umarła w maju piędziesiątego piątego roku pani Tekla Herwig. Ponieważ z rodzicami moimi była w bardzo bliskich stosunkach, znałem ją gdym jeszcze ledwo chodzić umiał, a nawet jéj matkę, Józefę Klimicką, pamiętam, starą jejmość pochyloną, prawie całkiem ociemniałą, siedzącą zwyczajnie przy swojem łóżku i przesuwającą palcami paciorki. Doczekała się ona rzadkiéj starości, umarła bowiem blisko stuletnia dwódziestego siódmego roku, dzień przed ślubem młodszéj swojéj wnuczki. Otóż mąż jéj należał kiedyś do klienteli Sapiehów i dzierżawił jakąś wioskę w okolicy Koźmina, to też stara jejmość wiedziała jeszcze nie jedno o koźmińskim dworze, a szczególnie przypominała sobie owego Sapiehę, który tak z fantazyi strzelał do bab po drodze, a ponieważ, jak się zdaje, miewał epileptyczne napady i w kościele, podczas mszy nieraz kurczył się i ryczał, powszechne było między ludem przekonanie, że ma djabła w sobie. Po śmierci męża osiadła pani Klimicka w Rogoźnie; syn jéj, zostawszy księdzem, był późniéj proboszczem w Chrzypsku, najstarsza córka poszła do zakonu, następne zaś wydała za dwóch gospodarzy, Kurowskiego i Popławskiego, a czwarta, Tekla, w parę lat po pierwszéj okupacyi, wyszła za Augusta Herwiga.
Ów Herwig pochodził z Pomeranii; za młodu, mimo woli rodziców, zaciągnął się do wojska, ale zawiedziony w nadziejach prędkiego awansu, przeszedł potem do służby cywilnéj, pracował lat kilka w Szczecinie w wydziale celnym, a gdy się Prusacy po dziewiędziesiątym trzecim roku tutaj rozsiedli i administracyę swoją zaprowadzać zaczęli, przysłano go do Rogoźna jako inspektora żup solnych, które przy tem miasteczku i w kilku innych miejscach zabranego kraju założono, bo musisz wiedzieć, że sól jeszcze za moich czasów była monopolem rządowym. Tym sposobem znalazł się Herwig w blizkości panny Tekli Klimickiéj, i mimo różnicy religii, narodowości i języka przyszło małżeństwo do skutku, zwłaszcza iż te przeciwieństwa nie występowały wtenczas tak jaskrawo w prywatnem pożyciu jak teraz, a Herwig zresztą, człowiek zgodnego usposobienia, w pierwszym zaraz czasie pobytu między Polakami, nauczył się od biedy po polsku i z żoną inaczéj nie mówił. Młodszy jego brat poszedł inną drogą, wykierował się na teologa, został pastorem w Szczecinie, a późniéj radzcą konsystorskim i superintendentem; wszakże rodziny obydwóch braci nie zbliżyły się nigdy do siebie, zwłaszcza iż starszy, za Ks. Warszawskiego, zpolaczał zupełnie i pozostał w służbie polskiéj. Z mężem żyjąc w zgodzie, chociaż z nim czasem trudna była sprawa, bo skłonność miał do wybryków i nazbyt lubił wesołe towarzystwa, zmieniać musiała pani Tekla kilkakrotnie miejsce pobytu; z Rogoźna przeniesiono ich do Sierakowa, gdzie także były żupy solne, parę lat późniéj do Skwierzyny, a tam Herwig, ledwo rok urzędując, umarł nagle, krótko przed drugą okupacyą, i zostawił młodą wdowę z trojgiem małych dzieci w bardzo trudnem położeniu i prawie bez zasobów, gdyż w owym czasie pensye urzędników częstokroć zalegały, a zmiany polityczne i ciągłe przechody wojsk powiększały niepewność stosunków i niedostatek powszechny. Pani Herwigowa odznaczała się przez całe życie jasnym rozsądkiem, silną wolą i głębokiem poczuciem religijnem, nie straciła zatem, po niespodzianéj śmierci męża, nadziei w Bogu i zaufania do siebie, a zebrawszy to trochę, co pozostało, przeniosła się do Poznania, poczuwając się przedewszystkiem do obowiązku jak najstaranniejszego wychowania dzieci. W pierwszym czasie znalazła punkt oparcia u Bernardynek, gdzie dzisiaj są Szaretki, miała tam bowiem siostrę i siostrzenicę w habicie; starszą córkę posłała do Kaulfussa, syna do gimnazyum. Ale pobyt w klasztorze był przemijającą koniecznością; pragnąc przedewszystkiem zapewnić sobie czynne i samoistne życie, powzięła myśl założenia pensyonatu i wychowywania dziewcząt, zwłaszcza, że, oprócz szkoły Kaulfussa, znajdował się wtenczas tylko jeden pensyonat żeński w Poznaniu, Francuza Trimaila, o którym ci mówiłem, gdyśmy chodzili po Wrocławskiéj ulicy. Pani Lipska, z któréj rodziną była od dawna w blizkiéj znajomości, nie tylko utwierdziła ją w tym zamiarze, lecz pierwsza oddała jéj córki swoje w młodziutkim wieku będące. Przypominasz sobie zapewne, co ci już dawniéj o pannach Lipskich, o ich babce, pani Wilczyńskiéj ze Szółder, która po śmierci ich matki miała nad niemi opiekę i o ich późniejszych mężach powiadałem; nie będę się więc powtarzał, dodam tylko, że wszystkie trzy przez panię Herwig wychowane pozostały z nią aż do końca w stosunkach najszczerszego wzajemnego przywiązania. Po tych pannach przyszły niebawem inne z rozmaitych stron Wielkiego Księstwa i Królestwa, wszakże nie mogę ci wyliczać wszystkich jednostek tego szeregu, ciągnącego się bez przerwy lat czterdzieści przeszło, aż do piędziesiątego piątego roku; znajdowały się między niemi przedstawicielki najrozmaitszych naszych rodzin obywatelskich i spotkałbyś jeszcze tu i owdzie na prowincyi podżyłą matronę, która ci wspomni z wdzięcznością o pani Herwigowéj i swobodnych latach pierwszéj swéj młodości u niéj spędzonych.
Do najdawniejszych, które tam były razem z pannami Lipskiemi, należały, ile pamiętam, panna Józefa Zakrzewska z Nielęgowa i Aniela Braunek. Pierwsza niska brunetka, żywego i czułego usposobienia, przy tem majętna jedynaczka, wychowała się u pani Herwigowéj od lat dziecinnych, a będąc sierotą, uważała ją niemal za matkę; dla tego też, gdy, wyszedłszy późniéj za kuzyna swego Napoleona Zakrzewskiego, w dwa czy trzy lata po ślubie zapadła na suchoty i czuła się bliską śmierci, pragnęła ostatnie chwile spędzić przy swéj opiekunce, i przewieziona do Poznania wkrótce potem w jéj mieszkaniu umarła, trzymając ją za rękę. Druga, panna Aniela, była, ile pamiętam, osóbką innego rodzaju; jasna blondynka, z niebieskiemi oczyma i z noskiem trochę do góry, słynęła między koleżankami wesołością i dowcipem, niemniéj jak uczynnością i dobrocią serca; uśmiech nieschodził z jéj białéj i rumianéj twarzy, a gdy dorosła, znalazło się w towarzystwach i na balach koło téj kwitnącéj rośliny adoratorów niemało. Ponieważ w naturze les extrèmes se touchent, przeto i panna Aniela, wkrótce po trzydziestym pierwszym roku, wybrała sobie z ich liczby zwinnego młodzieńca, lecz istnego Włocha, Waleryana Kurowskiego, zwłaszcza, że już jako prymaner wzdychał do niéj wytrwale. Niewidziałem jéj potem lat prawie dwadzieścia, a gdyśmy się wreszcie znów spotkali w Poznaniu, ledwom poznał ową dawniejszą rusałkę; była to już spokojna i znękana matrona, z któréj twarzy bardzo zmienionéj wyczytać mógłem smutek i cierpienie, albowiem dawną swobodę uczuć i myśli stłumiły z czasem losy nieżyczliwe. Przy téj sposobności, wspomnę ci panie Ludwiku, o innych członkach téj saméj rodziny, których także znałem. Panna Aniela miała starszą siostrę, panię Święcicką, osobę poważną, która jéj zmarłą matkę zastępowała i mieszkała na wsi, z początku w Górze, jeśli się nie mylę, a późniéj w Oczkowicach. Męża téj pani widziałem raz tylko, gdyśmy ją z ojcem, jadąc do wód, w Oczkowicach odwiedzili; był to jegomość średniego wzrostu, dobréj tuszy, o ciemnych włosach; mało co mówił, lecz musiał mieć skłonności muzykalne, bo, wprowadziwszy nas do swego pokoju, pokazywał tam rozmaite instrumenta, prócz których spostrzegliśmy na jednéj ścianie długi szereg nachajek pozawieszanych stopniowo, od najmniejszych do najokazalszych z napisem nad niemi: Klawiatura. Na zapytanie mego ojca, czemu ta wystawa taki ma napis, odpowiedział pan Święcicki, że to rzecz naturalna, bo przy użyciu owych przyrządów na skurze ludzkiéj, wysokość dobywanego przez nie tonu zależy od ich wielkości i wagi.
Z dzieci państwa Święcickich znałem osobiście tylko starszego syna, który, osiadłszy w Śremie jako lekarz, zdolnością swoją i uprzejmością zyskał wkrótce rozległą praktykę, cieszył się przyjaźnią i szacunkiem licznego jeszcze wtenczas okolicznego obywatelstwa, a gdy umarł zawcześnie, zostawił między znajomymi szczery żal po sobie. Dwaj bracia panny Anieli, wiele starsi od niéj, należeli swego czasu do osobistości bardzo popularnych w Księstwie. Obadwaj odznaczali się fizycznie niepospolitym wzrostem; pan Józef Braunek, po kampanii z trzydziestego pierwszego roku, którą odbył z odznaczeniem, wiódł żywot spokojny, gospodarząc na wsi i w późnym wieku zszedłszy z tego świata, zostawił po sobie pamięć roztropnego i statecznego obywatela, a synowi przykład, który nie poszedł na marne. Drugi zaś Braunek, Floryan, zwany powszechnie Bim-baszą, był zupełnem przeciwieństwem do brata, trudno bowiem wystawić sobie coś niespokojniejszego jak usposobienie i bardziéj, że tak powiem, awanturniczego jak losy tego człowieka. Jeszcze w szkołach tutejszych będąc znał się z moim ojcem i odwiedził go późniéj kilka razy podczas wycieczek swoich do Poznania, ztąd i ja miałem przyjemność zbliżenia się do niego i słyszenia tego co opowiadał i co o nim mówiono. Z jego Odysei pamiętam jeszcze niektóre ważniejsze szczegóły. Otóż wiem, że wyszedłszy z naszego gimnazyum blisko dwódziestoletni, zaraz w pierwszych czasach okupacyi, wstąpił do gwardyi ułanów w Berlinie, gdzie po kilku latach został podporucznikiem i odznaczył się jako fechtmistrz; ale znudzony jednostajnością służby, pożegnał się z pułkiem i ruszył do Francyi, bo się tam na wyprawę przeciw liberałom hiszpańskim zanosiło. W téj wyprawie, dwódziestego trzeciego roku, miał czynny udział, zaciągnąwszy się do batalionu cudzoziemców przyłączonego do dywizyi jenerała Dijon, obejrzał sobie Madryt, potrzepał trochę Hiszpanów pod Trocadero i przy murach Kadyksu, a gdy się kampania skończyła, chciwy innych wrażeń i słysząc, że w Anglii gromadzą się ochotnicy, aby Greków wyswobodzić z pod Turka, pojechał do Londynu i już miał z oddziałem lorda Cohrane popłynąć do Grecyi, gdy go jakiś Francuz namówił, aby raczéj udał się z nim do Egiptu, gdzie ówczesny basza Ali-Achmet, w zamiarze uwolnienia się z pod zwierzchnictwa sułtańskiego, przekształcał na gwałt wojsko swoje na europejską miarę i oficerów europejskich, zkąd mógł, sprowadzał. Usłuchawszy téj rady, powędrował pan Floryan nad Nil, nie lękając się krokodylów; chętnie tam przyjętym został przez jenerała Boyer, któremu Ali nową organizacyą powierzył i mianowany Bim-baszą, t. j. majorem, pełniąc obowiązki instruktora jazdy, a szczególnie szwadronów stanowiących przyboczną straż baszy egipskiego. Po dwóch latach dość spokojnéj służby w Kairze, miał nasz Bim-basza przyjemność używania dłuższéj wędrówki po krajach murzyńskich, musiał bowiem, w korpusie Nuredin-beja, przedsiębrać wyprawy do Nubii, Dongoli, Sennaaru, aż do Kordofanu, aby buntujących się Arabów i niespokojnych Murzynów uczyć rozumu i posłuszeństwa. Było mu nieraz głodno, mokro i niewygodnie, a chociaż na chłód narzekać nie mógł, dziękował Bogu, gdy na wielbłądzie wrócił żywy, chociaż mocno wycieńczony do Kairu.
Wszakże niedługo tam wypoczywał; tęsknota ciągnęła go do swoich, porzucił więc egipską służbę, aby wrócić do kraju, ale wpierw, chcąc zadowolić uczucia chrześciańskie, powędrował do Palestyny, zwiedził Jerozolimę i inne święte miejsca, a po téj wycieczce czekał parę dni w Aleksandryi na statek, któryby go zawiózł do Marsylii. Fata zrządziły jednak inaczéj; w Aleksandryi bowiem spotkał kilku oficerów wojennego okrętu austryackiego, wybierającego się przeciw piratom greckim i posłuchał ich namowy do udziału w obławie. Dowodzący tym okrętem wiceadmirał Bandiera łaskawie go przyjął i pan Floryan miał sposobność oglądania znacznéj liczby wysp Archipelagu, strzelania tu i ówdzie do rozbójników, powieszenia kilku z nich na masztach, a nawet z portu Tenedos wypadł na kilka dni do Azyi i obejrzał sobie miejsce, gdzie stała niegdyś Troja i gdzie wojował Hektor z Achillesem. Pożegnał wreszcie Austryaków w Stambule i wsiadł tam na statek kupca greckiego, który popłynął do Odessy. Ale sprawa tym razem nie poszła gładko; ledwo się dostali na morze Czarne, żeglując wzdłuż lądu, powstała burza, rozbiła statek o skały nadbrzeżne, a załoga i podróżni mogli błogosławić Opatrzności za to, że uszli z życiem, straciwszy niemal cały dobytek, bo mało co zdołano potem jeszcze z wraku ocalić. Braunek żałował przedewszystkiem znacznego zapasu starożytności egipskich, które sobie był uzbierał. Na morze się już nie puścił, a jak potem przewędrował Rumelią, Bułgaryą, Wołoszczyznę i tam daléj, panie Ludwiku, tego nie wiem, pamiętam tylko, że dostał się szczęśliwie do Wrocławia, a ztamtąd do Oczkowic, trzy dni przed pamiętną nocą listopadową. Skoro o niéj posłyszano, kto żyw przechodził granicę; nie mógł naturalnie i nie chciał zostać w domu nasz Bim-basza, jednak nim się przedarł za rogatki, pobawił kilka dni w Poznaniu i wtenczas widziałem go po raz pierwszy, odwiedził bowiem mego ojca i dał mu, przy téj sposobności, glinianą mumijkę, jakich pełno znajduje się w grobach egipskich; mogę ci ją jeszcze pokazać, bo tę pamiątkę sobie zachowałem. Większą część kampanii odbywał Braunek jako major jazdy podlaskiej, w pułku Antoniego Kuszla; prochu nawąchał się nie mało, był bowiem z dwadzieścia razy w ogniu, między innemi pod Grochowem i Ostrołęką, a pod Kuflewem tak się odznaczył, iż Skrzynecki kazał go wymienić w rozkazie dziennym i przyznał mu krzyż złoty. Wojaczkę swoją skończył z tymi, którzy prześli do Galicyi, gdzie przesiedziawszy dłużéj niż rok pod strażą austryacką, wrócił do Księstwa i szereg trybulacyi uzupełnić musiał dziewięciomiesięcznem więzieniem w Silberbergu. Ztamtąd wypuszczony, przebywał lat kilka wpośród rodziny, dopomagając bratu w gospodarstwie i odwiedzając po wsiach licznych znajomych. Kilkakrotnie, po czterdziestym roku, spotkałem się z nim w Bazarze i przypominam sobie, że jego potulna zewnętrzność, mimo wzrostu niezwykłego, nie zdradzała wcale przeszłości tak obfitéj w przygody; był dla każdego uprzedzającym, dalekim od przybierania butnéj miny i opowiadał po prostu to co widział i co mu się zdarzyło, gdy go o to proszono. Wszakże mimo owych skromnych pozorów, i chociaż się już do piędziesiątki zbliżał, nie mógł się pogodzić z życiem na odstawce, i pewnego poranka, czterdziestego piątego roku, ruszył znów w świat, najpierw do Antwerpii, a ztamtąd do Nowego Yorku i daléj do Teksas, gdzie niebawem chwycił za pałasz i z Yankesami wojował najpierw kilka miesięcy przeciw Meksykanom, potem zaś, przyłączywszy się do ochotników kapitana Cowne, gonił za Indyanami po stepach południowych, wreszcie spędził rok nad Rio Grande, gdzie Amerykanie przeciw czerwonym skurom zakładali szereg stacyi obronnych. Dziwić się trzeba, że niemłody już Bim-basza przetrzymał szczęśliwie trudy tak męczących wypraw i że mu się jeszcze chciało kilka lat koczować po rozmaitych miastach północnéj Ameryki i chwytać się, jak to tam zwyczajem, rozmaitych zawodów publicznych lub prywatnych, aby niezbędne monny zarobić; ale nakoniec, gdy już mu sześćdziesiątka dawno minęła i coraz trudniéj było wyżyć między obcymi, przypomniał sobie nasze dictum: „że wszędzie dobrze, a najlepiéj w domu“, i zebrawszy co mógł, powrócił do Księstwa, gdzie wycieńczony tylu przygodami organizm jego, przetrwał jeszcze przeszło lat dziesięć pod troskliwą opieką bratanka. Szkoda, że Floryan Braunek nie miał autorskiéj żyłki, bo gdyby był spisał obszernie i sumiennie pamiętniki swoje, byłby literaturę naszą wzbogacił zajmującą i pouczającą książką. Niewielu już takich co go znali, dla tego ci tu o nim, choć bardzo pobieżnie, wspomniałem.
Wszakże teraz z Egiptu i Ameryki, dokąd nas jedna z pierwszych wychowanek pani Herwig niechcący zawiodła, wrócić muszę napowrót do téj pani i, uzupełniając co o początkach jéj zakładu mówiłem, dodać, że przez lat mniéj więcéj trzydzieści nie był on właściwie szkołą, lecz pensyonatem, w którym się dziewczęta, zostając pod ciągłem i bacznem kierownictwem moralnem przełożonéj, kształciły naukowo w rozmaity sposób. Po większéj części brały lekcye prywatne od profesorów lub innych nauczycieli, między którymi, dawnemi czasy, przypominam sobie Cassiusa, Muczkowskiego, Jana Mottego, Jakubowskiego, Królikowskiego, ks. Wróblewskiego; początkujące uczyła panna Katarzyna Herwig, niektóre zaś zwiedzały szkołę Trimaila, a późniéj chodziły prawie wszystkie do Szkoły Ludwiki. Gdy jednak po czterdziestym szóstym roku zmieniły się u nas znacznie okoliczności i wyobrażenia i gdy rodzice z miasta coraz częściéj nalegać zaczęli na panię Herwig, żeby z pensyonatem panien ze wsi połączyła szkołę, do którejby córki swoje posyłać mogli, usłuchała ich życzeń i pod koniec czterdziestego ósmego roku urządziła tu w tym domu trzyklasową szkołę dziewcząt, z dwuletnim kursem w pierwszéj klasie. Ponieważ do najniższego oddziału przyjmowano tylko dziewczynki, które już elementarny stopień przebyły, przeto panienki, po normalnem ukończeniu pierwszego, nabywały, w trzech językach i zwyczajnych szkólnych naukach wiadomości odpowiednich wymaganiom stosunków wyższego towarzystwa. Szkoła ta od samego początku dość znaczną miała liczbę uczennic, zwłaszcza iż o przyzwoite ich zachowanie, moralność i religijne uczucia dbała troskliwie pani Herwig, mając pod tym względem wielką pomoc w swéj córce, profesorowéj Poplińskiéj i w guwernantce pannie Magdalenie Gex, teraz przełożonéj klasztoru Józefitek w Annécy, a dział naukowy powierzony był znanym nauczycielom, między którymi przypominam sobie jeszcze ks. Aleksego Prusinowskiego, obydwóch Mottych, ojca i syna, Zaborowskiego, dr. Köhlera, Wolińskiego i Schönkego. W pierwszych czasach koła rządowe nie zwracały uwagi na tę szkołę, po trzech latach jednak wzięły ją pod swój dozór; Jana Mottego zatwierdzono jako jéj odpowiedzialnego kierownika, a inspekcyę nad nią powierzono ks. kanonikowi Brzezińskiemu. Nie będę ci tu prawił o późniejszym rozwoju i znacznym postępie tego zakładu obejmującego pensyonat i szkołę, który za lat siedem doczekać się może półwiekowéj rocznicy, bo znanym jest nie tylko w Księstwie, lecz i za północną i wschodnią jego granicą; dodam jednak, że po śmierci pani Herwig była tu lat piętnaście przełożoną pani Katarzyna Poplińska, od roku zaś siedemdziesiątego pierwszego, przeniesiony do wiele obszerniejszego lokalu przy placu Piotrowym, jest ów zakład, jak ci zapewne wiadomo, własnością panien Danysz, które się w nim wykształciły i dozór nad nim mają, podczas gdy odpowiedzialność wobec władz szkólnych objął po Janie Mottym starszy syn jego. Pani Herwig miała do końca życia swego pociechę, że wyświadczyła rzeczywistą przysługę społeczeństwu, zakładając szkołę, w któréj nasze panny uczyć się mogły w języku ojczystym, do czego przez lat dwadzieścia przeszło, po rozwiązaniu szkoły Trimaila, sposobności tutaj nie było. Język polski, jako wykładowy we wszystkich przedmiotach, utrzymał się jeszcze przez cały czas zarządu pani Poplińskiéj i dopiero era kultury nie poskąpiła dobrodziejstw swoich temu prywatnemu zakładowi jako i innym, które późniéj po nim w mieście naszem powstały.
Zresztą żywot pani Herwig, w położeniu, które sobie po śmierci męża sama wyrobiła, nie mógł być innym, jak spokojnym i wzorowym; nie opuszczająca jéj nigdy roztropność, jéj szczera życzliwość w towarzyskich stosunkach, macierzyńska opieka, którą otaczała wychowanki swoje, jéj staropolska pobożność bez nowomodnych blichtrów, wreszcie usposobienie statecznie łagodne, często wesołe, jednały jéj przywiązanie i szacunek wszystkich osób, co ją znały, a liczba tych była niemałą. Mianowicie dawniejsze pensyonarki, w późniejszych swoich latach, ilekroć nadarzyła się sposobność, witały ją z radością i nie szczędziły wyrazów i dowodów wdzięczności. I tak doczekała się podeszłego wieku, nie tylko ciesząc się względami społeczeństwa naszego, na które sobie zasłużyła, lecz i ze stosunków w rodzinnym obrębie zadowoloną być mogła; starszą córkę już siedemnastego roku wydała za profesora Mottego i nie rozłączyła się z nią do ostatniéj chwili; drugą, dziesięć lat późniéj, za profesora Jana Poplińskiego w Lesznie, a syn jéj, mający imię ojca, po kilkoletniéj pracy w trybunałach poznańskich, został dyrektorem kancelaryi sądowéj w Rogoźnie.
Całe trzecie pokolenie wzrosło i rozpoczęło samodzielny byt pod jéj okiem, oglądała nawet kilkoro prawnucząt, wszakże jedno ciężkie zmartwienie zatruło tę pomyślność domową, gdy trzydziestego ósmego roku, po śmierci męża, młodsza córka, jako wdowa z dwojgiem sierot do niéj wróciła. Koniec życia pani Herwig równie był przykładnym, jak cały jego przebieg. Roku piędziesiątego piątego, z nastającą wiosną, skutkiem powodzi, która dom Łaszczewskich i wszystkie inne naokół zalała, czerstwe dotychczas jéj zdrowie szwankować zaczęło, a ponieważ z początku mało na to zważała, wzmogła się choroba niespodzianie i pociągnęła za sobą gwałtowne zapalenie płuc, które w tak późnych latach sztuka lekarska rzadko kiedy pokonać może. To też wszelkie usiłowania doktora Mateckiego były daremne. Do ostatniéj chwili zachowała jasną przytomność i niezwykłą swobodę duszy, a pojednawszy się z Bogiem, przywołać kazała pensyonarki, aby się z niemi pożegnać, nie zapomniała nawet o sługach i zeszła spokojnie z tego świata, pocieszając, dopóki jéj głosu starczyło, zgnębioną żalem rodzinę, dla któréj do dziś dnia drogą jest jéj pamięć.
Zaraz za domem Łaszczewskich, panie Ludwiku, cały ów róg Wodnéj i Garbarskiéj ulicy tworzy od bardzo dawnych czasów, bo od stu lat bez mała, dominium Leitgebrów, których już czwarte znam pokolenie, a może i piąte zobaczę. Gdy byłem jeszcze małym chłopczykiem, widziałem tutaj najpierw płotem i zwyczajną drewnianą bramą odgraniczone od chodnika ulicznego podwórze, a w głębi tego podwórza kuźnię, któréj Cyklopy w ciągłéj były czynności i nieraz ukazał się między nimi jegomość już niemłody, dość wysokiego wzrostu, silnéj budowy i dobréj tuszy, którego głowa, pod czarnym włosem, miała twarz pełną, rumianą, z wydatnym nosem i brunatnemi oczyma, spoglądającemi na świat wesoło. Mógł też ów jegomość z zadowoleniem patrzeć przed siebie, był bowiem, w właściwem znaczeniu tych wyrazów, fortunae suae faber, ni przodkom, ni ciociom nic nie zawdzięczał, wszystko sam sobie wykuł, a tacy ludzie dla nas wszędzie i zawsze szacunku godni.
Pan Antoni Leitgeber urodził się — jak słyszałem — trzy lata przed pierwszym podziałem, w Poznaniu, gdzie ojciec jego, prowadząc uczciwie krawiectwo, kupił sobie domek na przedmieściu, przytem kawał roli na Ratajach, z oszczędzonego grosza i prawo obywatelstwa tutejszego uzyskał. Syna, który się trochę poduczył w szkółce u księży, nie chciał do rzemiosła swego nakłaniać; owszem, widząc, że dla mocnego i zwinnego Antosia igła byłaby za lekką, namówił go do młota, na co tenże chętnie przystał i lat kilka pracował jako uczeń i czeladnik u jednego z najlepszych miejscowych kowali. Aby się jednak lepiéj do przyszłego zawodu usposobić, poszedł potem na wędrówkę do rozmaitych miast w kraju i za granicą, a wróciwszy roku dziewiędziesiątego do rodziców, rozpoczął z ich pomocą proceder na własną rękę, wynajął domek i kuźnię na św. Wojciechu i wkrótce zjednał sobie liczną klientelę. Zaraz z początku zwrócił na się uwagę tem, że założył w mieście pierwszy piorunochron, w Rynku, na kamienicy Bielefeldów, rodziny kupieckiéj, osiadłéj tu już za polskich czasów, a sprytnym będąc i zaradnym, nie poprzestał na robocie w samym Poznaniu, lecz z wyrobami swemi jeździł tu i owdzie po jarmarkach i tak szczęśliwie rzecz poprowadził, ożeniwszy się zwłaszcza z córką dość zamożnego mieszczanina, panną Nowiszewską, iż nabyć mógł cały ten grunt przy końcu Wodnéj ulicy, gdzie była już owa kuźnia, którą tu jeszcze pamiętam, i dom na rogu Garbarskiéj. Za pierwszéj okupacyi liczono już pana Antoniego do dobrze miennych obywateli tutejszych; warsztat jego nie spoczywał, nawet powiększył się znacznie, zwłaszcza iż rząd pruski powierzył mu kilkakrotnie ważniejsze roboty, które dały mu sposobność okazania biegłości w swym zawodzie. — I tak zjednała mu najwięcéj uznania szybkość i dokładność, z którą wykonał wszelkie przybory żelazne przy odnowieniu drewnianego mostu na Chwaliszewie, jak nie mniéj zbudowanie wielkiéj machiny, przeznaczonéj do oczyszczania koryta Warty zawalonego wtenczas, w bliskości miasta, kamieniami i kłodami różnego drzewa, które żeglugę utrudniały.
Prócz tego, podczas strasznego pożaru, który osiemset trzeciego roku zniszczył część miasta, Żydowską, Szewską, Dominikańską ulicę i tylne Garbary, odznaczył się nasz Leitgeber nie mało odwagą i wytrwałością, z jaką ratował życie i mienie współobywateli; nie odstąpił bowiem powierzonego mu oddziału straży bezpieczeństwa, nawet gdy ogień zajął jego własne mieszkanie. Poniósł wtedy zrazu znaczną stratę, bo połowa domu zgorzała, a ruchomości po większéj części rozkradziono, lecz zyskał na szacunku w mieście, a ponieważ odłożony kapitalik ocalał i znalazł się zasiłek rządowy, mógł wkrótce nasz Wulkan poznański kamieniczkę narożnią odbudować, drugą przy niéj wystawić, a późniéj dokupić jeszcze trzecią przy Teatralnéj ulicy. To też za Księstwa Warszawskiego, jako cechmistrz i właściciel, jako doświadczony w usługach obywatelskich, wybrany został Antoni Leitgeber dowódzcą jednéj z kompanii gwardyi narodowéj i wzywany był częstokroć przez magistrat do pomocy w załatwianiu spraw miejskich, trudnych wtenczas dla zawikłań wewnętrznych i przechodów wojsk, a Francuzi dali mu się nieraz we znaki, przymuszając go, pod grozą śmierci, do naprawiania furgonów, lawet armatnich lub podkuwania koni, za co ani Bóg zapłać nie usłyszał.
Po drugiéj okupacyi, jeszcze niemal lat dziesięć nie wypuścił młota z ręki, lecz gdy mu się już piędziesiątka zbliżać zaczęła, zamknął kuźnię, rąk jednak nie założył, bo chociaż fortunka była dość pokaźna, wymagała gromadka dzieci troskliwego wychowania i zabezpieczenia przyszłości. Puszczał się więc na rozmaite przedsięwzięcia finansowe, które pomyślnie wypadły; zadzierżawił między innemi mostowe na Chwaliszewie, na czem nie źle wyszedł, prócz tego jako radzca miejski wypełniał obowiązki obywatelskie, a trzydziestego pierwszego roku obydwóch synów wysłał do powstania i datków dla sprawy narodowéj nie szczędził. Ostatnie lata, szwankując już mocno na zdrowiu, spędził pan Antoni w dobrze zasłużonym odpoczynku i pobożnych praktykach, późnego doczekawszy się wieku, bo nie tylko obchodził półwiekową rocznicę jako obywatel naszego miasta, lecz wkrótce potem także złote wesele. Czterdziestego czwartego roku zeszedł z tego świata spokojnie, przykładnie i gdyby nie strata kilku córek zmarłych w młodości, których odżałować nie mógł, byłoby życie jego domowe przedstawiało obraz zupełnéj pogody. Sam sobie wszystko zawdzięczał, własną, ciężką pracą doszedł do dobrego mienia, miał uczciwe imię między ludźmi, dzieciom zabezpieczył przyszłość, wszakże to dosyć, panie Ludwiku!
Trzy córki pana Antoniego wyszły za mąż należycie wyposażone; jedna z nich była matką Kaźmierza Kantaka, którego zasługi w obronie narodowości naszéj wiadome każdemu, dwaj zaś synowie zostawili między nami, cośmy ich znali, miłą pamięć po sobie. Obydwaj wykształceni w tutejszem gimnazyum, idąc za przykładem ojca, obrali sobie zawody praktyczne. Z młodszym, Karolem, zdarzyło mi się kilka razy spotkać i rozmawiać; był on z twarzy i włosów podobny do ojca i przypominam sobie, że robił wrażenie wesołego i przyjacielskiego kawalera, biorącego życie trochę z łatwéj strony. Wyuczywszy się piwowarstwa i odbywszy wojenkę trzydziestego pierwszego roku, urządził sobie browar, bodajnie na Chwaliszewie. Proceder szedł dobrze z początku, bo się znał na nim, ale nadarzył mu się wkrótce jakiś maryaż z miłości nie zupełnie trafny, ztąd trudności w życiu, a po paru latach zjawiła się choroba, któréj pan Karól uległ w młodym wieku. Ze starszym jego bratem żyłem w bliskich stosunkach, nie dziw więc, że ile razy przechodzę koło tego rogu i spojrzę na tę firmę, staje mi przed oczyma sympatyczna osoba Józefa Napoleona Leitgebra, któremu szczera życzliwość i swobodna uprzejmość w obejściu z ludźmi jednała licznych przyjaciół. Żywot jego był równie normalny, jak żywot ojca, lecz wiele krótszy, nie doczekał się bowiem piędziesiątki. Wyszedłszy z wyższéj klasy gimnazyalnéj, wstąpił jako uczeń do jednego z większych handlów tutejszych, nim jednak naukę swoją skończyć zdołał, rozbudziła pierwsza wieść o powstaniu warszawskiem gorące jego poczucie narodowe i niebawem poszedł za innymi.

Opowiadał mi raz o rozmaitych przygodach wesołych i przykrych, które w obozach, marszach i bitwach przebywał, ale lat blisko czterdzieści od owego czasu minęło, uszły już więc te szczegóły z méj pamięci. Wróciwszy do domu, po skończonéj wyprawie, nieuniknął pan Józef pruskiéj pokuty za wojaczkę, potem zaś, dwa czy trzy lata pracując jeszcze w większych miastach, uzupełnił swoje wiadomości handlowe i osiadł wreszcie w Poznaniu, zwłaszcza, że mu ojciec odstąpił tę kamienicę narożną, przed którą stoimy. Mniéj więcéj trzydziestego piątego roku rozpoczął pan Józef swój zawód kupiecki; założył skład towarów kolonialnych i płynów Bachusa. Była to, ile mi wiadomo, pierwsza tego rodzaju polska firma, po owych trzech starych na Rynku, o których ci dawniéj mówiłem, a które się wtenczas do końca swego zbliżały. Niepoprzestał wszakże, jak teraz niejeden z kupców naszych czyni, na pracy około dobytku i na myśli o zarobku, lecz, poczuwając się do obowiązków obywatelskich i narodowych, brał czynny udział we wszystkiem co się w tym obrębie działo. Na ratuszu zasiadał jako członek rady miejskiéj, przy kościele farnym zajmował wybitne stanowisko w kolegium zarządzającem finansowemi i zewnętrznemi sprawami parafii, a gdy się z organizowało tutaj towarzystwo dobrowolnéj straży ogniowéj, stanął pan Józef, idąc za przykładem ojca, na czele jednéj z jego kompanii i wielokrotnie podczas pożarów narażał się na niebezpieczeństwo. Czterdziestego szóstego roku, jakkolwiek należał do tych, którzy plany i przygotowania spiskowe uważali za niewczesne i zgubne, nieszczędził jednakże starań, aby po katastrofie ukryć i ocalić co się dało, a czterdziestego ósmego byłem sam świadkiem jak gorliwie pan Józef wypełniał w obwodzie miejskim rozmaite rozporządzenia komitetu narodowego. To też owa czynność w sprawach tyczących się społeczeństwa naszego, niemniéj jak i związki handlowe, zbliżały go ciągle do publiczności miejskiéj i wiejskiéj, któréj sympatyę zapewnić sobie umiał wesołem i rozmownem usposobieniem oraz szczerą gotowością, jaką okazywał w przyjacielskich przysługach, niezrażając się tem, iż czasem nadużywano jego dobrych chęci. Ożeniwszy się w dość młodym wieku z panną Salomeą Dulińską, znalazł w niéj zgodną i miłą towarzyszkę życia, zaradną gospodynię, troskliwą i kochającą matkę dość licznego potomstwa, które wróżyło już wcześnie, iż przykład rodziców i dziadostwa niebędzie dla niego straconym. Nie doczekał się jednak pan Józef, żeby to wszystko oglądać dojrzałe, na stanowiskach nadziejom jego i życzeniom odpowiednich; musiał dzieci swoje opuścić nim mu tę pociechę przynieść zdołały. W ostatnich latach życia doznał on kilku przykrych zawodów, a między innemi naraził go jeden z zaufanych przyjaciół na dotkliwą stratę; to też dostrzedz było można znaczną zmianę w swobodnem dawniéj jego usposobieniu, a gdy piędziesiątego ósmego roku zaniemógł na zapalenie płuc, choroba tak gwałtowny miała przebieg, że ani silna jego fizyczność, ani też wszelkie usiłowania szczerze doń przywiązanego doktora Gąsiorowskiego ocalić go od śmierci niepotrafiły. Wszakże nie zaginęła z nim tutaj firma Leitgebrów i mam nadzieje, że ją długo jeszcze na tym domu czytać będą mieszkańcy Poznania.
Z tą kamienicą Leitgebrów kończy się tutaj Wodna ulica, a dalszym jéj ciągiem, w prostym kierunku, jest tak nazwana Grobla. Zrobimy tamdotąd krótką wycieczkę, panie Ludwiku, i przejdziem przez ten most nad kanałem, którego woń latem z wonią kolońskiéj wódki w zawody iść nie może. Zaraz za mostem widzisz długi mur z dość dużą bramą, prowadzącą kurytarzem na obszerny dziedziniec najdawniejszego w naszem mieście luterskiego kościoła, zwanego kościołem Krzyża. Ta brama jest mi pamiętną, przebiegałem ją kiedyś codziennie, a kilka razy gwałtem mnie przez nią pędzono, nie do kościoła, lecz do szkoły. Była tam bowiem dwudziestego piątego roku, przy owym murze naprzeciw kościoła, szkoła chłopców, ile wiem jeszcze, z dwóch klas złożona; w niższéj dzierżył najwyższą władzę nauczyciel i zarazem kościelny, nazwiskiem Mehlhose, jegomość rosły, silny i czarnowłosy, którego się tam wszystko bało jak ognia i nieraz widziałem, że na okrzyk: „Mehlhose kommt!“ następowała zupełna cisza na podwórzu między rozbrdysanymi niedorostkami. W wyższym oddziele uczył głównie pastor Friedrich; miał on fizyonomię poważną i łagodną, mimo to jednak w klasie jego leżał zawsze na katedrze gruby kańczuk. Jeden ze starszych chłopców, który mnie do téj klasy wciągnął, pokazał mi go, dodając: „jak tu przyjdziesz, to też dostaniesz, bo, „der pastor haut tüchtig!“ Zrobiło to na mnie wtenczas silne wrażenie, które się w méj pamięci nie zatarło. Co się zresztą w tych klasach działo, nie umiem ci powiedzieć, do nich bowiem nie chodziłem, mając zaszczyt kolegować z pannami. Otóż, obok owéj szkoły chłopców, była w budynku, którego okna wychodzą tutaj, ponad murem, na Groblę, szkoła dziewcząt. Gdy siódmy rok zaczynałem, posłał mnie tam ojciec, z pozwoleniem pastora Friedricha, lękając się dla mnie towarzystwa chłopców, bo byłem mały i nie bardzo silny; ze mną uzyskał ten przywiléj mój amicus Ksawer Zakrzewski, o którym ci już dawniéj niejedno powiedziałem, a prócz nas dwóch, było tam jeszcze kilku drobnych Niemczyków. Zajmowała owa szkółka dwa pokoje; w pierwszym, obszernym stał środkiem długi stół, na okół którego siedziały na ławkach panny dorastające; w drugim pokoju było mnóstwo wiele młodszych dziewcząt; nas zaś, wyjątkowe istoty, sadzano tu i owdzie, wedle tego, gdzie się miejsce znalazło. Szkołą rządziła i uczyła w obydwóch klasach stara jejmość pomarszczona, w wielkim czepku, z okularami na nosie. Nazwiska jéj nigdy nie słyszałem, wszyscy do niéj i o niéj nie mówili inaczéj, jak Frau Kantor. Miała do pomocy w urzędowaniu najpierw córkę swoją, bladą i wysoką, zwaną Malchen, a przytem jakąś Madame Hoffmann, obiedwie wdowy w dojrzałym wieku. Hałasu było dosyć w obydwóch pokojach, i od czasu do czasu pani Kantorowa uderzała linią o stół, wołając: „Ruhe, Ruhe!“
Czego się starsze dziewczęta uczyły, o tem naturalnie nie miałem wyobrażenia, przypominam sobie tylko, że każda miała kilka książek i zeszytów, że zwykle przy recytowaniu wierszy wyrywały się wszystkie, podnosząc ręce do góry i krzycząc: „Madame Hoffmann, ich auch!“ — że prócz tego rysowały, śpiewały i dłubały nad robótkami. Ja z najmłodszemi czytałem, pisałem, liczyłem po niemiecku i uczyłem się czasem krótkich „sprüchów“; chodziło głównie o to, żebym jak najwięcéj mówił, a ponieważ dziewczęta są z natury wygadane, oswoiłem się, na mój wiek jako tako, przez całoroczne niemal uczęszczanie do téj szkółki, z lingwą germańską.
Przed panią Kantorową miałem wielki respekt, chociaż była dla mnie bardzo łaskawą i dała mi nawet kilka razy po trzy grosze za moje dobre czytanie, lecz widziałem ją czasem w srogim gniewie, a wtedy napełniała mnie strachem. Była tam u niéj na tabliczce wymalowana ośla głowa; ów order zawieszano na szyi za niesforność lub lenistwo, a odznaczona nim winowajczyni odbierała karę przy końcu godzin; albo klęczeć musiała ze spuszczoną głową, powtarzając raz po raz głośno: „ich werd’s nicht mehr thun!“ — albo dostawała linią po palcach, przy czem zwyczajnie Malchen trzymała jéj rękę, a pani Kantorowa uderzała energicznie.
Takie patryarchalne stosunki szkolne dawno już minęły, panie Ludwiku; miło mi, na widok tych murów, przypomnieć je sobie po sześćdziesięciu kilku latach, jako też odfotografować w méj wyobraźni osoby, które tu widywałem. Ze szwadronu koleżanek moich u pani Kantorowéj spotykam już tylko jednę czasem na ulicy, sed quae mutatio rerum! Z téj hałaśliwéj i rezolutnéj dziewczynki, która wywierała wpływ na towarzyszki swoje, darząc je karmelkami i ciastkami, bo ojciec jéj był cukiernikiem, teraz zrobiła się stara, zgarbiona babina, wlokąca ledwo swe nogi za sobą. Oprócz pastora Friedericha, wymienię ci tutaj jego konfratra, bodajnie starszego w urzędzie, pastora Fischera, który się znał z moim ojcem i nieraz z nim na ulicy toczył rozchowory; fizyonomia jego mogła mi utkwić w pamięci, była bowiem bardzo szpetna, odznaczając się dużym, śpiczastym nosem, zapadłemi policzkami i chudą, wystającą brodą.
Daléj po za kościół luterski trudzić się nie potrzebujemy; jak wszędzie w naszem mieście — i tam się z biegiem czasu znacznie zmieniło. Gdy do szkół chodziłem, stały po téj stronie Grobli tu i owdzie małe domki, z których kilka się jeszcze dochowało, a prócz nich zwyczajne płoty odgradzały od ulicy kilkanaście mniejszych i większych placów, ciągnących się z tyłu aż do rzeki. Otóż, panie Ludwiku, kiedy węgle kamienne i koksy były rzeczą nieznaną, a we wszystkich piecach i kuchniach miasta drzewem palono, służyły owe place za składy drzewa. Przypominam sobie na nich tysiące sążni w długich rzędach stojące, kupy kłód i belek leżące wzdłuż brzegu, i prawie wszyscy zamożni kupcy, po większéj części Niemcy, którzy tym niezbędnym towarem handlowali, mieli tutaj swoje kantory. To też, quondam temporibus, legion rębaczy z siekierkami na ramieniu, lub piłami mającemi kształt wielkich łuków, zajmował ów róg Garbar i czychał na wozy naładowane drzewem, jadące z Grobli do miasta. Ci rębacze wykonywali rzemiosło swoje przed domami, na bruku ulicznym; zazwyczaj cała familia zajęta była robotą; małżeństwo piłowało wspólnie, ciągnąc instrument z jednéj i drugiéj strony, potem ojciec rąbał, matka zbierała i układała porąbane kawałki, a dzieci wnosiły je oburącz do drewników. Od półwieku prawie ustał ten przemysł publiczny, który nieraz sprawiał nieporządki i kłótnie. Dla nas gimnazyastów były owe place z drzewem pożądanem miejscem zabawy. Latem schodziliśmy się tam często, aby grać w ekstrę, prycza lub palanta, które to bardzo pożyteczne gry w piłkę poszły bodajnie całkiem w zapomnienie u dorastającéj młodzieży naszéj.
Po drugiéj stronie Grobli jest mi jeden tylko dom pamiętny, otóż ten, w którym się mieści prowincyalny zakład położniczy. Gdy byłem jeszcze małym chłopcem, zaprowadził mnie tu kilka razy mój ojciec do doktora Fretera, ku największéj mojéj radości, bo doktor Freter, ówczesny dyrektor zakładu, figurka, ile sobie przypominam, niska, gruba, zawsze we fraku chodząca, z szeroką, dobroduszną twarzą i długiemi włosami, posiadał wielki zbiór najrozmaitszych okazów z królestwa natury. Już w młodych latach schwyciła go ta namiętność zbierania i nie opuściła w starości; poświęcał jéj większą część dochodów swoich, zwłaszcza iż czasami zapalał się bezwzględnie do rzeczy ciekawych lub rzadkich. Były u niego trzy pokoje zastawione na okół i w środku szafami, w których mieściły się wypchane czworo- i dwunożne istoty, owady, suszone rośliny, kamienie i muszle. Najważniejszą część stanowiły ptaki z różnych krajów świata, zagraniczne motyle i chrząszcze, oraz rzadkie minerały. Publiczność nie miała przystępu, ale znajomym chętnie stary Freter pokazywał swoje skarby, opowiadając, gdzie i jak je nabył i co go ten lub ów egzemplarz kosztował. Jego żonę raz podczas odwiedzin naszych widziałem; ta wysoka i chuda pani, o bladéj twarzy, owiązanéj grubą chustką, zdawała się nie bardzo zadowoloną z owych rajskich ptaków, koliberków, szkorpionów i t. d., które nam przy niéj przedstawiał, a okazało się, jak późniéj słyszałem, że pasyjka doktora Fretera nie wyszła mu w końcu na dobre. Umarł dwa czy trzy lata po trzydziestym roku i ostatnie czasy swoje przebył podobno w tarapatach z długami, bo jego muzeum pochłonęło bardzo znaczny kapitał, żadnéj, tutaj w Poznaniu, nie rokując przyszłości. Gdy jego następca, którego wcale nie pamiętam, zajął swoją posadę, poumieszczano całą historyą naturalną biedaka Fretera gdzie się dało, po strychach, szopach i sklepach, a gdy po wielu miesiącach przyszło do publicznéj sprzedaży, przekonano się, że wszystko, co zniszczeć mogło, zniszczało, reszta zaś poszła za marne pieniądze, bo na to amatorów, ani spekulantów tutaj nie było.
Jeszcze za życia Fretera oddano drugie miejsce przy tym zakładzie położniczym jednemu z naszych, doktorowi Antoniemu Józefowi Jagielskiemu, bo przecież konieczną tam była znajomość języka polskiego, w którym się ów dyrektor-naturalista ledwo porozumieć potrafił. Znałem z widzenia i, jak to mówią, z renomy, doktora Jagielskiego od najpierwszych lat moich i wiedziałem, że ten niski, barczysty i ruchawy jegomość, o twarzy przyjemnéj i zwykle wesołéj, którego często na ulicy jadącego powozem lub chodzącego spotykałem, zajmuje u nas pomiędzy lekarzami jedno z pierwszych miejsc, wszakże do bliższéj znajomości przyszło między nami dopiero po piędziesiątym roku, na wieczorkach lekarskich, do których mnie wciągnął amicus Gąsiorowski, chociaż w rozchoworach medycznych byłem mniéj niż zerem. Pojawił się Jagielski jako lekarz praktyczny w Poznaniu, pierwszy Polak, zdaje mi się, po Wolfie, dwa lata przed Marcinkowskim, przebywszy poprzednio rozmaite fata. Urodzony w Poznaniu okrągło przed wiekiem, wychodząc ze szkół, musiał wcześnie radzić sam o sobie, chwycił się więc aptekarstwa, odbył początkową naukę w naszem mieście, uzupełnił ją w Berlinie, a potem dokończył w Wrocławiu, gdzie się biegłością w fachu swoim tak odznaczył, że mu powierzono dozór nad fabryką wyrobów chemicznych. Takie stanowisko, a przytem małżeństwo zawarte z panną dość posażną niemieckiego rodu, zabezpieczając potrzeby materyalne, rozbudziło w nim od pierwszéj młodości powziętą chęć poświęcenia się sztuce lekarskiéj i umożebniło jéj wykonanie.
Studya swoje rozpoczął niebawem w Wrocławiu, a późniéj w Berlinie doszedł do pożądanego celu, uzyskawszy stopień doktora i patent praktyki lekarskiéj. Osiadłszy w naszem mieście, dokąd go uczucie narodowe i wspomnienia młodości ciągnęły, zwrócił na się niebawem uwagę współkolegów i publiczności gruntowną znajomością swego kunsztu, jako też stanowczością postępowania przy łóżku chorego. W dwóch głównie kierunkach uchodził tutaj za auctoritas, do któréj się w ważnych wypadkach odwoływano; jako okulista, pracując jeszcze w Berlinie w klinice Graevego, który wtenczas europejską miał sławę, odznaczonym został medalem zasługi i pamiętam, że niebezpiecznie chorzy na oczy wędrowali niegdyś tutaj na Groblę, jak teraz wędrują na Śty Marcin. Jako operator, prócz tego, odznaczał się śmiałością i zręcznością, a chociaż mu odmawiano czasem względności i czułości dla pacyentów, confratres wzywali go zawsze w trudnych przypadkach, a Gąsiorowski powiadał mi kilka razy o świetnych operacyach Jagielskiego. Jedna z nich, jak z własnych jego ust słyszałem, opłaciła mu się nie źle, bo wdzięczny pacyent, a zamożny obywatel, wręczył mu za uratowanie nogi, złotą tabakierkę, pełną holenderskich dukatów. W naszych czasach, panie Ludwiku, na podobny akt wdzięczności mało kto mógłby się zdobyć.
Nie tylko publiczność, ale i rząd uznał zdolności Jagielskiego; oddano mu stacyę chirurgiczną w lazarecie Sióstr Miłosierdzia, gdy Marcinkowski trzydziestego roku Poznań opuścił, po ustąpieniu zaś następcy Fretera, został, zdaje mi się, trzy lata przed czterdziestym, dyrektorem zakładu położniczego i na tem stanowisku wytrwał aż do śmierci; nakoniec, niemal równocześnie, powołano go, quoique Polonais, jako radzcę do kolegium medycznego. Widzisz więc, że na brak zatrudnień skarzyć się nie mógł, zwłaszcza iż podjął się jeszcze bezinteresownie leczenia w zakładzie sierót i w seminaryum nauczycielskiem, prócz tego przez lat kilkanaście był czynnym członkiem naszéj rady miejskiéj, a przytem praktyka prywatna, chociaż w późniejszych czasach, z napływem młodszych lekarzy do miasta, znacznie się zmniejszyła, zawsze jednak codziennéj wymagała czynności. Mimo to znajdował czas do zatrudnień naukowych i pisywał często do czasopism lekarskich, niemieckich i polskich, osobliwie w sprawach tyczących się okulistyki, jak się o tem ze „Słownika lekarzów polskich“ bliżéj pouczyć możesz.
W życiu prywatnem był nadzwyczaj skromnym i oględnym, a zbierając powoli fortunę, która z czasem do dość znacznych doszła rozmiarów, miał przedewszystkiem na oku zabezpieczenie przyszłości swego potomstwa, przedstawiającego okrągłą dziesiątkę, i z téj powinności wywiązał się sumiennie. Na spekulacye nie puszczał się, ile mi wiadomo, ale, korzystając z pomyślnych około trzydziestego roku konjunktur, nabył tanio tuż przy Bibliotece Raczyńskich, znaczny grunt i wystawił na nim pierwszy, po téj stronie Wilhelmowskiego placu, duży dom mieszkalny, który, naznaczony nad bramą pałką Eskulapa, jest dotychczas jeszcze własnością jego rodziny. Ile go sobie jeszcze przypominam z owych wieczorków lekarskich i kilkakrotnych pogadanek przy rozmaitej sposobności, okazywał się w towarzystwie, do którego mógł mieć zaufanie, bardzo przyjacielskim i rozmownym, a ponieważ dużo doświadczył w życiu, z najrozmaitszemi spotykał się osobami i pamięć miał dobrą, przeto w opowiadaniach swoich potrafił być zajmującym; wszakże z pomiędzy kolegów polskich, nawet w ogóle Polaków, kilku księży wyjmując, bliższa zażyłość łączyła go bodajnie tylko z Marcinkowskim i do niego przywiązanie swoje okazał, wydając, wkrótce po jego zgonie, życiorys, którego proste słowa okazują szczerą chęć uwydatnienia i przekazania pamięci następców zasług zmarłego.
Pod względem patryotycznym zachowywał się dr. Jagielski bardzo ostrożnie. Powodowały nim w téj sprawie okoliczności familijne, bo, jak słyszałeś, żona jego była Niemka, a chociaż dzieci dobrze po polsku umiały, dawał się jednak w stosunkach domowych mocno uczuwać wpływ obcy; przytem stanowisko urzędowe czyniło go nieraz nad miarę oględnym. Dla tego trzymał się z daleka od zebrań naszych, narad i objawów narodowych, ale o jego polskiem sercu i polskich skłonnościach nikt nie wątpił, kto go znał bliżéj, a tam gdzie bez narażenia się można to było uczynić, szedł chętnie razem z współziomkami. I tak od samego początku należał do Towarzystwa Naukowéj Pomocy i widziałem go kilka razy na walnych zebraniach biorącego żywy udział w obradach, a późniéj, przystąpiwszy do Przyjaciół Nauk, miewał nieraz wykłady na posiedzeniach oddziału przyrodniczego tegoż Towarzystwa. Pożegnał się z tym światem dr. Jagielski w końcu sześćdziesiątego czwartego roku, straciwszy żonę cztery lata wprzódy; w ostatnich czasach przecierpiał dużo, jak mi mówiono, dręczony astmą i niedomaganiem serca. Ledwo dwóch, trzech znalazłbyś jeszcze, między żyjącymi lekarzami, dawniejszych kolegów, którzyby więcéj o nim powiedzieć mogli i wartość jego lepiéj wyświecić, ja poprzestać muszę na tem, co powiedziałem, a lubo w bliskiéj z nim styczności nie byłem, miło mi, że wycieczka na Groblę podała sposobność do wzmianki, chociaż pobieżnéj, o jednym z tych, którzy li tylko własnéj pracy i zasłudze zawdzięczali wybitne stanowisko swoje w społeczeństwie naszem.
Gdy Jagielski został dyrektorem zakładu położniczego, oddano poprzednie jego miejsce Ludwikowi Gąsiorowskiemu, który tutaj na dole blisko lat dziewięć przemieszkał. Z tym zacnym doktorem i przyjacielem moim już cię, panie Ludwiku, dawniéj zapoznałem, gdyśmy koło Odeum, po Piekarskiéj ulicy wędrowali, pamiętasz więc zapewne, iż go czterdziestego szóstego roku uwięziono i przez długi czas w Sonenburgu i Moabicie wraz z innymi trzymano, a ta okoliczność pociągnęła za sobą stratę rządowéj posady; powierzono ją znowu jednemu z naszych, doktorowi Antoniemu Freudenreichowi, który na niéj pozostał aż do końca swego. Z tym doktorem, okrągło lat dziesięć starszym odemnie, poznałem się czterdziestego piątego roku u Marcinkowskiego, gdzie bardzo często bywałem i gdzie Freudenreicha co dzień niemal, przed i po południu zastać było można; późniéj widywaliśmy się dość często w rozmaitych miejscach, osobliwie w Bazarze, u Magnuszewicza, z którym go łączyła dawna zażyłość. Z zewnętrznego wyglądu miał on niejakieś podobieństwo do Jagielskiego; tą samą niską i grubawą postawą, wyrazem twarzy nawet i oczu przypominał nieco swego kolegę.
Pochodząc z dość zamożnéj rodziny kupieckiéj, od dawna tu na Rynku osiadłéj, urodził się w Poznaniu, ale początki wychowania odebrał u kadetów w Kaliszu, poczem, wróciwszy do rodziców, ukończył nauki szkólne w naszem gimnazyum. Stósownie do chęci już zamłodu powziętéj, mógł się poświęcić sztuce lekarskiéj, a mając na to z domu dostateczne fundusze, nietylko przebył kursa w kilku uniwersytetach niemieckich i z odznaczeniem złożył egzamina swoje w Berlinie, lecz poszedł potem na wędrówkę zagranicę, dłuższy czas pracował w klinikach wiedeńskich i paryzkich, aby jak najgruntowniéj zapoznać się z swoim zawodem. Gdy nakoniec należycie do praktyki usposobiony przybył do Poznania, zastał tutaj już Marcinkowskiego i tak szczerze się do niego przywiązał, iż, pomagając mu przez czas niejaki w praktyce między ubóztwem, usłuchał jego rady i osiedlił się w Gostyniu, zwłaszcza że powiat okoliczny, wtenczas jeszcze znacznie polski, pragnął od dawna lekarza Polaka. W Gostyniu wyrobił sobie nasz młody doktór wkrótce rozległą i korzystną praktykę, a przytem, wszedłszy w bliższe stosunki z obywatelstwem po wsiach, miał czynny udział w bardzo ożywionem tamże działaniu narodowem, jako jeden z kierujących członków biblioteki gostyńskiéj i kasyna gostyńskiego, które, musisz wiedzieć, było po trzydziestym roku pierwszem ogniskiem ruchu patryotyczno społecznego w naszem Księstwie. W Gostyniu znalazł także towarzyszkę życia całkiem odpowiednią skromnemu i spokojnemu jego usposobieniu; mimo to jednak, po pięciu czy sześciu latach, przeniósł penaty swoje znów do Poznania. Niewiem co go spowodowało do powrotu i niepytałem go się o to, sądzę, że jednym z powodów był także pociąg, który nań wywierała osobistość Marcinkowskiego.
Nie długo wszakże, bo ledwo półtora roku, mógł się pocieszyć pożyciem z przyjacielem, którego szanował i kochał jak ojca. Mogę ci poświadczyć, panie Ludwiku, iż był dla niego, w tych ostatnich czasach, gorliwym, że tak powiem, adjutantem, wyręczał go u chorych, gdy zaszła potrzeba, we wszystkich innych czynnościach służył mu chętną pomocą, a widząc jak coraz bardziéj na zdrowiu szwankuje, nie przestawał przedstawiać mu i prosić, aby się szanował i dobrowolnie nie narażał. Gdy nareszcie Marcinkowski, ustępując jego i innych przyjaciół naleganiom, pojechał do Dąbrówki pod opiekę Łakomickiego, odwiedzał go tam Freudenreich co tydzień kilkakrotnie i czynił co było w jego mocy, aby mu ulżyć w cierpieniach. To też zacny jego pacyent, wywdzięczając mu się zaufaniem i chcąc nawet po śmierci przynieść korzyść nauce, wymógł na nim przyrzeczenie, że ciało jego otworzy i przekona się lege artis, jak i w jakim stopniu choroba płuca zniszczyła. Przezwyciężając ciężką boleść swoją, wywiązał się Freudenreich z tego obowiązku. Nie tylko Marcinkowski cenił wiadomości medyczne naszego doktora, lecz wiem, że i inni koledzy uważali go za jednego z najgruntowniéj teoretycznie wykształconych między sobą, bo i w młodości pracował różnostronnie, a późniéj także dbał o to, aby wydążyć za postępem nauki; dla tego zasięgali w trudnych przypadkach chętnie jego rady, uznając osobliwie jego biegłość i trafność w stawianiu diagnozy; ale słyszałem, że zbywało mu czasem na stanowczości w zastosowaniu środków; miał miękie serce dla chorych, lękał się o nich, a znając nawałę lekarstw i wielokrotną ich niepewność, trudno mu przychodziło decydować się na wybór. O téj troskliwości jego i szczerem współczuciu dla pacyentów, oraz łagodnem z nimi postępowaniu, przekonałem się sam kilka razy w moim domu. Owa łagodność i względność cechowała także Freudenreicha w styczności ze znajomymi; łatwym był w pożyciu i dalekim od krytyk, biorąc zwykle rzeczy z dobréj strony; lubił rozmawiać, opowiadać, rozweselał się łatwo i widać było, że szczerze mówi co myśli. Wszakże, wbrew temu towarzyskiemu i przyjacielskiemu usposobieniu, po śmierci Marcinkowskiego, stanął jakoś na uboczu, oddając się wyłącznie obowiązkom fachowym i dbałości o swoją rodzinę.
Gdy w roku osiemdziesiątym czwartym zbliżała się piędziesięcioletnia rocznica jego doktoryzacyi, porozumieli się polscy lekarze, u których miał mir powszechny, żeby uczcić publicznie i uroczyście, przy téj sposobności, miłego i zasłużonego kolegę; ale wszelkie ich prośby i przedstawienia, aby na to zezwolił, były daremne. Nasz doktor większą część życia spędził w skromnem zaciszu, nie wychodząc po za obręb zatrudnień zawodu i ścian domu, ograniczając potrzeby swoje na to co konieczne, ztąd też straszyła go myśl głośniejszych wywnętrzań świetnych objawów, zwłaszcza że znaczny już wtedy spadek sił fizycznych ujść nie mógł jego baczności.
Spotkałem się z nim w końcu zimy owego roku i zdziwiła mnie zmiana, którą po długim czasie niewidzenia, w nim dostrzegłem; na pozór zdawał się żwawy i rozmowny jak przedtem, ale wymowa jego była tak niezrozumiała i myśli tak niejasne i powikłane, iż, gdy wyszedł, zapytałem Magnuszewicza, co się to stało z doktorem i czy nie miał jakiego fatalnego przypadku. — Otóż to osłabienie nerwowe było zapowiedzią bliskiego końca, który nastąpił, nim jego rok jubileuszowy doszedł do kresu. Społeczeństwo nasze licznym zastępem przy pogrzebie dało dowód uznania i szacunku dla pamięci ostatniego z przyjaciół i współpracowników Marcinkowskiego, a przy trumnie pożegnał go doktor Zielewicz w imieniu kolegów lekarzy, w imieniu zaś obywatelstwa poseł Kantak, uwydatniając uczucia zmarłego, chęci i usługi jako współziomka i patryoty.
Na téj wzmiance o trzech doktorach zakończymy, panie Ludwiku, naszą wycieczkę po Grobli, któréj reszta przestrzeni była i jest dla mnie terra incognita; a teraz, jeśli chcesz coś więcéj usłyszeć, musisz pobiedz zemną na Garbary, gdzie przeszłość więcéj znajomych osób i wypadków w pamięci mojéj odżywi.
Lubię, panie Ludwiku, trzymać się we wszystkiem pewnego porządku; dla tego musimy z rogu Grobli powędrować w górę, aby przejrzeć Garbary z jednego do drugiego końca. Otóż, widzisz tutaj najpierw z jednéj strony kościół Bernardynów, z drugiéj strony kościół Przemienienia Pańskiego i przy nim wielki zakład Sióstr Miłosierdzia. Te Siostry sprowadzono do nas dwódziestego drugiego roku z Warszawy, do czego przyczyniła się w znacznéj mierze księżna Ludwika Radziwiłowa, a przed niemi panowały tu Bernardynki, których klasztór powstał w samym początku siedemnastego wieku. Miałem lat cztery, gdy niedobitki owych Bernardynek ztąd przeniesiono, ale pamiętam je dobrze, bo mnie nieraz babka i matka zabierały z sobą do Owińsk, ich późniejszéj siedziby w pocysterskim klasztorze, odwiedzając tam bliską swoją krewnę, matkę Elźbietę Jezierską. Prócz trzech czy czterech Bernardynek poznańskich były w Owińskach resztki kilku innych skasowanych zakonów, a z tych pobożnych istót pozostały mi jeszcze w pamięci: matka Serafina, stara i niska jejmościnka, nadzwyczaj ruchawa i wygadana, która, ciągle coś opowiadając, wykrzykiwała raz po raz: „a Jezus, Marya, Józef!“, jako też matka Aniela, chuda, wysoka i blada, któréj się trochę bałem, bo chodziła niespokojnie po korytarzach i celach, wydając czasem jakieś niemiłe głosy, i mówiono o niéj, że ma „złego“ w sobie.
Prócz tego widziałem tam kilka razy jednego z ostatnich Cystersów, który zajmował wtenczas w Owińskach miejsce proboszcza i kapelana zakonnic. Nazwisko jego zapomniałem, ale mi wiadomo, że ten wysoki i otyły dobrodziéj, o pełnéj i swobodnéj fizyonomii, cieszył się wielką wziętością u konfratrów i między obywatelstwem dla wesołego usposobienia, niezmordowanéj swady i mnóstwa dziwnych wyrażeń, któremi rozmowę swoją szpikował, a z których przypominam sobie jeszcze: „Milion tausend Mosantego“ tak często powtarzane, iż go wszyscy nazywali księdzem Milion tausend.
Bernardyni osiedlili się w Poznaniu już w połowie piętnastego wieku, a wybrawszy, nie wiem czemu, dla kościoła i klasztoru swego to miejsce wtenczas poza miastem będące, mieli dużo do cierpienia od Szwedów i od wody, która często ich zalewała. Dla tych zalewów wnętrze kościoła spoczywa na wysokiem sklepieniu i dawniéj wnijście do niego inaczéj wyglądało niż teraz. Otóż, przed piędziesiątym rokiem były główne drzwi bardzo znacznie nad ulicę wzniesione i prowadziły do nich, z prawéj i lewéj strony, kamienne schody, zewnątrz kościoła, jak u Franciszkanów, ale znacznie wyższe i daleko na ulice zachodzące, które zniesiono, gdy budynki bernardyńskie na użytek gimnazyalny oddane zostały.
Tuż obok Bernardynów, gdzie teraz ogródek prowadzący do gimnazyum, stał, temu lat przeszło piędziesiąt, kościółek świętéj Anny z dość wysoką wieżą, zbudowany podobno w końcu piętnastego wieku i będący, jak słyszałem od starych ludzi, w ostatnich czasach Rzeczypospolitéj miejscem nabożeństwa dla katolików niemieckich. Wszakże jeszcze przed okupacyą pruską ustała w nim wszelka służba boża i zamieniono go na magazyn. Za méj pamięci pełen był słomy, siana i rozmaitego zboża na użytek wojskowy, a trzydziestego ósmego roku, gdy przyjechałem do Poznania podczas feryi uniwersyteckich, pobiegłem pewnego wieczora, słysząc odgłos dzwonów i krzyk po ulicach, tutaj za innymi na plac Bernardyński. Kościółek św. Anny stał w płomieniach; widok był pyszny tego pożaru, zwłaszcza gdy wieża się zajęła i zapadła naraz wewnątrz budynku, z którego buchnął w górę ogień jak z wulkanu. Resztki murów wkrótce potem zniesiono, i tak zniknęła jedna z starych pamiątek, a z nią kilkanaście bardzo ciekawych nagrobków dawnych rodzin niemieckich w mieście naszem osiadłych.
Dom, który widzisz między gimnazyum a kościołem, był częścią klasztoru bernardyńskiego, który, wedle podania, liczył czasem około stu patrów, miał nowicyat i szkołę teologii. Ja jeszcze czterech czy pięciu ostatnich Bernardynów pamiętam; widywałem ich na procesyach i pogrzebach, lecz tylko z dwoma zdarzyło mi się spotkać bliżéj. Jeden z nich był bodajnie ostatnim przeorem; przyszedłem tutaj raz do niego trzydziestego czwartego roku (bo nam się wtenczas uwidziało, mnie i mojemu amikusowi Antoniemu Szymańskiemu, zbierać napisy grobowe w kościołach poznańskich) i zastałem silnego i tłustego patra Fujarskiego siedzącego wygodnie w wielkim fotelu. Proźbę moją, aby mi dał bliższe wskazówki co do nagrobków w bernardyńskim kościele, zbył, ile sobie przypominam, krótką odpowiedzią: „Co tam nagrobki!… abo ja wiem! Jest tu taka księga, co się nazywa archiwum, może sobie ason tam w niéj czytać ale potem, bo ja teraz niemam czasu“. Drugi Bernardyn, wysoki, chudy i zezowaty ojciec Albin, pochodzenia podobno niemieckiego, był bardzo popularny między ludem i duchowieństwem; chwalono jego szczerą pobożność, skromne i przykładne życie, ale widząc go kilka razy w towarzystwie innych księży i słysząc jego rozmowę, zdawało mi się, że przy wszelkiéj świątobliwości jest sobie simplex dei servus. Gdy habity bernardyńskie zniknęły z tych murów, przeniesiono do nich, niedługo po roku czterdziestym, tak zwany alumnat gimnazyastów chcących się poświęcić późniéj teologii, a ten alumnat przez lat kilka zwiedzałem często, bo żyłem w przyjaźni z pierwszymi tutaj jego regensami.
Ile razy przechodząc spojrzę na ów stary budynek, przypomina mi się miła i poważna postać księdza Walentego Wojciechowskiego; któż bowiem, poznawszy go bliżéj, mógłby zapomnieć o tym tak powszechnie i słusznie szanowanym człowieku? Pochodził on z Kłecka i rodziców miał niezamożnych, którzy jednak, widząc w małym chłopcu ochotę do nauk, przytem pragnąc zapewnić mu lepszą przyszłość, czynili co mogli, aby mu dać wyższe wykształcenie i z pomocą jakiegoś pokrewnego księdza, posłali go do gimnazyum trzemeszeńskiego, które szczęśliwie skończywszy, równie jak potem naukę w obydwóch seminaryach, czterdziestego piątego roku rozpoczął zawód kapłański. Władza duchowna musiała mieć od samego początku jak najlepsze przekonanie o usposobieniu i zdolnościach młodego lewity, gdyż, ledwo się wyświęcił, posłała go, za zezwoleniem rządu, do Moabitu, aby pełnił obowiązki kapelana u więźniów politycznych. Na tem stanowisku, wymagającem nie mało rozwagi, pozyskał sobie zaufanie i szacunek powierzonych jego pieczy owieczek, chociaż między niemi znajdowało się mnóztwo takich, które trudno było napędzać do owczarni kościelnéj; a gdy czterdziestego ósmego roku więźniów wypuszczono, wrócił Wojciechowski razem z nimi do Księstwa, gdzie mu niebawem powierzono zastępstwo proboszcza, nie wiem już jakiéj parafii, na prowincyi. Niedługo tam jednak pobawił, bo już piędziesiątego roku zajmował ważne miejsce nauczyciela religii przy gimnazyum Maryi Magdaleny i regensa alumnatu. Wtedy to miałem sposobność poznania się z nim i ocenienia jego wartości, a żyliśmy z sobą odtąd w bliskich stosunkach przez wszystkie lata, które przepędził w Poznaniu.
Trudnoby znaleść odpowiedniejszego, pod względem religijnym, kierownika młodzieży, jak był nim ksiądz Walenty; nie jest to frazes, panie Ludwiku, spytaj się jakiegokolwiek z wychowańców, którzy pod nim alumnat, gimnazyum, albo seminaryum duchowne przebywali, a każdy to przyzna. Nie odznaczał się wprawdzie uczonością lub wyższem uzdolnieniem, jak Prusinowski i Janiszewski, lecz gruntownym rozsądkiem w mowie, postępowaniu i nauczaniu, do tego usposobieniem łagodnem i względnem dla innych, czem sobie zyskać potrafił zaufanie wszystkich, na każdem stanowisku, które zajmował.
Uczniowie i klerycy szczerze byli do niego przywiązani, bo, okazując im rzetelną życzliwość, daleki od zapałów i uniesień, przemawiał spokojnie do ich rozumu i do ich sumienia, a życiem swojem dawał im przykład gorącéj wary i chrześciańskiéj prostoty. Kazania jego, z których niejedno słyszałem, wolne od zwrotów retorycznych, nieobliczone na to, aby działać na fantazye, lub na nerwy, miały głównie na celu pouczanie młodzieży i przekonywanie jéj o prawdzie dogmatów i przepisów kościoła. Pięć lat tylko pracował przy gimnazyum, wszakże działaniem swojem tak wybitnie się odznaczył, iż arcybiskup Przyłuski nie wachał się ani chwili oddać mu kierownictwo naukowe i zarząd seminaryum duchownego, gdy ksiądz Janiszewski Poznań opuścił, udając się na probostwo kościeleckie.
Na tem stanowisku miał Wojciechowski do pomocy księdza profesora Cybichowskiego, który, usposobieniem moralnem do niego podobny, celował znajomością języka hebrajskiego i narzeczy chaldejskich. — Tego, wtenczas młodego księdza, znałem, gdy jeszcze do szkół chodził i widywałem go nieraz u Cegielskiego, u którego parę lat przemieszkał, dozorując jego pensyonarzy. Już jako gimnazyasta był on bardzo sympatycznym objawem; nie tylko miłą zewnętrznością swoją, lecz i przykładnem, spokojnem postępowaniem i łagodnością w obejściu z innymi jednał sobie przychylność wszystkich.
Pod tym względem nie zmienił się nigdy, ale w późniejszych czasach dostrzedz w nim było można pewien wstręt do towarzystw, a pociąg do samotnego, nieco ascetycznego życia, spowodowany już to usilną pracą nie tylko w obrębie nauk teologicznych, lecz i innych, mianowicie botaniki. Arcybiskup Ledóchowski, gdy przybył do Poznania, polubił niebawem ks. Cybichowskiego jako wzorowego kapłana i uczonego orientalistę, a postarawszy się dlań w Rzymie o godność biskupią, wysłał go do Gniezna, powierzając mu przytem regenturę tamtejszego seminaryum praktycznego. Od chwili gdy Poznań opuścił, nie spotkałem się już z księdzem biskupem i nie znane mi są szczegóły jego pobytu w Gnieźnie, wiem tylko, że i on wierność kościołowi przypłacił kilkomiesięcznem więzieniem, a odzyskawszy wolność i wróciwszy na stanowisko swoje, przeżył jeszcze lat kilka bez rozgłosu, mało komu się udzielając, zwłaszcza iż coraz bardziéj szwankował na zdrowiu, którego ani pobyt w Algeryi, jak mi powiadano, ani rady lekarskie przywrócić mu nie mogły. Umarł w sile wieku, zostawiając znajomym miłą pamięć skromnego i przykładnego żywota swego, oraz żal, iż okoliczności i śmierć przedwczesna nie pozwoliły mu wyraźnie i z pożytkiem dla późniejszych pokoleń uwydatnić owych zasobów naukowych i zdolności, które posiadał.
Niemal równocześnie z nim dostał się do Gniezna ks. Wojciechowski w godności kanonika, którą mu arcybiskup Ledóchowski kilkonastoletnią jego sumienną pracę przy gimnazyum i seminaryum wynagrodził. — Przykro było nam bliższym znajomym rozstać się z nim, bo ktokolwiek z księdzem Wojciechowskim przestawał, przymioty jego serca i charakteru cenić musiał. Zawsze sobie równy, nie szukając blichtrów, nie robiąc przydatków, pełen naturalnéj prostoty, trzymał się prawdy i mówił co myślał; szczerym był i swobodnym w towarzyskich stosunkach, skorym do przyjacielskich usług i niezmiennym w swoich uczuciach. Pierwsze lata w Gnieźnie ubiegły mu normalnie i spokojnie, lecz zaledwie wypełniać zaczął obowiązki oficyała, które mu arcybiskup w połowie siedemdziesiątego trzeciego roku powierzył, spadły nań trybulacye kulturne, tem bardziéj się dając we znaki, iż o ustępstwach z jego strony nie mogło być mowy.
To też z początkiem wiosny roku siedemdziesiątego czwartego osadzono go pod klucz w Bydgoszczy i trzymano w więzieniu blizko sześć miesięcy. Nie stracił tam zwykłego spokoju swego, zwłaszcza iż, stosując się od pierwszéj chwili do nowego położenia, rozłożył sobie rozsądnie godziny dzienne na pracę naukową, modlitwę, roboty ręczne i przechadzki po pokoju, tak że mu jakoś dość znośnie czas mijał bez nadzwyczajnych dolegliwości moralnych. Sam mi to powiadał, gdy mnie odwiedził przyjechawszy do Poznania wkrótce po swojem wypuszczeniu. Zdawał nam się wtenczas mniéj więcej takim samym, jakim był dawniéj: nieco wprawdzie ociężał, wspomniał także o odzywającym się czasami niepokoju serca, ale nic nie okazywało, iżby zagrożonym był i wierzyć własnym oczom nie chciałem, gdy z początkiem czerwca następnego roku ujrzałem w dziennikach wiadomość o jego śmierci. Umarł mając lat piędziesiąt sześć na chorobę sercową, jak mi mówiono, do któréj przyspieszonego rozwoju więzienie znacznie się podobno przyczyniło. Niepotrzebuję ci powiadać, panie Ludwiku, że nas tu wszystkich jego znajomych głęboko zasmuciła ta wiadomość niespodziana, a jeźli będziesz w Gnieźnie, przekonać się możesz o tem, jak wielki mir miał zacny ksiądz Wojciechowski u wszystkich, z którymi zostawał w styczności, z pięknéj tablicy grobowéj, którą, w katedralnym kościele, wdzięczność uczniów i przywiązanie konfratrów pamięci jego poświęciły.
Wspomniawszy ci o Wojciechowskim, panie Ludwiku, pominąć nie mogę jego amicusa i kolegę z czasów alumnackich, księdza Cichockiego, który był tutaj przy nim subregensem oraz drugim nauczycielem religii w gimnazyum. Żyli z sobą w najlepszéj zgodzie, chociaż zaraz na pierwszy rzut oka występowała w ich osobach znaczna różnica. Ks. Cichocki był niskiego wzrostu, dobréj tuszy, przytem ruchawy bardzo i żwawy, a jego pełna, rumiana twarz, ocieniona gęstym czarnym włosem, uwydatniała niemal ciągle sympatyczną i wrodzoną wesołość, podczas gdy Wojciechowski, wyższy, zwykle spokojny i poważny, wywierał nań wpływ starszego, ale życzliwego brata. W chwilach wolnych od urzędowych zatrudnień prawie zawsze zastałeś ich razem, a w towarzystwie tych dwóch księży tak nam, bliższym ich znajomym, było swobodnie i przyjemnie, że na brak odwiedzających skarżyć się doprawdy nie mogli. Po przeniesieniu ks. Wojciechowskiego do seminaryum, niedługo także ks. Cichocki pobawił w alumnackiéj siedzibie; powędrował na probostwo do Brodnicy i musiało mu tam być dobrze, bo, ile mi wiadomo, wytrwał aż do końca swego przy powierzonéj mu owczarni. Rzadko już kiedy się z nim spotkałem w mieście, na ulicy i w długie rozchowory zapuszczać się nie mogłem, bo w wiecznym był pospiechu; przypominam sobie tylko, że wesołéj twarzy, błyszczących oczu i sprężystych ruchów nie stracił, ale przytył znacznie i bardzo wcześnie osiwiał. Chociaż, patrząc nań, można mu było wróżyć żywot Matuzala, umarł w sile wieku, już parę lat temu, nie wiem jednak co u niego przedwczesną katastrofę sprowadziło.
Dawniejszy alumnat, o którego dwóch regensach ci wspomniałem, widzisz, panie Ludwiku, że przytyka do obszernego budynku, oddzielonego od ulicy wolnem miejscem, drzewami zasadzonem, które, jak ci mówiłem, zajmowała niegdyś kaplica św. Anny. Gmach ten, niezbyt zresztą pokaźny i dogodny, mieści w sobie, od samego początku katolickie gimnazyum św. Maryi Magdaleny; stanął on tutaj w pierwszych latach po piędziesiątym, gdy jeszcze, za panowania Fryderyka Wilhelma IV, wiały w kołach rządowych prądy dla katolicko-polskiéj ludności nieco pomyślniejsze niż teraz, a przyczynił się do jego założenia głównie dr. Jan Antoni Brettner, który zajął u nas miejsce katolickiego radzcy szkólnego po kanoniku Busławie. Byłem z nim kilka lat w dość blizkiéj styczności, a wywdzięczając się za życzliwość jego dla nas, powiem ci co mi tak jeszcze o nim pozostało w pamięci. Ze szczegółów pierwszéj części jego życia, przed powołaniem do Poznania, nie wiele już wiem, chociaż mi raz, gdy na jakimś urzędowym obiedzie przy nim siedziałem, będąc w usposobieniu weselszem niż zwykle, dość dużo opowiadał. Pochodził z Górnego Szlązka, gdzie jego katoliccy rodzice, we wsi Miechowie, mieli chłopską posiadłość; starczyło im jednak na to żeby syna, okazującego w szkółce wielką chęć do nauki, wysłać późniéj do Wrocławia. W latach dziecinnych mówił tylko po polsku, bo u rodziców i na wsi innego języka nie słyszał, w dalszych czasach zniemczył się zupełnie, jak prawie wszyscy Górnoszlązacy, którzy się z poziomych stosunków domowych na wyższe szczeble wdrapać zdołali. Z mowy rodzinnéj pozostały mu prawie tylko okruszyny w pamięci; rozumiał pojedyńcze jéj wyrazy i zdania z zwyczajnego życia, ale zachował dla niéj pewną sympatyę i skłonność do tych, którzy nią mówili. To też, gdy przybył do nas, chciał przypomnieć sobie, ile możności, lingwę miechowicką, a po kilku latach można było dogadać się z nim jako tako i do uczniów czasem coś powiedział po polsku. Ponieważ jednak wielką mu trudność sprawiało znalezienie wyrazów i ich wymawianie, rzadko kiedy puszczał się na rozmowy polskie. W wyższych klasach gimnazyalnych i jako studiosus musiał po większéj części sam radzić o sobie; zarabiał lekcyami prywatnemi i przez parę lat był korepetytorem w domu jenerała Yorka, znanego ci zapewne z dziejów dwónastego roku. Postanowiwszy puścić się zawodem nauczycielskim, słuchał na uniwersytecie wrocławskim przedewszystkiem matematyki i fizyki, a złożywszy egzamina, uzyskał wkrótce potem posadę przy gimnazyum w Gliwicach, zkąd późniéj dostał się do jednego z gimnazyów wrocławskich, niewiem już do którego. Jako nauczyciel odznaczał się Brettner gruntowną znajomością przedmiotów swoich, a przytem, jak tu widzieliśmy w Poznaniu, tak przystępnym i jasnym wykładem, iż prawie każdy uczeń, co u matematyków niezbyt często się zdarza, rozumiał podawany mu przedmiot i robił w nim postępy. Też same zalety dokładności i jasności znajdziesz, panie Ludwiku, w jego podręcznikach szkólnych, tyczących się matematyki elementarnéj i wyższéj, które wydał jeszcze w Wrocławiu, a z których kilka Milewski Witold przetłómaczył na polskie.
Ponieważ czynnością swoją urzędową i naukową zdolnością, zajął wkrótce wydatne stanowisko w obrębie pedagogicznym i zwrócił na się uwagę zwierzchności, niedziw, że powołano go tutaj roku czterdziestego drugiego na miejsce katolickiego radzcy, do czego przyczyniła mu się także owa, chociaż nieświetna, znajomość języka polskiego. Z początku, nim się zapoznał z obowiązkami nowéj posady, nim się oswoił należycie ze stosunkami tutejszemi i ludźmi, widać było jakąś niepewność w postępowaniu jego, niekiedy niezręczność i szorstkość względem podwładnych i nieufność do Polaków; wszakże zmieniło się to z postępem czasu. Niegrzeszył wogóle Brettner wyższym towarzyskim polorem, nieraz popadał w niemałe rozdraźnienie, do czego przyczyniały się także jego dolegliwości fizyczne, ale był, jak to mówią, z gruntu dobrym człowiekiem, z rzetelnem poczuciem sprawiedliwości, bez fałszu i skrytych zamiarów, a późniéj dla nas, w obrębie swoim, ile mógł, życzliwym i pomocnym. Powiedziałem ci już dawniéj o przygodach i niefortunnych skutkach, które spisek z czterdziestego szóstego roku sprowadził na gimnazyum St. Maryi Magdaleny; przypomnisz sobie między innemi, że dyrektor ówczesny ks. Prabucki usuniętym został i szkołę na kilka tygodni zamknięto. Otóż, czy i o ile się Brettner do tego przyczynił, uchodzi méj wiadomości, ale przypominam sobie, że Prabucki jemu głównie winę swego wydalenia przypisywał, zwłaszcza że już i przed tem niebyli z sobą w zbyt serdecznych stosunkach. Opróżnione miejsce dyrektora zajął Brettner, z początku tymczasowo, wkrótce zaś stale i wytrwał na niem aż do końca, a nietracąc stanowiska radzcy, był, co się rzadko zdarza, lat blisko dwadzieścia w urzędzie razem przełożonym swoim i podwładnym, tak iż musiał sam do siebie robić podania i sprawozdania, odpowiadać sobie i dawać przepisy.
Czterdziestego ósmego roku rozpuszczono gimnazyum katolickie, ponieważ kilkunastu jego uczniów zbiegło do obozów ochotniczych i gdy Niemcy tutejsi na swoich wiecach politycznych, odbywanych w Odeum, domagali się natarczywie zniesienia „owego gniazda szerszeni“, w czem przodował im z zawziętością jeden z niemieckich nauczycieli gimnazyalnych, zawdzięcza ten zakład ocalenie swoje głównie Brettnerowi, który, pojechawszy do Berlina, przedstawił ministerstwu rzecz w prawdziwem świetle. Wsparły go silnie wytrwałe zabiegi posłów naszych w stolicy i w Frankfurcie, którym udało się wymódz pewne ustępstwa, rozrzedzić tutaj nieco ciężką aurę, gniotącą płuca polskie, przedewszystkiem zaś zabezpieczyć w szkołach ojczystemu językowi pewną cześć koniecznego wpływu na rozwój umysłu uczniów polskich. Brettner nie okazał się bynajmniéj przeciwnym dla nowego prądu, lecz owszem szerzył go i wspierał, ile mógł, do końca swego życia, chociaż nie szło mu to zbyt łatwo, bo w tutejszym zarządzie i w kołach ministeryalnych napotkał nieraz na opór i niechęci. Mając dozór i opiekę nad szkołami katolicko-polskiemi, dbał gorliwie nie tylko o potrzeby ich materyalne, lecz z równą troskliwością starał się wyjednać im i zabezpieczyć to, co dla nich było korzyścią moralną i duchową. Po długich korowodach z władzami przeprowadził zbudowanie nowych gmachów gimnazyalnych w Trzemesznie i Poznaniu, aby wzrastającą każdorocznie liczbę uczniów można było pomieścić dogodnie i dopomógł Wojciechowi Lipskiemu wpływem swoim u rządu do założenia trzeciego gimnazyum katolickiego w Ostrowie, a nazbyt skromne wtenczas etaty nauczycieli przy owych zakładach, za jego usilnem staraniem, podwyższone zostały po dwakroć.
Zasada bezwzględnego wytępiania naszego żywiołu nie była wtenczas jeszcze tak stałą i powszechną, jak teraz, a Brettner nie tylko o niéj nie marzył, lecz owszem, uznając niezbędną potrzebę działania na serce i umysł młodzieży, osobliwie w początkach jéj kształcenia, za pomocą mowy rodzinnéj, trzymał się zawsze tego ludzkiego, moralnego i rozsądnego przekonania. Za jego czasów wykładano w niższych klasach wszystkie przedmioty po polsku, w średnich połowę, a trzecią część w wyższych; nauka zaś polskiego języka, teraz dowolna i po za plan wyrzucona, jako coś niewłaściwego i zbytecznego, była w szkole i przy egzaminach obowiązkową, a nawet trzema godzinami tygodniowo wyposażoną. Dla tego starał się Brettner ile możności o nauczycieli Polaków, którzy też w większéj części posady przy gimnazyach i seminaryach katolickich zajmowali; nawet dwóch Polaków, Milewskiego i Szóstakowskiego, udało mu się osadzić na miejscach dyrektorów gimnazyalnych. Milewski, po kilku latach dyrektoratu w Trzemesznie, zyskawszy uzdolnieniem i postępowaniem swojem uznanie powszechne, zawdzięczał głównie zabiegom Brettnera, że go jako drugiego katolickiego radzcę do rejencyi poznańskiéj wezwano.
Takie rzeczy w obrębie szkólnym u nas zdają ci się teraz istną mytologią, bo widzisz, jak świat ten obecnie wygląda; man hat gründlich ausgerottet, bo po wojnie francuzkiéj wymagał tego podobno interes kultury, wszakże wątpię, czy chrześciańskiéj. Z Milewskim, pierwszemi laty, zgadzał się Brettner w urzędowych czynnościach jak najlepiéj, mieli bowiem obadwaj co do zadania szkoły i potrzeb miejscowych też same przekonania; w ostatnich jednak czasach zgoda między nimi nie była wzorową. Naczelny prezes Beuermann nie stawiał mu zbytecznych przeszkód, tylko kolega jego, radzca Mehring, osobliwie zaś prezes Wegnern, będący od samego początku przedstawicielem obecnego systemu, starali się częstokroć usuwać jego wnioski i zamiary uniemożebnić, a wpływ ich na pierwotne jego usposobienie stał się z czasem widocznym. Niejedna dobra chęć Brettnera poszła skutkiem tego na wiatr, jak n. p. jego zabiegi o założenie jeszcze dwóch czy trzech katolickich gimnazyów w Księstwie, szczególnie zaś o przywrócenie gimnazyum trzemeszeńskiego, gdy, jak ci dawniéj opowiadałem, sześćdziesiątego trzeciego roku rząd je rozwiązał; słyszałem nawet, że od narad nad tą ostatnią sprawą zupełnie go usunięto.
Jako dyrektor i nauczyciel pozyskał sobie Brettner rzetelny szacunek i życzliwość uczniów, a przytem zaufanie naszéj publiczności. Zbyt grzecznym w obejściu nie był, ale za to sprawiedliwym i wyrozumiałym, zwykle spokojnym, a we wszystkiem, co czynił, spostrzedz mógłeś pewną sympatyę do nas; to też dla nauczycieli polskich okazywał się wogóle przychylnym, zwłaszcza że, o ile pamiętam, w gimnazyum Maryi Magdaleny tylko dwaj nauczyciele Niemcy kilkakrotnie wytaczali przeciw niemu skargi do wyższéj instancyi. Przyznać jednak muszę, że z ks. Prabuckim czterdziestego szóstego roku i z czterema jego sociis malorum mógł był, co do formy przynajmniéj, postępować sobie trochę względniéj. Z uczniami obchodził się łagodnie; karać nie lubił i drobniejsze przekroczenia wybaczał, a ponieważ z nauki jego w wyższych klasach dużo korzystali, przedewszystkiem ponieważ nie widzieli w nim wrogiego dla narodowości polskiéj usposobienia, bo w ważniejszych okolicznościach i na publicznych zebraniach szkolnych zawsze do nich po polsku przemawiał, chociaż łamanym językiem, czuli do niego pewien pociąg i wdzięczność, a liczba ich, ciągle wzrastając, doszła, już w pierwszych latach jego dyrektoryatu, do siedmiuset piędziesięciu przeszło, tak iż niższe i średnie oddziały, jakkolwiek je podzielono, były dosłównie zapchane.
Do tego, co ci pobieżnie tylko nadmieniłem, panie Ludwiku, dodam, że pracowitości Brettnerowi nie można było odmówić; miał roboty aż nadto, bo prócz spraw owych trzech bardzo licznych gimnazyów, prócz obowiązków dyrektorskich, oraz lekcyi matematyki i fizyki w wyższych klasach gimnazyum poznańskiego, należały do jego obrębu jako radzcy dwa seminarya nauczycielskie i szkoły elementarne w kilku powiatach. Mimo to obrabiał jeszcze nowe wydania swoich podręczników, a po ustąpieniu na dyrektoryat międzyrzecki profesora Löwa, objął po nim przewodnictwo w tutejszem Towarzystwie nauk przyrodzonych (Naturwissenschaftlicher Verein), o którem ci już dawniéj wspomniałem, i miewał na posiedzeniach jego częstokroć prelekcye tyczące się świeżych wynalazków w fizyce eksperymentalnéj, zajmując słuchaczy jasnem przedstawieniem rzeczy i zręcznością odpowiednich doświadczeń.
Z rodziną Brettnera spotykałem się nieraz, miałem więc sposobność dostrzeżenia dziwnych stosunków religijnych, które w niéj zachodziły. Żona jego, cicha, łagodna i dobroduszna osóbka, była protestantką, ale cała jéj powierzchowność, osobliwie wygląd twarzy, zdradzały semickich antenatów, których cechą obdarzyła większą cześć swych dzieci. Starszego syna nie widziałem wcale; umarł on gdzieś w innéj prowincyi i w młodym bardzo wieku, ledwo rozpocząwszy zawód praktycznego lekarza; młodszy syn, który tutaj szkoły przebywał i do odznaczających się uczniów nie należał, chodził na lekcye religii katolickiéj. Wszystkie trzy córki w wierze poszły za matką, druga nawet, jasna blondynka, z resztą rodzeństwa najmniejszego nie mająca podobieństwa, wyszła za znanego z gorliwości pastora na Pomorzu, najmłodsza zaś została późniéj katoliczką, wstąpiła nawet do zakonu Urszulanek w Świdnicy i tam u niéj w klasztorze matka ostatnie lata życia swego po większéj części spędziła, nie zmieniwszy jednak swego wyznania.
Rozstał się Brettner z tym światem niemal nagle, gdyż, ile pamiętam, pod koniec sześćdziesiątego szóstego roku, chociaż się czuł bardzo słabym, dał jeszcze w sobotę lekcye matematyki prymanerom, a wieczorem następnéj niedzieli już nieżył. Główną przyczyną śmierci była choroba, która trapiła go oddawna. Kamienie nerkowe dokuczały mu prawie ciągle i sprawiały co rok kilkakrotnie gwałtowne przesilenia w organizmie, połączone ze srogiem cierpieniem. Opowiadał mi raz o swoich dolegliwościach i pokazał słojek pełen tych fatalnych kamyczków, między któremi było dużo większych od grochu. Umarł, zdaje się, jako katolik, słyszałem bowiem, że w ostatnich chwilach odwiedził go ks. regens Bielewicz.
Pogrzeb odbył się bardzo uroczyście; rynek bernardyński i poboczne ulice przedstawiały widok niezwykły; kilka set gimnazyastów w szeregach, za nimi duchownych kilkadziesiąt z ks. biskupem Stefanowiczem, przedstawiciele władz rządowych, mnóstwo obywateli z prowincyi i tłumy ludu, wszystko to nieboszczykowi towarzyszyło na cmentarz świętomarciński, gdzie go złożono w bliskości Marcinkowskiego i gdzie mu dawniejsi uczniowie wystawili pomnik z napisem polskim, oddając chołd pamięci zasłużonego pedagoga z wdzięczności za to, że chociaż Niemiec i urzędnik pruski, okazywał się sprawiedliwym dla narodowości naszéj i bronił, ile mógł rozumnéj i moralnéj zasady prawem boskiem i ludzkiem wszędzie, prócz u nas, uświęconéj, że wykształcenie młodzieży na podstawie jéj ojczystego języka odbywać się powinno. Patrząc na teraźniejsze stosunki w obrębie szkólnym, widząc co się dzieje z mową naszą i nauczycielami polskimi, zrozumisz, panie Ludwiku, że my starzy z tęsknotą, i serdecznem uznaniem wspominamy sobie nieraz owe czasy Brettnera, przytem zacne, życzliwe dla nas jego uczucia i chęci.
Nim daléj pójdziem, nie mogę się wstrzymać od krótkiéj wzmianki o pewnem individuum, które tutaj przy pobernardyńskim kościele lat trzydzieści, mniéj więcéj, długiego żywota swego spędziło. Któż z nas nie znał doktora Tomasza Huisona! Prawdopodobnie zjawił on się w Poznaniu jeszcze przed mojem urodzeniem, a zkąd właściwie pochodził, tego nie wiem. Miał, jak słyszałem, antenatów angielskich i robił wrażenie przyswojonego, dość oryginalnego cudzoziemca, ale tu niewątpliwe, że wychował się w Krakowie, gdzie studya lekarskie odbywszy, przybył tu potem do nas i rozpoczął praktykę. Wiem od starszych, że powodziło mu się w tych początkach świetnie, lekarz bowiem Polak był wtenczas jeszcze osobliwością, a dr. Huison, młody, dość przystojny, elegancki w ubiorze i obejściu z ludźmi, trochę kochliwego temperamentu i parlujący po francusku, podobał się w wyższych kołach, szczególnie naszym paniom. Chłopcem będąc przypominam go sobie jeżdżącego, z miną wesołą, pięknym koczykiem, latem w granatowym fraku i nankinowych spodniach. Ponieważ illis temporibus dużo było miennego obywatelstwa i za wizyty Eskulapom częstokroć dukatami płacono, zebrał sobie nasz doktor znaczny kapitalik i postanowił użyć trochę szerszego świata. Puścił się więc za granicę, zwiedzał rozmaite kraje, bawił długo w Francyi i w Włoszech, gdy zaś po kilku latach wrócił do Poznania, zastał tu stósunki znacznie zmienione; wzmogła się liczba kochanych kolegów, dawniejsza klientela znikła lub zapomniała o nim, o nową coraz trudniéj było; mimo to miał jeszcze dość długo konie i powóz. Ale gdy z postępem starości zyskowna praktyka powoli ustawała, przeszedłszy do piechoty i przyjąwszy miejsce alumnackiego lekarza, odstrychnął się prawie całkiem od ludzi i żył do końca swych dni samotnie i niemal bezczynnie w pobernardyńskim klasztorze, gdzie mu dano urzędowe mieszkanko. — Wszakże organizm jego był silny, doszedł on bowiem do lat dziewiędziesięciu, a kończąc bez rozgłosu swój żywot siedemdziesiątego piątego roku, jako stary kawaler, przekazał, w braku potomków i rodzeństwa, resztę zaoszczędzonéj fortuny dwom czy trzem przyjaciołom, którzy się w ostatnich czasach bardzo nim zajmowali.
Tuż przy gimnazyum, widzisz, panie Ludwiku, tę żółtą, jednopiętrową kamieniczkę; pozór jéj nieszczególny, zatrzymamy się jednak przy niéj nieco dłużéj, bo posiadał ją i zamieszkiwał lat przeszło dwadzieścia, aż do śmierci swojéj, jeden z moich najdawniejszych przyjaciół, który li tylko własną pracą swoją i zasługą pozyskał sobie dobre imię i szacunek powszechny w społeczeństwie naszem. Pierwsza moja z nim znajomość odnosi się do roku dwódziestego dziewiątego. Wtenczas przyszedłszy do trzeciéj klasy, to jest do teraźniejszéj kwarty, nie mógłem sobie o własnéj sile podołać z Justynem, Fedrem i owem nieszczęsnem typto; dla tego sprowadził mi ojciec kogoś mędrszego do pomocy. — Był nim dziewiętnastoletni, mniéj więcéj, prymaner Jan Rymarkiewicz, który między kolegami jedno pierwszych miejsc zajmował i pilnością, uzdolnieniem, niemniéj jak wrodzoną uprzejmością zapewnił sobie łaskę wszystkich profesorów. Podobał mi się od pierwszéj chwili i polubiłem go wkrótce, zwłaszcza że nie tylko usposobienie jego roztropne, wyborne serce i szczera życzliwość, ale także udatna i miła zewnętrzność jednały mu sympatyę każdego, co się doń zbliżył, a ten dar ujmowania sobie ludzi zachował od lat najmłodszych aż do końca życia.
Mimo to lekcye nasze ledwo parę miesięcy trwały, albowiem pan Żółtowski z Ujazdu wziął go do siebie jako mentora najmłodszego z synów, Franciszka. — Wszakże i na tem stanowisku nie wytrwał Rymarkiewicz zbyt długo, chociaż nie byłby mógł znaleść lepszego, ale nadszedł rok trzydziesty, a z nim ów pamiętny dla nas dwódziesty dziewiąty Listopad. Kilka razy już wspominałem ci o téj dacie, nie chcę więc powtarzać znanych rzeczy, powiem ci tylko, że nasz prymaner, mimo że zbytkiem sił i zdrowia szczycić się nie mógł, wsparty przez pana Żółtowskiego i nawet — jak mi mówił — obdarzony koniem, zachęcony zresztą przykładem jego dwóch starszych synów, przeżegnał gimnazyum, przebył szczęśliwie granicę, jeszcze przed Bożem Narodzeniem stanął na warszawskim bruku i przywdział mundurek. Co się tam daléj z nim działo, przez długi czas nic pewnego nie słyszałem; z tych, którzy powrócili, powiadali jedni, że jest w niewoli, drudzy, że nie żyje. Po kilku latach dopiero słyszeliśmy, że jest w Królestwie, na wsi u państwa Miączyńskich.
Gdy w końcu Września trzydziestego szóstego roku przybyłem do Berlina i wprost z poczty przyszedłem do Wojciecha Cybulskiego, zdziwiłem się i ucieszyłem wielce zastawszy tam od lat sześciu niewidzianego Rymarkiewicza; poznałem go na pierwszy rzut oka, bo, chociaż zmężniał trochę i urósł, mało co zresztą się zmienił. Był on już od paru miesięcy w Berlinie, mając pod opieką dwóch najmłodszych Miączyńskich, Mieczysława i Witolda, z których pierwszy hospitował na kolegia i uczył się prywatnie, drugi chodził do szkoły. Zagrożone jego stanowisko w Prusach, jako winowajcy z trzydziestego pierwszego roku, który prócz tego niestawił się do służby wojskowéj, zabezpieczał od urzędowych nagabywań jakiś paszport rosyjski. Całe cztery lata spędziliśmy tam z sobą, widując się niemal codzień w uniwersytecie i odwiedzając częstokroć nawzajem.
Z początku słuchał Rymarkiewicz prawa, zwłaszcza że kolegia Sawignego i Gansa zrobiły na nim silne wrażenie; wkrótce jednak, ze względu na przyszłość swoją, zachęcony radą Cybulskiego, przeszedł do fakultetu filozoficznego, pracować zaczął w językach starożytnych i obcych, przedewszystkiem zaś w historyi powszechnéj i literaturze ojczystéj. Razem z Cybulskim, jako wiekiem najstarsi, jako wiarusy, którzy wojnę i niewolę przebyli, zajmowali w bardzo licznem wtenczas kole studyozów polskich wybitne stanowisko. Rymarkiewicz cieszył się życzliwością wszystkich, nietylko tych, którzy istotnie dla nauki siedzieli w Berlinie, lecz i znacznego zastępu młodych paniczów z Księztwa, Galicyi i Królestwa, mało co dbających o uniwersytet; ujmował ich bowiem łatwością w pożyciu i polorem towarzyskim. Mało już takich, panie Ludwiku, którzy sobie owe berlińskie czasy Rymarkiewicza, z szczerem zawsze zadowoleniem przez niego wspominane, przypomnieć mogą, lecz pozostałe jeszcze jednostki poświadczą ci co mówię, że i w duchu patryotycznym, w zasadach moralnych i w kierunku rozbudzania zapału do nauk oraz idealnego zapatrywania się na stosunki życia i potrzeby nasze, Rymarkiewicz współkolegom uniwersyteckim za wzór niewątpliwie mógł służyć.
Na schadzkach naszych i zebraniach, w częstych dysputach filozoficznych, literackich i politycznych, bywał jednym z głównych oratorów, a w rodzinach polskich, bawiących wtenczas dłużéj lub krócéj w Berlinie, zawsze pożądanym gościem. Mimo przyjemnego i pożytecznego życia, którego używał, trapiła go jednak ciągle myśl niepewności przyszłego losu i utrzymania, zwłaszcza, że w ciągu czterdziestego roku pani Miączyńska odebrała mu swoich synów, rozporządzając nimi inaczéj. Wybawiły go z ciężkich kłopotów znane ci wypadki owego roku; wstąpienie na tron Fryderyka Wilhelma IV sprowadziło u nas amnestyę za rok trzydziesty i w kołach rządowych znacznie łagodniejsze prądy. Rymarkiewicz wrócił do Poznania, z pomocą Marcinkowskiego i innych przychylnych osób załatwił trudności nienormalnego położenia, a pod względem materyalnym znalazł niebawem byt zabezpieczony, bo państwo Skórzewscy z Czerniejewa powierzyli mu swego jedynaka Zygmunta, którego wychowaniem i wykształceniem, niewiem już ile lat, troskliwie się zajmował. Na prywatnéj pedagogii niemógł jednak skończyć; studya jego w Berlinie były, że tak powiem, dorywcze; przerywały je ciągle zatrudnienia i podróże z ówczesnymi elewami, liczne stosunki towarzyskie i pokusy literackie; postanowiwszy więc zająć jak najprędzéj stanowisko samoistne i urzędowe, złożyć egzamin na nauczyciela szkół wyższych, zabrał się niebawem do usilnéj pracy, aby odświeżyć i uzupełnić co do tego było potrzebne. Główną zawadą było dla niego, że wykazać niemógł świadectwa dojrzałości, ale ówczesny minister oświecenia Eichhorn, stary i dobroduszny jegomość dał się nakłonić do usunięcia téj przeszkody, uwzględniając czteroletnie zapisy uniwersyteckie Rymarkiewicza.
W pierwszéj połowie czterdziestego drugiego roku pokutowałem jeszcze w Międzyrzeczu, gdy pewnego dnia otworzyły się drzwi mego pokoju i ze zdziwieniem ujrzałem wchodzącego pana Jana. Wracając wprost z Berlina, po złożeniu egzaminu przybył, aby amicusa odwiedzić w przejeździe i zabawił dwa dni u mnie, zwłaszcza że dyrektor Kerst obszedł się z nim po przyjacielsku i prowadzał po klasach ówczesnéj szkoły realnéj. Kilka lat późniéj zdał Rymarkiewicz egzamin dodatkowy i postarał się o tytuł doktorski, przesyłając do uniwersytetu w Giessen odpowiednią rozprawę, któréj, ile mi wiadomo, drukować nie dał. Z powrotem do Poznania znalazł gotowe już miejsce; powołano go bowiem zaraz do gimnazyum fryderykowskiego, gdzie po ustępującym Józefie Łukaszewiczu objął naukę języka polskiego, do któréj mu dodano w kilku klasach lekcye francuzkiego; były to przedmioty, któremi najchętniéj się zajmował. Powodzenie w owem gimnazyum miał bardzo pomyślne, bo nie tylko Wendt, pierwszy dyrektor téj szkoły i bezpośredni jego dwaj następcy, uznając osobiste przymioty i korzystną pracę młodego nauczyciela, szczerze mu sprzyjali i postępowali z nim jak najwzględniéj, lecz i uczniowie, jakkolwiek w najznaczniejszéj liczbie narodowości niemieckiéj, rzetelnym dla niego przejęci szacunkiem, nigdy mu powodu do skarg nie dawali. Dla tego też, gdy parę lat urzędował tymczasowo i, chcąc stanowisko swoje upewnić, wniósł do rady szkólnéj o opróżnione etatowe miejsce w Ostrowie, uzyskał natychmiast etat bez przeniesienia.
Roku czterdziestego szóstego znalazł się nasz Rymarkiewicz w trudnem położeniu; sympatye ciągnęły go do ówczesnych knowań politycznych, liczni przyjaciele i dawniejsi towarzysze broni, którzy do spisku należeli, wywierali nań wpływ nie mały i, zdaje się, że przez czas niejaki szedł wraz z nimi; pamiętam przynajmniéj, że, gdy pewnego razu wszedłem do niego, zastałem tam piszącego przy biórku Alcyatę, jednego z emisaryuszów wersalskich. Ponieważ pan Jan zdawał się nieco zmięszanym, Alcyato zaś udał, że mnie niezna, chociaż widzieliśmy się kilkakrotnie w Paryżu, przeto skróciłem moje odwiedziny, nie chcąc obydwom zawadzać. Jak koniec końcem było z tą całą sprawą, nie wiem, panie Ludwiku, bo późniéj o nią Rymarkiewicza nie pytałem, lecz nie miała dla niego złych następstw i wyszedł z niéj cało, jak i wielu innych. Wypadki zaś czterdziestego ósmego roku pociągnęły za sobą w położeniu jego nader korzystną zmianę, od dawna upragnioną, dostał się bowiem, głównie za staraniem radzcy Brettnera, do gimnazyum Maryi Magdaleny, przy którem wytrwał lat dwadzieścia sześć, dopóki mu sił starczyło. Nim jednak wspomnę o jego działaniu w tym zakładzie, przytoczę ci wpierw najważniejsze szczegóły, tyczące się pierwszych dziejów naszego profesora, abyś go należycie ocenić potrafił, zwłaszcza iż należał do owych ludzi, którzy z niskiego poziomu, tylko przez pracę swoją i siłę moralną dobyli się na wyższe stanowisko w spółeczeństwie.
Nie daléj jak dziesięć lat temu szliśmy sobie razem ku Dębinie, i przy téj sposobności opowiedział mi Rymarkiewicz o początkach swoich oraz o przygodach z czasów listopadowego powstania. Otóż urodził on się jedenastego roku w Łobżenicy, gdzie ojciec jego osiadł w ostatnich latach przeszłego wieku. Ów ojciec, imieniem Andrzéj, Litwin z pochodzenia, za czasów Kościuszkowskich służąc w konnicy pułkownika Dzierzanowskiego, zaskoczony przez kozaków przy furażowaniu w Tupadłach, uszedłszy im szczęśliwie i nie chcąc wpaść znowu w ręce moskiewskie, powędrował za pruską granicę. Tutaj zarabiał z początku na życie, chodząc jako wyrobnik, a potem znalazł dłuższy przytułek i wyuczył się szewieckiego kunsztu w jakiejś mieścinie, z któréj, będąc już czeladnikiem, zaszedł wreszcie do Łobżenicy, ożenił się z Maryanną Kryjańską, córką sołtysa w pobliskiéj Kruszce i rozpoczął proceder na swoją rękę. Ponieważ zarobek był niezły, osobliwie gdy przechodzącym częstokroć żołnierzom francuzkim mnogo butów trzeba było dostarczać, ponieważ żona przyniosła z sobą nieco grosza, przedewszystkiem zaś zaradnie i oszczędnie gospodarzyła, znalazł się z czasem własny domek i dość znaczny kawałek roli, tak iż pięciu synów i córkę nasz majster mógł postawić na nogi. O ich wychowanie najwięcéj dbała matka; dwaj starsi synowie, poduczywszy się z grubszego, znaleźli utrzymanie pracując w biurach sądowych; obydwóch dość dobrze znałem, bo byli potem w Poznaniu.
Jan, najmłodszy z rodzeństwa, przebywając szkółkę łobżenicką, miał dwóch dobrodziejów, którzy się nim zajęli; ksiądz Manthey dawał mu lekcye łaciny, a jakiś stary emigrant z nad Sekwany nauczył go trochę po francuzku. Rodzice pragnęli, aby się na tem nie skończyło, zwłaszcza iż mały Jaś okazywał wielką ochotę do nauki; gdy więc szczęśliwym sposobem, dwódziestego drugiego roku, brat jego starszy Kaźmierz dostał miejsce przy sądzie w Wschowie, zabrał go z sobą i umieścił w tamtejszem progimnazyum, którego rektor Fechner, ówczesni nauczyciele: Antoni Popliński i Radojowski wzięli go pod swoją opiekę. Małe zasiłki z domu, osobliwie pomoc brata, pozwoliły mu wytrwać trzy lata w téj szkole, którą ukończywszy z odznaczeniem, przybył do Poznania i zasiadł na tercyanerskiéj ławie. W pierwszym czasie miał go tu u siebie brat najstarszy, Baltazar, wkrótce jednak zarobek korepetytorski starczył mu po większéj części na utrzymanie. Chociaż, jak ci wiadomo, należał do wzorowych uczniów, musiał przecież dwa lata pokutować w sekundzie, gdzie wtedy siedziało się zwykle rok jeden, bo raz w wierszach łacińskich skoszlawiły mu się jakieś imperatiwy, czego mu dyrektor Jacob, zapalczywy purysta, wybaczyć nie mógł, bez względu na to, że świadectwo jego we wszystkich przedmiotach, nawet w łacinie, było zupełnie dobre.
Gdy potem trzydziestego roku z prymy drapnął do Warszawy, stawił się zaraz do wojska, a chcąc być między znajomymi, wstąpił do drugiego szwadronu jazdy poznańskiéj, pod bezpośrednią komendę porucznika Szmytkowskiego. Uczuł jednak niebawem, że słaby organizm z konikiem i lancą nie da sobie rady; trapiony mocnym bólem piersi, pokazał się Marcinkowskiemu, który, zbadawszy stan jego, powiedział mu lakonicznie: „Ruszaj, zkąd przyszedłeś, albo przynajmniéj idź do piechoty, bo zdechniesz i Moskala nie zobaczysz!“ O powrocie naturalnie ani pomyślał, lecz przeniósł się do czternastaków piechoty kaliskiéj, których pułkownik Krasicki zorganizował w Zgierzu. Po dwóch miesiącach ćwiczeń i służby, mianowany podchorążym, z brygadą Niesiołowskiego podążył nad Wisłę, do Kozienic i tutaj, w pomyślnéj potyczce, po raz pierwszy nawąchał się prochu. Wkrótce potem znalazł się pan Jan w zawziętym tańcu, bo pułk jego, wcielony do dywizyi Paca, goniąc za nieprzyjacielem, musiał nad Nurem, ustawiwszy się w czworobok, trzykrotnie odpierać napad kirasyerów moskiewskich, którzy bardzo źle na tem wyszli. Wszakże pomściła ich Ostrołęka, bo w téj bitwie czternasty pułk mocno przerzedzony został, stracił mnóstwo wiarusów, kilkunastu oficerów, nawet swego pułkownika, zabranego w niewolę. Gdy się potem wojsko polskie w odwrocie zbliżyło do Warszawy, odbywał Rymarkiewicz z pułkiem swoim kilkakrotne rekonesanse, w których pod Bolimowem i Nieborowem przyszło do krwawych potyczek. W ostatnich niefortunnych przejściach powstania, pułk czternasty, przyłączony do korpusu Romarina, bił się jeszcze dość korzystnie w pobliżu Łukowa i pod Rogoźnicą, ścigając Rosena do Brześcia, gdzie nasz podchorąży został podporucznikiem, ale krótko trwała pogoń pomyślna; przez niezdolność i niedbalstwo Romarina, Bosen uszedł szczęśliwie i niebawem, znacznie wzmocniony, podążył za idącym ku Zamościowi korpusem polskim, który mu się oparł pod Opolem. W tem spotkaniu dla naszych niepomyślnem, nie tylko Władysław Zamojski w twarz ciężko rannym został, ale i Rymarkiewicza, dotychczas niedraśniętego nawet, fortuna opuściła. Uwijając się w linii tyralierskiéj z karabinem w ręku, otoczony przez tłumnie nadbiegających Moskali, ranny bagnetem w lewy bok i powalony na ziemię, dostał się do niewoli. Zbili go kolbami bracia Słowianie, odarli natychmiast, zostawiając tylko spodnie i koszulę, zawlekli do ekonomskiéj chałupy w Kluczkowie, gdzie Rosen miał kwaterę, i stawili jako buntowszczyka warszawskiéj akademii. Jenerał okazał się dość ludzkim dla niego; wybadawszy jeńca i przekonawszy się, że nie warszawski akademik podał sam trzęsącemu się od zimna szklankę gorącego piwa, kazał mu ranę opatrzyć i zaprowadzić go do lazaretu. Pędzono go zatem z mnóstwem innych do Opola, gdzie pierwszą noc, wycieńczony i zbolały, przesiedział całą na klocu przed karczmą, a nad ranem dokuczały mu żydki, które, obskakując około niego i skrobiąc mu marchewkę pod nosem, śpiewały znaną wtenczas piosenkę rewolucyjną: „Przelejemy krew!“ Przechodząca tamtędy służąca rozpłakała się na ów widok i pobiegła opowiedzieć swéj pani, a pani ta, nazwiskiem Kotarbińska, była dla schorzałego jeńca troskliwą opiekunką gdy kilka tygodni w opolskim lazarecie przeleżał. Skoro jakokolwiek wyzdrowiał, popędzono go do Lublina, potem ku Brześciowi litewskiemu, odzianego w płócienną kurtkę, chociaż już zimno dokuczało; szczęściem na drodze spotkała go przejeżdżająca pani Zajączkowska, zlitowała się nad nim i okryła wybladłego lekkim płaszczykiem damskim.
W Brześciu trzymano jeńców dni kilka w spustoszałym i zrujnowanym kościele, a w dalszéj przeprawie przez Nieśwież do Mińska, Rymarkiewicz, którego trapić zaczęła gorączka, tak zesłabł, że pozostał daleko za innymi i przydano mu żołnierza, aby go popędzał. W tym także przypadku doznał miłosierdzia zacnéj kobiety; gdzieś na popasie ujrzała go pani Januszkiewiczowa, dała mu posiłek, kożuch swego sługi i uprosiła komendanta prowadzącego jeńców, że mu chłopskim wózkiem pozwolił jechać daléj. Gdy przybyli do Mińska, zamknięto wszystkich w więzieniu dla złoczyńców; znalazł się tam między innymi Albin Górecki, o którym ci dawniéj wspomniałem; nie długo się jednak jego towarzystwem cieszył Rymarkiewicz, bo nazajutrz, straciwszy przytomność, przeniesionym został do lazaretu urządzonego, dla mnóstwa chorych, w seminaryum duchownem. Tutaj zajął się nim uczciwy Moskal, lekarz wojskowy Łowzow, który, gdy po kilku dniach pacyent wrócił do przytomności, powiedział mu, że ma ciężką febrę nerwową i zalecił, żeby od felczerów szpitalnych żadnego nie przyjmował lekarstwa. Febra owa srożyła się nie tylko w lazarecie, lecz i na mieście; umarł na nią doktor Łowzow, nim Rymarkiewicz wyzdrowiał, a ponieważ drugiego wojskowego lekarza nie było, powołano do lazaretu z miasta doktora Miaskowskiego. Stary ów jegomość, lecząc właśnie na tę samą chorobę jakąś jenerałowę rosyjską, z jéj przyzwoleniem przynosił mu połowę kosztownych dla niéj zapisywanych lekarstw, co się znacznie przyczyniło do polepszenia jego stanu. Zmuszony jednak słabością do dłuższego pobytu między szpitalnikami, żeby odpędzić nudy, wystrugał sobie szachy ze staréj deski, jako tako, i grywał niemi z mieszkającym w jednéj izbie kryminalnym delikwentem Odachowskim. Wreszcie, gdy partya nowych chorych nadeszła, przeprowadzono Rymarkiewicza za Świsłocz do klasztoru Bazylianek, gdzie spędził kilka tygodni i zdrowie odzyskał zupełnie, dzięki troskliwéj opiece zakonnic, których przełożoną była słynna z późniejszych losów swoich Makryna Mieczysławska. Tam poznał się z rodziną Wańkowiczów, obywateli ziemskich osiadłych w bliskiem sąsiedztwie. Pani Wańkowicz z córką swoją Stanisławą, młodą wtenczas i udatną osóbką, przyjeżdżała często do Mińska i do klasztoru, aby pocieszać i podżywiać biednych jeńców, między którymi wyróżniły niebawem zewnętrzną i wewnętrzną wartość naszego Poznańczyka; niedziw zatem, że w pośród sprzyjających okoliczności, z jednéj strony litość, z drugiéj wdzięczność rozbudziły sentyment gorący w sercach obojga młodych. Skończyło się to wszakże na czułych chęciach i miłych marzeniach; twardy los niepozwolił na urzeczywistnienie ideałów, ślady ich jednak niezatarły się w późnych nawet latach; panna Stanisława znalazła potem innego męża, jakiegoś Litwina, lecz ilekroć wyjechała za granicę swego kraju, nie zapominała o przedmiocie pierwszych afektów, nawet matroną już będąc odwiedziła go tu w Poznaniu pięć lat przed jego śmiercią, a Rymarkiewicz, niemal do końca życia, odczytywał z największą przyjemnością listy, które różnemi czasy odebrał od swojéj dawniejszéj Aldony.
Miłemu dla jeńców pobytowi u Bazylianek położył kres jenerał Strogonow; poddanych tamtejszych wysłał w głąb Rosyi, obcokrajowców zaś rozkazał natychmiast przeprowadzić za granicę. Dla pana Jana był jednak bardzo względnym, gdyż, na prośbę Wańkowiczów i za poręczeniem kilku sąsiednich obywateli, pozwolił mu, jako rekonwalescentowi, pozostać trochę dłużéj. Spędził zatem Rymarkiewicz jeszcze parę niedziel na Litwie, po większéj części w domu Wańkowiczów, dokąd był właśnie wrócił, po odbytéj kilkoletniéj nauce w Wilnie i Petersburgu, syn artysta, który rodzinnemu nazwisku przyspożył rozgłosu. Młodszym ono pokoleniom mało co znane, ale z moich współczesnych każdy na zapytanie o Wańkowiczu powie ci: „wiem, modlący się starzec Wańkowicza i Mickiewicz na skale Budjaku!“ Dwa te główne jego obrazy sztychem i litografią rozeszły się po wszystkich krajach polskich; pierwszy z nich w oryginale widywałem często, wisiał długi czas u Cybulskiego, a drugi oglądać mógł tutaj każdy odwiedzający Rymarkiewicza, któremu się dostał w upominku od rodziny. Nie jest to zbyt świetne dzieło, ale zasługuje na uwagę z powodu że Mickiewicz, kolega uniwersytecki i przyjaciel Walentego Wańkowicza, podobno tylko jemu jednemu z artystów do portretu pozował, jak to mówią. Owego władzcę pędzla poznać miałem sposobność, gdyż mało co późniéj odemnie przybył także do Berlina, gdzie rysował i malował w muzeach i u profesorów, lecząc się przytem na piersiowe niedomagania. Miał wtenczas z pięć, sześć lat ponad trzydziestkę i niewyglądał wcale na szumnego artystę; przeciwnie, niepozorną była jego zewnętrzność i skromną postawa, a na pierwszy rzut oka widziałeś w nim spokojnego i dobrodusznego człowieka, jakim się też okazywał w pożyciu i rozmowie. Spotkać go było można prawie codzień u Rymarkiewicza, którego udatny portrecik zrobił jeszcze na Litwie, lecz i z resztą Polonii berlińskiéj przestawał chętnie. Po kilku miesiącach wyjechał daléj na zachód, aby się kształcić w swojéj sztuce, i osiadłszy w Paryżu, umarł tam czterdziestego drugiego roku na suchoty. Do znakomitości malarskich Walenty Wańkowicz nienależał, ale miał rysunek poprawny i trafne poczucie kolorytu, a gdyby nie wątłe jego zdrowie i śmierć przedwczesna, byłby się talent jego wzniósł na wyższe szczeble. Odznaczył on się głównie jako portrecista; prócz tych, które ci wymieniłem, chwalono bardzo jego portrety pani Szymanowskiéj, matki Mickiewiczowéj, i sławnego skrzypka Lipińskiego Karóla; większych jego kompozycyi niewidziałem, niesłyszałem nawet o nich.
Po tym krótkim epizodzie malarskim, wracając teraz do naszego wyswobodzonego jeńca, powiem ci, panie Ludwiku, że los był dość łaskaw dla niego, bo Strogonow dał się uprosić i pozwolił mu jechać za granicę bez żandarmskiéj opieki, a poczciwe Litwosy nie przestały na tem; sprawiono mu wózik i konika i zaopatrzono w potrzebne rubelki. Pożegnawszy zatem serdecznie dobrodziejów, zabrał z sobą młodego Józefa Daszkiewicza, z Prus pochodzącego i wiosną trzydziestego drugiego roku ruszył w świat. Przepisaną szczegółowo marszrutę schowali do kieszeni, posłyszawszy bowiem powiastkę o Romarynie, że z pomocą Austryaków ściąga siłę zbrojną i wkrótce rozpocznie nową robotę, puścili się przez Pińsk ku Galicyi. Gdy jednak w dalszéj drodze szlachcic jakiś rozwiał ich błędne urojenia, skręcili ku Prusom swój wózek, który potem w Piotrkowie sprzedawszy, furmanką żydowską zajechali do Kalisza, a ztamtąd pan Jan dostał się szczęśliwie pocztą do Krotoszyna, gdzie brat jego Baltazar pracował przy sądzie. Przywitano go z zadziwieniem i tem większą radością, iż, kilka miesięcy wpierw, w przekonaniu o jego śmierci, odbyły się w Krotoszynie i nawet w Ujeździe msze żałobne za jego duszę. Pobawiwszy niedługo u tego brata, jako też u drugiego w Wschowie, odwiedził Rymarkiewicz, uczuciem wdzięczności powodowany, państwo Żółtowskich w Jarogniewicach i przypadek pomyślny dlań zdarzył, że spotkał się tam z pułkownikiem Niegolewskim, który go zaraz z sobą zabrał do Włościejewek, aby mu synka najstarszego przysposobił do gimnazyum.
Pamiętasz przecie, panie Ludwiku co ci wspomniałem dawniéj o wycieczce Władysia Niegolewskiego w trzydziestym pierwszym roku; przerwała mu ona nauki gimnazyalne, zwłaszcza iż rodzice z obawy trzymali go przez czas niejaki u siebie na wsi. Otóż Rymarkiewicz zyskał od razu sympatyę i szacunek swego elewa, którego, ponieważ był równie chętnym jak pojętnym, przygotował przez parę miesięcy tak gruntownie, iż złożył bezwarunkowy egzamin do Tercyi gimnazyum fryderykowskiego. Pod koniec pobytu swego w Włościejewkach zgłosił się Rymarkiewicz do rządu z prośbą o zezwolenie odbycia jednorocznéj służby, lecz gdy się zanosiło na wcielenie go do rot aresztanckich, nie chcąc przywdziać szaréj katanki i kilka lat przepędzić w więzieniu, skorzystał z wezwania pani Miączyńskiéj, umknął z Księstwa i po dwóch latach spędzonych za granicą w Trąbczynie, na dokończenie nauk przeniósł się, jak ci mówiłem, z młodymi Miączyńskimi do Berlina.
A teraz, panie Ludwiku, skoro ci znane już dzieje pierwszéj i drugiéj części jego życia, przejdziem do ostatniéj. Otóż, gdy się dostał do gimnazyum Maryi Magdaleny, objął tam z początku język francuzki w wyższych oddziałach oraz kilka godzin historyi, a pięć czy sześć lat późniéj, po pensyonowaniu profesora Antoniego Poplińskiego, dostało mu się to, czego najbardziéj pragnął, nauka języka i piśmiennictwa polskiego w sekundzie i prymie, którą z wielkim pożytkiem dla naszéj młodzieży i jéj zadowoleniem do końca zawodu swego wykładał. Prócz owych obowiązków nauczycielskich, czekały nań inne. Radzca Brettner powziął do niego od razu wielkie zaufanie, a ponieważ przeciążony był pracą i często cierpiący, oddał niebawem Rymarkiewiczowi, z zatwierdzeniem, rozumie się, ministerstwa, dozór nad czterema niższemi klasami z władza dyrektorską nad niemi i tytułem inspektora. Pan inspektor okazał się tak czynnym i zdolnym na tem stanowisku, że mu je nie tylko pozostawiono pod następcami Brettnera, lecz gdy tenże ciężéj na zdrowiu zapadać zaczął, powierzyła wyższa władza Rymarkiewiczowi tymczasowy dyrektoryat nad całem gimnazyum. Wykonywał go wtenczas rok przeszło; drugi raz dyrektorował dość długo, zastępując dyrektora Engera, po którego śmierci trzeci raz załatwiać musiał, prawie pół roku, czynności dyrektorskie, a wywiązał się zawsze z zadania swego z taką zręcznością fachową i korzyścią dla zakładu, że mu za każdą razą przysłano z Berlina podziękowanie piśmienne z nakazem odczytania go wobec całego kolegium nauczycielskiego. Przy przeniesieniu gimnazyum do teraźniejszego budynku, miał pan Jan piękną mowę polską do uczniów i licznie zebranéj publiczności, kilka lat zaś późniéj, zastępując właśnie dyrektora, przewodniczył pamiętnéj uroczystości, odbytéj w dzień trzechsetletniego jubileuszu założenia gimnazyum Maryi Magdaleny i odpowiadał trafnie na liczne powinszowania składane przy téj sposobności przez rozmaite władze i delegatów szkół z różnych stron Księstwa przybyłych. Jeśli do tych jego urzędowych zasług dodasz, że Rymarkiewicz zapałem do nauki, taktem pedagogicznym w trudnych czasem przypadkach i szczerą życzliwością zapewnił sobie trwale przywiązanie i szacunek uczniów, że grzecznością i przyjacielskiem obejściem potrafił kolegów sobie ujmować i zniewalać, a dla publiczności był zawsze osobą, która jéj zupełne zaufanie i sympatyę posiadała, nie ździwisz się, panie Ludwiku, że władze pruskie, chociaż piętno u niego polskie wszędzie jawnie i śmiało występowało, wynagrodziły pracę jego kilkakrotnie, nadając mu tytuł nauczyciela wyższego, późniéj profesora i zdobiąc go po dwakroć krzyżem orła czerwonego czwartéj i trzeciéj klasy.
Lecz czynność Rymarkiewicza niezadawalała się bynajmniéj obrębem murów gimnazyalnych, z równą wytrwałością i sumiennością rozciągała się na różnorodne zadania i przedsięwzięcia naszego spółeczeństwa, zmierzające ku podtrzymywaniu narodowego życia. Pomijając naukę, której udzielał w kilku szkołach panienek polskich, daléj dyrekcyę, którą miał nad istniejącem tutaj przez lat kilka progimnazyum dokt. Mierzyńskiego, oraz obowiązki egzaminatora rządowego, które wykonywał przy zakładach Sercanek i Urszulanek, był, jak sobie przypominam, razem z dokt. Ludwikiem Gąsiorowskim, założycielem i kierownikiem pierwszych ochronek naszych. Prócz tego pracował, razem z Libeltem i księdzem Malinowskim, przez czas niejaki nawet jako przewodniczący, w Towarzystwie Ortograficznem poznańskiem, roku czterdziestego piątego redagował z Libeltem „Gazetę W. Księstwa“, a już w początkach swoich liczyło go Towarzystwo Przyjaciół Nauk do najczynniejszych członków. Musiał wprawdzie z niego wystąpić, skutkiem znanego ci rządowego zakazu, ale późniéj powrócił i jako emeryt odczytywał nieraz w wydziale historycznym obszerne i ważne rozprawy z dziedziny piśmiennictwa polskiego. Dodaj wreszcie, panie Ludwiku, iż w Towarzystwie Naukowéj Pomocy pamięć Rymarkiewicza nie wygaśnie. Od pierwszéj chwili powstania tego Towarzystwa, należał on do komitetu miejskiego, roku piędziesiątego szóstego powołany został do Dyrekcyi, w któréj, po śmierci Hipolita Cegielskiego, zajął miejsce zastępcy prezesa, a po śmierci Macieja Mielżyńskiego, od roku siedemdziesiątego aż do swego końca, był przewodniczącym. Każdy z dawniejszych członków Dyrekcyi, który z nim jeszcze kolegował, powie ci, że zacny prezes, ukochawszy całem sercem ten dobroczynny utwór Marcinkowskiego, jego cele i zadania, z wzruszającą nieraz gorliwością, przemawiał na posiedzeniach Dyrekcyi i na walnych zebraniach, a dla dobra jego najsumienniéj odrabiał wszelkie prace piśmienne i innych zachodów nie szczędził; to też, pomimo że kilkakrotnie w ostatnich czasach życia, nie mogąc już pełnić obowiązków swoich, podawał się do dymisyi, Dyrekcya, wynagradzając jego wieloletnie poświęcenie, oświadczyła za każdym razem, iż mu jéj dać nie może.
Nie na tem wszakże koniec zasług Rymarkiewicza; co najdłużéj pewnie imię jego w pamięci społeczeństwa naszego zachowa, są mnogie, niejedne obszerne, wszystkie zaś sumienne i staranne prace literackie lub naukowe, które nam pozostawił. Nie mogę ci tutaj wyliczać wszystkiego, co w pismach peryodycznych umieszczał lub jako broszury wydawał, przypominam sobie jednak pierwszą jego rozprawkę historyczno-filozoficzną pod tytułem: Koniec średnich wieków w dziejach Polski, którą jeszcze z Berlina przesłał „Tygodnikowi Literackiemu“, a oprócz tego zasługują na wzmiankę: Krótki rozkład nauki o narodowości Etnologią zwanéj, Krytyka ojczenasza Cieszkowskiego i Lutnia Jana Kochanowskiego po zgonie tego wieszcza. Ważniejszemi od tych rozpraw są Rytmy Kacpra Miaskowskiego, które z bardzo już rzadkich oryginałów zebrał i uzupełnił, życiorys starego poety dodając, daléj Nauka prozy, czyli stylistyka, która się aż trzech wydań u nas doczekała i Wzory prozy wedle rodzajów i kształtów zebrane, w trzech tomach, których w gimnazyach katolickich W. Księstwa, jako podręczników do nauki języka polskiego, kilka lat używano.
Do siedemdziesiątego szóstego roku, Rymarkiewicz, w stosunkach osobistych, szczególnego powodu do skarzenia się na niełaskę losu nie miał, lecz w wymienionym roku ciężki cios spadł na niego; śmierć wydarła mu ukochaną żonę, z którą przeżył mniéj więcéj lat trzydzieści w zgodnem i szczęśliwem, aczkolwiek bezdzietnem stadle. Pani Wiktorya, z domu Ziołecka, nie była już w pierwszéj młodości, gdy wyszła zamąż, a chociaż mniéj się odznaczała powabem zewnętrznym, znalazł w niéj nasz profesor roztropną i wykształconą małżonkę, powiernicę swych uczuć i myśli, pocieszycielkę w niepokojach i zmartwieniach, przytem wielce pobożną i dobroczynną niewiastę, do któréj się niebawem przywiązał serdecznie, a która szczerym afektem swoim i troskliwością uprzedzającą najmniejsze jego chęci, najmilszy mu przytułek przy ognisku domowem stworzyła. Po śmierci nawet nie chciał się z nią rozłączyć i tuż przy jéj grobie, na starym cmentarzu farnym, naznaczył naprzód dla siebie miejsce, gdzie teraz spoczywa.
Strata żony zachwiała tak silnie jego duszą, iż pół roku późniéj urząd swój złożył i zgłosił się po emeryturę, zwłaszcza że ubytek sił fizycznych i srożąca się już w kościele i szkole kultura dłuższą czynną służbę niemożebną dlań czyniły. Odtąd przez lat trzynaście wiódł aż do końca żywot niemal samotny, a z czasem, który wszystko leczy, odzyskawszy spokój i równowagę umysłu, wrócił znów z zamiłowaniem do ulubionych badań językowych i literackich i puszczał się kilkakrotnie na dłuższe wycieczki po Księstwie i Królestwie, aby cośkolwiek nowego wykryć o ulubieńcach swoich Miaskowskim i Kochanowskim. Z ostatnich jego prac piśmiennych najważniejsze są: Książeczka Jadwigi albo Nawojki, Ocenienie i objaśnienie świętojańskiéj pieśni Kochanowskiego o Sobótce, O pieśni Boga Rodzica Dziewica, Zjazd Długoszowy, Kolebka, dom i grób Jana Kochanowskiego.
Chociaż od początku do końca kształcił się pod wpływem nauki niemieckiéj, a na uniwersytecie, jak my wszyscy wtenczas, należał do gorliwych zwolenników Hegla, zachował jednak Rymarkiewicz głęboko w latach dziecinnych wpojone przez matkę, o któréj mi kilka razy wspomniał z wdzięcznością, poczucie religijne. Nie wypierał go się w późniejszym czasie, a przy schyłku życia było dlań wielką pociechą, że mógł, idąc za przykładem tylu wiernych, nie pamiętam już przy jakiéj sposobności, podążyć także do Rzymu i złożyć cześć Piusowi IX.
Papież ów dla nas wielce dobrotliwy, dowiedziawszy się od kardynała Ledóchowskiego o zasługach profesora około wychowania polskiéj młodzieży, zaszczycił go jednym z orderów Stolicy Apostolskiéj. Religijne uczucia, pielgrzymką rzymską wzmocnione, odzywały się tem silniéj przy schyłku jego życia, im wyraźniéj pojawiały się groźne objawy fizyczne; dla tego kilkakrotnie, będąc jeszcze zupełnym panem zmysłów swoich, przyspasabiał się, wedle przepisów kościoła, do ostatniéj podróży. Starość wszakże miał długo pomyślną i każdy z nas bliższych jego znajomych cieszył się szczerze, że zacny amicus, mimo lat siedemdziesięciu pięciu, zachował prostą i żwawą postawę, miły swój wyraz twarzy, wzrok bystry pod osiwiałym włosem, że, jak ongi za dobrych czasów, pełen był myśli, nieraz wesołéj fantazyi w poufnéj rozmowie; ale przyszła potem chwila, w któréj zmienił się znacznie skutkiem lekkiego porażenia mózgowego i zupełnego prawie ociemnienia jednego oka. Troskliwa opieka lekarzy, osobliwie doktora Batkowskiego, zwiedzanie wód landeckich, kilkakrotny pobyt na wsi, w Czerniejewie i Kórniku wstrzymywały wprawdzie nagły postęp złego, nie zdołały jednak zapobiedz fatalnym skutkom i ponawianiu się porażeń. Mózg powoli słabnął i odumierał, a z nim cały system nerwowy; w ostatnim roku życia biedak mało co już widział, chodzić nie mógł, coraz trudniéj mu było pochwytać wyrazy i władać językiem. Odwiedzałem go bardzo często wtenczas, choć mi widok jego wielką przykrość sprawiał, i za każdym razem podziwiałem spokój i łagodność, z któremi znosił cierpienia i uprzejmość nieopuszczającą go dopóki był jeszcze jakokolwiek przytomny. Wszakże przytomność tę stracił zupełnie kilka dni przed śmiercią, która nam go zabrała w połowie października osiemdziesiątego dziewiątego roku. Dłużéj niż o wielu innych mówiłem ci o nim, panie Ludwiku, był bowiem Rymarkiewicz jednym z tych nie wielu, z którymi przeszło pół wieku w nieprzerwanéj przyjaźni przeżyłem, a przytem zasłużył sobie, jak sam teraz przyznasz, żebym ci powiedział wszystko, co o nim pozostało mi jeszcze w pamięci.
Potrącając o jego czasy berlińskie, wspomniałem także, panie Ludwiku, o Wojciechu Cybulskim; otóż korzystać będę z téj sposobności, aby ci do tego nazwiska dodać kilka szczegółów o tak znanéj u nas dawniéj osobistości, wszakże żałuję, iż nie wielką ich liczbę przytoczyć mogę, bo tylko lat cztery przebywaliśmy z sobą w bliższych stosunkach. Siedziałem na kwintanerskiéj ławie, kiedy pan Wojciech, okrągło lat dziesięć odemnie starszy, złożył tutaj maturę dwódziestego ósmego roku i powędrował do Berlina, gdzie jeszcze cały semestr z Libeltem kolegował. Urodził on się w Koninie, wsi leżącéj w bliskości Lwówka, a rodzice jego niezamożni, należeli do klienteli państwa Łąckich, których opieka i pomoc umożebniła mu, ile mi wiadomo, odbycie gimnazyalnéj nauki i początki studyów uniwersyteckich.
W zamiarze poświęcenia się zawodowi nauczycielskiemu, pracować zaczął głównie w historyi i filologii, siedząc zaś na kilku kolegiach obok młodego, bardzo bystrego i ruchawego studencika niemieckiego, nazwiskiem Droysena, zapoznał się z nim bliżéj, a ta poufała znajomość na złe mu późniéj nie wyszła. Tymczasem ledwo był doszedł do połowy obranéj drogi, gdy go powstanie listopadowe z niéj spędziło. Na pierwszą wiadomość o niem rzucił nasz dwódziesto-dwuletni młodzieniec w kąt wszelkie książki i jeszcze przed nowym rokiem miał mundur na plecach i karabin w ręku. Służył w piechocie, w którym zaś pułku, tego nie pamiętam; wiem wprawdzie, że kilka razy znalazł się w gorącym ogniu, najpierw pod Grochowem, daléj pod Wawrem, Dembem, Iganiami i Ostrołęką, ale powiedzieć nie mógłbym, czy w téj ostatniej bitwie, czy też w późniejszéj jakiéj utarczce spotkał go fatalny przypadek. Otóż kompanię jego rozbito, tak iż wielu na pojedynkę musiało się żgać z Moskalami; pana Wojciecha otoczonego zaczęto niemile bagnetami łechtać. Oparty o drzewo, bronił się jak mógł karabinkiem, ale wkrótce pokłuty padł na ziemię i zawleczony został do gromady jeńców. Pamiątka téj nierównéj walki została mu na całe życie; pokazywał mi ją raz i naliczyłem na jego piersiach i jednym boku siedemnaście wyraźnych jeszcze trójkącików. Tylko gruby płaszcz oraz rzemienie tornistra ocaliły go wtenczas od śmierci. Umieszczono go z początku gdzieśtam w lazarecie, a gdy się z grubszego wyleczył, wędrować musiał w kajdankach przez błota i śniegi aż do Bobrujska, gdzie jako miateżnik pokutował blisko trzy lata. Zapoznał się tam z rydlem i motyką, pracując po wałach, drogach i w rowach fortecznych, ale z czasem, gdy oficerowie i lekarze wojskowi poznali, że to człowiek wykształcony i dowiedzieli się o jego przeszłości, położenie jeńca uległo znacznéj zmianie; obchodzono się z nim przyzwoicie, pozwolono przebywać w mieście i zawierać tam znajomości. Rozsądnie zrobił i wyszło mu to późniéj na dobre, że, korzystając ze sposobności, wyuczył się ruskiego języka tak, iż nim biegle mówić i pisać potrafił.
Gdy wreszcie, po wielu daremnych zachodach, nadeszły ztąd wszelkie potrzebne świadectwa i reklamacye urzędowe, wrócił Cybulski trzydziestego czwartego roku do rodzinnego gniazda, ale dwa lata jeszcze trwało, nim mógł się zająć zabezpieczeniem przyszłości swojéj. Pierwéj trzeba było wysiedzieć sześć czy siedem miesięcy jako szarek w świdnickich kazamatach za rewolucyjną wycieczkę, odwiedzić tu i owdzie licznych znajomych, przedewszystkiem postarać się o fundusze odpowiednie, aby rozpoczęte dawniéj studya do szczęśliwego końca doprowadzić. Jak je sobie zapewnił, o to go się nie pytałem, lecz ilem słyszał i wnioskować mógłem, dopomagali mu tak Marcinkowski, jako i w znacznéj mierze rodzina Łąckich, a przedewszystkiem była panna Emilia Sczaniecka jego dobrodziejką wtenczas i późniéj. Trzydziestego szóstego roku wreszcie przybył znów do Berlina, parę miesięcy przedemną i zaczął gorliwie pracować, aby sześcioletnią szczerbę wypełnić i dojść do pierwotnie wytkniętego celu. W początku października owego roku, jak ci już wspomniałem, zajechawszy z Hipolitem Cegielskim prosto z poczty do jego mieszkania, spotkałem się z nim pierwszy raz, a ponieważ, mimo różnicy wieku, przyjął mnie tak szczerze i uprzejmie, jak gdybym od dawna był jego kolegą, powziąłem do niego sympatyę i zaufanie, które późniejsza zażyłość nasza tylko powiększyć mogła. Sama jego zewnętrzność miłe na każdym robiła wrażenie; odznaczał się silną i zgrabną budową ciała dojrzałego młodzieńca słusznego wzrostu; długi, płowy i bardzo gęsty włos otaczał twarz całkiem udatną, ujmującą mianowicie wyrazem przyjacielskiéj wesołości, który ją niemal ciągle ożywiał. Tę wrodzoną wesołość widziałeś u niego w rozmowie i towarzyskiem pożyciu, a wynikała ona z swobodnego i dla innych przyjaznego ustroju duszy, daleką będąc od wszelkiego odcienia przechery lub chęci draźnienia. Prócz tego jednał sobie Cybulski rzetelną przychylność i szacunek rodaków w Berlinie przeszłością swoją, zapałem patryotycznym, idealnem zapatrywaniem się na świat i przykładnem życiem; na bardzo częstych wtenczas schadzkach naszych i w dysputach on zwykle rej wodził wprawą w mówieniu i filozoficznemi wywodami, chociaż nieraz odpowiednich współzawodników znalazł w Adolfie Kurtzu z Warszawy, Cegielskim, Rymarkiewiczu i Sadowskim.
Nie dziw więc, panie Ludwiku, że przyznać mu było można zaszczyt przewodnika młodéj Polonii nad Szpreą i że prawie każdy współziomek, który się tam owemi czasy pojawił, starał się z nim zawrzeć znajomość. Co do mnie, widywałem go niemal codzień, nie licząc bowiem wzajemnych odwiedzin, chodziliśmy przez trzy semestry na też same kolegia Böckha, Zumpta i Trendelenburga.
W końcu roku trzydziestego ósmego uzyskał pan Wojciech tytuł doktora filozofii na podstawie obszernéj rozprawy: „De bello civili Sullano“. Pamiętam, że przez niejakiś czas niepokoił go wybór przedmiotu dysertacyi, bo mu się kilka rozmaitych nasuwało, lecz nakoniec narada z Droyzenem, który, będąc już wtedy profesorem uniwersytetu, zachował przyjacielską dla niego życzliwość, spowodowała go do zebrania i uporządkowania szczegółów owéj wojny domowéj rzymskiéj, zwłaszcza że jasno i krytecznie w całości swego przebiegu opisaną jeszcze nie była. Praca Cybulskiego została bardzo dobrze przyjętą w odpowiednich kołach, bo zestawił w dostatecznym związku wszystko co zawierają o Sulli i Maryuszu podania rozproszone w pismach starożytnych autorów. Jednę więc stacyę odbywszy szczęśliwie, postanowił p. Wojciech dojechać do końca obranéj drogi i, po kilkomiesięcznym wypoczynku, który spędził w okolicach rodzinnych, zapewniwszy sobie nadal utrzymanie i wróciwszy do swéj kwatery przy Behrenstrasse, nie pamiętam już numeru, wziął się znów do roboty. W pewnéj części dzieliłem z nim tę robotę: mieliśmy mniéj więcéj równocześnie składać drugi egzamin, schodziliśmy się więc, latem czterdziestego roku, codzień po obiedzie i męczyli nawzajem powtarzając literatury i starożytności greckie i rzymskie, historyę filozofii i niektóre części dziejów powszechnych. Trwało to sześć czy siedem tygodni, gdy nagle widoki na przyszłość zmieniły się dla Cybulskiego. Było to z początkiem jesieni czterdziestego roku; Fryderyk Wilhelm III pożegnał się z tym światem w pierwszych dniach czerwca, a ze wstąpieniem na tron jego syna zaczęła się w sferach rządowych okazywać powoli jakaś chęć do nowości. Między innemi zwrócił ktoś w senacie uniwersyteckim, czy w ministerstwie oświecenia, uwagę na to, że, skoro po uniwersytetach pruskich rozmaite języki cudzoziemskie są przedmiotem wykładów, byłoby bardzo na czasie, tak z powodów naukowych jako i politycznych, aby języki słowiańskie w podobny sposób uwzględnione zostały. Wniosek ten przyjęto i postanowiono urzeczywistnić niebawem, a gdy przyszło do pytania, gdzieby się odpowiednie do tego individuum znalazło, wskazał, ile mi wiadomo, Droysen Cybulskiego, zawiadomił go i radził niezaniedbywać pomyślnéj sposobności. Wezwany niedługo się wachał; wszakże zawód uniwersytecki zaszczytniejszy i wiele dogodniejszy od gimnazyalnego, a chociaż zadanie wymagało usilnéj i pospiesznéj pracy, niezdawała mu się ta praca zbyt uciążliwą; pomijając bowiem znajomość języka i literatury ojczystéj i ruskiéj, oswojony był jako tako z językiem czeskim. Przypominam sobie, że już dawniéj odzywała się czasem u niego chętka biegania po polach słowiańskich, w skutek znajomości zawartéj ze Słowakiem Ljudewitem Szturem.
Otóż, zimą trzydziestego siódmego roku przybył ów Słowak z Halli do Berlina, jedynie dla tego, żeby się poznać z Polakami. Niewiem, z kim się tam najpierw spotkał, ale ponieważ mieliśmy wtenczas z Cegielskim dwa dość duże pokoje, sprowadzono go do nas i przeszło tydzień z nami kwaterował, odwiedzając innych kolegów, szczególnie Cybulskiego i Rymarkiewicza. Był to młodzieniec mniéj więcéj dwódziestoletni, wysokiego wzrostu, którego piękna twarz, zwykle ponura gdy milczał, rozjaśniała się i ożywiała nadzwyczajnie, skoro zaczął mówić o ulubionym przedmiocie, o słowiańskiéj sprawie w ogóle, a szczególnie o współrodakach swoich, Słowakach karpackich. Mówił ich językiem, mieszając wyrazy polskie i czeskie, aleśmy się łatwo porozumieć mogli; objawiał dla narodu naszego wielką sympatyę, znał z grubszego historyę polską i literaturę, deklamował nawet ustępy z Mickiewicza. Rzadko mi się widzieć zdarzyło podobnego zapaleńca; niespokojny chodził ustawicznie po pokoju, odziany obszernym płaszczem z długą peleryną, a machając rękoma i rozprawiając o przeszłości, położeniu obecnem i przeznaczeniu Słowian, z wielką zawsze nienawiścią o Madziarach, gnębiących jego współplemieńców, robił na mnie czasem wrażenie jakiegoś proroka. Gdy wrócił do Halli, gdzie słuchał historyi, a przedewszystkiem zajmował się gramatyką porównawczą, zapomniałem wnet o Szturze i dopiero po dziesięciu przeszło latach ujrzałem niespodzianie nazwisko jego w dziennikach. Bynajmniéj się nieździwiłem, że mu przyszło zająć pierwszorzędne stanowisko w swoim kraju.
Ukończywszy, wkrótce po berlińskiéj wycieczce, studya za granicą, dostał w lyceum preszburskiem profesurę języka czeskiego i, bez względu na urzędowe stosunki, wydał niebawem kilka broszur niemieckich, wynurzając skargi Słowaków przeciw prześladowaniom Madziarów, którzy się zemścili odbierając mu miejsce. Mimo to nieprzestał w dziennikach niemieckich i w założonym z tegoż powodu dzienniku słowackim, domagać się dla swoich rodaków wolności i równych praw z potomstwem Arpada; wysyłał w tym celu deputacye do cesarza, założył pierwsze Towarzystwo słowacko-literackie, a nawet pokłócił się z braćmi Czechami, którzy mu bardzo za złe wzięli, że, z pominięciem ich języka, chce gwarze słowackiéj nadać godność literacką.
Wywdzięczając się za to wytrwałe poświęcenie, poruczyli mu współziomkowie, czterdziestego ósmego roku, posłowanie na pamiętnym sejmie w Kromieryżu, i niespotkał ich zawód, albowiem Sztur wielokrotnie ogniste wygłosił mowy, aby zrzucono ucisk z ich karku i dano in równouprawnienie. Gdy jednak pisma, deputacye, mowy żadnego na zawziętości madziarskiéj niewywarły skutku i gdy Madziarzy zbuntowali się przeciw Austryi, chwycił nasz zelota słowiański za broń i stanął, wraz z Hurbanem, na czele powstańców słowackich, którzy praw korony cesarskiéj bronili. Owéj awanturze węgierskiéj położyli koniec, jak ci wiadomo, Moskale; wkrótce tam wszystko do porządku wróciło, a Sztur schował pałasz i wziął znów pióro do ręki, zbierając pieśni, powiastki, podania swego ludu i marząc o przyszłości Słowian. Śmierć zaskoczyła go w sile wieku, umarł bowiem lat temu przeszło trzydzieści, ile mi wiadomo, skutkiem przypadkowego zranienia się na polowaniu.
Wspomniałem ci mimochodem o tym Słowianinie, panie Ludwiku, bo miło mi było odświeżyć sobie w pamięci zamaszystą i oryginalną jego osobistość, która także pewien wpływ na Cybulskiego wywarła, wzmocniwszy w nim pociąg do sprawy słowiańskiéj. Układy z ministerstwem niedługo trwały; skoro p. Wojciech oświadczył, że przyjmie docenturę, dano mu nietylko czas do należytego przysposobienia się, lecz i stipendium, ile mi wiadomo, na konieczną podróż, mógł więc, zapewniwszy sobie przytem inne fundusze, jeszcze tego samego roku, z dobrą fantazyą, w świat wyjechać. Wstąpił najpierw do Wrocławia, gdzie zacny profesor fizyologii Purkińje, Czech rodem, wieloletni opiekun tamtejszych studyozów polskich, przyjął go po przyjacielsku, wsparł swoją radą i zaopatrzył w listy polecające do rozmaitych znakomitości słowiańskich, z któremi zostawał w ciągłych stosunkach. Z Wrocławia przybywszy do Pragi, spędził przeszło rok w tem mieście na usilnéj pracy, którą mu uprzyjemniała i ułatwiała życzliwa pomoc Szafarzyka, Hanki, Jungmana i innych uczonych czeskich; potem zaś, aby się zapoznać bezpośrednio z południową Słowiańszczyzną i pokumać z rozmaitemi jéj narzeczami, ruszył w dalszą podróż.
Przejeżdżając przez Wiedeń, zatrzymał się tam nieco dłużéj, aby skorzystać z bogatych zasobów naukowych i przyjacielskich skazówek Kopitara, pobawił w Zagrzebiu kilka miesięcy w zażyłości z Ljudewitem Gajem, a wreszcie, spędziwszy jeszcze czas niejaki w Białogrodzie serbskim, wrócił, gruntownie przygotowany do nowego zawodu i rozpoczął, pod koniec czterdziestego drugiego roku, wykłady swoje jako docent przy uniwersytecie berlińskim. Słuchaczy, szczerze mówiąc, miał tam niezbyt wiele; Niemcy rzadko kiedy pojawiali się w jego auditorium, bo to oni, chociaż, jak ci wiadomo, znakomity mieli zawsze i mają apetyt na ziemię słowiańską, nie słyną z swéj sympatyi do ludzi i mowy tego plemienia; uczęszczali na prelekcye Cybulskiego prawie tylko Polacy, dla tego bardzo często, widząc, że niema obcéj figury, odbywał wykłady swoje po polsku. Dwa razy zdarzyło mi się być na nich, gdym przejeżdżał przez Berlin; mówił właśnie o poezyi naszéj romantycznéj i przypominam sobie, że bardzo mi się podobało, co wtenczas powiedział, bo i myśli i przedstawienie ich i język ozdobny zasługiwały na wszelkie uznanie. Przedmioty jego kolegiów, które gruntownie obrabiał, były rozmaite i tyczyły się, prócz literatury głównych narodów słowiańskich i gramatyki pojedyńczych języków, także gramatyki porównawczéj, dawnych zabytków piśmiennych, starożytnych znaków pisarskich i oceny płodów kilku najwybitniejszych poetów lub pisarzy. Nie przestając na pracy uniwersyteckiéj, starał się pan Wojciech, aby go w szerszych kołach poznano i ogłaszał w rozmaitych ówczesnych pismach literackich, tak polskich jako i niemieckich, liczne rozprawy. Trudno by mi było wymienić ci tu wszystkie, wszakże znajdziesz ich kilka w Roku i Przeglądzie, w Rocznikach Towarzystwa Przyjaciół Nauk, między innemi: „O ewanielii rejmskiéj“, ogłoszonéj przez Hankę „O najdawniejszych pomnikach języka czeskiego“, a szczególnie „O runach słowiańskich“, na które bodajnie on pierwszy zwrócił uwagę uczonych. Z niemieckich przypominam sobie: „Die slavischen Ortnamen der Insel Potsdam und der allernächsten Umgegend“ i „Die letzte Revolution Polens und die ihr vorangehende politisch-literarische Bewegung“. Z późniejszych zaś jego utworów znane ci może: „Krytyczny rozbiór Dziadów Mickiewicza“, wyjaśniający niejednę zagadkę tego poematu, jako też: „Odczyty o poezyi polskiéj w pierwszéj połowie XIX wieku“, które, już po śmierci profesora z rękopisów jego, na polskie przetłómaczył pan Franciszek Dobrowolski. W niektórych sprawach politycznych, będących w związku z naszą narodowością, miał także Cybulski czynny udział; roku czterdziestego ósmego występował w Pradze z kilku innymi Polakami, gdy się tam zebrał ów kongres słowiański, który chciał wywalczyć równouprawnienie Słowian w Austryi i w Niemczech, a nieco późniéj, wybrany tutaj dwukrotnie na deputowanego do berlińskiego sejmu, należał przez lat kilka do najczynniejszych członków Koła polskiego.
Przez cały czas jego pobytu jako docenta w Berlinie, tylko się z nim raz tu w Poznaniu spotkałem. Przyszedł, niepamiętam już kiedy, odwiedzić mnie po staréj znajomości i ucieszyłem się widząc, że jest w jeszcze weselszem usposobieniu niż dawniéj bywał, ale niebawem powiedział mi przyczynę. „Czy wiesz, ze się żenię?“ — rzekł śmiejąc się. „Żartujesz!“ — odparłem, i w istocie to dictum było dla mnie niespodzianką, tym bardziéj, iż dawniejszemi czasy nieraz od niego słyszałem niezbyt pochlebne sądy o jarzmie małżeńskiem. Wszakże w praktyce, panie Ludwiku, na takich sądach, nawet starszych ludzi, budować wcale nie można, zwłaszcza iż skrzydlaty Eros jest bardzo przebiegłym chłopczykiem. Otóż przybyła z Warszawy do Berlina pewna pani, któréj nazwisko, niestety, zapomniałem, aby córeczce swojéj pokazać stolicę Fryderyków, jéj ciekawości i skarby sztuk pięknych. Poleconym sobie przez kogoś znajomego, Cybulski wysługiwał się jako gorliwy czyczerone, a córeczka, od pierwszéj chwili, swoją zgrabną figurką, ładniuchnem obliczem, filuternem spojrzeniem, oraz żywością temperamentu i potoczystą wymową, zrobiła na nim tak silne wrażenie, że, w końcu trzech czy czterech dni wędrówek po ulicach i muzeach, przeszkoczyły im jakoś pierścionki z palca na paluszek i odwrotnie, ku zdziwieniu mamy. Ktokolwiek z nas miał przyjemność zbliżenia się do pani Cybulskiéj, gdy tutaj w Poznaniu przez czas niejaki, po śmierci męża, bawiła, ten przyznać musi, że nasz profesor niedaremnie słuchał razem ze mną estetyki u Hothona w Berlinie. Tytuł profesora i stałą posadę otrzymał roku sześćdziesiątego, skoro go do uniwersytetu wrocławskiego powołano. Tam, równie jak w Berlinie, cała młodzież polska skupiała się około niego, nie tylko z słuchanych prelekcyi czerpiąc gruntowną naukę, szlachetne uczucia i zachętę do zajmowania się językiem i literaturą ojczystą, lecz w rozmaitych potrzebach zasięgając jego pomocy i rady, jako doświadczonego i życzliwego opiekuna. Nieszczęściem niedługo to trwało, bo tylko do sześćdziesiątego siódmego roku. Śmierć zmiotła go niespodzianie; w piątek 15 lutego, odbywszy od piątéj do szóstéj wieczorem prelekcye o starożytnościach słowiańskich, wrócił do domu i obchodził swobodnie w kółku familijnem imieniny młodszéj córki swojéj, ale po północy obudził się nagle z gwałtownym bólem piersi, wołając, że mu tchu braknie. Żona, przejęta strachem, pobiegła sama po lekarza, a ten gdy przybył, puścił natychmiast krew z ręki, ale krew już nie płynęła.
Przywołany zaraz potem profesor Lebert otworzył arteryę za uchem, ale i to było daremne. O godzinie drugiéj Cybulski już nieżył, zostawiając zrospaczoną żonę i dwoje dziewczątek mniéj więcéj na łasce Bożéj, szczery żal po sobie u wszystkich, którzy go bliżéj znali i znakomitą szczerbę w szeregu naszych ludzi pracujących w dziedzinie nauk ojczystych. Jakie osobistość jego miała uznanie także poza obrębem narodowym, okazał pogrzeb, w którym udział wzięły wszystkie stowarzyszenia studiozów niemieckich, cały zastęp profesorów z magnifikiem i naczelnym prezesem szląskim, oraz Towarzystwo śpiewaków uniwersyteckich, które nad grobem jego psalmy łacińskie odśpiewało.
Kiedy tę kamienicę budowano, przy któréj się tak długo zatrzymałem, nie wiem, panie Ludwiku, zdaje mi się, że za pierwszéj okupacyi; pamiętam ją tutaj od najmłodszych lat moich samotnie stojącą, bo cała część Garbar od Wodnéj ulicy, temporibus olim wyglądała inaczéj, niż teraz; były tam chałupki, jakich dwie czy trzy przy Bernardyńskim rynku cywilizacya nie sprzątnęła jeszcze, odgraniczone od siebie płotami lub pustemi miejscami, a między niemi, z jednéj i z drugiéj strony, stało osobno kilka jednopiętrowych kamienic. Ta dwupiętrowa, przytykająca bezpośrednio do ostatniéj siedziby Rymarkiewicza, którą teraz żegnamy, nie należy do najstarszych między niemi, jest bowiem pięć, czy sześć lat młodszą odemnie i przypominam sobie dobrze nie tylko jéj powstanie, lecz i jéj założyciela. Był nim zamożny garncarz tutejszy, nazywał się Fiałkowski, a chociaż znałem go tylko z widzenia, zamajaczy mi czasem, gdy tutędy przechodzę i na dzieło jego spojrzę, postać starego jegomości. Doczekał się bowiem dość późnego wieku, lecz wyglądał krzepko; spotykałem go często na przechadzce ku Dębinie; miał zwykle granatową czamarę i bobrową czapkę, a trzymał się zawsze pod rękę z swoją jejmością, także nie młodą, nie wysoką i, równie jak on, nie chudą; ta parka, ile im widać było z twarzy, robiła przyjemne wrażenie zgodnego i swobodnego stadła. Obok nich szła, trochę się przechylając na jednę stronę, córeczka o jaskrawo-żółtych włosach, z którą potem ożenił się jeden z urzędników biurowych dawniejszéj landszafty, nazwiskiem Mager, niegdyś, w niższych klasach, mój kolega szkólny. Więcéj szczegółów o pierwszych właścicielach téj kamienicy podać ci nie mogę, panie Ludwiku, są mi bowiem nieznane, wiem tylko, że potomstwo starych Fiałkowskich pozbyło się już od dawna swéj posiadłości.
Pójdziemy więc kilka kroków daléj i staniemy na chwilę tutaj przed numerem piędziesiątym pierwszym. Do kogo on teraz należy, nie umiem ci powiedzieć, ale przez wiele lat był własnością niemieckiéj rodziny Seydlów, powoźników z zawodu. Ponieważ moi rodzice kupili tam niegdyś u nich karyolkę, a wiele późniéj przemieszkali nawet dwa czy trzy lata, patrzałem się na trzy pokolenia owych Seydlów. Dziaduś dobrodziéj, który się tu osiedlił za pierwszych pruskich czasów, starowina niskiego wzrostu, z zieloną aksamitną czapką na łyséj głowie, z pewną uprzejmością spoglądał na ludzi, uśmiechając się do znajomych, podczas gdy syn, rosły i mocny na pozór, miał wyraz twarzy gniewliwy, może skutkiem jakich niedomagań fizycznych, bo umarł jeszcze w sile wieku, a jego jedynak, objąwszy po ojcu warsztaty, w młodych latach rozstał się z tym światem. Pamiętam, że czterdziestego ósmego roku, Seydlowie, jak wtenczas wielu innych Niemców, byli w wielkiem rozdraźnieniu przez kilka dni i w obawie, żeby im Polacy nie wypłatali jakiéj St. Barthélemi w Poznaniu; Seydel syn chwalił się nawet przed moim ojcem, że się całkiem przysposobili na taki przypadek, i mają dwie nabite dubeltówki i dwa pałasze przy łóżkach.
Wspomniałem ci, panie Ludwiku, tak wstępnym sposobem, o Seydlach, bo tu w ich domu zaszła, pod koniec osiemdziesiątego szóstego roku, katastrofa, która całe nasze społeczeństwo polskie mocno dotknęła. Dnia 28 grudnia, w jednym z pokojów pierwszego piętra, zakończył swój żywot doczesny Kaźmirz Kantak. Nie potrzebuje epitetami stroić jego nazwiska, bo ci przecież znane; ponieważ jednak, za gorączkowych naszych czasów, postacie zmarłych zacierają się szybko w pamięci pozostałych, zwłaszcza młodych, mam sobie za obowiązek dać ci, skoro mi się nastręcza sposobność, chociażby niedokładną wzmiankę o człowieku, który nazwisko to między współrodakami rozgłośnem uczynił.
Otóż przypominam sobie najpierw, że w ostatnich moich latach gimnazyalnych widywałem, podczas pauzy biegającego po sieni lub podwórzu szkólnem, ze sekstanerskimi i kwintanerskimi koleżkami, małego blondynka, którego także spotykałem nieraz na przechadzkach w towarzystwie starych Leitgebrów i nietrudno mi było dowiedzieć się, że to ich wnuczek Kazio, syn córki, która, wyszedłszy za sędziego, czy asesora Kantaka, bardzo prędko pozostała wdową. Minęło potem lat przeszło dwadzieścia, w których ten Kazio był dla mnie zerem i ani słowa o nim niesłyszałem; dopiero roku czterdziestego ósmego, gdy tu przybył ów legion akademików berlińskich, pobiegłszy z tłumem ludu za miasto, aby go powitać, ujrzałem dorosłego młodzieńca, kroczącego z żwawą miną w pierwszym szeregu. Podpadł mi zaraz, bo pod czerwoną rogatywką udatna zresztą twarz jego oszpeconą była niezupełnym i zaognionym nosem. Na pytanie kto ten legionista? usłyszałem znane mi już kiedyś nazwisko i dowiedziałem się wkrótce, że pan Kaźmirz, choć był zaledwie pełnoletnim, przechodził już rozmaite koleje. Naukę gimnazyalną w Poznaniu przerywała niedorosłemu chłopcu ciągle choroba, która go na kilkoletnie dokuczliwe cierpienia skazała; mimo to pracował jak mógł, przerąbał się przez klasy średnie i już wtenczas znajdował główną ulgę dolegliwości swoich w namiętnem czytaniu książek polskich, przedewszystkiem dzieł poetycznych. Pociąg wrodzony do czytania, do literatury narodowéj oraz odziedziczone uczucia patryotyczne wzmogły się w nim bardziéj jeszcze przez żarliwe słuchanie prelekcyi Libelta i Moraczewskiego, o których ci dawniéj także wspominałem. Właściwość tę zachował Kantak aż do końca, a bliżsi znajomi jego wiedzą, że nietylko zajmować się nieprzestał bieżącem i dawnem piśmiennictwem naszem, lecz w towarzystwach, na przechadzkach, korzystał z każdéj sposobności, aby deklamować łokciowe nieraz ustępy z Mickiewicza, Słowackiego, Pohla i innych poetów, albo też czytać głośno pierwszą lepszą książkę polską, którą znalazł pod ręką.
Gdy mu się zdrowie nieco poprawiło, posłano go do Chełmna, gdzie, pod opieką Łożyńskiego, szkoły miał ukończyć; ale do tego celu nie doszedł, bo czterdziestego szóstego roku, uniesiony młodzieńczym zapałem, przyczepiwszy się do tych, którzy w Prusach zajętą mieli głowę przysposobieniem do powstania, dostał się do więzienia, przesiedział dziesięć miesięcy w Grudziądzu, Toruniu, Moabicie, wreszcie stanął, jak tylu innych, przed kratkami Kammergerichtu i szczęśliwie, nie było bowiem przeciw niemu należytych dowodów, odzyskał wolność w grudniu następnego roku. Ponieważ tak niemiłe intermezzo nie przyczyniło mu się do zdrowia, przeto pozostał pan Kaźmirz w Berlinie, głównie dla pomocy tamtejszych lekarzy, przytem zaś, wszedłszy w stosunki z Polonią uniwersytecką, słuchał, w zamiarze dokształcenia się, rozmaitych kolegiów. Nie wiem jakie były dalsze jego plany, wszakże rozwiał je ów pamiętny marzec czterdziestego ósmego roku.
Znane ci przecież, panie Ludwiku, niefortunne koleje legionu, do którego Kantak się zaciągnął w pierwszéj chwili i z własnego popędu; między Pogrzybowem a Raszkowem, otoczeni zewsząd, dostali się wszyscy do niewoli i pokutowali za swój animusz parę miesięcy w Kistrzynie. Przebywszy po raz drugi mimowolną klauzurę, wrócił pan Kaźmirz do Poznania i przesiedział tutaj czas niejaki przy rodzinie, zajmując się tem i owem i medytując, jak mi powiadano, czegoby się właściwie miał chwycić, gdy przypadek rozwiązał to pytanie, chociaż nie na zbyt długo. Umarł stryj jego ksiądz radzca Kantak, proboszcz inowrocławski, który się liczył do najwybitniejszych duchownych w Księstwie i na powszechny respekt zasługiwał, żyjąc jednak bardzo skromnie, mógł swemu bratankowi zostawić fortunkę, t. j. wioskę Dobieszewko w szubińskim powiecie. Ale ów bratanek nie miał żadnego wyobrażenia o gospodarstwie wiejskiem i osiadłszy na wsi, poznał zaraz w pierwszym czasie, że go bogowie do takiego zatrudnienia nie stworzyli. Był wtenczas jeszcze bardzo żywego, prawie niespokojnego usposobienia, nudziło go siedzieć cicho i pracując samotnie gleby swéj pilnować; troszczył się o wszystko, co się naokół lub też daléj działo, jeździł tu i owdzie, by użyć towarzystwa, a przedewszystkiem zajmował się różnemi sprawami społecznemi, agitacyą przy wyborach sejmowych i powiatowych, sprawą Pomocy Naukowéj w powiecie szubińskim, interesami tego lub owego sąsiada, tak iż wkrótce stał się bardzo popularną osobistością nie tylko w swoim, lecz i w okolicznych powiatach; ale gospodarstwo w Dobieszewku na téj popularności nieszczególnie wychodziło.
Jak długo tak rzeczy trwały, nie wiem, panie Ludwiku, wszakże pomiarkował się Kantak jeszcze zawczasu, sprzedał Dobieszewko i osiadł znów jako civis posnaniensis między nami. Osiadł, powiedziałem, ale nie często siedział; Poznań był dla niego poniekąd miejscem odpoczynku, bo na prowincyi, w Królestwie miał pełno przyjaciół, znajomych i stosunków, których zaniedbać nie chciał, a jeśli w mieście czasem dłużéj przebywał, to mógłeś widzieć go wszędzie, znał bowiem tutaj każdą niemal wybitniejszą osobistość i starał się mieć udział w każdem przedsięwzięciu, dotyczącem naszego ogółu.
W tym to okresie życia, około roku sześćdziesiątego, nie mającym jeszcze, że tak powiem, stałego centrum, przyszło nam także bliższą zawrzeć znajomość, spotykałem się z nim bowiem w różnych miejscach, najczęściéj u doktora Mateckiego, kanonika Brzezińskiego i na rozmaitych wspólnych zebraniach. Stosunek w ogóle przyjacielski między nami nie zmienił się do końca, chociaż nie był zbyt gorącym, gdyż nieraz różniliśmy się w zdaniach, przytem nastrój usposobień naszych i sposób objawiania ich na zewnątrz nie całkiem przystawały do siebie. Wszakże od pierwszéj chwili powziąłem pewien szacunek dla Kantaka, widząc w nim człowieka zacnego i szczerego, pełnego uczuć szlachetnych, który tylko do dobrego dążył, chętnym i gotowym był do przysług dla każdego, silnym i otwartym w przekonaniach swoich, zręcznym w ich obronie, choć nieco apodyktycznym, a nadewszystko żywił w swojem sercu niezwykły zapał dla sprawy narodowéj. Ta sprawa, jak widziałeś, od lat najmłodszych zajmowała jego myśli, a obrona jéj prawna i publiczna przeciw wrogim zamiarom i ciemięztwom, na które jest wystawioną, stała się owem centrum i celem ostatniéj części życia Kantaka.
Roku sześćdziesiątego drugiego wybrany do sejmıu pruskiego przez okręg gnieźnieńsko-wągrowiecko-mogilnicki, lat dwadzieścia cztery blisko nie opuścił ławy poselskiéj aż do śmierci. Nie mogę tutaj, panie Ludwiku, rozprawiać obszernie o jego czynności parlamentarnéj, bo większa część odnośnych szczegółów zatarła się w méj pamięci, krótko ci tylko powiem, co każdy ze starszych potwierdzi, że przez cały czas swego posłowania należał nie tylko do choragów Koła polskiego, lecz w ogóle do najwybitniejszych osobistości w izbie sejmowéj. Natura nie poskąpiła mu daru wymowy; łatwo i obficie mówił po polsku, ale prawie biegléj jeszcze szło mu w języku niemieckim, w którym, znając go już gruntownie za młodu, nabył wkrótce przez uważne słuchanie innych i własną praktykę, tak znakomitéj wprawy, że wyrównywał bieglejszym oratorom niemieckim. Mówił zwykle bez długich przygotowań, częstokroć całkiem ex abrupto, osobliwie odpowiadając na zaczepki, a słów i myśli nie zbywało mu nigdy, chociaż czasem chwytać się musiał ogólników, aby mowie nadać należytą rozciągłość. Niemcy słuchali go spokojnie, nieraz życzliwie, ceniąc jego przywiązanie do ojczystéj sprawy, ale rzadko kiedy do czegoś więcéj nakłonić się dali; książę Bismarck jednak był bardzo dlań niełaskaw, a miły jegomość, Hundt von Hafften zwany, dostawał drzenia nerwów, gdy ujrzał Kantaka stojącego na mównicy.
W ważnych przypadkach, gdy szło o rzeczy piekące, zazwyczaj Kantakowi polecało Koło polskie, aby był tłómaczem uczuć i myśli współrodaków; i tak przypominam sobie, że sześćdziesiątego piątego roku wystąpił z zapałem przeciw ministrowi Eulenburgowi z powodu skazania kilku powstańców z roku sześćdziesiątego trzeciego na służbę w rotach aresztanckich; że następnego roku mowa, którą bronił postępowania naszego w roku czterdziestym ósmym, zyskała mu uznanie powszechne i że sześćdziesiątego siódmego roku, jako członek sejmu północno-niemieckiego odczytał i uzasadnił uroczysty protest przeciw wcieleniu WKsięstwa do Rzeszy północno-niemieckiéj, że pięć lat późniéj przypadło znów Kantakowi bronić nas wobec parlamentu niemieckiego i zaprotestować imieniem ogółu przeciw narzuceniu nam narodowości obcéj i wpychaniu nas gwałtem do Rzeszy.
Pamiętam nakoniec jeszcze, iż, niedługo potem, w sejmie pruskim odpierał zwycięzko zaczepki wymierzone przeciw arcybiskupowi Ledóchowskiemu, który, wywdzięczając mu się za to, jak słyszałem, do dziś dnia jeszcze, w rocznicę św. Kaźmierza, przed ółtarzem obrońcę swego wspomina. Nie minęła wogóle, panie Ludwiku, żadna sesya sejmowa, w którejby Kantak nie był kilkukrotnie, krócéj lub dłużéj, przemawiał z rozmaitem powodzeniem, lecz zawsze jako nasz gorliwy opiekun, żałuję więc szczerze, iż na tak pobieżnéj wzmiance o jego parlamentarnéj czynności poprzestać muszę; ale jeden jeszcze dodam szczegół będący z nią w związku. Otóż od samego początku należał do tych, którzy w sejmie i poza sejmem najgorliwiéj zwracali uwagę na stosunki szkólne i strzegli praw języka naszego w szkole. Starannie zbierał materyały do téj ważnéj sprawy, aby przy każdéj sposobności stanąć mógł w jéj obronie, o czem świadczy niejeden jego występ publiczny. Współcześni przypomną sobie zapewne z jakim zapałem przemawiał przeciw zniesieniu gimnazyum trzemeszeńskiego, którego nie zdołał jednak ocalić, jak mu jednak się powiodło wywalczyć dla gimnazyum wągrowieckiego charakter katolicki, oraz częściowy wykład w języku polskim, jak wreszcie, z rozpoczynającą się kulturą, odpierał kilkakrotnie bezwzględne niemczenie szkół elementarnych.
Chociaż, ile mi wiadomo, za główne zadanie swoje uważał Kantak owe zapasy na arenie sejmowéj, spotkać go jednak mógłeś wszędzie, gdzie cośkolwiek działo się u nas na korzyść dobra publicznego. Wspomniałem ci, panie Ludwiku, że już za młodu krzątał się po prowincyi w interesie Pomocy Naukowéj, to też czynność jego i dobra wola zjednały mu z czasem uznanie kierowników tego zakładu, tak iż pod wpływem ich obrany został sześćdziesiątego drugiego roku do Dyrekcyj, z któréj koła dopiero śmierć go wyrwała. Że nie zadowolił się tutaj samym tytułem, zaręczyć ci mogę z własnego doświadczenia; nie tylko bowiem przybywał na walne zebrania i przemawiał na nich prawie za każdym razem w imieniu Dyrekcyi, lecz, ilekroć zawitał do Poznania, stawiał się zawsze na zwyczajne jéj posiedzenia i chętnie był na nich widziany dla bystrości spostrzeżeń swoich i rozległéj znajomości osób i stosunków naszéj prowincyi. Prócz tego należał Kantak jeszcze do zarządu Pożyczki przemysłowéj, kilka razy znalazł się w dyrekcyi Kółka towarzyskiego, daléj, sześćdziesiątego trzeciego roku, chociaż nie podzielał złudzeń ówczesnych, nie usuwał się jednak od trudnych czasem zabiegów, aby ułatwić jakie przedsięwzięcie, albo uniknąć jakiego niebezpieczeństwa; lubił prócz tego przysługiwać się znajomym i na wezwanie załatwiał z ochotą ich sprawy, mimo że nieraz dużo czasu i roboty wymagały. Nakoniec dodam jeszcze, iż, jako jeden z przywódzców Towarzystwa tatrzańskiego, krzątał się, w ostatnich kilkunastu latach, z młodzieńczym zapałem, aby znaczenie i działanie tego Towarzystwa rozszerzyć, osobliwie pozyskać dla niego w W. Księstwie jak największą liczbę członków. W tym celu, kogo tylko tutaj znał, starał się popędzić na Tatry, wysławiając Zakopane, Szczawnicę, Morskie oko i górskie powietrze, którem się prawie co rok napawał. I w istocie, usiłowania i werbunki Kantaka na tem polu były tak skuteczne, że, wdzięcznością dla swego protektora przejęte Towarzystwo tatrzańskie, podobno na jakiejś skale w górach nazwisko jego zapisało, a potem na pogrzeb jego deputacyę przysłało.
Tak więc przebył sobie pan Kaźmierz ostatnie ćwierć wieku swéj ziemskiéj wędrówki z tem miłem przekonaniem, że ku zadowoleniu współrodaków wypełnia ów trudny obowiązek bronienia sprawy ojczystéj, który mu powierzyli, dla tego też, mimo postępu lat, zachował wrodzone swobodne swoje usposobienie i skłonność do towarzyskiego życia. Nie mając właściwie domowego ogniska, bo w kawalerskim stanie wytrwał aż do końca, lubił schadzki z przyjaciółmi lub znajomymi, szczególnie wieczorem samotności unikał, a ponieważ łatwo i częstokroć wesoło szła mu rozmowa, do któréj mu wątku nigdy nie zabrakło, chętnie się z nim spotykano i spędzano czas wolny na poufnych rozchoworach, nie tylko tutaj, ale i w Berlinie, gdzie, w braku współziomków, niemieccy jego koledzy sejmowi, z których większa część w bliższéj z nim była znajomości, do towarzyskich kółek swoich nieraz go przyciągali. Przypominam sobie, iż pod tym względem nawet „Norddeutsche Allgemeine“ wystawiła mu pochlebne świadectwo, pisząc, że „poseł Kantak lubionym był przez wszystkie stronnictwa, mianowicie dla swego miłego i jowialnego usposobienia.“
Mimo lat sześćdziesięciu dwóch, nietylko pod względem siły i jasności umysłu, lecz i rzeźwości ciała, nic nie stracił, i kto go spotkał tu na ulicy w połowie Grudnia ośmdziesiątego szóstego roku, ten mógł mu wróżyć, że Moltkego przetrzyma. Tymczasem stało się inaczéj, bo już w końcu owego Grudnia rozstał się z nami na zawsze. Przeziębił się podobno gdzieś na pogrzebie, a choroba, to jest zapalenie płuc, do którego przyłączyło się niebawem zapalenie kiszek, miała bardzo szybki przebieg, bo, położywszy się w Wigilię do łóżka, już w trzecie święto nad ranem życie zakończył. Do ostatniéj chwili zachował przytomność i śmierć miał, jak się zdaje, bardzo lekką; jeszcze dzień przed nią łamał się z najbliższą rodziną opłatkiem i rozgadywał o przyszłéj sesyi sejmowéj, w któréj zamierzał poruszyć sprawę dodatków do pensyi dla nauczycieli gimnazyalnych z innych prowincyi przenoszonych do Księztwa z wielką krzywdą dla nauczycieli miejscowych, a zwłaszcza sprawę nauczycieli polskich, przepędzonych w dalekie kraje niemieckie bez żadnego podwyższenia płacy. W drugie święto pod wieczór pojednał się z Bogiem, a nazajutrz, krótko po piątéj zrana, świat ten opuścił. O jego pogrzebie opowiadać ci niebędę, dość takich smutnych aktów mamy, panie Ludwiku, wszakże, jak mi się zdaje, byłeś wtenczas w Poznaniu i sam widziałeś jak szczerze i uroczyście spółeczeństwo nasze, mimo zimna i niepogody, w niezliczonym tłumie zebrane, oddało cześć ostatnią zasłużonemu posłowi; prócz tego nieuchodzi zapewne twéj wiadomości, że mu na nowym cmentarzu farnym, gdzie teraz spoczywa, wdzięczni współrodacy pomnik wystawili.
A teraz, czas nam daléj, bo wieczór się zbliża. Zwracam uwagę twoją na tę wielką kamienicę, która tworzy róg Garbar przy uliczce Wszystkich Świętych i widzisz bezpośrednio za nią, wzdłuż owéj uliczki, aż do samego jéj końca prawie, ciągnący się znaczny budynek fabryczny. Wyglądało to nieco inaczéj za moich lat młodych; kamienica stała wprawdzie już oddawna, lecz była skromniejszą, miała jedno piętro, a przodem wznosiło się ponad jéj dach pięć czy sześć wysokich topoli piramidalnych; miejsce zaś teraźniejszéj fabryki zajmował stary mur, a za nim kawałek płotu. Trzeba mi było zdejmować czapkę, gdym przechodził tutędy i spojrzał na parterowe okna; siedział tam zawsze ktoś ze znanéj mi rodziny Sturtzlów, a liczyły się do niéj cztery osoby, papa, mama, synek i córeczka. Papa Sturtzel, jak mi powiedział, mój ojciec, który był z nm wdobréj komitywie, pojawił się tutaj, zaraz z początku drugiéj okupacyi i urzędował w rejencyi, bodajnie jako główny rendant. Był to typ dawnego urzędnika pruskiego; chudy, sztywny, poważny, ale bardzo grzeczny, chodził odmierzonym krokiem z białą chustką na szyi i w surducie zawsze do saméj góry zapiętym; pani jego niewysoka, szczupła, z wielkim czepkiem na głowie, siedziała w czasie wolnym po większéj części przy oknie, robiąc pończochę i patrząc na ulicę, a przy drugiem oknie córeczka ciemnowłosa, obdarzona podobną figurką i dość miłą twarzyczką, robiła to samo, co matka. Synka znałem najlepiéj, był bowiem moim kolegą szkolnym; przedstawiał on wierną kopię ojca nie tylko z twarzy, lecz i z postawy; mimo młodziutkiego wieku, spokojny aż nazbyt i aż nazbyt porządny, siedział skromnie na ławie, rzadko sam do innych przemawiał, krótko na pytania odpowiadał i odznaczał się między nami rozwagą, chociaż zdolnością nie raził. Szkół nie skończył, bo przeszedł wcześnie do służby pocztowéj. Widywałem tu późniéj dość często jego pomarańczowy kołnierz i złote guziki, ale zawodu swego nie zamknął w Poznaniu. Dokąd go przeniesiono, gdy się wyżéj w urzędzie posunął, jest dla mnie pytaniem bez odpowiedzi, ale o ojcu jego słyszałem, że, uzyskawszy emeryturę, przeniósł się, kilka lat po czterdziestym, z resztą familii do Hirschberga na Szląsku, aby tam lżejszem i spokojniejszem oddychać powietrzem.
Wspomniałem ci tak mimochodem, panie Ludwiku, o Sturtzlach, bo mi ten dom stawił przed oczy ową przykładną rodzinę niemiecką, na którą w młodym wieku tylokrotnie patrzałem, nawet przytoczę ci jeszcze, że ich siedzibę niegdyś nazywano kamienicą Frosta, bo najdawniejszym jéj właścicielem był, za méj pamięci, stary biuralista Frost. Otóż pana Frosta, mieszkającego na pierwszem piętrze, znałem także wraz z jego trzema dodatkami i lepiéj niż Sturtzlów. Różnił się od swego dolnego lokatora wyglądem i usposobieniem, przedstawiał bowiem wysokiego i jasnowłosego jegomościa z długim nosem, w niezbyt starannym ubiorze, natury trochę rubasznéj, lecz rozmownego i jowialnego. Mówił dobrze po polsku, równie jak trzy jego dodatki, t. j. wysoka i chuda małżonka, córka jéj całkiem ładna blondynka i syn nieco starszy odemnie, ruchawy i sprzeciwny młodzieniec.
Nie dziw się, że wiem o tem, bo ze starym Frostem nieraz rozmawiałem, z panną kolegowałem parę miesięcy na Grobli, w szkółce Kantorowej, a Emil Frost przechodził ze mną kilka klas gimnazyalnych i dokuczał mi często, lubo w gruncie nie złym był chłopcem i przyjacielskiego usposobienia. Nie wiem już nic zgoła kiedy i jak mi te wszystkie Frosty znikły z widnokręgu, anim też słyszał kto późniéj po nich był tu właścicielem, wszakże pragnąłbym obszerniéj pomówić o zmianach zaszłych tutaj ostatniemi czasy i żałuję mocno, że dostatecznych szczegółów podać nie mogę o osobistości, która je przeprowadziła, chociaż znaną była każdemu z nas w mieście i zjednała sobie szacunek powszechny. Otóż stary dom Frosta z przynależnym doń gruntem nabył, niepamiętam którego roku, mistrz stolarski Józef Zeyland, zamienił go na trzypiętrową kamienicę i przybudował tuż za nią ten znaczny zakład fabryczny. Mówiłem ci, panie Ludwiku, gdyśmy po Nowym rynku chodzili, iż, będąc jeszcze niedorostkiem, spostrzegłem tam nieraz biegającego z siostrą małego chłopca. Nic o nim nie wiedziałem wtenczas, jak, że jest bratem kanonika farnego, księdza Zeylanda; wołano nań Józio! i zdawał mi się parę lat młodszym odemnie.
Ów Józio wkrótce zeszedł mi z oczu; przez lat dwadzieścia kilka anim pomyślał, że jest na świecie i dopiero, ile pamiętam, piędziesiątego roku, gdy pewnego razu w starem naszem gimnazyum, stanąwszy przy oknie zwróconym ku Klasztornéj ulicy, spoglądałem na stojące z drugiéj strony probostwo farne, ujrzałem tam na pierwszem piętrze warsztat stolarski, a w nim pracującego heblem i dłutem gorliwie z kilku innymi, młodego człowieka wysokiéj i silnéj postawy, z którego przystojnéj twarzy wyczytać było można pewien szpryt i rozwagę, osobliwie gdy bystrem okiem oglądał odbytą robotę. Dowiedziałem się niebawem, że to Józef Zeyland, który, po ukończeniu szkoły miejskiéj i ówczesnéj przygotowawczéj, oddany przez brata w naukę stolarstwa, do czego okazywał ochotę, wyrobiwszy się tutaj na biegłego czeladnika, powędrował potem za granice Księstwa, aby w większych miastach dokonać wykształcenia, ożenił się pomyślnie z wychowanicą panien Moldenhauer, przełożonych znanego tu dawniej pensyonatu żeńskiego i założył warsztat na większe rozmiary niż którykolwiek inny w mieście. Z naszych polskich stolarzy mógł biegłością w rzemiośle współzawodniczyć z nim tylko ów Reyzner, o którym ci także wspomniałem, ale umarł on właśnie około tego czasu i zostawił miejsce godnemu następcy.
Zeyland nie pozostał na stanowisku zwyczajnych, jak to mówią, majstrów, starał się od początku obręb stolarski rozszerzyć i rzemiosło połączyć z kunsztem. — Przedsiębrał nie tylko zwyczajne prace koło budowli, lecz wyrabiał także meble i przyrządy pokojowe rozmaitego rodzaju, wedle nowszych wymagań, z artystycznym zmysłem; zwrócił zatem wkrótce uwagę publiczności na siebie, tak że ilość zamówień z każdym dniem się mnożyła, a z nią wzrastała robota. Gdy już warsztat w paru zwyczajnych pokojach farnego probostwa pomieścić się nie mógł, przeniesiono go na ulicę Zabramkową do obszerniejszego lokalu, a kilkanaście lat późniéj mógł Zeyland, przesiedliwszy się na Garbary, doprowadzić do skutku to, co tutaj widzisz, już nie warsztat powiększony, lecz zakład fabryczny na wielkie rozmiary, z wszelkiemi ulepszeniami technicznemi, połączony z magazynem, w którym znajdziesz ogromną ilość wyrobów stolarskich, od najprostszych do najwykwintniejszych, odpowiadających wszelkim naszym domowym potrzebom, zacząwszy od stoliczka dla dzieci, skończywszy na trumnie.
Wyroby Zeylanda pojawiały się nieraz na wystawach, tutaj i w innych krajach, podobno nawet i w Anglii, a nie tylko u nas pokup znajdowały, lecz i za granicę je wywożono. Aby dojść do tego, trzeba było, prócz gruntownéj znajomości rzeczy, oraz ciągłego rozsądnego dozoru nad pracą licznych robotników, jeszcze bacznéj uwagi na postępy rzemiosła gdzieindziej, nadewszystko zaś przezorności w stosunkach finansowych, porządku i oszczędności w życiu prywatnem. Te przymioty, niemniéj jak skromność i uprzejmość w postępowaniu z ludźmi, posiadał Zeyland w wysokim stopniu i zawdzięczał im swoje powodzenie na drodze przemysłu; wszakże i inne właściwości jednały mu uznanie i szacunek, których mu społeczeństwo nasze nie szczędziło.
Patryotyczne jego uczucia znane były wszystkim; objawiał je słowem i czynem, gdzie tylko nastręczyła się sposobność i wiadomo mi, że nieraz pod tym względem znaczne poniósł ofiary. Nie przestając na obrębie swego zawodu, w którym kształcili się u niego prawie tylko rzemieślnicy polscy, jako Polak i mieszczanin tutejszy poczuwał się do wypełniania obowiązków względem współobywateli i współrodaków. Był on jednym z założycieli Banku Przemysłowego i członkiem jego rady nadzorczéj prawie bez przerwy aż do swego końca; takie same stanowisko zajmował w Towarzystwie przemysłowem i w Towarzystwie młodzieży kupieckiéj. Obok tego należał, razem z Szafarkiewiczem, do najgorliwszych członków dozoru kościelnego parafii farnéj i liczył się do niewielkiego zastępu przemysłowców miejskich, którzy się sumiennie zajmują sprawą Naukowéj Pomocy i na walnych jéj zebraniach czynny udział biorą.
Więcéj o tym zacnym człowieku, któregośmy latem przeszłego roku stracili, usłyszałbyś zapewne, panie Ludwiku, od tych, którzy z nim w bliższych żyli stosunkach; ja rzadko kiedy miałem sposobność spotkania się z Zeylandem, lubo niebyliśmy sobie obcymi, mimo to uważałem za powinność, przechodząc tutędy, polecić, chociaż kilku tylko słowami, twéj pamięci człowieka, którego szanowaliśmy jako jednego z najzasłużeńszych przemysłowców naszego miasta.
Z drugiéj strony, na rogu uliczki Wszystkich Świętych, widzisz otoczony niewysokim murem skład opałowych materyałów, drzewa i węgli. Pierwotnie pamiętam tu ogródek, późniéj pustkowie zamknięte starym, miejscami pozarywanym płotem, na niem zaś tu i ówdzie leżały belki, kłody i sążnie, których strzegł pies na łańcuchu. W bezpośrednim związku z tym murem jest znaczna trzypiętrowa kamienica, numerem czterdziestym siódmym naznaczona. O kamienicy nic ci niepowiem, ale ręczę ci, panie Ludwiku, że na tysiąc ludzi w całem naszem mieście ledwie znajdziesz jednego, któryby wiedział, jak to kiedyś na jéj miejscu wyglądało. Otóż stał tu sobie skromniuteńki domek o jednem piętrze, w pruski mur zbudowany; miał cztery czy pięć kwadratowych okienek dołem i górą; jedną bramką wchodziło się wprost do dolnéj dużéj sali, w któréj, prócz ławek po bokach, w środku zaś stołu, pokrytego kobiercem i przy nim krzesła, nic więcéj nie było; druga zaś bramka prowadziła wprost z ulicy na schody; ocieniały to wszystko trzy topole włoskie. Niedziwił się nikt wtenczas widząc, że przed tą budą, w niedzielę po dziesiątéj, stoi powóz książęcy o sześciu koniach, a nieraz i kilka powozów naszych obywateli, i że tam wchodzą panowie we frakach i wystrojone panie; był to bowiem jedyny w Poznaniu sobór kalwiński, księżna zaś Radziwiłłowa właściwie do tego wyznania należała, jak niejeden z Niemców tutejszych i dość jeszcze znaczna liczba szlachty polskiéj. Miejsce pastora zajmował tam Bornemann, którego osobistości wcale sobie nieprzypominam, chociaż z moim ojcem był w dobréj komitywie i częstokroć w domu rozprawiających o nim słyszałem. Z pochodzenia Niemiec, ale, zdaje mi się, w naszym kraju urodzony, mówił wyśmienicie po polsku, miewał czasami kazania polskie i przestawał z Polakami, mianowicie z współwyznawcami. Odznaczał on się niezwykłą gorliwością religijną i przywiązaniem od kalwinizmu, dla tego też, gdy w państwie pruskiem zaprowadzono, głównie z politycznych względów, zjednoczenie wyznań dyssydenckich pod nazwą kościoła Ewangielicko-Chrześciańskiego, należał Bornemann do najzawziętszych przeciwników owego zjednoczenia i przysłanéj mu nowéj agendy, streszczającéj wspólną naukę, nieprzyjął. Księżna Radziwiłłowa sądząc, że wpływem swoim opór jego przełamie i rzecz załatwi, obdarzyła modlitewnię srebrnym krucyfiksem i czterema takiemiż lichtarzami, ale nasz pastor odesłał jéj natychmiast ten upominek z oświadczeniem, że dopóki stary Bornemann żyje, ani krzyż, ani lichtarze w jego kościele niepostaną.
Po roku trzydziestym, postanowił rząd przeprowadzić wszędzie swoją agendę, choćby przymusem. Tak się też stało w Poznaniu; niepamiętam już czy stary Bornemann poszedł wtedy na odstawkę, czy nieżył, ale wiem dobrze, iż na jego miejsce powołano z Leszna pastora Dütschke, który po polsku nie mówił, krzyż i lichtarze ustawił i zrobił wszystko co chciano. Syn Bornemanna, imieniem Gustaw, wychował się w naszem gimnazyum i widywałem go, będąc małym chłopcem, jako dorosłego prymanera. Niewiem co się z nim późniéj stało i jakiego chwycił się zawodu, słyszałem tylko kiedyś, że żył w Lesznie i umarł tam po roku piędziesiątym. Zachował on, zdaje mi się, coś z tradycyi ojca, bo przetłómaczył większą część kroniki Długosza i ogłosił jakiś podręcznik tyczący się ogrodownictwa, a szczególnie zakładania winnic, obadwa po polsku. Siostry jego imię zapomniałem, ale przypominam ją sobie wiele lepiéj niż brata, bo przed rokiem trzydziestym żyła w przyjaźni z matką moją i ciotką, odwiedzała je bardzo często i chodziła z niemi na bale. Robiła wtenczas wrażenie zupełnéj Polki i majaczy mi jeszcze przed oczyma jako panna słusznego wzrostu o ciemnych i bujnych warkoczach, przytrzymywanych wysokim grzebieniem, niegrzesząca zresztą pięknością, lecz za to wymowna i zajęta ciągle pończoszką. Późniéj ostygła jéj przyjaźń i powoli wykruszyła się całkiem, znalazła bowiem panna Bornemann, lubo już niemłoda, małżonka w osobie pana Hanke, który naprzeciwko niéj mieszkał, był urzędnikiem w rejencyi i od Polaków zdaleka się trzymał, chociaż ojciec jego, stary profesor, sprowadzony do Poznania za pierwszéj okupacyi, urzędował przez cały czas Księstwa Warszawskiego przy Lyceum i polskie czasy miał w dobréj pamięci, jak o tem, w méj przytomności, mówił do mego ojca, a swego znajomego, przypominając mu Antoszewicza, Przybylskiego, Kaulfussa i innych dawnych kolegów. Co się zaś tyczy owego zboru kalwińskiego i byłéj rezydencyi Bornemannów, dodam ci jeszcze, panie Ludwiku, że tam pan Dütschke tylko kilka lat pastorował, krótko bowiem po czterdziestym roku, gdy na Piotra placu wybudowano dwuwieżowy kościół protestancki, przeniesiono tam pastora i gminę znacznie powiększoną, rozwalono arcy-niepokaźne garbarskie sanctuarium i sprzedano jego grunta, na których teraz widzisz mur składowy i trzypiętrową kamienicę.
Dzieje przyległego do niéj domu są dla mnie zagadką, ale następującego minąć obojętnie nie mogę, bo ważne zajmuje miejsce w méj pamięci, dla któréj, zamiast numeru czterdziestego piątego, wypisane na nim wielkiemi zgłoskami nazwisko Popliński. To nazwisko znajdziesz wymienione w każdéj bibliografii naszéj i w podręcznikach literatury, a prócz tego byłem osobiście z Poplińskimi w bliższych stosunkach, podaję więc o nich co sobie przypomnieć zdołam, lubo mi przykro, że bardzo niedokładną wyda ci się moja relacya. Mówiłem: z Poplińskimi, używając liczby mnogiéj, panie Ludwiku, bo ich było dwóch, Antoni i Jan, nie tylko braci, ale i bliźniąt; przyszli obydwaj razem na ten świat, pod koniec przeszłego wieku, roku dziewiędziesiątego szóstego, w Popłonykach pod Ostrowem, gdzie rodzice ich mieli młyn i folwarczek. Nie dziw, że jako bliźnięta byli bardzo do siebie podobni tak z wyglądu, jako i z usposobienia, że chowali się razem i uczyli razem, najpierw w domu, potem w szkółce ostrowskiéj, wreszcie, nie bez pomocy, ile słyszałem, księcia Namiestnika, w gimnazyum poznańskiem, które ukończyli jeszcze za dyrektoratu Jana Kaulfussa, równocześnie z Karólem Marcinkowskim. Ponieważ obydwom przypadł do smaku zawód nauczycielski, udali się potem do Berlina, aby słuchać filologii i nierozłączni, mieszkając wspólnie i pracując wspólnie w językach starożytnych, w niemieckim i polskim, złożyli tegoż samego dnia egzamin na nauczycieli szkół wyższych. Był tam wtenczas w Berlinie dość liczny zastęp młodzieży polskiéj, z którą Poplińscy żyli w ścisłych stosunkach i z którą ich łączyły gorące uczucia patryotyczne, a że między tą młodzieżą objawiały się dążności i nadzieje będące nie bez pewnego związku z zamiarami politycznemi nurtującemi w wojsku polskiem i uniwersytecie warszawskim, niedziw, że obydwaj bracia podzielali pod tym względem usposobienie kolegów swoich. Nie miało to jednak dla nich bezpośrednio złych skutków. Pożegnawszy szczęśliwie Berlin, zakończyli niebawem ów żywot braci syamskich, rozłączono ich bowiem, gdy do tutejszéj rejencyi podali wniosek o wyznaczenie im odpowiednich posad; Antoniego posłano do ówczesnej szkoły wydziałowéj wschowskiéj, a Jana do gimnazyum leszczyńskiego.
Antoni został w Wschowie bardzo dobrze przyjętym przez rektora Fechnera, człowieka spokojnego i roztropnego, a przytem znalazł tam przyjacielskie pożycie z Radojowskim, kolegą nadzwyczaj sympatycznym; lecz, zaledwo był rozpoczął swoją pracę nauczycielską, przerwała mu ją przykra niespodzianka. Przyszedł z góry rozkaz przytrzymania go i niezwłocznie musiał, pod opieką żandarma, odbyć mimowolną przejażdżkę do Berlina, gdzie go osadzono w niemiłym hotelu Hausvoigtei zwanym. Ujrzał tam wkrótce Marcinkowskiego i kilku innych przyjaciół uniwersyteckich; podejrzywano ich bowiem wszystkich o należenie do spisku przeciw Moskwie i Prusom, w celu przywrócenia Polski. Klauzura trwała pięć czy sześć miesięcy, ponieważ jednak indagacye i przesłuchy świadków niczego nie dowiodły, puszczono ich na wolność i pan Antoni, do czysta obmyty, powrócił na swoje miejsce do Wschowy; wszakże nie na długo, bo z początkiem dwudziestego szóstego roku powołano go do Poznania.
Pamiętam to dobrze, panie Ludwiku, zaczęliśmy bowiem nasz zawód gimnazyalny niemal równocześnie, pan Antoni jako nauczyciel, ja jako uczeń. Dostałem się bezpośrednio pod jego komendę; dawał wtenczas w sekscie łacinę, a następnego roku w kwincie; prócz tego języka, którego, rozmaitemi czasy, udzielał także w wyższych klasach, uczył kilku innych przedmiotów, mianowicie niemieckiego, jeografii i historyi, wkrótce zaś, po ustąpieniu Muczkowskiego i Królikowskiego, naukę języka polskiego w trzech wyższych klasach jemu wyłącznie oddano. Przez cały czas mego pobytu w szkołach byłem, ile pamiętam, w każdéj klasie pod jego ferułą, mogę ci więc powiedzieć, panie Ludwiku, a potwierdzą ci to wszyscy dawniejsi jego uczniowie, z których jeszcze żyje niejeden, że Popliński Antoni dla młodzieży był jednym z najsympatyczniejszych nauczycieli w starem naszem gimnazyum. Za młodszych lat, gdy się jeszcze cieszył siłą niesteraną, mało kto z kolegów wyrównał mu w sztuce rozbudzania umysłów i podsycania uwagi, zwłaszcza w licznych klasach, gdzie to zadanie niełatwe. Nie usiadł na chwilę, chodził ciągle po klasie i nic prawie nie uszło jego baczności; umiał zachęcić do nauki życzliwem słowem albo dojmującem strofowaniem, ożywiał częstokroć chłopców wesołem przemówieniem lub dowcipnym gestem, ale wymagał ścisłego dopełnienia obowiązków, leniwych i nieposłusznych karał surowo, a chociaż karał często i dotkliwie, czynił to wedle sprawiedliwości i bez gniewu, ztąd też uczniów nie zrażał do siebie. Takim pamiętam pana Antoniego, gdy byłem w niższych klasach, w wyższych zaś klasach pamiętam go zawsze spokojnego i poważnego, bo tam uczniów umiał zająć przedmiotem swoim, szczególnie wykładem literatury, objaśnianiem dzieł poetów, lub też krytyką wypracowań, które z wielką sumiennością poprawiał; to też większa część młodzieży, kończącéj szkoły, nauczyła się pod jego opieką czytać i cenić autorów naszych i wprawiała się dostatecznie w piśmiennem używaniu języka ojczystego.
Przyszedłszy do Poznania, nie potrzebował Popliński, skutkiem ogłady swojéj i przyjacielskiego usposobienia, długiego czasu, aby zawiązać liczne stosunki z tutejszą, jak to mówią, inteligencyą polską; koło jéj było wtedy znacznie obszerniejsze, niż teraz; handel i wyższy przemysł liczył tylko jednostki, lecz na urzędach znajdowało się jeszcze mnogo Polaków, po sądach, szkołach i nawet w różnych wydziałach administracyi, gdzie ich obecnie na lekarstwo nie znajdziesz. Znało się to wszystko dobrze między sobą i odwiedzało się nawzajem, bo miasto wiele mniejsze miało rozmiary, a pożycie towarzyskie znacznie skromniejsze wymagania. Nauczyciele gimnazyalni, prawie wszyscy Polacy, nie wiele co się różniąc wiekiem i wykształceniem, byli z sobą w ścisłéj zażyłości, w którą wszedł z nimi niebawem pan Antoni, znajdując osobliwie w Muczkowskim, Królikowskim, Trojańskim i Cichowiczu kolegów, którzy wyobrażenia jego i dążności podzielali i po za szkólnem zatrudnieniem pracowali na tem samem mniéj więcéj polu naukowem.
Te parę pierwszych lat w Poznaniu liczył pan Antoni, jak mi to sam kiedyś powiedział, do najpomyślniejszych w życiu, zwłaszcza iż w owym czasie spełniły się także pod innym względem jego życzenia. Ożenił się z panną Maryanną Tomaszczykówną, jedynaczką sędziwego Tomaszczyka, który, ile mi wiadomo, z Górnego Szlązka pochodził i tutaj, przy sądzie apelacyjnym pracując, powszechny miał szacunek nie tylko jako wyższy urzędnik, ale także jako człowiek poważny, zajmujący się w chwilach wolnych nauką, osobliwie filozofią i historyą.
Przypominam sobie, że pierwszy raz widziałem panią Antoniową, gdy, krótko po ślubie, przyszła wraz z mężem odwiedzić moich rodziców; była to wtenczas kwitnąca blondynka, z któréj pięknéj twarzy żywe usposobienie i mocną wolę wyczytać było można; jedno i drugie zachowała do późnéj starości, okazując się zawsze względem męża żoną serdecznie przywiązaną, a dla dzieci najtroskliwszą matką. Dodam ci tutaj nawiasowo, że, ponieważ państwo Tomaszczykowie mieszkali właśnie w tym domu, przed którym stoimy, kupił go kilka lat potem Popliński, przy nadarzającéj się sposobności, od seniora rzeźników poznańskich, Brykczyńskiego. Był to typ starego Polonusa ów Brykczyński; przypominam sobie jego wysoką postać, długie, białe wąsy i twarz poważną, gdy w siwéj czamarce, z konfederatką na głowie, chodził wolnym krokiem po ulicy, wspierając się na swéj jejmoścince, która raz po raz z zadowoleniem na niego spoglądała.
Wszakże szczęście domowe, rozliczne stosunki towarzyskie i uciążliwe, z powodu nabitych klas, obowiązki szkólne niewstrzymały naszego profesora od prywatnéj pracy naukowéj i literackiéj. Zaraz w pierwszych tutaj latach, kiedy się jeszcze po gimnazyach i w szkołach niższych wszyscy niemal Niemcy uczyli po polsku, aby im rzecz tę ułatwić, wypracował Popliński odpowiedni podręcznik: Elementarbuch der polnischen Sprache zum Gebrauch der Schulen und zum Selbstunterricht. Jak takowa książka była pożądaną, jak Popliński stósownie i dokładnie ją ułożył, okazuje liczba wydań, których się doczekała, było ich bowiem dziesięć przed kilku laty, a może ich teraz jest więcéj. Niemniejszéj potrzebie młodzieży naszéj gimnazyalnéj zaradził, wydając około trzydziestego roku w polskim języku Gramatykę łacińską. Dzieło to obszerne, oparte na gramatyce Zumpta, lecz z mnóstwem zmian w treści i układzie, zajęło u nas niebawem miejsce gramatyki Trojańskiego, pod niejednym względem niedostatecznéj, i zaprowadzonem zostało w tutejszem gimnazyum oraz w wielu szkołach Królestwa. Dodane potem do niéj, w dwóch częściach, Przykłady do Tłómaczenia z łacińskiego na polskie i z polskiego na łacinę znalazły także gotowe przyjęcie, a prawie równocześnie z niemi ogłoszona Gramatyka łacińska mniejsza dla klas średnich i niższych tak znaczną cieszyła się wziętością, że autor, jeszcze za życia swego, siódme jéj wydanie oglądał. Oprócz tych prac, tyczących się języków obcych, zestawił późniéj nieco Popliński książkę dla nauki niedorostków naszych nadzwyczaj pożądaną, tj. Wybór prozy i poezyi polskiéj dla klas niższych. Ten Wybór doszedł również do szóstego czy siódmego wydania, używano go powszechnie po domach i w wyższych oddziałach szkół miejskich i widziałem nieraz z jak wielkiem zajęciem nasze chłopcy bajki, powieści, obrazy i wiersze z niego odczytywały.
Najważniejszem jednak, wedle sądu mojego, z wydawnictw pedagogicznych Poplińskiego jest jego podręcznik historyczny. Większa część książek tego rodzaju używanych po szkołach niemieckich przedstawia dzieje wieków średnich i czasów nowożytnych ze stanowiska dyssydenckiego; znalazł się przeto, jak mi się zdaje, po trzydziestym roku, pedagog niemiecki Welter, który napisał dzieje powszechne dla szkółek tak, iżby młodzież katolicka, bez uszczerbku dla swéj wiary, uczyć się z nich mogła. Uznano to za słuszne i z przyzwoleniem rządów książka ta prawie wszędzie w Niemczech do wyższych zakładów katolickich zaprowadzoną została. Ponieważ owemi czasy po gimnazyach i seminaryach katolickich historyę w niższych i średnich klasach, gdzieniegdzie nawet w wyższych, po polsku tutaj wykładano, przysłużył się zatem Popliński młodzieży naszéj, wydając trzy tomy tego Weltera w języku polskim. Nie jest to wszakże tłómaczenie, lecz przerobienie; nietylko bowiem oryginał znacznie jest zmieniony i w wielu miejscach uzupełniony, lecz dodane są także do niego w dość obszernem streszczeniu dzieje polskiego narodu. Prócz tego zaleca się ta Historya powszechna Poplińskiego jasnością przedstawienia faktów, językiem poprawnym i potoczystym, mogącym służyć za wzór dla tych, co chcą o podobnych przedmiotach dobrze pisać po polsku.
Ta robota na polu szkólnictwa wymagała dużo mozołu; niejeden byłby na niéj poprzestał, ale pan Antoni, który już wcześnie zrzekł się rozrywek i zwyczajnych przyjemności, a w pracy tylko upatrywał zadowolenie, późniéj także zapomnienie niejednéj przykrości życia, znalazł jeszcze w sobie dość siły przytem i czasu, żeby jeszcze w innym kierunku użyć ich dla dobra ogółu. Żył on w najściślejszéj przyjaźni z Józefem Łukaszewiczem; obadwaj mieli teżsame przekonania, teżsame dążności i zapatrywali się tak samo na położenie nasze. W częstych z sobą rozmowach i naradach uznali, iż koniecznem jest rozbudzanie ducha w spółeczeństwie i zwracanie jego uwagi na rozwój, kierunki i potrzeby literatury narodowéj; postanowili zatem wydawać wspólnie pismo periodyczne w tym celu. Nie odstręczyło ich od przedsięwzięcia niepowodzenie Turskiego i Królikowskiego, których podobne usiłowania, w pierwszych latach po okupacyi, rozbiły się o zupełną obojętność publiczności; wszakże wyobrażenia i ruch umysłowy znacznie były u nas po roku trzydziestym zmienione, a Przyjaciel Ludu cieszył się już powszechnem uznaniem. Roku trzydziestego ósmego przyprowadzili powzięty zamiar do skutku, założyli w tylnych budynkach tego domu pierwszą wtenczas drukarnię polską większych rozmiarów, którą Nową drukarnią nazywano, i zaczęli wydawać arkuszowe pismo periodyczne, Tygodnik literacki.
Powiedziałem ci już dawniéj, panie Ludwiku, jaki tam od samego początku zachodził stosunek; ani Popliński, ani Łukaszewicz niemogli jawnie wystąpić w charakterze redaktorów, byli bowiem obadwaj nauczycielami przy gimnazyach, użyli więc nazwiska młodego Wojkowskiego, który na to chętnie przystał. Blisko dwa lata trwał ów stosunek; właściwi redaktorowie odbywali całą pracę wydawnictwa, a Tygodnik rozszerzył się po całem Księstwie, bo nietylko redakcya zasilała go artykułami tyczącemi się bieżącego piśmiennictwa ojczystego i zagranicznego, postępów naukowych i dziejów, lecz znalazła także pokaźną liczbę zdolnych współpracowników, tutaj i w innych częściach kraju naszego. Pamiętasz zapewne, jakim sposobem, czterdziestego roku, wyrwano Tygodnik z rąk założycieli, wbrew ich woli i bez żadnego wynagrodzenia; niechcę się tu powtarzać, przypomnę ci tylko, ze ówczesne stronnictwo ruchów politycznych, będące w związku z Towarzystwem demokratycznem na emigracyi, przeciągnęło Tygodnik na swoją stronę, używszy Wojkowskiego za narzędzie. Żałuję, że niemam już listu, w którym mi o tem pan Antoni donosił, opisując zajście i doznane przykrości; były one nie małe, zwłaszcza iż prawie równocześnie udało się Stefańskiemu usunąć na korzyść swoją z ich ręki drukarnię. Niezraziło to jednak obydwóch przyjaciół od wytrwania na obranéj drodze; urządzili sobie nową oficynę, a obok Tygodnika pojawił się już pierwszego Października tego samego roku Orędownik naukowy pod ich własną firmą wydawany. Mieliśmy więc przez kilka lat w Poznaniu dwa pisma literackie niepospolitéj wartości i różnéj barwy. Tygodnik chciał być romantyczno-postępowym, Orędownik zaś klasycznie-zachowawczym; kolory te jednak często się mięszały. Powinienem był właściwie powiedzieć: cztery pisma, bo w rok po Tygodniku powstał Dziennik domowy Napoleona Kamieńskiego, a trzy lata po Orędowniku Rok Moraczewskiego i Libelta; rozwodzić się teraz nie mogę nad temi pismami, lecz, ponieważ o Poplińskim mówimy, dodam ci jeszcze, że Orędownik, który zostawał pod jego szczególną pieczą, nie szczędząc młodych literatów w krytykach swoich, miał prawo szczycić się bogactwem treści i poprawnością języka; chroniąc się przy tem od wybujałości politycznych, był nawskroś narodowym. Wszystkie niemal działy piśmiennictwa znajdowały w jego łamach odpowiednie miejsce i były reprezentowane przez imiona znane w naszéj literaturze. Jeśli możesz, panie Ludwiku, zkąd dostać roczniki Orędownika, które są teraz rzadkością, zajrzyj do nich, a niepożałujesz czasu. Znajdziesz tam, prócz rozpraw krytycznych i historycznych obydwóch redaktorów i Aleksandra Maciejowskiego, powieści Michała Czajkowskiego, Michała Grabowskiego, Seweryna Goszczyńskiego, rozprawy filozoficzne Trentowskiego i Bukatego, poezye Siemieńskiego, jako też pierwsze próby literackie Antoniego Małeckiego i kilku innych, których sobie już nie przypominam. Orędownik zmarł równocześnie ze swoim wpółzawodnikiem; obydwa pisma przestały wychodzić roku czterdziestego szóstego, z braku sił materyalnych i moralnego udziału, bo wypadki owego roku i ich skutki odwróciły na długo umysły publiczności naszéj od zajęć literackich.
Upadek „Orędownika“ nie pociągnął za sobą upadku drukarni, którą Popliński głównie się zajmował, mając ją tuż przy swojem mieszkaniu; za jego staraniem wypuściła ona w świat mnóstwo książek, między któremi najważniejsze były jego własne podręczniki szkolne, jako też większa część owych wydań Edwarda Raczyńskiego. Tak drukarnię, jako i przyłączoną do niéj księgarnię, wziął pan Antoni całkiem na siebie, gdy, zdaje mi się piędziesiątego szóstego roku, Łukaszewicz, opuściwszy Poznań, przeniósł się na wieś do Targoszyc. Po nim przypadło wprawdzie miejsce głównego bibliotekarza księgozbioru Raczyńskich szanownemu profesorowi, który zajmował je aż do śmierci, ale rozłączenie z tyloletnim i tak doświadczonym przyjacielem pozbawiło go jednéj z głównych pociech życia, którego widnokrąg już od dość dawna nie był zbyt jasny.
Przerywały Poplińskiemu swobodę umysłu bardzo częste niedomagania żony, która, po kilku latach szczęśliwego małżeństwa, bawiąc u wód morskich, naraziła się na cierpienia nerwowe; wkrótce potem była dlań dotkliwym ciosem zawczesna śmierć bliźniego brata; znajdował wszakże ulgę w smutkach, patrząc na wzrastającą pomyślnie trojkę dorodnych dzieci. Ale i pod tym względem nie oszczędził go los przeciwny. Otóż syn jedynak, w którym główne pokładał nadzieje, chłopiec żwawy i uzdolniony, skończywszy tutejsze gimnazyum i rozpocząwszy naukę inżynieryi i budownictwa w Berlinie, zapadł nagle na nieuleczalną chorobę i wrócić musiał do domu. Ciężko zgnębieni rodzice czynili, z pomocą lekarzy, daremne wysiłki, aby go przywieść do normalnego stanu, a przez lat kilka trzymając go przy sobie, patrzeć ciągle musieli na ten ukochany przedmiot swego głębokiego żalu, dopóki im go dobroczynna śmierć nie zabrała.
Od choroby syna wyrzekł się pan Antoni wszystkich towarzyskich stosunków, zachowując tylko konieczne, i szukał jakiejś ulgi prawie tylko w ciągłem zatrudnieniu, a chociaż krótko po piędziesiątym roku podał się do emerytury, dostarczały mu jednak dostatecznéj roboty tak obowiązki bibliotekarza, jako też zmienianie i uzupełnianie ponawiających się wydań dzieł własnych i przytem przeglądanie rękopisów powierzonych jego drukarni.
Odwiedzałem nieraz szanownego emeryta, panie Ludwiku, powodowany wdzięcznością jako uczeń, któremu on od pierwszych lat szczerą okazywał życzliwość, i prawie za każdym razem zastałem go przy pracy; właściwa mu spokojność i łagodność wzmogły się jeszcze w tym ostatnim peryodzie jego życia, a czasami tylko dłuższa rozmowa, wspomnienie ubiegłych czasów, znanych osób lub szczęśliwych wypadków wypogadzały jego twarz zwykle zachmurzoną. Tęż samą cierpliwość, z którą znosił to co moralnie dokuczało, okazywał w trzech ostatnich latach życia, walcząc przeciw utrapieniom fizycznym, które nań spadły i którym wreszcie uległ w siedemdziesiątym pierwszym roku życia.
Swobodniejszym w ogóle, lecz wiele krótszym był żywot brata jego, Jana Poplińskiego. Gdy ukończył lata swoje uniwersyteckie, posłano go, jak ci już mówiłem, do Leszna, gdzie też do końca swego pozostał. To miasto przez Leszczyńskich stworzone i od samego założenia przez osadników dysydenckich zajęte, rdzennie niemieckie, nie bardzo mu się z początku uśmiechało, ale wkrótce wżył się w jego stosunki i czuł się w położeniu swojem zupełnie zadowolonym. Bo też tam wtedy znacznie inaczéj wyglądało niż teraz; o szowinizmach i wytępieniach nikomu się nie śniło, bliskie otoczenie było jeszcze całkiem polskie, obywatele nasi z okolicy przesiadywali często w mieście, na które rodzina Sułkowskich i jéj dwór nie mały wpływ wywierały. W starem gimnazyum tamtejszem przewagę mieli Niemcy, ale i polscy uczniowie w pokaźnéj występowali liczbie, zwłaszcza iż polsko-kalwińskie familie, ze względów religijnych, zwykle do Leszna synów swoich posyłały. Pan Jan, będąc w towarzyskiem pożyciu nader łatwym i miłym, znalazł niebawem przyjaciół i dobrych znajomych, a na stanowisko swoje w gimnazyum skarżyć się nie mógł. Zastał tam starego Stoephasiusza, znakomitego filologa, który przez cały czas Księstwa Warszawskiego miejsce dyrektora zajmował. U tego Stoephasiusza byłem dwa razy, przejeżdżając przez Leszno z moim ojcem, który go znał od dawna, przypominam więc sobie ów typ uczonego niemieckiego; dość słusznego wzrostu, trochę zgarbiony, twarz miał wyrazistą, oczy duże i bystro patrzące pod gęstemi i czarnemi brwiami, chociaż na głowie była jasna siwizna. Może ci go lepiéj opisać ksiądz proboszcz w Lubiniu, bo on, zdaje mi się, jest jednym z tych bardzo już nie wielu, którzy się za Stoephazyusza w Lesznie uczyli. Mówił podobno także po polsku, przynajmniéj był dla nas bardzo życzliwym, a w obejściu z ludźmi, obok profesorskiéj powagi, okazywał uczciwe serce i zacny sposób myślenia. Popliński pozyskał sobie jego zaufanie i był z nim, także poza szkołą w bliskiéj zażyłości. Wszakże taki stosunek z dyrektorem zmienił się nieco, gdy, po ustąpieniu Stoephasyusza, zjawił się jego następca Schoeler, z dalekiego niemieckiego kraju przysłany, wysoki i przystojny jegomość, wykształcony wprawdzie i poetycznie usposobiony, ale z nader silnem przekonaniem o swéj wartości; świat nasz całkiem mu był obcym i zdawał mu się niższym, dla tego od ludzi należących do niego trzymał się z daleka, a i z Poplińskim poza urzędową styczność nie wychodził, chociaż bardzo przyzwoitego obchodzenia się z kolegami i uczniami zaprzeczyć mu nie było można.
Prócz Poplińskiego miało wtenczas gimnazyum leszczyńskie trzech tylko nauczycieli Polaków: Ciechańskiego, o którym nic nie wiem, chyba to, że go raczéj za Niemca uważano, matematyka Putjatyckiego i księdza Jarosza, który był zarazem proboszczem leszczyńskim. Z tymi dwoma łączyła pana Jana ścisła przyjaźń. Pamiętam ich dobrze; różnili się oni między sobą fizycznie, bo Jarosz był rosły i silny mężczyzna, stanowczego usposobienia, matematyk zaś niskiego wzrostu, powolny w ruchach, mówił rozwlekle i sentencyonalnie; ale obadwaj mieli równe uczucie polskie, tęż samą przychylność i szczerość w obejściu. Putjatycki doczekał się w Lesznie, jako emeryt, późnéj starości, ks. Jarosz zaś poszedł potem na probostwo do Święciechowy, a ztamtąd na kanonię do Gniezna, gdzie przed dwódziestu przeszło laty umarł nagle w swéj stalli podczas mszy śwt. w katedralnym kościele. Dotkliwy ubytek ks. Jarosza wynagrodził Poplińskiemu ks. Antoni Tyc. Tego księdza widywałem w Poznaniu, gdy był jeszcze klerykiem i korepetytorem dwóch najstarszych Szumanów. Chodziły o nim wieści, że był w powstaniu i że przy obronie Warszawy poniósł ciężką ranę, ale sam nigdy o tem nie mówił. Z Leszna, ile mi wiadomo, po kilkunastu latach, przeniósł się do Gniezna, a ztamtąd do Trzemeszna, gdzie wkrótce po sześćdziesiątym roku życia dokonał. Odbywszy studya uniwersyteckie w Wrocławiu, należał on do niewielkiéj wtenczas liczby księży naukowo wykształconych i pracujących także po za obrębem parafialnych obowiązków. Wydał jeszcze w Lesznie Wybór kazań oryginalnych w dwóch tomach, późniéj zaś Lekcye i Ewangelie na niedziele i święta całego roku oraz Dzieje Starego i Nowego Przymierza dla użytku szkół elementarnych i Żywoty Świętych. Brata młodszego księdza Tyca znałem także. Był on, jak i doktor Jagielski, początkowo aptekarczykiem, lecz po dwóch latach, zapewniwszy sobie potrzebne fundusze i przysposobiwszy się prywatną pracą, złożył maturę, słuchał medycyny w Lipsku i Berlinie i ledwo co był naukę swoją ukończył, gdy zaszły wypadki listopadowe. Pobiegł natychmiast do Warszawy, odbył całą kampanię jako lekarz sztabowy trzeciego pułku strzelców, a za troskliwość i odwagę, okazywaną przy opatrywaniu rannych na polu bitwy, odznaczony został krzyżem virtuti militari.
Po tem wojennem intermezzo, odsiedziawszy kilkomiesięczną karę w fortecy głogowskiéj, sprowadził się do Poznania i rozpoczął praktykę lekarską. Pamiętam, jak z początku starał się tu u nas zastąpić Marcinkowskiego, nie tylko w wyrażaniu się i obchodzeniu z ludźmi, lecz i w ubiorze, chodząc w takiéj saméj czamarze i takim samym kapeluszu. Nie bardzo mu się to jednak powiodło, a gdy oryginał jego wrócił do Poznania, przeniósł się wkrótce potem doktor Józef Tyc do Gniezna, gdzie go miasto i okolica chętnie przyjęły i gdzie, przeszło lat trzydzieści pracując w swoim zawodzie, jako lekarz, jako obywatel i jako człowiek dobroczynny powszechny zjednał sobie szacunek. Rodzina Tyców pochodziła z Warszawy i po śmierci ojca przesiedliła się do Poznania, a wszyscy, co ją znali, zgodzą się na to, że, prócz zdolności i prawości w życiu, odznaczała się także dość silnem przekonaniem o swojéj wartości. Opiekunką niemal obydwóch wymienionych, w ich młodych latach, była ich siostra, którą pojął za żonę jeden z tutejszych urzędników przy sądzie. Każda z naszych bardzo starych pań przypomni sobie niewątpliwie panię Kromreih, która, mniéj więcéj, od roku dwódziestego piątego, aż po za czterdziesty, była w Poznaniu wyrocznią w sprawach strojów i mody. Ponieważ skromna pensyjka męża nie wystarczała potrzebom, założyła pani Kromreih jeden z pierwszych tutaj magazynów damskiéj toalety, a ponieważ odznaczała się w tym obrębie artyzmu wybornym smakiem, przeto panie i panny, ze wsi i z miasta, chcące wydążyć z postępem i zmianami mody, oblegały jéj pracownię, mianowicie w czasie karnawału i śtego Jana. Słyszałem nieraz w domu i po za domem, jak płeć piękna wyrażała się nader pochlebnie o estetycznym zmyśle i gustownych wyrobach pani Kromreih i jak im się mniéj podobało jéj niekiedy zbyt stanowcze występowanie. Tę pewność siebie, jéj usposobieniu właściwą, mógłeś poznać na pierwszy rzut oka; uwydatniały ją wysoka i kształtna postawa, głowa o gęstych włosach do góry wzniesiona, przenikliwe i ruchawe oczy pod ciemnemi brwiami. Ostatni raz zdarzyło mi się być w dłuższem zbliżeniu z panią Kromreih na balu maskowym czterdziestego pierwszego roku; miała wtenczas na sobie nadzwyczaj ozdobny i historycznie wierny ubiór Elźbiety, królowéj angielskiéj, a jéj postać, chód i ruchy odpowiadały całkiem przybranéj roli.
Po tej krótkiéj wzmiance o Tycach, wracając do poprzedniego przedmiotu, powiem ci, panie Ludwiku, że ksiądz Tyc, zająwszy przy gimnazyum miejsce swego poprzednika, zjednał sobie wkrótce zupełne zaufanie naszego profesora. Ten, prócz przyjacielskiego pożycia z wymienionymi kolegami, które mu pobyt w mieście niemieckiem uprzyjemniało, miał jeszcze sposobność spotykania się z kilku przyjaciołmi mieszkającymi w tym samym powiecie, a szczególnie z amicusem uniwersyteckim Gustawem Potworowskim, dość częstym gościem w Lesznie, gdzie zresztą Kasyno Gostyńskie nieraz zjazdy swoje i zabawy odbywało. Niemałą także korzyść pod względem towarzyskim znalazł Popliński w bliskich stosunkach swoich z Rydzyną. Książę Antoni Sułkowski, jako kurator gimnazyum leszczyńskiego, odwiedzał je dość często; bywał nie tylko na publicznych egzaminach, lecz i w zwyczajnym czasie przychodził na lekcye. Ztąd też poznał i polubił młodego nauczyciela w samych początkach jego zawodu, zapraszał go do siebie i powierzył mu nawet naukę swoich dorastających córek. Kilka razy na tydzień jeździł pan Jan do Rydzyny i uczył panny Sułkowskie literatury i stylu polskiego, a stary książę zaszczycał go aż do śmierci swemi przyjacielskiemi względami. Mógł więc, jak widzisz, Popliński być zadowolonym z swego stanowiska, tem bardziéj, że w parę lat po przybyciu do Leszna, zachęcony przykładem brata, położył koniec samotności kawalerskiéj. Ożenił się tu w Poznaniu z panną Katarzyną Herwig, siostrą profesorowéj Motty, którą poznał w domu jéj szwagra. Byłem przypadkiem na ich ślubie i pamiętam, że panna młoda bardzo płakała, ubierając się i jadąc do kościoła, trapiła ją bowiem myśl oddalenia się od matki; wszakże późniéj nie płakała nigdy z tego powodu, bo trudno sobie wystawić serdeczniejsze i pomyślniejsze pożycie małżeńskie od tego, które młoda para wiodła potem w Lesznie.
Nie poprzestał jednak Popliński na bezczynnem używaniu spokoju i szczęścia domowego, owszem, zachęciły go one do prywatnéj pracy, którą, naśladując brata, zwrócił najpierw na pole szkolnictwa. W rok po ślubie wydał pierwszą swoją pracę. Zapomniałem ci z góry powiedzieć, panie Ludwiku, że głównemi przedmiotami, które wykładał w gimnazyum, była łacina i język polski. Polskiego uczyli się tam wtenczas prawie wszyscy Niemcy; aby im więc tę naukę ułatwić, wypracował Popliński odpowiednią gramatykę w języku niemieckim: Grammatik der polnischen Sprache, która, ponieważ całkiem odpowiadała potrzebie, bo dawniejsze tego rodzaju książki były zastarzałe i niedostateczne, doczekała się za życia autora pięciu wydań i do dziś dnia jeszcze u Niemców chcących się uczyć po polsku w powszechnem jest używaniu.
Wszakże zwrócił pan Jan niebawem uwagę swoją także na młodzież polską i, widząc że w niższych i średnich klasach chłopcy nasze, ucząc się po niemiecku, nie mają stósownych co do treści i formy podręczników do czytania, któreby im pracę ułatwiały i uprzyjemniały, zestawił Auswahl von Mustern deutscher Prosaiker und Dichter, Lesebuch für Schulen, a ten praktyczny wybór używany był dość długo nie tylko w leszczyńskiem i poznańskiem gimnazyum, lecz i w seminaryach i miejskich szkołach po prowincyi. Dla początkujących wydał wkrótce potem Słowo Boże z starego Testamentu podług Wujka, to jest Dzieje ludu żydowskiego opowiedziane w przystępnéj i treściwéj formie, jako też Wybór bajek polskich z rozprawą o apologu i komentarzem, aby dzieci polskie miały sposobność czytania i uczenia się owych udatnych i trafnych bajek, któremi się nasza literatura klasyczna poszczycić może. Powodzenie tych wydawnictw zachęciło Poplińskiego do dalszéj pracy na korzyść młodzieży; ułożył więc dla niéj trzydziestego czwartego roku Wypisy polskie, nazywając je nowemi, odnośnie do dawniéj używanych Wypisów Szumskiego, których wydanie już było wyczerpane, a które systematycznością i doborem nie grzeszyły. — Pierwszy tom zbioru Poplińskiego dla trzech klas niższych przeznaczony, zawiera wyjątki z autorów i poetów, zestawione wedle rodzajów piśmiennictwa, znacznie liczniejsze, niż w książce Szumskiego, lepiéj dobrane, z uwzględnieniem płodów szkoły romantycznéj, których poprzednik jego jeszcze znać nie mógł, wydając swój wybór w roku dwódziestym pierwszym. Wiele ważniejszym jednak od tego tomu Nowych wypisów jest ich tom drugi z roku trzydziestego ósmego, daje nam bowiem zupełną Historyą prozy polskiéj od samych początków chronologicznie ułożoną, mieszczącą w sobie zbiór krótkich, lecz dostatecznych wiadomości o główniejszych pisarzach polskich prozaicznych i ich dziełach wraz z doborowemi wyjątkami, tak iż one stanowią dobrze ułożony obraz rozwijania się języka polskiego. Książka ta pozostanie jednym z najcenniejszych podręczników naszego piśmiennictwa i zasługuje doprawdy, iżby prędzéj czy późniéj była wydobytą, szczególnie dla użytku dojrzalszéj młodzieży, z dawnego zapomnienia w nowem jakiem wydaniu.
Gdy krótko po trzydziestym zjawiły się za granicą peryodyczne, obrazkowe pisma, między któremi, ile pamiętam, pierwszemi były angielski „Penny Magazine“ i francuzki „Magazin pittoresque“, nie uszło baczności Jana Poplińskiego, jak ważnemi tego rodzaju pisma być mogą, rozszerzając wiadomości pożyteczne lub zajmujące w szerszych kołach publiczności i rozbudzając jéj ciekawość obrazkami. Uznał, że taka zachęta do czytania wywarłaby wpływ nader korzystny u nas na młodzież, płeć żeńską i na nieuczone warstwy i dla tego postanowił obdarzyć społeczność naszą takim Tygodnikiem. — Porozumiawszy się więc z bratem, z Łukaszewiczem i księdzem Tycem, zapewniwszy sobie ich pomoc, założył pierwsze polskie pismo illustrowane pod nazwą „Przyjaciela Ludu“; wszakże, nie mogąc sam, ze względu na swoje stanowisko urzędowe, wystąpić jako redaktor, spowodował Ciechańskiego, wtenczas emeryta, do pożyczenia mu swéj firmy.
Wstępny numer „Przyjaciela“ wyszedł pierwszego Lipca trzydziestego czwartego roku. Był pan Jan wtedy podczas feryi szkolnych w Poznaniu i pamiętam jak się cieszył nad tym pierwszym okazem, na czele którego wyrysowano ratusz poznański, czy też bibliotekę Raczyńskich. Ale z tem przedsięwzięciem łączyły się liczne niedomagania; współpracowników z razu nie łatwo było dostać, a że się musiało pisać za darmo, przysyłali tacy ochotnicy częstokroć rzeczy mniej ważne lub treścią swoją mało nas obchodzące, któremi trzeba było zapełniać numera. Największą zaś trudność przedstawiały rysunki, ponieważ niemieliśmy tu wtenczas rysowników Polaków. Po długiem szukaniu znalazł się jeden pomiędzy urzędnikami landszafty, nazwiskiem Teofil Mielcarzewicz. Nauczył się nieźle rysować od ojca swego, Józefa Perdischa w gimnazyum i, nieroszcząc sobie bynajmniéj prawa do szczególnego artyzmu, robił tylko na usilne proźby, gdy trzeba było umieścić jakiś oryginalny rysunek, tyczący się mianowicie swojskich przedmiotów. Większą cześć obrazków pożyczano od pism zagranicznych, ale ich odbitki nie wyglądały także zbyt świetnie, bo Günther, ówczesny księgarz leszczyński, który się podjął wydawnictwa „Przyjaciela“, niemiał odpowiednich do tego przyrządów. Już to finansowa podstawa przedsięwzięcia mocno się chwiała; wydawca, niemając sam żadnych zgoła zasobów, ledwo zdołał z początku koszta druku i papieru załatać przy wzrastającéj bardzo powoli liczbie prenumeratów, dla tego też redaktor i współpracownicy, składali w pierwszych miesiącach dowody rzadkiéj bezinteresowności.

Popliński, zawsze pełen dobréj nadziei, w przekonaniu, że „Przyjaciel Ludu“, jego ulubione dziecko, korzyść przyniesie naszemu ogółowi, rozbudzając w nim życie literackie i poczucia narodowe, wytrwał w przedsięwzięciu swojem, mimo wszystkich trudności, pracował sam i krzątał się w różnych kierunkach, aby znaleść piszących, pismo utrzymać, ulepszyć i rozpowszechnić. Usiłowania jego wywarły wkrótce pożądany skutek; pod koniec roku i w następnych latach ożywił się znacznie udział publiczności, pismo rozszerzyło swój zakres i podniosło się znakomicie co do treści i formy.

Rzeczywiście był potem „Przyjaciel Ludu“ przez długi czas prawdziwym przyjacielem polskich domów, chętnie co tydzień witanym gościem i stał się obfitym, że tak powiem magazynem, wszelkich narodowych rzeczy, odznaczając się w tym kierunku należytą rozmaitością. Zamieszczał portrety królów, królowych, hetmanów, uczonych i ludzi pod innym względem zasłużonych w dziejach naszego kraju, prócz tego gmachy, ważne miejscowości, medale, monety polskie, facsimilia królów i znakomitych osób, krótko mówiąc, cokolwiek w przeszłości lub w współczesnym obrębie ojczystym zająć mogło uwagę ogółu, a takim rycinom towarzyszyły zawsze odpowiednie życiorysy, opisy lub objaśnienia.
Dział ów historyczny najbogatszym był w „Przyjacielu Ludu“; prócz kilku innych zapełniali go długiemi nieraz rozprawami lub wyjątkami z starych pamiętników i listów, Łukaszewicz i Moraczewski. Pojawiały się tam także wcale udatne powieści, artykuły treści obyczajowéj, czasami literacko-polemiczne. Górująca proza nie wykluczała poezyi, któréj głównymi przedstawicielami w Przyjacielu Ludu byli wtenczas: Konstanty Zakrzewski, Jaśkowski, a szczególnie jenerał Franciszek Morawski, gorliwy opiekun tego pisma. Otóż Brzoza Gryżyńska, Śty Izydor, Giermek i kilka innych jego płodów poetycznych, które wszyscy jeszcze ze szkół znamy, ukazały się najpierw w Przyjacielu. Nie mamy czasu, aby się dłużéj nad nim rozwodzić, te parę słów niech ci wystarczą, panie Ludwiku, abyś miał jakieś wyobrażenie o zasłudze, którą przyznać trzeba Janowi Poplińskiemu za to, że, wśród owéj ciszy i obojętności, panującéj u nas po trzydziestym pierwszym roku, niewinnem na pozór przedsięwzięciem rozbudził umysły, oraz ożywił dobre chęci zajmowania się literaturą ojczystą.
Tylko cztery lata miał on Przyjaciela pod opieką swoją, albowiem niespodzianie zeszedł z tego świata, prawie lat trzydzieści przed swoim bratem. Ktoby go był widział w ostatnich miesiącach jego życia, byłby mu wróżył, że się bardzo późnéj starości doczeka. Silnéj budowy ciała, dobréj tuszy, żwawego i swobodnego usposobienia, które się odbijało na twarzy jego sympatycznéj i zwykle wesołéj, wiódł życie skromne i szczęśliwe wśród pracy, bez któréj obyć się nie mógł, otoczony serdecznem przywiązaniem całéj rodziny swojéj, przyjaźnią i szacunkiem współrodaków, przytem ciągle zajęty myślą, jakby się do ich pożytku przyczynić. Wolny był od wszelkich niedomagań fizycznych i nie pamiętam, żeby przez owe lat kilkanaście, w których nas łączyły bliskie stosunki, był kiedykolwiek szwankował na zdrowiu. Możesz więc wystawić sobie moje przerażenie, gdy, w koñcn Sierpnia trzydziestego dziewiątego roku, ledwo przybywszy z Berlina na ferye do domu, usłyszałem, że Jan Popliński śmiertelnie chory. Na tę wiadomość podążyła natychmiast do Leszna matka jego żony i towarzyszyłem jéj wraz z panem Antonim w téj fatalnéj podróży. Chorego nie zastaliśmy już przy życiu; kilkodniowa, lecz bardzo gwałtowna gorączka tyfoidalna była przyczyną śmierci, któréj uległ mając lat czterdzieści dwa. W méj doczesnéj wędrówce byłem nieraz świadkiem strasznych objawów boleści, lecz nie widziałem nigdy takiéj rozpaczy jak ta, w któréj zastaliśmy żonę zmarłego. Nie mogąc się już utrzymać na nogach, leżała w łóżku; cztery czy pięć dni nie przyjmując żadnego pokarmu, nie mówiąc ani słowa, nawet do matki, a chwilami, tonąc we łzach, wyrywała sobie włosy i raniła się po twarzy. W takim stanie przewieźliśmy ją potem do Poznania, gdzie dłużéj niż pół roku, obojętna na wszystko, co się koło niéj działo, odpowiadając tylko to, co było koniecznem, siedziała całemi dniami w nieutulonym smutku po mężu i straconem szczęściu domowem. Ale czas wszystko leczy, panie Ludwiku; wszakże ci opowiadałem niedawno, ile się to jeszcze w długiem życiu swojem pani Katarzyna Poplińska napracowała z niemałym pożytkiem dla żeńskiéj naszéj młodzieży. Pogrzeb Jana Poplińskiego odbył się bardzo uroczyście, bo nie tylko całe gimnazyum i ludność miejska, lecz i znaczna liczba obywatelstwa wiejskiego oddała hołd pamięci zacnego profesora. Ksiądz Tyc w pięknem kazaniu polskiem ocenił jego zasługi i osobiste zalety, a nad grobem pożegnał go w imieniu kolegów i uczniów dyrektor Schoeler czułą i poetyczną przemową w języku niemieckim.
Jan Popliński pozostawił umierając dwoje małych dzieci, które kochająca matka nie tylko troskliwie wychowała, lecz im także byt samoistny zabezpieczyć mogła. Córka jest jeszcze między żywymi, dla tego o niéj nie mówię, syn zaś Władysław żył sześć lat dłużéj niż żył jego ojciec, a o lat jedenaście matkę swoją na tamten świat wyprzedził. Powodowany od najmłodszego wieku chęcią do gospodarstwa, wyszedł z prymy na wieś, aby się praktycznie wyćwiczyć w tym zawodzie. Rozpoczął naukę w Żelicach u pana Józefa Nieżychowskiego, a potem ukończył ją przebywając przez czas dłuższy w Turwi pod dozorem i kierunkiem jenerała Chłapowskiego. Należycie do agronomii przysposobiony, w szczęśliwem stadle z młodą żoną, odznaczającą się rozsądkiem i dobrocią serca, chwycił się procederu dzierżawcy roku piędziesiątego czwartego, a że znał się na rzeczy i konjunktury wtenczas były lepsze, wiodło mu się nieźle, zwłaszcza gdy późniéj gospodarzył w Budziszewie, pięknéj wsi należącéj do Łubieńskich. Tam jednak, po kilku latach, zaczął niedomagać na zdrowiu; wszelkie usiłowania lekarskie nie zdołały usunąć chorobliwych pojawów, które sprowadziły śmierć jego przedwczesną; umarł bowiem nie doszedłszy do piędziesięciu, zostawiając po sobie małoletnie dzieci. Wszyscy pokrewni, przyjaciele i znajomi żałowali serdecznie poczciwego Władysia, po ojcu bowiem odziedziczył mile i swobodne usposobienie, pełen był szczerości i prawie zawsze wesołym; prócz tego, uprzejmy dla wszystkich, jakby stworzony do towarzyskiego życia i gorący patryota, zasługiwał sobie w sprawach obywatelskich i stosunkach prywatnych na zupełne zaufanie. Po panu Antonim zostały dwie córki; obiedwie wcześnie mężów znalazły i obiedwie są teraz wdowami. Starsza wyszła, już blisko pół wieku temu, za Stanisława Szczepanowskiego, o którym ci dość dużo mówiłem, gdyśmy po Wilhelmowskim placu chodzili, i może się teraz poszczycić swoim synem zajmującym w Galicyi tak wybitne stanowisko przemysłowe i polityczne; z młodszą ożenił się, roku, jeśli się nie mylę, sześćdziesiątego pierwszego, doktor Kaźmirz Szulc. Ponieważ był to człowiek popularny w W. Księstwie i w Prusach, którego dobrze znałem, muszę ci powiedzieć, co mi tak jeszcze o nim pozostało w pamięci, zwłaszcza iż w życiu swojem przechodził różne losu koleje.
Gdy olim temporibus, było to bowiem kilka lat po piędziesiątym, odwiedziłem pewnego razu panię Janową Koczorowską, mieszkającą wtenczas w Poznaniu dla wychowania dzieci, zastałem u niéj młodzieńca słusznego wzrostu, smagłéj postawy, którego twarz przyjemna, uwydatniona ciemnym włosem i wysokiem czołem i oczy przez okulary z pewnym zamysłem patrzące zapowiadały człowieka, jak to mówią, inteligentnego. Przedstawiła mi go pani Janowa jako magistra swoich synów, i to było pierwsze moje spotkanie z Kaźmirzem Szulcem. Niezadługo potem nastręczyła się sposobność do bliższéj znajomości między nami, gdy pan Kaźmirz rozpoczął przy tutejszych szkołach tak nazwany rok próby. Dowiedziałem się wtenczas częścią od niego, częścią od innych o niektórych szczegółach z jego przeszłości. Otóż pochodził on z Prus, urodził się bowiem dwudziestego piątego roku pod Brodnicą, na ziemi chełmińskiéj, gdzie ojciec jego, zwany także Górką, miał skromne gospodarstwo, ale za to mniéj skromny przychówek, bo cieszyć się mógł legionem dzieci liczącym głów dziewiętnaście. Że przy nieświetnych zasobach wychowanie takiéj garstki połączone było z trudnościami, łatwo zrozumisz, panie Ludwiku, to też nasz doktor, jako ostatni z całego rzędu, opóźnił się nieco w początkowéj nauce, chociaż mu w niéj dopomagał jakiś baron Buddenbrock, ludzkiego usposobienia, w sąsiedztwie mieszkający, i dopiero w piętnastym roku życia dostał się do gimnazyum chełmińskiego. Pobawił w niem tylko kilka lat i z własnego popędu przeniósł się do Ełku w kraju mazurskim.
Jest to rzecz uwagi godna, że na ziemi pruskiéj, gdzie wtenczas mało co się o polskość troszczono, mianowicie w warstwach niższych, patryotyczno - polskie uczucia zawładnęły całą duszą kilkonastoletniego chłopca. Musiał je mieć poniekąd od urodzenia, prawdopodobnie przez matkę z Grzymałów pochodzącą wszczepione i wzmogły się jeszcze w Chełmnie, gdzie nasłuchał się o wypadkach i nadziejach z czterdziestego szóstego roku, dość, że nasz niedorostek, który już wtenczas był skończonym idealistą, powędrował do Ełku jedynie w tym celu, żeby tam między młodzieżą mazurską rozbudzić ducha narodowego i założyć towarzystwo literackie polskie. Ale zapały jego nie odniosły pożądanego skutku. Mazury, chociaż język ich jest polski, dalecy są od patryotycznych pomysłów, a nawet pan Kaźmirz ściągnął między nimi na się podejrzenie, że jest emisaryuszem chcącym knować spiski i przysposobić Mazurów do buntu przeciw rządowi. Doniosło się to do przełożonych, ci zaś, zgrozą przejęci, oddali delikwenta w ręce sprawiedliwości. Nastąpił zatem proces i zakończył się niepomyślnie dla obżałowanego, który skazany został na dwa lata więzienia. Odsiedział je w kazamatach grudziądzkich, a ta mimowolna pokuta niewyziębiła bynajmniéj jego uczuć i dała mu czas do spokojnéj pracy, zaniedbanéj w szkołach dla czegoś innego, tak iż, gdy go wypuszczono na wolność, mógł wkrótce potem w gimnazyum köslińskiem na Pomorzu odbyć resztę gimnazyalnego kursu, czterdziestego dziewiątego roku złożyć egzamin dojrzałości i udać się na uniwersytet.
Poszedł do Wrocławia, zapisał się do fakultetu filozoficznego i, obrawszy sobie zawód nauczycielski, zaczął słuchać języków, przedewszystkiem zaś historyi i geografii. Na chęci do pracy mu niezbywało, owszem należał do tych studyozów, którzy najskromniéj żyli i najwięcéj zajęci byli książkami, ale pracując dbał mniéj o cele fachowe nauczycielskie, a powodowały nim głównie względy patryotyczne i kwestye tyczące się przeszłości i przyszłości, nietylko naszéj, lecz i całéj słowiańszczyzny, do któréj silna sympatya już wtenczas się w nim odzywała. Wstąpił niebawem do Towarzystwa akademickiego i zajął miedzy kolegami wybitne stanowisko przez swoją umysłową ruchliwość i dążności narodowe, a chociaż gładko i potoczyście nie mówił, raczéj powoli, z pewnem wysileniem, potrafił jednak wytrwale bronić swych myśli i zamiarów, których wyrzec się niełatwo mu było. I tak, mimo oporów, doprowadził do skutku, że pod jego kierunkiem spółka studyozów zaczęła wydawać piędziesiątego pierwszego roku pismo peryodyczne, którego tytuł Żnicz był wyrazem zapału dla spraw ojczystych i przypominał słowiańską przeszłość.
Co poszyty tego Żnicza w sobie zawierały, niepamiętam już, panie Ludwiku, wiem tylko, że głównie Szulc podniecał go swemi artykułami i że zgasł następnego roku skutkiem braku ochotników do pisania oraz finansowych niedoborów. Jego redaktor również przykre staczać musiał walki z mamoną, która, będąc dla niego macochą, niedozwoliła mu skończyć studyów od razu i skazała go na stratę dość długiego czasu, który spędził, jako nauczyciel domowy, po większéj części na wsi. Dopiero w końcu piędziesiątego szóstego roku doszedł do pożądanego celu i, po złożeniu rigoresum, uzyskał tytuł doktora filozofii. Myśl do rozprawy: De origine et sedibus veterum Illyriorum, w któréj starał się przedewszystkiem wykazać, że Illyrowie byli szczepem słowiańskim, poddały mu jego wrodzone sympatye, wiernie aż do śmierci dochowane. Wszakże nie mogąc, dla braku zasobów materyalnych, wypełnić reszty wymagań obranego zawodu, wrócił po skończonéj doktoryzacyi do Poznania i, utrzymując się z pracy prywatnéj, wszedł w bliskie stosunki z ludźmi, którzy bądź to w dziedzinie naukowéj, bądź też w życiu naszem politycznem wybitniejsze stanowisko zajmowali. Stał się tutaj wkrótce osobistością powszechnie znaną i cenioną; nie trudno mu przyszło zyskać sobie życzliwych przyjaciół, bo chociaż nie wszyscy się z nim zgodnie na świat zapatrywali, każdy jednak widział w nim młodego człowieka miłego i łagodnego w obejściu, który, wcale nie pragnąc przyjemności życia, z zacnością charakteru i idealnemi poglądami łączył silną wolę, nie łatwo się dawał zrażać przeciwnościom, a dążył przedewszystkiem do tego, aby jego pomysły wyszły na korzyść społeczeństwa. Dążności i usiłowania pana Kaźmirza były różnostronne; puszczał się na pole dziejów i starożytności, mozolił się nad gramatyką i pisownią polską wraz z księdzem Malinowskim, z którym go łączyły pruskie pochodzenie i najściślejsza przyjaźń, dawał lekcye prywatne, pisywał do dzienników i zachęcał współziomków do tworzenia Towarzystw w celu rozbudzenia i podtrzymywania między sobą narodowego życia. I tak poświadczyć mogę, że Kaźmirz Szulc był pierwszym, który, jak ci już dawniéj mówiłem, powziął zamiar założenia u nas Towarzystwa Przyjaciół Nauk. Z początku, gdy myśli swéj temu i owemu udzielił, przyjęto ją naturalnie bez zapału i niejeden kręcił głową, bo można było wątpić, że się coś podobnego da wykonać i utrzymać w Poznaniu. Tymczasem pierwsze trudności nie zraziły bynajmniéj pomysłodawcy; chodził, namawiał, przekonywał, a ponieważ pozyskał sobie kilka osób wpływowych, przedewszystkiem Władysława Niegolewskiego, doprowadził, z jego pomocą, do skutku zebranie, na którem, po długich i gorących naradach, Towarzystwo założyć postanowiono. Jest to więc jedna cenna pamiątka, którą nam pan Kaźmirz zostawił, a oprócz tego zaręczano mi, że także jego zabiegom winniśmy powstanie Towarzystwa przemysłowców.
Około roku sześćdziesiątego uzyskał od rządu pozwolenie odbycia tak zwanego roku próby i pracował najpierw przy gimnazyum Maryi Magdaleny, potem, jako nauczyciel pomocniczy, przy gimnazyum realnem; uczył w tych szkołach głównie języka polskiego, łaciny i historyi, i pamiętam, że, łącząc z należytą powagą łagodność i przyjacielskie postępowanie, cieszył się szczerą sympatyą uczniów. W tym to czasie nauczycielskich zatrudnień postanowił także położyć kres samotnemu życiu i stworzyć sobie ognisko domowe. Odwiedzając nieraz Antoniego Poplińskiego, miał sposobność poznania jego młodszéj córki; zewnętrzne przymioty tej panny, oraz jéj usposobienie spokojne i rozważne wywarły na niem wrażenie, któremu oprzeć się nie mogąc, zrobił krok stanowczy, a zezwolenie rodziców uzyskawszy, znalazł się wkrótce potem u celu swych życzeń, przed ółtarzem farnego kościoła. W téj ostatniéj chwili zaszła nagle przeszkoda, jednakże nie tragiczna. Z pomiędzy obcych byliśmy, Hipolit Cegielski i ja, jedynymi świadkami owéj uroczystości. Otóż młodą parę połączyć miał węzłem małżeńskim wspomniany już powyżéj i najbliższy przyjaciel pana młodego, ksiądz Malinowski. Cieszył on się na to i przyrzekł święcie stanąć na godzinę u fary; ale tego dnia miał zapewne głowę tak zajętą swojem digamma słowiańskiem, jotą lub e kreskowanem, że o świecie całym zapomniał, nie tylko o ślubie Szulca, i do Poznania nieprzyjechał. Późną już porą, wśród ciemnego kościoła czekaliśmy na niego przeszło godzinę, a ponieważ młode stadło tak z kwitkiem wyjść nie mogło, zaczęto szukać po mieście i znaleziono nakoniec takiego, który się podjął księdza gramatyka zastąpić. Ten przypadek nie był złem omen dla stosunku małżeńskiego naszéj pary; dopóki jéj potem wola Boża nierozerwała, wytrwała ona statecznie w najszczerszem przywiązaniu, ile mi wiadomo, a, mimo ciężkich przejść i rozłączeń, dawała nam dowody rzadkich poświęceń wzajemnych.
Wszakże w pierwszych zaraz latach szczęście jéj domowe przez nieprzewidziane wypadki długiéj doznało przerwy. Nadszedł rok sześćdziesiąty trzeci. Kto znał pana Kaźmirza, jego zapały patryotyczne i ciągłą gotowość do usług dla sprawy publicznéj, mógł wiedzieć naprzód, że on nie pozostanie obojętnym na to, co się w kraju naszym działo owego roku. Nie zdziwiłem się więc, gdym usłyszał, że go przytrzymano i osadzono w jednéj z kazamat tutejszych. Ztamtąd dostał się daléj i przechodził, jak wielu innych, też same koleje więzień i sądów. Skazany wyrokiem na trzyletnią pokutę, odbył ją w Magdeburgu, przez czas niejaki w bliskości Władysława Bentkowskiego, z którym się jednak nie spotkał. Po skończonéj katordze trzeba było rozstrzygnąć co daléj począć; o urzędowaniu nauczycielskiem u nas myśleć już nie mógł i zaszły prócz tego inne nie znane mi w szczegółach okoliczności, które nań podziałały nie mniéj jak jego nieraz fantazyjne uwidzenia; dość, że nie wrócił do Poznania, lecz powędrował do Francyi, bez żadnych kapitałów w kieszeni. Gdyśmy w lipcu sześćdziesiątego siódmego roku byli z Cegielskim na wystawie w Paryżu, przechodząc pewnego wieczora przez boulevard des Capucines, spostrzegliśmy, na szczycie wolno jadącego omnibusa, chudego bruneta w niebieskiéj bluzie, którego fizyonomia, czarny zarost i okulary objawiły nam zaraz Kaźmirza Szulca; ujrzał i poznał nas także, spuścił się na dół z swéj wysokości i długą chwilę przebyliśmy z sobą, a potem zeszliśmy się jeszcze kilka razy. Wracał on wtenczas z swéj drukarni do domu, po skończonéj całodziennéj robocie. Nie znając, jak nam mówił, w Paryżu prawie nikogo i nie władając dostatecznie językiem francuzkim, nie mógł naturalnie myśleć o wynalezieniu pracy wykształceniu swemu odpowiedniéj. Szukał więc na wszystkie strony sposobów do zarobku i chwycił za pierwszy lepszy, o który mu się jeden ze współrodaków wystarał. Zajął, niepamiętam już w jakiéj drukarni, miejsce robotnika, a potem zecera; ponieważ zaś, kiedyśmy się z nim widzieli, w kunszcie stawiania liter do doskonałości jeszcze nie doprowadził, musiał się biedak strasznie kurczyć, bo zarabiał tylko pięć franków tygodniowo, za co w Paryżu po królewsku żyć nie można.
To położenie dość krytyczne niezamąciło w nim jednak zwykłego spokoju i niepopsuło mu nazbyt humoru, jak sam wtenczas przekonać się mógłem; nastąpiła też powoli zmiana na lepsze, gdy w coraz szerszych kołach emigracyi zyskiwał znajomych. Zwróciły nań wreszcie uwagę swoją niektóre osoby z hotelem St Lambert i zarządem Biblioteki polskiéj w bliższych stosunkach będące, mianowicie Jan Działyński, który go znał już w Poznaniu; zatrudniono go więc najpierw w księgozbiorze Czartoryskich, a niedługo potem, w przekonaniu, iż, jako osobistość z sprawami szkólnemi obeznana, pracować będzie mógł z korzyścią dla młodzieży emigracyjnéj, powołano go do zakładu Montparnasse, gdzie po niejakim czasie zajął miejsce dyrektora.
Mógł zatem nasz zecer zrzucić niebieską bluzę i wolno odetchnąć na stanowisku, które patryotycznym i naukowym chęciom jego odpowiadało; ale było mu, zdaje się przeznaczonem, spadać ustawicznie z góry na dół. Ledwo co był wszedł na ów szczyt Parnasu, wybuchła wojna prusko-francuzka, nastąpił Sedan, zajęcie Paryża przez Niemców, a skutkiem tego wszystkiego rozwiązanie szkoły polskiéj niemogącéj istnieć o własnych siłach, gdy jéj rzeczpospolita odebrała znaczny dodatek rządowy przez cesarza Napoleona wyznaczony. Po wszelkich głodach i utrapieniach w czasie oblężenia i komuny przetrzymanych, ponieważ stosunki nietylko emigracyjne, lecz i francuzkie były w rozprzężeniu i niepewności, wrócił Kaźmirz Szulc, w końcu siedmdziesiątego pierwszego roku, do Poznania, dokąd go już oddawna ciągnęły tęsknota za żoną, któréj do Paryża sprowadzić nie mógł, powietrze ojczyste i liczne związki przyjacielskie. Zawód szkólny był tu dla niego zamknięty, musiał wiec chwycić się pracy dziennikarskiéj, do któréj zresztą, jak wiesz, miał pewien pociąg już od lat młodszych. Został z początku współpracownikiem „Dziennika Poznańskiego“, rok zaś późniéj naczelnym redaktorem „Gazety Wielkopolskiéj“, która, niepamiętam już z jakiéj przyczyny, niedługim cieszyła się żywotem. Niepowodzenie tego przedsięwzięcia nienabawiło go jednak materyalnych trudności, bo stosunki jego prywatne ustaliły się tymczasem po śmierci ojca żony, mógł zatem z wszelkim spokojem i rozwagą, przysposobiwszy się należycie, zwrócić czynność swoją wkrótce potem na całkiem inne pole, dalekie od obrębów, w których zwykle był czynnym, tj. na pole finansów dla niego dawniéj tak niełaskawych. Wstąpił, niepamiętam już roku, do Towarzystwa zabezpieczeń znanego u nas i za granicą, którego bogini Westa pilnuje jak świętego ognia, i wkrótce, pozyskawszy sobie uznanie i szczególne względy poważnéj patronki, został jeneralnym dyrektorem Towarzystwa.

Pracował tam gorliwie aż do połowy osiemdziesiątego piątego roku; słyszałem, że przyczynił się znacznie do ustalenia tego zakładu i do rozszerzenia zakresu jego działania, ale pierwszy lepszy z urzędników Westy może ci, panie Ludwiku, wyliczyć i ocenić pod tym względem usiłowania i zasługi Kaźmirza Szulca, dokładniéj niż ja, któremu wszelkie sprawy bankowe są terra incognita. Wszakże z méj strony dodać mogę, że i wtenczas, jak przedtem, zatrudnienia zawodowe nie wstrzymały go od udziału w wspólnych tutaj robotach; w dziennikarstwie, w rocznikach Przyjaciół Nauk, w ulotnych pismach pozostały po nim wybitne ślady, a nie ma Towarzystwa w Poznaniu, do którego nie byłby należał i na którego zebraniach nie byłby występował. Żałuję, że nie mogę ci wymienić w dostateczny sposób tych licznych rozpraw, które różnemi czasami ogłosił w rozmaitych pismach, lub też wydał osobno; tylko kilka z nich przypominam sobie jeszcze, jak n. p. rozprawę O głównych wyobrażeniach i uroczystościach bałwochwalczych naszego ludu, O grobach pogańskich w Polsce, Czy kolonie polskie zakładać należy? O spółkach produkcyjnych, O stosunku Austryi i Rosyi do Słowian południowych, Położenie Austryi wobec Rosyi pojednanéj z Niemcami; mnóstwo innych artykułów politycznych, historycznych, etnograficznych znajdziesz w Dzienniku Poznańskim, do którego najwięcéj pisywał i słyszałem także, iż dużo prac jego rozmaitéj treści pozostało w rękopisach.
Z tego, co ci tak pobieżnie powiedziałem, panie Ludwiku, o kolejach życia Kaźmirza Szulca, widziałeś przynajmniéj, że nie zawsze były gładkie i miłe do przebycia, wszakże zaręczyć ci mogę, bo sam na to patrzałem, że wszelkie biedy, od pierwszéj młodości doznane, kłopoty, zawody, głody i więzienia nie wycisnęły ponurego piętna na jego umyśle; owszem, był zawsze swobodnym, nawet w samotności, miłym i ożywionym w towarzyskich stosunkach, a spotkawszy się z nim byłbyś sądził, iż od urodzenia otaczał go zawsze jasny widnokrąg; ale owe utrapienia wywarły wpływ swój szkodliwy na jego organizm. Już po powrocie z Francyi zapadał nieraz na siłach, a gdy z czasem różne niedomagania coraz wyraźniéj odzywać się zaczęły, uznał konieczność dbałości o zdrowie i zawieszenia pracy; ponieważ zaś radzili mu lekarze wypoczynek w cieplejszym klimacie, wziął urlop i pojechał, osiemdziesiątego piątego roku, nie do Włoch, ani do południowéj Francyi, lecz do ulubionéj Słowiańszczyzny. Przyciągnęła go do siebie Bułgarya, niedawno przedtem uwolniona od jarzma tureckiego i stawiająca pierwsze kroki swobodne pod opieką Battenberga. Odbywszy, w towarzystwie kilkonastoletniéj jedynaczki, podróż nie bardzo dogodną, osiedlił się w Zofii, czyli Sredcu, jak oni tam mówią. Moralnie, pobyt ten zadowolił go całkiem; czując się w swoim żywiole, zawarł znajomość z różnymi Bułgarami, nauczył się wkrótce ich języka i wszedł w bliższe stosunki z kilku wybitniejszemi osobami; kto wie, czyby nie był do końca swego pozostał w nadbałkańskim świecie, lecz okoliczności zewnętrzne podziałały niepomyślnie na stan jego zdrowia.
Może teraz jest trochę lepiéj, ale wtenczas w owéj krainie nie było mowy o wygodach życia; stosunki co do zwyczajnych potrzeb, mieszkania, służby i wyżywienia nie wznosiły się ponad patryarchalny poziom. Pan sędzia, albo jego małżonka kupowali sami jaja, mięso lub jarzyny na rynku; pani pułkownikowa gotowała obiad dla pana pułkownika, a pani posłowa szorowała sobie pokój; mieszkania, łóżka i wszelkie sprzęty domowe były takie, mniéj więcéj, jak ich za czasów Ezawa i Jakuba używano. Prócz tego klimat Zofii ostry i zimny wpływał niekorzystnie na naszego słowianofila; zamiast się polepszyć, pogorszyło mu się niemal zaraz z początku, tak iż zona, która, w mniemaniu, że owa podróż męża będzie niewinną wycieczką do wód, pozostała w Poznaniu, niepomyślnemi wiadomościami przestraszona, podążyła sama jedna, bez względu na późną porę (bo to było w końcu listopada), na słabe swoje siły i na kilkodniową jazdę w chłopskich wózkach wśród dzikiego kraju, po pustych przestrzeniach i przez pasma gór śniegiem pokrytych, aby tylko męża i córkę mieć pod opieką. Ile w kobietach naszych jest odwagi i wytrwałości, kiedy niemi serce powoduje, tego nam dowód dała wtenczas pani Szulcowa. Los był dla niéj łaskaw; stanęła szczęśliwie w Zofii i zastała swoich przy życiu. Pan Kaźmirz przeleżał jednak na łóżku większa część pobytu swego w Bułgaryi, a w obawie, że powrót jego do Poznania albo wcale nie nastąpi, albo długo się przewlecze, przysłał do Westy proźbę o zwolnienie go z urzędu. Niewygody, choroba i cierpienia, wśród otoczenia jeszcze całkiem obcego, były dla niego zresztą rzeczą niemal poboczną; ile mógł, trzymał w czynności umysł i uczucia swoje, pisywał do przyjaciół obszerne listy, do dzienników naszych korespondencye rozmaitéj treści, częste miewał narady z Bułgarami zajętymi oświatą swego kraju, ogłaszał nawet drukiem w języku krajowym rozprawy, aby zaznajomić Bułgarów z położeniem i stosunkami naszego narodu, lub też zwrócić ich uwagę na rozmaite niedostatki w ich spółeczeństwie, a zapiski jego tyczące się urządzeń i ulepszeń szkólnych zostały z wdzięcznością przyjęte przez ministerstwo bułgarskie.
Nie mogę się wstrzymać, mówiąc ci o tem, panie Ludwiku, od krótkiego dodatku; otóż córka pana Kaźmirza w sympatyach słowiańskich nie pozostała za ojcem; nie tylko bowiem w krótkim czasie nauczyła się mówić i pisać po bułgarsku, lecz, uzyskawszy w Poznaniu bezpośrednio przed podróżą swoją stopień nauczycielki szkół wyższych, dawała lekcye dziewczętom bułgarskim w głównym zakładzie żeńskim miasta Zofii, a gdy, skutkiem ówczesnéj wojny z Serbami, zapełniły się lazarety i domy prywatne rannymi, należała panna Szulcówna do najgorliwszych opiekunek owych cierpiących obrońców ojczyzny, za co jéj się Battenberczyk wywdzięczył nie tylko publiczną odznaką czerwonego krzyża, lecz i pięknym upominkiem prywatnym.
Półtora roku, zdaje mi się, trwała bułgarska secesya Szulców; gdy pan Kaźmirz odzyskał nieco zdrowia, uznając, że zbyt długa walka z niedogodnościami zadunajskiego żywota nie wyszłaby mu na dobre, dał się spowodować namowom żony i wrócił do Poznania z początkiem jesieni osiemdziesiątego szóstego. Ale siły jego były wycieńczone; czasami zdawał nam się w dość normalnym stanie; w domu, jak zwykle, czytał lub pisał o rozmaitych rzeczach, chodził po mieście i, gdy kogo spotkał, rozmawiał wesoło. Trwało to tylko parę miesięcy; z zimą wzmogły się chorobliwe pojawy, a przy schyłku marca następnego roku ukończył swą wędrówkę doczesną. Odwiedziłem go w dniach jego ostatnich; mimo dokuczliwych cierpień, miał jasną przytomność, zachował nawet niemal do ostatniéj chwili właściwy sobie spokój i wytrwałość, a dla znajomych przyjacielski uśmiech i swobodę słowa. Żałowaliśmy go tu szczerze, każdy bowiem w nim cenił patryotyczne zapały, tę chęć niespożytą zajmowania się dobrem ogółu, charakter silny i prawy, przytem równą dla wszystkich i rzetelną życzliwość, chociaż nie zawsze można było podzielać jego zdania i poglądy zbyt czasem idealne i niepraktyczne.
Pożegnamy teraz, panie Ludwiku, ów dom, przeszło półwiekową własność Poplińskich, i tylko ci jeszcze na zakończenie parę słów powiem o kamienicy, którą tu widzisz na rogu Garbar i ulicy Grobelnéj. Należy ona do nie wielkiéj liczby tych, co się nie zmieniły w naszem mieście od początku swego, chyba o tyle, że ją kilka razy pomalowano i że przed kilkunastu laty założono w niéj cukiernię. Kto ją za pierwszych pruskich czasów wybudował, tego niewiem, ale jéj najdawniejszym za méj pamięci właścicielem był mieszczanin poznański nazwiskiem Eliaszewicz. To nazwisko znalazłbyś może na Litwie, gdzie Eliaszewicze liczyli się niegdyś ad nobilissimos, bo nawet mitry biskupie spadały na ich głowy, ale nasz Poznańczyk nie miał zapewne z nimi nic wspólnego i nie słyszałem, iżby się był pochodzeniem szczycił. W przeszłym wieku jeszcze wyuczył się szewiectwa, doprowadził w tym fachu do pewnéj doskonałości, co mu się sowicie wynagrodziło, gdy za czasów wojen i przechodów francuzkich butów tysiącami żądano. Zbogacił się wskutek tego niejeden z naszych majstrów w Poznaniu i niektórych miasteczkach, a pan Eliaszewicz, zebrawszy fortunkę, kupił kamienicę, ale zawodu swego nieporzucił, bo, małym jeszcze chłopcem będąc, widywałem szyld jego tutaj między oknami. Dopiero w późniejszych latach wypoczął, a raczéj zajmował się czem innem. Jako szczerze nabożny człowiek, mający nieco wykształcenia i towarzyskiéj ogłady, przesiadywał w kościołach, a przytem dbał o sprawy parafialne i miejskie, do których załatwiania, ile słyszałem, często pomocy jego wzywano. On pierwszy z Poznania, około roku dwódziestego piątego, zaprowadził doroszki, nie różniące się bynajmniéj od teraźniejszych. Było ich cztery, jak pamiętam; stały wiecznie na jednem miejscu, tutaj na rogu, przed jego kamienicą i też przestały większą część żywota swego, bo je rzadko kiedy wyrywano z ich spokoju. Miasto miało wiele mniejsze rozmiary i ludności ledwo połowę tego co teraz; dodaj, że brak był zupełny ruchu przemysłowego, a potrzeby i nawyknienia mieszkańców bardzo skromne; w lecie tylko bogatszym przyszła czasem chętka wyjechać za miasto, choć nie było właściwie gdzie wyjechać, zimą zaś panie niekiedy potrzebowały doroszki, aby się przeprawić na bal lub na wieczór; dla tego też Eliaszewicz, krótko przed trzydziestym rokiem, rozpuścił swych zaspanych fiakrów i rozprzedał wóziki, bez których się Poznań potem blisko lat dwadzieścia obywał, dopóki nie powstały koleje. Doroszek swoich nie przeżył Eliaszewicz zbyt długo; kiedy umarł, niewiem, ale gdym szkoły skończył już go tu dość dawno na Garbarach nie było, tylko jego starą jejmość widywałem jeszcze lat kilka siedzącą przy jednem z dolnych okien całemi dniami, jak już za życia męża siedziała.
Musisz mi wybaczyć, panie Ludwiku, że ci czasem prawię o rzeczach mniéj ważnych i o osobach, których właściwie pamięci naszéj żadna nie poleca zasługa; ale taką jak u mnie słabość znajdziesz u wielu starych, że co im się, w młodych szczególnie latach, nasuwało przed oczy, a, chociaż było błachem i zwyczajnem, robiło miłe lub niemiłe wrażenia na ich wyobraźnię, to im się częstokroć odświeża nagle w pamięci i, mimo siwizny swojéj, lubią o tem pomyśleć i mówić do innych. Wspomniałem ci więc teraz o Eliaszewiczu, bo gdy tu na róg Garbar wchodzę, przypomina mi się figurka jego, znana zresztą w swoim czasie całemu Poznaniowi, która się odznaczała wysokiemi butami o szerokich, brunatnych wyłogach, jakie w początku tego wieku noszono, wesołą fizyonomią czarnym włosem ocienioną i częstemi ukłonami na prawo, na lewo. Dodam jeszcze, nadużywając może twéj cierpliwości, że o bezpośredniem potomstwie garbarskiego Eliasza nie słyszałem; zdaje mi się, że nie miał żadnego, ale brata jego nieco młodszego widywałem niemal codziennie całe dwa lata. Mieszkał on przy Jezuickiéj ulicy, gdzie miał naprzeciw starego gimnazyum dwupiętrową kamieniczkę, która do dziś dnia jeszcze tam nienaruszona stoi; dołem mieściła się szynkownia, pierwsze piętro zajmował właściciel, drugie było wynajęte.
Ponieważ okna nasze wprost na tą rezydencyą zwrócone były, mogliśmy sekundanerzy śledzić wszystko, co się dzieje u państwa Eliaszewiczów; to też nieraz, podczas nudnych godzin, patrzałem sobie na lewo, zamiast w książkę lub na profesora. Szczególnego nic się tam nie widziało; stary jegomość, jeśli nie gospodarzył w szynku, czytywał w oknie „Gazetę W. Księstwa“; wiele wyższa od niego i otylsza pani robiła pończochę, dwie dorosłe i dość ładne córeczki w trzeciem oknie szyły, cerowały lub opowiadały sobie coś ze śmiechem. Był też tam i młodzieniec, przystojny blondyn, który, ucząc się cukiernictwa, przychodził nieraz odwiedzać rodziców; i na tych niewinnych datach skończyła się dla mnie, gdym wyszedł z sekundy, owa idylla z Jezuickiéj ulicy. Jak tam szło późniéj, wiedzą bogowie; wszakże po wielu latach słyszałem, nie pamiętam już od kogo, że synek, założywszy cukiernię, a mając podobno za wielkie pretensye do życia, zbankrutował i przeniósł się bardzo wcześnie na pola elizejskie, córki wyszły zamąż, starzy, rozumi się, pomarli, a nazwisko Eliaszewiczów zniknęło z widnokręgu poznańskiego.
Na tem niezbyt ciekawem wspomnieniu zakończę moją dzisiejszą narracyę, która i tak już dłużéj trwała od czterech poprzednich. Zresztą, panie Ludwiku, ta strona Garbar po za Grobelną ulicą jest dla mnie światem obcym; nie wiem nic o wypadkach, które tam zaszły, anim też znał kogokolwiek z mieszkających tam ludzi. Wrócim więc sobie prosto do domu Wodną ulicą, zwłaszcza iż, jak mi mówiłeś, aby zdążyć z postępem czasu, wybierasz się jutro do Zakopanego. Gdy wrócisz, a mnie starego zastaniesz na tym padole płaczu, będę ci mógł opowiedzieć niejedno o drugiéj stronie Garbar, jako też o kilku ulicach, których nie zwiedziliśmy jeszcze i przejść się trochę z tobą po Chwaliszewie i Katedralnym placu. Wszakże nie spuszczaj się na mnie jak na Zawiszę, bo w moim wieku nawet jutro pewnem być nie może.


KONIEC PIĄTÉJ CZĘŚCI.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Marceli Motty.