Przechadzki po mieście (Poznaniu), część IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Marceli Motty
Tytuł Przechadzki po mieście (Poznaniu), część IV
Wydawca Drukarnia Dziennika Poznańskiego
Data wydania 1890
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
PRZECHADZKI
PO MIEŚCIE
(POZNANIU).
-------------
CZĘŚĆ IV.
vvvvv
ODBITKA Z DZIENNIKA POZNAŃSKIEGO.
-------------
POZNAŃ.
NAKŁADEM I CZCIONKAMI DRUKARNI DZIENNIKA POZNAŃSKIEGO.
1890.





Spotykamy się znowu, panie Ludwiku, na tym bruku poznańskim po kilkomiesięcznéj przerwie naszych przechadzek. Żwawy jesteś i wesół, jak widzę, i nie dziwię się wcale, bo to poniekąd obowiązek twego wieku; ale i mnie dłuższy pobyt w górach nie zaszkodził; nogi jeszcze jakokolwiek starczą i język usług nie odmawia, będę ci więc mógł dotrzymać danego latem przyrzeczenia, zwłaszcza iż ten początek jesieni dosyć się znośnie zapowiada.
Ile pamiętam, przewędrowaliśmy już Stary Rynek i górną część Poznania i zaszliśmy wreszcie na ów luterski cmentarz przy Półwiejskiéj ulicy, który dawnemi czasy był ogrodem Mycielskich; ponieważ zaś moja historyczna wiedza, na tym końcu miasta, poza owo terytoryum nie sięga, musimy więc wrócić napowrót Piotrowym placem i stanąć tam, gdzie się Podgórna ulica łączy z Wrocławską.
Może tylko kilku starych wie jeszcze, że to miejsce nazywano powszechnie Wrocławską bramą; stała tam bowiem za dawnych polskich czasów jedna z bram twierdzy poznańskiéj, wychodząca na przedmieście św. Marcina, przez które prowadził trakt główny do Wrocławia. Bramy téj, naturalnie, niepamiętam, ani mi się też zdarzyło spotkać starszego, któryby ją był widział. Kiedy ją zniesiono, dowiesz się może z książki Łukaszewicza, ale jeszcze w czasach méj młodości bardzo często używane były, osobliwie między ludem, te wyrażenia: przy wrocławskiéj bramie i za wrocławską bramą. Pozostał jednak ślad pewien owéj bramy aż poza rok czterdziesty, to jest mały i niepozorny odwach, którego miejsce zajmuje ta kamienica tworząca, przy wnijściu z Podgórnéj na prawo, róg Piotrowego placu.
Wrocławska ulica spadła teraz do podrzędnych, po przeprowadzeniu Nowéj i po zabudowaniu górnych stron; przed trzydziestym rokiem uważano ją za pierwszą niemal, zwłaszcza że była głównem przejściem prowadzącem ze starego miasta do Wilhelmowskiéj i jéj okolic. Wygląda ona po dziś dzień w ogóle jak wyglądała, gdy do szkół chodziłem; mało co się tutaj zmieniło. Była już wtenczas zabudowaną od końca do końca; domy, które tu widzisz, są stare, tem starsze, im bliższe Rynku. Większa ich część pamięta wiek osiemnasty, a niejeden dawniejsze jeszcze przygody; znaczną ich liczbę nowszemi czasy zmieniono i odnowiono, to się samo przez się rozumie. Nie jest ta Wrocławska ulica tak pokaźną jak św. Marcińska i inne górnego miasta, ale milszą się widzi od nich tak mnie jak niejednemu z siwych i łysych Poznańczyków, bo ściśléj połączona z młodemi laty naszemi i jako stara znajoma niejedno w nas budzi wspomnienie. Mnóstwo już takich wspomnień uszło méj pamięci, bo te istoty skrzydlate, podobne do motyli, odlatują nim się spostrzeżesz, śladu po sobie nie zostawiając; czasem jednak spadają znów niespodzianie na stare mózgi. Które z nich tutaj schwytać zdołam, chętnie się niemi z tobą podzielę, panie Ludwiku.
Otóż, żeby zacząć bez długich wstępów, bo mnie już jako chłopca takie wstępy w romansach Waltera Scotta strasznie nudziły, powiem ci w krótkich słowach, iż o dziejach czterech kamienic, stojących bezpośrednio za ową narożnią, która zajmuje miejsce dawniejszego odwachu, nic właściwie nie wiem. Pierwsza z nich, dawniéj jednopiętrowa, należała kiedyś do Kwileckich i nieraz, przechodząc tutędy, widziałem siedzącą przy jednym z dolnych jéj okien starą panię Kwilecką, o któréj ci wspomniałem, gdyśmy po Teatralnym placu chodzili. Nabył ją, jak ci już wiadomo, od pana Arsena Kwileckiego i przebudował późniéj dr. Nieszczotta, a teraz od dawna jest własnością potomków Abrahama. Pamiętasz zapewne, że przeszłego roku przeniósł się z téj kamienicy na miejsce wiecznego spoczynku znany kilku pokoleniom młodzieży naszéj i zasłużony pedagog. Zakończył tu pracowite, a dość często kłopotliwe życie swoje, profesor Antoni Jerzykowski. Przypominam go sobie jeszcze z czasów gimnazyalnych, a chociaz nie byliśmy w jednéj klasie, słyszałem nieraz od jego współkolegów, że się znakomicie uczy i do najlepszych między nimi należy. Ukończył tutaj szkoły, rok czy dwa późniéj odemnie, odbył nauki swoje filologiczne na uniwersytecie wrocławskim i złożywszy z odznaczeniem egzamim pro facultate, rozpoczął, zdaje mi się, czterdziestego drugiego roku, zawód nauczycielski przy gimnazyum w Trzemesznie, zkąd po paru latach przeniesiony został do nowo założonego gimnazyum ostrowskiego. Tam urzędując do piędziesiątego siódmego roku uzyskał stopień nauczyciela wyższego i tytuł doktorski w Wrocławiu, na mocy odbytego egzaminu i gruntownéj rozprawy, tyczącéj się układu, języka i wartości historycznéj ósméj księgi Tucydydesa. Powołany potem znów do Trzemeszna, zmienić musiał po raz trzeci swoją siedzibę.
Był to i dla szkół także rok niefortunny ten sześćdziesiąty trzeci; chłopcy nasze, jak wszyscy, mieli głowy zajęte tem, co się tam za granicą działo; mnóstwo uczniów z klas wyższych gimnazyów i szkół realnych, nawet ze seminaryów, poszło do obozów i niejeden z nich tę wycieczkę życiem przypłacił. Trzemeszniacy nie pozosostali z tyłu za innymi, zwłaszcza iż byli w bliskości wypadków. Co się działo, nie uszło naturalnie baczności kół rządowych, a rada szkolna zażądała od dyrektorów berychtu, czyli sprawozdania dotyczącego się postępowania i usposobienia młodzieży w wyższych zakładach. Nie wiem jakie były odpowiedzi innych dyrektorów, nie miały jednak żadnych złych następstw, słyszałem zaś od osób wiarogodnych, które się naocznie o tem przekonały, że dr. Szóstakowski, ówczesny dyrektor gimnazyum trzemeszeńskiego, przedstawił stan rzeczy u siebie nie w różowym kolorze, donosząc iż kilkunastu uczniów poszło do powstańców w Królestwie, więcéj niż dwudziestu oddaliło się pod rozmaitemi pozorami i że usposobienie umysłów, tak w szkole jako i w mieście i okolicy nie jest normalne. Nie rozważył zapewne pan dyrektor jaki skutek jego sprawozdania wywrzeć może i na myśl mu nie przyszło, że ten skrypt dobro zakładu i jego stanowisko na zwrot niepomyślny narazi. Tymczasem nadszedł niebawem z Poznania rozkaz zamknięcia gimnazyum i rozpuszczenia chłopców. Była to ciężka klęska dla miasta i całego sąsiedztwa, lecz pocieszano się z początku przypuszczeniem, że minie, gdy się na zewnątrz wszystko uspokoi. Wypadło inaczéj; następnego roku gimnazyum trzemeszeńskie zniesionem zostało. Przyczynę i cel łatwo było odgadnąć; korzystano z pożądanéj sposobności, aby się pozbyć zakładu szkolnego, który wprawdzie był pod każdym względem kwitnącym, bo i uczniów blisko sześciuset liczył i naukowemi rezultatami się odznaczał, ale skład i cechę miał czysto polskie, młodzież niemal wyłącznie polską i nauczycieli prawie wszystkich Polaków. Osądzono w wyższych kołach, że takie ognisko lepiéj rozbić, niż dłużéj pozostawić. Uczniowie pomieścili się gdzie mogli po rozmaitych szkołach; nauczycieli przeniesiono kilku do Ostrowa, większą część zaś do Poznania, gdzie, głównie za staraniem radzców szkolnych Brettnera i Milewskiego, przy gimnazyum Maryi Magdaleny znaleźli pomieszczenie. Ile pamiętam, należeli do tych przesiedlonych, wraz z dyrektorem Szostakowskim, Jerzykowski, Jakowicki Ludwik, Sikorski, Moliński, Łukowski, Krzesiński, Kłosowski i Szymański Karól. Dopiero wtenczas poznałem się z Jerzykowskim; nie byliśmy wprawdzie z sobą w bliższych stosunkach i rzadko kiedy spotkać mi się z nim zdarzyło, nie mogę jednak pominąć téj sposobności, aby ci o zasługach jego i pracy pro publico bono, choć pobieżnie, nie wspomnieć. W rzędzie filologów naszych, który był tak pokaźnym między rokiem czterdziestym a siedemdziesiątym, a teraz przez śmierć i głównie przez środki kulturne ścieśnionym został niemal do zera, odznaczał się profesor Jerzykowski niepospolitą gorliwością, bo zawodowi swemu poświęcił się z przekonania i zamiłowania. Od uczniów wymagał wiele i nękał ich nie mało, jak od kilku z nich słyszałem, mimo to jednak powszechnie był lubionym między młodzieżą, bo sposób postępowania z nią miał w ogóle łagodny i przyjacielski i umiał wskazywać im wyższe cele i obowiązki, do których dążyć powinna. Prócz innych przedmiotów, które mu czasem pobocznie przypadły, wykładał przedewszystkiem języki starożytne w klasach wyższych, historyą powszechną i język polski, a dbając o to, żeby naukę podać gruntownie, a zarazem ułatwić, wypracował dla użytku szkolnego uczniów polskich znaczną liczbę podręczników, które w kilku gimnazyach Księstwa używane były, dopóki z nich języka naszego nie wyrugowano.

Tak na prędce, panie Ludwiku, nie potrafię wszystkich wymienić, ale jest kilka między niemi, które na wartości nie straciły, jak np. Gramatyka polska dla początkowego użytku młodzieży szkolnéj, Gramatyka języka łacińskiego, Zadania do tłómaczenia z polskiego na łacinę, Jeografia początkowa, Podręcznik historyi powszechnéj podług Pütza ułożony, jako też Historya polska, pod pseudonimem Feliksa Antoniewicza wydana, którą późniéj nieboszczyk pan Rex, ów Cato Uticensis księgozbiorów ludowych, jako niebezpieczną potępił. Prócz tego zajmował się Jerzykowski z wielkiem zamiłowaniem ortografią polską. Przypominam sobie, że przed mniéj więcéj dwódziestu laty, powstały w Krakowie i u nas w Poznaniu komisye, które sobie wzięły za zadanie pracować nad ustaleniem i sprostowaniem pisowni naszego języka. Jeśli się nie mylę, należeli do komisyi poznańskiéj: ks. Malinowski, prof. Rymarkiewicz, dr. Rzepecki i dr. Kaźmierz Szulc; Jerzykowski pracował razem z nimi i, jako owoc swéj pracy na tem polu, wydał Słowniczek ortograficzny. Wymieniona komisya dość długo była czynną i ogłaszała w „Dzienniku Poznańskim“ protokuły posiedzeń i wypadki obrad swoich; skutkiem czego z czasem umilkła zupełnie, nie doprowadziwszy rzeczy do końca, powiedzieć ci nie umiem; z jéj dawniejszych członków jeden tylko jeszcze pozostał przy życiu.
Wytrwałość profesora Jerzykowskiego i pracowitość jego na polu naukowem, któréj się niezrzekł do ostatniéj chwili, tembardziéj zasługiwały na uznanie, iż przychodziło mu przytem walczyć ciągle z niedomaganiem fizycznem. Nadzwyczaj krótki i słaby wzrok był dlań nie małą w czytaniu i pisaniu przeszkodą, która pokonywać musiał siłą twardéj woli. Spotkałem go, przed kilku laty, pewnego razu w bibliotece Raczyńskich zajętego jakimś starym drukiem polskim i żal mi się zrobiło, widząc jak, mimo okularów, tuż przy twarzy książkę trzymać musiał i zwracać ją w różne strony, aby dojrzeć litery. Emerytura, którą wziął ośmdziesiątego czwartego roku, nie była dla niego czasem wypoczynku; nie tylko zajmował się ciągle rzeczami mającemi związek z gramatyką języka naszego i zostawił podobno nie mało zapisków z téj dziedziny, lecz, nie krępowany już urzędowemi względami, korzystał tem chętniéj z każdéj sposobności, aby wynurzyć współczucie swoje dla wszystkiego co nas, jako Polaków, bliżéj obchodzi, a co od urodzenia głęboko w sercu swojem przechował. W posiedzeniach i obradach Towarzystwa Przyjaciół Nauk gorliwie był czynnym, prócz tego we wszystkich niemal publicznych sprawach, na wiecach i zebraniach, występował z szczera chęcią przysłużenia się ogółowi swoją radą, nieraz gorąco przemawiając. Inni panie Ludwiku, którzy go lepiéj znali, podadzą ci niewątpliwie, jeśli się zapytasz, więcéj szczegółów de illo bene merito, ale na teraz niechaj ci te kilka słów wystarczą.
Z owych wszystkich, którymi w sześćdziesiątym roku Trzemeszno, mimo woli, Poznań obdarzyło, trzech tylko żyje, reszta już na tamtym świecie. Dyrektora Szóstakowskiego znałem tylko z widzenia; był to, ile mi wiadomo, człowiek niepospolicie uzdolniony, z gruntownem filologicznem i filozoficznem wykształceniem. Urodzony w Lesznie, gdzie też szkoły ukończył, spędziwszy wiek dziecinny i młodość pod wpływem całkiem niemieckim, rozbudził w sobie późniéj, jak mi mówiono, szczere uczucie polskie, w którém wytrwał do końca życia; jednak ostrożnie pod względem narodowym sobie postępując, a zamiłowany w spokoju i pracy naukowéj, rzadko brał czynny udział w tem, co się między nami działo.
Wręcz przeciwnego usposobienia był jego współkolega, a mój dobry amicus Ignacy Sikorski, który pierwszy z owych Trzemeszniaków przeniósł się tutaj do wieczności. Poznaliśmy się dopiero na uniwersytecie, dokąd, po rozmaitych odyseach, wreszcie dopłynął. Opowiadał mi je kiedyś, ale nie dziw się, że już wszystkich nie pamiętam; wiem jednak jeszcze, iż urodził się w naszem mieście dziesiątego roku, a straciwszy w bardzo młodym wieku ojca, radzcę sądu kryminalnego, dość późno dostał się do tutejszego gimnazyum, które, biedoląc się korepetycyami i z pomocą starszego brata, referendaryusza, walczącego także z niełaską fortuny, przed rokiem trzydziestym ukończył. Ponieważ na uniwersytet gotowe fundusze z początku nie dopisały, trzeba było iść na guwernerkę, co jednak długo nie trwało, bo z wybuchem listopadowego powstania podążył, jeden z pierwszych, do Warszawy. Niski, czupurny i zwinny, stworzony był do lekkiéj jazdy; wstąpiwszy zatem do kaliskiego pułku, przetrzymał w nim całą kampanię, dosłużywszy się stopnia wachmistrza i srebrnego krzyża. Ten krótki peryod jego życia spotęgował w Sikorskim wrodzone patryotyczne uczucia i był zawsze najmilszem jego wspomnieniem; zapalał się i rozweselał, nawet w ostatnich swoich czasach, gdy mówił o swojéj żołnierce i wypadkach trzydziestego roku.
Po powrocie i odbyciu karnéj służby w wojsku pruskiem, trzeba było myśleć o środkach zabezpieczenia sobie dalszego losu. Straciło się znowu na guwernerce i koczowaniu po prowincyi niemało czasu, lecz znalazły się wreszcie fundusze, jak mi się zdaje, głównie za pomocą Macieja Mielżyńskiego i Marcinkowskiego, którzy go dobrze znali i wielką mu zawsze okazywali życzliwość, a pan Ignacy, mając już mniéj więcéj lat dwadzieścia siedem, mógł nakoniec dostać się do Wrocławia, późniéj do Berlina, aby odbyć swoje studya uniwersyteckie. Nie szło i tam po lodzie, bo nieraz musiał się kurczyć i parać z fortuną, ale nigdy o tem nie mówił i fantazyi nie tracił; żył po spartańsku i biedolił się nad swoją matematyką, która nie zdawała się być dla niego zbyt miękką potrawą. Przepędziliśmy razem z półtora roku w Berlinie i pamiętam, żeśmy go tam wszyscy polubili od razu; chociaż nad nami młodszymi nadawał sobie częstokroć powagę mentora, nie szczędził nam obcesowych morałów, nikt mu jednak nie brał za złe jego werydycznych wybuchów i żołniersko-szorstkich wyrażeń, bo widać było, że sam dla siebie jest niemal ascetą i że w chęciach jego i zamiarach góruje zawsze niezmienna prawość, a przedewszystkiem gorący patryotyzm. Dla tego też potem uczniowie, poznawszy niebawem wartość człowieka, mieli dlań szacunek i szczere przywiązanie, mimo chwilowych jego wybryków, zwłaszcza iż, strofując lenistwo i nieporządki, ujmował ich sobie przyjacielskiem, a nieraz wesołem obejściem.
Egzamina swoje odbył w Berlinie, gdzie go, odchodząc w końcu czterdziestego roku, jeszcze zostawiłem, rok próby w Poznaniu; późniéj zaś, jako nauczyciel pomocniczy, czas niejaki zatrudniony był przy gimnazyum w Ostrowie, zkąd go, latem pięćdziesiątego trzeciego roku, razem z Szostakowskim do Trzemeszna przeniesiono. Dziesięć lat spełna przeżył tam sobie Sikorski, ochoczo i sumiennie odbywał swoje obowiązki, w najlepszéj zgodzie z przełożonymi, radzcą Brettnerem i dyrektorem Milewskim, z którym się już na uniwersytecie zaprzyjaźnił, niemniéj z publicznością miejską i okoliczną, a gdy nastąpiła owa katastrofa trzemeszeńska, wrócił do Poznania, gdzie przy gimnazyum Maryi Magdaleny odpowiednie stanowisko uzyskał. Wtedy to, po osiemnastu latach przerwy, mogliśmy dawną naszą zażyłość i przyjazń odnowić, czas bowiem żadnéj w nim prawie zmiany nie sprawił; przypruszył nieco jego gęstą czupryng, ale huzarską jego postać i zwrotność pozostawił tę samą, a szczególnie tęż samą szczerość charakteru, polskość uczuć, otwartość w mowie i skłonność do cenzorowania. Ciężył mu już jednak starokawalerski stan, któremu dawniéj, jak pamiętam, pochwał nie szczędził i wiernym zostać przyrzekał. Nie dotrzymał mu jednak wiary i dobrze zrobił, bo ożeniwszy się z owdowiałą panią Kwaśniewską, z domu Ryllówną, cieszyć się mógł normalnem i miłem domowem życiem, jakiego nigdy nie zaznał, tem bardziéj, iż żona jego, osoba przyjemna i roztropna, łagodnem i milczącem usposobieniem na częste jego draźliwości i smutki zbawienny wpływ wywierała. Ale biedak nie długo się cieszył tą łaską fortuny, ledwo trzy lata, jeśli się nie mylę; niedomagania żołądkowe, na które peryodycznie cierpiał od dawna, przemieniły się, z końcem siedemdziesiątego roku, w ciężką chorobę. Do przyczyn fizycznych przystąpiły także przyczyny moralne. Należał on do licznych wtenczas między nami czcicieli Napoleona III, z którego osobą patryotyczne swoje nadzieje zespolił, dla tego też olbrzymie rozczarowanie, wywołane ową bajeczną klęską Francuzów, podziałało jak najgorzéj na jego system nerwowy. Pamiętam, że, gdy go odwiedzałem w chorobie, nawracał zwykle rozmowę na ten temat. Lekarze czynili co mogli, aby tego poczciwego i sympatycznego człowieka utrzymać przy życiu, ale natura była silniejszą i w początku listopada siedemdziesiątego pierwszego roku wywieźliśmy go, z mieszkania przy Strzeleckiéj ulicy, na miejsce, gdzie wszelki ustaje niepokój.
O dawniejszych kolegach Sikorskiego, którzy razem z nim do Poznania przywędrowali i wynieśli się po nim na tamten świat, nic ci powiedzieć nie mogę, panie Ludwiku, bo w żadnéj z nimi nie byłem styczności; a teraz, idąc kilka kroków daléj, widzisz trzecią kamienicę po narożnéj, gdzie obecnie król Gambrinus ma jednę z głównych kwater swoich; była ona przez lat kilkanaście własnością bogatego kupca Altmanna, którego pięknéj żonie i pięknym pasierbicom złożyliśmy, choć w krótkich słowach, już dawniéj hold zasłużony; czwarta należała kiedyś do panny Walentyny Mycielskiéj, piąta wreszcie, nie zmieniwszy wcale zewnętrznéj postaci swojéj, przechodziła za moich czasów różne losu koleje. Była najpierw ojczyzną Landszafty, czyli Ziemstwa, późniéj oberżą, potem szkołą realną, daléj tak zwaną obywatelską, a teraz znajduje się w niéj jedna z niższych szkół miejskich. Nie wielu już takich, panie Ludwiku, którzyby pamiętali ten dom w pierwszéj jego fazie, trwającéj do trzydziestego dziewiątego czy też czterdziestego roku; nieraz tam wtenczas byłem, chodząc jeszcze do szkół i przypominam sobie, że to pierwsze pomieszczenie landszafty wygodnie i wspaniale nie wyglądało. Wszystkie biura były na podwórzu w tylnych budynkach, które, na prędce w pruski mur sklecone, mało co zmienione, do dziś dnia wytrwały i wysługują się, ile mogą. Samą zaś kamienicę, niezbyt, jak widzisz, obszerną zajmowali panowie dyrektorowie; na dole mieszkał dyrektor prowincyalny, a pierwsze piętro było rezydencyą jeneralnego. Trzy tutaj osobistości piastowały te obywatelskie urzędy; jeneralną dyrekcyę Stanisław Poniński, prowincyalną zaś Nepomucen Nieżychowski, a po nim Józef Grabowski.
Nie mogę się poszczycić bliższą znajomością pana Ponińskiego, ale widywałem go nieraz, bo z urzędu często przebywał w Poznaniu i osobistość jego wybitna każdemu wpadała w oczy. Więcéj niż średniego wzrostu, dobréj tuszy, pod gęstym, ciemnym, trochę nastrzępionym włosem miał twarz wyrazistą, przytem piękną i poważną, a w bystrem spojrzeniu coś nader miłego i życzliwego. Téj jego zewnętrzności, jak mi mówiono, odpowiadało usposobienie, w którem poczucie wartości osobistéj łączyło się z chęcią jednania sobie szacunku i przychylności innych. Zajmował p. Poniński w wyższych kołach społeczeństwa naszego jedno z pierwszych miejsc, odpowiednio zasługom swoim w sprawach publicznych i stosunkom majątkowym. Tytułowano go zwykle pułkownikiem, gdyż za młodu jeszcze dosłużył się tego stopnia i krzyża legii honorowéj, odbywając całą kampanię szóstego i siódmego roku, z pułkiem polskim, głównie za jego staraniem tutaj utworzonym, który odznaczył się czynnym udziałem osobliwie w bitwach pod Iławą, Friedlandem i przy oblężeniu Gdańska. Późniéj, zaraz w pierwszych czasach okupacyi pruskiéj, powołany został z kilku innymi do Berlina celem narad nad administracyą W. Księstwa, a przy zakładaniu ziemstwa, obrany jednogłośnie przez obywatelstwo dyrektorem jeneralnym, wytrwał w tem urzędowaniu do końca trzydziestego dziewiątego roku i prócz tego kilkakrotnie był marszałkiem sejmu prowincyalnego. Następca tronu, znając go osobiście i ceniąc jego przymioty, przy objęciu panowania, czterdziestego roku, obdarzył go dziedzicznym tytułem hrabiowskim; ale odtąd, ile mi wiadomo, ustąpił pan pułkownik z publicznego życia, głównie dla podeszłego już wieku i sił słabnących, a może, jak się domyślano, i dla tego, że w przekonaniach swoich stanowczo konserwatywnych niemile był dotknięty prądami, które wtenczas już od lat kilku społeczeństwo nasze mocno poruszać zaczęły. Wypadki czterdziestego szóstego znacznie się podobno przyczyniły do zaostrzenia choroby, któréj uległ następnego roku.
Pamiętam także, z widzenia tylko, pełną dystynkcyi i piękną, mimo lat już niemłodych, postać pani pułkownikowéj, słyszałem zaś nieraz mówiących o niezwykłéj i rozumnéj troskliwości, którą się jako matka i pani domu odznaczała, łącząc z nią miłą i poważną uprzejmość w stosunkach towarzyskich. Było zaś o co się troszczyć, bo tam w Wrześni, prócz dwóch synów, sześć córek biegało naokół matki. Wszakże tym sześciu córkom natura i losy nie poskąpiły swych darów; to też wszystkie wcześnie i szczęśliwie dom rodzicielski opuściły i słusznie raz powiedziała jakaś mama trochę zazdrosna, że, „u pani pułkownikowéj córki tak odchodzą jak bułki u piekarza“. Najstarszą z całego rodzeństwa znałem, panie Ludwiku, od dawna, bo jeszcze małym chłopcem będąc widywałem kilkonastoletuią pannę Rozalię w naszym domu, dokąd przyszła czasami z nauczycielką swoją, panną Marillé, przyjaciółką moich rodziców. Potem przez wiele lat jéj niewidząc posłyszałem tylko, że bardzo młodo wyszła za mąż za pana Juliana Dąmbskiego, dziedzica Kościelca, późniéj zaś, że owdowiała, a wreszcie, gdy z uniwersytetu wróciłem, dowiedziałem się, iż jest secundo voto panią Adolfową Łączyńską. Nie wiem już kiedy i przy jakiem zdarzeniu miałem szczęście przypomnienia się pani Łączyńskiéj, wszakże potem nadarzała mi się dość często sposobność zbliżania się do niéj, zwłaszcza że nieraz z mężem, z którym także znajomość zawarłem, czas dłuższy bawiła w Poznaniu. Pani ta zajmowała, aż do ostatniéj chwili życia, znakomite miejsce w społeczeństwie naszem i pozostawiła po sobie pamięć miłą, i, że tak powiem, pogodną wszystkim co ją znali.
Otóż nie zbywam cię ogólnikiem, panie Ludwiku, spytaj kogo chcesz ze starszych na wsiach i w mieście, każdy to potwierdzi. Nietylko bowiem stosunki rodowe i majątkowe uwydatniały osobistość pani Łączyńskiéj, lecz przedewszystkiem, obok jasnego rozumu, dobroć serca i wrodzona, szczera uprzejmość. Po dwakroć mężatka i wdowa, w rozlicznych, czasami przykrych i trudnych przejściach długiego życia, z rzadkiem poświęceniem dla najbliższych, z życzliwą gotowością dla dalszych, wypełniała sumiennie, nietracąc prawie nigdy właściwéj sobie swobody umysłu, obowiązki żony, siostry i obywatelki. Znaczny majątek po rodzicach i po pierwszym mężu odziedziczony ustalił się pod jéj roztropnym i oszczędnym zarządem, wzrósł i upiększył się, chociaż nieraz wielkie i niespodziane ofiary ponosić jéj przyszło. Co do tego szczegółu, pomijając czem była w stosunkach familijnych, nadmienić ci muszę, że do tych należała pań naszych, na których patryotyczne i miłosierne uczucia zawsze liczyć było można. Dobrze mi wiadomo, iż niejednéj potrzebie i biedzie w kraju i na wychodztwie z hojną spieszyła pomocą, podczas ruchawek i powstań nieszczędziła datków i nie tylko w dobrach swoich była chętną opiekunką, lecz i wszystkie dobroczynne towarzystwa i przedsięwzięcia w Poznaniu wspierała stale z niezwykłą u nas regularnością. Dobroć i równa dla wszystkich życzliwość odbijały się w miłéj twarzy pani Łączyńskiéj, a połączone z pewną prostotą i otwartością w obejściu, ujmowały każdego co się do niéj zbliżył; dla tego też niezdarzyło mi się nigdy słyszeć o niéj nieprzychylnego wyrazu, bo wszędzie jéj nazwisko z przyjaznem uczuciem lub szacunkiem wymawiano.
Pierwszego jéj męża nie znałem i nic zgoła o nim nie wiem, drugiego, szczerze mówiąc, wszyscyśmy tu kochali, bo to był człowiek nie tylko na wskroś zacny, lecz i sympatyczny, jak mało. Adolf Łączyński pochodził z Królestwa i dopiero parę lat przed czterdziestym przesiedlił się do nas, nie będąc jednak tutaj obcym. Odbywszy bowiem nauki szkólne w szczęśliwych czasach Księstwa Warszawskiego u kadetów i w liceum warszawskiem, miał potem sposobność do zawarcia licznych znajomości z młodzieżą naszą w Wrocławiu, gdzie słuchał prawa i administracyi, osobliwie zaś podczas kampanii trzydziestego pierwszego roku. Powstanie to nie było dlań niespodzianką, gdyż, po ukończeniu nauk uniwersyteckich i po krótkim pobycie w Paryżu, wróciwszy do kraju i pracując przez czas dłuższy w biurach Rady stanu, czynny miał udział, pod wpływem gorących uczuć, które do śmierci w swem sercu zachował, we wszystkich patryotycznych zamiarach i związkach ówczesnéj młodzieży; a chociaż przed nocą listopadową od lat paru zarządzał już wioską rodzinną, znalazł się w chwili wybuchu na warszawskim bruku. Odznaczył się w rozmaitych zajściach owéj nocy odwagą i przytomnością umysłu. Tak przed arsenałem, jak i w kilku innych miejscach potrafił tłumy śmiałem wystąpieniem powstrzymać od gwałtów i między innemi ocalił życie jednemu z jenerałów, którego pospólstwo z pałacu Wąsowiczowéj wyciągnąć chciało. Poczem w drugim pułku Mazurów przebył wszystkie główne bitwy i kilkanaście pomniejszych utarczek, a zaraz pod Grochowem tyle okazał fantazyi żołnierskiéj, że współtowarzysze broni jedyny krzyż, który z głównéj kwatery dla pułku wysłano, jemu jednogłośnie przyznali. Przeszedłszy w końcu do Prus wraz z innymi, wrócił niebawem do kraju i, spuszczając się na swoją gwiazdę, osiadł spokojnie na wsi. Wszakże dwa lata późniéj pojawili się emisaryusze, a chociaż Łączyński daremne i zgubne usiłowania ich potępiał, nie mógł jednak jednemu i drugiemu odmówić przytułku lub niezbędnéj pomocy. W papierach któregoś ze schwytanych znalazło się nazwisko Łączyńskiego; to wystarczało. Przytrzymano go natychmiast, rozpoczęto śledztwa i po kilku miesiącach zwłoki skazano na Sybir do rot żołnierskich. W kajdanach przejechał się na kibitce do Moskwy, gdzie go mocny tyfus długi czas w lazarecie zatrzymał. Ledwo co wyzdrowiał, pędzono go daléj pieszo przez pięć miesięcy, dopóki nie okulawiał, dowlókszy się z biedą do Orenburga. Widoczne ślady tego cierpienia nóg, które już normalnéj siły nie odzyskały, zachował do końca życia. Szczęściem dla niego był tam wtedy gubernatorem jenerał Perowski, człowiek wykształcony i ludzki, który, schorzałego skazańca z pomiędzy tłumu wyróżniwszy, daléj nie wysłał i w miejscu pozostać mu pozwolił. Ponieważ mógł tam całkiem rozrządzić swoją osobą, przeto, nie chcąc pozostać bezczynnym, przekształcił się pan Adolf na pedagoga, zebrał sobie gromadkę z pomiędzy synów wyższych wojskowych rosyjskich i ćwiczył ich po kilka godzin dziennie w językach i naukach, ile mu starczyło, czem pozyskał sobie wdzięczność i szacunek rodziców. Opowiadał mi raz w Bazarze te rozmaite przejścia swoje i doświadczenia w czasie pobytu nad Uralem, na pograniczu Kirgiskiéj pustyni, ale mi wiele uszło już z pamięci, przypominam sobie tylko jeszcze, że się tam spotkał z Tomaszem Zanem, z którym się zaprzyjaźnił i dość długo wspólne zajmował pomieszkanie; mówiąc o nim mocno był pan Adolf rozczulony. Po trzech latach odzyskał niespodzianie wolność za przyczyną Perowskiego. Szlachetnego tego człowieka w jakiéjś ważnéj sprawie przyzwał car do Petersburga i, bardzo łaskawie go przyjąwszy, zapytał potem przy odjeździe, czegoby sobie życzył. Korzystając ze sposobności, do innych próźb swoich dodał Perowski także proźbę o ułaskawienie Łączyńskiego, a przybywszy do Orenburga, sam mu je obwieścił.
Z początkiem trzydziestego siódmego roku mógł zatem pan Adolf osieść znów na rodzinnym zagonie i niebawem wysłany został przez współobywateli jako radzca do Dyrekcyi Towarzystwa Kredytowego. Lecz niedługo tam pobawił, gdyż, zawitawszy przypadkiem w nasze strony, gdzie go z radością przyjęli mnodzy znajomi i przyjaciele, poznał panię Rozalią Dąmbską i miał szczęście pozyskania jéj ręki, skutkiem czego przesiedlił się trzydziestego dziewiątego roku, ile sobie przypominam, całkiem do W. Księstwa. Odtąd resztę życia, lat trzydzieści kilka z górą, spędził między nami jako jeden z przewódzców obywatelstwa, gorliwie uczestnicząc we wszystkiem, co się tutaj pro bono publico działo. W zapatrywaniu się na położenie nasze i potrzeby narodowe zgodny z Marcinkowskim i Maciejem Mielżyńskim, miał w usposobieniu swojem wiele podobieństwa do Gustawa Potworowskiego, z którym tez serdecznie był zaprzyjaźniony. Nie potrzeba było długo z nim przestawać, aby poznać szczerą dobroć jego serca, wraźliwość uczucia i pewną ruchliwość fantazyi, któréj jednak we wszystkich przejściach życia jasny rozum towarzyszył. Łatwo się zapalał, osobliwie gdy szło o sprawy narodowe, chętnie się rozgadał, mówił dobrze i płynnie i lubił nieraz, w poufnem towarzystwie, deklamować ustępy z mów i poezyi, które z czasów pierwszéj młodości zostały mu w pamięci, wesoło i dowcipnie opowiadać o ludziach, z którymi żył dawniéj, o zdarzeniach rozmaitych, których był świadkiem; miał dar przyrodzony godzenia i łagodzenia osób i rzeczy, ujmowania sobie każdego swobodnem i przyjacielskiem wzięciem. Te jego przymioty i doświadczony patryotyzm, hojna ofiarność na potrzeby publiczne, z którą się ile możności ukrywał i którą umiał połączyć z rozważnem postępowaniem w stosunkach swoich prywatnych i zarządzie majątku, zyskały mu zaufanie i szczerą życzliwość wszystkich, a nazwisko jego było jednem z najpopularniejszych w W. Księstwie. To też nie brakło na gościach w Kościelcu; nie tylko ciągnęły tam dotąd względy towarzyskie i stosunki przyjacielskie mnóstwo osób, które liczyć mogły na szczere i dostatnie przyjęcie, lecz przyjeżdżało także nie mało pragnących nauczyć się czegoś, bo gospodarstwo tamtejsze uważano za jedno z najnormalniéj urządzonych w naszym kraju.

Przytem chciano mieć wszędzie Łączyńskiego, gdzie o coś ważniejszego chodziło i nie wymawiał się nigdzie; przewodniczył w Lidze polskiéj czterdziestego ósmego roku, późniéj kilka razy Kołu polskiemu w Berlinie i Towarzystwu rolniczemu w Poznaniu, przez wiele lat był w dyrekcyi Naukowéj Pomocy i kiedykolwiek w ciaśniejszem kółku obywatelskiem stanowiono o jakiéj znaczniejszéj bądź publicznéj, bądź prywatnéj sprawie, nie obyło się prawie nigdy bez niego. Ostatnie w Królestwie wojenne wypadki zaskoczyły go już w podeszłym wieku, bo miał, zdaje mi się, wtenczas lat sześćdziesiąt siedem i widocznie na zdrowiu niedomagać zaczynał. Jak niegdyś wycieczki emisaryuszów, tak wtenczas te konspiracyjne działania uważał za daremne i w skutkach dla nas zgubne; ale, jak w trzydziestym trzecim, tak i w sześćdziesiątym trzecim uczucie jego patryotyczne, szlachetność i dobroć serca sprawiły, że na usilne proźby wstąpił do kółka osób, które zająć się sprawą Królestwa za rzecz konieczną uważały. Cofnął się wszakże niezadługo, widząc, iż rzeczy biorą obrót przekonaniu jego przeciwny; usiłował daremnie hamować i powstrzymywać, mimo to dawał, dopomagał w potrzebie, wyświadczał przysługę, gdy go wzywano, uchronił niejednego, zwłaszcza iż niedaleko mieszkał od granicy. Nie uszło to baczności władz miejscowych, które zawsze miały go na oku; po wiadoméj ci zapewne, panie Ludwiku, obławie w Działyńskiego pałacu, pojmany i przewieziony został do Moabitu jako należący do tych, którzy przyczyniali się do wywołania i podtrzymywania buntu. Jak długo przesiedział, tego już nie pamiętam, wiem tylko, że potem długi czas bawił zagranicą i że go w Poznaniu przeszło trzy lata nie widziałem. Usłyszawszy potem pewnego dnia, że wrócił i jest tutaj, poszedłem go odwiedzić. Znaczną w nim znalazłem zmianę, podstarzał się, a reumatyzmy i ów fatalny diabetes, na które od dawna cierpiał, wzmogły się skutkiem przejść ostatnich tak, iż coraz trudniéj było mu chodzić, a z czasem ruszyć się już prawie nie mógł z krzesła i dokuczliwym podlegał bólom. Ale umysłowe usposobienie i humor dawniejszy pozostały; przynajmniéj ile razy go widziałem bądź sam na sam, bądź w towarzystwie, zajmowało go wszystko, zdawał się swobodnym i rozmawiał wesoło. Ostatnich lat parę przepędził po większéj części w Poznaniu, w jednym z domów przy teatralnym placu i tam także umarł z początkiem czerwca siedemdziesiątego roku. Odwiedzając go w czasie choroby miałem nieraz sposobność przypatrzenia się téj czułéj, macierzyńskiéj poniekąd troskliwości, z którą pielęgnowała go żona, nie odstępując na chwilę, bacząc na najmniejszą drobnostkę, usługując jak szaretka, zawsze z równem, spokojnem usposobieniem i wypogodzoną twarzą, nieraz z żartobliwem słowem, aby ile możności choremu myśl rozjaśnić. Chociaż temu już blisko lat dwadzieścia, pamiętam ów natłok ludu na pogrzebie tego zacnego patryoty, który, jak Gustaw Potworowski, nie tylko nieprzyjaciół, ale i niechętnych nie miał na tym świecie. Zjechał się cały prawie zastęp naszych obywateli wiejskich, mnóstwo chłopów z Kościelca i okolicy, a z miasta wszyscyśmy byli. Eksportował zmarłego za bramy miejskie przyjaciel i kilkoletni proboszcz kościelecki, ks. oficyał Janiszewski a pożegnał go w imieniu wszystkich serdeczną, rozczuleniem i łzami przerywaną mową dyrektor Ziemstwa, Józef Morawski.
Żałuję, że ci więcéj szczegółów o Adolfie Łączyńskim udzielić nie mogę, lecz sądzę, iż co powiedziałem, da ci wyobrażenie o tem, jakim był, oraz wytłómaczy, czemu nam wszystkim starym, którzyśmy go znali, pamięć o nim nadzwyczaj miłą pozostała.
Rozwodząc daléj, panie Ludwiku, dzieje owéj pierwszéj landszaftowéj siedziby, przed którą stoimy, powtarzam, co już wspomniałem, że dolne jéj pokoje zajmował dyrektor prowincyalny. Był nim w samych początkach Nepomucen Nieżychowski. — Jak długo on urząd swój piastował i w mieście przesiedział, nie wiem, panie Ludwiku, zwłaszcza iż, ile pamięcią zasięgnąć mogę, tylko następcę jego w tem mieszkaniu widziałem; ale rodzice moi znali pana Nieżychowskiego od dawna i ja późniéj, dorósłszy nieco, miałem nieraz sposobność widywania go gdzieindziéj, a nawet w ostatnim roku mego pobytu w szkołach przepędziłem z jego wnukiem, Włodzimirzem Wilczyńskim, ferye Zielonych Świątek w Granówku, niedaleko od Grodziska, gdzie żył sobie spokojnie i gdzie kilka lat przedtem dogodny i ładny dworek dla potomków raczéj, niż dla siebie, wystawił. Wtenczas bowiem w podeszłym już był wieku, ale, mimo swoich siedemdziesięciu kilku, jeździł konno i chodził żwawo. Cenili współobywatele jego bystry rozsądek, praktyczność w interesach i znajomość stosunków wiejskich, dla tego też był pierwszym, którego do dyrekcyi, przy zakładaniu ziemstwa, wybrali, a niezwykłą trzeźwość i jasność umysłu aż do końca życia swego zachował.
Przeszło pół wieku minęło, ale miłem teraz jeszcze są dla mnie wspomnieniem owe cztery dni w Granówku u pana Nepomucena spędzone. Chociaż tak znaczna zachodziła między nami różnica wieku, a młodzi w towarzystwie Nestorów nieszczególnie bawić się zwykli, przypominam sobie, żeśmy z Włodziem starego dziadusia prawie nie odstępowali. Zawsze nam miał coś takiego do powiedzenia, co nas zajmowało, o dawniejszych ludziach i rzeczach; o wszystkiem zaś mówił gładko i obszernie, bo to wszystko, zdarzenia, charakterystyki, anegdoty, było mu jeszcze w najdrobniejszych nieraz szczegółach przytomne. Żadnéj nie okazywał zgryźliwości, jak często starzy czynią, owszem chętnie stósował się do młodych usposobień, żartował i śmiał się z nami, pociągając na wszystkie strony perukę, którą jak czapkę nosił na głowie. Razem z panem Nepomucenem rezydowały wtenczas w Granówku dwie osoby całkiem różne z pozoru; żona jego, niewielka i szczuplutka pani, wiekiem nieco pochylona, przytem bardzo cicha, ale żwawa jeszcze, krzątająca się ciągle koło gospodarstwa, i panna Kąsinowska, jakaś daleka krewna, także nie pierwszéj mlodości, lecz znacznego wzrostu, silnéj, choć suchéj budowy ciała, zawsze wyprężona, uroczysta i poważne od czasu do czasu wśród rozmowy wtrącająca słówka. Obiedwie głębokim szacunkiem otaczały starego pana, usiłując niemal z oczu mu wyczytać, czegoby sobie życzył.
Gdy, wracając z owéj wycieczki do Poznania, żegnałem się z panem Nepomucenem, nie przyszło mi na myśl, co szczęściem w młodym wieku na myśl nie przychodzi, że to ostatnie pożegnanie. A było ostatnie, bo już potem starych państwa Nieżychowskich nie widziałem; zmarli oboje krótko po sobie, nim uniwersytecką naukę skończyłem.
Otóż z tą rodziną, panie Ludwiku, zdarza mi się, co z kilku innemi bliższemi, że widzę już piąte jéj pokolenie mordujące się nad Cezarem lub nad participe passé, podczas gdy dwa, trzy, czasem cztery poprzednie znikły mi już z oczu. Wspomniawszy ci o starym panu Nepomucenie z Granówka, pominąć nie mogę milczeniem dzieci jego, których miał dwoje, córkę i syna. Córka, Ludwika, wyszła wcześnie za Ksawerego Wilczyńskiego, dziedzica Krzyżanowa i kilku innych włości; panną jéj niepamiętam, lecz widywałem bardzo często, gdy jeszcze była młodą mężatką i powiedzieć ci mogę, że należała swojego czasu do najurodziwszych pań naszych, a jeszcze w dość późnym wieku twarz jéj zachowała ślady pierwotnéj piękności. Spokojnego i wogóle zimnego usposobienia, doczekała się późnego wieku, chociaż bardzo ciężkie przechodziła życia koleje. Mąż jéj, świetny niegdyś kawaler, człowiek zacny ze wszech miar w zasadach i postępowaniu, przytem miły w pożyciu i wykształcony długiemi podrózami po Włoszech i Francyi, zapadł, ledwo trzydzieści kilka lat mając, na ciężką chorobę. Mógłem u niego zauważyć początki i coraz silniejszy wzrost téj nerwowéj słabości, która się zaczęła od nieznacznych z razu niespokojnych ruchów przy siedzeniu lub staniu i lekkiego pocierania głowy ręką. Objawy te stawały się niemal z każdym dniem silniejsze i częstsze, mowa coraz bardziéj niewyraźną i mrukaniem przerywaną; wreszcie, po latach kilkunastu, organizm rozstroił się zupełnie, a rozstrój jego stłumił nawet władze ducha. Starsza córka pani Wilczyńskiéj całkiem ładna i zgrabna panienka umarła tu w Poznaniu na tyfus, do lat szesnastu czy siedemnastu doszedłszy, a młodszy jéj syn Józef, o którym ci dawniéj przy innéj sposobności wspomniałem, na uniwersytecie będac, w napadzie melancholii pożegnał się z tym światem. Jeśli do tego dodam, że druga córka, w pierwszéj młodości nad wiek umysłowo rozwinięta, tak iż, mając zaledwie lat osiemnaście, na pole piśmiennictwa wystąpić się nie lękała z broszurką socyalno-poetycznéj treści, któréj tytuł był bodajnie Mężczyzna i kobieta, późniéj zaś, za życia jeszcze matki téj saméj chorobie co ojciec uległa i w nieustannych cierpieniach wegetowała, że wreszcie i majątkowe stosunki znacznie się zachwiały, to przyznasz zapewne, że z panią Ludwiką Wilczyńską losy srogo się obeszły. Parę lat po jéj śmierci dostało się Krzyżanowo w ręce tych naszych serdecznych.
Nierównie weselsze niż żona zostawiła mi wspomnienie matka pana Ksawerego, stara pani Wilczyńska, którą przez pierwszych lat piętnaście mego życia bardzo często widywałem, bądź to u mojéj babki, z którą była w wielkiéj przyjaźni i u któréj mieszkała zawsze, ilekroć do Poznania przyjeżdżała, bądź też u niéj w Szółdrach, dokąd mnie nieraz zabierano. Mąż jéj umarł był dawno przed mojem urodzeniem, a córkę jéj, panię Lipską, która młodo zeszła z tego świata, zostawiając trzy małe dziewczątka babce na wychowanie, przypominam sobie jak przez sen tylko, gdy mnie raz, pięcioletniego dzieciaka, do Szółdr zawiozła. Zdaje mi się, że u praprawnuka w Żelicach za Rogoźnem znajduje się jeszcze portret pani Wilczyńskiéj, przez Gillerna robiony i nadzwyczaj podobny; jak tam jest wyobrażoną, taką tylko pamiętam, znacznie już starą z siwemi oczyma i dość dużym nosem, z spokojnym i mądrym wyrazem twarzy. Niskiego wzrostu i średniéj tuszy, bardzo skromna w ubiorze, mając zawsze głowę wielkim czepkiem ustrojoną, wogóle mało chodziła i siedziała zwykle na kanapie lub w fotelu, zażywając od czasu do czasu tabaczkę ze srebrnéj tabakierki, którą ustawicznie z ręki do ręki przesuwała. Bez towarzystwa i rozmowy obyć się prawie nie mogła, a ponieważ w domu bardzo była gościnną, zawsze tam w Szółdrach można było zastać kogoś z sąsiedztwa lub z dalszych stron, zwłaszcza że ją dla wieku, rozumu i staropolskiéj życzliwości powszechnie poważano. Dzieci lubiła mieć koło siebie i za grzeczne zachowanie się wynagradzała karmelkami, to też wiedziałem dobrze swojego czasu, co się mieści w kieszonce od sukni u staréj pani i bywałem zwykle bardzo skromny w jéj przytomności. Przeżywszy większą część życia w przeszłym wieku, nie dziw, że objawiała czasem przesądy i wyobrażenia zastarzałe, i tak przypominam sobie, iż w końcu trzydziestego roku, gdy rozmawiano przy niéj o tych i o owych, którzy poszli do powstania, i gdy wymieniłem przy tem mego amicusa Piotra Hanowicza, wyrzekła z zdziwieniem: „a pocóż ten tam poszedł, przecież szewca syn!“
Interesa swoje i wnuczek załatwiała sama; wiedziała dobrze, jak sobie począć tak w sądach jako i urzędach; gospodarstwo wiejskie było także pod jéj ciągłą kontrolą i pamiętam, jak ekonom Kolasiński, jegomość wysoki i tęgi jak dąb, przychodził co wieczór do dworu rozpowiadać pani, co się dzieje na polu i na podwórzu. Dla tego też po jéj śmierci znaleźli spadkobiercy wszystko i na wsi i w papierach w najlepszym stanie, mimo to jednak, bodajnie dla działów, Szółdry wkrótce potem Niemcowi sprzedano; wróciły jednak późniéj w ręce polskie i oby w nich zawsze pozostać mogły!
Wszystkie trzy wnuczki dorosły pod troskliwą opieką pani Wilczyńskiéj, odebrały bardzo staranne wychowanie i miały dość znaczne fortuny zabezpieczone; wszystkie trzy sama jeszcze wydać za mąż zdążyła. Do ostatniéj chwili, mimo bardzo podeszłego wieku, przeżyła bowiem lat przeszło osiemdziesiąt, zachowała zwyczajną przytomność i rzeźkość umysłu i umarła, po krótkiéj chorobie, trzydziestego trzeciego czy czwartego roku, zostawiając jak najmilsze wspomnienie po sobie wszystkim, którzy ją bliżéj znali.
Z owych trzech wnuczek pani Wilczyńskiéj, które pannami jeszcze znałem, żadna już nie żyje, panie Ludwiku, a ostatnia z nich, oraz najstarsza, umarła przed sześciu laty. Byłem małym chłopakiem, ale pannę Albertynę Lipską przypominam sobie w rozmaitych okolicznościach, już to bawiącą u mojéj babki jakiegoś karnawału i strojącą się na bal w białą suknię, już to w Szółdrach prowadzającą mnie po ogrodzie i pokazującą różne rośliny, lub gdy w swoim pokoiku siedziała przy szteludze i malowała pastelami portrety. Wszakże jéj ferye panieńskie niedługo trwały; roku dwudziestego piątego już była mężatką, wyszedłszy za Józefa Nieżychowskiego, syna pana Nepomucena. Młoda para mieszkała najpierw, ile pamiętam, w Sowieńcu dzierżawą, a kilka lat późniéj przeniosła się do Żelic pod Wągrówcem, dziedzictwa po Lipskich i tutaj wytrwała aż do końca życia swego. Pan Józef, odbywszy nauki w gimnazyum poznańskiem i na uniwersytecie wrocławskim, idąc za przykładem ojca zajął się gorliwie gospodarstwem. Mozolnie mu to poszło z początku, zwłaszcza, iż Żelice, od dawna zaniedbane, wymagały ciągłéj baczności i niemałych zachodów. Trzydziestego roku nie mógł z innymi podążyć za granicę, ponieważ krótko przedtem złamał był nogę, spadłszy z konia, a taki sam fatalny przypadek powtórzył się parę lat przed śmiercią i przyczynił się wtenczas znacznie do osłabienia jego zdrowia. Powoli, przy cierpliwéj pracy zmieniło się w Żelicach wszystko na korzyść; pierwotne pustkowie, które jeszcze pamiętam, przybrało z czasem i na zewnątrz pozór pokaźny, a pilność gospodarstwa i rozumna oszczędność pana Józefa zbogaciły majętność żelicką trzema nowemi folwarkami. Wiele lat przesiedzieli państwo Nieżychowscy w starym, z drzewa i gliny skleconym, szkudłami pokrytym dworku, gdzie było kilka dość obszernych, choć bardzo niskich pokoi z małemi okienkami, w skromne zaopatrzonych sprzęty; tam niejedną miłą i wesołą spędziłem godzinę, bo w czasach pierwszéj młodości dość częstemi odwiedzinami niepokoiłem Żelice, zwłaszcza iż państwo Józefostwo wielce dla mnie byli łaskawi, szczególnie pani, dla któréj, od pierwszéj niemal chwili pojawienia się mego na tym świecie, znaną byłem istotą. Czułem się w owym starym dworku tak swobodnym jak w domu; nie ja sam zresztą, lecz każdy co tam przyjechał, bo gospodarstwo wszystkim swoim gościom szczerze było rade, chciało i umiało im pobyt u siebie ułatwić i uprzyjemnić. Rzadko też mijał dzień, iżby powóz jaki lub bryczka nie zajechały przed dworek żelicki. Różnych się tam widywało z przyjaciół i krewnych państwa lub dalszych znajomych, solo, parką, nieraz z rojem dzieci. Wymienię ci tylko Kaliksta Zakrzewskiego, cały legion Radońskich, starego szambelana Radzimińskiego i siódemkę pięknych jego córek, których wszystkich imiona od P. się zaczynały, Albina Bieńkowskiego, Biegańskich, Moszczeńskich, Ponikiewskich, kilku Grabowskich i całą rodzinę pana Józefa Kierskiego z Pobórki, który niespożytym humorem swoim najsmutniejsze towarzystwa rozruchać potrafił, chociaż go się panie lękały jak ognia. Innych sobie, mości Ludwiku, naprędce przypomnieć nie mogę, bo to wszystko działo się jeszcze przed rokiem czterdziestym. Późniéj rzadko kiedy mógłem odwiedzić Żelice, gdy już je pan Józef, z pomocą mego amicusa i kolegi szkólnego, budowniczego Maryana Cybulskiego znacznie był przeistoczył. Miejsce gospodarskich budynków słowiańskiego stylu, z gliny i słomy, kłaniających się zwykle na prawo lub na lewo, stanęły trwałe, murowane, teraźniejszym wymagalnościom odpowiednie; stara zaś owa rezydencya poszła ad patres, a na innem miejscu widzisz teraz dwór pokaźny, dogodnie i ozdobnie urządzony wśród ogrodu, który założenie i upiększenie swoje winien głównie saméj pani. Otóż pani Albertyna, jak ją zwaliśmy zwyczajnie, od najmłodszych lat miała upodobanie do ogrodów i kwiatów, rzadkie rośliny z szczególną troskliwością pielęgnowała w urządzonéj przez siebie cieplarni, znała dobrze ich botaniczne nazwy, ich naturę i sposoby obchodzenia się z niemi. Nie tylko przecież w tym jednym, lecz i w każdym innym kierunku odznaczała się pewnym, że tak powiem, estetycznym smakiem; była to bowiem natura obdarzona rzadką delikatnością uczuć, którą zajmowało wszystko co wyższe i piękniejsze w ludziach i rzeczach. Objawiając przytem w towarzyskich stosunkach usposobienie pełne względności dla innych, łagodne i swobodne, w rozmowie zaś obfitość trafnych myśli i spostrzeżeń, będąc równo i szczerze dla każdego uprzejmą, jednała sobie pani Albertyna szacunek i sympatyę tych nawet, którzy choć raz tylko mieli sposobność zbliżenia się do niéj. Wyższy jéj poziom umysłowy oraz dobroć serca okazywały się nie tylko w zapatrywaniu się na świat, w styczności ze znajomymi i obcymi, lecz i we wszystkiem co się tyczyło domu i rodziny.
Będąc tylokrotnie w Żelicach podziwiałem nieraz jéj ciągłą baczność, niestrudzoną choć spokojną czynność, z którą od rana do nocy zajmowała się gospodarstwem i ładem we dworze, wiedząc o każdéj rzeczy i najdrobniejszych szczegółów nie spuszczając z oka, co przy znacznych rozmiarach zadania i częstym napływie gości sładnem i wygodnem nie było. Dopóki jéj tylko sił starczyło, sama wypełniała te obowiązki i dopiero w późnych latach część ich obcéj pomocy poruczyć musiała. W pożyciu małzeńskiem serdecznem przywiązaniem otaczając męża, umiała wrodzoną łagodnością uspakajać porywy i niecierpliwości, które pan Józef miewał czasami i we wszystkich ważnych sprawach służyć mu radą i pomocą, a po jego śmierci przez lat kilkanaście zarządzała sama majętnością żelicką, którą w najlepszym stanie wnukom pozostawiła. Że pani Albertyna była matką pełną poświęcenia dla swego jedynaka, nad tem ci się rozwodzić nie potrzebuje, panie Ludwiku, wszakże przebywać z nim musiała ciężkie zmartwienia i kłopoty, bo przez cały swój wiek chłopięcy synek ów na zdrowiu szwankował, a rodzice w ciągłéj wtenczas o niego byli obawie. Pamiętam, jakby to wczoraj zaszło, ten wieczór zimowy dwudziestego szóstego roku, gdy u nas w domu odebrano wiadomość o przyjściu na świat Kazia Nieżychowskiego; szczera była z tego powodu radość, a babka moja, która panią Albertynę kochała jak córkę, pojechała do niéj zaraz na jéj proźbę. Owego Kazia widziałem pierwszy raz na ręku piastunki; po latach doczekałem się siwowłosego Kaźmirza, ojca ośmiorga dzieci, a wiosną siedemdziesiątego piątego roku przyjechałem do sąsiednich z Żelicami Potulic, aby go tam w sklepie, przy kościele, złożyć obok ojca na wieczny spoczynek. Niedługi był przebieg jego życia. Do szkół za młodu obawiali się posłać go rodzice z powodu fizycznych jego niedomagań; osobliwie matka w troskliwości swojéj spuścić go z oka nie chciała i dla tego do piętnastego czy szesnastego roku chował się w domu, kształcony w początkach nauk przez guwernerów, z których najsumienniejszy był przyjaciel mój i kolega szkólny Niedźwiedziński, późniejszy proboszcz w Brzóstkowie.
Późniéj osiadła z nim matka w Poznaniu, gdzie Kazio, tak go bowiem wszyscy znajomi i przyjaciele zwaliśmy, pobierał lekcye prywatne od rozmaitych profesorów, przez trzy lata bodajnie i dokształcił się tak, iż z końcem czterdziestego szóstego roku mógł udać się do Berlina i słuchać z korzyścią kolegiów będących w związku z gospodarstwem wiejskiem. Wróciwszy po paru semestrach do domu, rozpoczął pod dozorem ojca zawód gospodarski, ożenił się bardzo młodo, idąc li tylko za popędem serca i już piędziesiątego roku, ile pamiętam, osiadł, jako dziedzic Granówka, w owym dworku, o którym ci wspomniałem, po dziadku swoim, panu Nepomucenie. Lat dwadzieścia pięć spokojnie i szczęśliwie tam przesiedział pilnie gospodarząc, wychowując swoją gromadkę i ciesząc się powszechnem uznaniem jako szczery sąsiad, uczynny obywatel i gorący patryota. Przywiązanie do sprawy narodowéj, do polskich tradycyi i zwyczajów stanowiło jednę z głównych jego zalet; gdy o bonum publicum chodziło, zawsze go znalazłeś gotowym do pomocy, do dania i do wykonania, ile był w stanie; nawet bez względu na wątłe zdrowie i wadliwość ciała, czterdziestego ósmego roku dosiadł konia, ruszył do obozu i dowiódł odwagi w jednéj z potyczek. Obok tego wierność w związkach przyjacielskich, życzliwość i gościnność, z którą każdego w domu swoim przyjmował, otwartość jego i nieraz wesoła fantazya w rozmowach czyniły dla nas wszystkich z Kazia Nieżychowskiego nader miłą osobistość. Zrozumiesz więc, panie Ludwiku, że mnie, w tak dawnych i tak bliskich z nim i z całą jego rodziną będącego stosunkach serdeczny żal przejąć musiał, gdy w Potulicach, podczas pogrzebu, spojrzałem na tę matkę, która, po stracie męża, stała wtenczas w tak sędziwym wieku przy trumnie jedynego swego dziecka. Lat dziewięć jeszcze po téj ciężkiéj klęsce przeżyła pani Albertyna, zachowując do ostatniéj chwili jasność umysłu i żywość, ów właściwy sobie spokój łagodny w postępowaniu i rozumną dbałość o wszystko, co ją otaczało. Główną pociechą jéj starości była ta gromadka wnuków i wnuczek, która się tam w Granówku po Kaźmierzu została; drugą z wnuczek, przybyłą na świat w dzień jéj imienin, zaraz po urodzeniu wzięła do siebie, wychowywała i kształciła z tą troskliwością i miłością, w których u nas babka zwykle matkę prześcignie, i wydała ją za mąż wedle swego życzenia.
Panie Ludwiku, przykro mi, że już w starym mózgu moim wiele się rzeczy przyćmiło lub zatarło i że niepotrafię jakoś wymowniéj wypowiedzieć tego co czułem lub czuję, zwłaszcza gdy chodzi o osoby, z któremi łączyły mnie stosunki szczerego szacunku i przywiązania, a do takich należała przedewszystkiem pani Albertyna Nieżychowska, która, jako chrzestna, okazywała mi zawsze macierzyńską niemal względność i życzliwość.
Niemniéj dobre i łaskawe dla mnie i, osobliwie za młodu, w ścisłéj będące zażyłości z całą moją rodziną, młodsze siostry pani Albertyny wyprzedziły ją obiedwie w wędrówce do owych krain nieznanych. Pierwsza z nich, panna Seweryna Lipska, różniła się dość wyraźnie od starszéj siostry tak wyglądem twarzy, jako też usposobieniem. Wielkiéj czasami dobroci serca i uczynności, z wyobraźnią nieraz nadto żywą, gorąca, nieco wybuchowa w uczuciach i chęciach, nie miała téj stałéj spokojności i rozwagi, które odznaczały panię Albertynę, ulegając w późniejszym wieku częstokroć nerwowym rozdraźnieniom. W pierwszych latach po powstaniu listopadowem została panią Zakrzewską i osiadła z mężem w Rudniczu, wsi dziedzicznéj Lipskich w bliskości Wągrówca. Z jakich ten mąż pochodził Zakrzewskich, znajdziesz, panie Ludwiku, może w Złotéj księdze, ja tego nie wiem, ale mało znałem ludzi tak pod każdym względem sympatycznych jak Kalikst Zakrzewski. Już zewnętrzność jego przyciągała do siebie; średniego wzrostu i silnéj budowy ciała, z czarnym gęstym włosem i czarnym wąsem, miał w pięknéj twarzy i w błyskach brunatnych ócz coś nadzwyczaj dobrego i miłego; a pozór ten niezawodził, bo kto go poznał, ten się da niego przywiązać musiał, ujęty jego niezmiennie i szczerze przyjacielskiem postępowaniem. Z życia pana Kaliksta nie wiele szczegółów przytoczyć ci mogę; wiadomo mi tylko, że, skończywszy szkoły przerwać musiał studya uniwesyteckie, trzydziestego roku, aby dług swój ojczyźnie wypłacić. Po powrocie lat niewiele życia w małżeństwie i przy gospodarce w Rudniczu użyczyły mu losy; już bowiem czterdziestego pierwszego czy drugiego roku gwałtowny tyfus położył koniec ziemskiéj jego wędrówce. Pamiętam, że mocno chorego przywieziono do Poznania; Marcinkowski, Matecki, przyjaciele i współtowarzysze broni czynili co mogli, aby chorobę pokonać, lecz usiłowania ich były daremne. Szwagier jego Tadeusz Radoński, serdecznie doń przywiązany, pilnował go wytrwale w tem ostatniem przejściu i noc po jego śmierci przepłakał i przejęczał u mnie, nie posiadając się z żalu, który podzielali z nim szczerze wszyscy bliżsi znajomi Kaliksta.
Drugiego męża pani Seweryny, Tadeusza Bieczyńskiego, który wiekiem bardzo znacznie różnił się odemnie, i, żeniąc się powtórnie, z pierwszego małżeństwa miał już dorosłe dzieci, mało co znałem, dla tego rozwodzić się o nim nie mogę. Wiadomo mi, że był kiedyś zamożnym obywatelem, właścicielem, między innemi, pięknego Grąblewa, które późniéj szczęśliwie dostało się w ręce Zółtowskich. W sprawach naszych ówczesnych i robotach wspólnych, w zgromadzeniach i towarzystwach nie miewał udziału, natomiast, jak nieraz słyszeć mi się zdarzyło, wielką okazywał skłonność do spekulacyi i przedsięwzięć finansowych, w nadziei zrobienia prędko znacznéj fortuny. Nie przestając na obrębie interesów wiejskich, kupował kamienice w Poznaniu, założył na Starym Rynku, w bliskości ówczesnéj apteki Dähnego, handel win i płodów kolonialnych, którym zarządzał najstarszy syn jego, wyuczywszy się kupiectwa w niemieckich miastach, a nawet zaprowadził, około czterdziestego roku, doróżki w mieście, których już od dawna nie było. Wszakże wszystkie te zabiegi i inne, o których nie wiem, nie doprowadziły go do pożądanego celu; przeciwnie, co było, wkrótce poszło. Niska, dość szczupła i ruchawa osobistość pana Bieczyńskiego zdradzała poniekąd jego usposobienie; uprzedzający i grzeczny dla wszystkich, zdawał mi się nieraz w rozmowie wewnętrznie niespokojnym i innemi myślami zajętym.

Całkiem odmiennie przedstawiał się drugi szwagier jego, Tadeusz Radoński. Byłem jeszcze małym chłopcem, w sekscie czy kwincie, gdy go pierwszy raz widziałem, lecz przypominam to sobie, bo zrobił na mnie wrażenie. Przyszedł wtenczas odwiedzić mego ojca bardzo przystojny młody człowiek niezwykle wysokiego wzrostu, tak iż głowę do góry podnieść musiałem, żeby mu spojrzeć w oczy, chudéj i prostéj postawy, co do wzrostu jego jeszcze dodawało; miał zaś na sobie krótką czamarkę z mnóstwem sznurów i lampasów, a w ręku sękaty kij, tak zwany „ziegenhainer“, który, niegdyś nierozłączny towarzysz studyozów, może się teraz gdzie w zbiorach starożytności znajdzie. Powiedziano mi, że to akademik Tadeusz Radoński, dawniejszy uczeń naszego gimnazyum. Radońskich nie brakło owemi czasy i przez cały szereg lat zajmowali wybitne miejsce na widowni W. Księstwa, tak w towarzyskich stosunkach, gdzie się młodzież płci obojga bez nich obyć nie mogła, jako też w wszelkiego rodzaju patryotycznych sprawach, gdzie pociągali za sobą odwagą i zapałem. Było ich zaś óśmiu z jednego gniazda. Rodzice ich, których nie znalem, dzierżawili kiedyś dobra grodziskie, a późniéj przenieśli się do Próch, wsi dziedzicznéj, gdzie oboje podeszłego doczekali się wieku.
Minęło, panie Ludwiku, pięć czy sześć lat po owem pierwszem spotkaniu, nim drugi raz owego Tadeusza ujrzałem, gdy zaczął się starać o pannę Emilię Lipską, która w ostatnich czasach życia swéj babki bardzo często w domu naszym przebywała. Wiedziałem już co poprzednio z nim zaszło, bo nieraz o tem przy mnie mówiono. Otóż, przecierpiawszy w chłopięcym wieku pensyonat Kalasantego Jakubowskiego, który mu batów nie szczędził i złożywszy potem, dwudziestego czwartego roku maturę w Poznaniu, jeszcze za dyrektoratu Kaulfusa, słuchał kolegiów prawniczych w Berlinie, ale po 2 latach przerwał tę naukę; ulegając bowiem życzeniom ojca chwycił się gospodarstwa i wziął wkrótce potem w dzierżawę Tulce, piękną wieś pod Poznaniem, należącą wtenczas do Ponińskich. Nie długo jednak mógł pan Tadeusz bawić przy gospodarstwie, bo trzydziesty listopad poniósł go za granicę. Stanęło ich tam naraz sześciu braci w Warszawie; siódmy Józef, z żalem w sercu, dla głuchoty pozostać musiał. Wjazd do Warszawy wolnéj, strojnéj w polskie sztandary, upojonéj nadzieją, pełnéj wojska narodowego, podziałał błyskawicznie na młody i wrażliwy umysł Tadeusza. Gdy tam przybył, odbywała się właśnie na placu Krasińskich jakaś parada, i kiedy wybornie wyćwiczony stary pułk piechoty, zaciągając na wartę, defilował w zwartych rzędach, a z boku ustawiona grzmiąca muzyka przygrywała marsza Dąbrowskiego, tak to zelektryzowało pełnego zapału młodzieńca, że bez namysłu z woza swego zeskoczył i stanął w szeregu najbliższéj kompanii, tak jak był po cywilnemu ubrany, maszerując przy niéj poważnie i zamaszyście. Oficerowie i żołnierze nie zdziwili się, owszem umieli ocenić ten zapał i, gdy marsz ustał, powitali i uściskali nieznajomego entuzyastę, a wspomnienie o tem rozweselało pana Tadeusza jeszcze w późnych latach.
Zaciągnął się niebawem do artyleryi, do owego piątego pułku Piętki, gdzie znalazł dobrych przyjaciół swoich, Teofila Mateckiego i Karola Libelta. Zaraz pod Grochowem wystawioną była jego baterya na bardzo mocny ogień. Ugodzony odłamkiem granatu w czoło, tuż obok lewego oka, padł na ziemię skrwawiony, lecz po chwili, gdy go żołnierze na bok usunąć chcieli, zerwał się na nogi i silnie krzyknąwszy: „bracia do armat!“ obwiązał głowę chustką i pełnił daléj służbę. Lecz wkrótce znalazł się przy dziale z jednym tylko kanonierem, Szymańskim, Rusinem, późniejszym wiernym swoim sługą, a po kilku strzałach, osłabiony ciągłym ubytkiem krwi, wywrócił się znowu i zaniesionym został do ambulansu, zkąd go potem do lazaretu w pałacu Krasińskich przewieziono. Powierzony troskliwéj opiece Marcinkowskiego i panny Emilii Sczanieckiéj, wyleczył się szczęśliwie, ale, ponieważ kość była złamana, pozostała mu w tem miejscu głęboka blizna, jako pamiątka pierwszéj bitwy i ozdoba twarzy. Wróciwszy po kilku tygodniach do pułku, odebrał, przy pierwszym apelu, za okazaną waleczność, pochwałę przed frontem i krzyż srebrny.
Z bateryą swoją ruszył wkrótce potem na Litwę, a w potyczce pod Wilnem zaskoczył go wypadek, który byłby się mógł dlań skończyć katastrofą tragiczną. Artyleryi polskiéj wyznaczono tam niebacznie stanowisko na szosie, wprost naprzeciw dział nieprzyjacielskich, które, będąc w ukryciu na wzgórzach ponarskich, gęstemi strzałami sprzątały ludzi i konie, tak iż oficerowie, straciwszy większą część kanonierów, sami służbę ich pełnić musieli. Nagle jeden z nich, porucznik Chrząszczewski, dobry przyjaciel Radońskiego, pada na ziemię; kula strzaskała mu nogę. Spiesznego trzeba było ratunku, natychmiastowego zbandażowania, żeby krew nieubiegła. Przypadł w pobliżu stojący Tadeusz, zdarł chustkę ze szyi, ściągnął nią ranę, pobiegł po lekarza, którego, po dłuższem szukaniu, znalazł gdzieś tam w bezpiecznem miejscu po za linią bojową i dopadłszy wezwał go, aby pospieszył niebawem ocalić życie zranionemu; a gdy doktór, oburzony zapędem i krzykiem nadbiegającego, odrzekł z gniewem, że, „od takich kadecików nieprzyjmuje rozkazu“, skoczył doń ów kadecik, a silnie uderzywszy, jak to mówią, w papę, schwycił za kołnierz i osłupiałego przywlókł do rannego przyjaciela. Chrząszczewski został opatrzony i ocalony, ale nasz Tadeusz mógł był ciężko odpokutować za ów wybryk rozpaczliwy. Doktór bowiem, jako lekarz sztabowy, miał stopień kapitana, a nazajutrz oficerowie pułku zażądali od jenerała Giełguda, aby Radoński, będący jeszcze wachmistrzem, stawionym został przed sąd wojenny, grożąc zbiorową dymisyą, gdyby tego nie uczyniono. Zwołano zatem sąd wojenny; większość starszych była za karą śmierci, młodsi przeciw temu protestowali, a sprawę więcéj niż niepewną rozstrzygnął jenerał Chłapowski energicznem wystąpieniem w obronie obżałowanego. Skończyło się wszystko wymiarem surowéj nagany i zagrożenia przed frontem. Wdzięczność dla jenerała zachował Tadeusz w sercu swojem aż do zgonu i występował wszędzie z zapałem przeciw owym niesłusznym sądom o kilku wypadkach na Litwie, które w pierwszych latach po wojnie odzywały się u nas tu i owdzie.
Nie długo po téj niebezpiecznéj przygodzie, mianowany podporucznikiem, musiał podzielić los korpusu Giełguda i przejść granicę pruską pod Brodnicą, a wreszcie, przebywszy kilka utrapionych tygodni w Heilsbergu, zbity i przygnębiony na duchu, powrócił do Tulec i do rozpoczętego przed żołnierką zawodu. Wszakże sprzykrzyła mu się wkrótce samotność; zaczął się rozglądać na okół i w niespełna dwóch latach szukania, znalazł czego pragnął, pannę Emilię Lipską, jak ci już wspomniałem. Że głównym do tego małżeństwa powodem było silne i szczere obustronne przywiązanie, każdy to widział od początku do końca ich pożycia, mimo niektórych różnic usposobienia zachodzących między nimi. Pani Tadeuszowa, którą jeszcze panienką znałem, miała, za lat młodych, w całéj postaci swojéj niemało uroku. Blondynka średniego wzrostu, udatnéj i wiotkiéj budowy ciała, z regularnem i miłem obliczem, którego białą cerę lekki ożywiał rumieniec, pociągała ku sobie głębokiem, nieco smętnem spojrzeniem niebieskiego oka. W ruchach i mowie spokojna zawsze i łagodna, nadzwyczaj czułego serca, frasobliwą nieraz tę czułość objawiała nietylko w stosunkach rodzinnych, lecz i związkach przyjaźni, a w patryotycznych sprawach szczerą i niezmienną, chociaż nie głośną, do końca życia zachowała tkliwość. Pan Tadeusz zaś z herkulesową swoją postawą łączył, w późnym nawet wieku, wrażliwy i ruchliwy temperament. Prędki i głośny w gestach i mowie, łatwo się unosił i zapalał, wybuchał częstokroć wesoło lub gniewnie, ale na prawdę gniewać się nie umiał, bo był to na wskroś dobry, ludzki i każdemu życzliwy człowiek.
W obejściu od razu przyjacielski i otwarty, nie robiąc żadnéj różnicy między urodzonym i nieurodzonym, przyznając się w polityce i stosunkach towarzyskich do zasad demokratycznych, miewał jednak czasami szlacheckie przywidzenia. Wszyscy go lubili, wszędzie był gościem pożądanym, a pod wpływem jego rozbudzającéj rozmowy, elektryzujących ruchów i swobodnego uśmiechu ożywiało się każde kółko, zwłaszcza, że i sąd jego o rzeczach i ludziach trafny był i rozumny, a zapał łatwy i chętny do wszystkiego co dobre, piękne, szczególnie zaś co polskie. Na wsi wielkiego używał miru i wpływu; gdy zaszła potrzeba, wykrzyczał potężnie, tak, że się po całym folwarku rozlegało, ale ponieważ znali tam wszyscy jego wyrozumiałość, ponieważ w potrzebie dopomógł chętnie, poradził życzliwie, po przyjacielsku pogadać i pożartować nieraz umiał, zjednał sobie powszechne zaufanie i przywiązanie u ludu całéj okolicy.
Przebywszy pierwsze lata w Tulcach, przenieśli się potem państwo Radońscy do Kociałkowéj Górki, w bliskości Pobiedzisk, którą, nie pamiętam już po kim, na własność nabyli. Tutaj w początkach miał pan Tadeusz roboty i kłopotu dużo, znalazł bowiem Arabiam desertam i trzeba było wszystko niemal stworzyć. Wywiązał się z tego zadania, korzystając z wiele pomyślniejszych wtenczas konjunktur; dwór, budynki gospodarskie stanęły na nowo, pola doczekały się normalnéj uprawy i ogród zaczął powoli przychodzić do ładu, słowem, po kilku latach, wyglądało tam zupełnie po europejsku. — Gościnność była chętna i szczera w owéj Górce, zwłaszcza iż samotności nie lubił pan Tadeusz, a czasami bywało tam gwarno i wesoło, szczególnie gdy się bracia zjechali. Trzydziestego siódmego roku, a więc przeszło pół wieku temu, panie Ludwiku, zjawiłem się także w Górce na dzień Tadeusza św. Zastałem tam dziewięciu Radońskich, ośmiu rodzonych, a z nimi stryjecznego, pana Florentego. Jedni byli w młodości, drudzy w pełni sił swoich, a gdy po obiedzie wyższy zapanował nastrój, wszczęła się dysputa o ulubionym jeszcze przedmiocie, to jest o kampanii trzydziestego pierwszego, któréj wszyscy niemal przytomni dług swój wypłacili. Pamiętam, jak dziś, że tam szło o Skrzyneckiego; zdania się nie zgadzały, a że każdy chciał mieć racyę i silnym obdarzony był głosem, jeden zaś z braci, pan Józef, znacznie głuchy, wszystko chciał słyszeć, powstał tak potężny rozhowór, żeśmy z panią Emilią uciekli z pokoju, nie doczekawszy się końca dysputy. Drugi raz nie zdarzyło mi się widzieć wszystkich Radońskich razem, a teraz, panie Ludwiku, żadnego już z owych dziewięciu nie ma na naszym padole.
Ze spokojnego i swobodnego życia wyrwały Tadeusza, jak i większą część jego braci, wypadki czterdziestégo szóstego roku. Znając gorące jego usposobienie patryotyczne, nie mógłem ani chwili wątpić, że do spisku należy od dawna; zdradzały to zresztą pewna niespokojność i częste jego wtenczas wycieczki do miasta. — W domu, jak mi raz pani Emila mówiła, rzadkim pod owe czasy bywał gościem, a gdy doń wracał, zajeżdżał zwykle w towarzystwie, nieraz dość licznem, ludzi po części nieznanych.
Gdy w marcu przyszło do owéj powszechnéj obławy, wpadł pewnego wieczora do nas pan Tadeusz. Z Górki uchodzić musiał, bo go tam już szukano i znalazł w Poznaniu tymczasowe schronienie w owym domku Gniewosza, o którym ci przedtem wspomniałem, gdyśmy przez Strzelecką przechodzili, czekając na sposobność, aby ujść za granicę. Tymczasem wytropiła go policya po dwóch czy trzech dniach; schwytany, poznał się z murami Sonnenburga i Moabitu, a w owym olbrzymim procesie, za winnego osądzony, na lat osiem ciężkiego więzienia skazany został. Podczas śledztwa znęcał się nad nim niemało znany wtenczas w całem Księstwie smutnéj pamięci sędzia Mikieta; aby go schwytać za słówka i wymódz zeznania, częstokroć w nocy snem głębokim rozmarzonego wyciągać kazał na posłuchanie, przyrzekał uwolnienie, zaklinał na miłość żony i dzieci; nie zdołał go jednak do żadnego lapsus linguae doprowadzić.
Dwa lata blisko przykry wiodła żywot pani Emilia, gospodarząc i wychowując swoje niedorostki. Odwiedziłem ją kilka razy w jéj osamotnieniu, znajdując się wtenczas mimowolnie w bliskiem sąsiedztwie Górki, i byłem wzruszony łagodnym spokojem, z jakim położenie swoje znosiła i załatwiała liczne i nieraz kłopotliwe czynności, z któremi oswoić się nie łatwo jéj przychodziło. Rok czterdziesty ósmy rozwarł wreszcie bramy Moabitu; wrócił pan Tadeusz ze zdrowiem nadwątlonem do stęsknionéj rodziny, a doświadczeniem pouczony, nie dowierzając skutkom ówczesnych zapałów, rozważniejszym i wstrzemięźliwszym się okazywał wobec wybujałych nadziei; wypełniał jednak chętnie rozporządzenia komitetu narodowego i w obwodzie swoim zajmował się sumiennie przygotowaniami do możebnych wypadków. Gdy zaś spokojne nastały stosunki, chodził znów gorliwie około gospodarstwa, nie usuwając się bynajmniéj od wspólnych naszych robót i zabiegów, a pod tym względem można było zawsze liczyć na niego. Do wszystkich towarzystw bądź politycznych, bądź dobroczynnych należał, i ciesząc się od dawna powszechnem zaufaniem nie tylko w powiecie, lecz w całéj prowincyi, piędziesiątego czwartego roku wysłany do Berlina, zjednał sobie w Kole polskiem uznanie kolegów trafną nieraz radą i przyjacielską dbałością o zgodę między nimi.
Sześćdziesiątego trzeciego był jednym ze znacznéj liczby tych, co z poczucia patryotycznego obowiązku ponosili ofiary, nie łudząc się bynajmniéj co do następstw tego niewczesnego porywu. Czynnym zresztą i tak być nie mógł, gdyż, przy niemłodym wieku, dręczyły go już wtenczas ciężkie frasunki domowe. Panię Emilią pochwyciła choroba, któréj żadne środki lekarskie przemódz nie zdołały. Cierpienie to, wzmagając się coraz silniéj, mąciło ciągłym żalem wrodzoną swobodę jego umysłu, a gdy sześćdziesiątego szóstego śmierć mu tę ukochaną żonę wydarła, stracił pan Tadeusz chęć do dawniejszego sposobu życia i do dalszéj gospodarskiéj pracy, a oddawszy Górkę dorosłemu już synowi, kilka lat jeszcze przeżył częścią w Poznaniu, częścią u dzieci lub pokrewnych. Widywałem go nieraz w téj końcowéj fazie; na pozór był to ten sam Tadeusz, który wzrostem i siłą ściągał na siebie uwagę przechodzących, twarz jego ujmowała tą samą otwartością i życzliwością jak przedtem; częstokroć w rozmowie poufnéj i towarzystwie bliższych odzywał się dawniejszy wesoły humor, ale kto go znał dobrze dostrzedz mógł znaczną zmianę. Od czasu do czasu pojawiało się w silnych kaszlach rozdraźnienie płuc, chwile posępnego zamysłu nie były rzadkie, a pogodny przedtem pogląd na świat i ludzi przybierał coraz bardziéj pesymistyczną barwę. Do zmiany usposobienia, prócz innych powodów, których tu przytaczać nie potrzeba, przyczyniła się bardzo znacznie strata sześciu braci, z których pięciu w krótkich po sobie przestankach pomarło. Z początkiem jesieni siedemdziesiątego trzeciego roku poszedł za nimi poczciwy Tadeusz, bo zastarzałe jego cierpienie płucowe nagle niebezpieczną przybrało cechę; opadł był zupełnie na siłach, a pobyt letni u wód salzbruńskich nie zdołał już złego pokonać. Wróciwszy ztamtąd rozstał się z tym światem u najstarszéj córki swojéj, w Belencinie, zkąd, za wyraźną jego wolą, przewieziony do Poznania, spoczął na Św.-Wojcieskim cmentarzu obok starszego brata swego Józefa. Nasiorowski, Belwederczyk, niósł za jego trumną ów krzyż, którym go po grochowskiéj bitwie ozdobiono, a przez cmentarz dźwigali go do grobu, mimo starości swojéj, jeszcze towarzysze broni.
Został po nim lat kilka między nami najmłodszy z całego tego pokolenia Radońskich, Anastazy, którego po Tadeuszu najczęściéj z nich widywałem i najlepiéj znałem. Znacznie niższy od Tadeusza, wstrzemięźliwszy w ruchach i mowie, przyciągał do siebie ujmującym uśmiechem i jednał sobie umysły pewną rozwagą w obejściu i względnością dla innych. Obok tego zacność uczuć w towarzyskich i politycznych stosunkach, pewna miara w zasadach zresztą wolnomyślnych i gotowość do wszelkiéj patryotycznéj posługi zyskały mu, w młodym jeszcze wieku, powszechne zaufanie współobywateli, którem się cieszył do końca życia. Mając ledwo lat osiemnaście, przy końcu nauki szkolnéj w gimnazyum tutejszem, podążył trzydziestego roku za braćmi do wojska narodowego i jako artylerzysta z korpusem Różyckiego odbywszy różne przeprawy, bitwy i potyczki, dostał się, w stopniu podporucznika, do Galicyi, gdzie wraz z innymi czas niejaki przesiedzieć musiał.
Po powrocie do kraju, krótki czas tylko używając kawalerskiéj swobody, ożenił się z panną Pauliną Białobłocką, jedną z tych panien, które wtenczas zwracały na się oczy młodzieży powabem nie mniéj osoby, jak posagu, i rozpoczął zawód obywatela wiejskiego w Krześlicach, pięknéj wsi w pobliżu Kostrzyna. Była to, mości Ludwiku, para, jak to mówią, dobrana, pan Anastazy ze żoną; zachodziło nawet zewnętrznie niejakie między obojgiem podobieństwo. Pani, nie wysoka, brunetka, zgrabnéj postawy, z całkiem ładną twarzyczką ożywioną ciemnem okiem, pełnem blasku i wyrazu, zachowywała w towarzystwach, wstrzymując się od żywszych objawów, pewien spokój i nieco arystokratyczną powagę.
Szczęśliwe czasy młodego stadła przerwał rok czterdziesty szósty. Anastazy Radoński, zaprzyjaźniony z Libeltem i innymi przywódzcami spisku, miał bardzo czynny udział w naradach i przygotowaniach do powstania, a potem nie tylko jak inni przesiedział w śledztwie swoje dwa lata, lecz skazanym został wyrokiem na długie więzienie, od którego uwolniły go wypadki marcowe czterdziestego ósmego. Przebyte utrapienia nie ostudziły jego patryotycznéj fantazyi. W powiecie swoim, jako naczelnik, zajmował się gorliwie wypełnianiem rozporządzeń komitetu narodowego, ściągał ludzi, przyspasabiał środki, zwiedzał obozy; to też spotkałem się z nim wtenczas kilkakrotnie, gdy przyjeżdżał, aby na ratuszu zdawać sprawę lub zasięgnąć bliższych wiadomośći i widziałem, że pełnym był najlepszéj otuchy. I późniéj także, lubo mu już piędziesiątka minęła i mimo, że liczyliśmy go do umiarkowańszych, nie mógł się jednak sześćdziesiątego trzeciego roku wstrzymać od zapału i nadziei, a wszedłszy w bliższą styczność z kierownikami ruchu, którzy się przez czas niejaki pojawiali w domu Działyńskich, narażając własną osobę, nie szczędził zachodów, aby dopomódz zbieraniu i zbrojeniu oddziałów. Krzątanie się jego nie uszło baczności policyi. Po drugi raz oglądał znane mury więzienne i stawał przed sądem w wiadomym ci już procesie Niegolewskiego i spółki. Jaki wtenczas zapadł wyrok na niego, już tego nie pamiętam, panie Ludwiku, wrócił wszakże wraz z innymi, skutkiem zwycięztw pruskich w sześćdziesiątym szóstym roku ułaskawionymi, szczęśliwie do stroskanéj rodziny.
Uiścił się więc, jak widzisz, Anastazy Radoński sowicie z długu względem sprawy ojczystéj na tem polu bezpośrednich zabiegów około lepszéj przyszłości, lecz nie mniéj, dopóki mu zdrowie starczyło, czynnym był w zwyczajnych usługach publicznych, których położenie nasze wymagało i wymaga. I tak przez lat kilkanaście posłował w Berlinie, a chociaż nie odznaczał się tam głośniejszemi występami, bo nie każdemu dana zdolność oratorska, wiem jednak od Bentkowskiego, z którym dość długo kolegował, że osobistość jego w Kole bardzo była pożądaną, ponieważ jasnem pojmowaniem spraw bieżących i wielostronną znajomością stosunków naszych miejscowych wspólne narady ułatwiał, a do zgody powszechnéj ujmującem i przyjacielskiem obchodzeniem znacznie się przyczyniał. Podobne i bardziéj jeszcze wpływowe stanowisko zajmował w naszych sejmach prowincyalnych, w których zasiadał od samego początku swego obywatelskiego zawodu, aż niemal do końca życia. Tam działanie jego było tak pożyteczne i zgodne z interesem naszéj ludności, że zjednało mu niezwykły szacunek nawet u deputowanych narodowości niemieckiéj, na których wniosek, gdy już Anastazy dla osłabionego zdrowia usunąć się musiał, sejm wystosował do niego adres z wynurzeniem podziękowania za jego wieloletnią gorliwą pracę, oraz żalu, że dłużéj w obradach udziału mieć nie może. Był to, o ile mi wiadomo, jedyny u nas przypadek takiego adresu, który spotkał Polaka. W każdem prócz tego przedsięwzięciu zmierzającem ku wspólnemu naszemu dobru, mógłeś być pewnym, panie Ludwiku, że się spotkasz z Anastazym Radońskim, bo należał do owych ludzi niezbędnych, na których zawsze liczono w razie jakiejkolwiek potrzeby i którzy występowali na pierwsze zawołanie. Zajmował on pod tym względem poniekąd pośrednie stanowisko między dążnościami konserwatywnemi a tak zwanemi postępowemi; z usposobienia podobny do Gustawa Potworowskiego był w dobrem porozumieniu z Marcinkowskim, Maciejem Mielżyńskim, kanonikiem Brzezińskim, jako też z Libeltem, Mateckim, Kosińskim, a późniéj w ścisłéj żył przyjaźni z Hipolitem Cegielskim. Dla tego też, wybrany około piędziesiątego roku, ile pamiętam, do dyrekcyi Naukowéj Pomocy, pozostał w niéj do końca życia jako członek zamiejscowy i widywaliśmy go na walnych zebraniach w bazarowéj sali zasiadającego między weteranami tego Towarzystwa, którego sprawę przy każdéj sposobności szczerze popierał. Gdy Cegielski piędziesiątego dziewiątego roku „Dziennik Poznański“ założył, wiadomo mi, że uczynił to po naradach i w porozumieniu z Anastazym, który, gdy późniéj Cegielski ustąpił, był jednym z inicyatorów Towarzystwa akcyjnego stanowiącego do dziś dnia materyalną podstawę tego pisma. Nie mógł się także obyć bez niego nasz komitet wyborczy prowincyalny i przez lat kilkanaście pod jego przewodnictwem odbywał swoje czynności; nie mogli się obyć założyciele Teatru polskiego, którzy go częstokroć do wspólnych narad swoich wzywali, a w powiecie swoim zajmował on wybitne stanowisko przyznane mu tak przez współobywateli, jako i przez władze miejscowe.
W Krześlicach nie bawiłem, panie Ludwiku, i na gospodarstwie się nie znam, ale przejeżdżałem nieraz przez ową wieś i drogi do niéj wiodące i widziałem tam nie tylko piękne plony na polach, lecz, co mnie bardziéj zajmowało, wyborowe drzewa owocowe, któremi wszystkie drogi wysadzone były; słyszałeś może tu i ówdzie o Anastazówkach, otóż tak tutaj dość powszechnie nazywają przedziwny gatunek gruszek, do którego zaaklimatyzowania u nas pan Anastazy głównie się przyczynił. Zresztą, ile mi wiadomo, fama jego jako doświadczonego i skrzętnego gospodarza była ustaloną.
Nie mógłem, panie Ludwiku, gdy mi się tu nastręczyła sposobność, pominąć wzmianki o Anastazym Radońskim, który, jak ci to każdy z moich równoczesnych potwierdzi, zasłużył sobie na wdzięczną pamięć utrapionego społeczeństwa naszego, bo przez cały ciąg poczciwego żywota nil alienum sibi putabat z tego, co było polskie; żałuję tylko, że niejedno, co o nim wiedziałem, uszło méj pamięci. Gdy się ostatni raz z nim spotkałem, zdaje mi się, zimą osiemdziesiątego roku, odwiedzając go tu w Poznaniu w mieszkaniu starszéj jego córki, miał ręce spuchłe i był już widocznie schorzały i cierpiący. Straciwszy pięć lat przedtem żonę, zmienił się znacznie i zesmutniał, odczuwając głęboko i klęskę domową i klęski, które na nas spadały po zwycięztwach pruskich. W sierpniu następnego roku ze szczerym żalem ujrzałem niespodzianie w „Dzienniku“ doniesienie o jego śmierci. Umarł w swoich Krześlicach, które był już dawniéj oddał synowi, a pogrzeb jego ściągnął do Wrączyna, gdzie go pochowano, liczny zastęp obywateli i ludu wiejskiego. Współtowarzysz więzienny, ks. Antoniewicz, uczcił go w imieniu wiernych i rodaków, a pożegnał serdecznie, od Koła polskiego, współkolega sejmowy Władysław Wierzbiński.
Z resztą braci Anastazego i Tadeusza, chociaż znałem ich wszystkich, w bliższéj styczności nie byłem, z innéj zaś tegoż rodu gałęzi przypominam sobie dwóch jeszcze z czasów moich gimnazyalnych; byli to także rodzeni bracia, Teofil i Dezydery. Chociaż Teofil już dorosły, brunet z wesołą twarzą w wyższych znajdował się regionach szkólnych, podczas gdy ja pełzałem na samym dole, znałem go jednak, przemawiał nieraz do mnie, spotkawszy na podwórzu, a ponieważ między kolegami bardzo był lubiony, obiegały późniéj nawet, gdy już nam zniknął z oczu, różne wspomnienia o przygodach jego z profesorami, osobliwie z Buchowskim. Trzydziestego roku poszedł na wojnę i zginął tam biedak pod Ostrołęką, jak mi się zdaje. Młodszy, Dezydery, pozostał nieco dłużéj w szkołach; z twarzy podobny do brata, równie przyjacielski i wesoło usposobiony, zdawał się czasami trochę niejasnym w pojęciach i rozmowie. Raz czy dwa tylko zeszedłem się z nim w późniejszych czasach; był już osiadłym obywatelem i ojcem dzieci, ożeniwszy się z córką dyrektora landszafty, pana Kurcewskiego. Zbyt wcześnie został wdowcem i sam umarł jeszcze w sile wieku. Z pozostałych po nim sierot poznałem potem bliżéj dwie udatne i żwawe panienki, z których młodsza odznaczała się ładną twarzyczką i bystrością pojęcia; wychowywała je z macierzyńskiem poświęceniem druga żona zacnego dyrektora, z domu Stablewska.
Widzisz, panie Ludwiku, dokąd mnie to doprowadził stary pan Nepomucen, od którego zacząłem. Nie dziw się, bo w moim wieku, gdy się tak pogawędzi de rebus antiquis, z jednego wysnuwa się drugie, jeden stary znajomy wyciąga za sobą drugiego z pamięci, a o każdym chętnieby się coś powiedziało. — Wspomniałem ci, że dyrektor Nieżychowski już się od wielu lat był pożegnał z tym domem, przed którym stoimy, gdy mnie losy do niego zbliżyły, ale jego następcę, pana Józefa Grabowskiego, dobrze pamiętam rezydującego tutaj w urzędowem mieszkaniu; ojciec mój bowiem znał się z nim od dawna i dość często, gdyśmy tutędy przechodzili, wstępował zemną, aby go odwiedzić; dwa razy nawet, trzydziestego roku, byliśmy w pięknem Łukowie, które teraz dzierżą synowie Germanii. Owego czasu zajmował dyrektor Grabowski jedno z pierwszych miejsc w społeczeństwie naszem, ciesząc się niezwykłym szacunkiem i zaufaniem całego obywatelstwa oraz władz rządowych tutaj i w Berlinie, a to znaczenie zjednały mu i przeszłość jego i osobiste przymioty. Co do owéj przeszłości, niewiele ci powiedzieć potrafię, panie Ludwiku; wiem, że urodził się 1790 roku z rodziny, która niegdyś w Wielko-Polsce i Prusach odznaczała się majątkiem i godnościami, bo ojciec jego, starosta lipieński, był właścicielem rozległych dóbr, Sypniewa i Iłowa pod Więcborgiem i Wełny pod Rogoźnem, a do starostwa jego należało ośm wsi z zamkiem Lipienko. Do szkół publicznych nie chodził, lecz wychowywał się w domu rodzicielskim pod dozorem jednego z owych francuzkich księży, których labusiami nazywano, a których pełno u nas było w czasie rewolucyi francuzkiéj. Młodość swoją spędził po większéj części w wojskach napoleońskich, a przebywszy kilka kampanii w Niemczech i we Francyi, jako też bitwę pod Lipskiem, wrócił do domu, z krzyżami legii i virtuti militari, w stopniu pułkownika i szefa sztabu jednéj z dywizyi księcia Józefa, ztąd go też późniéj zwykle szefem tytułowano. Chociaż zewnętrzność jego nie była zbyt ponętna, albowiem, średniego wzrostu i dobréj tuszy, twarz miał szeroką, nieco za pełną, nos okrągławy, mięsisty i oczy małe, ujmował jednak każdego i stawał się sympatycznym przez niezwykłą grzeczność i łatwość w obejściu, którą umiał łączyć z pewnym odcieniem pańskości, jako też przez gotowość swoją do wszelkich posług obywatelskich. Pod tym względem był on, jak pamiętam, cały szereg lat poniekąd l’homme pour tout faire dla naszéj szlachty. W rzeczach nie tylko landszaftowych, lecz i w trudnościach z administracyą pruską, w sprawach sądowych, kwestyach majątkowych i familijnych mnóstwo obywateli wzywało pana dyrektora o pomoc lub radę, któréj chętnie i gładko udzielał. Znaczenie jego i popularność wzmogły się jeszcze trzydziestego roku. Czując się za starym, aby wyruszyć w pole, a w miejscu swojem dla współziomków niezbędnym, pozostał na stanowisku i był przez czas trwania rewolucyi wojskim pewnéj części obywatelstwa, opiekunem i doradzcą licznych żon i dzieci opuszczonych, niemniéj i tym, do którego się z wyższych kół warszawskich tutaj udawano w niejednéj ważnéj sprawie.
Ożenił się był pan dyrektor zaraz po skończonych wojnach francuzkich i sprzedawszy Sypniewo, dziedziczną swoją posiadłość, kupił w powiecie obornickim Uchorowo i Łukowo, w którem zamieszkał, a, krótko przed czterdziestym, nabył także Wełnę od spadkobierców brata swego Adama, będąc ich opiekunem. Żona jego Klementyna, Wyganowska z domu, z Kwileckimi i Turnami blisko spokrewniona, nieodznaczając się powabem zewnętrznym, lecz, jak od bliżéj znających ją późniéj słyszałem, wychowaniem francuzkiem i niezwykłą ogładą towarzyską, należała do pań wybitnie arystokratycznych przekonań i nawyknień i w tym duchu dwie córeczki swoje, z pomocą nierozłącznéj przyjaciółki i guwernantki, panny Ludwig, wychowywała. Świetne czasy téj rodziny, znaczenie i popularność pana dyrektora nabrały nowego lustru, gdy, za wstąpieniem na tron Fryderyka Wilhelma IV, odznaczony został tytułem hrabiego i orłem czerwonym wyższéj klasy i gdy, po ustąpieniu pułkownika Ponińskiego, zajął miejsce jeneralnego dyrektora ziemstwa. Pańskie już i przedtem życie tak w Poznaniu jako i w Łukowie, więcéj wymagało wystawy i wydatku, zwłaszcza, że pociągnął do tego przykład nowego prezesa naczelnego Arnima, z którym pan dyrektor był w bliższych stósunkach, przedewszystkiem zaś wzgląd na dorastające panienki, dla których naturalnie matka o świetnych partyach marzyła.
Ale nieraz w rzeczach ludzkich następują niespodziane zwroty, panie Ludwiku; co tam zaszło około czterdziestego piątego roku, jeśli się w dacie nie mylę, wiedzą bogowie; pamiętam tylko, że mówiono o finansowych zawikłaniach i przesileniach, o nieporozumieniach z Kwileckimi, w których rodzinie był opiekunem. Zaciemniać się wtedy zaczął widnokrąg ponad landszaftą i Łukowem, ścieśniało się coraz bardziéj znaczne dawniéj koło przyjaciół i zwolenników; pana dyrektora coraz rzadziéj widzieć było można w Poznaniu; pani wyjechała na dłuższy czas do zaalpejskiéj krainy, gdzie jedna z panien wyszła za jakiegoś Włocha; dwaj synowie wynieśli się i pożenili w Królestwie, a ojciec podążył za nimi. Mało kto wiedział lub rozumiał, czemu i jakim zbiegiem okoliczności wybornie zagospodarowane i znaczne dobra dyrektora, najpierw Wełna i Uchorowo, dobrowolną, a potem Łukowo konieczną sprzedażą, przeszły w obce, niemieckie ręce. Głucho tu potem było o nich wszystkich, prócz wieści, że się obadwaj młodzi z księżniczkami pożenili, a stary pan dyrektor za pozostałą resztkę fortuny kupił jakąś wieś w Lubelskiem i, przemieszkując najwięcéj w Warszawie, umarł w dziewięćdziesiątym piątym roku życia swego. Wdzięczność jest rzadką cnotą u ludzi, u nas rzadszą może niż u innych narodów; zapomniano nadto wcześnie i zupełnie o dyrektorze Grabowskim, chociaż, jak ci mówiłem, mnóstwu ludzi tutaj dobrodziejstwa i przysługi wyświadczał, a całe obywatelstwo jego głownie wpływom i zabiegom winno ową tak ważną w swoim czasie drugą emisyę listów zastawnych.
Gdy ziemstwo, panie Ludwiku, przeniesiono późniéj z Wrocławskiéj ulicy na Wilhelmowską do nowego budynku, któryśmy w swoim czasie zwiedzili, zmieniły się naturalnie losy tego domu, przed którym stoimy; przeszedł on w prywatne ręce, a nabył go pan Piotrowski, brat znanego malarza, którego Flisaków i Wandę rzucającą się do Wisły znasz zapewne choć z litografii. Jako cukiernik z zawodu, przesiedliwszy się krótko przedtem z Bydgoszczy, urządził tutaj hotel i, po lewéj ręce od wejścia, cukiernię. Był to człowiek praktyczny i bardzo oszczędny, który potrafił korzystać z konjunktur i piędziesiątego drugiego roku sprzedał nader pomyślnie tę kamienicę miastu, potrzebującemu pomieszczenia dla nowo powstającéj Szkoły Realnéj. Piotrowski przeniósł swą oberżę na ulicę Berlińską, gdzie założył ów Hôtel du Nord, będący dotychczas w posiadaniu jego rodziny, a Szkołę Realną otworzono tutaj na Wielkanoc piędziesiątego trzeciego roku, przeprowadziwszy w budynku konieczne tylko zmiany. Nie wyglądało to odpowiednio przeznaczeniu, ile pamiętam, bo tam nieraz znajomych uczniów i nauczycieli odwiedzałem. Pokój sesyonalny, mieszkanie pedela i dwie klasy mieściły się na dole w przodkowym domu, reszta klas w tylnych podwórzowych budynkach; piętro całe zajmował dyrektor, a egzamina i obchody publiczne musiały się odbywać na ratuszowéj sali, późniéj zaś w dolnym lokalu naprzeciwko leżącéj kamienicy.
Okoliczności zrządziły, że z owym dyrektorem, który tu mieszkał, w bliższą wszedłem znajomość; zresztą była to osobistość w mieście i na prowincyi, między Niemcami i Polakami popularna; chociaż przyjechał z nad morza, bo z Kołobrzega, gdzie był już dyrektorem podobnego zakładu, zaaklimatyzował się tu wkrótce zupełnie. Łączyły się w tym człowieku rozmaite sprzeczności, zewnętrzne jako i wewnętrzne i składały całość nieco dziwaczną. Różnorodnie uczony i do zawodu swego całkiem uzdolniony, biegłym był w matematyce i fizyce, które stanowiły główne jego przedmioty wykładowe, a niemniéj w łacinie, w francuzkim i angielskim języku. Dwa te nowe języki nietylko gramatycznie znał gruntownie, lecz mówił niemi z łatwością i zupełnie dobrze. Książek naukowych i szkolnych, w wielu zakładach używanych, matematycznych i językowych, wydał mnóstwo i ciągle go nowe autorskie pomysły zajmowały; lecz osowiałym erudytem nie był, przeciwnie, lubił rozrywki, towarzystwa, znajomych odwiedzał, u siebie przyjmował i zakrawał czasami na lebemana, jak to Niemcy mówią. Wytarł się nie mało w rozmaitych stronach świata; syn ubogich rodziców z jakiegoś miasteczka w Brandenburgii, już w szkołach i na uniwersytecie pracował na swoje utrzymanie, a odbywszy początki nauczycielskie w gimnazyach berlińskich, był potem mentorem młodych książąt Sturdzów, burzliwych nieco Rumunów, z którymi w różnych krajach przesiadywał, zkąd zapewne powziął to zamiłowanie do zagranicy, bo i późniéj z każdych niemal wakacyi letnich korzystał, aby przedsiębrać wycieczki do Francyi, Anglii lub Szkocyi, gdzie wielu miał znajomych. Nawet parę lat przed śmiercią puścił się do Rumunii, a pokumawszy się tam jakoś z Turkami, dostał sułtańską Metszidie, nie wiem już któréj klasy. Te częste styczności z obcymi rozmaitych narodów i stanów wyrobiły w nim znaczną gładkość w obejściu towarzyskiem, a przytem uwolniły go od tego szowinizmu niemieckiego, który w naszych czasach tak gwałtownie rozgorączkował synów Germanii. Nietylko słusznie i rozsądnie sądził o cudzoziemcach, lecz miał do nich pociąg wyraźny, osobliwie do Anglików. Dla nas okazywał się zawsze bardzo chętnym; liczne zawarł znajomości z Polakami w mieście i na wsi; względem uczniów polskich życzliwy, brał ich nieraz w opiekę, jak mi powiadano, a z polskimi kolegami w szkole i po za szkołą żył w daleko lepszem porozumieniu niż z niemieckimi, na których przychylność nie zawsze mógł liczyć. Nikomu szkodzić nie chciał, ani być przykrym, owszem, dobroduszny z usposobienia, skorym się okazywał, gdy mógł komu sprawić przyjemność lub wyświadczyć przysługę i dla tego był persona grata dla wszystkich niemal znajomych swoich, zwłaszcza iż, prócz wymienionych właściwości, miał w sobie coś oryginalnego, co rozweselało, a co się już odbijało w układzie jego ciała, niezgrabnych ruchach, w naiwnym częstokroć wyrazie twarzy, w zamyśleniach niespodzianych i odrębnem nieraz pojmowaniu rzeczy. Nie jedna w skutek tego obiegała o nim anegdotka, a zaraz w samych początkach znana powiastka o za długim szlafroku, z którego w końcu została się tylko kurtka; zastósował ją tu do niego jakiś facecyonista, a bardzo wielu uwierzyło.
Nie doczekał się poczciwy Brennecke kulturnych tryumfów; dopóki był dyrektorem tak w téj kamienicy, jako i parę lat w nowym budynku przy Strzeleckiéj, miała Szkoła Realna, aż do tercyi włącznie, dwa oddziały odrębne, niemiecki i polski; w drugim wykładano wszystkie przedmioty, równie jak w dwóch wyższych klasach niektóre z nich, dla Polaków po polsku. Ile jego zapatrywanie się pod tym względem znałem, nie wątpię, iżby się był opierał, jakkolwiek nadaremnie, systemowi wytępiania zaprowadzonemu do szkół wkrótce po jego śmierci, nieraz mi bowiem mówił, iż żałuje, że po polsku nie umie, bo ten język uważa za niezbędny tutaj dla sumiennego nauczyciela.
Ostateczną katastrofę sprowadził na siebie poniekąd samochcąc. Przeszedłszy już dawno piędziesiątkę, nie chciał się jednak rozstać z młodzieńczym animuszem i nieraz fizyczność swoją grubo narażał, twierdząc, że ma niezdartą. I tak w ciężkie mrozy siedemdziesiątego roku, bujając na łyżwach dość lekko ubrany, przeziębił się gwałtownie i popadł w tyfus, z którego rozwinęło się zapalenie płuc, a w następstwie tak zwane galopujące suchoty. Zrywał się podczas owéj przeszło półtorarocznéj choroby, kilka razy wracał do klasy i męczył się z chłopcami, gdy mu się trochę poprawiło, w złudzeniu, że złe pokona, lecz uległ ostatecznie w Zielone Świątki siedemdziesiątego drugiego. Otóż wspomniałem ci tu o nim, panie Ludwiku, bo to była osobistość powszechnie przez blisko lat dwadzieścia znana, w ogóle wszystkim sympatyczna i, co rzadko już teraz zdarza się między Niemcami, dla nas życzliwie usposobiona.
O dwóch młodych Polakach pracujących tutaj pod komendą Brenneckego, t. j. o Julianie Zaborowskim i Ludwiku Köhlerze, już w przeszłorocznych naszych przechadzkach mówiliśmy z sobą; inni dawniejsi ich koledzy żyją jeszcze, ile mi wiadomo, prócz dwóch księży, którzy pierwsi jako nauczyciele religii katolickiéj urzędowali. Zaraz przy założeniu szkoły powołano w tym celu ks. Antoniego Gładysza. Pochodził on, jak mi nieraz mówił i jak samo nazwisko pokazuje, z polskiéj rodziny Gładyszów, na Szlązku bodajnie, czy w Prusach pierwotne swoje gniazdo mającéj, z któréj jednak kilka jednostek zniemczyło się zupełnie i Gladischami przezwało. Z owych niemieckich Gladischów znałem dwóch tutaj dawnemi czasy, profesora przy gimnazyum Maryi Magdaleny, a późniéj dyrektora gimnazyum krotoszyńskiego i kupca, który tu gdzieś miał handel materyalny. Byli oni w bliskiem pokrewieństwie z księdzem Antonim, piszącym się po polsku i liczącym się stanowczo do Polaków. Ksiądz ten skończył szkoły w naszem gimnazyum, a odbywszy triennium teologiczne w Wrocławiu i praktyczną naukę w Gnieźnie, urzędował w Borku dwa lata jako wikaryusz, rok prawie zastępował potem proboszcza w Rawiczu, ucząc równocześnie religii w tamtejszéj Realnéj, wreszcie piędziesiątego trzeciego roku przysłał go tutaj arcybiskup Przyłuski do nowo założonéj szkoły. Krótki był jego pobyt w Poznaniu jako nauczyciela, a przytem jako dozorującego w konwikcie Lubrańskich i Szółdrskich, mimo to potrafił sobie młody ten ksiądz zniewolić uczniów i pozyskać wielu przyjaciół. Dość wysoki i chudy, z gładką i przyjemną twarzą, miał w spojrzeniu coś szczerego i ujmującego, odpowiednio do łagodnego i przyjacielskiego nastroju duszy. Wypełniając sumiennie obowiązki swoje, lubił towarzyskość i miał bardzo niewinną pasyjkę do gry na skrzypcach; sprawiało mu to widocznie przyjemność, gdy się mógł między bliższymi znajomymi popisać z jaką uwerturą lub sonatą. Ale biedaczek słabego był zdrowia; wązka i płaska jego klatka piersiowa okazywała skłonność do cierpień płucowych; chorował raz po raz i głównie z tego powodu niedługo mógł się przy szkole utrzymać. Przeniesiono go po roku niespełna do Zbąszynia, ile pamiętam, gdzie świeże powietrze i spokojniejszy żywot zdawały się dlań odpowiedniejsze. Lecz nadzieja ta zawiodła i w młodym wieku umarł tam na suchoty, zostawiając po sobie szczery żal przyjaciołom, do których ponieważ i ja należałem, miło mi jest, że o tym serdecznie dobrym księżyczku wspomnieć ci tutaj mogłem.
Następcą jego był ks. Wojciech Wojczyński. Chociaż miałem sposobność poznania się z nim i widywaliśmy się dość często, wiadomem mi z jego przeszłości tylko to, co mi sam powiedział, że początkowo chwycił się zawodu nauczycielskiego i, odbywszy odpowiednią naukę, zajmował przez dwa lata na wsi, w Młynkowie, posadę pedagoga; późniéj jednak odezwało się w nim silnie powołanie do stanu duchownego i zachęcił go przykład stryjecznego brata. Wziął się więc z zapałem i żelazną wytrwałością do pracy i, po większéj części bez obcéj pomocy, w krótkim stosunkowo czasie tyle się nauczył, że maturę gimnazyalną szczęśliwie przebył i do portu seminaryum duchownego zawinął. Po wyświęceniu rozpoczął nowy swój zawód tutaj przy Szkole Realnéj. Dokazał wiele o własnych tylko siłach, nie dziw więc, że powziął był do siebie niemałe zaufanie, któremu towarzyszyły wielka gorliwość religijna i nieco draźliwe usposobienie. Należał do księży zelotów, którzy czasem, w stosunkach światowych, niemylność dogmatu mięszają z niemylnością własną. W szkole, ile mi wiadomo, jako ksiądz i jako nauczyciel na najzupełniejsze zasłużył sobie uznanie, lecz pragnąc innego obrębu działania, niedługo to pierwsze swoje miejsce zajmował, a uzyskawszy probostwo rogozińskie opuścił Poznań w końcu piędziesiątego szóstego roku. Widziałem się z nim raz ostatni, gdy przyszedł pożegnać się ze mną; był wesół i zadowolony z nowego widnokręgu, który się przed nim otwierał. Lat blisko osiemnaście przeżył tam ze swemi owieczkami, które podobno nie zawsze spokojnie chodziły pod jego laską pasterską, i umarł w sile wieku siedemdziesiątego czwartego roku.
Mówiąc ci tak, panie Ludwiku, o nauczycielach tu w tym domu przy Szkole Realnéj niegdyś zatrudnionych, nie mogę pominąć jednego z najznakomitszych naszych profesorów, chociaż żyje i bogowie mu zapewne pro bono publico długiéj jeszcze na tym padole użyczą wędrówki. Antoni Malecki, spędzony na nowy rok piędziesiątego trzeciego przez wiejące z Wiednia germańskie wiatry z katedry swojéj uniwersyteckiéj w Krakowie, wróciwszy do Poznania, zajął, ile pamiętam, za namową Cegielskiego, jedno z miejsc przy Szkole Realnéj i głównie wykładał w wyższych klasach język i literaturę polską. Wszakże trwało to tylko kwartał, bo już na nowy rok piędziesiątego czwartego wynagrodziło mu ministerstwo austryackie jakokolwiek wyrządzoną krzywdę, powołując go do Insbruku na katedrę filologii.
Wreszcie z nauczycieli niemieckich, którzy tutaj przy szkole pracowali, widywałem najczęściéj Oswalda Greulicha, nauczyciela śpiewu, osobistość także w polskim świecie i dobrze znaną. Zkąd właściwie pochodził, tego nie wiem, lecz pojawił się w Poznaniu około czterdziestego roku, przesiedliwszy się podobno z Łukowa, gdzie, sprowadzony przez pana Grabowskiego, córki jego uczył grać na fortepianie. Mógł wtenczas mieć mniéj więcéj lat trzydzieści, gdy go poznałem; niskiego wzrostu, nie chudy, z twarzą przyjemną i wesołą pod ciemną i gęsta czupryną, ruchawy był w towarzystwie, biegał prędko po ulicach, chwytając skwapliwie znajomych, wypytując lub rozpowiadając, a zadowolony z siebie i z ludzi, zgadzał się z każdym, jako ami de tout le monde, bez różnicy narodu. Przytem zręczny w swoim kunszcie, lepszy jednak nauczyciel niż wykonawca, wyrobił sobie wkrótce liczną klientelę, tak, że nieraz mógł ledwo czasem starczyć, zwłaszcza gdy późniéj przy żeńskiéj szkole Ludwiki, jako też przy Szkole Realnéj uzyskał stałe posady. Panien polskich mnóstwo się u niego uczyło, a chociaż po polsku nieumiał, już to z interesu, już to skutkiem zgodnego temperamentu, starał się być w dobrem porozumieniu z Polakami, z kilkoma, jak z Mendychem i Słupeckim, w bliższéj żył styczności, a nawet czterdziestego szóstego roku małe wyświadczał przysługi, bo podobno kilka mniemanych fortepianów przybyło pod jego adresem. Dość późno pochwycił go bożek Hymen w swoje szpony, ale szpony te były gładkie i miłe. Ożenił się z córką doktora Remaka, osóbką młodą i dość ładną, nie mniéj od niego ruchawą, a chętniejszą jeszcze do pogadanki i bardziéj międzynarodowo usposobioną, zwłaszcza iż całkiem nie źle mówiła po polsku. Ojca jéj dobrze pamiętam; był on żydowskiego rodu, lecz z sposobu myślenia najzupełniejszy sceptyk i kosmopolita, przytem nie gardził wcale węgierskiem, które mocne sprowadzało rumieńce na jego twarz z natury już nie zbyt nadobną.
Przeciwieństwa stykają się chętnie, jak mówią Francuzi; tak też ów doktor, chociaż bynajmniéj Adonisem nie był, miał za żonę nie wielką, zgrabną blondynkę, zwracającą na siebie oczy wszystkich znawców piękną swoją twarzyczką. Przypominam sobie, że, będąc w prymie, gdzie się już we mnie poczucie estetyczne budzić zaczęło, ilekroć przechodziłem Fryderykowską ulicą, patrzałem ciekawie w okna jednego z bezpiętrowych domków, naprzeciwko dawnego miejskiego więzienia, aby ujrzeć jasne, w długich splotach spadające loki i niebieskie oczy pani Remakowéj.
Wracając teraz do Greulicha dodam ci jeszcze, panie Ludwiku, że siedemdziesiątego drugiego roku, czując się, jak mi sam mówił, fizycznie i umysłowo osłabionym, opuścił Poznań i przeniósł się na wypoczynek po trudach swoich do Berlina, gdzie, parę lat późniéj, muzykę tego świata zamienił na harmonię sfer niebieskich, przypuściwszy, że się do nich dostał.
Nareszcie, panie Ludwiku, nie mając ci już nic więcéj do powiedzenia, coby było w styczności z tym domem, przed którym tak długo staliśmy, poprowadzę cię daléj, lecz tylko kilka króków, do owéj przybocznéj, rozległéj, jednopiętrowéj kamienicy, znanéj wszystkim starym Poznańczykom pod firmą Hotelu Saskiego. Pierwotnych jéj dziejów nie znam, pamiętam jednak, że, gdy byłem jeszcze w niższych klasach, należała do pana Wołłowicza. Czy on się pisał jednem ł, czy dwoma, czy miał jaki herb, czy nie, to Złota Księga może lepiéj wie odemnie, ale sądzę że z hrabiami Wołłowiczami nic nie miał wspólnego. Ów pan Wołłowicz znał się z moim ojcem, zatrzymywał go nieraz na ulicy, gdy nas spotkał, ztąd postać jego pozostała jeszcze w méj wyobraźni; był średniego wzrostu, dobréj tuszy, bardzo przyjacielski, żwawy i wygadany. Prócz téj kamienicy dzierżył jeszcze posiadłość wiejską i po zmarłéj już żonie miał dwoje dzieci, córkę i syna. Syna, bodajnie Michasia, blondynka z tłustemi różowemi policzkami, już dorastającego przypominam sobie jako tercyanera, czy sekundanera, bo nie tylko na podwórzu gimnazyalnem często rozmawialiśmy z sobą, lecz przychodził czasem do nas z siostrą, będącą w przyjaźni z moją ciotką. Poznałbym tę pannę jeszcze dzisiaj, gdybym ją gdzie spotkał, bo jéj niska figurka odznaczała się niezwykłą objętością, tak iż rozmiary w szerz i w dłuż nie wielką okazywały różnicę; główka przytem jasnym i gęstym włosem pokryta całkiem była ładna, a usposobienie serdeczne i wesołe. Po trzydziestym roku ci Wołłowicze znikli całkiem dla mnie, nie wiem jakie były dalsze ich losy, słyszałem tylko, że panna poszła za mąż, zdaje mi się do Królestwa, a w ich kamienicy osiadło plemię Izraela. Pułkownika Eustachego Wołłowicza, który, obok tytułu hrabiowskiego, miał tutaj w Księstwie piękne dobra, Działyń, znałem tylko z widzenia. Był to wtenczas pan nie młody, odznaczał się wysoką postawą, silną budową ciała i twarzą sarmacką, przystojną, choć trochę mocno rumienną. Żona jego, córka ministra Brezy, pani znacznie otyła, pojawiła mi się kilka razy, z synem i córką, na balach w Bazarze. Przyglądałem się osobliwie córeczce, któréj nie odstępował gorąco rozkochany Ryszard Berwiński. Bawiły ją pewnie jego wytrwałe, poetyczne hołdy, bo mu nie szczędziła, jak było widać, żwawych odpowiedzi i wdzięcznych uśmiechów; ale na tem był koniec, chociaż poeta przez czas niejaki łudził się może, iż bożek jego skrzydlaty pociągnie za sobą braciszka z pochodnią. Na idealistę przedewszystkiem działać musiał urok téj panny, zwłaszcza że w jéj wysmukłym i bladym pojawie ni pełnia, ni świeżość zewnętrzna nie tłumiła sprężystości duchowéj, która w pewnych kołach znaczny wpływ wywierała; nie tylko bowiem złota młodzież ubiegała się o względy téj francuzkiéj rusałki, lecz i niektóre panny wyższego tonu brały sobie za wzór jéj łatwość i giętkość w towarzyskiem obejściu. Niedługo po piędziesiątym roku znikła rodzina ta hrabiowska z widnokręgu W. Księstwa; starzy państwo pomarli, syn podobno także, ożeniwszy się gdzieś w Królestwie; w Działyniu od dawna zakwitła kultura niemiecka, jakie zaś były późniejsze losy panny Wołłowiczównéj, powiedzieć nie potrafię.
Wracając jeszcze do pierwszego Wołłowicza, nadmienić ci muszę, że ten dom tutaj z rozległem z tyłu podwórzem, wypuścił jakiemuś Langnerowi, który go na oberżę urządził. Między dwódziestym a trzydziestym rokiem uchodził hotel ów Langnera, czyli Hotel Saski, za główny dom zajezdny w Poznaniu; na S-ty Jan osobliwie i w karnawał roiło się tu od obywatelstwa wiejskiego, zwłaszcza że, jak ci już dawniéj wspomniałem, w owych czasach dla dogodnego pomieszczenia przyjezdnych zbytku nie było. Prócz tego wystawiona w podwórzu hotelowem, po lewéj stronie od wejścia, sala, przez wiele lat największa w mieście, chociaż bardzo niedogodna i niepokaźna, ściągała wyższą publiczność na bale składkowe, reduty i wspólne uczty. Przypomina mi ona fatalny wypadek roku, jeśli się nie mylę, dwódziestego ósmego. Licznie na karnawał zebrani obywatele wiejscy, w porozumieniu z wyższymi urzędnikami i oficerami, bo to wszystko czasami spotykało się jeszcze z sobą, postanowili wyprawić na owéj sali świetny bal maskowy i zaprosić nań księcia Radziwiłła wraz z żoną. Gdy już wszelkie umowy i przygotowania były załatwione, podjął się jakiś kapitan artyleryi uporządkować i przyozdobić należycie salę, aby do takiéj uroczystości odpowiednio wyglądała. Jakoż kilka dni przedtem udał się tam, przed południem z dwoma czy trzema ludźmi, którzy, wedle jego rozporządzeń, mieli wykonywać roboty. Miano je rozpocząć od zawieszenia pająków. jeden z ludzi, stojąc na drabinie, wbijał podobno wielki hak w środkową belkę, gdy naraz z strasznym trzaskiem załamał się cały sufit; większa część dachu i ściany zwaliła się na podwórze, a kapitana i jego ludzi zgniotły spadające gruzy i sypiąca się z góry nawała zboża. Parę tysięcy wierteli tego zboża, które były przyczyną załamania się belek, zwieziono tam krótko przedtem i wysypano na poddasze, wynajęte na śpichrz. Pamiętam to, jakby dzisiaj się stało. Byłem wtenczas w kwincie i ze szkoły pobiegliśmy tam wszyscy o dwónastéj godzinie, aby widzieć co zaszło, bo populus biegał z krzykiem po ulicach. Troje ludzi straciło życie, ale jakaż byłaby nastąpiła katastrofa dla całego Księstwa, gdyby przeciążone belki, dotrzymawszy do balu, były wtenczas dopiero uległy silnemu drganiu, sprawionemu przez głośną muzykę i tupanie kilku set tańczących! Odbudowano tę salę i stoi do dziś dnia, ale w późniejszych czasach, gdy inne, przyzwoitsze w mieście powstały, zdemokratyzowała się, że tak powiem, zupełnie.
Prócz wymienionéj, panie Ludwiku, zaszła w tym Saskim Hotelu, wiele późniéj, bo czterdziestego szóstego, czy siódmego roku, jeszcze druga tragiczna przygoda innego rodzaju. Mieszkał tam wtenczas w jednym z dolnych pokoi, tuż przy głównéj bramie, niejakiś p. Thiel. Zkąd on był i kto on był, czy stary kawaler, czy wdowiec, nie wiem, bo go nawet z widzenia nie znałem. Żył ze swoich procentów, posiadał bowiem, jak powiadano, dość znaczny kapitalik w papierach, a przytem, aby mieć jakieś zatrudnienie, poświęcał dość znaczną część czasu swego, osobliwie wieczory, karteczkom, do których dobierał sobie stałe mniéj więcéj kompanijki. Pewnéj nocy, po skończonéj pracy, odprowadziło go, wśród wesołych rozmów, kilku amikusów zdrowego i żwawego aż do bramy tego domu. Na drugi dzień już nie żył. Znaleziono go, bodajnie gdy posługaczka do izby dostać się chciała, umarłego, tj. zatłuczonego i uduszonego przy łóżku. Że się jego uśmiercenie obyć nie mogło bez głośnych krzyków i łomotów, że się bronić musiał zawzięcie przeciw napastnikom, okazywało położenie i potłuczenie ciała, jako też połamana flinta, czy pistolet. Jednak bezpośredni sąsiad żyd, jeden z grubych i ordynaryjnych, który miał szynk i piwiarnię tuż obok, nic nie słyszał. Pieniędzy u biedaka Thiela żadnych nie odszukano, a wszelkie policyjne śledztwa i sądowe termina, które się w téj sprawie odbywały, pozostały bezskuteczne. Parę lat późniéj, w tym samym bodajnie złowrogim pokoju, zdarzyło się znów coś podobnego. Ksiądz jakiś przyjezdny, który tam nocował, wyrwany został ze snu mocnem pukaniem do drzwi. Nieskończyło się na téj próbie; zaczęto drzwi wypychać i odważać. Ksiądz przestraszony, zwłaszcza iż słyszał dość głośne narady kilku ludzi, nie stracił przytomności; wyskoczył z łóżka i czem mógł, jakąś komodą, łóżkiem, krzesłami zatarasował drzwi, otworzywszy potem okno na ulicę krzyczeć zaczął o pomoc i spłoszył wreszcie napastników, którzy jednak, po niejakim czasie, powtórnie, lecz daremnie znowu szturm przypuścili. Sprawców i tym razem nie wykryto, a ksiądz miał tylko tę satysfakcyę, że przygodę oblężenia swego w długim inseracie „Gazety Polskiéj“ naiwno-tragicznie opisał.
Hotel Saski w czasie owych dwóch wypadków nie należał już od dawna do pana Wołłowicza; sprzedał on go w pierwszych latach po trzydziestym jednemu z potomków Abrahama, który mu faktorował w interesach, a którego potomkowie do dzisiaj dnia tam panują. Stary ów ajent izraelski wraz z niemłodą połowicą, wychudłą, bladą i chorowitą, od dawna już powrócił na łono patryarchy swego; znałem go dobrze, bo przez czas niejaki byłem komornikiem w téj kamienicy. Nie należał on bynajmniéj do nowożytnéj generacyi o politycznych dążnościach i przeważnie wolnodumnych wyobrażeniach, lecz Izraelita staréj daty łączył kachalno-fanatyczną pobożność z bajeczną oszczędnością i niepospolitym sprytem zarobkowym. Niski chudzina z ruchawą fizyonomią i bystrem spojrzeniem, wiekiem nieco zgarbiony i powłóczący nogami, ożywiał się znakomicie na widok mamony. Gdy kwartalne liczyłem, świeciły mu się oczki, a paluszki drgały mimowolnie, ale w czasie szabatu górowało poczucie religijne; nie tykał się pieniędzy i musiałem mu je sam wsadzać do biórka. Młodsza jego córka była całkiem ładną dziewczynką; gdy szła za mąż, miałem sposobność, jako gość zaproszony, przypatrzeć się izraelskiemu rytuałowi przy takowym obchodzie. Mężczyźni, z kapeluszami na głowie, weszliśmy do zamkniętego pokoju; po długiéj chwili milczenia, nagle rabin, czy kantor, zwróciwszy się twarzą ku ścianie, zaintonował bardzo grubym i silnym głosem po hebrejsku jakiś psalm, a potem wtórowało mu wielu innych z rozmaitemi modulacyami. Trwało to dobry kwandrans, poczem otwarto drzwi poboczne i ujrzeliśmy pannę młodą, w drugim pokoju, otoczoną kobietami, biało ubraną z długim, białym welonem, który całkiem głowę i twarz jéj zakrywał. Przemówili do niéj rabin i ojciec, nastąpiły śpiewy, jéj głośny płacz i żegnanie się z matką, a daléj weszliśmy wszyscy do sieni, gdzie młoda para stanęła pod baldachinem. Tutaj były znów modlitwy i śpiewy, odczytano długi kontrakt ślubny wyszczególniający wszystko co każda strona daje i dostaje; państwo młodzi napili się wina z jednéj szklanki, którą potem stłuczono i ruszyło całe zgromadzenie, wśród odgłosu muzyki do sali, gdzie czekał już długi stół zastawiony i rozpoczął się obiad. Trwał on bardzo długo, a potraw było nie mało, sporządzonych przez fachową kucharkę żydowską, która znała zapewne reguły mojżeszowe, ale, wedle mego smaku, z panią Ćwierciakiewiczową równać się nie mogła. Urozmaicały ucztę rozmaite mowy niemieckie, jedne poważne, drugie wesołe, nawet rozdawano wszystkim gościom drukowane na te uroczystość wiersze, a pan młody, zabrawszy głos między innymi, zakończył oracyę wręczając swéj oblubienicy w podarunku bardzo kosztowną dyamentową śpinkę. Dodam jeszcze, że srebra, których nie mało było na stole, tak łyżki, grabki, noże jako i wazoniki i półmiski, szczyciły się herbami czystéj krwi szlachecko-polskiemi. Niedziw się, panie Ludwiku, że stojąc przed tą kamienicą, wspomniałem ci o odbytem w niéj żydowskiem weselu, bo to było jedyne, które w dość długiem mojem życiu widziałem.
Ale czas już posunąć się o kilka kroków daléj. Otóż ów długi dom jednopiętrowy, tuż za dawniejszym Saskim hotelem stojący, przypomina mi także kilku dobrych znajomych, którzy zniknęli z naszego widnokręgu. Jak jego bezpośredni sąsiad, tak i ten dom w niczem się niezmienił, od czasu powstania swego, co do kształtu zewnętrznego i nieświetnego wyglądu. Kiedyś jedną jego bramą, kilka razy w tygodniu, buchał słodkawy dym na ulicę, pochodzący z browaru, którego miejsce od wielu lat składy handlowe zajmują. Był on w końcu przeszłego wieku licznie przez szlachtę zwiedzaną oberzą Pod Rycerzem i należał, jak daleko sięga pamięć moja, do rodziny Batkowskich, których czwarte pokolenie oglądam. Z pierwszego pamiętam tylko starą panię Batkowską, wdowę, osobę poważną, przystojną jeszcze i, mimo późnych lat, zawsze w stroju starannym, którą spotykałem częstokroć u Fary lub idącą do kościoła. Była ona, ile mi wiadomo, primo voto Chłapowska, a syna jéj z tego pierwszego małżeństwa, Ignacego Chłapowskiego, dziedzica Bagrowa, który umarł, zdaje mi się, siedemdziesiątego trzeciego roku, jeszcze w sile wieku, znało całe Księztwo. Lubiono go powszechnie i w towarzystwach bywał pojawem nader pożądanym dla dowcipnéj fantazyi, którą powolny z natury i rozwlekły sposób mówienia, przytem właściwe mu akcentowanie pojedyńczych sylab, oryginalnie uwydatniały. Swojego czasu obiegało tu mnóstwo zabawnych dykteryjek i wyrażeń pana Ignacego, który zresztą obowiązek swój narodowy trzydziestego pierwszego roku uczciwie wypełnił. Opowiadano sobie, że gdy pierwsza jego żona Ludwika na płucową chorobę w młodym wieku umierała, wolał na nią z szczerym żalem „La vis-ka, Lawiska — z tobą bardzo źle, bo ci już skrzypki w piersiach grają!“ Gdy umarła, pobiegł podobno łzami zalany od jéj łóżka do swego pokoju, a wyjąwszy flintę, zaczął ją opatrywać i nabijać. To spostrzegł stary jego służący, a w mniemaniu, iż się zanosi na akt rozpaczliwy, chciał mu, perswadując jak umiał, broń wydrzeć, lecz pan Ignacy uspokoił jego obawę temi słowy: „Głupiś, pani umarła, będzie pogrzeb, trzeba więc zabić kilka zajęcy!“ Prawdopodobne, iż to na koszt jego wymyślono, sam wszakże słyszałem jak mówił o kotnych paniach, zmieniając prawie zawsze brzmienie spółgłoski g swem wymawianiem.
Przyrodni brat jego, Andrzej Batkowski, umarł przed czterema niespełna laty i całe niemal życie swoje przepędził tutaj w tym domu. Poznałem się z nim przed półwiekiem przeszło, pamiętam przecież gdzie i jak. Było to na rogu Garbar i Butelskiéj ulicy, gdzie parterowe mieszkanie zajmował, trzydziestego czwartego roku, znany wtenczas powszechnie malarz Gillern, o którym ci może późniéj to i owo powiem. Uczyłem się wtenczas u niego, z kilku kolegami, rysunków i malowania na płótnie, a pewnego dnia, przyszedłszy do roboty, zastałem w naszéj pracowni nieznaną mi dotychczas osobistość, młodego, przystojnego blondyna w wykwintnym ubiorze, który, stojąc przed sztelugą, mieszał farby na palecie i zabierał się do kopiowania jasnowłosego Amorka z kołczanem na plecach i strzałą w reku. Przywitał się zemną uprzejmie i powiedział, że się nazywa Batkowski. Siedząc prawie pół roku, co środę i sobotę parę godzin przy sobie i poznawszy się bliżéj, okraszaliśmy nasze niezbyt artystyczne pędzlowanie rozmowami o tem i owem, o ludziach i rzeczach. Niejedno pan Andrzej powiedział o sobie, wszakże to po większéj części wyszło mi z pamięci. Wiem jeszcze, iż był okrągło lat dziesięć starszy odemnie, bo się rodził dziewiątego roku i że ojca bardzo wcześnie stracił. Ów ojciec zajmował kiedyś tutaj wybitne stanowisko, należąc ad honoratiores między obywatelstwem i piastując rozmaite urzędy miejskie, a oprócz tego sekretarza arcybiskupiego, jak to okazuje napis na bardzo starym jego portrecie. Za Księstwa Warszawskiego obrany prezydentem grodu, witał dwónastego roku, występując na czele magistratu i ludności, wjeżdżającego przez bramę wrocławską Napoleona, przed którym, po uroczystéj przemowie, klucze miejskie złożył.
Pan Andrzej, dość późno do szkół oddany, wyszedł ze sekundy, aby się chwycić praktycznego zawodu; udał się do Warszawy, gdzie miał podobno krewnych i rozpoczął w jednym z tamtejszych browarów naukę piwowarstwa. Otóż picie, panie Ludwiku, przechodziło u nas, za mojéj pamięci, pewne fazy. Dawniejszemi czasy, mniéj więcéj do czterdziestego roku, zwyczajnym trunkiem domowym, w mieście i po wsiach, było piwo swojskiego wyrobu. Każdy dwór zamożniejszy miał tak zwany mielcuch i mielcarza, który warzył piwo do codziennego użytku. W Poznaniu kwitło kilka browarów polskich, znaczne właścicielom przynosząc dochody, bo w dniach skończonéj warki gromady kucharek konewkami lub węborkami wynosiły z nich piwo, które potem po domach chrzcono przyzwoicie i butelkowano. Pamiętam jeszcze owe rzędy flaszek po kuchniach i sieniach, a na Chwaliszewie często w oknach stojące z białemi peruczkami na szyjkach. Wodą, prócz kaczek i czworonożnych, gasili pragnienie ci, którzy na piwo nie mieli grosza; dopiero gdy rozchodzić się zaczęła fama Priesnitza po świecie i cudownych jego kuracyi grefenberskich, woda zyskała na respekcie, weszła powoli w zwyczaj i spędziła ze stołów naszych ów niewinny, jasnobrunatny trunek powszechnie używany.
Wracając do pana Andrzeja, przyznasz, że nieźle zrobił, gdy na widok w bliskiem sąsiedztwie swojem Sawińskich, Kolanowskich, Wiczyńskich, Stęszewskich i kilku innych, którym przemysł piwowarski dobrze się wywdzięczał, postanowił wykształcić się należycie w tym kierunku. Ze trzy lata pracował w różnych browarach warszawskich, dbając przy tem o nabycie innych wiadomości i poloru towarzyskiego, do czego wtenczas Warszawa tyle nastręczała sposobności, i doszedłszy już prawie do końca zadania swego, zamierzał wrócić do rodzinnego domu, gdy noc listopadowa nadeszła. Nie wachał się naturalnie ani chwili, przywdział mundur, wziął karabin na plecy i ruszył w pole z innymi. Nie wiem, do którego tam pułku piechoty się liczył, w końcu jako podporucznik; to pamiętam jeszcze, że mi opowiadał o bitwach pod Grochowem, Ostrołęką i Rajgrodem, w których się prochu nawąchał niemało. Po téj ostatniéj potyczce rozchorował się mocno na cholerę, która wtenczas z szeregów naszych liczne sprzątała ofiary. Ratunek zawdzięczał jakiejś księżnie Mirskiéj, pani ta bowiem, z niemałem poświęceniem i narażeniem swéj osoby, ilu mogła rannym i chorym obmyśliła schronienie i opiekę, a doglądając ich sama, niejednemu ocaliła życie. Wyszedłszy z niebezpieczeństwa, musiał Batkowski, jakkolwiek słaby na siłach, spiesznie opuścić dobroczynny zakątek, ponieważ Moskale, dowiedziawszy się o przechowanych tamże buntowszczykach, naszli wieś, aby ich pochwytać. Z kilku innymi zdołał umknąć i błądząc po polach i lasach, wśród różnych przygód, dotarł do Warszawy, gdzie rzecz miała się już ku końcowi. Wróciwszy do Poznania, znów przez czas niejaki koczujący prowadził żywot, aby ujść kary i żołnierki pruskiéj, ale i ta go nie minęła; odbył ją nad Renem i dopiero trzydziestego czwartego roku zająć się mógł swobodnie ustaleniem swego losu. Rozpocząwszy zawód, do którego się był przysposobił, nie tylko urządził browar w swoim domu, lecz ożenił się wkrótce z sąsiadką swoją, panną Sawińską. Kiedy go wtenczas u Gillerna poznałem, był świeżym i zadowolonym małżonkiem, mógł więc za pierwszy przedmiot malarskiego kunsztu obrać sobie Amorka ze strzałą.
Gdy na zaciąg uniwersytecki wyjechałem, straciłem z oczu Batkowskiego, a gdym po kilku latach wrócił do Poznania, zastałem go już wdowcem. Niełatwem było pędzić znów życie samotne w pełnéj sile wieku, zwłaszcza że stosunki domowego gospodarstwa i troje małych dzieci wymagały ciągłéj i drobnostkowéj dbałości, która mężczyznom nie jest daną. Niedziw zatem, że pan Andrzej z biegiem czasu pomyślał o powtórnem małżeństwie. Znalazł szczęśliwie, czego szukał; u przyjaciela i towarzysza broni, doktora Gąsiorowskiego, poznał siostrę jego żony, pannę Żychlińską. Tych Żychlińskich, panie Ludwiku, było dość na świecie za dawnych polskich czasów; nie brak ich teraz jeszcze u nas, a nawet rozmnożyli się po prowincyach pruskich, bo część ich, z powodu wiary kalwińskiéj, przez niemieckie małżeństwa zniemczyła się zupełnie. Panna Józefa pochodziła z szczero polskiéj gałęzi, a jéj ojciec, szlachcic dobrze mienny, był właścicielem Brodnicy i Szczodrowa w kościańskim powiecie. Starych państwa Żychlińskich nie znałem, nie wiem nawet czym ich kiedykolwiek widział, przypominam sobie tylko, że Jegomość za rozrzutnego w sąsiedztwie swojem nie uchodził i z tem co miał wydawać się nie lubił. W późniejszych latach sprzedał Brodnicę jenerałowi Chłapowskiemu i, jak mówiono, większą część odebranych za nią pieniędzy tak dobrze schował, że ich, po jego śmierci podobno nie znaleziono. Miał zresztą za życia o czem myśleć, bo dzieci dał mu Pan Bóg dziesięcioro, czterech synów i sześć córek. Całe to pokolenie było słusznego wzrostu, silne i dorodne; z synów odznaczał się pod tym względem szczególnie Adam, najstarszy, o drugim zaś, Józefie, który wraz z nim trzydziestego roku poszedł do powstania, słyszałem dawnemi czasy kilkakrotnie opowiadających jak przytomnością swoją i odwagą ocalił część owéj jazdy kaliskiéj, którą na grobli pod Kawęczynem Moskale rozbili. Mıędzy siostrami ich znaną była z piękności panna Flora i mogę cię zapewnić, panie Ludwiku, że blaskiem cery i oczu na imię swoje zasługiwała, chociaż postać i rysy twarzy raczéj Junonę przypominały. Wszystko to już minęło, z dziesiątki pozostała między nami tylko jednostka, sędziwa pani Gąsiorowska, wdowa po zacnym doktorze. Najmłodszą jéj siostrą była owa panna Józefa, którą, po przebyciu różnych trudności, pan Andrzéj, jako drugą żonę, wprowadził do tego domu. Widywałem ją nieraz jeszcze kilkonastoletnią panienką, chodzącą do szkoły, a znając jéj roztropność, dalekie od wybujałych chęci, skromne i ciche usposobienie, niewątpiłem, gdy wyszła za mąż, że będzie przykładną żoną i dla dzieci swoich matką pełną poświęcenia. Tak też było, panie Ludwiku; wszyscy ci to stwierdzą, którzy patrzeli się na jéj życie. Po kilku latach spokojnych, przyszło potem, jak się tak często dzieje w naszem społeczeństwie, walczyć z coraz cięższem położeniem. Pan Andrzéj złamał nogę, schodząc raz wieczorem do chorego sługi; przeleżał długo i wstał wreszcie z stopą skrzywioną skutkiem pospiesznego i niebacznego zbandażowania w pierwszéj chwili; browar trzeba było zamknąć, bo pomieszczenie i urządzenie jego nie odpowiadało z czasem coraz silniejszemu współzawodnictwu, a razem z mnożącemi się trudnościami materyalnemi, mnożyły się w domu kłopoty, bo kupka potomków doszła do pokaźnéj liczby. Batkowski zastósować się umiał do rzeczywistości z chwalebną abnegacyą; pracował w konsystorzu, szczędził wytrwale, a za radą i pomocą doświadczonego przyjaciela uporządkowawszy zachwiane stosunki majątkowe, trzymał się ściśle, unikając wszelkich fantazyi, tego co możebne. Pani Józefa, zamknąwszy się całkiem w rodzinnem kółku, zrzekłszy się wszelkich przyjemności tego świata, nie szczędząc swéj osoby i narażając zdrowie, dbała tylko o przyszłość swych dzieci i głównie pod jéj wytrwałą i pracowitą opieką podrosło to wszystko i wykształciło się normalnie. Ale wreszcie ciągłe wytężenie sił moralnych i fizycznych nie mogło przeminąć bez zgubnego wpływu na jéj organizm; odezwało się cierpienie piersiowe, a śmierć syna, dwóch córek i synowéj, wszystkich w kwitnącéj młodości, pociągnęła znękaną matkę przedwcześnie do grobu. Lat kilka przeżył ją pan Andrzej, cichą i smutną starość pocieszając widokiem pozostałych dzieci. — Niemal do ostatniéj chwili zachował prostą, żołnierską postawę i miły uśmiech przystojnéj twarzy, którą wiek mało co zmienił. Gdy idę tutędy, panie Ludwiku, spojrzę nieraz w jedno z tych okien pierwszego piętra, z którego mnie częstokroć witał przyjacielskim uśmiechem i skinieniem głowy, jako jednego z najstarszych swoich znajomych.
Cukiernia, którą widzisz w tym domu, była, że tak powiem, kolebką jednego z najpopularniejszych przemysłowców naszych. Któż nie znał Antoniego Pfitznera! Z początkiem wiosny czterdziestego dziewiątego roku spostrzegłem, przechodząc tutaj, po raz pierwszy to nazwisko nad drzwiami nowo założonego kramiku, który się mieścił z początku w jednym pokoju. Wkrótce potem mieszkanie w bliskiem sąsiedztwie dało mi sposobność poznania się i częstego spotykania z panem Antonim. Wtenczas młodzik jeszcze, bo miał mniéj więcéj lat dwadzieścia cztery, szczupły, zwinny i wesoły, zacząwszy z maleńkim funduszem, krzątał się sam we dnie i w nocy, z jednym chłopakiem do posługi, około gości i produktów swoich; pomagała mu w zabiegach domowych starsza nieco siostra, która późniéj Szaretką została. Skromnie tam wyglądało w owych początkach; sprzęciki najniezbędniejsze w najtańszych okazach, kilkanaście talerzy z ciastkami na podłużnym, sosnowym kantorku, ciemno bejcowanym, trzy rzędy szklannych słojków z cukrami na policach przy ścianie, dwa czy trzy zwyczajne wazoniki z papierowemi kwiatami dla przyozdobienia, parę stolików i krzeseł; na tem kończyła się cała parada. Mimo to gromada gości i odbiorców z każdym dniem wzrastała, do czego się przyczyniły różne okoliczności. Towar był dobry i tańszy niż gdzieindziéj, miejsce dość odległe od współzawodników, przedsiębiorca, jedyny wtenczas cukiernik polski w mieście, osobistość jego nadzwyczaj sympatyczna, wreszcie zaś są ludzie, którym szydła golą, rozumie się, jeśli je pochwycić umieli, a nasz Pfitzner należał do niewielkiéj ich liczby.
Już ci, panie Ludwiku, o kilku takich mówiłem, co ni dziedzicom, ni panom, lecz sobie samym wszystko zawdzięczali. Opowiadał mi raz pan Antoni, jak matka, owdowiawszy i nie mając dostatecznych środków do przeprowadzenia swego kilkonastoletniego chłopca przez zawody naukowe, wymagające nakładów, przywiodła go pewnego pięknego poranka do starego Wassalego na Rynku i bardzo prosić musiała, aby go przyjęto w naukę. Nie robiono z nim ceremonii; przyszło czyścić, szorować i dźwigać, potem klepać, piec i warzyć w nocy, a we dnie zwijać się i usługiwać gościom, dopóki się kunsztu swego nie wyuczył dostatecznie. Trwało lat kilka, nim go wyzwolono, poczem niejaki czas jeszcze pozostał w obowiązkach tutaj, jako też w kilku większych miastach, mianowicie w Berlinie, Wrocławiu, Warszawie, aby się w praktyce cukierniczéj dokształcić i nowości poznać; wreszcie, powróciwszy do Poznania, rozbił, jak ci mówiłem, w domu Batkowskiego pierwszy swój namiot.
Sądzę, że mu w tem dopomógł trochę wujaszek. — Pochodziła bowiem matka jego z Diamentów, którzy dawnemi czasy dzierzawili pod Poznaniem probostwo św. Jana. Dwa takie Diamenty pamiętam; jednego, będąc małym chłopcem, widywałem w wyższéj klasie gimnazyalnéj, o drugim, księdzu, sekretarzu kapituły, nie zapomniały zapewne koła duchowne gnieźnieńskie. Widziałem się z nim, będąc pewnego razu w starym grodzie Piastów; spowodował mnie do tego ks. kanonik Dorszewski, twierdząc, że, kiedym w Gnieźnie, to przecież ks. Diamenta odwiedzić mi wypada. Wprowadził się był co dopiero do owéj niewielkiéj, ale w najdrobniejszych szczegółach wykończonéj kanonii, do któréj plany i rysunki sam porobił i przy któréj wykonaniu sam wszystko obmyślał, rozporządzał i dozorował; wyglądało też tam wtenczas wszędzie tak chędogo, praktycznie, dokładnie i wygodnie, że kto tylko wszedł, pozazdrościł takiego mieszkania. Odpowiadało ono zupełnie usposobieniu tego skromnego, cichego księdza, który we wszystkiem, co robił, mianowicie w pracach swoich piśmiennych, łączył pewne estetyczne usposobienie z niezwykłą, jak to mówią, akuratnością.
Wspomniawszy tak pokrótce o wujaszku, wrócić muszę do siostrzeńca, który tu przy Wrocławskiéj trzy lata wiodąc kawalerski żywot i widząc, że interes idzie po myśli i pozwala mu się na śmiały krok odważyć, wymaga nawet nieco normalniejszych stosunków domowych i gospodarskich, postanowił położyć koniec osamotnieniu. I nie potrzeba było szukać daleko, bo tuż obok starego gimnazyum, na pierwszem piętrze mieszkały panienki, na których okna oglądał się niejeden z przechodzących Jezuicką ulicą; ich ojca, kapitana Józefa Kosińskiego, znaliśmy tu wszyscy przez wiele lat z widzenia. Często spotykałem go w mieście, a latem na drodze ku Dębinie; chudy, niewysoki, siwawy chodził zwykle samotny z wyrazem twarzy niezbyt wesołym, nie patrząc prawie na ludzi. Był to jeden ze starych Napoleończyków, jak ich nazywano, i zapewne nie mało doświadczył w kampaniach, skoro się stopnia owego i krzyża legii dosłużył. Raz tylko zdarzyło mi się rozmawiać z panem kapitanem, na obiedzie u księdza Aleksego Prusinowskiego; z początku był milczący, ale potem, gdyśmy go zaczęli podpytywać o wypadki wojenne, rozgadał się dość żwawo i zajął nas nie mało opowiadaniem szczegółów pamiętnego oblężenia Gdańska, które dwónastego roku, pod dowództwem marszałka Rappa, przebył od początku do końca. Z jednym z jego synów, nie wiem, jak mu tam na imię, kolegowałem w niższych klasach, nawet w sekscie przesiedzieliśmy niemal rok cały przy sobie, a ponieważ był lat kilka starszy i łagodnéj natury, miał mnie poniekąd pod opieką, napominał, bronił przed napaścią innych i odprowadził nieraz ze szkoły do domu, a ta jego życzliwość pozostała mi w pamięci. Szkoły opuścił dość wcześnie; ponieważ ślicznie pisał, posłano go, ile mi wiadomo, jeszcze przed rokiem trzydziestym, do Warszawy, gdzie się na znakomitego litografa wykształcił.
Ponieważ pan Antoni roku piędziesiątego pierwszego i drugiego, uczęszczając do Fary, często Jezuicką ulicą przechodził, skutkiem tego było, że piędziesiątego trzeciego panna Kamilla Kosińska przezwała się panią Pfitznerową, a ta okoliczność spowodowała naturalnie jéj małżonka do większéj jeszcze zabiegliwości około procederu i baczności na wszystko, coby go korzystnie ustalić i rozszerzyć mogło. Pewnego dnia, nie pamiętam już daty, wstąpiłem tutaj około południa do cukierni i zastałem pana Antoniego w żywych rozprawach z jednym z swoich amicusów, który się znał wybornie na wszelkiéj chemii organicznéj i nieorganicznéj; stali nad szeregiem flaszek i rzędem kieliszków napełnionych do połowy żółtawym płynem rozmaitych odcieni, obok nich zaś ujrzałem nieznajomą figurę z izraelską facyatą. Nie trudno było odgadnąć co się dzieje; chodziło o wybór i ocenę kilku gatunków węgierskiego, do których sprowadzenia zachęcał ów nieznajomy, agent jakiegoś grosisty z madziarskiego kraju. Chwila zdawała się po temu, należało z niéj korzystać. Nie było już na Starym Rynku Powelskiego, Sypniewskiego, Rosego, Tomaszkiewicza, Milewskiego, nawet, zdaje mi się, Leitgebra na rogu Wodnéj i Garbar; szlachetnego Węgrzyna więzili w sklepach swoich Andersche, Goldenryngi, Kempnery i inni obcego plemienia, było zatem na czasie, żeby Polak pochwycił znów tę u nas tak ważną gałąź handlu. Uznał to pan Antoni i zaczął energicznie, lecz przytem oględnie i powoli zmierzać po nowo obranym gościńcu. Zdarzyło się niedługo potem, że starzy Wassalowie, czy też ich spadkobiercy, zatęsknili za ojczystem powietrzem gór gryzońskich; ich uczeń dawniejszy, mając już kapitalik odłożony i umiejąc przytem dać sobie radę w finansowych sprawach, kupił od nich kamienicę i cukiernię pod dość pomyślnemi warunkami i, po ośmiu czy dziewięciu latach, pożegnawszy się z kolebką swoją u Batkowskiego, przeniósł się na Stary Rynek, gdzie firma jego do dziś dnia świeci.
Nowy właściciel mało co zmienił na zewnątrz i w układzie pokoi owego domu Wassalich, natomiast podziemne regiony przekształcone zostały zupełnie; część ich urządzono na składy wina, część zamieniono na przytulisko dla gości, na katakumbę, jak mówił pan Antoni, gdzie zdala od ludzkich oczu, jak w cieniach Hadesu, grzebać, a raczéj topić można troski i kłopoty mizernego żywota. Rzadko kiedy próżno było w owem podziemiu Bachusa; pokutowało tam za dnia i w nocy zwykle mnogo duszyczek, zwłaszcza iż źródła letejskie przypływały coraz obficiej i w coraz rozmaitszym gatunku i wieku, ponieważ Pfitzner z każdym rokiem studnie powiększał, skład detaliczny na hurtowny zamienił, wina swoje po całéj prowincyi rozsyłał i nie tylko z producentami węgierskimi w bezpośrednie wszedł stosunki, lecz nawet w późniejszym czasie nabył winnice w okolicach Tokaju. Niemniéj od katakumby ożywioną była górna dzielnica jego państwa; tam w cukierni zawsze zastałeś odbiorców i konsumentów, a nieraz wszystkie jéj pokoje widziałem zapchane ludźmi rozmaitéj mowy i wiary. Główną przyczyną, czemu wszystko szło dobrze, był sam pan Antoni. Zdrowy rozum i łatwą pojętność łączył z obrotnością i przedsiębiorczą fantazyą, która się niejednym zawodem, niejedną dotkliwą stratą, jak to bywa w interesach i rzeczach pieniężnych, osłabić nie dała. Przytem umiał sobie radzić z ludźmi, przemówić do każdego stosownie potrafił, grzecznością, uczynnością i wesołem usposobieniem jednał sobie życzliwych i przyjaciół. Przez wrodzony pociąg do wyżéj wykształconych i ściślejsze z nimi stosunki wyrobił w sobie pewien polor i takt towarzyski, łatwość w obejściu, tak iż dla wszystkich, co go poznali, był pan Antoni persona grata, dla wiejskich i miejskich, księży i świeckich, nie wyłączając Niemców i żydów. Nawet pod niejednym względem udało mu się wypełnić niedobory z czasów młodości, korzystając z ciągłego pożycia i rozmów z ludźmi, głównie zaś czytając, ile mógł, dzienniki i dzieła historyczne. Dla tego też w późniejszym wieku swoim położenie nasze i potrzeby, bieżące polityczne sprawy u nas i za granicą pojmował jasno i oceniał rozsądnie, a mnóstwo szczegółów z dziejów nowożytnych miał w dobréj pamięci. I tak przypominam sobie, że pewnego wieczora wpadłem przypadkiem do katakumby, co mi się zresztą bardzo rzadko zdarzyło; zastałem tam pana Antoniego z kilku znajomymi w żywéj rozprawie o toczącéj się właśnie wojnie austryacko-pruskiéj. Jeden z przytomnych, nadmieniając przy téj sposobności niektóre wypadki kampanii francuzko-austryackiéj z piątego roku, popełnił jakąś pomyłkę; poprawił ją natychmiast pan Antoni i opowiedział nam cały przebieg owéj kampanii tak obszernie i dokładnie co do zdarzeń, dat i osób, że bytem zdziwiony jego specyalną znajomością rzeczy.
Wszakże dałbym ci bardzo niezupełne o Pfitznerze wyobrażenie, gdybym nie wspomniał choć pobieżnie o zasługach jego na polu publicznem, względem wspólnych spraw naszych. Niejednego ze znaczniejszych przemysłowców polskich mógłbym wymienić, który ma to przekonanie, że „marka, grunt, a wszystko inne furda!“ i podług tego postępuje; ale pan Antoni, zapewniwszy sobie utrzymanie, uznał, iż jako Polak i obywatel ma też pewne obowiązki względem ogółu i nietylko nie starał się od nich usunąć, lecz brał je na się ile można było i poświęcał im bardzo znaczną część czasu swego i pracy. Przedewszystkiem należał do założycieli owéj tak ważnéj dla handlu i przemysłu swojskiego instytucyi, znanéj pod firmą: „Towarzystwo pożyczkowe miasta Poznania,“ które teraz tak wielkie przybrało rozmiary i tak poważne finansowe stanowisko zajmuje w prowincyi naszéj; gdy weszło w życie, przez wiele lat miał jego kasę w domu swoim i pod swoim dozorem jako podskarbi i tak gorliwie się niem zajmował, że dla publiczności Towarzystwo było Pfitznerem, a Pfitzner Towarzystwem, bo więcéj niż ktokolwiek przyczynił się do jego rozrostu. W ostatnim nawet czasie, chociaż dla nadmiaru w zatrudnieniach, jako też dla przesiedlenia biur, czynności kasowe w inne oddał ręce, nie przestał jednak pracować nad dobrem tego Towarzystwa, zasiadając do końca życia w jego radzie nadzorczéj. Równocześnie był przewodniczącym tutejszego Towarzystwa przemysłowego, a daléj członkiem Spółki młodzieży kupieckiéj, Towarzystwa Stelli i Komitetu wyborczego miasta Poznania. Do Towarzystwa Pomocy Naukowéj należał także bez przerwy, nawet zdajé mi się, że przez czas niejaki obradował w jego Komitecie miejskim; krótko powiem, z wyjątkiem Towarzystwa przyjaciół nauk, nie było u nas publicznego przedsięwzięcia i wspólnéj roboty, którymby pan Antoni pozostał obcym, niewyłączywszy nawet spraw kościelnych, bo i na tem polu był czynnym, służąc przez długi szereg lat kościołowi farnemu jako skarbnik i członek jego rady zawiadowczéj. Przez ciągłą styczność z publicznością, przestawanie z ludźmi różnych stanów i wyobrażeń, przez zajmowanie się najrozmaitszemi przedmiotami z praktyki życia i nieodłączną od zatrudnień swoich w domu i po za domem konieczność przemawiania, pouczania, przekonywania, a nieraz i sporu, nabył z czasem niemałéj biegłości w pojmowaniu stosunków i załatwianiu interesów, przytem i wprawy w wysłowieniu się, z którą chętnie występował na zgromadzeniach tak poważnych jako i wesołych, nieraz z rzetelnem powodzeniem. To też do pana Antoniego przychodziło wielu po to i owo; a komu mógł, poradził, co mógł, to dał tak na publiczne jako i prywatne potrzeby. Uczynność jego i dobre serce były znane, a te przymioty, oraz zbyteczne czasami do uczciwości ludzkiéj zaufanie, niejedną mu dotkliwą wyrządziły szkodę.
Z tego coś słyszał, panie Ludwiku, lubo tu tylko niektórych szczegółów dotknąć mógłem, rozumiesz, iż miałem słuszność zowiąc na samym początku téj wzmianki Antoniego Pfitznera jednym z najpopularniejszych mieszczan polskich w Poznaniu i niezdziwisz się jeśli powiem, że szczery i powszechny żal ogarnął nasze społeczeństwo, gdy nagle przed trzema laty, w niedzielę rano, drugiego października, gruchła po mieście wiadomość, że Pfitzner nie żyje. W pierwszéj chwili niechciano temu wierzyć, bo dzień przedtem był podobno na nogach w swym handlu; umarł w nocy, jakby od wystrzału, rażony apopleksyą; a ostatniéj chwili jego nawet nikt z rodziny niewidział. Wyprzedził w wędrówce na tamten świat o kilka godzin Władysława Bentkowskiego, który umarł nad ranem, a gdy go dzień po nim chowano, trudno się było przecisnąć, po téj stronie Starego rynku, gdzie leży cukiernia, przez tłumy ludzi wszelkiego stanu i narodu, którzy się tak licznie zbiegli, aby złożyć ostatni dowód uczczenia i współczucia dla pamięci zmarłego, a w owéj ciżbie wyrwało się niejednemu szczere westchnienie: „szkoda, wielka szkoda naszego Pfitznera!“
Rok lub dwa po cukierni pana Antoniego, w domu Batkowskiego, na drugim końcu, gdzie teraz roztaszował się jakiś rzeźnik, powstał drugi handel polski. Handel ten papierów, wyrobów ze skóry i przedmiotów galanteryjnych założył Przespolewski, którego imienia już nie pamiętam, młody brunet, słusznego wzrostu i bardzo przystojny. Nie znałem go bliżéj, ale przyszło mi nieraz z nim rozmawiać i kupić cośkolwiek w składzie, mogę ci więc powiedzieć, że osobistość jego przyzwoita i grzeczne branie się z ludźmi robiły przyjemne wrażenie. Chociaż rzecz szła z początku nie źle, nie długo młodzieniec wytrwał w zawodzie kupieckim; po kilku latach zniknął z widnokręgu poznańskiego, a o dalszych jego losach nic ci powiedzieć nie umiem.
Za domem Batkowskiego stoją, jak widzisz, dwie kamieniczki, które mi mało co przypominają. W pierwszéj z nich mieszkała parka Niemek, starych panien, wysokich, chudych; siedziała zwykle całemi dniami każda w innem oknie, lecz wychodziły na świat zawsze razem, bardzo starannie ubrane. Zdaje mi się, iż je Schönfeld zwano, wszakże nic więcéj o tych westalkach nie wiem, chociaż, będąc chłopcem, zdejmowałem przed niemi czapkę, bo mój ojciec także im się kłaniał. W drugiéj kamieniczce był na dole, przez długi szereg lat po czterdziestym, handel nasion Izraelity Auerbacha, którego postać znał cały Poznań. Tysiące razy idąc tędy miałem sposobność spotykania się z nim i czasem rzekliśmy słówko do siebie, bo, jeśli pogoda pozwalała, stał Auerbach zwykle we drzwiach swego handlu i przypatrywał się protekcyonalnie przechodzącéj ludzkości. Na nie wysokiéj jego, ale okrągłéj figurce głowa spoczywała z powagą, a z twarzy dość udatnéj, z sposobu witania znajomych i przemawiania widać było niepospolitą dozę uznania siebie samego w swéj wartości. Połowica często dotrzymywała towarzystwa małżonkowi w handlu i na ulicy; niższa od niego i znacznie pełniejsza, bynajmniéj Wenerą nie będąc, przeciwnie do zadowolonéj facyaty męża zgryźliwie na świat spoglądała. Wspomniałem ci o tem stadle izraelskiem i o starych pannach, żeby nie przerwać porządku domów, a teraz, ponieważ stoimy przy Gołębiéj ulicy, nie mogę pominąć jéj narożnika. Stawałem ja tu nieraz dawnemi czasy, idąc do gimnazyum lub wracając i patrzałem przez dolne szyby na piękne zegarki albo na pana Leona Masłowskiego i kilku młodzieniaszków, którzy nad niemi majstrowali, siedząc przy stoliczkach. Ów Masłowski był wtenczas właścicielem tego domu, oraz pierwszym zegarmistrzem w mieście, odkąd stary Didelot w Rynku poszedł był całkiem na odstawkę. Pierwotne jego dzieje są mi nieznane; słyszałem, że fortunkę swoją zawdzięczał żonie, kobietce wyglądającéj żwawo i wesoło, którą zawsze w jedwabnéj sukni widywałem, jedynaczce jakiegoś dobrze miennego mistrza szewieckiego. Świetne czasy Masłowskiego były, ile pamiętam, między trzydziestym a czterdziestym rokiem; roboty miał dużo, zegarki odchodziły, a że ich tanio nie sprzedawał, mógł sobie żyć wygodnie i w pokaźnych występować tużurkach, zwłaszcza iż żadne dzieci budżetu nie ogryzały, a Masłowski umiał sobie i swoim towarom zjednać popularność u obywatelstwa wiejskiego. Po nie wiem ilu tam latach pomyślnéj praktyki uprzykrzyło mu się snać dygotanie zegarków; zapragnął być szlachcicem, co się już niejednemu z naszych przemysłowców zdarzyło, zwinął zatem warsztat i handel, dom sprzedał, a wyniósłszy się z Poznania, kupił gdzieś wioskę i rozpoczął gospodarkę. Zapomniał Poznań o panu Masłowskim, dla tego nie wiem, co i jak się z nim działo przez dość długi przeciąg czasu, wszakże przed sześćdziesiątym rokiem jeszcze, ścisłéj daty nie pamiętam, spotkałem go tu niespodzianie na ulicy. Nie była to już owa elegancka i zadowolona przedtem postać z rogu Wrocławskiéj; podstarzała znacznie, wyglądała potulnie i skromnie. Gdy się przy sposobności kogoś spytałem, co się stało? mówiono mi, że pierwsza żona dawno umarła, druga jéj miejsce zajęła, że dzieci się pojawiły, wioska dziedzica zmieniła, a w kieszeni mniéj więcéj nastały pustki. Po katastrofie sprowadził się biedak Masłowski znów do Poznania i założył tutaj, zdaje mi się, przy Jezuickiéj ulicy, restauracyjkę, w któréj można było się posilić, wychylić kieliszeczek i napić się piwka. Ale starym rzadko losy sprzyjają, szło tam nieszczególnie, a jaki był koniec wszystkiego, powie ci może kto inny, bo moich uszu nic więcéj nie doszło.
Ten dom narożni, wtenczas jednopiętrowy, kupiło od Masłowskiego individuum, którego pojaw zewnętrzny zamajaczy zapewne jeszcze w pamięci niejednego ze siwych Poznańczyków przechodzących tędy. Spostrzegłszy go, byłbyś niewątpliwie, panie Ludwiku, wykrzyknął: „Quasimodo z Notre Dame de Paris!“ Także mi to na myśl przyszło, gdy pierwszy raz stawił mi się przed oczy ów pan Fiedler, Niemiec rodem a złotnik i jubiler z zawodu. Korpus dość wielki, zgięty na prawo skutkiem za krótkiéj i w kolanie mocno skrzywionéj nogi, kończył się dużą głową o szerokiéj, bladéj twarzy, jasno-modrawych oczach, wybitnym nosie i gęstéj czuprynie z krzycząco-rudych, sztywnych włosów. Mimo to, bon diable, jak mówią Francuzi, a przedewszystkiem biegły i uczciwy w swym procederze. Skład preciozów i sreber, który w miejscu dawnéj pracowni Masłowskiego założył, polecał się ilością i doborem, a ponieważ Fiedlerek w cenach nie przesadzał i towar miał rzetelny, pozyskał sobie liczną klientelę. Znaliśmy się dość dobrze, bo kilkakrotnie byłem u niego sam kupując lub w towarzystwie kupujących i przyznam się, że mnie bawiły kańciate miny tego Quasimoda, jego głos wysykiwany, a szczególnie oryginalna polszczyzna, gdy z paniami naszemi rozmawiał. Przepędziwszy swój żywot w kawalerskim stanie, zostawił, ile mi wiadomo, dość ładną schedę siostrzeńcom, z których jeden objął ten dom, postawił na nim dwa piętra i od lat już kilkunastu jubilernią wujaszka zamienił, jak widzisz, na handel materyalny.
Przeciwległy narożnik Wrocławskiéj i Gołębiéj ulicy przybrał, przed dwudziestu kilku laty, okazalszą postać za staraniem teraźniejszego właściciela, który go, gdy pożar całą niemal górną część zniszczył, wewnątrz i zewnątrz przekształcił, trzecie piętro dostawił i przodkową jego facyatę, nieco w norymberskim stylu zmienioną, przyozdobił figurą św. Józefa, patrona swego. Ex re nadmienionego pożaru, powiem ci nawiasem, że nikt w nim szwanku nie poniósł, tylko młody jakiś jegomość mieszkający na poddaszu, zbudzony nagie trzaskiem i płomieniem, nie mogąc już drzwiami się wydostać, wyskoczył okienkiem i tylko w koszuli, przyozdobiwszy wszakże głowę cylindrem schwytanym w prędkości, po rynnach idąc dowlókł się szczęśliwie do sąsiedniego dachu. Dawniéj wyglądał ów dom bardzo niepokaźnie, jak prawie wszystkie stare w naszem mieście i należał jeszcze za polskich czasów do rodziny Sawińskich, zamożniejszych obywateli poznańskich. Ostatnią właścicielkę tego pochodzenia znałem osobiście jako wdowę w podeszłym już wieku; męża jéj nie pamiętam, wiem jednak, że liczył się ad honoratiores w miejskiem społeczeństwie i miał w domu swoim doży browar przy Gołębiej ulicy, który dopiero teraźniejszy właściciel na mieszkania zamienił. Jedynak syn pani Sawińskiéj, mniéj więcéj mój rówiennik, wyszedłszy z klas średnich, chwycił się zawodu swego ojca i widywałem go potem raz po raz w Berlinie, gdzie się piwowarstwa i trochę chemii uczył, a przytem, jak mi mówiono, głównie demokratyczno - politycznemi ideami zajmował. Praktykę na swoją rękę rozpoczął potem w Poznaniu, zaraz po czterdziestym roku, ale ta nie długo trwała; jakie zaś były przyczyny, dla których się rzecz nie powiodła, powiedzieć nie umiem, ani też co się z nim późniéj działo, słyszałem tylko, iż przez czas dłuższy wiódł żywot nienormalny i niewesoły, wreszcie w dość młodym wieku umarł zapomniany.
Z trzech córek pani Sawińskiéj, młodsza, jak ci nadmieniłem, była pierwszą żoną Antoniego Batkowskiego, najstarszą zaś, panię Malinowską, która bardzo wcześnie owdowiała, miałem sposobność poznać jako osobę rozsądną, rzędną, sympatyczną w towarzyskich stosunkach i z całem poświęceniem oddaną opiece nad jedynaczką swoją i nad jéj dziećmi, gdy ją potem wydała za profesora Szafarkiewicza.
Przypominam sobie także, panie Ludwiku, kilku komorników z tego domu; z dwoma łączyła mnie nawet wieloletnia zażyłość. Najpierw, więcéj niż pół wieku temu, gdy byłem jeszcze w szkołach, spostrzegłem nieraz ładne twarzyczki, wyglądające oknem z pierwszego piętra; nie dziw, mieścił się tam bowiem, przed rokiem trzydziestym, pensyonat Wetterlingowéj. Nazwisko to, które ledwo trzech, czterech ludzi zna jeszcze w Księstwie, utkwiło w méj pamięci, bo w owych latach dość często się o moje uszy odbijało, chociaż osoby saméj nie znałem. Pani Wetterling, niemieckiego szczepu, wychowywała dziewczynki, a jéj zakład, chociaż nie odznaczał się liczbą uczennic, był przez czas niejaki, że tak powiem, w modzie, i znajdowały się w nim nieraz panienki z znakomitych rodzin obywatelskich, między któremi, jeśli mnie pamięć nie zwodzi, widziałem także panny Grabowskie z Grylewa, znane już wtenczas z niezwykłéj piękności i innych darów fortuny. Dzieje szczegółowe owego pensyonatu uchodzą méj wiadomości; wróciwszy z uniwersytetu słyszałem tylko, że pani Wetterling na tamtym świecie, a zakład wzięła w spadku pani Nimajerowa, jéj siostrzenica, z któréj mężem spotkamy się może, gdy przyjdziem na Wodną ulicę.
Mniéj więcéj od piędziesiątego ósmego roku mieszkał lat kilka w tym domu jedenn z ludzi, których znajomość została dla mnie jedną z nader miłych pamiątek; był to pan Tadeusz Sokolnicki, obywatel znany i szanowany w całem Księstwie, osobliwie w kołach gorących patryotów. Mając wtenczas już lat sześćdziesiąt pięć czy sześć i straciwszy młodą żonę, sprzedał dobra swoje i przeniósł się do Poznania, aby wypocząć po trudach i kłopotach życia, a bardziéj, żeby nie wypuszczać ani na chwilę z pod ojcowskiéj opieki trzech żwawych chłopczyków, których do szkół oddał. Tę żonę jego znałem, będąc jeszcze gimnazyastą, rozumiałem więc, czemu o niéj z serdecznem zawsze i rzewnem wzruszeniem pan Tadeusz wspominał; mam ją przed oczyma jako piętnastoletnią panienkę, jasnowłosą, wysmukłą, z miłą i pogodną twarzyczką, w któréj spojrzeniu malowała się wrodzona łagodność. Mimo wielkiéj różnicy wieku, łączyło obojga nie tylko małżeńskie, lecz i rodzinne przywiązanie, była bowiem pani Kaźmira, co się rzadko zdarza, oraz siostrzenicą swego męża, córką pana Józefa Sokolnickiego z Pigłowic, którego pamiętam jako wysokiego, chudego Polonusa, chodzącego zawsze w kontuszu, z konfederatką na siwéj głowie. Do pana Tadeusza zbliżyła mnie przypadkowa okoliczność, to jest sąsiedztwo mieszkań, gdy się do miasta sprowadził; miałem ztąd przez czas dość długi sposobność częstego spotykania się z nim i poznania jego przymiotów, które zresztą nie trudno było ocenić nawet przy pierwszem widzeniu. Zaraz ta twarz pociągła i bladawa, poważna przytem i spokojna, wzbudzała zaufanie i ujmowała życzliwym uśmiechem i wyrazem szczeréj dobroci; a ów pojaw zewnętrzny nie zawodził, bo serce miał wyborne stary jegomość, prawdę i prostotę w myślach i sądach o rzeczach i ludziach, rzadką względność dla innych i przyjacielskie usposobienie. Niejednę miłą chwile w jego towarzystwie spędziłem, zwłaszcza iż znając dobrze dzieje i stosunki mnóstwa osób i rodzin w Księstwie i Królestwie, a przebywszy dość urozmaiconą młodość, zajął nieraz żywo ciekawość moją. Pochodził pan Tadeusz z rodziny, która tutaj kiedyś zajmowała miejsce majątkiem i znaczeniem niepoślednie; jedna jéj gałąź dostała za pierwszych pruskich czasów tytuł hrabiowski i przypominam sobie, gdy byłem małym chłopcem, że wiele mówiono o bogatym i rozgłośnie żyjącym panu Sokolnickim, ożenionym z starszą córką pani Anny Mycielskiéj, osobliwie gdy pewnego razu świetnie przyjmował w Jarogniewicach, które do niego należały, księżnę Radziwiłłową z jéj mężem i mnóztwem znakomitego obywatelstwa. Wszakże zbytnie świetności nie długo trwają i łuk pęka zazwyczaj, gdy go ktoś nadto mocno naciągnie.
Pan Tadeusz, którego ojciec, jeszcze za polskich czasów, był szambelanem i prezesem sądu poznańskiego, odebrał pierwsze początki nauk w domu rodzicielskim, wraz z braćmi, pod dozorem guwernerów, a późniéj, oddany do szkół za Księstwa Warszawskiego, ukończył tutejsze lyceum, gdzie wtedy, jak mi powiadał, księża Antoszewicz i Przybylski rej wodzili, nie szczędząc skóry urodzonych i nieurodzonych. Rok czy dwa przepędził potem w Halli i słuchał na uniwersytecie rozmaitych kolegiów, nie oddając się specyalnemu zawodowi, a wreszcie, odbywszy wycieczkę do Francyi i, zdaje mi się, do Włoch, wrócił do kraju, udał się do Warszawy i wstąpił do wojska polskiego, mając od dawna pociąg do żołnierki, tem więcéj, że stryj jego, stary Napoleończyk, był jeszcze w czynnéj służbie i pułkownikiem, po wypadkach zaś listopadowych został jenerałem.
W którym pułku pan Tadeusz służył, tego nie wiem, choć mi powiadał, ale wiem, że miał szpadę u boku, gdy wybuchło powstanie trzydziestego roku. Nieraz także była między nami mowa o rozmaitych zajściach kampanii i bitwach, w których się znalazł, jużbym ci jednak szczegółów nieskleił, panie Ludwiku, mnóstwo bowiem rzeczy czas wysuszył w mojéj staréj mózgownicy, a na chybi trafi gadać nie chcę. Uszedłszy cało, po skończonéj wojnie, za granicę pruską i przebywszy w skutek tego rozmaite trybulacye, dostał się Sokolnicki znów na rodzinne pola, osiadł w dziedzicznym Sulęcinie, zajął się gorliwie gospodarką, ożenił się kilka lat późniéj, a niedługo potem nabył od brata swego Pigłowice. Zamąciły mu następnie spokojne życie wypadki czterdziestego szóstego roku. Wrodzoną rozwagę jego przemogło gorące patryotyczne uczucie i będąc od samego początku robót spiskowych w stosunkach z emisaryuszami emigracyjnymi, a w ścisłéj przyjaźni z wielu dawniejszymi towarzyszami broni, którzy ich namowom tutaj ulegli, wstąpił do organizacyi, zwłaszcza, iż do najzapaleńszych w tym kierunku należał teść jego i brat starszy Józef, którego, późniéj schwytanego w Krakowie i okutego w kajdany, wlokło austryackie żołdactwo do więzienia, lżąc i targając za siwą brodę. Ten sam los co wszystkich spotkał pana Tadeusza; przesiedział dwa lata w Moabicie; mimo to czterdziestego ósmego roku nie stał na uboczu, lecz, chociaż już nie młody, zajmował się gorliwie w powiecie swoim wykonywaniem zleceń komitetu narodowego.
Siedem lat potem, jeśli się nie mylę, straciwszy ukochaną żonę, przepędził pan Tadeusz resztę życia swego, jak ci mówiłem, w Poznaniu. Wiek podeszły, a w końcu cierpienia fizyczne nie zmieniły jego usposobienia roztropnego i łagodnego; względem dzieci swoich wypełniał ze spokojem i troskliwością obowiązki ojca i matki, doglądając ich przy każdym niemal kroku, strzegąc od złego, zachęcając do pracy i ucząc własnym przykładem oszczędności i skromności. Wszakże wśród pociechy, którą miał widząc, że to się jakoś wszystko powoli i normalnie rozwija, ciężki cios niespodzianie rodzicielskie jego serce zakrwawił. Już ci wspomniałem, jak to sześćdziesiątego trzeciego roku podrostki nasze kilkonastoletnie wymykały się ze szkół, aby ruszać do obozu Taczanowskiego lub Calliera; otóż chłopcy pana Tadeusza byli przez cały kwartał jak we febrze, myśląc i marząc tylko o szabelkach i konikach, aż wreszcie, z początkiem wiosny, ulotnili się dwaj starsi pewnego poranka, a po bitwie pod Ignacewem gruchła tu niebawem wiadomość, że młodszy z nich, Piotr, piętnastoletni tercyanerek, chudy, bladawy i dziwnie rozpatryotyzowany, padł na ziemię idąc odważnie przeciw rotom moskiewskim. Stary ojciec, podążywszy na miejsce złowrogie, nie mógł go już odszukać ani żywego, ani umarłego. Gdy powrócił, mówił mi ze łzami w oczach, że kochanego Piesia zapewne wrzucono z innymi do wspólnego dołu, nad którym piękne zielenieje żyto.
Kilka lat jeszcze przeżył pan Tadeusz tego biedaka swego, słabnąc na siłach, walcząc z tak częstem w starości cierpieniem płucowem, lecz do ostatniéj chwili zachował właściwą sobie cierpliwość i słodycz w obejściu, chociaż go prócz tych, które ci nadmieniłem, inne jeszcze i ciężkie umartwienia trapiły od dawna. Siedemdziesiątego czwartego roku, w początku marca, szliśmy ze szczerym żalem, znajomi i przyjaciele za jego trumną, gdy go wywożono z miasta, aby spoczął obok swoich w rodzinnym grobie.
W tym samym domu tutaj, a nawet w tem samem mieszkaniu, które poprzednio zajmował Tadeusz Sokolnicki, przecierpiał ostatnie swoje lata i zakończył wędrówkę doczesną Karól Thiel. Któż z nas starszych w Poznaniu nie byłby znał sędziego Thiela, który tutaj się urodził, wychował i całe życie swoje z nami przepędził! Pamiętam go jeszcze, gdy ławki w niższych klasach wycierałem, jako młodego, wysmukłego i zwinnego referendaryusza, z wesołą i zadowoloną twarzą; nieraz bowiem wtenczas rodziców moich odwiedzał. Późniéj zaś byliśmy z sobą aż do końca w bliższéj zażyłości, którą nam nastręczyła wspólna nasza przyjaźń z Mateckim Teofilem. Mógł pan Karól w pierwszéj połowie życia patrzeć na świat dość swobodnie. Nie zapuszczając się w ideały, mając zawsze na oku to, co rzeczywiste i możebne, obdarzony przytem bystrym rozsądkiem i szczęśliwą pamięcią, stworzony był poniekąd na prawnika i zawodowi temu oddawał się z zamiłowaniem oraz z pewnem zaufaniem do sił swoich, które go nieomyliło. Prędko bowiem i normalnie przebiegłszy niższe stopnie trybunalskiéj służby, mianowany sędzią, zwrócił na się uwagę władz i publiczności szczególnie sumiennością, i zręcznością w prowadzeniu spraw kryminalnych. To też oddano mu wcześnie nadzór wydziału karnego w sądzie tutejszym, a gdy nastały u nas roki przysięgłych wyznaczano zwykle sędziego Thiela na przewodniczącego, i sam, panie Ludwiku, ocenić mogłem, chociaż nie fachowy, jego zdolność i biegłość w badaniu oskarżonych i świadków, jasność w pojmowaniu sprawy i zestawianiu jéj szczegółów, ponieważ zdarzyło mi się dwa razy być przysięgłym pod jego przewodnictwem.
Nie mniéj jak w kołach sądowych, cieszył się pan Karól w społeczeństwie naszem powszechnym szacunkiem; wszędzie chętnie był widziany i mógł liczyć na przyjacielskie uczucia wielu znajomych swoich, potrafił bowiem ująć sobie każdego prawością sposobu myślenia, gotowością do rady i usług, swobodą i otwartością w rozmowie. Pod względem politycznym zachowywał się ostrożnie, czego już urzędowe stanowisko wymagało, lecz polskości i patryotyzmu nigdy nie ukrywał, a życie jego towarzyskie było na wskroś polskie. Chociaż w mniemaniach i twierdzeniach objawiał nieraz dużo pewności i lubił czasami w opowiadaniu zwracać uwagę na siebie, wiedzieliśmy wszyscy, że to nie zamiar wynoszenia się nad innych, lecz tak sobie przyzwyczajenie.
Stosunki rodzinne sędziego liczyć było można do najszczęśliwszych, znalazł bowiem w pannie Anieli Chosłowskiéj żonę, która nie tylko urokiem zewnętrznym zwracała oczy wszystkich, lecz któréj przymiotom serca i umysłu zawdzięczał ład, spokój i swobodę w domu. Widując dość często panię Thielową, zwłaszcza u doktorowéj Mateckiéj, z którą najściślejsza łączyła ją przyjaźń, mam jeszcze w pamięci tę postać średniego wzrostu pełną i udatną, tę piękną, okrągłą twarzyczkę, o ciepłych kolorach, z pod ciemnego włosa spoglądającą bystro i dowcipnie jasno-brunatnem okiem. Mimo tych zalet, które u niejednéj skłonność do światowości rozbudzają, w chęciach swych skromna, przy tem żywego temperamentu, w rozmowie wesoła i prędka, czasem ucinkowa, w zdaniach dość stanowcza, zdawała się z usposobienia swego mniéj ufać uczuciowości, więcéj rozsądkowi, przedewszystkiem zaś oddaną była obowiązkom żony i matki.
Lecz nagle zaćmiło się szczęście domowe sędziego; w jesieni czterdziestego ósmego roku zawitała tu do nas cholera; wystąpiła wprawdzie sporadycznie, jak to mówią, przypadki jednak były gwałtowne, uległo jéj parę znanych osób, a między niemi pani Thielowa. Umarła jeszcze w młodym wieku po kilkogodzinnych cierpieniach. Jéj śmierć przeraziła tu wszystkich, a co się działo z mężem, przedstawić ci siliłbym się daremnie. Gdy późniéj ochłonął nieco i równowagę umysłu odzyskał, uczynił toż samo, co Tadeusz Sokolnicki i poświęcił się zupełnie swojéj nieletniéj dziatwie, aby ją wychować i przyszłość jéj zapewnić. Pod tym względem niełatwo byś znalazł troskliwszego ojca; przypominam sobie dobrze, jak nieustannie miał na oku postępy naukowe synów, dopóki tu byli w szkołach i jak nic nie szczędził, żeby im wykształcenie ułatwić i przyspieszyć; nieraz bowiem była mowa o tem między nami. Wszakże powiodło mu się owo zadanie rozwiązać szczęśliwie i wedle swéj myśli; wszystkich bowiem trzech synów, którzy za jego przykładem chwycili się prawniczego zawodu ujrzał obok siebie na stanowiskach sędziów lub rzeczników, a nawet córkę wydał za prawnika. Ale wielkie zadowolenie, które w późniejszych latach mógł mieć z wypełnionéj tak sumiennie powinności ojcowskiéj i na widok pomyślnie ustalonego losu swéj rodziny, zniweczył nagły zgon najstarszego syna, Ludwika, adwokata w Gostyniu. Ten, w pierwszych czasach swéj praktyki, czując się nerwowo rozstrojonym, puścił się w podróż, za radą lekarzy, po Niemczech zachodnich i umarł na miejscu apopleksyą tknięty w Frankfurcie nad Menem. Możesz sobie wystawić, panie Ludwiku, położenie młodziutkiéj żony, która mu towarzyszyła w podróży i znalazła się naraz tak daleko od swoich, sama jedna w obcym świecie z trupem męża. Wszakże już dwa lata przedtem, ile pamiętam, pierwszy taki cios spadł na młodą rodzinę pana Karola. Drugą jego synowę zmiotła śmierć w kwiecie wieku i w pierwszych chwilach małżeńskiego szczęścia; a było czego żałować serdecznie. Znałem ją dobrze, Władysię Sobeską, jedynaczkę mego amicusa i kolegi szkolnego Dyonizego, gdy jeszcze jako kilkonastoletnie dziewczątko chodziła do szkoły i uczyła się z ochotą o Racinie, Molierze i partycypiach francuzkich; już jednak po jasno-białéj cerze téj ślicznéj i żwawéj, nieco nerwowéj blondynki, po występujących czasem na jéj licu mocnych rumieńcach i po głębokiem spojrzeniu niebieskiego oka, mógł zmiarkować znawca medycyny, że się tam pod owym pozorem świeżości i zdrowia kryje coś podejrzanego. Przyszło to zawcześnie do wybuchu i choroba piersiowa przerwała wiosnę jéj życia.
Te ostatnie klęski rodzinne, lubo je znosił z pewnym spokojem, przyczynić się musiały nie mało do podkopania sił fizycznych naszego radzcy, zwłaszcza iż od dość dawna już system jego nerwowy był nadwerężony. Rady lekarskie mało sobie cenił; sam wymyślił dla się sposób leczenia zimną wodą, a chociaż pamiętam, że Matecki nieraz mu mówił, aby się strzegł nadmiaru, nie miały owe mroźne kąpiele na Przepadku przez lat kilka częstszego gościa od niego. Nie pomogła jednak woda; z każdym rokiem złe rosło; nastąpiło wreszcie sparaliżowanie nerwów pacierzowych i pociągnęło za sobą niemoc w nogach zupełną. Dłużéj niż dwa lata, jak mi się zdaje, przeleżał tutaj udręczony sędzia; noc i dzień szarpały go bóle, a nadziei ratunku nie było. Wiedział o tem dobrze, a jednak pod względem umysłowym nie tracił równowagi. Odwiedziłem go w owym czasie kilka razy i podziwiałem tę wytrwałość, którą okazywał wobec bólów, wobec martwiejących z kolei różnych części ciała i śmierci występującéj coraz wyraźniéj. Mówił o swych dolegliwościach, jakby kogo innego trapiły, rozmawiał o bieżących sprawach, o dawniejszych wypadkach i znajomych osobach swobodnie, czasem wesoło i wszystkiego chętnie słuchał, byle mógł na chwilę zapomnieć o sobie. Z początkiem czerwca siedemdziesiątego szóstego roku spoczął na wieki po swoich cierpieniach.
Odczuli głęboko tę stratę pozostali synowie, silniéj ona oddziałała na serce jego jedynaczki, która, jeszcze z dziecinnego wieku nie wyszedłszy, gdy pozostała bez matki, chowała się przy nim niemal sama, doznając wszakże w razie potrzeby macierzyńskiéj opieki i rady doktorowéj Mateckiéj. Odziedziczywszy po ojcu roztropność, po matce nie mało zewnętrznego wdzięku, miała panna Izabella coś nader miłego w całéj swéj osobie, a w wyrazie jéj twarzy, szczególnie w spojrzeniu owych ciemnych oczu odbijała się często pewna smętność i czułość, świadcząc o jéj wrażliwem i tkliwem usposobieniu. Za mąż ją późniéj wydając, mógł ojciec o los jéj przyszły być całkiem spokojnym, znał bowiem zięcia swego od małego chłopca i wiedział naprzód komu ukochaną córkę powierza. Ale jeśli ludzkie sprawy obliczyć się dadzą, trudno przewidzieć naprzód co zdziała natura lub przypadek; jakkolwiek bardzo pomyślne były wszelkie inne warunki, wśród których upływał żywot pani Izabelli Szumanowéj, śmierć kilkorga dzieci nie tylko ciężkim smutkiem zatruła pierwsze czasy jéj małżeństwa, lecz i wpływ zgubny wywarła na zdrowie, które od lat najmłodszych nieraz szwankowało. Rozwinęła się u niéj powoli słabość piersiowa; przezwyciężała ją długo młoda pani spokojem i ostrożnością w całym nastroju życia, lecz gdy ojciec zawarł powieki na zawsze, nowa ta klęska zachwiała do reszty siłą jéj żywotną. Do szybkiego odtąd postępu choroby przyczyniła się, jak od Mateckich słyszałem, nie mało zapewne i ta okoliczność, że zwiedzając bardzo często grób ojcowski, nie zważała nieraz na niepomyślną porę i narażała się na przeziębienie, tak niebezpieczne przy cierpieniu płucowem. Uległa mu w cztery lata niespełna po śmierci ojca, zostawiając żal nieutulony rodzinie, a rzewną i miłą pamięć po sobie wszystkim, którzyśmy ją bliżéj znali.
Nim nakoniec dom ów, niegdyś Sawińskich, opuścimy, panie Ludwiku, muszę ci wspomnieć jeszcze o jednym z jego mieszkańców, z którym się często spotykałem i nieraz dłuższe miewałem rozhowory; pamięta zresztą niejeden w mieście naszem jego osobistość nieco oryginalną, nastręczającą się chętnie, gdzie mogła. Jakie miał imię, nie wiem, ale, z rodu Izraela pochodząc, nazywał się Plachta. Była to bezwątpienia pierwotnie uczciwa polska płachta, bo ci wiadomo zapewne, że w początkach tego wieku tak polskie jako i pruskie władze nakazywały w wielu miejscach nadawać żydom nazwiska, ponieważ znaczna między nimi liczba jeszcze ich wtenczas nie miała, i że nieraz podprefekt jaki lub landrat przy téj sposobności puścił wodze swéj fantazyi i dobremu humorowi, jak świadczy naprzykład jedno z nazwisk żydowskich, które sobie na Nowéj ulicy odczytać możesz. Ja sam w bliskości Mławy widziałem Malowaną Szafę, chodzącą na dwóch nogach obok Nowéj Szklanki z pejsami i jarmułką na głowie. Otóż z owym Plachtą spotkałem się piędziesiątego piątego czy szóstego roku, przyszedł bowiem do mnie nie wiem już z jakiego powodu. Widywałem go potem dość często i opowiadał mi pewnego razu swoje fata. Ile sobie przypomnieć jeszcze zdołam, bo większa część wyszumiała mi z głowy, pochodził on z któregoś miasteczka w Księstwie, a chociaż rodzice jego handlując z trudnością tylko grosze zbierali, oddali go jednak do szkół wyższych, ponieważ od lat najmłodszych wielką czuł do nauk ochotę i usilnie się tego domagał. Właściwego swéj nacyi praktycznego zmysłu nie miał wcale, dla tego też, folgując wrodzonemu marzycielstwu i teoretycznemu usposobieniu, wycierał potem ławy na kilku uniwersytetach niemieckich, gdzie słuchał tego i owego, przedewszystkiem filozofii i języków. Jakie daléj okoliczności zagnały go do Paryża, powiedzieć ci nie umiem, panie Ludwiku, ale w tem mieście przesiedział lat kilkanaście, dając lekcye prywatne, zajmując się polityką i pisując do dzienników. Szło mu tam nie źle; o Paryżu i Francuzach wspominał zawsze z jak największem zadowoleniem i nie byłby ich opuścił, gdyby nie stara matka, która dawno owdowiawszy i żyjąc w ściskuk, chciała go koniecznie widzieć przed śmiercią. Wrócił zatem do niéj i po niejakim czasie osiedlił się w Poznaniu; ale tutaj nastały dla niego wkrótce ciężkie chwile. Wyczerpały się odłożone grosze, do geszeftów żadnéj zgoła chęci, a szczególnie zdolności nie miał, wyżyć zaś u nas w skórze literata lub uczonego, diablo trudno. Żydzi patrzeli nań z pewnem lekceważeniem i politowaniem, jako na symplicyusza w ich rozumieniu, a zresztą on sam mało czuł do nich pociągu, zwłaszcza iż pod względem religijnym całkiem wolnodumnego był usposobienia. W wyobrażeniach idealista, charakteru, ile go poznałem, całkiem uczciwego, pod względem naukowym zasługiwał na uznanie. Mówił po polsku dobrze, bo z emigrantami naszymi w Paryżu bardzo często się schodził; biegléj naturalnie mówił po niemiecku, a bodajnie najlepiéj po francuzku. Pisał, jak się sam przekonałem, w tym języku nawet ozdobnie i w konwersacyi sadził się na gallicyzmy, a w literaturze francuzkiéj dawniejszéj i nowszéj posiadał rozległe i szczegółowe wiadomości, zajmując się nią ciągle z pewnem zamiłowaniem i zbierając, gdy kasa jeszcze starczyła, odnośne dzieła, których dość znaczną liczbę u niego widziałem. Łacina nie była mu bynajmniéj obcą, a rozmaite data historyczne nieraz mi trafnie przytaczał, gdyśmy gawędzili o polityce, o któréj także rozwodzić się lubił. Pod względem narodowym ani żyd, ani Niemiec, chciał uchodzić za Polaka, lecz był to raczéj Europejczyk, czyli beznarodowiec, jak znaczna liczba wykształceńszych żydów.
Mimo wszelkich starań swoich, tutaj w Poznaniu literackiego zajęcia, ile mi wiadomo, znaleźć sobie nie mógł, musiał więc poprzestać na lekcyach prywatnych i korepetycyach, ale i z niemi bardzo szło licho, częścią dla tego, że gdy u nas potrzebują prywatnéj nauki, udają się zwyczajnie do nauczycieli gimnazyalnych lub prymanerów, częścią zaś, szczerze mówiąc, że nasz Plachta, mimo całéj erudycyi, a może i z jéj powodu, był nudny, prawił rozwlekle, wyszukując powoli wyrazów i chciał się popisywać nadto mądrością; tę słabość widać było zresztą w każdéj z nim rozmowie. Nie dziw więc, że wcześnie zapanowała u niego bieda, a z czasem stała się dokuczliwą. Zdradzały ją, pod koniec jego życia, cała zewnętrzność, stary wyszarzany ubiór, rozczochrane włosy i boleśnie smutny wyraz twarzy, która, gdyś go spotkał, siliła się na uśmiech i pozór wesoły. Narzekał mi nieraz, że nie ma nic do roboty i nie wie zkąd gnać kozy; udało się czasem nastręczyć mu lekcyjkę, lecz to się rzadko zdarzało i od głodu uchronić nie mogło, równie jak małe zasiłki, które zapewne od współwierców pobierał. Tak srogą walkę o byt toczył biedak lat kilkanaście, że aż zal było na niego patrzeć, a wreszcie, nie pamiętam już którego roku, nie ukazał się przez dni kilka na ulicy i nikt go w domu wchodzącego lub wychodzącego nie spostrzegł. Z początku nie zwrócono na to uwagi, lecz gdy się tutaj na trzeciem piętrze, gdzie samotnie zajmował mały pokoik, zaczął szerzyć odór niemiły, wzbudziło to podejrzenie; wołano przez drzwi, a gdy się nikt nie odezwał, wyważono je i znaleziono nieżywego Plachtę, którego korpus wychudły okazywał widocznie, iż dusza już od dość dawna uleciała na łono Abrahama.
O następujących dwóch domach, panie Ludwiku nic ci powiedzieć nie umiem, chyba to, że są bardzo stare i należą do przedrozbiorowych, jakich nie mało widzisz jeszcze na Rynku, w okół ratusza. Ulice dawnego Poznania składały się w znacznéj części z takich kamieniczek dwupiętrowych o dwu oknach frontu, mających ten sam układ wewnętrzny, t. j. u dołu sień, na każdem pietrze dwie izby, jedna z przodu, druga z tyłu przedzielone ciemną sionką, w któréj, tuż przy schodach mieściła się jak mogła wązka kuchenka. Zwyczajnie zajmowała taki domek jedna rodzina; pierwsze piętro pan gospodarz z żoną, drugie dzieci i służba; tak mi przynajmniéj dawnemi czasy powiadała bardzo stara komoszka tutejsza, która Rzeczpospolitą, Jezuitów w teraźniejszym rejencyjnym gmachu i Farę poznańską na Nowym Rynku jeszcze sobie przypominała. Trzecia taka sama kamieniczka, teraz numerem szóstym oznaczona, gdzie na dole widzisz handelek blacharski, mieściła kiedyś znane mi osoby. Była ona od początku tego wieku własnością Szymańskich, z których poprzedniéj historyi tyle mi tylko wiadomo, że liczyli się temporibus olim do znaczniejszych rodzin obywatelskich naszego miasta. Ostatnich Szymańskich, bo już całe to pokolenie wymarło, pamiętam tutaj czworo: matkę, dwie córki i jednego syna. Stara jejmość, niska, dość otyła, poważnéj twarzy, była bardzo pobożną; widywałem ją niemal codzień gorliwie modlącą się na mszy naszéj studenckiéj. Z córek, starszéj natura zbytnim powabem nie obdarzyła, co jéj bynajmniéj humoru nie psuło; wyglądała zawsze, ilekroć ją widziałem, bardzo wesoło; druga zaś, panna Paulina, jasna blondynka, nie wysoka i pełnych kształtów ciała, zachowała długo znakomitą świeżość i należała do ładnych panien na widnokręgu poznańskim. W późniejszych latach swoich znalazła dobrego męża w Ignacym Kwaśniewskim, który, jak mi powiadano, od bardzo dawna platoniczne ku niéj żywił uczucia, lecz trochę późno zapalił pochodnie Hymenu. Znalem się z tym Kwaśniewskim od wielu lat, wszakże tylko z widzenia i rzadko kiedy zdarzyło mi się z nim rozmawiać; bliższych więc dat o jego osobie nie wiele przytoczyć ci mogę, wiem jedynie, że był rodzonym bratem owego Kwaśniewskiego, o którym ci już mówiłem, gdyśmy po staréj Alei chodzili, że, odbywszy kampanię trzydziestego roku, znalazł razem z bratem miejsce w landszafcie, na którem wytrwał do końca. Do brata nie miał podobieństwa, nie tylko z pozora zewnętrznego, lecz i z usposobienia, bo, jak tamten był wygadany, tak on małomówny, ale łagodność i życzliwość patrzała mu z twarzy. Co się zaś tyczy jego szwagierka, Szymańskiego, który stale w starokawalerskim rozkoszował żywocie, cieszył on się u współczesnych, mianowicie u szkólnych kolegów i amicusów, wielką wziętością, skutkiem oryginalnego wyglądu i usposobienia. Już w najniższéj klasie przezwano go Cycysiem, i ów przydomek gimnazyalny pozostał mu u wszystkich, co go znali, aż do śmierci, jako drugie nazwisko. Sfera jego umysłowa nie była zbyt rozległa, odznaczała ją nawet łatwowierność i naiwna dobroduszność, które objawiał na zewnątrz stereotypowy uśmiech błogiego zadowolenia. Mimo to, przerąbawszy się przez klasy średnie, doszedł do jakiegoś urzędziku w sądzie, czy przy magistracie i żył sobie spokojniuteńko, całkiem zadowolony ze świata i z siebie. Latem, z wieczora, po siódméj, mógłeś go widzieć niemal codzień w jednem z tych dwóch okien na pierwszem piętrze; wygodnie, w szlafroczku, długą fajkę wywiesiwszy na ulicę, używał swobodnie dymów knastrowych, patrzał na przechodzących i marzył o niebieskich migdałach. Wszystko to minęło, panie Ludwiku, i wszystkich tych wspomnianych mieszkańców kamieniczki Szymańskich, którzy w jéj murach pomarli, znajdziesz znów razem z sobą w innem, ciaśniejszem jeszcze mieszkaniu, w wspólnym grobie na dawnym cmentarzu farnym, przy murze, niedaleko od bramy.
Mało kto tu o nich w mieście pamięta, bo cichy ich żywot nie przekroczył koła prywatnych stosunków, ale pamięć człowieka, panie Ludwiku, który także w tym domku przeżył ostatnich lat kilka i skończył swój zawód doczesny, nie zatrze się tak prędko w społeczeństwie polskiem W. Księstwa. Świeży to zresztą jeszcze wypadek, śmierć Witolda Milewskiego; ledwo rok minął i przytomny mi jest ów dzień dziewiętnastego Kwietnia. Posłyszawszy, że chory, poszedłem go odwiedzić około południa i zastałem zdrowego na pozór, w towarzystwie żony i jednego z synów, rozmawiającego swobodnie z doktorem Erzepkim, z którym, jako skarbnik Towarzystwa Przyjaciół Nauk, miał właśnie załatwić rachunki kwartalne. Pogawędziliśmy nieco z sobą, mówił, że mu prawie zupełnie dobrze i że przy pogodzie chce wyjść na świat. Zadowolony więc z tego com widział, pożegnałem się z nim wkrótce, nie chcąc mu w zatrudnieniu przeszkadzać; i to było ostatnie nasze pożegnanie na téj ziemi! Po piątéj wpadł ktoś do mnie z wiadomością, że Milewski nie żyje; osłupiałem słysząc i przybiegłem tutaj, aby się dowiedzieć co się dzieje i ujrzałem rodzinę w rozpaczy, a zmarłego już Witolda przenoszono z tylnéj izby na przodek. Stało się jak sobie życzył i jak kilkakrotnie przepowiadał, cierpiąc już od dawna na serce; umarł bez strachów i bólów, od razu, jakby piorunem rażony, wśród rozmowy ze siostrą i synem, podczas gdy żona, pełna dobréj otuchy, była w kościele.
Nie dziw się, panie Ludwiku, że mnie ten wypadek przejął głęboko; znaliśmy się od lat sześćdziesięciu przeszło, pierwszą młodość naszą spędziliśmy razem i wzajemne, szczerze przyjacielskie uczucia pozostały między nami niezmienione aż do owego złowrogiego Wielkiego Piątku. Przyszedłszy rok późniéj odemnie do gimnazyum, opuścił je rok późniéj, ale byliśmy z sobą w trzech klasach, a szczególnie rok w sekundzie i rok w prymie i nietylko w szkole gawędziliśmy i baraszkowali po koleżeńsku, lecz nieraz odwiedzaliśmy się nawzajem, dla tego też znałem i rodziców i siostry Witolda. Mieszkali wtedy jego rodzice przy końcu Wronieckiéj ulicy w własnym domu, który, zdaje mi się, pani Maryi Milewskiéj, z rodu Kolanowskiéj, przypadł w posagu; dom ten dotychczas, z frontu przynajmniéj, mało co zmieniony, sprzedano jakiemuś piwowarowi późniejszemi laty. Ojciec naszego radzcy, sędzia Dominik Milewski, czynił na mnie wrażenie osobistości poważnéj i chętnie milczącéj; wyglądał czasem nieco posępnie, przeciążony był bowiem, jak mi mówiono, częstokroć robotą i nieraz miał powód do skargi na to, co się w sądzie dzieje. Witold w późniejszym wieku ojca swego przypominał, lecz tylko wzrostem, postawą i twarzą; włosy miał znacznie jaśniejsze, bo sędzia był ciemny brunet, ale ten sam skład czoła, zarys gęstych brwi, tenże sam wyraz oczu; z usposobienia jednak za młodu podobnym był do matki. Obraz téj matki pozostał mi żywo w pamięci, chociaż od pół wieku przeszło znikł mi z oczu. Miała ona coś sympatycznego w całym swym pojawie; niskim wzrostem i pulchnością ciała podobną była do swéj kuzynki Kwaśniewskiéj, lecz przytem zgrabną figurą i udatnym ruchem, a szczególnie wyrazem okrągłéj twarzy i małych, jasnych ócz okazywała żywy temperament. Zawsze ją w domu zastać mogłeś, bardzo starannie, nawet, jak to mówią, elegancko ubraną, z loczkami na głowie pięknie utrefionemi, zawsze w rękawiczkach, chociaż bardzo rzadko wychodziła i chwile wolne od gospodarstwa i zachodów domowych spędzała na czytaniu. W obejściu i rozmowie nadzwyczaj uprzejma, miła i ożywiona, robiła czasami, ile pomnę, wrażenie uczuciowéj osoby, a zawsze gorącéj patryotki, żyjącéj tylko w polskich wspomnieniach i chęciach. Dla mnie była bardzo łaskawą, co sobie z wdzięcznością przypominam, wybaczyła mi raz nawet pewien wybryk młodzieńczy, który popełniłem, aby ją i jéj panienki zabawić.
Otóż, wróciwszy z Berlina na pierwsze ferye do domu, chciałem Witolda odwiedzić i przyszła mi pusta myśl do głowy. Ubrałem się po kobiecemu od stóp do głów i za białego dnia podążyłem przez Wodną, Stary Rynek na Wroniecką ulicę pod strażą dwóch amicusów, Stasia Modlibowskiego i Ksawera Zakrzewskiego, obydwóch już nieboszczyków. Dostaliśmy się szczęśliwie na miejsce, a gdy wszedłem do pokoju, nikt mnie nie poznał, zwłaszcza że i głos zmieniłem. Zaproszony usiadłem na kanapie i kilka minut prawiłem, udając guwernantkę francuską, o jakimś interesie. Słuchano mnie z widocznem zdziwieniem, aż wreszcie, nie mogąc już wytrzymać, parsknąłem głośnym śmiechem, kapelusz mi się zesunął, fizyonomia moja wyszła zupełnie na wierzch i wszystko się wydało. Z początku zacna pani sędzina była trochę urażona, lecz przepraszającemu nie wzięła tak dalece za złe i sama się potem dość naśmiała z nieszczególnego wyglądu mojego, twierdząc, że Achil musiał być trochę ładniejszy, gdy go Ulisses między dziewczętami rozpoznać nie mógł.
Ale od matki przechodząc do jedynaka jéj syna, powiem ci, panie Ludwiku, że Witold Milewski, złożywszy egzamin dojrzałości trzydziestego siódmego roku na św. Michał, pojechał z Maksem Kolanowskim i ze mną do Berlina. Już w drodze umówiliśmy się, że razem mieszkać będziem; jakoż w istocie znaleźliśmy daleko od uniwersytetu przy Fryderykowskiéj ulicy trzy stosowne pokoiki na drugiem piętrze i wytrwaliśmy w nich cały długi semestr zimowy, chociaż szanowny nasz gospodarz, jakiś niedoszły medyk, który żył, bogowie wiedzą z czego, bił niemiłosiernie żonę i dzieciaki swoje, a najwięcéj w nocy, tak że nieraz przedzierające się przez cienką ścianę łoskoty i krzyki ze snu nas budziły. Od samego początku chwycił się Witold gorliwie matematyki, fizyki i nauk przyrodzonych, do czego już w klasach wyższych chęć i zdolność okazywał, bo pamiętam, ze był jednym z bardzo małéj liczby uczniów, którzy wykłady matematyczne księdza Kidaszewskiego rozumieli i korzystać z nich potrafili, podczas gdy większa część między nami słuchała ich, jak gdyby to były kazania w dahomejskim języku. Pracowaliśmy wtenczas wszyscy trzej normalnie, co, nie chwaląc się, wyznać mogę; całe niemal rano spędzało się w audytoryach; po południu wycieczki, na godzinkę lub dwie, do Thiergartenu, albo do którego z kolegów, a wieczorem siedzieliśmy zwykle w domu nad książką. Widzę, jakby dziś, te arkusze, które nasz matematyk łokciowemi logarytmami i równaniami zamazywał, mordując się nad ich rozwiązaniem. Szczególnie uwielbiał profesora Ohma, nie byłby za nic jego wykładów opuścił, a dzieła jego miał ciągle w ręku. Szczera chęć, łatwość w pojmowaniu, bardzo szczęśliwa i trwała pamięć ułatwiały mu naukę; przytem nieocenionym był współtowarzyszem, szczerym w przyjaźni, łatwym, uczynnym i wesołym w pożyciu, z wybitnym odcieniem zacności i szlachetności w uczuciach i zapatrywaniach i takim do śmierci pozostał. To też przeminął nam w świętéj zgodzie i jak najprzyjemniéj cały ten semestr i do dziś dnia miło mi przypomnieć sobie owego dwudziestoletniego wtenczas Witolda Milewskiepo i szczęśliwe, w ścisłéj z nim styczności spędzone chwile lat młodych.
Rozłączyliśmy się następnego semestru; ja wróciłem do pierwszego mego, jak Niemcy mówią, sztubenbursza, Hipolita Cegielskiego, który, po półrocznéj przeszło chorobie, przybył znowu do Berlina, Milewski pozostał wierny kuzynkowi swemu Kolanowskiemu. Wszakże to przyjaźni i koleżeństwa naszego nie zmieniło. Jak zemną, tak z całą Polonią ówczesną żył w ścisłych stosunkach, a stały się one żywszemi jeszcze, gdy późniéj przystąpił także do Towarzystwa akademików polskich, któremu między nami dali początek Leon Szuman i Nepomucen Sadowski. Był do końca pobytu swego w Berlinie jednym z najgorliwszych członków tegoż towarzystwa i jemu potem, jako należącemu do dyrekcyi, powierzono bibliotekę i zarząd czytelni, co mu nie mało roboty i straty czasu przysporzyło, zwłaszcza iż książki znajdowały się w jego mieszkaniu, które z tego powodu ustawicznie zwiedzano. Pobyt Milewskiego na uniwersytecie przedłużył się nieco skutkiem rozmaitych okoliczności nieznanych mi, bo przeszło dwa lata przed nim do Poznania wróciłem, a od chwili, kiedyśmy się na pocztowem podwórzu w Berlinie pożegnali, bardzo wiele wody upłynęło pod mostem chwaliszewskim, zanim spotkaliśmy się znowu; i on i ja przez cały szereg lat przebywaliśmy, zdaleka od siebie, rozmaite losu koleje. Roku czterdziestego trzeciego pamiętał o mnie i przysłał mi swoją dysertacyę doktorską: De ramis in finitis curvarum algebraicarum ordinis quarti; było to niestety dla mnie, nie powiem du grec, ale de l’hébreux; ucieszyłem się jednak szczerze z tego, że przypomniał sobie dawnego amicusa i że obszerna jego rozprawa, na wielkiem in quarto drukowana, ocenioną została przez fakultet przez znawców summa cum laude. Po doktoracie złożył zaraz swój popis rządowy i, uzyskawszy we wszystkich przedmiotach, do których się podał, stopień klas wyższych, posłany został niebawem do gimnazyum leszczyńskiego, gdzie stary już matematyk, profesor Putiatycki, potrzebował świeżéj siły koło siebie. Tam w Lesznie przebył nasz doktor dwa lata i od samego początku zawodu zdolnością naukową i biegłością pedagogiczną zwrócił na się uwagę władz szkolnych, a pozyskał przychylność uczniów i publiczności pełnem taktu i przyjacielskiem obejściem, ale przecierpiał także nie mało, poniósłszy w owym czasie dwie ciężkie straty. Jego ojciec, jeszcze w sile wieku, umarł nagle na wsi, w Lisówkach, przyjechawszy w odwiedziny do dobrego znajomego, Florentego Neymana, a niedługo potem umarła mu młodziutka żona. Ożenił się był bowiem w Berlinie z panienką, któréj niewysoką i wysmukłą figurkę, jasno-blond włosy i ładną twarzyczkę pamiętam, bo ją kilka razy widziałem w ostatnim roku moich czasów studenckich. Nieżal więc było Milewskiemu pożegnać się z Lesznem, gdzie zresztą, wyjąwszy kolegę uniwersytetskiego Antoniego Szymańskiego i księdza Tyca, mało z kim w bliższe wszedł stosunki, gdy go wezwano czterdziestego piątego roku do Ostrowa, aby przy nowopowstałem gimnazyum, do którego założenia przyczynili się najwięcéj Wojciech Lipski z Lewkowa i ksiądz Kompałła, zająć jedno z pierwszych miejsc jako nauczyciel wyższy. Szczegółów ważniejszych z jego pięcioletniego pobytu na téj posadzie przytoczyć ci niezdołam, prócz tego, że pożycie tam miał znacznie przyjemniejsze tak w mieście jako i z licznem wtenczas jeszcze obywatelstwem polskiem w okolicy, uczniów w znacznéj większości Polaków, co mu bynajmniéj obojętnem niebyło, że, pod urzędowym względem, mógł się na wyższem stanowisku wybitniéj odznaczyć, przedewszystkiem zaś, że znalazł drugą żonę, któréj zaletom i przywiązaniu zawdzięczał ozdobę i szczęście domowe większéj połowy swego życia.
Nareszcie po dziesięciu latach, ujrzałem znowu i to na bruku poznańskim poczciwego Witolda; niebyło to przypadkowe spotkanie, wrócił bowiem piędziesiątego roku na dobre do rodzinnego miasta, za sprawą Brettnera. Ow Brettner, o którym ci późniéj może powiem słów kilka, powołany tu na miejsce katolickiego radzcy szkólnego, po ustąpieniu kanonika Busława, zwiedzając gimnazya był także kilka razy w Ostrowie, a sam biegły matematyk mógł należycie ocenić zdolności naukowe i nauczycielskie Milewskiego i powziął dla niego pewien szacunek i życzliwość; gdy mu zatem, w skutek dymisyi udzielonéj księdzu Prabuckiemu, przydano jeszcze dyrektorat gimnazyalny St. Maryi Magdaleny, czując się przeciążonym, wniósł o powołanie Milewskiego, biorąc go do pomocy. Takim sposobem dostał się tenże do Poznania. Tutaj, prócz nauki w kilku klasach wyższych, powierzono mu, z tytułem inspektora, zarząd nad czterema klasami niższemi. Chociaż miał w tych obowiązkach swoich urzędowych, które nietylko sumiennie, lecz z pedentyczną niemal ścisłością wypełniał, dość dużo do roboty, niezaniechał jednak prywatnéj naukowéj pracy i zajmował się szczególnie postępami w dziedzinie wiadomości fizykalnych, co mu, jak mi sam mówił, największe sprawiało zadowolenie. Dla tego też często miewał wykłady z owego obrębu nauk w towarzystwie zwanem Naturwissenschaftlicher Verein, założonem tutaj około trzydziestego czwartego roku przez nauczyciela gimnazyalnego doktora Löwe, do którego znaczna liczba nauczycieli, wyższych urzędników i lekarzy, po większéj części Niemców, należała i które się do dzisiejszego dnia utrzymało. Te wykłady przyczyniły się także do uwydatnienia jego osobistości w kołach urzędowych i do bliskiéj jego znajomości z ówczesnym naczelnym prezesem Puttkamerem, biorącym czynny udział w posiedzeniach Vereina. Skoro więc piędziesiątego trzeciego roku trzeba było dyrektora dla gimnazyum trzemeszeńskiego, osądzili natychmiast tak Brettner jako i Puttkamer, że najstosowniejszą na to miejsce osobistością będzie Milewski. I nie zawiedli się w swem mniemaniu. Cztery lata tylko nasz dyrektor przepędził w Trzemesznie, ale wszyscy, co tam byli za jego czasów, nauczyciele i uczniowie, a z ostatnich wielu jeszcze spotkać możesz, poświadczą ci, panie Ludwiku, że Milewskiego w wdzięcznéj zachowali pamięci. A było tam z początku zadanie niełatwe. Jak zwyczajnie w małem miasteczku, z daleka od wielkiego ołtarza, opadają trochę cugle i zluźniają się porządki stosunków urzędowych, wkrada się pewna patryarchalna względność wzajemna w wypełnianiu obowiązków; nowy dyrektor zaś należał do ludzi, którzy ład i punktualność mają za podstawę we wszystkich czynnościach życia; przyszło więc nie jednę tutaj przezwyciężyć trudność tak w kole nauczycielskiem, jako też między uczniami i nieraz poza obrębem szkoły. Dopomógł mu pod tym względem wrodzony takt w obchodzeniu się z ludźmi; z jednéj strony powaga, którą sobie nadać umiał, z drugiéj zaś życzliwe i przyjacielskie chęci, które każdy w nim dostrzegł od razu. To też niedługo trwało, że i sprawy szkolne wprowadził na normalne tory i pozyskał sobie w Trzemesznie, równie naukowem działaniem jak i osobistością swoją, obok powszechnego szacunku, szczere przywiązanie kolegów i uczniów. Gimnazyum trzemeszeńskie, pod koniec jego dyrektorstwa stało w rzędzie najliczniejszych i najlepszych w naszym kraju i panował w niem duch wzorowego zakładu. Nie mówię ci tak na wiatr, panie Ludwiku, lecz z osobistego przekonania; odwiedziłem bowiem, przy pewnéj sposobności, Milewskiego w Trzemesznie i tak z tego, co mi powiadał i pokazywał, a bardziéj jeszcze z tego, co od innych słyszałem, mógłem nabyć wyobrażenia o pomyślnych skutkach jego działania. On sam był bardzo zadowolony ze swego stanowiska, wżył się już zupełnie w tamtejsze stosunki i zmiany nie pragnął. Nastąpiła jednak ta zmiana prędzéj niż się mógł spodziewać, a raczéj obawiać, bo już piędziesiątego siódmego roku sprowadzić się musiał do Poznania. Gdy się okazała konieczność przybrania jeszcze jednego radzcy szkolnego, zwrócono zaraz uwagę na dyrektora trzemeszeńskiego jako na osobistość do tego najstosowniejszą; nie było bowiem jeszcze owéj teraźniejszéj zasady: „precz z nim, parceque Bourbon!“ lecz bardziéj ludzka: „użyjmy go, quoique Bourbon!“ skoro wszelkim odpowiada warunkom. Opierał się zrazu, ile mógł, Milewski i nie bez powodu; w Trzemesznie posada jego, pod materyalnym względem, była wiele korzystniejszą, a pod moralnym, znajdując się w otoczeniu samych niemal współrodaków i życzliwych, przeczuwał słusznie, że tam, przy Gołębiéj ulicy, takiego widnokręgu bez chmur mieć już nie będzie. Skończyło się jednak na tem, iż naleganiom i obietnicom Brettnera i Puttkammera ustąpił. Za pierwszych lat urzędowania w radzie szkolnéj prowincyalnéj miał w wydziale swoim większą część katolickich szkół elementarnych departamentu, jako tez seminarya nauczycielskie poznańskie i paradyskie; od początku zaś roku sześćdziesiątego szóstego, po śmierci Brettnera, oddano mu także decernat gimnazyów katolickich w Poznaniu, Ostrowie i Trzemesznie, jako tez wyższych szkół żeńskich w Poznaniu. Praca to była niemała. Domagają się teraz po fabrykach ośmiogodzinnéj roboty; wyżsi urzędnicy administracyjni, panie Ludwiku, byliby bardzo zadowoleni, gdyby poza ten przęciąg czasu pracować nie potrzebowali.

Nie wspominam setnych zatrudnień rozmaitego rodzaju; pokazywał mi kilkakrotnie Milewski łokciowe sprawozdania i wnioski, które stanowiły jego chleb codzienny. Trzeba było gruntownéj znajomości rzeczy i zręczności w ich przedstawieniu, żeby takowe berychty zyskały nie tylko tutaj chętne uznanie i pochwałę przełożonych, lecz i zasłużyły sobie na szczególną uwagę w ministerstwie. Nie kończyło się przytem na fachowéj i biurowéj pracy; tak z własnego popędu, jako i z konieczności urzędowéj nie mógł nasz radzca zaniedbać naukowych zajęć, musiał je nawet rozszerzyć, osobliwie gdy potem przyszło kılka razy na rok przewodniczyć w egzaminach abituryenckich. Któryby z tego rodzaju przewodniczących chciał zajmować stanowisko niemego świadka i zgadzać się bez dalszego na wszelkie sposoby wypytywania i opinie egzaminujących nauczycieli, straciłby niebawem konieczną w tem otoczeniu przewagę i powagę; Milewski, jak mi dobrze wiadomo, żadnemu przedmiotowi nie okazał się obcym, sam zwykle, rozliczne zadając pytania, przekonywał się o uzdolnieniu egzaminandów i nieraz dziwili się fachowi egzaminatorowie nad wielostronnością jego wiadomości.
Na posiedzeniach kolegium prowincyalnego, w sprawozdaniach ustnych i obronie swych wniosków, w bezpośrednich naradach z naczelnymi prezesami, występował tak sumiennie i gruntownie co do rzeczy, tak jasno co do formy, że pozyskał sobie szacunek i wyraźną życzliwość Puttkamera i jego następcy Horna; nieraz mi powiedział, iż pod względem osobistych z nimi stosunków lepiéj sobie życzyć nie może. Dla Brettnera poczuwał się zawsze do pewnéj wdzięczności i gdy został jego kolegą, był z nim ogółem w dobrem porozumieniu co do spraw urzędowych; ich zgoda jednak zachmurzyła się z czasem, zwłaszcza iż Brettner coraz bardziéj, w końcu swego zawodu, ulegał wpływowi trzeciego radzcy, Mehringa. Ów Mehring, o którym ci już dawniéj słów kilka powiedziałem, gdyśmy stali przy jego mieszkaniu na Berlińskiéj ulicy, z nadzwyczaj bystrym rozumem i rozległą nauką, łączył przekonania i dążności gorliwego pastora i gorliwszego jeszcze germanizatora; ztąd też od samego początku zajął, zachowując wszelką przyzwoitość koleżeńską, względem Milewskiego wręcz przeciwne i nieprzyjazne stanowisko. I nie mogło być inaczéj. Otóż Milewski, panie Ludwiku, był wzorowym urzędnikiem pruskim, co i przełożeni jego i inni Niemcy najzupełniéj przyznawali; nie tylko z rzadką sumiennością wypełniał wszelkie powinności swego stanowiska, lecz nawet pozoru nielegalności, któryby nań ściągnąć mógł jakiekolwiek podejrzenie, unikał starannie, czasem niemal drobnostkowo, bo przypominam sobie, iż pewnego razu, gdy szedłem z nim do gmachu rejencyjnego, mówił mi, żebym się doń z polskiem słówkiem tam nie wyrwał; żadnego nie miał udziału w naszych wspólnych pracach i zebraniach, w teatrze polskim nie bywał, nawet stosunki swoje towarzyskie z światem polskim ograniczył; wszakże i jego na wskroś polskie serce i zresztą jego urzędowy obowiązek nakazywały mu nie spuszczać z oka, w obrębie spraw szkólnych, interesu polskiego i katolickiego. Ile przepisy prawne i nie cofnięte jeszcze znane owe przyrzeczenia na to pozwalały, znajdowała w nim narodowość nasza i religia stanowczego i odważnego obrońcę, który wytrwale za utrzymaniem i uszanowaniem tego w gimnazyach, seminaryach i szkołach elementarnych obstawał, czego natura, godność ludzka i sprawiedliwość wymagają.
W ciągłéj prawie otwartéj i skrytéj walce był z tego powodu, strzegąc każdego zagrożonego punktu, bo już od dawna, a właściwie od pierwszéj chwili po okupacyi, korzystano z najmniejszéj sposobności, aby, w obrębie wychowania i języka, w obrębie wyznania religijnego, uszczuplać nam, okrawać i odbierać co się dało. Z każdym niemal rokiem pogarszały się te stosunki; położenie Milewskiego stawało się coraz przykrzejsze i wspomniał mi raz, ile sobie przypominam, jeszcze przed ostatecznym wybuchem kultury, że, „chciałoby mu się czasem uciec za dziesiątą granicę, bo mu jest jak gdyby walił się nań sufit, którego powstrzymać nie może.“ Już był bowiem wtenczas prezesem rejencyjnym pan Wegnern w Poznaniu i w nim znalazł Milewski najzawziętszego przeciwnika, zwłaszcza gdy po wiktoryach sedańskich nastąpiła tak zwana era falkowska, a hasło „ausrotten“ stało się przewodnią zasadą wszelkich czynności administracyjnych. Szło w tym duchu jedno po drugiem; zaczęło się od zniesienia wykładów polskich tam, gdzie były w gimnazyach i wyższych zakładach, a daléj, co najdotkliwsze, zabrano się do rugowania języka ojczystego ze szkół elementarnych i do trapienia dzieciaków ową mimiką palca i obrazka: „das ist ein Vogel und das ist ein Schaaf“. Milewski ze względu na stanowisko swoje, li tylko na racyach psychologicznych i moralnych i na zasadach zdrowéj pedagogiki, które Niemcy sami tak znakomicie wyświecili i których się w szkołach swoich tak energicznie trzymają, opierał się ile mógł, ustnie i piśmiennie, nowéj metodzie uczenia, któréj owoce teraz widzimy, bronił jak mógł przy każdéj sposobności naszych biednych niedorostków po wsiach i miastach, a chociaż wiedział i nie ukrywał innym, że wysiłki jego daremne, uważał za święty obowiązek trzymać się rozumu i prawdy. Jedynym skutkiem tego uczciwego postępowania było, że ściągnął na siebie niełaskę wyższych kół rządowych i że niedomagania sercowe, które się już w Trzemesznie u niego odezwały, zwiększyły się znacznie przez ciągły niepokój i rozdraźnienie. Przyszło gorzéj jeszcze, gdy siedemdziesiątego trzeciego roku, z tutejszego zapewne natchnienia, powzięto w Berlinie myśl przeniesienia polskich nauczycieli gimnazyalnych z Poznania i Ostrowa, jako indywidua szerzące polską zarazę między młodzieżą, do prowincyi rdzennie niemieckich i powołania na ich miejsce czystéj krwi potomków Arminiusza. Wypracował nasz radzca z tego powodu obszerne sprawozdanie, w którem usiłował wykazać niesłuszność podejrzeń i niesprawiedliwość tak ciężkiéj kary, która na całkiem niewinnych spaść miała; ale sprawozdanie to nim do ministerstwa doszło, opatrzył, ile słyszałem, sam prezes Wegnern, współreferent, swemi uwagami, przedstawiającemi hurtowne przesiedlenie owych nauczycieli jako rzecz konieczną w interesie rządu i ułatwiającą zniweczenie polskiego żywiołu w prowincyi. Co za obrót sprawa ta wzięła, panie Ludwiku, dobrze ci wiadomo; przegrał Milewski, wygrał pan Wegnern, a nie tylko gimnazya katolickie wyludniono z Polaków, lecz i obrońca ich wkrótce potem, za swoje grzechy odpokutował, odebrał bowiem rozkaz powędrowania do Minden, gdzie mu przy rejencyi niższe stanowisko naznaczono, dając tylko decernat szkół elementarnych. Myślał Milewski, że osobistym wpływem rzecz w Berlinie zmieni, ale przedstawienia jego i rozprawy z tajnym radzcą Stievem i ministrem Falkiem pożądanego skutku nie odniosły. Chociaż był wzorowym urzędnikiem i przeciw prawu i wierności w niczem nie skrewił, ciężył jednak na nim, w opinii szowinistów, grzech pierworodny, a prezes Wegnern, który się późniéj dostał do Bydgoszczy, jakkolwiek z wszelkiem uznaniem odzywał się o jego zdolnościach i sumienności urzędowéj, nie mógł mu jednak tego zapomnieć, że on, radzca pruski, w domu i na ulicy, z żoną i dziećmi mówi po polsku. Wystawiano Milewskiemu, aby go pocieszyć, Minden jako bardzo miłe miejsce pobytu, mieszkańców jako dobrych katolików, nawet z rejencyi mindeńskiej wzywano go piśmiennie, żeby przybył, obiecując ułatwienia i szczere przyjęcie; czuł on jednak, że mu niezasłużoną krzywdę wyrządzono, że na stare lata powietrza zmienić nie może, ani oderwać się od rodzinnego kraju i tylu ścisłych stosunków, nie tylko z powodów moralnych, lecz i ze względu na zachwianą fizyczność swoją, dla tego na przesiedlenie nie przystał, wystąpił całkiem z urzędowego świata i pozostał między nami w Poznaniu.
Lat przeszło trzydzieści spędziwszy w nieprzerwanéj pracy około szkół, mocno się był do nich przywiązał; znał wszystko, co tylko z niemi w związku było, tak pod teoretycznym, jako i pod praktycznym względem, nie tylko rzeczy lecz i osoby; znał całe zastępy nauczycieli, księży, zakonnic, uczniów i uczennic; w ciągłéj zostawał styczności z najrozmaitszą publicznością, nie dziw więc, że do końca życia nie mógł o nich zapomnieć i chętnie mówił o tem, co w urzędowéj przeszłości swojéj jako nauczyciel, dyrektor i radzca szkólny zdziałał i przebywał. — Pogrążyć się zaraz w życiu nieczynnem niepodobieństwem było dla przekonań jego i temperamentu; osobistości tego rodzaju, jakikolwiek ich wiek, bez zatrudnienia pozostać nie mogą. — Znalazł je wkrótce nasz radzca, a wolnym teraz będąc od wszelkich pobocznych względów, które go przedtem krępowały i nie dozwalały mu brać udziału w naszych tutaj wspólnych zachodach i przedsięwzięciach, zajął się niemi tem chętniéj i gorliwiéj, że uczucia jego na wskroś polskie, niezmienione, a raczéj spotęgowane długiem tłumieniem, mogły się teraz swobodnie ujawnić na zewnątrz. Towarzystwo przemysłowców polskich miasta Poznania uprosiło go, aby objął zarząd jego finansowych zakładów i niebawem stanął Milewski, jako prezes rady nadzorczéj, na czele tutejszego Banku przemysłowego, któremu, przywykłszy w dawniejszych stosunkach swoich do biurowego ładu i form urzędowych, wyświadczył w tym kierunku niejednę ważną przysługę, trzymając osobliwie rachunkowość jego pod ścisłym i ciągłym dozorem. Nie wystarczała mu przecież ta jednostronna czynność; człowiek naukowy zawsze wracać będzie w wolnych chwilach do przedmiotów, które od pierwszéj młodości umysł jego zajmowały; to też Milewski, którego wtedy nieraz zastać mógłeś zajętego matematyką lub fizyką, jak kiedyś za lat uniwersyteckich, przystąpił niebawem do Towarzystwa Przyjaciół Nauk, gdzie jako przewodniczący wydziału przyrodniczego, zajął odpowiednie swemu uzdolnieniu i dla owego Towarzystwa wielce pożyteczne stanowisko. Jeżeli ci do tego jeszcze powiem, że, wzorowym będąc ojcem, pracował z synami swymi i pełnił przy nich obowiązki sumiennego korepetytora, to przyznasz, panie Ludwiku, iż potrafił czas swéj emerytury dostatecznie zapełnić. I w takim trybie życia, nie bez odzywających się czasami niedomagań fizycznych, ubiegło mu lat spokojnych parę na bruku poznańskim.
Ale znów zajść miała zmiana w jego losach; roku, zdaje mi się, siedemdziesiątego szóstego kupił książę Wilhelm Radziwiłł dobra chociszewickie od spadkobierców hrabiego Teodora Mycielskiego, a ponieważ nie mógł osobiście zarządzać tą znaczną fortuną, przeto, idąc za radą osób, które Milewskiego znały, zapytał go, czyby nie zechciał jako pełnomocnik objąć administracyi owego majątku. Nasz radzca nie długo się wahał i, ustępując różnostronnym naleganiom, przyjął to stanowisko, chociaż z początku zdawało mu się wychodzić po za obręb dotychczasowych jego zatrudnień. Należał on wszakże, jak Władysław Bentkowski, do tych ludzi, których użyć można do wszystkiego co zacne i pożyteczne i którzy się z każdą niemal robotą oswoić wkrótce potrafią, jakkolwiek obcą była im przedtem. Pięć lat przepędził Milewski w Chociszewicach, gdzie, doznając szacunku i jak najprzyjaźniejszych względów ze strony księcia i jego żony, rodem Rzewuskiéj, nie szczędził pracy i zabiegów w utrzymywaniu sumiennéj rachunkowości, załatwianiu spraw sądowych i finansowych, dozorowaniu rządzców i dzierzawców i we wszelkich innych czynnościach z dzierzeniem tak obszernéj własności wiejskiéj połączonych. Nie miał tam, zaprawdę, synekury, ani mu brakło kłopotów i nieprzyjemności, którym trudno było zaradzić, bo leżały po za kołem właściwego zarządu; tego, iż przeliczono się w kupnie, administrator zmienić nie mógł, ale skutki niemile odczuwać musiał, a gdy w końcu zaszło tam coś, co na wybryk wbrew zaufaniu wyglądało, pożegnał się Milewski z Chociszewicami krótko przedtem, nim przeszły w inne ręce; przybył znów do miasta i lżéj mu się tu zrobiło na sercu i swobodniéj odetchnął powietrzem poznańskiem, chociaż wogóle, ile pamiętam, już w tych latach swego życia znacznie się był zmienił co do usposobienia, a raczéj, jak to mówią, co do humoru. Ten za czasów uniwersyteckich wesoły Witold, pełen nieraz imaginacyjnych pomysłów i zwykle przez szkła różowe patrzący na świat, przeinaczył się powoli, pod wpływem różnolitych okoliczności i doświadczeń, na człowieka poważnego, mierzącego wszystko rozsądkiem, mówiącego częstokroć z pewnem urzędowem namaszczeniem; ale grunt w nim nie zmienił się nigdy; zacność w stosunkach publicznych i prywatnych, rzetelność zasad i patryotyzm w uczuciu pozostały do końca, a w dobrych chwilach i poufnem otoczeniu wracała dawna pogoda umysłu. — Objął zaraz po powrocie poprzednie stanowisko swoje w Banku przemysłowym i w Towarzystwie Przyjaciół Nauk, które go do zarządu jako skarbnika wezwało; prócz tego zaś, odchowawszy synów, którzy w rozmaitych zawodach bezpieczne już zajmowali miejsca, spokojny o ich los, mógł na stare lata zajmować się jeszcze nauką wnucząt, nie szczędząc im troskliwéj opieki. Ale ostatniemi laty organizm jego coraz widoczniéj szwankował; uskarzał się nieraz, gdy się z nim zszedłem, na rozmaite dolegliwości, na oddech nienormalny, na serce, to znów na drętwienie ręki lub nogi, a chociaż mu to czasem psuło fantazyę i napędzało smutne myśli do głowy, starał się przezwyciężyć owe słabości, w ruchu i zwykłych zatrudnieniach nie ustawając. — Śmierć młodszéj siostry, panny Waleryi, która dużo przecierpieć musiała w téj ostatniéj swojéj przeprawie, ciężkim żalem przejęła przywiązanego serdecznie do niéj brata i nie była bez złowrogiego wpływu na stan jego zdrowia; przeżył ją bodajnie tylko pięć kwartałów.
Jeżeli ci, panie Ludwiku, trochę dłużéj mówiłem o Witoldzie Milewskim, szło mi o to, żebyś miał wyobrażenie o wartości i zasługach człowieka, którego nazwisko nieraz jeszcze między starszymi usłyszysz, a przytem miło mi było pogadać o przyjacielu z lat młodych, który mi życzliwości do końca dni swoich dochował.
Dwie następne kamieniczki nic mi szczególnego nie przypominają, ale stojąca za niemi na rogu Koziéj uprzytomnia mi, prócz doktora Alfreda Bentkowskiego, znanego ci już z przeszłych opowiadań, który tu mieszkał na pierwszem piętrze dopóki do Rzymu nie powędrował, inną dość oryginalną osobistość. Otóż, przez lat kilkanaście była tam na dole, gdzie teraz jest skład bielizny, cukiernia, filia Wassalego ze Starego rynku. W owéj cukierni mógłeś, czterdziestego pierwszego roku, niemal codzień, około czasu poobiedniéj kawy, zastać mniéj lub więcéj liczne kółko; centrum zajmował pan Eugeni Breza, drugi, jak mi się zdaje, z rzędu syn ministra Brezy. Przedstawiłem mu się pewnego razu tutaj i uwzględnił mnie przychylnie, bo mego ojca znał od dawna, jeszcze małym chłopcem będąc; wszakże rzadko kiedy spotykaliśmy się z sobą i kończyło się na wzajemnem przywitaniu, dla tego mało co powiedzieć ci mogę o losu jego kolejach. Wiadomo mi, że za młodu był tutaj w szkołach, wykształcenie swoje uzupełnił za granicą, po większéj części w Francyi, a odbywszy kampanię trzydziestego roku, dziesięć lat spędził na emigracyi. Pod każdym względem robił wrażenie Francuza; już zewnętrzność jego wyglądała, jak gdyby z Prowancyi lub Gaskonii pochodził. Średniego wzrostu i dobréj tuszy twarz miał piękną i wyrazistą, ciemnym, gęstym włosem, brodą i wąsem przyozdobioną, a w oczach jego uwydatniał się zamysł i dowcip. Zazwyczaj mówił, podnosząc brwi, urywkowo i sentencyonalnie, najchętniéj po francuzku, którym to językiem władał wiele lepiéj niż ojczystym. Pojawił się tutaj w trochę dziwnym stroju, który wkrótce odłożył, bo w białym płaszczu, a raczéj habicie, co mu nadawało pozór Benedyktyna; albowiem, jak mi powiadano, pokumał się w Paryżu ze Sęsymonistami i zapatrywał się na świat jakoś religijno-mistyczno-krytycznie. Zasady jego i wyobrażenia, ile słyszałem od tych, którzy częściéj z nim przestawali, niełatwo było odgadnąć; zdawało się nawet, że sam jasno i stanowczo nie wie, czego chce, że niekontent jest z ludzi i rzeczy może i ze siebie, a żyjąc bezczynnie i pragnąc coś znaczyć przybiera taką postawę kontemplacyjno-satyryczną. Iż tak mniéj więcéj u niego było, wnosić można z tego, co drukiem wyjawił. Wyszły bowiem owego czterdziestego pierwszego roku u Żupańskiego trzy maleńkie broszurki, których pan Eugeni był autorem; jedna z nich ma tytuł: Babie lato panny Dziubińskiéj nie babom poświęcone, z godłem: turdus ipse sibi damnum cacat i z krótką przedmówką do Tytusa, tj. brata, wystósowaną; druga: Błędy, których się wystzegać należy mówiąc po francuzku, dla wygody panienek wielkopolskich; trzecia: Medytacye panny Dziubińskiéj, zawsze i jedynie wygodzie panienek wielkopolskich poświęcone. Te broszurki, które teraz zapewne do rzadkości bibliograficznych należą, równie jak pana Skórzewskiego Pięćset razy czemu i dla czego? są zbiorkami pojedyńczych i całkiem bez związku między sobą będących maksym, spostrzeżeń, ucinków, dwuznaczników, po większéj części w francuzkim języku, tylko kilka między niemi znajdziesz pisanych po polsku, kilka po niemiecku.
Przypominam sobie, że mnóztwo osób czytało to wtenczas z ciekawością; starały się osobliwie panie odgadywać kto jest ów „Monsieur“, „Madame“, „Mademoiselle“, których autor w téj lub owéj zaczepce miał na myśli; czytałem i ja, ale przyznam się szczerze, iż genialności niewiele dostrzedz mógłem. Większa część pomysłów jest raczéj dziwaczną niż dowcipną, widać więcéj wysiłku niż skutku; niejedno dictum niezręczne, niejedno całkiem niezrozumiałe, o ortografii zaś i korekcie słów tracić niebędę. Chciała zrobić wrażenie panna Dziubińska, lecz spaliło się na panewce, a co się późniéj z tą panną stało, tego ci powiedzieć nieumiem, bo opuściwszy Poznań w połowie czterdziestego pierwszego roku, gdy po dwóch latach potem wróciłem, niezdarzyło mi się już ani jéj widzieć, ani cośkolwiek o niéj słyszeć.
Gdy Wassali cukiernię swoję wyniósł, lat kilka przed piędziesiątym, zajął jego miejsce niejakiś Klug, który usadowił tutaj handel i fabrykę noży, scyzoryków i rozmaitych innych przyrządów metalowych. Nieraz u niego kupiłem com potrzebował i był ów pan Klug individuum pokaźne i dość znane w naszem mieście, dla tego ci też o nim wspominam. Wysoki, barczysty, z poważną zawsze fizyonomią, Niemiec rodem, lecz mówiący po polsku jak Polak, towary miał bardzo dobre i umiał chodzić koło siebie; to też z pomocą równie wysokiéj i statecznie wyglądającéj żony, która mu bardzo biegle w handlu pomagała, od małego zacząwszy, przyszedł do fortunki i tę kamieniczkę nabył. Czyją ona teraz, po jego śmierci, własnością, nie wiem, zresztą rzecz dla nas obojętna, panie Ludwiku, przejdziemy więc daléj.
Z tych kilku starych bardzo domów, które po za Kozią uliczką do rynku sięgają, jeden mi tylko pozostał w pamięci, numerem sześćdziesiątym obecnie naznaczony. Świetnie on nie wygląda, a dawniéj jeszcze był bardziéj zaniedbanym i brudnym, gdy częstokroć jako tercyaner i sekundaner, trzydziestego drugiego i trzeciego roku po ciemnych jego schodach wchodziłem na pierwsze piętro do małego pokoiku, gdzie, prócz sosnowego łóżka i stolika, komódki, książek na paru deskach i trzech czy czterech krzeseł, widziałeś tylko gołe i niezbyt czyste ściany. Mieszkał w nim mój mentor i przyjaciel razem, żwawy wtenczas prymanerek Aleksander Schwarzbach. To nazwisko znane ci zapewne; jest ono teraz od dawna w W. Księstwie i pogranicznych prowincyach pruskich między młodzieżą głośne. Wiek już, a przynajmniéj pół wieku, jak nie widziałem pana Aleksandra, wiem jednak, że żyje, dość silny jeszcze i życzę mu szczerze, żeby mógł jak najdłużéj uczyć, rządzić i krzątać się w murach owego Ostrowa, które jemu początek i byt swój zawdzięcza. Wszakże właściwie, panie Ludwiku, wedle raz przyjętéj zasady, nie powinienem, jako o żywym, nic o nim mówić do ciebie, bo to z żywymi bardzo trudna sprawa; zawsze im się powie albo za wiele, albo za mało; tymczasem sądzę, że pod Wieluniem nie usłyszą co ja ci tu prawię przy starym domu na Wrocławskiéj ulicy, a choćby też usłyszano, za złe mi pewnie nie wezmą, że sobie przypomniałem dawnego amicusa, z którym niejednę miłą i tu i gdzieindziéj przepędziłem chwilę. Był ów Schwarzbach pięć lat starszy odemnie, przytem posiadał dziwną na swój wiek dojrzałość umysłu, którą łączył z naiwną niemal moralnością i nadzwyczajnem uzdolnieniem do nauk, a między niemi do matematyki. Mnie to tam z ową matematyką szło rozmaicie; zaniedbałem się w niższych klasach, co, jak zwykle, pomściło się w wyższych, i miałem potem wiele biedy z przykładami algebraicznemi, których nam profesor Buchowski do domu nie szczędził; dla tego ojciec wziął mi do pomocy Schwarzbacha, pragnąc, żebym nie tylko miał ulgę w matematycznych mozołach, lecz i sposobność mówienia po niemiecku. Wkrótce nie tylko ja szczerze polubiłem mego korepetytora, lecz także rodzice moi, krewni nasi i znajomi; bo któżby go nie był polubił poznawszy się z nim bliżéj? Przystojny ten i zgrabny młody chłopiec miał pod swoją jasnowłosą czupryną i wysokiem czołem wyraz twarzy tak rozumny i uśmiech tak uprzedzający, iż wzbudzał zaraz zaufanie, a wrodzoną przyzwoitością i swobodą w całem braniu swojem ujmował sobie każdego.
Widywaliśmy się dość często i po za naszą matematyką, chociaż nie wiele miał wolnego czasu, bo po większéj części musiał się sam starać o siebie i lekcyami zarabiać na utrzymanie. Wszędzie, gdzie te lekcye dawał, był persona grata; u Wiczyńskich i Stocków uważano go za swego, a przedewszystkiem tam na rejencyi u Flottwelów, gdzie uczył panienki i najmłodszego chłopca, wielką cieszył się łaską, która to łaska ztąd, jak mi powiadał, pochodziła po części, iż pan prezes naczelny dawniejszemi czasy z ojcem jego kolegował. Ojciec ów żył jeszcze, przestając na małéj emeryturze, gdyśmy z Aleksandrem chodzili do szkół, ale go nigdy nie widziałem, zwłaszcza że z rodziną swoją mieszkał wtenczas w Swarzędzu; nic ci więc o nim powiedzieć nie mogę, chyba to, co mi, ile pamiętam, syn jego wspomniał, że był kriegsratem za pierwszéj pruskiéj okupacyi, tu w naszych stronach, czy też pod Warszawą, i owemi czasy w bliskie wszedł stosunki z rodziną Kościelskich; że po roku piętnastym urzędował lat kilkanaście jako radzca rejencyjny w Bydgoszczy, gdzie także Aleksander przebył niższe i średnie klasy gimnazyalne. Panię Schwarzbachową, wiele młodszą od męża, dobrze sobie przypominam; widywałem ją nieraz, bo, owdowiawszy, mieszkała tutaj w Poznaniu lat kilkanaście. Pani ta, urodzona Straszewska, na wskroś Polka, bo nawet po niemiecku nieświetnie mówiła, musiała być w młodości swojéj bardzo przystojną i wywierała, ile mogła, wpływ polski na dzieci; wszakże, jak się czasem zdarza w małżeństwach mięszanych, jedne z dzieci idą na prawo, a drugie na lewo. Syn wdał się był w ojca i pozostał Niemcem; po polsku rzadko i nie biegle mówił i nie wiem, czy teraz nie zapomniał do reszty; wszakże nie tylko ze świata nas wytępić nie chciał, lecz Polaków zawsze lubił, często i chętnie z nimi przestawał, a matkę swoją szanował i kochał. Jednę z jego sióstr widziałem w Berlinie, która także po polsku ledwo co umiała, dwie inne zaś, gorliwe Polki, za Polaków wyszły.

Ukończywszy nauki w nierozdzielonem gimnazyum naszem, zdaje mi się, na Wielkanoc trzydziestego czwartego roku, straciwszy krótko przedtem ojca, poszedł potem pan Aleksander na uniwersytet do Berlina, w zamiarze, jeśli się nie mylę, słuchania prawa i kameraliów, zachęcony przykładem ojca; w skutek tego nie widziałem go przeszło dwa lata i nie wiedziałem nawet co się z nim dzieje, i dopiero trzydziestego szóstego, gdy się także nad Szpreą znalazłem, spotkaliśmy się znowu i ponowiliśmy dawną zażyłość. Co do usposobienia przyjacielskiego był to ten sam prymaner z Wrocławskiéj ulicy; lecz zamiast prawnika, jak się spodziewałem, zastałem pół teologa i pół filologa, który z upodobaniem słuchał kolegiów Neandra i Hengstenberga, Böcka i Rankego. Z tą teologią miało się też już ku końcowi; musiała ona ustąpić przed bożkiem Olimpu, który, chociaż najmniejszy, trzęsie Jowiszem, a cóż dopiero ludźmi. Jak się nieraz studyozom zdarza, pokochał się, mieszkając u jakiejś wdowy, nasz teolog w jéj córce, ubogiéj panience, w któréj upatrywał wszelkie przymioty serca i duszy, a ponieważ był idealistą, i gruntownie zacnego sposobu myślenia, postanowił ożenić się jak najprędzéj i zamiar swój uskutecznił niebawem, w parę miesięcy po moim przyjeździe do Berlina.
Krok ten śmiały mógł narazić na szwank całą jego przyszłość, a, gdyby nie jego studenckie afekta, byłaby ona prawdopodobnie poszła innym torem; zdawało się bowiem, przy końcu jego pobytu w Poznaniu, iż miano tam w rejencyi zamiar wydania za niego jednéj z córek, którą potem dostał nauczyciel gimnazyalny Trinkler. Nie dziw wszakże, iż mu się to nie bardzo uśmiechało, bo owa panienka nadmiarem wdzięków bynajmniéj się nie odznaczała. Ożenić się łatwo, ale cóż potem, jeśli się stoi wobec zupełnéj próżni kuferków i kieszeni! a taką była nieubłagana rzeczywistość. W podobnem położeniu tylko odwaga, rozum i praca owo hamletowskie pytanie korzystnie rozwiązać mogą. Pan Aleksander trzy te przymioty miał w wysokim stopniu; chcąc żyć, trzeba było zarabiać; zawiesiwszy zatem teologię na kołku i ograniczywszy swoje domowe potrzeby ad minimum, pokręcił się o lekcye i znalazł je, a zdarzyło się szczęściem dla niego, że między uczniami było dwóch takich, którzy chcieli się przysposobić prywatnie do egzaminu dojrzałości. Jeden z nich już dwudziestokilkoletni, nazwiskiem Posener, żydowskiego rodu, pochodził z Księstwa, drugi zaś zwał zię Eisenhardt-Rothe. Znałem obydwóch, nawet z Eisenhardtem przez cały ciąg pobytu mego na uniwersytecie żyłem w przyjaźni i zostawił mi bardzo miłą pamięć po sobie. Był to wtenczas, gdyśmy się u Schwarzbacha spotkali, dziewiętnastoletni blondynek, niezwykle wysoki i chudy, w ruchach niezgrabny i nie umiejący jakoś panować nad długiemi rękoma i nogami, ale w białéj, świeżéj twarzy miał coś nader ujmującego; odbijało się w niéj jego dobroduszne i życzliwe usposobienie. Mimo tak młodego wieku, zewnętrzności i rozrywki mało go zajmowały; lubił przedewszystkiem dyskutować i filozofować. Nie wiem czemu, ale Polacy przypadli mu, jak to mówią, do gustu i dopóki zostawałem w Berlinie, kolegował prawie tylko z kilkoma z nas i ze Schwarzbachem; a chociaż rodzina jego liczyła się do znakomitszéj szlachty pomorskiéj, nie miał pod tym względem najmniejszéj zarozumiałości, ani się też zbytnio szczycił ojcem swoim jenerałem. Ów stary, pozasłużbowy jenerał, którego kilka razy widziałem odwiedzając syna, był znaną na dworze i w wojsku pruskiem osobistością. Odznaczył on się niepospolicie w wojnach przeciw Francuzom nadzwyczajną odwagą, jako oficer jazdy i jako ulubiony adjutant Blüchera; dawano mu częstokroć niebezpieczne polecenia, licząc na jego nieustraszoną fantazyę. Nie straszyły go kule, ani pałasze, lecz, dziwnym sposobem, w skutek jakiegoś szczególnego nastroju nerwów, przejmował go strach nieprzezwyciężony na widok dwóch całkiem niewinnych przedmiotów. Gdy kot znajdował się w jego bliskości, dostawał nasz jenerał kurczów, krzywił się i krztusił, nie wiedział jak sobie dać radę; toż samo działo się z nim na widok naparstka. Rzecz to była znana, a królowa Ludwika, jak mi to syn jego powiadał, posłyszawszy o niéj, chciała się przekonać, czy prawda co mówią o tak odważnym oficerze. Gdy więc pewnego razu przybył na zamek z raportem do króla, wezwała go do siebie i stanąwszy przy otwartym oknie, rozpoczęła z nim rozmowę, podczas któréj nieznacznie zdjęła z palca naparstek i położyła go przed siebie na deskę. Dzielny oficer, ujrzawszy go, zaczął w téj chwili drgać i dyszeć, lecz, nie tracąc przytomności, dał mu silnego szczutka, a naparstek wyleciał do ogrodu; poczem mogła, śmiejąc się, królowa spokojnie rozmowy swéj dokończyć.
Ale, wracając teraz do Schwarzbacha, panie Ludwiku, powiem ci, że udała mu się ta pierwsza próba z abituryentami. W krótkim czasie przysposobił ich do egzaminu, który obydwaj wybornie złożyli. Posener późniéj, jako lekarz zostawszy w Berlinie, wyrobił sobie tam znaczną praktykę, Eisenhardt zaś, krótko po moim powrocie do Poznania, złożył pierwszy egzamin prawniczy; jaki zaś potem obrót wzięły ich losy i czy żyją jeszcze, tego ci powiedzieć nie umiem, bo mnie już żadna o nich późniejsza wieść nie doszła. Dla Schwarzbacha był wypadek ten ważnym; napędził mu kilku nowych kandydatów dojrzałości i zachęcił go do założenia tego rodzaju przygotowawczéj szkoły, zwłaszcza że ich wtenczas jeszcze w Berlinie nie było. Wkrótce więc potem najął obszerne mieszkanie, zaraz przy owym Kasztanowym lasku za uniwersytetem, na tak nazwanym Bauhofie, a miejsce to jest mi pamiętne, bo, ponieważ miał kilka pokoi na zbyciu, mieszkaliśmy tam razem z Cegielskim cały rok u niego. Przez ten rok wzrastała ciągle liczba jego uczniów; sam nie był już w stanie wydołać, wziął więc do pomocy swego przyjaciela i późniejszego szwagra, doktora Geigera, a niezadługo innych jeszcze, nawet i ja przez kilka miesięcy trochę mu pomagałem; a chociaż wtenczas ze zdrowiem w niezupełnéj żył zgodzie i finansowo kurczyć się jeszcze musiał, rzecz szła coraz lepiéj, tak że, gdy z Berlina wyjeżdżałem, horyzont jego wypogodził się zupełnie i stanowisko utrwaliło. Pierwszym z Polaków, a miał ich późniéj nie mało, który wtenczas z jego poręki egzamin abituryencki złożył, był Ksawery Zakrzewski.
Skoro ci to nazwisko wymieniłem, panie Ludwiku, niepodobno mi przemilczeć o amicusie, z którym lat kilkanaście w codziennéj niemal zażyłości przebyłem. Zaczął on rok dziewiąty, a ja ósmy, gdyśmy się po raz pierwszy z sobą spotkali. To pierwsze spotkanie nie zatarło się jeszcze w méj pamięci. Zimą dwódziestego piątego roku przywieźli rodzice swego Ksawerka z Niesłabina tu do Poznania, zawiniętego od stóp do głów w wielkim szalu wełnianym, i gdy go wydobyto z tego powijaka, okazał się dość spory chłopak z ciemnym, kędzierzawym włosem na głowie, który duże, piwne oczy z zdziwieniem na świat wytrzeszczał. Niebawem oswoiliśmy się z sobą i w kilka dni potem posłano nas obydwóch do tak zwanéj pani Kantorowéj, aby nas trochę po niemiecku nauczyła. O téj pani Kantorowéj powiem ci coś więcéj, jeśli kiedy zajdziem na Groblę. Z Ksawerkiem mieszkaliśmy razem przeszło lat dziesięć, ztąd też całą jego rodzinę znałem niemal jak własną i Żabno, późniejsza jéj siedziba, majaczy mi przed oczyma, chociaż z okładem pół wieku minęlo jak go nie widziałem. Byłem tam pierwszy raz z moją babką, gdy jeszcze żyła dawniejsza właścicielka téj wsi, pani Bilińska, jejmość w podeszłym wieku, niska i otyła, z dość dużym nosem; jéj mąż, pan sędzia Biliński, należał wtenczas do nieboszczyków, ale przypominam sobie jego portret kontuszowy, który wisiał w Żabnie nad kanapą, w głównym pokoju, obok portretu jejmości. Potem zwiedziłem kilkakrotnie Żabno, gdy je kapitan Zakrzewski posiadał, odziedziczywszy po Bilińskich jako najbliższy krewny i nabiegałem się tam niemało z Ksawerym i młodszym jego bratem po podwórzu, pod staremi drzewami, które rzędem stały przed dworkiem, po owym wielkim boru którego pan kapitan strzegł jak oka w głowie, i po pięknéj łące ciągnącéj się wzdłuż boru. Pamiętam, że pewnego wieczora Zielonych Świątek, nie wiem już którego roku, było tam kilku gości i kapitan Zakrzewski, w ożywionem usposobieniu, opowiadał nam bardzo wiele o wypadkach i ludziach z wojen napoleońskich, osobliwie zaś z kampanii rosyjskiéj i pożaru Moskwy, któremu się przypatrywał. Nie zdziwisz się zapewne, panie Ludwiku, że z całéj owéj epopei nic już nie wiem, chociaż wtenczas słuchałem jéj bardzo uważnie, ale z tego, co późniéj rozmaitemi czasy Ksawery o swym ojcu mówił i co od innych o nim słyszałem, powiedzieć ci jeszcze mogą niektóre szczegóły, tyczące się starego pana Stanisława Zakrzewskiego. Był to fizycznie i umysłowo dzielny człowiek. Wysokiego wzrostu, silnéj budowy ciała, w ruchach okazywał, zaraz przy pierwszem spotkaniu, całą postawą swoją, wyrazistą twarzą i śmiałem spojrzeniem, stanowcze i energiczne usposobienie, które zawdzięczał tak naturze, jako też ciężkiéj służbie wojskowéj odbytéj za młodu. Ledwo bowiem lat dziewiętnaście mając, uciekł rodzicom z Międzylesia pod Rogoźnem, gdy się tutaj, za wkroczeniem Francuzów, zaczęły pułki nasze formować i już następnego roku, w piątym pułku jazdy bił się pod Friedlandem, gdzie pierwszą odebrał ranę, z któréj wyleczywszy się wkrótce i przeszedłszy do piechoty jako podporucznik, a późniéj jako porucznik, wreszcie jako jeden z kapitanów szóstego pułku, znalazł sıę w kilku potyczkach na ziemi pruskiéj i w rozmaitych pochodach, kwaterunkach i przejściach ówczesnego wojska polskiego.
Krótko przed rozpoczęciem wyprawy rosyjskiéj sprzykrzywszy sobie służbę w piechocie, wniósł o przeniesienie swoje do dziewiątego pułku ułanów; przełożeni nie mieli nic przeciw temu, zwłaszcza że był żołnierkę w konnicy rozpoczął, ale arystokratyczni współkoledzy niełaskawie przyjęli byłego piechura, a ponieważ nie szczędzili mu przymówek, wyzwał draźliwy Zakrzewski kilku z nich na rękę i, odbywszy na samym wstępie pięć pojedynków, szczęśliwie, zjednał sobie spokój i respekt powszechny. Pułk jego przydzielony został dwónastego roku do pierwszego korpusu wielkiéj armii i zaraz w początku wojny stoczyć musiał zaciętą potyczkę, zdobywając Oszmianę, którą Moskale obsadzili. Tutaj pan Stanisław, znajdując się z szwadronem swoim w przedniéj linii i w najgęstszym ogniu, uzyskał sobie krzyż legii honorowéj; w dalszym zaś ciągu kampanii, przebywał walne bitny pod Smoleńskiem, Mozajskiem, Borodinem, a potem całą biedę i okropność w Moskwie i podczas owego pamiętnego z Moskwy odwrotu. Część wojska cofała się ku Kałudze i w tym pochodzie przyszło do silnego starcia z Moskalami pod Tarutynem, a tam nasz kapitan zwalił się z konia ciężką poniósłszy ranę. Mógł się jednak dowlec za innymi, gdzieś tam na Litwie, nie pamiętam już gdzie, wyleczyć z grubszego i dostał się nakoniec do Gdańska, w którem to mieście, razem z kapitanem Kosińskim, przetrwał różne przygody całorocznego niemal oblężenia. Przy kapitulacyi wzięli go pod opiekę swoją Moskale, zagnali aż pod Kijów i dopiero po roku, czy półtora, udało się wytrwałym zabiegom jego familii spowodować władze rosyjskie do puszczenia go na wolność, jako poddanego pruskiego. Zadość już mając żołnierki, gdy wrócił do Księstwa, postanowił pójść śladem przodków i chwycić za pług; zebrawszy więc nie wielką po rodzicach fortunkę, zadzierżawił Niesłabin, wioskę nad Wartą, zkąd, po śmierci pani Bielińskiéj, dwódziestego siódmego, czy ósmego roku przeniósł się do Żabna. Jakim w szeregach za młodu był żołnierzem, takim w wieku dojrzalszym, a nawet w późnych jeszcze latach był gospodarzem; jako żołnierz nauczył się osobliwie przestrzegać obowiązku i pilnował go ściśle jako gospodarz i głowa rodziny. Nie tylko znał się na roli i zarządzie wiejskim, lecz niezmordowany był w pracy i doglądaniu wszystkiego; wymagał bardzo wiele od swoich ludzi, mało komu dowierzał, ale i sam osoby swéj nie szczędził. Gorącego, chwilami nawet trochę gwałtownego będąc temperamentu, potrafił się hamować i rozsądną miarę zachować umiał w każdym kierunku. W domu jego szło bardzo gościnnie, nikt ze Żabna głodny lub niezadowolony nie wyjeżdżał; sam pan kapitan i wypił nieraz kieliszek węgierskiego, pograć w maryasza lubił, wesoło zabawić się z gośćmi, którzy się nie rzadko pojawiali u niego, ale zbytku nie było w niczem i do bezmyślnie wydających nie tylko wstręt miał wyraźny, lecz, szczerze mówiąc, sam bardzo niechętnie wszelki pieniądz wydawał, a oszczędność w oczach jego uchodziła za jednę z pierwszych cnót. Dopomagała mu w rzędnem gospodarstwie chętnie i wytrwale, z zupełną dla niego uległością, lecz i swobodą umysłu, żona, Ulatowska rodem, która, chociaż trochę otyła przy niskim swoim wzroście, w ustawicznym była ruchu po domu i po podwórzu, pilnując troskliwie każdéj rzeczy należącéj do jéj wydziału. Skutkiem tego wszystkiego nie tylko Żabno i przyległe Baranowo w pomyślnym były stanie i znacznie na wartości uzyskały, lecz wychowało się i wyposażyło szczęśliwie sześcioro dzieci, dwóch synów i cztery córki, a przybyło jeszcze do pierwotnéj fortuny Grabianowo i Cichowo. Pod koniec życia, dawno po śmierci żony, oddawszy Żabno młodszemu synowi, osiadł sobie zacny kapitan na zasłużonéj emeryturze w Baranowie i, zachowując w bardzo późnym wieku całą rzeźwość umysłu, doczekał się jeszcze medalu St. Heleny. Ostatni raz po wielu latach spotkałem się tu z nim w Poznaniu, na ślubie jego wnuczki, panny Gabryeli Pomorskiéj, którą rodzice wydawali za Maksymiliana Studniarskiego; tak świeżo i silnie wtenczas wyglądał, iż mógł był bezpiecznie uchodzić za ojca panny młodéj i przypominam sobie, że, gdyśmy się w Farnym kościele przy drzwiach zebrali, by razem pójść do ołtarza, rzekł do mnie, wskazując na pokaźny zastęp zebranego potomstwa: „patrz tylko, co to z jednego wyjść może!“ Umarł kilkanaście lat późniéj, skończywszy osiemdziesiąty szósty rok życia.
Ksaweremu niedozwoliły losy równie długiego pobytu na naszym padole, a odmienne czasy nie dały mu użyć tak urozmaiconéj młodości, jak ojcu. Przebywał sobie tutaj szkoły normalnie; gdy się u pani Kantorowéj z grubszego der, die das nauczył, posłano go do szkoły przygotowawczéj, gdzie z Reitem i Jakubowskim zachodziły czasem rozprawy, a potem dostał się do gimnazyum. Koleżką był wogóle zgodnym i wesołym, do wspólnéj zabawy jedynym, a chociaż miewał czasami wybryki uporu i samowoli, lubiliśmy go jednak wszyscy już dla ochoczego animuszu w wszelkich studenckich sprawkach i dla pewnéj właściwości w pojmowaniu rzeczy, w ruchach i mowie. Był w kwincie dopiero, gdy spadł nań przydomek Cyklopa, który mu przez długie lata między amicusami pozostał, a przydomek ów miał początek następujący. W ostatki, zdaje mi się dwódziestego dziewiątego roku, zachciało nam się kilku malcom grać w teatr. Zezwolił na to nasz korepetytor Kaliski, wtenczas sekundauer, a późniéj kanonik i proboszcz w Jaksicach i nie tylko zezwolił, lecz będąc w dobrym humorze i właśnie Odyseą zajęty, napisał sam dla nas sztuczkę, która się odgrywała w jaskini Polifema, kiedy temu biedakowi jedyny jego ślep wyżgiwają. Otóż rola owego Polifema przypadła naszemu Ksawerkowi, który w niéj tak pocieszne na spektatorach zrobił wrażenie, osobliwie gdy w jednéj scenie krzyczeć zaczął: „ja Cyklop, ja Cyklop!“ iż odtąd dla nas Cyklop i Ksawery było wszystko jedno.
Dla nauki niebyłby on sobie dał głowy uciąć; Cycerona i Homera za najlepszych przyjaciół swoich nieuważał, ale koniec końców szło to jakoś z pomocą korepetytorów i dotarł szczęśliwie do prymy, któréj jednak dla solidarności koleżeńskiéj tutaj prawidłowo nieukończył. Zaszła bowiem trzydziestego ósmego roku, jeśli się nie mylę, w prymie secessio in montem sacrum, z powodu ówczesnego nauczyciela religii, a późniejszego dyrektora, księdza Prabuckiego. Co było właściwie bezpośrednim powodem, już dzisiaj nie skleję, ale pamiętam, że znienawidzili sobie od samego początku uczniowie klas wyższych młodego księdza, który ich chciał w silniejsze kluby pochwycić, a któremu na odpowiednim takcie nauczycielskim zbywało i gdy pewnego razu jednego z prymanerów strofował, czy mu też karę jakąś naznaczył, ryczeć i tupać nogami zaczęła cała klasa, a widząc, że ksiądz obojętnie to bierze i z katedry nie schodzi, zostawiła go samego i wyszedłszy na pódwórze oświadczyła dyrektorowi Stocowi, że niewróci do pokoju, dopóki ksiądz tam będzie. Nastąpiły w skutek tego niebawem relegacye i consilia szesnastu czy siedemnastu demonstrantów, między którymi nasz pan Ksawery do najgorliwszych należał.
Po téj imprezie, uważając jednak złożenie matury za dług honorowy, wyrobił sobie u ojca pozwolenie wyjazdu do Berlina i tam, po półtorarocznéj przerwie, spotkał się ze mną znowu, zamieszkał w bliskiem sąsiedztwie i za moją radą udał się do Schwarzbacha. Muszę mu przyznać, że, chociaż nie zawsze był Katonem na wszelkie pokusy młodości i niezależnego życia, o głównéj jednak rzeczy nie zapomniał, bo pracował ile było potrzeba i egzamin złożył. Ale gdy wracał do domu z owego egzaminu, przechodząc przez most Kurfirszta, ulżył sercu swemu i zemścił się na Cyceronie, Horacyuszu, Homerze i Sofoklesie, których niósł z sobą; wrzucił ich bowiem wszystkich do Szprei. Już on to zawsze miewał, jeszcze chłopcem będąc, jakieś oryginalne pomysły i tę właściwość w późniejszych latach zachował. Po złożeniu egzaminu pozostał jeszcze w Berlinie, aby słuchać prawa, wszakże nie w zamiarze dostania się kiedyś do sądu, bo tego i rodzice jego nie chcieli, przeznaczając go do gospodarstwa, lecz tak, żeby nabyć wyobrażenia o prawie. Przyjął zatem pandekty u Savignego i kupił sobie wielki corpus juris; jednak tylko jeden semestr pozostał im wierny i wstąpił potem do artyleryi, aby rok swój odsłużyć. Pożegnaliśmy Berlin prawie równocześnie i znaleźliśmy się znów z sobą tutaj na poznańskim bruku. W czasie karnawału czterdziestego pierwszego roku, mieszkaliśmy razem kilka tygodni, używając wspólnie przyjemności tego świata, który nam się przedstawiał jeszcze różowo, zwłaszcza że karnawał był huczny i wesoły, pod wpływem owego jaśniejszego światła, które, po wstąpieniu na tron Fryderyka Wilhelma IV, na widnokręgu W. Księstwa majaczyło. Drugi taki karnawał spędziliśmy razem czterdziestego czwartego roku, a wtedy sala bazarowa dla amicusa mego przybrała pozory Edenu; pojawiła się bowiem na niéj wysmukła panienka z bardzo miłą twarzyczką, która tak zewnętrznym pojawem jako i powabem żywego, sympatycznego usposobienia wywarła stanowcze wrażenie na fantazyę pana Ksawerego. Nie ukrywał się z tem wcale i pamiętam, że zaraz po pierwszym balu pytał mi się, czybym się chciał ożenić z panną Pauliną Kierską. Nie zdziwiło mnie więc, gdy następnego roku, chociaż mi o tem nie doniósł, usłyszałem, że panna Paulina została panią Ksawerową. Szczęśliwy małżonek gospodarzył sobie spokojnie w Cichowie, które mu ojciec odstąpił, zajmując się przytem gorliwie, jak mi sam powiadał, rybołówstwem na wielkiem jeziorze do owéj wsi należącem, lecz burzliwa wiosna czterdziestego ósmego roku oderwała go od młodéj żony, małego dziecka, od pługa i sieci; wziął flintę na ramię pan Ksawery i ruszył za innymi, zwłaszcza iż patryotyzm i odwaga były u niego dziedziczne. Znalazł się pod Książem, a chociaż nastrzelał się tam dosyć, wyszedł wprawdzie cało, lecz z większą częścią strzeleckiego oddziału dostał się do niewoli. Przypędzono go tutaj do Poznania, gdzie w kazamatach odbyć musiał sześciotygodniowe rekolekcye, poczem wrócił do domu i do zwykłego trybu życia. Z biegiem czasu rozmaicie się zmieniają stosunki ludzkie; przez lat dwadzieścia kilka potem rzadko kiedy spotkałem się z Ksawerym, chociaż nic nigdy nie zamąciło przyjaźni naszéj z lat dziecinnych; dopiero przy końcu życia jego widywaliśmy się znów częściéj z sobą. Ciężkie biedak przebywał chwile siedemdziesiątego trzeciego roku, nie tylko bowiem stracił ojca, lecz miesiąc późniéj umarła mu także żona, po kilkoletnich słabościach i cierpieniach. Te ciężkie straty i niejedno niefortunne przejście w gospodarstwie zniechęciły go do dłuższego pobytu na wsi; Cichowo puścił w dzierżawę i osiadł w Poznaniu, zabezpieczywszy poprzednio los obojga dzieci. Ale zdrowie jego już od dość dawnego czasu było podkopane i niespełna lat trzy używał wypoczynku; w jednym z pierwszych dni maja siedemdziesiątego szóstego roku przyszło mi towarzyszyć mu po raz ostatni, gdy go wywożono tam, zkąd się już nie wraca. Idąc za trumną, przypominałem sobie z żalem te mnogie chwile przyjemne i swobodne, nieraz wesołe, któreśmy razem przeżyli i szczery smutek przejmował mnie na myśl, że ten towarzysz młodych moich i lepszych czasów pożegnał się z nami na zawsze.
Nie myśl, panie Ludwiku, iżbym, mówiąc o Zakrzewskich, zapomniał, że zacząłem od Schwarzbacha, chociaż, pożegnawszy uniwersytet, dwa razy go tylko jeszcze przez parę chwil widziałem, gdy przybył do Poznania matce żonę przedstawić i gdym zachaczył o Berlin, jadąc w dalszą drogę. Było to krótko po sobie w pierwszych dwóch latach po czterdziestym, nie miał więc czasu, aby się zmienić co do osoby, lecz zmienił trochę swoje nazwisko, dodając Beheim do pierwotnego, ponieważ, jak mi powiadał, rodzina jego wywodzi swój początek od owego Beheima z Norymbergii, który podobno był w Ameryce jeszcze przed Kolumbem; prócz tego mógł do nazwiska przydać jeszcze „dr“, doktoryzował się bowiem czterdziestego drugiego roku, napisawszy gruntowną historyczną rozprawę: De rebus Odrysarum. Szkoła Schwarzbacha w następnych paru latach rozwinęła się bardzo pomyślnie, a ponieważ założycielowi nie zbywało nigdy na stanowczości i odwadze, przeto, osądziwszy, że dotychczasowe jéj pomieszczenie, w którem byliśmy ongi z Cegielskim i Zakrzewskim jego lokatorami, jest niedogodne, kupił przyległy dom na Bauhofie i urządził go odpowiednio do celu. Ten dom znany był w Berlinie, należał bowiem do owego radzcy Dorna, profesora rozmaitych wydziałów agronomicznych i wynalazcy od niego nazwanych dachów dornowskich. Wypadki czterdziestego ósmego roku i ich następstwa, które przez dwa lata prawie niepokoiły stolicę królestwa pruskiego, wywarły bardzo niepomyślny wpływ na zakład Schwarzbacha i wyludniły go niemal.
Jak i co się tam działo, panie Ludwiku, powiedzieć ci nie umiem, bo się od blisko pół wieku ze starym amicusem nie widziałem, słyszałem tylko, że około piędziesiątego roku zmuszonym został do sprzedaży swego domu i przez czas niejaki próbował szczęścia w przedsięwzięciach innego rodzaju, które się jednak nie powiodły. Ale człowiek takiéj siły i różnostronności umysłowéj wypłynie zawsze na wierzch wśród niespokojnych fal życia. Nie wiem jakie okoliczności zaniosły go do Wielunia; być może, iż zamiar odwiedzenia najmłodszéj siostry, któréj mąż zajmował tamże sędziowską posadę, dość, że przybywszy do tego miasteczka i rozpoznawszy stosunki owéj okolicy, a pędzony chęcią i potrzebą wrócenia do swego zawodu, nabył za resztkę fortuny, czy też za pożyczone pieniądze, w pobliżu leżący folwarczek Ostrowo i założył tam szkółkę, któréj celem być miało przyspasabianie chłopców, nie chcących puszczać się na zawody naukowe, do złożenia egzaminu jednorocznéj służby. Myśl była szczęśliwa, a że przeprowadzona została z rozumem i rzadką wytrwałością, że sam przedsiębiorca i kierownik odznaczał się niepospolitą biegłością w nauczaniu i osobistością wzbudzającą wielkie zaufanie, a potrafił dobierać sobie zdolnych pomocników, przeto, co się niejednemu z początku nieprawdopodobnem by zdawało, powiodło się wkrótce najzupełniéj. Przypływ pensyonarzy i uczniów z każdym rokiem wzrastał, dochodził i dochodzi nieraz do dwóchset piędziesięciu, zwłaszcza iż w dość znacznym obrębie naokół nie było tam żadnéj wyższéj szkoły, a Brandenburgia i Prusy znajdują się w bliskiem sąsiedztwie. Polaków, wśród większości niemieckiéj, także nie brakło, bo i o języku polskim nie zapomniał Schwarzbach dawniejszemi czasy; miał nawet kilku nauczycieli polskich u siebie. Zakład wzrastał z każdym rokiem; do pierwszego domu przybyło z czasem kilka znacznych budynków, okolonych murem, w których się mieszczą klasy, pokoje pensyonarzy, rozmaite pracownie szkolne i gospodarskie, a Pedagogium Beheima-Schwarzbacha, które od dawna uzyskało zatwierdzenie rządowe i do którego zjeżdżają z Poznania radzcy rejencyjni dla odbierania egzaminów, zajmuje teraz stanowisko progimnazyalne.
Widzisz, panie Ludwiku, chociaż dość dużo się nagadałem, przeprowadziłem cię dopiero wzdłuż jednéj strony Wrocławskiéj ulicy; nie moja wina, że domy téj połaci tyle mi rozmaitych osób na pamięć przywiodły, których, ze względu na bliższe lub dalsze z nimi stosunki milczeniem pominąć nie chciałem; wszakże pociesz się, bo po drugiéj stronie, dokąd teraz przejdziemy, na lżejszą prawdopodobnie próbę cierpliwość twoją narażę. Żeby jakoś porządek utrzymać, wróćmy się napowrót do owéj nieboszczki Wrocławskiéj bramy. Masz oto najpierw ów rząd wązkich i niskich domków, zajętych kramikami różnego rodzaju; stały one tutaj jak daleko wstecz pamięć moja sięga, a powierzchowność ich mało co się zmieniła od najdawniejszych czasów, chociaż kilka pokoleń rzemieślników i handlerzy już tam nastąpiło po sobie. Dzieje ich są mi nieznane, dla tego przejdziem do pobliskiéj jednopiętrowéj kamienicy, zachodzącéj rogiem na ulicę i oddzielonéj od nich obszernem podwórzem. Były tam, jak mi powiadano, za czasów Księstwa Warszawskiego, jakieś biura rządowe, późniéj zaś, po okupacyi pruskiéj, mniéj więcéj do trzydziestego roku, mieściło się w jéj pokojach pierwsze kasyno poznańskie. Przypominam sobie, że gdy byłem jeszcze dzieciakiem, rodzice moi także należeli do niego i jak nieraz wybierali się tam na bal. Stosunki społeczne i towarzyskie inny wtenczas miały nastrój, niż obecnie. Uczęszczali do owego kasyna wszyscy mniéj więcéj honoratiores naszego miasta, bez różnicy narodowości, wojskowi, urzędnicy i między innymi czasem książę namiestnik. Zabawy w karnawale bywały wesołe; odznaczał się osobliwie maskowy bal w wigilią noworoczną, na który przybywał regularnie stróż nocny, by wykrzyknąć i zagwizdać dwónastą, za comu się znakomicie sypało do kieszeni. Skoro o stróżu mowa, panie Ludwiku, powiem ci, że rola tych nocnych puszczyków kilkakrotnéj już uległa zmianie w naszem mieście. Pamiętam jeszcze jak, wygwizdawszy godzinę, wykrzykiwali krótką piosenkę polską, zaczynając: „Posłuchajcie gospodarze, już dziesiąta na zegarze!“ Późniéj zakazano im śpiewać; gwizdali tylko i krzyczeli godzinę po polsku. Po trzydziestym roku zwołano ich pewnego dnia na ratusz i uczono krzyczeć po niemiecku, co niektórym niezbyt gramatycznie wbiło się w głowę, bo nasz stróż na Wodnéj ulicy wrzeszczał zawsze: „Die Gluk hat zehn geschluger!“ Potem, skutkiem nowego rozkazu, wołać i gwizdać przestali, a zaczęli trąbić; teraz zaś, od dawnego czasu, zupełnie zamilkli.
Wracając do kamienicy, nie wiem kto był w peryodzie kasynowym jéj właścicielem, późniejszego zaś i wieloletniego znałem, chociaż niezbyt z bliska, ale mógłbym ci, gdybym był Matejką, wyrysować jeszcze rozjątrzoną fizyonomię i jastrzębie spojrzenie tego Izraelity, pana Jakobiego, który podobno na handlu wełną zarobił dość okrągłą fortunkę; mimo to sprawiał wrażenie na świat cały zagniewanego. Przypominam sobie, że spotkawszy mnie pewnego razu, zaczął wypytywać się o Hipolita Cegielskiego i dziwić, że mu handel wcale dobrze idzie, a gdy mu powiedziałem, iż tak być musiało, bo ma rozum po temu, zawołał z gniewem: „Eh, was Verstand! Glück hat er!“ — będąc zapewne z przekonania fatalistą. Zupełne inne usposobienie zdradzał, zaraz na pierwszy rzut oka, następny właściciel téj kamienicy, Mamroth, który ją po śmierci Jakobiego od jego spadkobierców nabył. Należał on do rodziny Mamrothów z dawna w Poznaniu osiadłéj, którą pamiętam w kilku egzemplarzach. Pierwotną jéj siedzibą był handel sukna na Starym Rynku, w bliskości dawniejszego domu Sypniewskich. Gdybyś był przed piędziesięciu laty tamtędy przechodził, byłbyś bardzo często ujrzał w pogodnéj porze dwie na krzesłach siedzące figury starych Mamrothów, protoplastów rodu i bliźniąt, jak mi się zdaje, tak wielkie bowiem zachodziło między nimi podobieństwo, że trudno ich było rozróżnić. Obadwaj dość dobrego wzrostu, chudéj i pociągłéj twarzy, z małemi, zamyślonemi oczyma w siwych głowach, cylindrami nakrytych, mieli równe, wązkie i siwe brody i byli zawsze równo ubrani w długie surduty, odwiecznego kroju. Siedząc tak zwykle nieruchomie, mogli robić wrażenie posążków Buddhy przed bramą indyjskiéj pagody.
Między ich potomstwem wybitne zajmował stanowisko ten, którego najpierw wspomniałem. Jak mu tam było na imię, nie wiem, ale w kołach polskich dawano mu zwyczajnie przydomek lorda, a ów przydomek cechował go nie źle. Niski i dobréj tuszy, lecz w ruchach prędki i stanowczy, przystojną i wcale mądra głowę zadzierał zawsze do góry i spoglądał na świat z pewną pysznością, świadom wartości swojéj. Z przekonaniem, które miał o sobie, nie ukrywał się w rozmowie; często bowiem ironicznym uśmiechem popierał nieomylność zdania swego i sądu o ludziach i rzeczach. Było to u niego wrodzone, lecz przyczyniła się nie mało do podniesienia w nim owego poczucia wyższości ta okoliczność, że bodajnie pierwszy z żydów został radzcą miejskim i że między współwyznawcami, co do rozumu i obszerniejszego na świat poglądu, mógł tylko iść z nim w zawody ów mały Kaatz z Fryderykowskiéj ulicy. Znaliśmy się dobrze, rozmawialiśmy z sobą nieraz o rozmaitych rzeczach i przyznać muszę, że nie zbywało mu na bystrości i wykształceniu, że częstokroć bardzo trafne wypowiadał uwagi i spostrzeżenia i że jego zarozumiałość pochodziła w znacznéj mierze z wspólnego teraźniejszym ucywilizowanym żydom przeświadczenia o lepszości ich rasy od wszystkich innych. „Jak przyjdziecie do rozumu — mówił raz do mnie — to wszyscy zostaniecie żydami, bo prawda i mądrość są po naszéj stronie.“ Przypominam sobie także jego dictum do Leopolda Köhlera, gdy tenże, będąc już od dawna przy szkole realnéj, został mu w jakiemś towarzystwie przedstawiony: „Jak to być może — rzekł do niego Mamroth — ja pana zrobiłem, a ja pana nie znam!“ — przymierzając do tego, że Köhler jako radzcy miejskiemu sam mu się zaraz po swoim wyborze nie przedstawił.
W radzie miejskiéj, ile mi wiadomo, niepoślednie zajmował stanowisko; na jéj posiedzeniach odzywał się bardzo często i znaczny wpływ wywierał na jéj postanowienia. Solidaryzując się naturalnie całkiem z Niemcami, życzliwością dla nas in publicis nie grzeszył, ale w prywatnych stosunkach okazywał ogładę towarzyską i bywał nieraz do przysług gotowym. W późniejszych latach ożenił się, po raz drugi bodajnie, z bogatą wdową i kupił tę kamienicę, lecz nie długo w niéj wiekował, sprzykrzywszy sobie bowiem pobyt w Poznaniu, poszedł za przykładem tylu innych majętnych żydów i przesiedlił się do Berlina, zkąd, jak słyszałem, już dość dawno temu, powędrował na łono Abrahama.
Następująca kamienica, po raz pierwszy obecnie do Polaka należąca, była zawsze własnością aptekarzy Niemców lub Żydów. Pamiętam ich tutaj kilka pokoleń, a najdawniejszy aptekarz, którego sobie przypominam, nazywał się Bergmann. Człowieczek ten mały, chudy, siwy zebrał ładny majątek, bo wtenczas trzy tylko apteki truły ludzkość w Poznaniu, a panowie lekarze całe litanie spisywali na receptach; mógł więc pan Bergmann, swoje szumne córeczki, należące do klasy blondynek, wydać za sędziów, czy rathów. Nieznałem go osobiście, dla tego nic więcéj ci o nim niepowiem, a mniéj jeszcze powiedzieć mogę o jego następcy, którego nazwisko nawet zapomniałem; wiem tylko, że tytułowano go asesorem i że ów pan asesor, młody jeszcze, przystojny i bardzo elegancki jegomość, uszczęśliwiony niemniéj strojną i pokaźną żoneczką, wyrastał po za aptekę i obracał się bardzo raźnie w wyższych kołach urzędniczych i wojskowych tutejszych. Co się z nim wreszcie stało i jak apteka przeszła w inne ręce, wiedzą bogowie!
Tworzy ona tutaj, jak widzisz, róg wązkiéj i ciemnéj Szkolnéj uliczki, a na rogu przeciwnym stoi małomiejski domek, niezmieniony od czasu jak go wybudowano, którego dół zajmuje demokratyczna piwiarnia. Było to kiedyś dominium Stocków, o których też ci mało co powiem, panie Ludwiku, bo tylko z widzenia znałem to i owo indywiduum do nich się liczące. Stary pater familias robił wrażenie skromnego, spokojnego człowieka i wiadomo mi, że, od małego zacząwszy, pracą i oszczędnością doszedł do znacznéj fortuny, którą dzieciom zostawił. Przez długie lata warzył piwo w browarze zajmującym tam większą część podwórza, a ten proceder znaczne przynosił korzyści, zwłaszcza iż jeden gatunek piwa, który u niego robiono bardzo przypadł do smaku publiczności. Tak nazwane sztokowskie piwo znane i powszechnie używane w Poznaniu, jasno - żółte przejrzyste i słodkawe, zalecało się lekkością i czystością, tak że je nie tylko zdrowi, lecz i chorzy w gorączkach z zadowoleniem pić mogli. Z dzieci starego Stocka, ile mi wiadomo, tylko syn najmłodszy pozostał; starszy brat jego był moim kolegą szkolnym w niższych klasach; opuścił dość wcześnie gimnazyum i poszedł, jak mi się zdaje, potem na gospodarkę. Po wielu latach spotkałem się z nim znów tutaj w Poznaniu, gdzie wypoczywał po dość poetycznéj i burzliwéj podobno młodości. Znalazłem go znacznie zmienionym, zdawał mi się rozczarowany i cierpiący, ale jakie tam przechodził koleje, tego mi nie powiadał.
Jeślim się tak prędko uprzątnął z pierwszemi domami po téj stronie ulicy i jeśli ci o kilku następujących nic zgoła nie powiem, nie dziw się, panie Ludwiku, bo nie mam tego kulawego djabła przy sobie, któryby mi zdejmował dachy, jak czynił ongi owemu młodzieńcowi hiszpańskiemu w powiastce Lesage’a; ale staniemy teraz przy przedostatnim domu od rogu Gołębiej uliczki. Był on kiedyś dziedzictwem Kolanowskich i jest dla mnie pamiętnym jako ojczyzna jednego z moich dobrych przyjaciół szkólnych i uniwersyteckich. Gdy dwudziestego szóstego roku, kilka tygodni po św. Michale, przyszedłem do seksty, która się wtenczas nazywała pierwszą klasą, zastałem tam już dwóch braci Kolanowskich, starszego, Saturniego i młodszego, Maksa. Nie wielka zachodziła między nimi różnica wieku; Saturni był wyższy, silniejszy i bardziéj poważny, Maks szczupły i ruchawszy. Z Maksem zostaliśmy w kwincie dwa lata, Saturni, dojrzalszy od nas, posunął się prędzéj i rozpoczął właśnie sekundę, gdy trzydziestego roku nastąpił wybuch listopadowy. Chociaż miał niewiele co ponad lat szesnaście, ruszył, jeszcze przed końcem kwartału, poza innymi do Warszawy i wprosił się zaraz do wojska. W którym służył pułku i jakie w rozmaitych walkach przebywał koleje, tego nam opowiedzieć nie mógł, bo biedak nigdy już do nas nie wrócił. Fatalnem losu zrządzeniem zginął jeden z ostatnich; przy końcu szturmu na Warszawę, broniąc okopów, padł rażony kartaczem, a rana, która mu brzuch rozdarła, była śmiertelną. Ojciec, odebrawszy wiadomość, podążył czemprędzėj, ale już go żywym nie zastał. Wielka była szkoda tego młodego chłopca, odznaczał się bowiem, ile pamiętam, zdolnością między nami i niezwyczajną na swój wiek rozwagą. Nie skończyło się wtenczas na téj jednéj bolesnéj stracie dla zacnych rodziców; drugi bowiem ich syn, niedorostek jeszcze, którego znałem tylko z widzenia, bo nie był w jednéj klasie z nami, wymknął się także z domu do Królestwa i dotarłszy do Częstochowy, umarł tam na cholerę.
Z Maksem przebyliśmy całe gimnazyum razem; nie powiem ci, żeby mu szło zbyt łatwo, ale ponieważ żadną trudnością odstraszyć się nie dał i wytrwałéj pracy nie szczędził, złożył szczęśliwie egzamin dojrzałości i razem zemną rozpoczął w Berlinie studya filologiczne, na St. Michał trzydziestego szóstego roku. Jak w Poznaniu, tak w Berlinie żyliśmy w codziennéj styczności, chodziliśmy po większéj części na teżsame kolegia, używaliśmy zazwyczaj razem przechadzek i rozrywek; przez cały rok mieszkaliśmy w tym samym domu, a, jak ci już mówiłem, semestr jeden zimowy mieliśmy on, ja i Milewski wspólne gospodarstwo na Fryderykowskiéj ulicy. Byłem więc ciągłym niemal świadkiem tego, co Maks Kolanowski robił. Otóż, należał do najprzykładniejszych studyozów, pracował usilniéj jeszcze niż w Poznaniu, a oprócz łaciny i grecczyzny, które były główną jego strawą, zadość czyniąc na wskroś polskiéj swojéj duszy, zajmował się gorliwie literaturą ojczystą, szczególnie pisarzami szesnastego i siedemnastego wieku. Przytem w pożyciu nie mógłbyś pragnąć pewniejszego przyjaciela, zgodniejszego towarzysza; szczery, życzliwy i uczynny, wywierał nawet swemi moralnemi i religijnemi zasadami dobry wpływ na tych, z którymi w bliższych pozostawał stosunkach i nieraz ze żartów zwaliśmy go sensatem i Kato-majorem, bo lubił nas reflektować i moralizować, gdy mu się coś zdrożnem być zdawało, chociaż, daleki od zgryźliwości, zwykle był spokojnie-pogodnego i zadowolonego usposobienia. Szczęśliwie minęła mu pierwsza część uniwersyteckiéj nauki, którą pragnął ukończyć jak najwcześniéj; zaczął już nawet, z początkiem piątego semestru, rozmyślać na dobre nad przedmiotem do dysertacyi, gdy nagle i niespodziewanie spadło nań nieszczęście. Silnéj budowy ciała nie miał; trochę mniéj niż średniego wzrostu, od dzieciństwa był szczupły, twarzy chudawéj i wązkiéj klatki piersiowéj; ale przez cały czas gimnazyalnéj nauki i dwuletniego pobytu w Berlinie do chorowitych, ile wiem, bynajmniéj nie należał. Moze być, że tkwiały w nim od urodzenia zarodki złego, które przypadek do wybuchu doprowadził. Przypominam sobie, jak się stało; trzydziestego ósmego roku, około St. Jana, zdrowym sıę poprzednio czując zupełnie, poszedł się kąpać do ciepłych łazienek. Dzień był skwarny i zdaje się, że kąpiel zrobiono mu za gorącą i że w niéj siedział za długo, dość, iż okoliczność na pozór tak błacha, była dla biedaka Maksa początkiem końca. Następnéj zaraz nocy zasłabł i dostał gorączki; na drugi, trzeci dzień stan jego się nie zmienił, nawet pogorszył; wzięli go pod opiekę koledzy nasi, medycy, Scherbel i Hube, ale widząc, że sami rady nie dadzą i nie chcąc brać odpowiedzialności na siebie, sprowadzili mu znakomitość medyczną, profesora Bareza. Ten, zbadawszy chorego, pokiwał głową i poradził mu, żeby sobie jechał do domu, bo mu potrzeba ciągłéj opieki, któréj w Berlinie mieć nie może. Wrócił zatem do rodziców, a gdy się na dobre rozwinęła choroba płucowa, przekarwięczał biedak resztę lata i zimę, dręczony bez ustanku myślą o powrocie na uniwersytet. Marcinkowski, który się nim zajął troskliwie, wysłał go potem do Salzbrunu, a te wody taką mu sprawiły ulgę, że następnego roku, z początkiem zimowego semestru, ujrzeliśmy znowu poczciwego Maksa w Berlinie miedzy sobą. Był wszakże mocno schudzony, krzywić się już zaczął na jeden bok, a Milewski, który z nim mieszkał, mówił nam, że kaszli całemi nocami. Mimo to uwidziawszy sobie składać egzamina, wytrwał prawie dwa semestra w ciągłéj robocie, zwiedzając kolegia i pracując nad swoją dysertacyą; w końcu lata tak mu się jednak pogorszyło, że znów studya przerwać i do Salzbrun jechać musiał. Tym razem przecież, zamiast polepszyć, zaszkodził sobie owym pobytem tak dalece, że wróciwszy po kilku tygodniach do Poznania, trzy kwartały przeleżał po większéj części w łóżku i sam już o śmierci swojéj nie wątpił. Z nastaniem gorącéj pory mógł jednakże wyjść na świat, dzięki staraniom Marcinkowskiego, i udać się za jego radą do Reinerz. Przesiedział tam przeszło dwa miesiące i nie tylko wrócił do sił jakokolwiek, lecz rozkochał się na dobre i zaręczył z panienką z Królestwa, któréj nazwiska już niepomnę. Wzmocniony fizycznie i ożywiony moralnie, mimo prośb rodziców i odradzań lekarza, ruszył znów do Berlina i tutaj, pełen otuchy, blisko rok, kaszląc i dychając, a pracując bez przerwy, dokazał swego i, przy końcu czterdziestego drugiego, doktoryzował się, a nie długo potem złożył egzamin nauczycielski. Powiedziałem ci to, panie Ludwiku, bo to piękny i rzadki przykład zacnego sposobu myślenia i żelaznéj woli na pół żywego człowieka; powinien go sobie wziąść za wzór niejeden z naszych zdrowych i silnych młodzieńców. Jego dysertacya: De Mathia Sarbievio, Poloniae Horatio, wypracowana z sumiennością wielką, bo przeczytał Sarbiewskiego kilka razy od kołka do kołka i korzystał z rozmaitych źródeł historycznych, które wtenczas było można dostać, jest cennym przyczynkiem do dziejów oświaty naszéj w siedemnastym wieku i zawiera niejedno trafne spostrzeżenie, osobliwie w zestawieniach wierszy polskiego poety z podobnemi wierszami Horacyusza.
Doszedłszy wreszcie do celu po sześciu latach pracy i ciężkich umartwień, nie myślał Maks Kolanowski o spoczynku, który mu tak był potrzebnym i, jak mógł najprędzéj, rozpoczął swój zawód nauczycielski. Za dyrektoratu ks. Prabuckiego wstąpił jako kandydat do gimnazyum Maryi Magdaleny; przyjęto go, aby zmartwienie z odmownéj odpowiedzi stanu jego nie pogorszyło, ale boleśnie było patrzeć na biedaka; wychudła twarz czerwieniała raz po raz, wielkie oczy błyszczały, a znaczne skrzywienie ciała i krótkie, szybkie oddychanie wskazywały, że jednéj połowy płuc już nie ma. Jemu to nie psuło fantazyi; bywał nawet często wesołym i w licznych wtenczas niższych klasach, gdzie mu lekcye wyznaczono, parając się z niesfornymi nieraz chłopakami, przetężał swoje siły. Długo tak trwać nie mogło; z początkiem, zdaje mi się, czterdziestego piątego zaniemógł znów zupełnie; druga część płuc psuć się zaczęła i w połowie listopada tegoż roku, z wszelką przytomnością i zupełnym spokojem, pożegnał ów ukochany syn ciężko strapionych rodziców swoich na zawsze.
Trzeci to z siedmiu synów, którego tracili; czwartego także im losy z oczu usunęły. Był nim Leon, najstarszy z całéj dziatwy dziesięcioro głów liczącéj, który nie wiem czemu się tam oddawał ukończywszy szkoły, wszakże trzydziestego roku przeszedł granicę, odprawił szczęśliwie całą wojaczkę, a srebrnym krzyżem odznaczony nie odłączył się od współtowarzyszów broni i udał się z nimi do Francyi. Gdy mu się tam po niejakim czasie sprzykrzył niestały i bezczynny żywot emigrancki, wziął udział w niefortunnéj wyprawie sabaudzkiéj, potem zaś zajrzał do Afryki, gdzie, w legii zagranicznéj, jako porucznik, uganiał się za spahisami Abdelkadera. Widziałem go tutaj kilkakrotnie, nie pamiętam już którego roku, gdy przyjechał odwiedzić rodziców; był to wtenczas dojrzały już kawaler, nie wysoki, lecz silnéj budowy ciała i do ojca bardzo podobny. Wszakże zbyt długo w Poznaniu nie bawił, wrócił do Francyi, nie wiem z jakiego powodu i kilka lat późniéj, jeszcze za życia rodziców, umarł niespodzianie w Strasburgu, skutkiem zaczadzenia.
Tak, panie Ludwiku, gdy koło tego domu przechodzę i spojrzę na owe trzy okna pierwszego piętra, często mi się poczciwy Maksyś przypomni, bo nieraz tu do niego zajrzałem, kiedyśmy do szkół chodzili i późniéj podczas jego ostatniéj choroby. Dobrze mi jeszcze pamiętne rozłożenie mieszkania: ciemne schody, ciemna sień; po jednéj stronie wielka izba z oknami na podwórze, zkąd się do tylnych pokoi i kuchni wychodziło i w któréj cała rodzina zwykle przesiadywała; z drugiéj strony sieni jeden pokój bawialny o dwóch oknach, gdzie posowa ozdobiona była wielką płaskorzeźbą gipsową, przedstawiającą św. Sebastyana przywiązanego do drzewa i przeszytego strzałami, obok zaś niego wązki pokoik o jednym oknie, rezydencya Maksa po jego powrocie z Berlina, w któréj też życia dokonał. A o głównéj osobie w tem mieszkaniu, o panu Stanisławie Kolanowskim, czy mógłbym zapomnieć? Pomijając już to, że był dla mnie zawsze bardzo łaskaw i przyjacielski, któż ze współczesnych Poznańczyków nie miałby o nim pamiętać, chociaż ich już, prawdę mówiąc, bardzo nie wielu. Należał on przez długi czas do najpopularniejszych obywateli naszego miasta, a nawet między przyjezdnymi z prowincyi rzadko był taki, coby go nie znał. Czterdzieści lat temu, chodząc po Poznaniu, gdybyś był spotkał starego jegomościa nie wielkiego wzrostu, dość dobréj tuszy, w czamarze, z wysoką konfederatką na łyséj głowie, długą laskę dzierżącego w ręku i kroczącego z fantazyą, często środkiem bruku, który uśmiechem przyjacielskim pełnéj swojéj twarzy witał na wszystkie strony kłaniających mu się przechodniów, byłby ci, na zapytanie twoje, pierwszy lepszy odpowiedział: „to pan Kolanowski z Wrocławskiéj ulicy!“ Pierwotne jego dzieje są mi nieznane, słyszałem jednak, że, pochodząc z zamożnéj rodziny tutejszéj, zajmował w czasach Księstwa Warszawskiego wybitne stanowisko pomiędzy młodzieżą i żyjąc w bliższych stosunkach z wielu domami szlacheckiemi, pierwszą miał żonę z rodu Kwileckich. Ale śmierć zabrała mu ją wkrótce, równie jak i syna z tego małżeństwa, a ja pamiętam tylko drugą jego żonę, ze Stęszewskich, staréj familii poznańskiéj, która, zdaje mi się całkiem już wyginęła. Patrząc na tę drugą panię Kolanowską, osobę szczupłą i wątłą, trudno było uwierzyć, że to matka dziesięciorga dzieci. Wiodła cichy żywot, mało kiedy wychodząc, wyjąwszy do kościoła; uległa i spokojna, ciągle zajętą była staraniem o dobro męża i dziatwy swojéj, a kto ją widział krzątającą się bez przerwy, mimo sił niedomogi, z cierpiącą nieraz i zamyśloną twarzą, około potrzeb domowych, ten uszanować musiał owo skromne i wytrwałe poczucie przywiązania i obowiązku w tak słabem ciele.
Pan Stanisław był żwawy, nawet prędki w ruchach aż do późnéj starości; po za domem miał wiele zajęcia i często go widać było na mieście. Posiadając i wyzyskując znaczny browar, który się mieścił w tylnych zabudowaniach, wychodzących na Szkolną ulicę, a który zwinął w późniejszych latach, nie pamiętam już kiedy brał przytem czynny udział w najrozmaitszych obywatelskich i publicznych sprawach. Przez wiele lat, przed wprowadzeniem nowéj ordynacyi miejskiéj, tam na ratuszu bywał częstym gościem; w zażyłości z burmistrzem Tatzlerem i jego dwoma następcami, służył im, z wrodzonéj uczynności, radą i pomocą, zwłaszcza, że mało kto wtenczas lepiéj od niego znał ludzi i rzeczy w mieście. Częściéj jeszcze i chętniéj krzątał się w obrębie stosunków kościelnych; gorliwy i przekonany katolik przyjaźnił się z wszystkimi niemal księżmi w Poznaniu, między proboszczami po wsiach mnóstwo miał znajomych i szczególną cieszył się łaską arcybiskupów Gorzeńskiego, Dunina i Przyłuskiego, a nie tylko żaden prawie uroczysty obiad w pałacu tumskim lub na kanoniach nie obszedł się bez pana Stanisława, lecz wielokrotnie wzywano go do rady lub pośrednictwa, gdy chodziło o załatwienie jakiéj sprawy z władzami miejskiemi lub o poufne porozumienie się ze znajomą mu osobistością. Przedewszystkiem zajmował się pan Stanisław najgorliwiéj swoim parafialnym kościołem, naszą Farą, któréj był prowizorem i przez wiele lat, przy proboszczach Hantuszu i Kinosowiczu, jedynym prawie świeckim opiekunem. Nie mogę ci naturalnie podać szczegółowo, co zrobił dla parafii i dla kościoła farnego, lecz między innemi przeprowadził pierwsze za méj pamięci odnowienie prezbyteryum i większéj części bocznych ołtarzy, które — jeśli się nie mylę — wykonał młody malarz Fabisz; obdarzył daléj Farę amboną i chrzcielnicą, których dawniéj nie było, bo zamiast ambony stało tam na tem samem miejscu drewniane rusztowanie, okryte starym kobiercem, na którym przedstawiony był Adam w ogrójcu z Ewą podającą mu jabłko, a przybory do chrztu przynoszono za każdym razem z zakrystyi i stawiano rozmaicie. Zaprowadził prócz tego pan Stanisław owych Szwajcarów z pałkami, pilnujących tam dotychczas jeszcze porządku w ciągu nabożeństwa. Nie myśl, panie Ludwiku, iżby byli zbytecznym przyborem; przypominam ja sobie, jak to nieraz przed ich pojawieniem się wyglądało. Osobliwie w Niedzielę lub dni świąteczne przybywało na sumę do kościoła mnogo eleganckich młodzieńców, którym o nabożeństwo bynajmniéj nie chodziło; odbywali wędrówki naokół, przepatrując przedewszystkiem panienki, pukając laskami i prowadząc głośne nieraz rozmowy. Było to jakby na koncercie w publicznym ogrodzie i słusznie pan Stanisław, jako prowizor kościoła, uznał za konieczne zapobiedz takim wybrykom. On wreszcie — jak ci to już dawniéj wspomniałem — założył, uporządkował i obwiódł murem ów dawniejszy cmentarz farny na św. Wojciechu, gdzie teraz wśród dzieci swoich obok żony spoczywa.
Prócz tego, panie Ludwiku, we wszystkiem, co się tyczy sprawy narodowéj, znalazłeś naszego poznańskiego Lafayeta, bo go tym przydomkiem częstokroć przyjaciele odznaczali, zawsze między pierwszymi, a natura na wskroś polska cechowała całą jego osobistość duchową i wewnętrzną. Na tem polu rozwijał nieraz nadzwyczajną czynność, któréj względy i przeszkody hamować nie mogły. Osobliwie przez cały czas powstania listopadowego był pan Stanisław ciągle, że tak powiem, na nogach; z dyrektorem landszafty Grabowskim w codziennéj niemal styczności, załatwiał mnóstwo rzeczy przychodzących z Królestwa lub idących tamdotąd i w wielu prywatnych przypadkach i trudnościach, które wynikać musiały w mieście i na wsi z ubytku tylu ojców rodzin lub z postępowania władz tutejszych, służył gotową zawsze radą i pomocą. Przysługi jego tem więcéj miały wartości dla tych, których dotyczyły, że świadczył je swobodnie i uprzejmie, nie okazując niechęci, chociaż nieraz może uczynności jego nadużywano.
Po śmierci Maksa wiele rzadziéj niż przedtem widywałem jego ojca; w ostatnich latach życia stracił tę ruchawość i sprężystość, która go się długo trzymała, spowolniał znacznie i zesmutniał, bo wiek był już podeszły, stosunki pod niejednym względem stały się trudne, wszyscy niemal rówieśnicy i starzy przyjaciele zeszli z tego świata, a wreszcie i w tylnym pokoju tutaj, gdzie kiedyś było tak gwarno, gdy cała rodzina zasiadła, zrobiło się znacznie ciszéj; z owéj dziesiątki bowiem pozostało tylko dwóch synów i dwie córki. Niedziw zatem, że, gdy pewnego razu spotkałem na ulicy pana Stanisława, któremu już od dawna siódmy krzyżyk był minął, znalazłem go mocno zmienionym. Śmierć żony, z którą tyle chwil jasnych za młodu, tyle dni ciemnych na starość w najprzykładniejszem spędził pożyciu, dla osłabionego już i schorzałego była ostatecznym wyrokiem. Nie przeżył jéj ani pięciu miesięcy i w połowie maja pięćdziesiątego szóstego roku wywieźliśmy go tu ztąd na miejsce, które sobie obrał będąc jeszcze w sile wieku.
Żałuję, panie Ludwiku, że ci tak lekki tylko dać mogłem zarys osobistości pana Stanisława Kolanowskiego, która ze wszech miar na zupełniejszy i udatniejszy obraz zasługuje, ale, jak to już kilkakrotnie mówiłem, nie będąc ani biografem, ani artystą, podaję ci co z własnego widzenia lub słyszenia sam wiem jeszcze o ludziach i rzeczach z czasów ubiegłych, jako tez wrażenia, które po nich zostały w starym moim mózgu.
W następującym domu narożnym mieszkał lat kilka, za kawalerskich czasów swoich, profesor Wannowski; przypominam to sobie dobrze, bo nieraz mu tutaj zeszyty odnosiłem; powtarzać ci jednak nie będę tego, co już dawniéj o nim powiedziałem, ale bardzo żałuję, że nie wiele tylko nadmienić mogę o tym, który czas krótki obok niego na tem samem piętrze rezydował. Przybył do Poznania trzydziestego trzeciego roku, krótko przed podziałem gimnazyów dr. Wojciech Łożyński, powołany do Św. Maryi Magdaleny. Urodzony w Chełmnie, odbył tamże i w Brunsbergu nauki szkolne, uniwersyteckie zaś w Królewcu i w Bonn, gdzie się doktoryzował, napisawszy rozprawę o perypatetyku smyrnejskim Hermippie i gdzie egzamina nauczycielskie i rok próby ukończył. Mając jeszcze w świeżéj pamięci uniwersytet, zaimponował nam, jak to mówią, gdy wszedł do klasy, zaraz powierzchownością swoją, a daléj wzięciem przyjacielsko-poważnem i nauką. W sile młodości, przystojnéj postawy i udatnéj twarzy, zawsze wykwintnie ubrany i w ruchach swobodny, sprawiał wrażenie raczéj światowego kawalera, niż pedagoga i nikomu na myśl nie byłoby przyszło, że kolebka jego stała obok warsztatu obuwia. Wykładał nam w prymie Tacyta, tak trochę po uniwersytecku, mówił przytem ciągle po łacinie i wyrażał się w tym języku, ileśmy ocenić mogli, bardzo trafnie i biegle. Niedługo tutaj wytrwał w kawalerskim stanie; jeszcze byłem w szkołach, gdy pojawiła się pani Łożyńska, która o płci pięknéj chełmińskiéj dać mogła u nas najpochlebniejsze wyobrażenie. Ta młoda para odwiedzała dość często moich rodziców, pamiętam więc, że państwo Łożyńscy, żyjąc tutaj w stosunkach towarzyskich li tylko z polskiemi rodzinami, wszędzie byli z upragnieniem przyjmowani. Było to najlepszem świadectwem dla wartości naukowéj i osobistych przymiotów doktora Łożyńskiego, że, co się rzadko zdarza po tak krótkiéj praktyce nauczycielskiéj, młodego jeszcze wezwały władze rządowe na miejsce dyrektora, gdy trzydziestego ósmego roku w Chełmnie gimnazyum założono; tem chętniéj przyjął ową posadę, iż łączył się z nią powrót do rodzinnego miasta. Na tem ważnem dla nas stanowisku, bo mnóstwo młodzieży polskiéj odbiera do dziś dnia wykształcenie w gimnazyum chełmińskiem, doczekał się sędziwego wieku i dwudziestego piątego jubileuszu na czele zakładu, do którego urządzenia i ustalenia w znacznéj mierze się przyczynił. Po jego wyjeździe do Prus nie spotkałem się już z dyrektorem Łożyńskim, sam także w Chełmnie nigdy nie byłem, nie wiem więc, jakie późniejszemi czasy osobistość jego przechodziła koleje i zmiany, ale od kilku z Prusaków naszych, którzy się pod jego ferułą wychowali, słyszałem, wypytując się o niego, że urzędowaniem swojem i całym przebiegiem życia zasługiwał sobie na rzetelny szacunek, którego mu z żadnéj strony nie odmawiano.
Za jego dyrektoratu było gimnazyum chełmińskie w kwitnącym stanie i wysłało w świat liczny zastęp uzdolnionéj młodzieży. Do ostatniéj chwili życia zachował Łożyński żywe i szczere uczucie patryotyczne, nie ukrywał się z niem przed młodzieżą polska, czynił nawet co mógł, żeby je w téj młodzieży rozbudzić i utrzymać, ale pod tym względem postępować sobie musiał roztropnie i ostrożnie, bo i z bliska i z daleka zwrócone nań były argusowe oczy, które, osobliwie od sześćdziesiątego trzeciego roku, nie byłyby prześlepiły żadnego grzechu; wiele jeszcze, iż jako Polakowi powiodło mu się z tak ważnego stanowiska zejść cało, gdy mu i wiek i siły wycieńczone pożegnać się z urzędem nakazały.
Miło mi, panie Ludwiku, że spowodował mnie widok tego domu do krótkiéj chociaż, ale z prawdą zgodnéj wzmianki o dyrektorze Łożyńskim, a ponieważ wszystkich innych ludzi tutaj niegdyś pod tym samym dachem koczujących nie znałem, przeto do drugiéj, naprzeciwko stojącéj kamieniczki narożnéj przejdziemy, któréj pierwsze piętro bardzo często, jako młody chłopiec, zwiedzałem, a na którą, przez wiele lat, panienki poznańskie niezbyt czule spoglądały. Nie wiem, czy znalazłbyś trzech, czterech ludzi w Poznaniu pamiętających mieszkańców owego pierwszego piętra przed trzydziestym trzecim rokiem; ja mógłbym ci ich wymalować, tak żywo ich postacie majaczą mi nieraz przed oczyma, gdy koło tego domu przechodzę. Otóż mieszkał tutaj bardzo długo, dawnemi czasy, Francuz de Trimail nazwiskiem, z żoną i synem. Z których stron pochodził i jakie tam szczegółowo przebywał losu koleje w młodości swojéj, tego nie wiem; przypominam sobie tylko, co mi tak czasem Ludwiś powiadał, że ojciec jego miał być księdzem i już gdzieś tam w seminaryum siedział; ale gdy rewolucya wybuchła, seminarya rozpędzono i emigracya się rozpoczęła, jako religiant i rojalista, poszedł za innymi i zaciągnął się do armii Kondeusza, a gdy nastał koniec téj nieszczególnéj parady, szukał młody Trimail w różnych miastach niemieckich jakby biedzie zaradzić i przywędrował wreszcie do Berlina. Tam poznał się z nieco starszą od siebie współemigrantką, panną Poisson, która lekcyami francuzkiemi i wyrabianiem stroików pracowała na życie. Ze znajomości powstał wkrótce sentyment; zawarli małżeństwo, aby wspólnie ciągnąć djabła za ogon. Ów ogon się nie urwał, gdy w początkach Księstwa Warszawskiego przybyli do Poznania. Tutaj pracował Trimail z początku jako nauczyciel języka francuzkiego w Lyceum, a potem roku dziesiątego założył szkołę i pensyonat dla dziewcząt. Nie było tu wtenczas podobnego zakładu, a ponieważ Trimail miał pewien stopień wykształcenia, język swój znał dobrze, przytem ujmował sobie ludzi obejściem przyzwoitem i łagodnością usposobienia i ponieważ chodziło wtedy, bardziéj jeszcze niż dzisiaj, żeby się panny dobrze wyuczyły parlować, szkoła i pensyonat zapełniły się wkrótce dziewczętami ze wsi i z miasta. Pani zarządzała gospodarstwem i miała dozór nad pensyonarkami, parlując z niemi ciągle, bo innego języka nie umiała; jegomość kierował szkołą i sam lekcye dawał, ale oprócz niego uczyli jeszcze rozmaici profesorowie tutejszego Lyceum. Nauka tak języków jako i innych przedmiotów szkolnych, z językiem wykładowym w części polskim, w części francuzkim, szła w ogóle dobrze, ku zadowoleniu rodziców i uczennic, jak od méj matki słyszałem, która nieraz czas w téj szkole spędzony z wielką przyjemnością sobie wspominała. Tak trwało i za następnéj okupacyi pruskiéj lat kilkanaście. Ileż to babek i prababek teraźniejszego pokolenia dokształciło się w tym domu! W kwincie i kwarcie będąc, widywałem jeszcze panny wędrujące tudotąd z książkami i krosienkami, lub wyglądające oknem podczas pauzy. Stary Trimail, żwawy, chociaż dość otyły, był u nich w łaskach; nie dokuczał i nie grymasił, owszem okazywał zawsze ojcowską pobłażliwość, którą już z jego pełnéj, bladéj i dobrodusznéj twarzy, zwykle uśmiechniętéj, odgadnąć było można; pani zaś nie sprawiała tak przyjemnego wrażenia, bo, pochyła, chuda, z fizyonomią staréj żydówki, a draźliwa skutkiem słabego zdrowia, objawiała częstokroć cienko-krzykliwym głosem swoje niezadowolenie, chociaż dobrego serca nie można jéj było odmówić.
Około dwódziestego ósmego roku zaczął się zakład Trimailów wyludniać, nie wiem z jakiego powodu, tak iż wkrótce przekonali się, że dłużéj go trzymając nie wyjdą na swoje; rozpuścili go zatem, ale mało co odłożywszy i wiatrem żyć nie mogąc, założyli inny pensyonat, dla chłopców, w nadziei, że to może lepiéj pójdzie. W rzeczy saméj, z początku mieli ich dość dużo; wkrótce jednak nadszedł rok trzydziesty; chłopców z Królestwa, których tam kilku było, odebrano, inni niedługo też się rozeszli, a drugie to przedsięwzięcie ani trzech lat nie przetrwało. Nastała znów próżnia tu na pierwszem pietrze, a niebawem i śmierć tam zajrzała, zabierając najpierw co było najmłodsze, biedaka Ludwisia, czyli Lulu, jak go zwali rodzice.
Kilka lat przeżyliśmy z sobą w najściślejszéj przyjaźni i dla tego, ilekroć mi na myśl przyjdą pierwsze moje szkólne czasy, przesuwa się na ich tle zaraz szczupła figurka Ludwika Trimaila i widzę jego twarz bladą, ruchawą, pod gęstym, ciemnym włosem, ożywioną wesoło-czarnemi, błyszczącemi oczyma. Był dwa, może trzy lata starszy odemnie, lecz zeszedłem się z nim już w sekście, a ponieważ rodzice nasi znali się od dawna i odwiedzali czasami, przyspieszyło to bliższe między nami stosunki. Przychodził do mnie często i ja do niego; bawiliśmy się tak we dwóch wybornie, bo miał żywą fantazyę w wymyślaniu zabawy. Pamiętam, iż późniéj, gdy, będąc w kwarcie i tercyi, zaczęliśmy czytać romanse Walter Skota, między któremi najbardziéj Ivanhoe i Kwintyn Durward przypadły nam do smaku, ulubioną nam rozrywkę sprawiało przebierać się jak się udało, robiąc szyszaki z papieru, tarcze z atlasów, miecze z kijów, płaszcze z kółder, i odgrywać sceny rycerskie, rąbiąc się nawzajem i dialogując jak nam przyszło do głowy. Do lego, typto i do ułamków nie miał Ludwiś wielkiego nabożeństwa ani też nadzwyczajnego daru, ale wrodzoną od małego, niezwykłą zdolność do rysunków; w klasie, podczas godzin, zasłoniwszy się stosem książek od katedry, rysował sobie, nie dbając o to, co profesor prawi, zwykle rycerzy albo Hiszpanów i dzieła swoje rozdawał kolegom. W domu potem rysować zaczął kredą i chińskim tuszem portrety naturalnéj wielkości, które mu się pod względem podobieństwa udawały wybornie; kogo mógł pochwycić, tego sadzał na krześle i unieśmiertelniał na papierze. Wzięła go wreszcie ochota malować olejno i rodzice przyjęli mu nauczyciela, szkoda tylko, że pateraka, niejakiego żyda Aleksandra, który, będąc z początku u malarza Gillerna do posługi i tarcia farb, zaczął potem sam smarować i zarabiał sobie na życie malując, osobliwie dla księży, świętych z przewróconemi oczyma i święte w jaskrawych sukniach. Ludwiś miał zmysł do kolorów i prześcignął wkrótce nauczyciela, od którego i tak już wiele lepiéj rysował; spowodował zatem rodziców, że go z tercyi odebrali, zwłaszcza, iż mu się na skończenie szkół nie zanosiło i całkiem oddał się malarstwu. Było to, ile pamiętam, w końcu trzydziestego pierwszego roku; miał wyjechać do Berlina, a potem do Francyi, aby się w kunszcie swoim należycie wykształcić; tymczasem kopiował obrazy i malował portrety, siedząc w domu, bo dla widocznych już niektórych chorobliwych objawów puścić go jeszcze nie chciano.

Nieszczęściem chorobliwe przypadłości pogarszały się z każdym tygodniem. Jak tylko zapamiętam, miał on zgięte plecy i piersi wklęsłe, dziedzictwo po matce; wzmagało się to złe coraz bardziéj przy ustawicznem pochylaniu się nad rysunkami; nie zwrócono zawczasu uwagi na jego wrodzoną skłonność do płucowéj choroby, która pojawiła się wyraźnie krótko potem, gdy wyszedł ze szkól. Parał się z nią biedny Ludwiś niemal rok cały; ostatnie miesiące wychodzić już nie mógł, przeleżał je po większéj części schudzony i zniszczony do nieopisania i w końcu trzydziestego drugiego wydarła śmierć bezwzględna starym rodzicom ledwo lat siedemnaście liczącego jedynaka. Matka w ostatnich dniach jego choroby okropny przedstawiała widok; sama umierająca już prawie dnie i noce siedziała przy jego łóżku i w parę tygodni podążyła za nim. Ojciec siedemdziesięcio-kilko-letni, osamotniony zupełnie, znosił swój los z niezwykłym spokojem i stoicyzmem; kilka razy, gdy się z nim potem spotkałem, widziałem podczas rozmowy łzy w jego oczach, które zwyczajnym swoim lekkim uśmiechem stłumić się starał. Przesiedział w Poznaniu jeszcze rok czy półtora, żyjąc z resztek i dając lekcye prywatne; napisał nawet gramatykę francuską dla Polaków, którą tutaj wydrukowano; nakoniec przeniósł się do Warszawy, nie wiem z jakiego powodu, zapewne w nadziei, że tam łatwiéj znajdzie utrzymanie.
Cały dół tego domu, jak tylko pamięć moja sięga i jeszcze kilka lat po trzydziestym, zajmowała cukiernia, która współzawodniczyła z cukiernią Vassalich i zwyciężała ją rozmaitością i doborem ciastek. Jéj szef, pan Freund, Niemiec mówiący dobrze po polsku, wysoki i przystojny jegomość, miał nazwisko odpowiednie swemu usposobieniu; przyjmował bowiem bardzo po przyjacielsku gości swoich, którzy się składali głównie z niższych urzędników i młodzieży miejskiéj. Było tu częstokroć gwarno i wesoło, osobliwie w dni świąteczne, po wielkiéj mszy farnéj, podczas gdy u Vassalich na Rynku zwyczajnie spokój panował przykładny między publicznością czytającą gazety.
Następująca długa, jednopiętrowa kamienica, któréj wygląd zewnętrzny do dziś dnia się nie zmienił, należała dawnemi laty do Wiczyńskich. Nazwisko szczeropolskie, ale ród był niemiecki i przyszedł z czasem do znacznego majątku na browarze, który tam z tyłu teraz jeszcze w pełnym jest ruchu. Piwowara Wiczyńskiego już nie znałem, ale przypominam sobie starą panię Wiczyńską, jéjmość silną i tłustą, która po śmierci męża wiele lat jeszcze prowadziła proceder i musiała, jak częstokroć wdowy, znać się na rzeczy i gospodarować nie źle, bo dzieci swoje wyposażyła całkiem przyzwoicie. Córkę jéj, przystojną pannę, widywałem na ulicy, lub w oknie i ostatni raz spotkałem, tutędy przechodząc, biało ubraną, z wieńcem na głowie, jadąca do ślubu; wydano ją, zdaje mi się, za jakiegoś pastora. Z obydwoma synami pani Wiczyńskiéj byłem równocześnie w szkołach; mówili dobrze po polsku, ale liczyli się do Niemców i protestantów. Z młodszym siedzieliśmy razem w dwóch niższych klasach; spokojny to był i dobroduszny chłopiec, lecz imbecillus; z nauką mu nie szło, wrócił z kwinty do mamy, posiedział sobie w domu i umarł za młodu. Starszy, całkiem normalny, żwawy i wesoły, znajdował się już w sekundzie, gdy przyszedłem do gimnazyum. Późniéj, opuściwszy prymę, piwa, jak ojciec, warzyć nie chciał, został agronomem, a ponieważ miał środki po temu, kupił wieś w okolicy Mosiny, czy Czempinia i, ożeniwszy się, przez wiele lat dość pomyślnie gospodarował, dopóki mu stan zdrowia dozwolił. Jeszcze przed rokiem trzydziestym straciłem go całkiem z oczu i dopiero temu lat osiem, może dziesięć, spotkałem przypadkiem na ulicy niemłodego jegomościa, którego twarz przypomniała mi Wiczyńskiego. Przemówiwszy do niego, przekonałem się, że mnie pamięć nie zawiodła. Poznaliśmy się da capo, odgrzaliśmy niektóre stare dzieje z gimnazyalnych czasów i powiedział mi, iż, nieczując się już wczorajszym i doznając pewnych dolegliwości, pozbył się wsi i osiadł sobie na wymiarku w owym dworku Fehlanów za Królewską bramą. Niezbyt długo jednak używał emerytury; kilkakrotne porażenia w parę lat położyły jéj koniec; ten dom zaś tutaj od dawna, bo zaraz po śmierci staréj Wiczyńskiéj, przeszedł w inne ręce i już nic więcéj o jego losach i mieszkańcach powiedzieć ci nie mogę.
Mniéj jeszcze pod tym względem nastręcza mi przedmiotu do rozpraw następująca dwupiętrowa kamienica stanowiąca róg Koziéj ulicy, chociaż ona poniekąd historyczna, bo za Księstwa Warszawskiego, jak mi powiadano, u dołu i na drugiem piętrze mieściły się biura prefektury departamentowéj, a na pierwszem piętrze było mieszkanie pana prefekta. Ten prefekt, pan Józef Poniński, starszy brat pułkownika Stanisława, o którym ci zaraz na początku tegorocznéj naszéj przechadzki słów kilka powiedziałem, pozostał dla mnie osobą całkiem nieznaną; niepamiętam, iżbym go był kiedykolwiek widział; również niewidziałem nigdy pani prefektowéj, Zabłockiéj z domu, tylko, chłopcem jeszcze będąc, słyszałem nieraz rozmawiających o niéj jako o świetnéj damie i o wieczorach, które się u niéj odbywały. Wszakże drugiego pokolenia, które także już zeszło z tego świata, przemilczeć nie chcę, bo obcem mi nie było. Starszą córkę prefektorstwa, panią Izabelę Kurnatowską znałem z daleka; kończyło się między nami tylko na ukłonach i niewiem czym kiedykolwiek z nią rozmawiał; ale ponieważ mam trochę zmysłu estetycznego, przyznam ci, że z zadowoleniem patrzało się na tę bardzo przystojną osobę, któréj ubiór, postawa i ruchy okazywały wielkoświatową panię i która rozmaite w życiu swojem przebywała losy. Natomiast w bliższéj znajomości byłem z jéj siostrą, panią Józefą Żychlińską, zwłaszcza, iż miałem przyjemność widywania jéj dość często, gdy lat kilka mieszkała w Poznaniu dla wychowania dzieci. Niższego wzrostu od swéj siostry, pełnych i zgrabnych kształtów, z czarnym niemal włosem i ciemnobrunatnem błyszczącem okiem, robiła wrażenie istoty za Alpami lub za Pireneami zrodzonéj, tem bardziéj, iż temperamentu była nader żywego, imaginacyi znacznie rozbudzonéj. Za piękność nieuchodziła, ale w spojrzeniach, w grze rysów twarzy, w swobodzie i wraźliwości usposobienia, w biegłości wysłowienia swego miała ta południowa natura pewien urok, który każdego ku niéj pociągał. Przeciwnie mąż jéj, liczący się do Żychlińskich kalwinów, zdawał mi się niezbyt magnetycznie działać na innych, chociaż, szczerze mówiąc, mało co go znałem.
Młodszego brata pani Izabeli i pani Józefy, Henryka Ponińskiego, poznałem w dwa czy trzy lata po jego powrocie z Moabitu, a z dziejów jego młodości, wiem tylko że szkoły przebywał gdzieś w Niemczech, dla tego też bardzo biegle, nawet ozdobnie mówił po niemiecku. Okoliczność ta nie wywarła jednak żadnego wpływu na wrodzone jego patryotyczne uczucia. Wróciwszy do kraju, osiadł w Tulcach, odziedziczonych po ojcu i ożenił się wcześnie z kuzynką swoją, panną Emilią Zabłocką; mimo to, będąc usposobienia łatwo zapalnego, kilka lat późniéj znalazł się między najruchliwszymi i najgorliwszymi zwolennikami centralizacyi, którzy przyspasabiali u nas powstanie. Schwytany jeden z pierwszych, odpokutował swoje dwa lata w Poznaniu, Sonnenburgu, Moabicie i wydostał się na wolność czterdziestego ósmego roku. Więzienie nie pozostało bez wpływu na niego, odstręczyło go w pewnéj mierze od ludzi, dając mu sposobność przekonania się, jak często niektórzy z nich ulegają bezmyślnie niesłusznym i bezzasadnym uprzedzeniom. Już to w ogóle szczęście nie było rozrzutnem dla pana Henryka. Stosunki majątkowe, po śmierci ojca zaniedbane podczas długiéj niedoletności a późniéj skutkiem kilkoletnich przejść spiskowych i więziennych, może innych także nieznanych mi okoliczności, pociągnęły za sobą sprzedaż dwóch wsi, których nazwiska nie pamiętam, i zmusiły go do pożegnania się z pięknemi Tulcami, tak iż znaczne pierwotnie dziedzictwo ograniczyło się w końcu na Komorniki pod Poznaniem. Dwie dorosłe córki, jedna z nich zamężna i matka dzieciom, zawcześnie zeszły z tego świata, a sześćdziesiątego trzeciego roku Moskale zabili mu najstarszego syna. Pamiętam tego Józefka, bo go często widywałem, gdy tutaj do szkół chodził; był to dobry i łagodny chłopiec, którego w wyższéj klasie niepokoić zaczęły szlachetne fantazye; z tego powodu, gdy w Warszawie za Aleksandra II rozbudził się tak silnie duch patryotyczny, wyprosił sobie u rodziców, aby go tam posłali, a marząc o poświęceniu się ludzkości i uwielbiając arcybiskupa Felińskiego, wstąpił do seminaryum duchownego. Niedługo tam jednak dosiedział; zaczęły się tworzyć oddziały, tu i owdzie krew się polała, zrzucił więc rewerendę, wpadł do Poznania po pozwolenie i błogosławieństwo rodziców; pożegnał się tutaj, jakby przeczuciem powodowany, ze znajomymi, nie zapomniawszy o mnie, i przyłączył się do partyi, którą doktor Okoniewski przez granicę przeprowadził. Wkrótce potem powiadano mi, że pod Dobrosołowem znalazł się biedaczek w mocnym ogniu i gdy się tam oddział Kaźmierza Mielęckiego cofać zaczął, zostało ich kilkunastu biegających i strzelających, żeby odwrót zasłonić i nacierającą rotę moskiewską wstrzymać. Między nimi jednym z najuporczywszych był Józef Poniński; zdawało się, że zginąć pragnie i zginął. Leży tam pod mogiłą razem z tymi, co poszli za jego przykładem. Możesz sobie wystawić boleść rodziców; liczył on lat niespełna dwadzieścia, pierwszy im się urodził i pierwszy ich opuścił.
Na stare lata, oddawszy Komorniki drugiemu synowi, którego szczęśliwie ożenił, osiadł pan Henryk tutaj w Poznaniu, gdzie, wraz z żoną, oddali się oboje wychowaniu małego wnuczka, z tem większą miłością i poświęceniem, że to była sierotka po zmarłéj córce, wątła bardzo i od natury nieco upośledzona. Rozczuliło mnie nieraz, gdy go spotkałem prowadzącego troskliwie za rękę tego chłopczyka, który z trudnością tylko chodził. Nie był to już ów pan Henryk z dawniejszych czasów, jak go pamiętałem, zwinny, pełen życia i ruchu w rozmowie, czasami porywczy i wybuchowy; wiek, przykre doświadczenia i kłopoty podziałały na niego, ale zachował do ostatniéj chwili tę łatwość, dworskość i życzliwość w obejściu, które znajomym bliższe z nim stosunki uprzyjemniały. Śmierć żony, przed czterema laty, zadała mu cios ostateczny, którego umysł jego i organizm przemódz nie mogły; opuścił Poznań, schronił się na wieś do syna, gdzie w zaciszu, zdala od obcych, złamany na siłach, dwa lata temu, życia dokonał.
Tak, panie Ludwiku, gdy dojdziesz do mego wieku, zdawać ci się będzie nieraz, że świat naokół ciebie, to kalejdoskop, w którym niewidzialne jakieś poruszenie zmienia ciągle obrazy ludzi i rzeczy; ileż to takich obrazów przesunęło się przed memi oczyma! Czasem ten i ów obrazek pojawi się znów w wyobraźni i odświeży po wielu latach. Otóż, przypominam sobie, że pewnego razu, gdy byłem bodajnie jeszcze w sekundzie, szło nas kilku przez Wielkie Garbary i widzieliśmy wychodzące z oberzy pod Czarnym Orłem dwie młodziuchne panienki zupełnie nam obce, których ładne twarzyczki, zgrabne figurki i wykwintny ubiór wywarły na nas wrażenie. Dowiedzieliśmy się niebawem, że to panny Zabłockie. Starsza z nich wyszła wkrótce potem za mąż, mając lat siedemnaście; nie mogło mi naturalnie wtedy przejść przez głowę, że ją kiedyś znać będę jako panię Henrykową Ponińską, a przecież późniejszemi czasy miałem sposobność widywania jéj dość często, gdy tu z dziećmi mieszkała w Poznaniu i zasłużenia sobie na przyjazne względy téj pani. Zewnętrzność jéj była aż do dni ostatnich odpowiednią téj, co nas podlotków tak zajęła ongi na Garbarach; matką dorosłych dzieci, nawet babką będąc, zachowała w swéj twarzy wyraźne ślady owego wdzięku, który ją za młodu odznaczał i łączył się z odcieniem zwykłego spokoju, a jéj smagłéj postaci zawsze, skromnym wprawdzie, lecz bardzo gustownym przystrojem uwydatnionéj, mogła pozazdrościć niejedna panna. Kto w bliższéj znajomości zostawał z panią Henrykową i widział ją w kółku domowem, tego uwagi nie uszła jéj serdeczna troskliwość o dobro rodziny, cierpliwość łagodna, z którą przeciwności znosiła, a przytem dbałość nieustanna o ład i porządek każdego zakątka i wrodzona poniekąd potrzeba ciągłego zajmowania się czemsiś. W obejściu towarzyskiem, umiejąc łączyć nieprzymusową powagę z przyjacielskiem usposobieniem, osobom zaufanym szczerze i otwarcie udzielała swych spostrzeżeń i myśli, a ponieważ i rozum jéj był trafny i wyobraźnia ożywiona, przeto rozmowa z nią musiała każdego zająć, dla nas zaś znajomych była zawsze pożądaną. Umarła temu lat cztery, prawie nagle, przybywszy na Boże Narodzenie w odwiedziny do syna; miłą nam do dziś dnia pamięć po niéj została, nie mogłem więc, wspomniawszy z powodu staréj prefektury o synu prefekta, przenieść na sobie, iżby ci o żonie tego syna choć kilku słów nie powiedzieć.
Gdy pruskie czasy nastały, był dom prefekturalny, aż do najnowszych czasów, siedliskiem zarządu poborowego, który dopiero przed kilku laty przeniósł się do pięknego budynku, tuż obok powiatowego sądu, na końcu Wilhelmowskiéj ulicy. O mieszkańcach jego i dziejach z téj peryody nic nie wiem; przypominam sobie tylko długoletniego naczelnika tego zarządu, którego figurka niska, szczupła, ciemnowłosa i poważna, znaną była w całem mieście. Należał on do zamożnéj rodziny Massenbachów, od dawna tam, pod Pniewami osiadłéj, odznaczającéj się w kołach protestanckich wzorową pobożnością i gotowością do dobrych uczynków. Téj tradycyi familijnéj pozostał wiernym, jak mi powiadano i bardzo był z tego powodu szanowanym między Niemcami. Spotykałem go nieraz na przechadzkach, idącego poważnie obok żony swojéj, także nie wysokiéj, ale tłuściutkiéj i dość ładnéj brunetki; poprzedzały ich zwykle, podobne do matki, dwie czy trzy skromniutkie córeczki, kroczące ze spuszczonemi oczyma.
Następna stara kamienica, na przeciwnym rogu Koziéj uliczki, przywodzi mi na pamięć jeden tylko fakt historyczny. Otóż widzisz tu, niedawno temu jeszcze, w jednym z kramów nacące rzeczy: szynki, kiełbaski, salcesony i inne produkta nierogacizny; przez wiele lat błyszczało po nad tem wszystkiem nazwisko Rauschera. Pierwszego téj nazwy liczyć można, panie Ludwiku, do dobrodziejów miasta. Pamiętam jeszcze owe czasy, gdzie byłbyś tutaj, po za wielkanocnemi świętami, ziemię i niebo poruszył, a szynki nie dostał; służące nasze biegały nieraz z próżnym talerzem po wszystkich rzeźnikach i czasem tylko udało się schwytać kawałek tego specyału w kasynie niemieckiem. Dotkliwéj dla gospodyń niedogodności położył koniec dwa, zdaje mi się, lub trzy lata przed trzydziestym, ów Rauscher, który przywędrował z Alzacyi i pierwszy na tem miejscu założył handel charcuterie przez Francuzów nazwany, na jakich teraz w Poznaniu bynajmniéj nie zbywa. Powiadano wtenczas, że zrazu na szyldzie także polski napis umieścił, lecz zmazał go niebawem, bo mu jakiś dowcipniś „Rauscher charcutier“ na „Rauscher świniarz“ przetłómaczył. Więcéj ci o tym jegomości powiedzieć nie mogę, bo w bliższéj styczności z nim nie byłem; przypominam sobie jednak jego fizyonomię, wystającą z wysokiéj chustki naszyjnéj, starannie wygoloną, o jednym policzku mocno obwisłym i spoglądającą na świat z bezmyślną powagą. Podobno z początku mówił lepiéj po francuzku niż po niemiecku, lecz w ogóle, jak słyszałem, ust otwierać nie lubił i rzadko kiedy kupujących słowem zaszczycił.
Nareszcie, panie Ludwiku, dochodzimy do końca Wrocławskiéj ulicy; zatrzymała nas już dość długo, lecz nim się z nią pożegnamy, muszę ci jeszcze powiedzieć, że ta ostatnia wielka kamienica, która tworzy tutaj róg Starego rynku, a któréj, zestarzałéj i przez długi czas zaniedbanéj, dopiero przed dwoma laty nadano pozór przyzwoity i nowożytny, budzi we mnie wspomnienie kilku osób znanych dawniéj w naszem społeczeństwie. W pierwszych czasach po roku trzydziestym, gdy tam naprzeciwko bywałem u Schwarzbacha, widziałem nieraz tutaj na pierwszem piętrze przesuwające się koło trzech czy czterech okien postacie dwóch istót żeńskich. Jedną z nich była pani już w latach, chuda, dość wysoka, ciemnowłosa, z twarzą o wyrazistych rysach; drugą zaś zwinne dziewczątko, które późniéj poznałem jako udatną pannę, niższą od matki, płci nieco południowéj z czarnemi lokami, obok których spoglądała na świat dowcipnie para błyszczących, brunatnych oczu. Były to pani Białoskórska i jéj córka. Zkąd pochodziły i jakie ich dzieje pierwotne, nie wiem, słyszałem tylko, że pani Białoskórska, po śmierci męża, zebrawszy co pozostało, sprowadziła się do Poznania, gdzie wiodła żywot bardzo skromny, aby wychować swoje dzieci; bo, oprócz wspomnianéj córki, miała jeszcze znacznie starszego syna. Tego syna, który się zewnętrznością swoją całkiem od matki i siostry odróżniał, znałem dobrze, gdy jeszcze do szkół chodził, chociaż byłem w niższych klasach, on zaś, blisko dwódziestoletni, w sekundzie czy prymie. Należał wtenczas między starszymi gimnazyastami do najwybitniejszych i najpopularniejszych, a lubili go wszyscy koledzy dla otwartego i przyjacielskiego usposobienia i niespożytéj fantazyi, które to przymioty cechowały go jeszcze i w późniejszym wieku, ujawniając się na pierwszy rzut oka w całéj jego postaci. Gdybyś był spotkał, panie Ludwiku, tego młodzieńca średniego wzrostu i silnéj budowy ciała, byłyby z pewnością jego ładna, biała twarz, rumieńcem ożywiona, śmiałe i wesołe spojrzenie modrych oczu z pod jasnowłoséj czupryny i swobodne ruchy od razu sympatyczne na ciebie zrobiły wrażenie, zwłaszcza gdy tak szedł sobie przez ulicę lub dziedziniec gimnazyalny z podniesioną nieco głową i czapką na bakier. Trzydziestego roku naturalnie nie należał do ostatnich gimnazyastów, co poszli, gdzie czasami bywało gorąco; żałuję tylko, że ci z tych czasów nic szczegółowego powiedzieć o nim nie mogę, bo go potem przez długi czas nie widziałem, a późniejszemi laty nie zdarzyło mi się z nim o kampanii rozmawiać; wiem jednak, że swemu wyglądowi kłamu nie zadał, że w dwóch czy trzech większych bitwach i kilku spotkaniach odznaczył się odwagą, która sobie drwi z niebezpieczeństwa, krzyż za nią dostał i przy końcu powstania stopień porucznika. Wróciwszy napowrót, odsiedzieć musiał karę więzienną, a potem ściągnięty do wojska pruskiego, zamiast szpady, dźwigać karabin. Mimo to jednak, ponieważ z natury był żołnierzem, pozostał w wojsku, gdzie go chętnie zatrzymano, i po dość krótkim czasie ujrzeliśmy go tutaj jako podporucznika w dziewiętnastym pułku. Gdy przyszła na mnie koléj odbycia roku służby, widywałem go niemal co dzień na esplanadzie Kernwerku przy mustrze lub w jego kwaterze, a podczas manewrów jesiennych pod Wschową, jak ci już dawniéj wspomniałem, przepędziłem niejeden wieczór z nim i jego kamratami. Lubo już wtenczas trzydziestoletni z okładem i różne kłopoty mający na głowie, był to jednak pod względem usposobienia ten sam Feliks Białoskórski, którego ze szkół miałem w pamięci; ujmująca szczerość w obejściu pozostała niezmienną, a swobodny humor i śmiała fantazya wracały przy spotkaniu z bliższymi znajomymi. W wojsku, jak uważałem, łączyły go całkiem przyjacielskie stosunki z wyższemi figurami pułku; młodsza zaś oficerya, obok koleżeńskich uczuć, okazywała mu pewien szacunek jako takiemu, który się już prochu nawąchał.
Odsłużywszy swój rok i mając potem dużo zajęcia, rzadko kiedy spotkałem się z Białoskórskim, a straciłem go całkiem z oczu, gdy w późniejszym czasie zmuszony byłem oddalić się na dość długo z Poznania. Co się z nim w tym przeciągu czasu działo, nie umiem ci na pewne powiedzieć; wszakże słyszałem, że wystąpił z wojska czterdziestego piątego roku, ożenił się i rozpoczął zawód gospodarski. Prócz konieczności małżeńskiej, głównym powodem do wystąpienia z szeregów pruskich był dla niego zapał uczuć patryotycznych, z któremi się nawet przed Niemcami nie ukrywał. Gdy się na dobre rozpoczęły roboty spiskowe, będąc zwłaszcza w ścisłéj przyjaźni z takim entuzyastą, jak Wiktor Kurnatowski, uważał za obowiązek swój poświęcić się całkiem sprawie narodowéj i niebawem gorliwością prześcignął wielu innych; krzątał się na wszystkie strony, osobliwie około organizacyi przyszłych sił wojskowych, obmyślenia planów wojennych i sprowadzania broni. Mimo to uszedł szczęśliwie; schwytanym nie został, gdy się wszystko wykryło i przesiedział czas niejaki spokojnie w swéj wiosce niedaleko od Nowego Miasta. Wkrótce potem wypadki czterdziestego ósmego roku nazwisko jego rozgłośnem w Księstwie zrobiły.
Wiadomo ci, panie Ludwiku, że łudząc się jakiemiś przyzwoleniami i przyrzeczeniami z góry, zaczęto wtenczas formować po powiatach oddziały zbrojne piechoty i konnicy, które miały być zawiązkiem przyszłego wojska przeznaczonego przeciw Moskwie. Utworzenie i wyćwiczenie takich oddziałów w powiecie pleszewskim powierzone zostało Białoskórskiemu, któremu przydany był, ile mi wiadomo, major Świderski. Mimo wszelkich przeszkód i trudności wynikających z wrogiego usposobienia władz pruskich i braku odpowiednich środków, udało się tam jednak w Pleszewie i okolicy zebrać kilka set ludzi i jako tako uzbroić w flintki i sztucery, nawet kilkudziesięciu ułanów zaopatrzyć w konie, siodła i lance. Kadry takie powstały w kilku miejscach, a główny obóz i najliczniejszy, którym dowodził wypuszczony codopiero z Moabitu Ludwik Mierosławski, znajdował się w Miłosławiu. Władze, oszołomonione tem, co w końcu marca stało się w Berlinie i co zaszło w Poznaniu, ustępowały z początku i zezwalały na wszystko; przysłany od rządu jenerał Willisen zawarł konwencyą z komitetem narodowym, zatwierdzającą pod pewnemi warunkami owe formacye wojskowe; lecz gdy w Berlinie i tutaj zaczęto wychodzić z odurzenia, byliśmy, naturalnie, my Polacy, tymi, którzy najpierw i najgrubiéj za cały karnawał zapłacili. Obietnice i konwencye puszczono, jak to mówią, w trąbę; a razem z niemi pana Willisena, który zdawał się chcieć je uważać za prawdę i dnia trzydziestego kwietnia uderzył, z wyższego rozkazu, stary jenerał Blumen na Miłosław. Miał on tam z sobą, ile jeszcze pamiętam, trzy czy cztery bataliony piechoty, kilka szwadronów jazdy, głównie kirasyerów i bateryę artyleryi. O przebiegu téj potyczki nie będę ci się rozwodził, bo tam nie byłem, a co w pierwszych czasach sprzecznie i niejasno o niéj opowiadano, od dawna mi wyszło z pamięci; to jednak było i jest wszystkim wiadome, że Prusacy najpierw odparli broniących im przystępu strzelców i kosynierów i znaczną częścią sił wkroczywszy do miasta, zaczęli tam gospodarować niezbyt po chrześciańsku, gdy niespodzianie, przestrzeżony podobno dniem wprzódy, ściągnąwszy oddziały z Pleszewa i Nowego Miasta, pojawił się Białoskórski i rzucił jazdę, którą miał przy sobie, z boku na zastęp kirasyerów, wkraczających do miasta; zaskoczeni tym napadem i zaniepokojeni równocześnie strzałami i krzykami strzelców, którzy, okazując się ze wszech stron, biegli ku nim, zwrócili konie i zaczęli na dobre uciekać, szerząc popłoch między swymi, a dodając animuszu naszym goniącym i strzelającym ze wszystkich zakątków. Za przykładem konnicy poszła piechota pruska; wyniosła się coprędzéj z Miłosławia i zatrzymała się dopiero w Środzie, gdzie siła pruska, dotkliwe poniósłszy straty, znowu się zebrała. Był to jedyny dla Polaków korzystny wypadek bojowy w owem powstaniu czterdziestego ósmego roku, dla tego wszyscy wtenczas poczuwali się do wdzięczności względem Białoskórskiego za to, że tak niespodzianie i zręcznie udało mu się salwować honor narodowéj broni. Gdy te wszystkie patryotyczno-demokratyczne ruchy jeszcze przed końcem czterdziestego ósmego przycichły, zniknął Feliks Białoskórski zupełnie z widnokręgu naszego; późniéj zdarzyło mi się słyszeć, że się wyniósł do Królestwa i że tam gdzieś gospodarował w dobrach pana Krasińskiego nie opływając w dostatki; nie spotkałem jednak takiego, któryby mi był mógł dokładnie opowiedzieć, jakie tam dzielny ten żołnierz przebywał losu koleje i kiedy zeszedł z tego świata.
Siostra jego została tu między nami i pamiętam, że, panienką jeszcze będąc, skarżyć się nie mogła na obojętność młodzieży. Nie wielka jéj osóbka i ujmująca twarzyczka miały pewien urok w sobie, który na niejednego podziałał. Do tych należeli, między innymi, dwaj moi dawniejsi koledzy szkólni, Palicki Bogusław i Adam Karwowski. Obadwaj byli w równym niemal wieku, pięć czy sześć lat starsi odemnie, przechodziliśmy jednak z sobą sekstę i kwintę. Zachodziła między nimi znaczna różnica w wyglądzie i usposobieniu. Palicki, który pochodził, ile mi się zdaje, z Rogoźna, wyrósł późniéj na dość wysokiego mężczyznę dobréj tuszy; policzki miał pełne i rumienne, włosy niezbyt gęste, za młodu jasne, oczy niewielkie, niebieskawe; rysy twarzy w towarzystwie zwyczajnie życzliwym uśmiechem okraszone okazywały spokój i dobroduszność. Jakim się z powierzchowności wydawał, takim też był in foro interiore, naturalnym, skromnym, szczerym i sercowym. Karwowski przyszedł do Poznania z Mosiny, gdzie rodzina jego osiadłą była, lecz, ile sobie przypominam, powiadał mi raz w Berlinie, że Karwowscy pochodzą gdzieś tam z Ukrainy, czy z Podola, zkąd jego dziadek, skutkiem zawieruch wywołanych konfederacya Barską, do któréj należał, dostał się w nasze strony. Było też widać po nim i po wiele młodszym jego bracie, który niedawno temu jako proboszcz opalenicki umarł, że ich prosapia na dalszym wschodzie wzięła początek. Mój amicus Adam, mniéj niż średniego wzrostu, trzymał się chudo przez całe życie; włosy gęstéj jego czupryny, w górę podniesione, były czarne i sztywne, twarz bladawa miała wyraz ujmujący, a oczy brunatne czasami nieco ironicznie na świat spoglądały. W obejściu towarzyskiem wielką okazywał łatwość, nie brakło mu przy sposobności na deklamatorskiéj wymowie, a objawy uczuć i przyjacielskiego usposobienia, któremi jednał sobie umysły znajomych, umiał nieraz łączyć z pewnem uwydatnieniem swéj osobistości. Tak on jako i Palicki uczyli się w szkołach bardzo dobrze, należeli we wszystkich niemal przedmiotach do pierwszych i prześcignąwszy mnie, byli w sekundzie trzydziestego roku. Obadwaj, mając wtenczas mniéj więcéj lat osiemnaście, gdy nadszedł ów dzień listopadowy, w Poznaniu nie zostali. Nie raz potem, przy rozmaitych sposobnościach, opowiadał mi jeden i drugi o zajściach wojennych, w których miał bezpośredni lub pośredni udział, ale te szczegóły wyszły mi już z pamięci; wiem tylko jeszcze, że Palicki miał szczęście dostania się do czwartego pułku piechoty, a w takiem znajdując się towarzystwie nie trudno mu przyszło odznaczyć się w jednéj z bitew tak, iż mu krzyż virtuti militari przyznano. Karwowski, odbywając większą część wyprawy jako podchorąży w kompanii grenadyerskiéj czternastego pułku, był kilkakrotnie w bardzo gorącym ogniu, z którego wyszedł jednak nieuszkodzony.
Po upadku powstania, gdy przybyli napowrót, zadać sobie obadwaj musieli pytanie: „co daléj?“ zwłaszcza, iż prócz rąk i głowy innych kapitałów nie było. Na to pytanie wypaść mogła tylko prosta odpowiedź: „pracować daléj, jak się zaczęło.“ Wszakże wracać do szkół wiek odradzał, ani by też władze pruskie dozwoliły. Trzeba było przysposobić się prywatnie do abitury i obmyślić fundusz na lat kilka. Nie powiem ci, jakiemi środkami rozwiązali to zadanie, ani też, jak się poprzednio załatwili z karą za udział w powstaniu i ze służbą w wojsku pruskiem, wiem tylko, że obadwaj prawie równocześnie, trzydziestego czwartego czy piątego roku, pojawili się z kilkunastu innymi sociis malorum w Wrocławiu, popis dojrzałości złożyli i naukę fachową rozpoczęli, puściwszy się każdy inną drogą; Palicki obrał sobie za patrona Eskulapa, a Karwowski Archimedesa. Nie pamiętam, iżbym ich był przez całe siedem lat, od chwili gdy wyszli z gimnazyum, gdziekolwiek widział i dopiero spotkaliśmy się trzydziestego ósmego roku, gdy zjechali do Berlina, aby nauki swoje ukończyć. Przepędziliśmy tam razem niemal rok cały w szczerym przyjacielskim stosunku; częściéj jednak przestawałem z Karwowskim, zwłaszcza iż mieszkał niedaleko odemnie i cele nasze znalazły się w pobliżu.
Palicki, już doktoryzowany, odbywszy w Berlinie owe długotrwałe stacye na praktycznego lekarza, wrócił kilka miesięcy przedemną do Poznania i tutaj rozpoczął praktykę pod auspicyami Marcinkowskiego, do którego zwykle rano i po obiedzie przychodził, wraz z kilku innymi początkującymi kolegami, aby mieć udział w konsultacyach. Późniéj, za radą Marcinkowskiego, gdy doktor Siegfryd, o którym ci dawniéj niejedno powiedziałem, wyjechał do Francyi, opuściwszy stanowisko swoje w Kościanie, osiedlił się Palicki w tem mieście, zdaje mi się, z początkiem czterdziestego trzeciego roku i przepędził tam resztę swego życia. Czterdziestego piątego, około św. Michała, wracając z rewii, zawadziłem o Kościan i kwaterowałem cały dzień u niego. Z tego, co mi mówił, widziałem, że zadowolony z siebie i ludzi, chociaż kawalerskie gospodarstwo na małem mieście, jeszcze w owych czasach, miało swoje niedogodności; na chorych nie zbywało tak na miejscu jako i po wsiach sąsiednich, a że w obrębie dość rozległym i zamożnym w stosunku do innych był jedynym lekarzem Polakiem, przytem weteranem z trzydziestego, mnożyła się jego praktyka z każdym tygodniem. Czterdziestego szóstego uszedł szczęśliwie, chociaż dość widocznie osobę swą narażał; dwa lata zaś późniéj, nie zapomniawszy, iż był kiedyś czwartakiem, pospieszył do obozów i tutaj, w oczekiwaniu dalszych następstw, pełnił służbę wojskowego lekarza, ratując rannych, gdzie było potrzeba. W późniejszych latach rzadko już kiedy zdarzyło mi się z nim spotkać, gdy czasem wpadł do Poznania, lecz miałem nieraz sposobność słyszenia od osób z tamtych stron, że się Palickiemu dobrze powodzi, że, po długich namysłach, ożenił się szczęśliwie i że jako lekarz, obywatel i człowiek zjednał sobie sympatyę i szacunek całego powiatu. Znając go od tak dawna, wiedziałem, iż inaczéj być nie mogło, bo poczciwy Palicki należał do ludzi, którzy, mało co innym winni, własną zasługą i wrodzoną zacnością zdobywają sobie niepoślednie stanowisko w społeczeństwie; przez sumienną pracę nabył uznania godnéj biegłości w praktyce swéj sztuki, a mając, jak ci już wspomniałem, serce wyborne, nawet czułe, nie tylko o chorych swoich, bez różnicy stanu, szczerze był troskliwym, lecz dla biedy miejskiéj prawdziwym dobrodziejem. Spieszył chętnie na każde jéj zawołanie, wspomagał groszem ile mógł i, aby jéj na przyszłość pomoc zapewnić, przyczynił się w znacznéj mierze do założenia w Kościanie domu chorych pod opieką Sióstr Miłosierdzia.
Umarł z początkiem sześćdziesiątego ósmego roku, w sile wieku, podobno skutkiem gwałtownego tyfusu, którym się od jakiegoś pacyenta zaraził. Całe Kościańskie zbiegło się i zjechało, aby kochanemu wszędzie doktorowi ostatnią oddać przysługę; opuszczającego dom po raz ostatni pożegnał, imieniem rodaków i znajomych, sędzia Zawadzki, a nad grobem przemówił serdecznie ksiądz Jan Koźmian, obadwaj jego przyjaciele.
Nie mogę, panie Ludwiku, powiedziawszy ci słów kilka o Bogusławie Palickim, pominąć całkiem jego brata, czy trochę młodszego, czy trochę starszego, tego, szczerze mówiąc, już nie wiem. Wyglądali obydwaj jak bliźnięta, przyszli razem do szkół i byli w jednéj klasie, ale ów drugi, bodajnie Ignacy, bardzo łagodnego usposobienia, mniéj miał zdolności od Bogusława. Zeszedł jako niedorostek z tego świata, nie pamiętam już czy skutkiem choroby, czy też zginął w powstaniu. Najstarszego z téj rodziny raz tylko widziałem, gdy tutaj kiedyś, przed trzydziestu kilku laty, przyjechał odwiedzić brata doktora. Był on nauczycielem przy jednem z gimnazyów warszawskich, i, chociaż nie długo z nim rozmawiałem, zrobił na mnie wrażenie człowieka wykształconego i pedagoga nieco sztywnego, z skłonnością do prawienia mądrych sentencyi.
Powiedziawszy ci o Palickich co mi tak się jeszcze przypomniało, wracam do Karwowskiego, którego bodajnie w Berlinie zostawiłem. Otóż koniec jego czasów uniwersyteckich był dla niego ważnym nie tylko pod naukowym, lecz i sercowym względem, bo już jako studiosus doszedł do celu kilkoletnich pragnień i nadziei i stanął przed ółtarzem obok panny Ferdynandy Białoskórskiéj. Zaszło to około św. Michała trzydziestego dziewiątego roku i o owym tak szczęśliwym dla p. Adama akcie, który się odbył w Poznaniu u Fary, zapomnieć nie mogę, ponieważ wraz z doktorem Gąsiorowskim należałem do bardzo małéj liczby jego świadków. Stosunek małżeński nie przerwał naukowéj pracy Karwowskiego; wkrótce potem wrócił na uniwersytet, złożył egzamina swoje, zdaje mi się, czterdziestego pierwszego roku i rozpoczął zaraz potem zawód nauczycielski przy gimnazyum Maryi Magdaleny. Lat parę bardzo pomyślnych spędził tutaj między nami; będąc bowiem z natury towarzyskiego usposobienia, żył w dość licznem otoczeniu dawnych amicusów i licznych znajomych, należących do ówczesnego odcienia patryotyczno-demokratycznego, w najlepszem porozumieniu z dyrektorem Prabuckim i kolegami, niemniéj z uczniami, których przyjacielskiem obejściem i nie raz przemową o pięknie brzmiących frazesach zjednać sobie umiał. Pod materyalnym względem powodziło mu się także całkiem nie źle; na pensyonarzach nie brakło i był dość znaczny dochód z lekcyi prywatnych. Krótko to jednak trwało, bo czterdziestego szóstego roku zaszły, jak ci już dawniéj wspomniałem, skutkiem ówczesnych politycznych wypadków, znaczne zmiany w gimnazyum katolickiem; czterech nauczycieli oddalono, kilku posłano do innych zakładów, a do tych należał pan Adam, którego przeniesiono do Leszna, gdzie spędził resztę żywota. Szczegółów o téj peryodzie jego dziejów podać ci nie mogę, panie Ludwiku, bo przez owe lat czterdzieści ledwo dwa czy trzy razy na krótką chwilę go widziałem.
Ostatni raz, było to bodajnie sześćdziesiątego ósmego, spotkałem się z nim u Cegielskiego i uderzyła mnie zmiana w jego osobie; zeszczuplał i wychudł na twarzy, a owa śmiała niegdyś i czarna czupryna zeskromniała znacznie i posiwiała; a lubo w ruchach, głosie i mowie objawiała się jeszcze dawniejsza pewność i fantazya, widoczny był jednak jakiś melancholiczny nastrój ducha. I nie dziw, bo ta nawskroś polska roślina przesadzoną została na grunt czysto niemiecki, na którym powoli wysychać musiała. Chociaż wkrótce zajął przy gimnazyum leszczyńskiem wybitne stanowisko, jako jeden z wyższych nauczycieli i pierwszy matematyk, znalazł się jednak w obec kolegów, wyłącznie Niemców, w obec uczniów Niemców i wśród ludności całkiem niemieckiéj; wpłynąć to naturalnie musiało gnębiąco na jego usposobienie. Pierwsze lat kilkanaście były jednak znośne; ówczesny dyrektor Ziegler, syn polskiéj matki, mówiący po polsku, chociaż się z tem nie popisywał, należał, ile go znałem, do ludzi bardzo przyzwoitych; z intencyą poważny, spokojny przytem i grzeczny, nie szukał odznaczenia w objawianiu nienawiści rodowéj; chłopcy polskie były w niemal wszystkich klasach, chociaż w niewielkiéj liczbie, znaleźli się też nieraz pensyonarze polscy, a współrodak w kolegiumm, Maksymilian Szymański, dawny przyjaciel szkolny i uniwersytecki, księża polscy w mieście i okolicy, szczególnie bliskość Gustawa Potworowskiego i kilku innych obywateli, osiadłych jeszcze w sąsiedztwie, wszystko to razem życie w Lesznie ułatwić i uprzyjemnić mogło. Z postępem czasu coraz cięższe stawały się stosunki; śmierć zabrała wszystkich niemal przyjaciół i bliższych znajomych; liczba polskich uczniów przerzedzała się, tak samo i garstka sąsiadów, coraz bardziéj; nacisk germański, w tak żarliwie niemiecko-żydowskiem mieście, z wybuchem kultury dał się uczuć dotkliwiéj; prócz tego zaś przy skromnych zasobach a rozmnożonem i dorastającem kółku familijnem, niejedne kłopoty i zmartwienia nękały, jak mi powiadano, poczciwego Adama w podeszłym jego wieku. Pracował jednak wytrwale aż do końca życia; pomimo smutków i cierpień moralnych, doszedłszy do lat siedemdziesięciu czterech, był jeszcze w urzędzie, i silić się musiała całe pół roku ciężka choroba, nim wytrwały jego organizm zniweczyła. Umarł w Sierpniu osiemdziesiątego szóstego, a z nim zeszedł ze świata tego, ile sobie przypominam, ostatni z amicusów, którzy zemną razem na sekstanerskich ławkach siedzieli.
Pozwolisz teraz, panie Ludwiku, że do tego, co ci o Feliksie Białoskórskim powiedziałem, dodam jeszcze słów parę o osobach, które, prócz wymienionych, były z nim w bardzo blizkim związku i do obrębu znanych mi należały. Do nich policzę najpierw jego żonę. Jako z panią Białoskórską nigdy się już z nią nie spotkałem, ale przedtem, będąc w szkołach, znałem tę panię pod innem nazwiskiem, zwłaszcza iż ją kilka razy u rodziców moich widziałem. Imienia już nie pamiętam, lecz była Sokolnicką z rodu, bratanką wiadomego ci już pana Tadeusza. Matka jéj, owdowiawszy, zamieszkała tutaj w Poznaniu, głównie dla wychowania dwojga dzieci, z których córka, nie wiele starsza od brata, znalazła niebawem męża w jednym z nauczycieli naszego gimnazyum, Bogumile Cichowiczu. Znaczna zachodziła między nimi różnica tak co do wieku, jak i pod niejednym innym względem; Cichowicz, który tu przyszedł dwódziestego ósmego roku, był w niższych klasach moim profesorem i przyjaźnił się z moim ojcem; ztąd mi też osobistość jego wyraźnie jeszcze tkwi w pamięci. Zkąd pochodził i jakie były jego początki, tego nie wiem, lecz na uniwersytecie kolegował z Poplińskimi i z Marcinkowskim i późniéj jeszcze w ścisłych z nimi zostawał stosunkach. Wysokiego wzrostu, miał twarz podłużną, nos dość długi, cerę śniadą i całkiem czarne, lśniące włosy; można było myśleć, że z południowéj Europy pochodzi, lecz dalekim był od południowéj impetliwości; owszem, ile sobie przypomnieć mogę z tego com dostrzegł i słyszał o nim, jednał sobie wszędzie przyjaciół i życzliwych szczerą serdecznością swoją i należał do ludzi sentymentalnych, którzy na rzeczy tego świata z dobréj strony zapatrywać się zwykli. Uczniowie powszechnie go lubili, bo bardzo łagodnie się z nimi obchodził, rzadko się gniewał i często bywał wesoły; nazywali go zwykle Bluchowiczem, ponieważ podpis jego dla niezupełnego częstokroć C wyglądał na takie nazwisko. Chodził zawsze w bardzo długich surdutach, a głównym przedmiotem, który wykładał, była historya; uczył także różnych języków w niższych i średnich klasach. Pierwsza jego żona, Jachnikówna z domu, niska i pulchna brunetka, o oczach czarnych, nie długo uprzyjemniała mu życie; umarła w młodym wieku, zostawiając strapionemu mężowi dwoje czy troje małych dzieci. Lubo, ile mi wiadomo, bardzo był do niéj przywiązany, nie mogąc jednakże znieść zbyt długiego osamotnienia i czując coraz bardziéj potrzebę matki dla swoich sierót, ożenił się Cichowicz po raz drugi z ową panną Sokolnicką, o któréj ci wspomniałem, a któréj udatna postawa, miły wyraz twarzy i nieco zamglone oczy miały pewien powab w sobie. Wkrótce także kupił wioskę Krzyżowniki w pobliżu Poznania, która się stała podobno prawdziwym krzyżem dla niego, jakie zaś było drugie jego pożycie małżeńskie, tego ci nie powiem, panie Ludwiku, bo niedługo potem Poznań opuściłem, pamiętam tylko, że gdy przed odjazdem przyszedłem do państwa Cichowiczów, aby się pożegnać, znalazłem i profesora i młodą jego panię w bardzo swobodnem usposobieniu. Przez myśl mi naturalnie wtenczas nie przeszło, że ich ostatni raz widzę; tak jednakże losy zrządziły, bo, gdy po kilku latach na dobre tutaj wróciłem, nie znalazłem już przy gimnazyum, a nawet przy życiu poczciwego Cichowicza, który tymczasem rozchorował się, przecierpiał podobno nie mało fizycznie i moralnie i umarł na suchoty czterdziestego trzeciego roku, mając lat czterdzieści sześć. Wdowa po nim wyszła późniéj za Feliksa Białoskórskiego, który nie był dla niéj obcą osobą, gdyż, ile słyszałem, znała go od dawna jako kuzynka swego. W tem drugiem stadle nie długo żyła, a ostateczne losy obojga tych małżonków, jak ci już powiedziałem, są mi całkiem nieznane. Wszakże wiem trochę więcéj o kolejach życia brata pani Białoskórskiéj, które zbyt jednostajne nie były. Za czasów szkolnych spostrzegłem nieraz na podwórzu gimnazyalnem tego ładnego chłopczyka i mówiono mi, że to Michaś Sokolnicki, braciszek pani Cichowiczowéj, lecz nie znałem go zresztą, był bowiem o kilka klas niżéj odemnie.
Po pięciu czy sześciu latach, gdy, przybywszy do Paryża, rozkwaterowałem się w Hôtel de Brésil, zastałem tam obok siebie mieszkających, doktora Siegfryda i Michała Sokolnickiego, z którym się zaraz tego samego dnia zapoznałem i pozostaliśmy wszyscy trzéj przez blisko półtora roku wiernymi owéj Brazylii, widując się codzień i żyjąc z sobą, mimo wielkiéj różnicy wyobrażeń i dążności, w nieprzerwanych przyjacielskich stosunkach. Pan Michał wyrósł na przystojnego młodzieńca i siedział w Paryżu z zamiarem wykształcenia się na inżyniera. W rzeczy saméj chodził do szkoły des ponts et chausées i kolegował tam ze Szczepanowskim i kilku innymi emigrantami ale, szczerze mówiąc, było to tak raczéj dla formy, bo i częste sobie dawał wakacye i nie uważałem, iżby w domu jakąkolwiek pracą był zajęty. Bliżéj go poznawszy, nie trudno przyszło widzieć, że jest jednym z tych, którzy za młodu lubią tylko poezyę życia i mało troszczą się o to jak będzie późniéj. Pełen ogłady i dobrego serca, był bardzo miły w pożyciu towarzyskiem; samą zewnętrznością swoją wzbudzał sympatyę, ale, ulegając wrażeniom i chwilowym chęciom, zmieniał cele i dążności, chociaż na lekkomyślnego bynajmniéj nie wyglądał, owszem, z pozoru i rozmowy sądząc, byłbyś go uważał za młodzieńca rozważnego, stałych zasad i postanowień. W Paryżu, gdzie chciał właściwie zapewnić sobie przyszłość, czas mijał mu na tych i na owych planach i krzątaniach, trochę też i na sercowych sprawach, a naraz, pewnego dnia wyjechał do Anglii; w jakim celu, z jakim skutkiem, nie wiem, bo sam wkrótce potem wróciłem do kraju. Po paru latach zjawił się tutaj w Poznaniu; raz i drugi spotkaliśmy się przelotnie; mało co powiedział mi o sobie, lecz dostrzegłem, że jest jakoś niespokojny i myślami zajęty. Późniéj, nie pamiętam, czy czterdziestego siódmego, czy ósmego roku, usłyszałem, że się ożenił i to z panną Waleryą Suchorzewską, którą przedtem widywałem czasami, gdy jako kilkonastoletnie dziewczątko była tutaj na pensyi i chodziła do szkoły Ludwiki. Jéj rodziców osobiście nie znałem, ale między czterdziestym a pięćdziesiątym przebywali częstokroć w Poznaniu i zajmowali wtedy w kołach naszego obywatelstwa wiejskiego dość wybitne stanowisko. Pan Zacharyasz Suchorzewski, właściciel Wszemborza w Wrzesińskiem, osobistość, ile sobie przypominam, słusznego wzrostu, barczyta, z twarzą o żywych kolorach i typu nieco ruskiego, spoglądająca śmiało małemi oczyma, o ruchach prędkich, nieraz nagłych, zwykle w czamarze chodząca, należał wtenczas, przebywszy kampanię z trzydziestego roku, do najgorliwszych i politycznie najczynniejszych obywateli patryotyczno-demokratycznego odcienia, chociaż podlegał czasami podobno napadom niezwykłéj gwałtowności; żonę jego słusznie do okazalszych pań ówczesnego towarzystwa liczono. Ich córeczka, gdy dorosła, pięknością wprawdzie nie była, miała jednak, prócz wysmukłéj i udatnéj postawy, pewien niezwykły wyraz twarzy, który zwracał uwagę i przyciągał, zdradzając już to jakiś głęboki i smętny zamysł, już to jakieś nagłe, gorące uczucia.
Z niepospolitą zdolnością do nauk i wraźliwą wyobraźnią łączyła, od lat najmłodszych, częsty niepokój wewnętrzny i skłonność do milczących i spokojnych smutków. Jak się późniéj małżeństwo z Michałem Sokolnickiem skojarzyło i jakim był dalszy jego przebieg, rzecz mi całkiem nieznana, gdyż po czterdziestym ósmym roku straciłem z oczu wszystkie te osoby, o których ci tu mówię, słyszałem tylko, że państwo Suchorzewscy przenieśli się do Królestwa, czy też do Galicyi, a późniéj doszła mnie wiadomość o śmierci pani Waleryi, któréj młodemu życiu mózgowa choroba wczesny położyła koniec.
O panu Michale już byłem prawie zapomniał, gdy, zdaje mi się, piędziesiątego siódmego roku niespodzianie spotkałem się z nim na Szląsku, bawiąc u wód w Altwasser. Zdziwiłem się nie mało, słysząc od niego, że od paru lat mieszka w pobliżu, że się powtórnie ożenił w miasteczku Gottesbergu i posiada tamże grunta oraz wielką piekarnię, któréj fabrykatami zaopatruje całą okolicę. Nie uważając za stosowne dopytywać się bliżéj o szczegóły, jak się to wszystko stało, powędrowałem wkrótce potem do Gottesberga, aby odwiedzić tak dawnego znajomego, lecz nie zastawszy go w domu, obejrzałem tylko obszerny budynek, w którym rezydował. — Wiele lat potem minęło, gdy pewnego razu, nie pamiętam już kiedy, przyszedłszy do Magnuszewicza, ujrzałem go czytającego list jakiś. „Zgadnij, zkąd ten list!“ — zawołał. — „Pewnie z Ryczywoła!“ — odrzekłem. — „Trochę daléj, bo z Algieru.“ — „To niezawodnie od Abdelkadera.“ — „Nie, to od Michała Sokolnickiego!“ — Zrozumiesz, panie Ludwiku, iż z początku wierzyć temu nie chciałem, lecz przekonałem się niebawem, że tak było. Nasz pan Michał przy końcu życia, nie wiem z jakich powodów, przesiedlił się ze Sląska do Afryki, nabył jakąś posiadłość w okolicach Algieru, czy Oranu i razem z synem z drugiego małżeństwa założył sobie tam plantacye, narzekając w liście, że dla wielkiéj suszy mało co mu owego roku przyniosły. Obecnie pokrywa go ziemia Jugurty, słyszałem bowiem przed kilku laty, że tam na niéj umarł.
Dziwne bywają, jak z tego przykładu widzisz, czasami koleje losów ludzkich, a niespodziane ich zwroty coraz częściéj zdarzać się teraz muszą w społeczeństwie naszem, z pod którego się coraz więcéj usuwają naturalne i normalne podstawy. Wszakże nie puszczając się na dłuższe rozumowania, co bynajmniéj nie jest mojem zadaniem, powiem ci, panie Ludwiku, że skończyliśmy szczęśliwie z Wrocławską ulicą, która nas dość długo zatrzymała, i pójdziemy sobie daléj; musimy się jednak jeszcze cofnąć, aby zajrzeć do jéj poprzecznych i mijając Kozią, gdzie z domami i mieszkańcami nie miałem nic wspólnego, zrobimy wycieczkę na Gołębią uliczkę, wszystkim nam siwym Poznańczykom tak pamiętną. Budzi tutaj rozliczne wspomnienia nie tylko widok Fary i przyległego pojezuickiego klasztoru, który teraz, od początku pruskich czasów, rejencyą zwykle nazywają, lecz przedewszystkiem widok tego starego, niepozornego budynku, tworzącego róg z jednéj strony Jezuickiéj, z drugiéj zaś Klasztornéj uliczki. Struktura jego zewnętrzna została do téj chwili taką, jaką mu od samego początku nadano; zmieniła się jednak ostatniemi czasy o tyle, że zrobiono w nim od Jezuickiéj ulicy wnijście, którego przedtem nie było, a dawniejszą szeroką bramę, wychodzącą na Gołębią i kończącą się łukiem u góry, przekształcono na wązkie drzwi czworoboczne. Wewnątrz owego budynku, odkąd go przeznaczono na mieszkania prywatne, zajść musiały naturalnie daleko znaczniejsze zmiany, które wpadną w oko każdemu, co go pamięta, gdy służył jeszcze pro bono publico. Stał już za czasów Rzeczypospolitéj; wybudowali go ojcowie Jezuici i pierwotne jego dzieje znajdziesz może w Historyi Łukaszewicza, ja ci prawię tylko co sam sobie jeszcze przypomnieć zdołam. Otóż od chwili, kiedy tu pierwszy raz wszedłem z książkami pod pachą, aż do dnia, w którym ztąd ostatni raz wychodziłem, świecił w łuku nad ową jedyną bramą, na czarnéj desce, białemi, nieco zatartemi literami, napis: Lycée, a późniéj, przez lat kilkanaście, mniéj więcéj od roku czterdziestego, na białéj tablicy, czarnemi literami, inny napis: Gymnasium ad St. Mariam Magdalenam. Napis Lycée umieszczono za czasów Księstwa Warszawskiego, bo tutaj była, jak ją urzędownie nazywano, Szkoła Departamentowa, którą, po okupacyi pruskiéj, na Gymnasium przechrzcono. Przy téj sposobności powiem ci, panie Ludwiku, iż niedawno wpadło mi przypadkiem w ręce coś bardzo rzadkiego, z czem się nie łatwo spotkać drugi raz; jest to ostatni program owéj Szkoły Departamentowéj, z roku czternastego; można z niego powziąść wyobrażenie, jaką była i że odpowiadała zupełnie wymaganiom szkoły wyższéj, nawet pod niejednym względem lepiéj niż teraźniejsze gimnazya. Liczyła sześć klas, z których najniższą nazywano pierwszą, a najwyższą szóstą, co się zresztą i za pruskich czasów aż do trzydziestego roku utrzymało. Właściwie jednak było klas dziewięć, bo z trzech pierwszych dzieliła się każda na dwa oddziały, niższy i wyższy.

Uczono, z małym wyjątkiem, tych samych przedmiotów jak obecnie w gimnazyach, ale stosunek ich, pod względem ważności oraz liczby godzin, znacznie się różnił od teraźniejszego. Polski język, który był, rozumie się, we wszystkich klasach wykładowym, miał w pierwszéj klasie przeznaczonych godzin cztery, w drugiéj trzy, w następnych po dwie i kończył się obszernym wykładem stylistyki i historyi literatury. Język francuzki zajmował, tak z politycznych jako iż cywilizacyjnych względów, ważne stanowisko w szkole; dano mu zatem w sześciu niższych oddziałach cztery godziny, w trzech wyższych nawet pięć, skutkiem czego mogły być, przy końcu w tym przedmiocie wymagania większe, niż w teraźniejszych gimnazyach realnych. Niemieckiego uczono w każdym oddziele przeciętnie trzy godziny tygodniowo, lecz kończyła się ta nauka w klasie czwartéj, a w dwóch wyższych zajmował jego miejsce język grecki, który się w czwartéj jedną godziną zaczynał i w następnych dwoma zadowolnić musiał; mimo to jednak uczniowie klasy szóstéj tłómaczyli wyjątki z historyków greckich i Homera Iliadę. Natomiast na łacinę padał główny przycisk w planie naukowym; w dwóch niższych klasach miała godzin cztery, w trzeciéj pięć, w czwartéj i piątéj sześć, a w szóstéj nawet osiem; dla tego też czytano prawie tych samych autorów co i w niemieckich gimnazyach, kończąc na Cyceronie, Tacycie, Swetoniuszu i Horacym, a w dwóch ostatnich oddziałach pisano rozprawy i wiersze łacińskie. Historyę powszechną wykładano we wszystkich klasach po dwie godziny, zacząwszy od najniższéj; od drugiéj zaś, w osobnéj godzinie, dzieje ojczyste, którym w najwyższéj dwie godziny poświęcano.
Jeografii było w czterech niższych klasach przeciętnie po dwie godziny, a matematyce udzielono wszędzie cztery i odrabiano w téj nauce niemal więcéj niż pensum naszych szkół realnych, ucząc jeometryi już od najniższéj klasy. Fizyka szła w parze z matematyką już od drugiéj klasy, mając po dwie godziny w każdéj; historyę naturalną również bardzo uwzględniano, obdarzając ją dwoma godzinami, od dołu do saméj góry; natomiast obchodzono się po macoszemu z religią, gdyż wszędzie obywać się musiała jedną godzinką; były to bowiem jeszcze czasy zawiane aurą osiemnastego wieku. Wreszcie dodać muszę, że w dwóch najwyższych klasach wykładano, jako wstęp do nauk filozoficznych, prawo natury i logikę, któréj zresztą ja także w prymie się jeszcze uczyłem, i że nie zapomniano o kaligrafii w sześciu niższych oddziałach, ani też o rysunkach, w których się chłopcy z wszystkich klas razem w środę i sobotę po południu ćwiczyć musieli.
Rektorem szkoły był ksiądz Ignacy Przybylski, którego mięszać nie należy z równoczesnym niemal księdzem Jezuitą Jackiem Przybylskim, filologiem i tłómaczem wielu starożytnych autorów. Ks. Ignacy żył tutaj kilka lat w bliższych stosunkach z moim ojcem, dla tego powiedzieć ci mogę, że pochodził z Prus i wychowawszy się w szkole Pijarów wstąpił do ich zakonu, lecz późniéj gdy mu się tam w krótce duszno zrobiło, był bowiem nieco cholerycznego temperamentu, chcąc poznać świat poza murami klasztoru, zaciągnął się, jako kapelan wojskowy, do dywizyi jenerała Sułkowskiego, z którą odbył całą kampanię francuzko-pruską. Potem, w początkach Księstwa Warszawskiego, objął rektorat szkoły poznańskiéj, zdaje mi się, po księdzu Gorczyczewskim i wytrwał tutaj aż do drugiéj okupacyi, po któréj niezadługo, nie mogąc się pokumać z nowym stanem rzeczy, opuścił swoje miejsce i wywędrował do Królestwa, gdzie najpierw w Płocku lat kilka, a późniéj w Kaliszu, odznaczony godnościami i tytułami duchownemi, zarządzał wyższemi szkołami, jednając sobie wszędzie, tak jak u nas, wielkie poważanie u ludzi. Głównym jego przedmiotem naukowym była matematyka, a prócz tego fizyka, któréj tutaj we wszystkich klasach uczył i wydał nawet dwa, na owe czasy bardzo pożyteczne, podręczniki arytmetyki i geometryi. Ile wiem od ojca i innych starszych ludzi, pamiętających jeszcze księdza Przybylskiego, odznaczał on się, nie należąc pod względem religijnym bynajmniéj do zelotów, jako rektor, nie małą sprężystością. Ze szkoły się nie ruszał, dopóki trwała nauka; pojawiał się co chwila w téj lub owéj klasie, trzymał krótko nauczycieli, a dla uczniów był srogim. Bali go się też jak ognia, bo zwyczajnie miał pod surdutem odpowiednie narzędzie i ćwiczył, bez względu na wiek i na klasę, za najmniejsze przewinienie; mimo to potrafił pozyskać sobie ich przywiązanie sprawiedliwością, a szczególnie gorącym patryotyzmem i poczuciem honoru, które w nich częstemi przemowami i przykładem swoim rozbudzał.
Obiegało o nim mnóstwo anegdot, równie jak i o księdzu Antoszewiczu, który był poniekąd jego prawą ręką w sprawach karności szkólnéj, a wykładając z zapałem język polski w czterech wyższych klasach i historyę polską we wszystkich, nie szczędził ciężkiéj ręki, ilekroć mu się jéj użycie potrzebnem zdawało. Powiadano mi, między innemi, że, spotkawszy pewnego dnia na Alei (teraz Wilhelmowskiéj ulicy) dwóch dorosłych już uczniów z laskami chodzących, nie tylko wyrwał im je z ręku, lecz winowajcom natychmiast, bez względu na liczną publiczność, porządnie niemi plecy wygarbował. Ksiądz Antoszewicz podobno jeszcze przed Przybylskim usunął się z naszego widnokręgu; nie wiem, co się późniéj z nim stało, równie jak i z Werchowiczem i Garsczyńskim, podrzędne zajmującymi stanowisko, i z Kuberskim, który we wszystkich klasach uczył historyi naturalnéj i o téj nauce do rzeczonego programu dołączył, na trzech kartkach obszernego druku, bardzo ogólnikową rozprawkę; z innych zaś, Stoc, Buchowski, Motty, ks. Brodziszewski, Szumski i Perdisch urzędowali przez długi czas jeszcze przy gimnazynm i byli mymi nauczycielami, podczas gdy Jakubowski, Moczyński, Reid i Bayer, mniéj więcéj w dziesięć lat po okupacyi pruskiéj, pomieszczeni zostali w szkole przygotowawczéj, założonéj na teraźniejszéj Szkólnéj, dawniejszéj Psiéj ulicy, o czem ci przedtem już raz mówiłem. Byli jeszcze, prócz tych wymienionych, czternastego roku przy szkole departamentowéj: Hanke, Kaulfuss i Cassius; o pierwszym z nich wspomnę ci może, gdy zajdziem na Wielkie Garbary; co się tyczy dwóch drugich, którzy w swoim czasie do znakomitszych ludzi tutejszego społeczeństwa należeli, żałuję, że ci tylko kilka niedokładnych szczegółów podać mogę, ile przypadkiem usłyszałem od starszych. O Kaulfussie z własnego wrażenia przypominam sobie jedynie, że go raz widziałem. Będąc bardzo małym chłopakiem i patrząc oknem na ulicę, ujrzałem kilku ludzi jadących konno; matka, która przy mnie stała i uwagę moją na nich zwróciła, powiedziała mi, że ten niski i nieco grubawy, to pan rektor Kaulfuss, a inni panowie nazywają się: Buchowski, Stoc, Szumski i Motty i są profesorami. Nie zatarł się ów szczegół do dziś dnia w méj pamięci, a późniéj dowiedziałem się, że szanowny rektor, chociaż go bogowie na kawalerzystę nie stworzyli, miał słabość do konnéj jazdy i nie tylko sam jeździł, lecz spowodował także kilku kolegów do téj gimnastyki. Wyjezdżali czasami razem, a oficerowie pruscy nazywali ich niezbyt marsowy szwadron: das berittene Gymnasium. Otóż ten Kaulfuss pochodził, jak mi powiadano, z rodziny od dawna w Polsce osiadłéj, która między dysydentami czynną była na polu naukowem i duchownem.
W drugiéj połowie przeszłego wieku zajmował Jan Krzysztof Kaulfuss miejsce rektora szkoły w Kargowie, a późniéj jeneralnego komisarza polskich zborów ewangelickich i wydał w języku niemieckim dość ważne dla nas dziełko: O szkołach augsburskiego wyznania w Polsce. Jan Samuel Kaulfuss, syn jego, wykształcony w szkołach i na uniwersytetach niemieckich, wróciwszy z Halli, posłany został do szkoły departamentowéj poznańskiéj i dawał tam, w dwóch wyższych klasach, cała łacinę i grecczyznę. Po zaborze i po ustąpieniu ks. Przybylskiego zrobił go rząd pruski rektorem gimnazyalnym piętnastego roku; i jako taki urzędował tutaj do dwudziestego czwartego roku. Był on biegłym filologiem, a po polsku nie tylko mówił dobrze i pisał, lecz zajmował się z upodobaniem historyą i literaturą naszą. Już w roku dziesiątym umieścił w ówczesnym „Pamiętniku Warszawskim“ rozprawgę: O filologii czyli nauce starożytności klasycznéj; dziesięć lat późniéj wydrukował w Wrocławiu: O pięknościach języka polskiego pod względem dramatycznym; a potem w Poznaniu: Rzut oka na oświecenie w Polsce w dawniejszych czasach, osobliwie w szesnastym wieku, wszystkie trzy po polsku; prócz tego zaś w języku niemieckim: O duchu języka polskiego w literaturze, jako wstęp do historyi literatury polskiéj dla Niemców i Upadek Polski, obraz charakterystyczny tego szlacheckiego narodu. Innych jego prac, których nie mało jeszcze ogłosił tu i gdzieindziéj, po niemiecku, po polsku i po łacinie, nie pamiętam; wiem tylko jeszcze, że jego syn, który miał imiona polskie: Roman, Stanisław, odziedziczył snać ojcowskie sympatye i wydał, po czterdziestym roku, rozprawę: Die Slaven in den ältesten Zeiten bis Samo. Towarzystwo Przyjaciół Nauk Warszawskie, w samych początkach, wezwało Jana Kaulfussa do swego grona; możesz więc z tego wszystkiego wnioskować, panie Ludwiku, że mu nazwisko, jak tysiącom innych, nie przeszkadzało liczyć się do narodowości polskiéj.
W rzeczy saméj, ile wiem od mego ojca i od innych, którzy Kaulfussa dobrze znali, była to osobistość powszechnie u nas lubiana i szanowana, nie tylko dla zasług na polu naukowem, dla gorliwości pedagogicznéj, jaką okazywał w kształceniu umysłowem i moralnem młodzieży obojga płci, bo przez lat kilka kierował także wyższą szkołą żeńską, lecz i dla przyjacielskich stosunków z obywatelstwem i szczególnego zamiłowania w języku, literaturze i dziejach ojczystych. Nikt nie wątpił o jego przychylnych dla nas uczuciach, a chociaż okazywał ostrożność, czasem może niezręcznie, stały się one główną przyczyną jego wydalenia. W pierwszych latach swego rektoratu pozostawał z kołami rządowemi w najlepszem porozumieniu; książę namiestnik okazywał mu szczególne względy, nie mniéj prezes naczelny Zerboni; rzecz zmieniła się jednak od razu, gdy na miejsce Zerboniego przysłano Baumanna. Tego pana, naturalnie, nie miałem zaszczytu znać osobiście, ale widziałem go dość często idącego powoli przez ulicę lub jadącego powozem; raz nawet przypatrzyłem mu się bliżéj w gimnazyum, na egzaminie publicznym; dla tego figura jego jest mi jeszcze przytomną. Był to człowiek wtenczas już nie młody, dobrego wzrostu i otyły; na nizkim jego karku spoczywała duża głowa z krótką siwiejącą czupryną, z szeroką, jakby nabrzmiałą twarzą, któréj oczy spoglądały ponuro z pod gęstych brwi. Miłego w nim nic nie dostrzegłeś; robił wrażenie nieprzystępnego i zagniewanego; jakim zaś był w istocie, tego nie wiem, lecz nie przypominam sobie, iżbym kiedy posłyszał o nim wyraz zadowolenia lub pochwały. Zjawił on się po raz drugi w Poznaniu, bo, jak słyszałem, już za pierwszych pruskich czasów urzędował tutaj jako asesor kryminalny i wypuścił wtedy na świat broszurę niezbyt pochlebną, tyczącą się języka i literatury polskiéj, przeciw któréj Kaulfuss napisał ową wzmiankowaną rozprawę niemiecką o duchu języka i literatury naszéj. Otóż przypomniał sobie podobno tę okoliczność pan prezes, a ponieważ dobrodusznym nie był, dla Polaków nieszczególne miał sympatye i dla zamiarów, z któremi do Poznania przybył, Kaulfussa za niedogodną uważał osobistość, przeto go usunął natychmiast, mit Knall und Fall, jak mówią Niemcy. Stratę rektora wszyscy Polacy mocno uczuli i niejeden dali mu dowód swego żalu. Posłano go na miejsce dyrektora gimnazyalnego do Szczecinka (Neu Stettin), miasteczka pomorskiego, zkąd go późniéj przeniesiono do Koźlina (Cöslin), w tejże saméj prowincyi, gdzie trzydziestego drugiego roku, jak słyszałem, życia dokonał.
Dwaj jego bracia jeszcze wiele lat między nami przeżyli; jednego z nich, radzcę przy tutejszym sądzie ziemiańskim, który niską i pulchną postacią rektora przypominał, od najmłodszych lat moich znałem z widzenia; spotykało go się bardzo często na ulicy i na przechadzkach, idącego w przykładnéj parze z równie małą, lecz znacznie szczuplejszą żoną, Rutterówną z domu, córką doktora, który za czasów pierwszych pruskich i księstwa Warszawskiego zajmował stanowisko najbardziéj wziętego lekarza w Poznaniu. Widok tego wiernego stadła sprawiał przyjemne wrażenie, mieli bowiem oboje coś łagodnego i miłego w swym zewnętrznym pojawie. Od społeczeństwa polskiego zdawał się stronić pan radzca, trzymając się zapewne, po katastrofie brata, systemu zbytniéj ostrożności. Trzeci z Kaulfussów, którego wcale nie widziałem, Aleksander imieniem, także prawnik, już za pierwszéj okupacyi był adwokatem przy sądzie poznańskim i napisał roku ósmego polską rozprawę: O sądach granicznych w Księstwie Warszawskiem dla obywateli i prawników; późniéj zaś, jak mi mówiono, zawiesiwszy prawo na kołku, kupił sobie wioskę, bodajnie Budzewo pod Gostyniem, gdzie się doczekać musiał dość późnego wieku, gdyż czterdziestego ósmego roku dał jeszcze wydrukować w Halli broszurę niemiecką: Beitrag zur Kenntniss und Beurtheilung der polnischen Bewegung im Grossherzogthum Posen. Pisemka tego nie czytałem, nie mogę ci więc powiedzieć, jaki jego cel i kolor. Czwartego wreszcie Kaulfussa, stryjecznego brata poprzednich, znali ze strachem wszyscy, którzy tu w Poznaniu jaką pospolitą kradzież lub jeszcze coś gorszego popełnili, był bowiem dyrektorem sądu kryminalnego. Nie miałem, dzięki Bogu, zbyt bliskich z nim stosunków, chociaż widywałem go w Bazarze, dokąd przychodził czasami na bal ze żoną, rodowitą Polką, i córeczką, wątłą, jasnowłosą, mówiącą nie źle po polsku.
Otóż, panie Ludwiku, usłyszałeś wszystko mniéj więcéj, co wiedziałem jeszcze o rodzie Kaulfussów; przywodzi on mi na pamięć drugą podobną familię dysydencko-polską, to jest Cassiusów, czyli, jak się sami wymawiali, Kasyuszów; wspomnę ci więc o nich, zwłaszcza że kilku osobiście znałem i że wydalenie rektora Kaulfussa, jak mi powiadano, w ścisłym było związku z podobnym losem jednego z nich, Jana Wilhelma, który w dawniejszem społeczeństwie naszem niepoślednie zajmował miejsce. Ów Jan Wilhelm urodził się i wychował w pierwszych latach swoich tutaj, późniéj przebywał szkoły w Niemczech i nauki ukończył w Heidelbergu, zkąd jako skończony teolog i filolog do kraju wróciwszy, za czasów jeszcze Księstwa Warszawskiego, powołanym został trzynastego roku do szkoły departamentowéj i dawał tam w klasach średnich szesnaście godzin łaciny, prócz tego wykładał historyę i literaturę polską w szkole żeńskiéj Kaulfussa i miewał kazania dla dysydentów, tak w Poznaniu jako i czasami w Orzeszkowie. Gdy rządy pruskie nastały, posadę swoją przy szkołach zatrzymał tem chętniéj, że stosunek do rektora i kolegów, równie jak towarzyskie pożycie w mieście mogły go najzupełniéj zadowolić. Gorące jego uczucie patryotyczne, któremu pozostał wiernym do ostatniéj chwili, wrodzona szczerość przyjacielska, łatwość w obejściu z ludźmi, zapał, z jakim umiał przemawiać do serca, ilekroć chodziło o rzecz jaką narodową, zjednały mu wielkie przywiązanie uczniów oraz mnóstwo przyjaciół między obywatelstwem. Wiem o tem, bo dopóki mieszkał w Poznaniu, był w zażyłości z moimi rodzicami, u których i późniéj nieraz o nim mówiono, a po czterdziestym, dorósłszy, miałem czasami sposobność spotkania się z nim, gdy przyjechał do miasta. — Pamiętam dobrze jeszcze jak wyglądał i jego dość wysoka i chuda postawa, twarz podłużna i cery bladawéj, którą ciemny włos i wyraz oczu nieco zamglony, lecz ożywiający się nadzwyczaj w towarzystwie, uwydatniały, daléj ruchy zwykle spokojne, czasem nagłe i zamaszyste, przytem głos cienki, wśród rozmowy jednak rozmaicie stopniowanéj siły i wysokości; wszystko to objawiało od razu jego przeważnie uczuciowe i wrażliwe usposobienie. Jaką pod tym względem była jego żona, nie wiem, panie Ludwiku, bo ją jedynie w latach moich dziecinnych widziałem i nazwisko téj pani wywołuje w méj pamięci tylko niewyraźny obraz młodéj, jasno-włoséj osoby. Późniéj słyszałem nieraz, że pani Kasyuszowa, także z dysydenckiéj rodziny pochodząca, córka wysłużonego w wojsku francuskiem majora Kobylińskiego, odznaczała się niezwykłą pięknością i przymioty dobréj żony i matki łączyła z biegłością i upodobaniem w życiu światowem.
Wziętość, którą ta para cieszyła się w kołach polskich tutaj i na prowincyi, otwartość, z jaką pod względem narodowym Kasyusz występował wszędzie i z tego powodu wielki jego wpływ na młodzież, były główną przyczyną, dla któréj usunięto go z gimnazyum wkrótce potem, gdy nastały tutaj rządy prezesa Baumanna i radzcy szkólnego Jakoba. Czy zaszła może okoliczność przyspieszająca lub pozorująca ów wypadek, tego ci powiedzieć nie umiem; nie wiem także na pewne, czy równocześnie z Kaulfussem dostał Kasyusz dymisyę, czy niedługo po nim. Słyszałem, iż zaskoczyła go zupełnie niespodzianie, bo gdy jednego dnia, dwudziestego czwartego roku, wśród pauzy między godzinami chodził sobie po podwórzu, przystąpił doń woźny i wręczył mu list od rejencyi, z którego wyczytał, oczom swym nie wierząc, że z chwilą jego odebrania przestaje być nauczycielem w Poznaniu. Pobiegł natychmiast do Kaulfussa, mieszkającego w gimnazyum, i wchodząc zawołał: „Nie jesteś pan już moim rektorem; otóż czytaj!“ Kaulfuss, któremu się o tem nie śniło, spojrzał na niego ze zdziwieniem, z nie mniejszem na pismo i nagle wydobył z zanadrza list jeszcze zapieczętowany, który przyniesiono mu przed kwadransem; przeczytał go zupełnie odurzony i podał Kasyuszowi, mówiąc: „Patrz, pójdziemy sobie razem!“ Była to jego własna dymisya.
Bardzo to drastyczne, panie Ludwiku, ale mi z innéj strony powiadano, że po odejściu rektora został Kasyusz w Poznaniu jeszcze z pół roku. Nieprawdziwem zdaje się także, co dawniéj nieraz mówiono, że dla obudwóch przyczyną téj fatalnéj niespodzianki były oskarżenia i denuncyacye kolegi jednego, nazwiskiem Schottky, przysłanego tutaj do gimnazyum z rdzennie niemieckiéj prowincyi; zaręczał mi bowiem pan Antoni Krzyżanowski, który, chodząc już wtenczas do szkół, wszystkich tych trzech, jako nauczycieli swoich, dobrze pamięta, iż nikomu nie przyszło do głowy obwiniać Schottkego. Owszem, był to młody człowiek, który, chociaż w całem kolegium sam jeden ani słówka po polsku nie umiał, pod względem charakteru swego nie wzbudzał najmniejszego podejrzenia; jednakże, jakkolwiek biegły w naukach, do praktycznéj pedagogii żadnéj nie okazywał zdolności, grzeszył naiwną dobrodusznością i z obcą sobie młodzieżą, wiele swawolniejszą wtedy niż za naszych czasów, rady sobie całkiem dać nie umiał.
Uczniowie nie mieli do niego żadnéj niechęci; przeciwnie był dla nich persona grata, lecz wyzyskując jego słabość i niezręczność, dopuszczali się na jego lekcyach niesłychanych rzeczy. Nie skończyło się na głośnych rozmowach i hałasach, rzucaniu książek z jednéj strony na drugą, bieganiu po ławkach lub chowaniu się za piec, lecz przychodziło czasami do grubszych i gwałtowniejszych wybryków z trzaskającym grochem, assafetydą i zapalaniem rac, a nawet pewnego razu Schottky, przebywszy klasę wśród głębokiego milczenia chłopców, gdy wszedł na katedrę, ujrzał na niéj śledzia perkami obłożonego, z kartą papieru, na któréj napisane było: „Kartoffeln und Heringschwanz sind Schottky’s Lorbeeikranz!“ Że po takiéj scenie nastąpił długi akt batów, chociaż trudno było podobno pierwszych sprawców wydostać, możesz sobie wyobrazić, panie Ludwiku; wkrótce jednak wyniósł się też ów niefortunny pedagog z Poznania tegoż samego roku co Kaulfuss i Cassius, ponieważ i on i władze szkólne uznały, że po tem, co zaszło, dłużéj pozostać nie może. Spokojniejszy zapewne wiódł późniéj żywot, znalazł bowiem, jak mi powiadano, odpowiedniejsze dla siebie miejsce docenta w Halli, gdzie wreszcie został bibliotekarzem przy uniwersytecie.
Wracając teraz do Kasyusza, ten nie przyjął posady nauczycielskiéj, którą go rząd chciał w innéj prowincyi obdarzyć; wolał zostać między swymi i przeniósł się do Orzeszkowa, gdzie już przedtem dorywczo obowiązki pastora wypełniał. Na tem stanowisku wytrwał aż do końca dni swoich, wiodąc w ogóle żywot spokojny, lecz nie bez rozlicznych kłopotów. Parafia jego złożona z kolonistów, w polskich jeszcze czasach z Brandenburgii przybyłych, nie odznaczała się zbyt dobrą wolą względem swego pasterza; dochody bynajmniéj obficie nie płynęły, kupka zaś dzieci na probostwie wzrosła bodaj do dziesiątki, a odległość większego miasta utrudniała znacznie ich wychowanie. Mimo to jednak Kasyusz na wygnaniu swojem tak opuszczony nie był; mając od dawna liczne stosunki z obywatelstwem, odwiedzał nieraz znajomych i widywał ich u siebie; szlachta dysydencka, któréj wtedy nie brakło, uważała go za swego duchownego przewódzcę i przybywała częstokroć do Orzeszkowa na nabożeństwa, po radę lub naukę; w trudnych okolicznościach znajdował pomoc chętną, u przyjaciół, a przedewszystkiem uprzyjemniało pobyt na ustroniu bardzo bliskie sąsiedztwo Kwileckich. Był tam nasz Kasyusz jak w domu, osobliwie od czasu, gdy osiadł w Kwilczu pan Arsen, który, wraz z żoną swoją, w niejednéj sprawie z zupełnem zaufaniem na zdaniu jego polegając, jemu i całéj jego rodzinie szczerą i trwałą okazywał życzliwość i niejednę wyświadczył przysługę. Gdy Maciéj Mielżyński i Marcinkowski, po wypadkach trzydziestego roku wrócili do kraju, należał Kasyusz do liczby tych, których opinii częstokroć zasięgali i którzy im dopomogli w niejednéj sprawie. Między innemi znaną jest rzeczą, że, w porozumieniu z nimi, z Gustawem Potworowskim i kilkoma jeszcze, napisał Kasyusz, czterdziestego pierwszego roku, rozprawę o stosunkach Księstwa i pogwałceniu jego praw narodowych, traktatami i zaręczeniami królewskiemi przy okupacyi zawarowanych, w formie odpowiedzi na wrogi dla nas memoryał przez Flottwella ogłoszony, co nie mało się przyczyniło do poparcia skutku przedstawień Edwarda Raczyńskiego, o których ci swego czasu wspomniałem. Również bardzo czynny miał udział w założeniu Towarzystwa Naukowéj Pomocy. Czterdziestego ósmego roku przyłączył się Kasyusz, jak mi się zdaje, z własnego popędu, do deputacyi wysłanéj, w samym początku rozruchów, do Berlina, aby w razie potrzeby posłużyć radą lub pismem, a będąc w rzeczach tyczących się narodowości zawsze młodzieńczego i zapalnego usposobienia, krzątał się potem nie mało w powiecie swoim i pogranicznych, uniesiony, jak tylu innych wtenczas, ułudnemi nadziejami; te zaś gdy wkrótce się rozwiały, uczuł potrzebę roztargnienia i jakiéjś pociechy w niepokoju swoim, postanowił więc zajrzeć do pana Macieja Mielżynskiego, z którym to tyloletnim przyjacielem dzielił się częstokroć myślami swemi i wrażeniami, osobliwie w razie niezwykłych okoliczności. Było to pod koniec lata; przyjechał do Chobienic, jak mi pan Maciéj powiadał, zdrów na pozór i w rozmowie wieczornéj, która się późno przeciągnęła, zdawał się bardzo ożywiony; téj saméj jednak nocy zapadł na cholerę, sprzątającą wtenczas tak w Poznaniu, jako i po powiatach liczne ofiary. Wszelkie usiłowania, aby go ocalić, były daremne; umierał spokojnie i z wszelką przytomnością, przepraszając pana Macieja, który go do ostatniéj chwili nie opuścił, za fatalną niespodziankę, jakiéj mimowoli stał się dlań przyczyną. Śmierć Kasyusza wywołała szczery żal w Księstwie; traciło bowiem, z jego ubytkiem, społeczeństwo nasze jednego z owych patryotów dawnéj daty, na których poświęcenie w każdym razie liczyć było można. Współwiercy i przyjaciele wystawili mu na cmentarzu w Orzeszkowie piękny pomnik, aby pamięć tego zacnego człowieka przechowała się dla potomków. Byłbym pragnął, panie Ludwiku, podać ci więcéj szczegółów z jego życia, zwłaszcza iż wiele z nich byłyby warte wspomnienia, ale mimo najlepszéj chęci na tem poprzestać muszę; niejedne z nich bowiem nie doszły do méj wiadomości, o innych zaś, po latach tylu, już zapomniałem.
Daleko mniéj jeszcze powiedzieć ci mogę o jego braciach, z których przypominam sobie dwóch tutaj w Poznaniu. Obadwaj pędzili kawalerski żywot; jednego znałem tylko zdaleka; wiedziałem, spotkawszy go na ulicy, że się Kasyusz nazywa i że jest urzędnikiem w rejencyi; drugiego zaś, będąc dzieciakiem, nim jeszcze do szkół mnie posłano, widziałem nieraz zbliska w domu naszym, gdy przychodził na lekcye. Był to człowiek, ile pamiętam i jak mi też późniéj powiadano, dziwnie spokojny i cichy; twarz jego blada, którą przypominał nieco brata Wilhelma, miała zwykle wyraz smutku, czasem nawet boleści; zdaje się, że cierpiał na melancholię, unikał przynajmniéj wszelkich towarzystw i żył całkiem samotnie. Chociaż z zawodu filolog i historyk, podobno gruntownie uczony, równie z polską jako i z niemiecką literaturą obeznany, nie słyszałem jednak, iżby był gdziekolwiek urzędowe stanowisko zajmował; ograniczał się na dawaniu lekcyi prywatnych w rozmaitych przedmiotach, tak młodzieńcom z klas wyższych jako i pannom kończącym edukacyę. W sile wieku jeszcze, zdaje mi się, że dwudziestego piątego roku, zakończył tragicznie swą wędrówkę ziemską; pewnego dnia bowiem usłyszał któryś z sąsiadów huk niezwykły w jego pokoju, a gdy drzwi gwałtem otworzono, leżał już zabity wystrzałem z pistoletu. Nikt zapewne nie wiedział co było przyczyną tego samobójstwa; upatrywano ją powszechnie w hipochondrycznem usposobieniu, lecz niektórzy przypisywali to usposobienie i wywołaną przez nie katastrofę miłości do osoby, która tego uczucia podzielić z nim nie mogła.
Ale dość już, panie Ludwiku, słyszałeś o dziejach przedhistorycznych naszéj alma mater, z których, jak ci mówiłem, pozostało mi to i owo w pamięci tylko z opowiadania starszych; teraz pozwolisz, że ci jeszcze słów kilka dołożę o gimnazyum za moich czasów. Pierwszy raz przestąpiłem jego progi anno domini dwudziestego szóstego, tydzień po św. Michale; był to bowiem wtedy, jak i potem przez wiele lat jeszcze, początek roku szkólnego.
Gdy wszedłem, przez ową główną bramę z Gołębiéj ulicy, do wielkiéj sieni, ujrzałem z jednéj i drugiéj strony dwie klasy, na lewo pierwszą, na prawo drugą, czyli, jak teraz się mówi, sekstę i kwintę. Były one niemal równe co do wielkości, bardzo obszerne i wysokie, w środku wsparte na drewnianych słupach. W obydwóch stały naprzeciw drzwiom, przy murze, między oknami, katedry, a pod dłuższemi ścianami ławki w trzech lub czterech rzędach, jedna nad drugą. Mimo białych ścian wyglądały ich wnętrza dość ponuro, bo promienie słoneczne prawie nigdy się do nich nie wdzierały, podłoga była czarna jak ziemia, a ławy i katedry, patryarchalnych kształtów, ciemno-brunatne, atramentem zafarbowane, niemiłosiernie pożłobione i ponakrawane, robiły wrażenie antyków, których ręka barbarzyńców nie uszanowała; to wszystko jednak fantazyi chłopcom nie psuło. Sień wychodziła bezpośrednio, żadnym nie przedzielona murem, na podłużne i nie wielkie podwórze, gdzie w pauzach biegali uczniowie i przechadzał się czasami jaki profesor; w głębi zaś tego podwórza wiodło kilka schodów na dość obszerny próg, nad którym wisiał złowrogi dzwonek i z którego w lewo i w prawo wchodziło się na idący wokół podwórza murowany ganek pierwszego pietra. Dołem była tutaj po jednéj stronie więcéj niż skromna kwatera gimnazyalnego stróża, tuż przy niéj trzecia klasa polska, daléj pokoik nauczycieli z jednem oknem na podwórze, tak krótki i wązki, że się w nim biedna profesorya dosłownie dusiła, gdyż ledwo trzech, czterech na małych ławeczkach siedzieć mogło, reszta zaś stojąc deptać sobie po nogach musiała. Za owym pokoikiem mieściły się drwalniki i jedna z niższych klas niemieckich, bo wtenczas trzy niższe klasy rozpadały się, co do narodowości, na dwa oddziały, każdy z odpowiednim językiem wykładowym. Po drugiéj stronie były dwie klasy niemieckie, przedzielone karcerem. Ta siedziba pokuty, panie Ludwiku, oświetlona z góry zakratowanem okienkiem, zawierała w sobie stary piec, brudny stolik, kulawy stołek i natłuczony kałamarz, a na białych jéj ścianach roiło się od nazwisk, wierszy, dowcipów lub wyrazów gniewu w rozmaitych językach, któremi legion penitentów pamiątkę swego pobytu przekazywał potomności. Wreszcie znalazło się tu jeszcze na dole pewne miejsce, o którem zamilczeć wolę, zwłaszcza iż drwiło sobie z wszelkich przepisów porządku i hygieny. Pierwsze piętro zajmowały trzy wyższe klasy, gabinet fizykalny, biblioteki i zbiory, pokój sesyonalny i wielką salę dla obchodów uroczystych i egzaminów publicznych, z balkonem na okół na drewnianych kolumnach opartym; na drugiem zaś piętrze, a raczéj półpiętrze o małych oknach, znajdowało się kilkanaście dość dużych ale nizkich pokoi, za moich czasów po większéj części pusto stojących; dwa czy trzy z nich zajmował pedel gimnazyalny.
Bardzo już nas nie wiele, panie Ludwiku, takich, co pamiętają starego tego pedela, który od dziewiędziesiątego trzeciego roku, wszedłszy zwycięzko wraz z okupacyą pruską, aż niemal do czterdziestego dzierżył tutaj bat i klucze. Był to naturalnie Niemiec słówka po polsku nie umiejący, nazwiskiem Schaal, wysłużony sierżant nie wiem już z jakiego pułku.
Dziesięć lat przeszło widywałem to individuum niemal co dzień, nieraz więc, gdy sobie wspomnę moje szkólne czasy, przesuwa mi się, jakby przed oczyma, figura starego Schaala, wysoka, chuda, w długi zapięty surdut i księże buty z kutasikami ubrana. Sterczała na jéj żyłowatym karku mała, sucha głowa z siwym włosem za uszy gładko zawiniętym, z wązką czerwoną twarzą urozmaiconą nosem mniéj więcéj fioletowéj farby mokremi oczkami. Nawet gdy milczał, był język jego w ciągłéj robocie, wysuwał go bowiem ustawicznie i lizał nim po wargach, szczególnie gdy miał coś wypowiedzieć; dla tego też, skoro się drzwi otworzyły i pan pedel wszedł z jakim interesem do klasy, wołali nań chłopcy chórem: „Schaal, obliźnij się!“ — a on na nich patrzał zdziwiony. Nie zawsze miał jasną przytomność, bo, jak to u nas mówią, lubił wypić jednego, może i drugiego, chociaż nie tracił nigdy urzędowéj powagi i sztywności swojéj. Nieraz nam opowiadał vom alten Fritz, przed którym jeszcze odbywał parady, i o feldfeblu Matschke, który mu dokuczał za rekruckich czasów, a na Herr Director Stutzen, tak bowiem Stoca nazywał, często się też skarżył. Doczekał się bardzo podeszłego wieku; wyprawiono mu nawet w gimnazyum, gdy mnie tu już nie było, jakiś piędziesięcioletni jubileusz i malarz Sarnecki, przy téj sposobności, zrobił jego portret litografowany, zupełnie podobny. Dzwonił stary Schaal, zamykał do kozy i pełnił inne czynności swego urzędu aż do ostatniego czasu bardzo regularnie, ale z batem nie szło mu tak gładko, osobliwie jeśli pacyent spokojnie poddać się nie chciał téj operacyi; wtedy przyzywano nieraz do pomocy stróża gimnazyalnego. Biedak ów miał w tym budynku najcięższe zadanie; nie bagatela zamiatać i czyścić wszystkie klasy i miejscowości takiego zakładu, zimą rąbać drzewo i palić w tylu piecach, odbywać prócz tego mnóstwo innych posług i posyłek, zwłaszcza iż stary Schaal zrzucał z siebie ile tylko szło; to też nasz Michałowski i jego połowica świetnie wyglądać nie mogli. Zgięte ich plecy i wybladłe twarze świadczyły wyraźnie o wycieńczeniu sił, do czego przyczyniało się w znacznéj części mieszkanie, bo, ile pamiętam, z trzema córkami i synkiem dusić się musieli w jednym małym pokoiku odbywając w nim wszystkie funkcye familijne i gospodarskie. Mimo twardéj pracy i ścisku, w którym żyli, wychowali szczęśliwie swoją czwórkę, która w bezkrwistości współzawodniczyła z rodzicami, a względem niesfornych częstokroć chłopców okazywali oboje rzadką cierpliwość i dobroduszność. Pewnego razu jednak, ile słyszałem, stary Michałowski stracił zwykły spokój, krzyczał gwałtownie i chwyciwszy za kij chciał bić swego Tomaszka, gdy mu tenże, skończony wtenczas kwintaner, wręcz zaprzeczył, iżby Pan Jezus był Polakiem tu na ziemi. Tomaszek zresztą w erudycyi niedaleko doprowadził, poprzestał, zdaje się, na chemii elementarnéj, gdyż w późniejszych czasach widziałem przez lat kilka w uliczce Za Bramką, nad jednym z szynków szyld imieniem jego i nazwiskiem ozdobiony.
Nie dziw się, panie Ludwiku, że ci tutaj o Schaalu i Michałowskim wspomniałem, tak oni byli zrośli ze starem naszem gimnazyum, że, wszedłszy do niego, trudno było nie zawadzić o te dwie istoty, chociaż podrzędne zajmowały stanowisko. Jako pierwszą tutaj osobę, do szkół przyszedłszy, zastałem dyrektora Stoca, o którym dość już słyszałeś, zwiedzając ze mną Podgórną ulicę. Gdy mnie ojciec przedstawił w charakterze kandydata do najniższéj klasy, miałem zaszczyt być egzaminowanym przez samego pana dyrektora; ale krótko to trwało i niebawem wpuszczono mnie do klasy, gdzie, ku méj wielkiéj radości, pamiętam to jakby dziś się działo, ujrzałem na katedrze dobrze mi znanego pana Antoniego Poplińskiego, który mi zaraz wskazał miejsce obok Feliksa Gliszczyńskiego. Chłopców tam było kilkudziesięciu; niektórych ci dawniéj wymieniłem, o innych zapomniałem, i nie dziw, zwłaszcza że pewnie, w owym przeciągu lat sześćdziesięcin czterech, wszystkich tych koleżków moich Charon już przewiózł na drugi brzeg Styksu; przynajmniéj, jakkolwiek pamięć natężam, między żyjącymi znajduję tylko jednego; liczy on się teraz do seniorów naszego duchowieństwa i, odznaczony godnością dworzanina papiezkiego, zarządza od dawna parafię należącą do najznaczniejszych w dyecezyi.
Popliński, o którym kiedyś, panie Ludwiku, gdy zajdziem na Garbary, obszerniéj pomówię, uczył nas po łacinie i po niemiecku; pan Maksymilian Braun, żyjący teraz jeszcze między nami staruszek, wtenczas czarnowłosy, żwawy i wymowny młodzieniec, dawał arytmetykę, a Muczkowski język polski i jeografię. Otóż tego Józefa Muczkowskiego, panie Ludwiku, zachowuję w miłéj pamięci, jak każdy, co go znał, bądź tu, bądź w Krakowie. Od pierwszéj niemal chwili swego pobytu w Poznaniu zaprzyjaźnił on się z moimi rodzicami, kilka razy w tydzień bywał u nich sam lub ze żoną i widział mnie jeszcze leżącego w kolebce; potem przez półtora roku spotykałem się z nim niemal codzień w szkole, a w późniejszych czasach, ilekroć z pod Wawelu do Księstwa robił wycieczki, dawał mi, będąc w Poznaniu, dowody życzliwości; ztąd tez chętnie sobie jeszcze przypominam jego sympatyczną osobistość. Wszakże strachu napędzał nam nie mało olim temporibus; gdy wchodził do klasy, wszystko się uciszyło od razu, bo oko miał bystre, głos silny, a rękę jeszcze silniejszą; nic nie uszło bezkarnie, nie tylko lenistwo lub swywola, lecz urwany guzik, wyplamiony surducik, nie wyczesana czupryna wyciągały niezawodnie instrument ze szufladki w katedrze. Rzadko kiedy przeciw temu skutkowały prośby, przyrzeczenia poprawy; zwyczajna na nie odpowiedź była: „interes interesem, przyjaźń przyjaźnią, kładź się braciszku!“ I mnie coś podobnego spotkało za to, że śliwki jadłem podczas lekcyi. A jednak kochali go wszyscy uczniowie. Żołnierska postawa i energia Muczkowskiego, twarz, w któréj się, na pierwszy rzut oka, otwartość i szczerość uwydatniała, dobroć serca i prawy charakter objawiające się przy każdéj sposobności, osobliwie zaś patryotyczny zapał, górujący u niego nad wszelkiem innem uczuciem, wywierały silny wpływ na młodzież ówczesną, która mu zaufanie swoje i przywiązanie wielokrotnie okazać się starała w różny sposób; to nawet stało się przyczyną jego wydalenia z gimnazyum i wyjazdu z Poznania. Roku bowiem dwódziestego siódmego, nie pamiętam już, czy to z powodu jego imienin, czy tez zaszła inna jaka okoliczność, podniecająca do niezwyczajnych objawów, w kwiatami przybranéj klasie przyjęli uczniowie pewnego dnia wchodzącego Muczkowskiego uroczystą postawą oraz przemową i ofiarowali mu pierścień ozdobiony miniaturami Kościuszki, Poniatowskiego i Napoleona. Możesz sobie wystawić, panie Ludwiku, że to zrobiło wrażenie, a zastraszone władze, widząc w nim już niebezpiecznego herszta, usunęły go niebawem z posady. Młodzież, która częstokroć skutków nie oblicza, żałowała zapóźno nierozważnego postępku, żal jéj podzielała szczerze cała publiczność polska, bo Muczkowski tylu tu u nas miał przyjaciół, ilu miał znajomych. Chociaż jak w szkole, tak i w pożyciu towarzyskiem był werydyk i nie lubiąc frazesów, wykrętów, zdrożnych rzeczy, każdemu rznął prawdę, czasem trochę szorstko, uznawali wszyscy jego zacność i życzliwość i cenili w nim na wskroś polską duszę. Pamiętam dobrze dzień jego odjazdu z Poznania, bo razem z rodzicami, mnóstwem znajomych i uczniów z klas wyższych odprowadzałem państwo Muczkowskich, mających przy sobie dwoje czy troje małych dzieci, z miasta do Dębiny; tam odbył się podwieczorek i serdeczne pożegnanie. Wyjeżdżali na Wrocław do Krakowa, bo przy katastrofie, która i pod materyalnym względem mogła ich w ciężkie wprawić położenie, znalazła się szczęśliwie też pomoc. Hrabia Mikołaj Mielżyński z Baszkowa powierzył, pod bardzo korzystnemi warunkami, wychowanie syna swego Aleksandra Muczkowskiemu, który tym sposobem znalazł na pierwszy czas zatrudnienie i zabezpieczone utrzymanie, a nie mając tutaj dostatecznych widoków na przyszłość, przeniósł się do owéj wtenczas wolnéj i niepodzielnéj rzeczypospolitéj, nie będącéj zresztą dla niego terra incognita. Nie pochodził on bowiem z naszych stron; urodził się gdzieś na wsi w okolicach Lublina i do Poznania przybył jako dwódziesto-pięcio-letni młodzieniec. O stosunkach jego familijnych i pierwszem wychowaniu małoci powiem, panie Ludwiku, wiem tylko, że bardzo rychło rozpocząwszy nauki swoje w akademii krakowskiéj, dał się wkrótce potem unieść wojennym zapałom i podążył za cofającem się z Rosyi wojskiem francuzkiem, odbył w jego szeregach kampanie trzynastego i czternastego roku, nawąchał się nie mało prochu na różnych polach bitew w Niemczech i we Francyi, a dosłużywszy się stopnia podporucznika, po upadku napoleońskiéj sprawy wrócił do Krakowa i wycierał znów przez blisko dwa lata ławki uniwersyteckie. Gdy potem ukończył studya, których głównym przedmiotem były języki starożytne i język ojczysty, pracował jako adjunkt przy bibliotece jagiellońskiéj. Nie długo to jednak trwało, bo dziewiętnastego roku zajął już tutaj w Poznaniu miejsce nauczyciela gimnazyalnego. Bliższe okoliczności, które sprowadziły go do nas, są mi nieznane; być może, iż się przyczynił do tego wojewoda Działyński, gdyż słyszałem, że mniéj więcéj koło tego czasu z synem jego, panem Tytusem, odbył Muczkowski podróż po Szwecyi i wiem, że z Działyńskim bliższa łączyła go znajomość.
W ciągu tych lat óśmiu, które przeżył w Poznaniu, nie poprzestał na wykonywaniu obowiązków nauczycielskich z właściwą sobie sumiennością i energią i na pielęnowaciu stósunków towarzyskich, chociaż je lubił i wśród nich swobodnie i wesoło się obracał; był to człowiek, którego umysł czuł zawsze potrzebę wyższego i naukowego zatrudnienia; to też, panie Ludwiku, nazwisko Muczkowskiego znajdziesz w każdym podręczniku literatury naszéj i bibliografii. Zaczął tutaj w Poznaniu nie mały szereg prac swoich wydając, dwódziestego drugiego roku, Sextusa Aureliusa Victora, de viris illustribus. Wydanie to dla nżytku szkół ułożone, zaopatrzone odpowiedniemi uwagami i słownikiem, przypisał, jako pierwsze swoje opus, Bandkiemu, powodowany wdzięcznością dla dawniejszego nauczyciela i dobrodzieja. Miał zupełnie słuszność Muczkowski, ile się znam na tem, twierdząc w przedmowie, że Aurelius Victor, jako pod względem języka najprzystępniejszy historyk, powinienby w klasach niższych zająć miejsce przed trudniejszym Korneliuszem. Niemal równocześnie napisał Powieści Starego i Nowego Testamentu, zaradzając pierwszy u nas wielkiéj potrzebie takiéj książki dla ludu i dla dzieci; powiedzieć to mogę z własnego doświadczenia, bo powiastki te szczerym i prostym wyłożone językiem, które się zresztą dla tego już kilkunastu wydań doczekały, odczytywałem sobie z upodobaniem i nie napędzany, nim jeszcze do szkół mnie oddano.
Najważniejszą jednak pracą, którą w Poznaniu przedsięwziął i wykonał, była Gramatyka języka polskiego. Pierwsze jéj wydanie wyszło tutaj dwódziestego piątego roku. Nie będąc specyalnym znawcą, nie mogę ci się nad tą główną zasługą Muczkowskiego rozwodzić; zwłaszcza iż wyszłoby to poza granice naszéj pogadanki, rzecz jednak wiadoma, że na polu gramatyki ojczystéj posunął on etymologię i składnię, tak co do szczegółowych spostrzeżeń i reguł, jako i co do ogółowego układu, znacznie daléj poza badania poprzedników swoich, Kopczyńskiego i Mrozińskiego, a ułatwił późniejsze prace Małeckiego i jego następców. Wszakże rozsądkowe studya gramatyczne, któremi zdawał się ustawicznie zajętym, bo pamiętam, że nieraz u rodziców moich sprzeczał się z Trojańskim o litery lub wyrazy, nie stłumiły w nim bynajmniéj poczucia poetycznego; przeciwnie, był on jednym z najpierwszych entuzyastów mickiewiczowskich i pierwszy tu u nas nie tylko w szkole i towarzystwach starał się rozbudzić zapał dla Adama, lecz ogłosił, z jego zezwoleniem i na jego wyłączną korzyść, pierwsze, ile mi wiadomo, zbiorowe wydanie jego poezyi, które wyszło tutaj w pięciu tomikach i należy już teraz do rzadkości antykwarskich. Utkwił mi w pamięci ten wieczór, gdy Moczkowski przyszedł z pierwszemi drukowanemi arkuszami i czytał z nich méj matce podniesionym głosem i machając rękoma, a prócz tego roi mi się po głowie, że pewnego razu słyszałem, jak się skarżył na list niemiły, który, zapewne z powodu tego wydania, od Mickiewicza odebrał.
Ostatniem tu w Poznaniu jego literackiem przedsięwzięciem było ogłoszenie rytmów Mikołaja Sępa-Szarzyńskiego, poety z szesnastego wieku, którego wydobył na jaw z zupełnego zapomnienia, znalazłszy gdzieś w bibliotece klasztornéj, czy też w bibliotece Działyńskich, zaśniedziały egzemplarz jedynego wydania tych poezyi z roku sześćsetnego pierwszego. Widzisz więc, panie Ludwiku, z tych kilku słów pobieżnych, że krótki stosunkowo pobyt Muczkowskiego w naszem mieście nie minął bez korzyści dla ogółu.
Jak on sobie żył potem w Krakowie, tego ci szczegółowo opowiadać nie mogę, bo tam za życia jego nie byłem; ile mi jednak wiadomo, pozyskał niebawem i zachował sobie do końca między Krakowianami szacunek powszechny i licznych przyjaciół, co inaczéj być nie mogło, chociaż bez przykrości i kłopotów też się nie obeszło. W rok czy dwa po osiedleniu się tamże wrócił do pierwotnego zawodu jako nauczyciel gimnazyum św. Anny; kilka lat późniéj został kustoszem biblioteki jagiellońskiéj, a niedługo potem głównym jéj bibliotekarzem i profesorem bibliografii przy uniwersytecie. W Krakowie, nie mniéj jak u nas, obok urzędowych zatrudnień oddawał się z wytrwałą czynnością prywatnéj pracy, która, skutkiem otoczenia i łatwéj sposobności znalezienia dostatecznych źródeł, zwróciła się głównie ku badaniom historycznym i archeologicznym. Nie będę ci tutaj różnych jego większych i mniejszych dzieł i rozpraw wyliczał, bądź ogłoszonych osobno, bądź umieszczonych w pismach peryodycznych, nadmienię ci tylko jeszcze, iż jak żołnierz na polu bitwy, tak pan Józef wpośród naukowego zajęcia śmierć poniósł; umarł bowiem nagle, rażony apopleksyą, piędziesiątego ósmego roku, na Wawelu, w kaplicy jagiellońskiéj, robiąc tam zapiski do jakiejś rozprawy, którą był rozpoczął. Powiadano mi, gdy przed kilku laty bawiłem w Krakowie, że zostały po nim stósy rękopisów odnoszących się przedewszystkiem do dziejów uniwersytetu krakowskiego. Żałuję szczerze, iż ani czas mi pozwala, ani pamięć starczy, iżby ci dokładniejszy przedstawić obraz tego człowieka, który, integer vitae, amans patriae et veritatis, oby między potomstwem jak najwięcéj miał podobnych!
W owéj klasie pierwszéj, dokąd się jako tako w domu przysposobiony, dostałem, byłem, prawdę mówiąc, najmłodszym; moi koledzy mieli wszyscy po lat kilkanaście, niektórzy z nich zupełnie statecznie wyglądali. Ścisłych przepisów względem oddawania do szkół tak elementarnych, jako i wyższych wtenczas nie trzymano się jeszcze, a wymagania przy wstępie do gimnazyum były w ogóle większe, niż teraz, mianowicie w łacinie; pamiętam bowiem, że od przychodzących do najniższéj klasy żądano dostatecznéj znajomości deklinacyi i konjugacyi regularnych i w pierwszéj godzinie tłómaczyliśmy z wypisów Gaedikego znane dwie bajki: vulpes et leo mulier et gallina. W następnéj klasie wbijał nam w głowę Popliński składnię przypadków i Korneliusza Neposa, w trzeciéj zaś, t. j. w kwarcie, gdzie oprócz tego zaczynała się jnż grecczyzna, tłómaczono Justyna i Fedra, a Trojański mordował chłopców temporibus et modis i wszystkiem, co z tymi niemiłymi panami w ściślejszym jest związku. Z teraźniejszéj tercyi wydalono od dawna Kurcyusza i Lucyana, których czytaliśmy obok Cezara, Owidiusza i Homera; ze sekundy, gdzie już trzeba było owemi czasy pisać wypracowania łacińskie i kuć heksametry, wyrugowano Terencyusza; zresztą pozostali w wyższych klasach mniéj więcéj ciż sami autorowie, co dawniéj.
Ale nie chcę cię dłużéj nudzić grecczyzną i łaciną, panie Ludwiku, miałeś tego dosyć w szkołach, i wracając do kolegów moich, powiem ci, że, przeszedłszy rok późniéj na prawą stronę gimnazyalnéj sieni, gdzie była ówczesna druga klasa, zastałem tam między weteranami niemało takich, którzy wiekiem i wzrostem rzetelnie na tytuł weteranów zasługiwali. O ich postaciach i nazwiskach po większéj części już zapomniałem, lecz, pomijając dwóch Szymańskich, Kaźmierza i Albina, o których ci już dawniéj wspomniałem, pozostały mi jeszcze w pamięci poważne figury Ciesielskiego i Michalczyka, bo wobec każdego z nich wyglądałem jak niedorosły Dawidek wobec Goliata. Ciesielski, przy wysokim wzroście swoim, chudy i łagodnego usposobienia, był moim protektorem przeciw napastującym i obnosił mnie nieraz na plecach po klasie; żałuję, że nie wiem, co się z nim późniéj stało, gdy z kwarty, trzydziestego roku, poszedł na rewolucyę, jak wtenczas mówiono. Michalczyk, wyższy od niego i otylszy, mąż zupełnie poważny, z fizyonomią nieco zaspaną, którą czasami ironiczny uśmiech ożywiał, siedział sobie w jednéj z tylnych ławek, zwykle obojętny na to, co się podczas lekcyi działo. Ojczyznę miał gdzieś na górnéj Wildzie, czy też w Górczynie, rodzice jego posiadali tam gospodarstwo, a że to było za daleko, aby o dwónastéj mógł iść do domu i wrócić o drugiéj, przeto siedział sobie cztery razy na tydzień w dobrowolnéj kozie i przysyłano mu obiad do szkoły. Odbywał on, na lekcyach Poplińskiego i Szumskiego, częstokroć obowiązki komotra, t. j. jako najsilniejszy przytrzymywał tych, którzy operacyi na stołku z cierpliwością znosić nie chcieli; ale na ostatni kwartał nie wrócił już do nas, a w klasie zaręczano powszechnie, że się podczas wielkich feryi ożenił, co łatwo być mogło. Cieszył się Michalczyk, jak sobie przypominam, szczególnemi względami księdza Brodziszewskiego, który, zwykle na początku godziny, wołał na niego: „Chódź tu, tatuś!“ a wtedy przychodził on powoli przed katedrę, musiał recytować pacierz, albo jaki rozdział z katechizmu, a niezbyt mu to szło gładko.
Ów ksiądz Anzelm Brodziszewski, panie Ludwiku, uczył w gimnazyum religii już za Księstwa Warszawskiego i wytrwał przy tem nauczycielstwie, zdaje mi się aż do dwódziestego dziewiątego roku. Był to dla niego męczący obowiązek, nawet z tego względu, że, przy katedrze urzędując i mieszkając w jednym z domków między kanoniami, musiał codziennie tu i napowrót odbywać tak daleką podróż. Nie zrażała się tem jego cierpliwość, która, wraz ze szczerą świętobliwością, była główną jego cnotą, a cierpliwość ta w szkole ciężką wytrzymywała próbę. Na lekcye religii schodziły się wtenczas zawsze dwie klasy; możesz sobie wystawić, jakie ztąd na niższym i średnim stopniu powstawało przepełnienie; zwykle pewna część chłopców, nie mogąc już siedzieć, stała między ławkami lub przy ścianach, a wielu wchodziło pod najwyższą ławę, gdzie, w zupełnem ukryciu, dopuszczali się najrozmaitszych zdrożności. Hałas był prawie ciągły; mało co uważano na naukę i na księdza, który, stojąc zawsze na katedrze, daremnie wzywał do porządku, upominał i z bolesną nieraz miną skarżył się, „że tak nie szanują świętéj religii!“ Czasem, gdy sobie jaki chłopak pozwolił za wiele, zawołał go ksiądz profesor na katedrę, a wtedy, odwróciwszy się nieco i spuściwszy oczy, schwycił za łeb, niemal za wszystkie włosy, i darł niemiłosiernie; czemu się jednak, o ile pamiętam, żaden z winowajców nie opierał.
W wyższych klasach szło naturalnie inaczéj; tam słuchano nauki z poszanowaniem, jakie rozumniejszym sama osobistość księdza nakazywała. Wysokiego wzrostu i silnéj postawy, miał oczy zwykle przymrożone, rzadko kiedy spoglądając na tego, z którym mówił, w twarzy zaś wyraz dobroci, pobożności i pokory. Jakim go ten pozór okazywał, takim był w istocie, dalekim od wszelkich spraw światowych, zajętym wyłącznie pracą kapłańską lub naukową. Jeśli nie w kościele, konsystorzu lub w szkole, to go zawsze w domu zastać mógłeś, bo rzadko kiedy wychodził gdzieindziéj, towarzystw unikał, nawet konfratrom mało się udzielał. Byłem kilka razy u niego z ojcem moim, który znał się z nim od dawna i zawsze, jak pamiętam, zastaliśmy go przy stoliku zasłanym aktami i książkami. Roboty miał zadość bo prócz codziennego zatrudnienia w gimnazyum, wypełniał wtedy przy katedrze rozmaite obowiązki urzędowe i duchowne. Te ostatnie rozpoczął bardzo wcześnie, bo, urodzony w Murowanéj Goślinie z rodziców niezamożnych, odbywszy nauki szkólne w Wałczu, gdzie go łaciną nakarmiono dostatecznie, w pierwszym roku tego wieku, mając lat ledwo dwadzieścia dwa, wyświęconym został w Poznaniu i wysłanym na wikaryat do Głuszyny, zkąd go tutaj do św. Marcina, a wkrótce potem na mansyonaryat do Fary przeniesiono.
Jedenastego roku był już przy katedrze; dwa lata późniéj dodano mu gimnazyalne nauczycielstwo, a ponieważ tam na tumie jako penitencyarz, kaznodzieja, sędzia i egzaminator pracować musiał i pracował sumiennie, przeto niewiele zaznał co jest otio frui. Kazań jego nasłuchałem się dużo, bo w Niedziele i święta miewał je dla nas regularnie u Fary po mszy studenckiéj i przypominam sobie, że to były jasne i proste nauki bez wykrzykników i deklamacyi, ale przemawiały do młodych umysłów, bo treść ich, przedstawienie rzeczy i głos niemal proszący, którym były wypowiedziane, świadczyły o głębokiem uczuciu religijnem mówiącego i gorącéj chęci przelania go do serc naszych. Zresztą niejeden ze starych księży, którzy mu się w kościele bliżéj i częściéj odemnie przypatrywali, będzie ci mógł lepiéj opowiedzieć o tem szczerem przekonaniu i bezwzględnéj czasem gorliwości, które Brodziszewski okazywał jako kapłan, tak tutaj w Poznaniu, a wyraźniéj potem w Gnieźnie. Gdy tam bowiem trzydziestego roku otrzymał kanonikat, spadły na niego wraz z godnością rozliczne zatrudnienia i urzędy, nietylko pierwszego radzcy konsystorskiego i kaznodziei katedralnego, lecz, parę lat późniéj, oficyała, które ciągłéj rozwagi i pracy wymagały; a gdy niebawem nastały ciężkie czasy dla archidyecezyi z powodu owéj sprawy małżeństw mięszanych, był ksiądz oficyał gnieźnieński tym co z największą stanowczością bronił praw kościoła i najbardziéj przyczynił się wpływem swoim i radą do tego, iż rzecz stanęła na ostrzu. Wiedziano o tem dobrze w kołach rządowych i, jako głównego sprawcę oporu, powołano go do Poznania, gdzie trzymany był jak więzień przez półtora roku pod strażą policyjną. Niemiało to naturalnie żadnego wpływu na jego przekonanie; do samotności przywykły, wytrwał ze zwyczajnym sobie spokojem do końca. Skoro czterdziestego roku zmieniły się stosunki, wrócił do obowiązków swoich do Gniezna i tamże sześćdziesiątego szóstego, w późnym wieku, bo licząc lat osiemdziesiąt siedem, wyniesiony do godności biskupa-sufragana i proboszcza metropolitalnego cichy i świątobliwy swój żywot zakończył.
Wszak to nie biografia, panie Ludwiku, lecz, jak wszystko, co ci rozpowiadam, tylko wspomnienie, które mówiącemu o starem gimnazyum nasunąć się musiało zwłaszcza, iż ks. Brodziszewski był pierwszym i kilkoletnim moim nauczycielem religii, a, ze względu zapewne na rodziców, bardzo mi wiele życzliwości okazywał, chociaż ja wtedy jako niedorostek należycie tego ocenić nieumiałem. Dodam ci jeszcze, aby jakokoiwiek uzupełnić zarys jego osoby, że w dobroczynności chrześciańskiéj niewielu miał równych sobie. Żyjąc jak aresztant i ograniczając wydatki na to co konieczne było, rozdzielał większą część dochodów swoich tam, gdzie widział potrzebę, chociaż mało kto o tem posłyszał, bo sam nierozpowiadał; przyjemności zaś tego świata unikając, tych nawet co duchownym są przystępne, znajdował w wolnych chwilach swoje zadowolenie i rozrywkę szperając po księgach, osobliwie starych i spisując swoje spostrzeżenia i rozmyślania po większéj części w języku łacińskim, w którym mu się nawet dogodniéj było wyrażać. Aby mógł łatwiéj téj słabości swojéj dogodzić, podjął się dobrowolnie urzędu bibliotekarza kapitulnego w Gnieźnie i prawie do końca pozostał swéj bibliotece wiérnym, gdzie mało który z obmeszałych foliantów, z żółkłych papierów i pergaminów uszedł jego baczności, a uwagi piśmienne, które w nich pomieścił, gdzie mógł znaleść kawałek próżnego papieru, świadczą, iż te zastępy druków i rękopisów były nietylko przerzucane, lecz i przeczytane. Główny przedmiot jego badań stanowiły przedewszystkiem sprawy historyczno teologiczne, pytania tyczące się prawa kanonicznego w dawnéj Rzeczypospolitéj, często także dziejów i starożytności politycznych, a jak mi mówiono, znalazłbyś w kapitularzu i konsystorzu w Gnieźnie całe volumina rozpraw i wywodów tego rodzaju, ręką księdza Brodziszewskiego nakreślone. Nie zawsze podobno są one zgodne z nowemi poglądami i teraźniejszym stanowiskiem nauki, dowodzą jednak wszystkie niezwykłéj cierpliwości i erudycyi autora.
Skoro ci tutaj jednego księdza wymieniłem, który za moich czasów uczył religii w gimnazyum, nie mogę przemilczeć trzech jego następców. Otóż, bezpośrednio po księdzu Brodziszewskim przyszedł do nas kapelan całkiem odmiennego rodzaju, młody jeszcze, pełen życia i zapału, ukończywszy krótko przedtem nauki swoje teologiczne na uniwersytecie wrocławskim; był nim ksiądz Loga. Pamiętam jak wywarł od razu wpływ, że tak powiem, magnetyczny na wszystkich uczniów, osobliwie w klasach wyższych. Gorącą i wzniosłą wymową, tak z ambony jako i na godzinach, powagą postawy i ruchów, jasnem i wyrazistem spojrzeniem, głosem dźwięcznym i podniosłym nakazywał skromność i uszanowanie; to też na lekcyach jego było cicho i spokojnie, słuchano z uwagą i nikt nie śmiał dopuścić się jakiéj nieprzyzwoitości, wiedząc, żeby mu to nawet koledzy za złe byli wzięli. Młodzież od samego początku nie tylko szacunek uczuła dla niego, lecz i szczere przywiązanie; to też przypominam sobie wrażenie jakie zrobiła w szkole wiadomość, że księdza Logę ruszył paraliż; szczęściem nie było to nic gwałtownego; w kilkunastu dniach wrócił do obowiązków swoich, ale po wargach z jednéj strony dostrzedz było można lekkie porażenie. Do wpływowego stanowiska, które zajął w szkole, prócz zalet osobistych, przyczyniły się także stosunki jego światowe. Ks. Brodziszewski żył, mniéj więcéj, tylko dla kościoła; ksiądz Loga, ile na to obowiązki duchowne pozwalały, brał czynny udział we wszystkiem co społeczeństwo nasze pod politycznym i towarzyskim względem wtenczas zajmowało. Znajomość lub przyjaźń, zawiązana w szkole i na uniwersytecie, łączyła go z młodą generacyą obywatelstwa; Marcinkowski, Potworowski, Mielżyńscy, Stablewscy i inni w ciągłéj byli z nim styczności, bo przekonania religijne zespoliły się w jego duszy silnie z uczuciem gorącego patryotyzmu. Każdy o tem wiedział, a sympatyczna i towarzyska ogłada, ujmująca osobistość księdza Logi nabrała przez to wybitniejszego znaczenia. Wszakże okazał niebawem, iż zapał ów dla sprawy narodowéj nie był u niego blichtrem powierzchownym, lecz siłą pchającą do czynu. Skoro bowiem trzydziestego roku wybuchło powstanie, niepoprzestał ksiądz Loga na modłach z daleka, lecz poczuwając się do obowiązku bezpośredniéj służby, przeszedł jeden z pierwszych granicę i zaciągnął się jako kapelan wojskowy do pułku jazdy poznańskiéj. Tutaj znalazł się wśród przyjaciół, a jakim tam był dla nich powiedziałby ci zapewne dokładniéj który z tych paru pozostałych jeszcze weteranów; ja powtórzę tylko co słyszałem przed laty, iż podzielał wytrwale, nawet wesoło, trudy i niebezpieczeństwa w polu i bitwie z współtowarzyszami, którym nieszczędził rady i pomocy, służył pociechą kapłańską. Gdy zaś szwadrony ruszyły na Litwę, nie odstąpił ich ksiądz Loga, a gdy pod Szawlami szły do ataku, znalazł się w pierwszym rzędzie wznosząc wysoko krzyż prawą ręką; wtedy to ugodzony kulą spadł z konia i niebawem ducha wyzionął. Wiele lat potem jeszcze wspominał ten i ów o ks. Lodze, opowiadając swoje przygody z kampanii; teraz już od dawna wieść o nim umilkła, chociaż zasłużył sobie, żeby nazwisko jego żyło między nami.
Po ubyciu księdza Logi zastępowali go rozmaici księża w gimnazyum, a niejaki czas późniéj objął naukę religii ksiądz Michał Wieruszewski. Nieznane mi są jego początki i familijne stosunki, wiem tylko, iż starszy brat jego był tutaj sędzią w Poznaniu i że po trzydziestym roku, w pierwszych zaraz czasach flottwellowskiego rządu, z nieznanych mi bliżéj powodów, wszakże z politycznych, przeniesionym został do Brandenburgii, czy do Pomeranii i tam w dość późnym wieku umarł na obcéj ziemi. Ksiądz Michał miał, jak mi się zdaje, nie wiele co nad trzydzieści, gdy przybył nas uczyć, będąc równocześnie kaznodzieją, czy penitencyarzem przy katedrze. Niskiego wzrostu i szczupłéj postawy, z dużą pociągłą twarzą i wybitnym nosem, z niepewnem spojrzeniem małych, bladawych oczu, odznaczał się pewną dystynkcyą w obejściu. Obok teologii na uniwersytecie musiał się zajmować niemało filozofią, lekcye bowiem jego — a słuchałem ich blisko dwa lata w sekundzie — miały zakrój raczéj filozoficznego, niż pedagogicznego wykładu. Rzadko kiedy zadawał nam pytania; po większéj części mówił sam, ręce mając na katedrze oparte i głowę spuszczoną, którą raz po raz w lewo i w prawo skręcał, a mówił bardzo płynnie i wytwornie, męcząc się częstokroć widocznie, aby rzecz lepiéj i wyraźniéj przedstawić. Tymczasem i zdolności jego i dobre chęci nie przynosiły należytego owocu; bo, chociaż siedzieliśmy spokojnie i słuchaliśmy z uwagą, uwaga ta po większéj części nie wytrzymywała całogodzinnego natężenia i ulatywała poza mury szkólne. Kazania księdza Wieruszewskiego, które miewał dla nas, ściągały co Niedzielę do Fary mnogie rzesze, osobliwie z warstw oświeceńszych; kościół zapychał się szczelnie, bo nie było wtenczas w mieście znakomitszego kaznodziei; i w rzeczy saméj ile sobie przypomnieć mogę, sprawiała wymowa jego wielkie wrażenie na słuchaczach treścią tego, co mówił, jako i nadzwyczajną gorliwością, która całą jego osobę unosiła. Chociaż na uczniów tak sympatycznego wpływu jak ksiądz Loga nie wywierał, mieliśmy jednak wszelki szacunek dla nauki jego i wyższości umysłowéj i obeszło nas to nie mało, gdy naraz księdzu Wieruszewskiemu uczyć w gimnazyum zakazano. Było to, jeśli się nie mylę, latem trzydziestego czwartego roku. Co tam właściwie zaszło, nie wiem dokładnie; ile sobie jednak przypomnieć mogę, powód do tego dały jakieś podejrzenia o współudział w tajnych związkach politycznych, czy też o stosunki z emisaryuszami, bo ksiądz Wieruszewski, nie objawiając tak otwarcie, jak poprzednik jego, uczuć patryotycznych, nie mniejszy żywił w sobie zapał dla sprawy narodowéj i gotowym był dla niéj do wszelkich poświęceń. Zachodziła podobno jakaś styczność między tym przypadkiem a niepokojeniem przez rząd pruski prokuratora Pantaleona Szumana, który wtenczas długo w więzieniu przesiedział; tak przynajmniéj powszechnie mówiono. Nie chcieliśmy opuścić naszego księdza i nauczyciela bez wyrazu uznania i dowodu wdzięczności; zebraliśmy się po mszy w zakrystyi i tam Franciszek Nowakowski miał do niego przemowę i ofiarował mu od nas srebrny kielich z wyrytym wierszem boracyuszowskim, nie pamiętam już którym. Zdaje mi się, że ksiądz Wieruszewski przebywał także śledztwa i zostawał przez czas niejaki pod strażą, ale co się późniéj z nim działo, co go odstrychnęło całkiem od ludzi, a potem wprawiło władze jego duszy w zupełne pomięszanie, to uchodzi całkiem méj wiadomości. Przesiedział długie lata jeszcze w jednéj z kanonii po lewéj stronie od tumu i popadł podobno w stan taki, iż go nie można było wypuszczać.
Niedługo po ustąpieniu księdza Wieruszewskiego, z rozpoczynającym się trzydziestym czwartym, zajął u nas miejsce jego ksiądz Andrzej Kidaszewski, powołany z Chełmna, którego poprzedziła sława uczoności. Urodził się w Pyzdrach z początkiem tego wieku, skończył szkoły w Poznaniu, dwódziestego trzeciego, jako uczeń zdolnościami, osobliwie pilnością, znakomity; przepędził potem lat nie mało na uniwersytecie, a tam w Wrocławiu, żyjąc samotnie w swéj izdebce i unikając wszelkich rozrywek studenckich, znany był między kolegami jako stróż audytoryów i jako mól książkowy; nie bez skutku to było, wyuczył się bowiem rozmaitych rzeczy, poskładał rozmaite egzamina i dostał złoty medal za pracę konkursową.
Prócz w teologii i filozofii, biegłym był w językach starożytnych i orientalnych, a gdy się profesor Buchowski rozchorował, objął ks. Kıdaszewski matematykę w wyższych klasach. Dwa ostatnie lata gimnazyalne uczyłem się u niego religii, hebrejki i matematyki, a gdy składałem maturitatis, on nas egzaminował w tych wszystkich przedmiotach; mógłem go więc poznać dostatecznie. Był to człowiek bardzo skromny, bez najmniejszéj próżności lub zarozumiałości na uczoność swoją; aż nadto nawet potulny, robił wrażenie pokornego braciszka klasztornego raczéj, niż uniwersyteckiego promota i erudyty; o zewnętrzne pozory nie dbał wcale, nawet o zwyczajne potrzeby i wygody. Nieszukając rozrywek ani towarzystw, w życiu samotnem przestając na byle czem, zajęty głównie książkami, a w późniejszych czasach medytacyami i ćwiczeniami ascetycznemi, obojętnym był dla wszystkiego, co się dzieje na świecie; ale serce miał wyborne, rozdawał co mógł i pozwalał się wyzyskiwać. Jakkolwiek wiadomości różnostronnych posiadał bardzo dużo, odmówiła mu natura daru łatwego udzielania innym tego, co wiedział; wysłowić się należycie trudno mu nieraz przychodziło, a co mówił na lekcyach i na kazaniach było po większéj części niejasne i niestanowcze. Po ruchach twarzy i modulacyach głosu widzieć u niego mógłeś ciągłe wysiłki mózgu i pracę nad tem, aby myśli należycie uprzytomnić sobie i innym wyrazić. Dla tego też nie wiele korzystaliśmy z jego nauki, zwłaszcza że też nie potrafił utrzymać uczniów w przyzwoitych karbach, a sposób jego wykładu do uwagi nie zachęcał. Gdy wyszedłem ze szkół nie zdarzyło mi się już ani razu oglądać poczciwéj, choć zasępionéj zwykle, fizionomi księdza Kidaszewskiego, bo już trzydziestego siódmego roku posłała go władza duchowna do Gniezna, gdzie przy seminaryum pożyteczniejszym był niż przy szkole świeckiéj i służyć mógł klerykom za wzór świętobliwego życia.
Na téj teologicznéj wycieczce z czterema księżmi nie zapomniałeś przecie, panie Ludwiku, że jesteśmy jeszcze w Kwincie, anno domini dwódziestego ósmego.
Otóż, gdy do téj klasy przyszedłem, spotkałem się z kilku nowymi dla mnie profesorami, między innymi z Szumskim i Cichowiczem, o których ci już poprzednio mówiłem, i z Czwaliną. Sądząc z nazwiska, mógłbyś myśleć, że ów Czwalina to zapewne Słowianin czystéj krwi; musiał on naturalnie pochodzić z słowiańskiego szczepu, bądź polskiego, bądź czeskiego, ale nie znam jego genealogii, a z dziejów jego początkowych wiem tylko, że zjawił się tutaj młody jeszcze, wkrótce po okupacyi pruskiéj, z Kalisza, gdzie był poprzednio nauczycielem w szkole kadetów, czy też w gimnazyum i gdzie się ożenił z niewysoką, ładną i zgrabną brunetką, córką tamtejszego lekarza. Oboje liczyli się do niemieckiéj nacyi, mówili jednak dobrze po polsku; pani nawet biegléj i czyściéj od męża, po którego wymowie poznać było można czasem obce pochodzenie. Od Kwinty zacząwszy, w każdéj niemal klasie spotykałem się z profesorem Czwaliną, dawał bowiem język niemiecki i rachunki, głównie zaś fizykę w wyższych oddziałach. Był to dla nas bardzo sympatyczny nauczyciel, chociaż żartować z sobą nie pozwalał; zwinny i sprężysty w ruchach i mowie, trzymał chłopców w porządku głosem i spojrzeniem, rzadko kiedy używając energiczniejszych środków; siedzieliśmy na jego godzinach cicho i z uwagą, nawet w niższych klasach, bo każdy wiedział, że w razie przewinienia, nim się spodzieje, oberwie środek swego czoła szybkiego i silnego Dummkopfa ametystowym sygnetem, który profesor nosił na wielkim palcu prawéj ręki. Korzystaliśmy nie mało na jego godzinach, znał bowiem dobrze swój przedmiot i umiał uczyć. Nowomodni pedagodzy, którzy wynaleźli sposób wpajania języków mimiką i natchnieniem, byliby się oburzyli na niego, że nas uczył po niemiecku za pomocą polszczyzny; może grzeszył on przeciw prawdziwéj kulturze, my jednak zawdzięczaliśmy jego metodzie ciągłego tłómaczenia z polskiego znaczną część wprawy w niemieckiem. Pamiętam, iż w Kwincie przetłómaczyliśmy wszystkie niemal powieści Krasickiego, od Kadura począwszy, a jako tak zwane Fleissarbeit, na które się każdy sadził, oddawaliśmy co kwartał grube zeszyty tłómaczeń polskich z wypisów niemieckich. W wyższych klasach trapił nas nie mało teoryą grawitacyi i spadku ciał, akustyką, elektrycznością i galwanizmem, ale przedstawienie rzeczy było zwięzłe i jasne i zajmowało przytaczaniem mnóztwa przykładów z praktyki życia. Obejście jego z starszymi uczniami było otwarte i przyjacielskie; do Polaków przemawiał zwykle po polsku, a chociaż pod względem towarzyskim obracał się wyłącznie w kołach niemieckich i w bliższe stosunki z Polakami wcale nie wchodził, nie słyszałem, iżby był kiedykolwiek objawił czynem lub słowem nieprzyjaźń lub niechęć dla narodu naszego; to też miłą po sobie zostawił pamięć wszystkim współrodakom naszym, którzy kiedyś byli jego uczniami.
Obok nauczycielskiego, sprawował także przez wiele lat u nas inny, ważny urząd. Jeśli ci wpadnie w ręce jaka książka z owego czasu w Poznaniu drukowana, ujrzysz na odwrotnéj stronie tytułu wyrazy: „Imprimatur. Czwalina. censor.“ Jak się z tym nieraz przykrym obowiązkiem załatwiał, powiedzieć ci nie umiem, byłem nadto młodzieniaszkiem wtedy, aby się takiemi rzeczami zajmować, lecz nie przypominam sobie żeby się na niego pod tym względem skarzono. Wszakże jeden odnośny szczegół tkwi jeszcze w méj głowie. Przyszedł pewnego wieczora do nas Muczkowski, który właśnie wydawał poezye Mickiewicza i uśmiechając się opowiadał rodzicom moim, że miał z Czwaliną, jako cenzorem, rozprawkę. Nie chciał on z początku przepuścić w Grażynie tego Niemca, co „głos ludzki rozumiał“, dał się przecież zmiękczyć przyrzeczeniem, że Muczkowski stosowny doda przypisek, co się też stało.
Gdy szkoły ukończyłem, był Czwalina w sile wieku; lat kilka jeszcze potem pracował jak dawniéj, lecz niezadługo po roku czterdziestym zaczął brać długie urlopy i czterdziestego piątego zażądał emerytury, zapewne dla tego, iż zaszłe podówczas przy gimnazyum zmiany nie przypadły mu do smaku. Mógł sobie na uboczu żyć bez kłopotu, zwłaszcza iż, prócz kamieniczki, którą ci pokazywałem na Teatralnéj ulicy, a która po dziś dzień jeszcze do potomków jego należy, miał, jak mi mówiono, na co się oglądać; to też po powrocie moim z uniwersytetu spotykałem się z nim dość często, przez lat kilka, na ulicy lub na przechadzce i widziałem, że czerstwy i dobréj myśli. Miewa się czasem przeczucia, panie Ludwiku, skoro nadejść ma ostatnia chwila; coś takiego zaszło z Czwaliną, jak mi powiadano. Poprzednie choleryczne zarazy, które miasto nasze kilkakrotnie trapiły, znosił on dość obojętnie lecz gdy piędziesiątego drugiego roku pojawiły się znowu początki cholery, popadł w jakieś rozdraźnienie i nie mogąc przyjść z sobą tutaj do ładu, wyjechał na Szląsk do Görbersdorfu, aby tam w górskiem powietrzu znaleść wraz z bezpieczeństwem wewnętrzne uspokojenie. Lecz zaledwo tam przybył, zapadł niebawem na ową chorobę, któréj zarodek z sobą przywiózł i pożegnał się z tym światem.
Siedziałem sobie jeszcze w Kwincie, gdy zaszła okoliczność, która rodziców moich zasmuciła, mnie zaś przyznam się szczerze, nie zmartwiła wtenczas bynajmniéj: był to odjazd profesora Kajetana Trojańskiego, który z Poznania przeniósł się do Krakowa. Rodzice tracili dobrego przyjaciela, a ja pozbyłem się dziecinnego strachu, chociaż przecie Trojańskiego znałem jak pamięć moja sięgała. Nie było częstszego u nas gościa dopóki żył w kawalerskim stanie; zwykle przychodził ze szkoły o czwartej, nieraz z Muczkowskim i pamiętam do dziś dnia tę jego figurkę niską i szczupłą, najczęściéj w granatowy frak ze złotemi guzikami ubraną, jego twarz nieco śniadą, gęste, czarne i połyskujące włosy i małe, bystre oczy. Siedział skromnie na kanapie i milczał lub uśmiechał się znacząco, osobliwie gdy Muczkowski rozprawiać i zapalać się zaczął; spierali się często; pan Józef rąbał z góry i głośno, pan Kajetan odpowiadał spokojnie, z przekąsem; ale to przyjaźni ich wcale nie psuło, owszem, było im dobrze z sobą i szukali się nawzajem. W towarzystwach zachowywał Trojański zawsze pozorną powściągliwość i łagodność, lecz dość było spojrzeć na wyraz jego twarzy, na ironiczne zmróżanie ócz, aby poznać, że wszystko sobie uważa i że ma za kołnierzem. W klasie ów spokój jego trwał niedługo i rozmaite miewał intermezza. Uczył on od trzeciéj klasy, tj. od Kwarty, gdzie dawał grecczyznę i większą część łaciny, a nieraz mi mówili moi znajomi z téj klasy: „czekaj, tylko się dostaniesz pod Trojańskiego, zobaczysz jak ci będzie!“ Godzina zaczynała się od łagodnego egzaminu; stojąc na katedrze pytał cichym głosem jednego po drugim w téj saméj ławce, a gdy kilku źle odpowiedziało lub niedostatecznie, jak to często się zdarza, wtedy zwyczajnie unosił się Trojański niepospolitym gniewem, zżymał się i krzyczał, rzucając książkę na katedrę lub na środek klasy i dokuczliwym dowcipem zawstydzał winowajców. Więcéj jednak niż wybuchów, lękali się uczniowie jego zgryźliwych, ale trafnych uwag i uczyli się jak mogli, chociaż dużo wymagał; uznawali przytem, że, w sądach swoich sprawiedliwy, nauczycielem jest doskonałym.
Koledzy jego przy gimnazyum upatrywali w nim biegłego filologa, a znajomość rzeczy pod tym względem okazał, wydając kilka, na owe czasy bardzo pożytecznych, książek szkólnych. Już dziewiętnastego roku, nie długo po przybyciu do Poznania, ułożył Gramatykę łacińską dla użytku młodzieży polskiéj, która wprowadzoną została do szkół i doczekała się tutaj dwóch wydań; nie wyszła mi ona z pamięci, bo się nad nią namęczyłem nie mało w niższych klasach, równie jak i nad Zadaniami do tłómaczenia z polskiego na łacinę, w dwóch częściach — jak mi się zdaje — gdzie, szczególnie między przykładami na rodzaje i deklinacye, znajdują się czasem osobliwe zdania; jednego np. jeszczem nie zapomniał, otóż: „białe zęby małéj kaczki!“ Prócz tego, zaradzając istotnéj potrzebie, bo książki takiéj nie mieliśmy przedtem, wyasł równocześnie z gramatyką Słowniczek polsko-łaciński. Języki starożytne były głównym przedmiotem jego zatrudnień, ale obok tego zaczął się już tutaj u nas zajmować gorliwie językiem niemieckim w celu ułatwienia nauki jego młodzieży polskiéj. Chociaż pochodził z Lublina i szkólne wychowanie odebrał w mieście rodzinnem, wyuczył się lingwy germańskiéj na uniwersytetach, zdaje mi się w Hali i w Wrocławiu, gdzie się doktoryzował; nie zapomniał o niéj późniéj w Krakowie i wypracował tamże nie tylko Gramatykę niemiecką dla Polaków, lecz i obszerny Słownik niemiecko-polski i polsko-niemiecki, który jest obfitszy i dokładniejszy od znanego ci zapewne słownika Mrongowiusza.
Do wymienionych szczegółów o Trojańskim prawie nic więcéj dodać ci nie mogę, panie Ludwiku, bo o drugiéj połowie jego życia, którą przepędził daleko od nas, tutaj jego przyjaciele i znajomi mało co wiedzieli, zwłaszcza iż do Poznania już potem nie zajrzał. A przecież nie opuścił ich, jak pamiętam, bez pewnego żalu, nawet krótko przed wyjazdem związał się nieco silniéj z Księstwem, znalazłszy tu żonę. Była to panna Zgorzalewiczówna, rodem z Kościana; wysoka i przystojna blondynka, różniąca się z pozoru znacznie od niego. W końcu dwódziestego ósmego roku powołanym został do uniwersytetu krakowskiego, o którym, w pierwszym zaraz liście do mego ojca, pisał, pod wpływem swojéj ironicznéj weny, że, „stoi wysoko, bo trzeba po schodach wchodzić do niego;“ lat przeszło dwadzieścia żył tam jeszcze i urzędował, a śmierć zaskoczyła go — jak słyszałem — piędziesiątego roku, gdy dla poratowania nadwątlonego już zdrowia przybył do Marienbadu.
Odjazd Trojańskiego, którego miejsce przy gimnazyum zajął wkrótce potem Wannowski, znany ci już z przeszłorocznéj przechadzki naszéj, oswobodził mnie od jednego strachu przed Kwartą, ale gdy się do téj klasy na św. Michał roku dwódziestego dziewiątego dostałem, przejął mnie strach inny, zaraz na pierwszéj godzinie matematyki. Sam widok profesora Buchowskiego napełniał nas obawą i respektem, tych osobliwie, którym cyfry i linie z oporem do głowy wchodziły. Gdy drzwi do klasy otworzył, wszystko ucichło od razu, każdy siedział spokojnie, a niepewni siebie na bok się odwracali i tylko koryfeusze matematyczni spoglądali nań śmiało, nie lękając się nawet złowrogich czasem jego krzyków. Jeśli było jakieś trudne twierdzenie, którego znaczna część klasy nie umiała, zdarzało się czasami, ile sobie przypominam, że wybijano jednę lub dwie szyby, bo przeciągów dbały o zdrowie swoje profesor nie znosił i z klasy wychodził. Cała godzinę przesiedział zwykle na katedrze, zimą w płaszcz zawinięty, mając przed sobą otwartą tabakierkę, z któréj raz po raz brał szczypty do nosa. Miał zawsze w każdéj klasie kilku takich prymusów, którzy dowodzili albo rachowali naprzód przy tablicy; inni musieli potem powtarzać; gniewał się srodze profesor, gdy trafił na nieuka, wykrzyczał czasem niemiłosiernie, rzadko jednak, nawet w kwarcie, dał baty; ale gdy się przekonał, że bardzo tępa głowa, nie wyrywał go już więcéj, i tak zwykle bywało kilkunastu w klasie, którzy przez cały rok niemal odgrywali rolę niemych świadków. Zdolniejsi nauczyli się bardzo wiele i gimnazyum poznańskie wydało za Buchowskiego niemało tęgich — jak to mówią — matematyków, którzy przez całe życie poczuwali się potem do wdzięczności dla niego za to, co ze szkólnych czasów byli mu winni. Sam nie tylko znał gruntownie naukę swoją, ile jéj w gimnazyum poznać trzeba, lecz okazał się uczonym matematykiem, wydając tutaj dwódziestego drugiego roku, w obydwóch językach, dzieło o Wyższéj analizie, czyli o rachunku różniczkowo-całkowitym, a przytem wykład jego był tak prostym, jasnym i zrozumiałym, że każdy jakokolwiek rozsądny i chętny uczeń pojmował go z łatwością i podanych w nim rzeczy nie zapominał dla ścisłéj konsekwencyi, z którą przeprowadzone były. Naukę swoją bardzo wysoko cenił szanowny profesor; — zdawało nam się, iż w jego oczach matematyk wiele wyższą ma wartość od innych śmiertelnych, a przytem, nawiasem mówiąc, nieraz przy sposobności, kładł mocny przycisk na swoją szlachecką prosapię, którą się z późniejszych jego kolegów żaden poszczycić nie mógł.
Wszakże podziwiać należy, jak Buchowski, w krótkim stosunkowo czasie, i to niemal własną tylko pracą, i wrodzonem uzdolnieniem, potrafił wydoskonalić się w swéj nauce, zwłaszcza iż za młodu sposobił się do innego zawodu i na różne puszczał się drogi. Nie pochodził on z Księstwa, lecz — o ile mi wiadomo — rodem był z ziemi sandomierskiéj i zostawszy wcześnie sierotą, wychował się w chłopięcym wieku za staraniem przyrodniego brata, bodajnie księdza. Szkoły przebył w Kielcach, mając lat szesnaście, a ponieważ nie wielka po rodzicach fortuna poszła w niwecz przez niedbalstwo opieki, musiał, nie doszedłszy jeszcze do lat dwódziestu, sam myśleć o sobie. Jak ze stron rodzinnych dostał się do Wiednia, czego tam szukał, nie wiem, ani jakie go losy niedługo ztamtąd zagnały na północ aż do Królewca, gdzie blisko trzy lata słuchał prawa, chodząc obok tego także na matematyczne kolegia, i gdzie już po większéj części utrzymywać się musiał udzielaniem lekcyi prywatnych. Wypadki wojenne szóstego i siódmego roku zaskoczyły go w Magdeburgu, uczącego w jednéj z szkół tamtejszych i spowodowały do wstąpienia do wojska narodowego; zaciągnął się do artyleryi i pracując głównie w biurach sztabowych, dosłużył się wkrótce stopnia porucznika. W wojsku jednak nie wytrwał, bo, jak się zdaje, niespokojnego był za młodu usposobienia, czego późniéj po poważnym profesorze nie byłbyś mógł dostrzedz, i już roku dziesiątego mentorował któremuś z Łubieńskich i urzędował w szkole departamentowéj w Seynach. Dwa lata potem przybył do Poznania, gdzie mu ksiądz dyrektor Przybylski oddał w wyższych klasach całą matematykę, którą zatrzymał niezmiennie pod jego następcami za rządów pruskich, dopóki tylko zdołał być czynnym, oddaliwszy się jedynie raz z Poznania, aby objąć miejsce przy szkole wojewódzkiéj w Płocku, zkąd jednak niebawem wrócił napowrót.
Pierwszą połowę życia miał zatem Buchowski dość urozmaiconą i niepewną; natomiast druga, wogóle jednostajna, mogła być dla niego pomyślną i przyjemną, bo nie tylko uczniowie szanowali go wielce, kochali nawet, chociaż go się bali, lecz i w towarzyskich kołach poważna jego osobistość i znakomite zdolności znajdowały powszechne uznanie. W kolegium nauczycielskiem zajmował jedno z pierwszych miejsc; z żadnym wprawdzie z kolegów, ile mi wiadomo, bardzo bliskie nie łączyły go stosunki, był jednak z wszystkimi w szczeréj zażyłości; u władz rządowych jak najlepiéj zapisany, mimo, że wszyscy znali jego na wskroś polską naturę i patryotyczne uczucia, czas niejaki, po odejściu Kaulfussa, piastował urząd dyrektora i byłby go zatrzymał do końca swego, ale nadto prędko zabrakło mu odpowiedniego zdrowia. Otóż niedobór pod tym względem mącił przez wiele lat jego umysłową swobodę; już w młodym stosunkowo wieku trapić go zaczęły różne niedomagania fizyczne, bodajnie reumatyczne, a bardziéj jeszcze jakiś niepokój wewnętrzny, a te napady hipokondrycznego rodzaju ponawiały się raz poraz z rozmaitą trwałością i siłą; widać mu było niekiedy smutek i cierpienie na twarzy. Z postępem czasu powiększyły się naturalnie owe dolegliwości, którym sztuka lekarska niewiele co zaradzić potrafiła i które zmusiły wreszcie szanownego profesora, po dwudziestu trzech latach, do pożegnania się ze szkołą naszą. Pamiętam jak dziś ową godzinę; było to na początku mego drugiego roku w Prymie; wszedł Buchowski do klasy i, zasiadłszy jak zwyczajnie, po niejakimś namyśle powiedział, że, czując się niezdrowym, dzisiaj lekcyi nieodbędzie; zaczął więc dyktować nam zadanie, które mieliśmy sobie, jak nieraz bywało, rachować w klasie. Zadanie to zaraz z góry zdawało się kilku niemożebnem; zwrócili uwagę profesora. Dał je sobie odczytać, zmienił w niem jedno i drugie, a gdy i poprawki były niedostateczne wstał zniecierpliwiony, kazał nam cicho siedzieć i wyszedł. Wypadek ten zrobił na nas mocne i przykre wrażenie i żal nam było szczerze zacnego profesora, zwłaszcza iż na katedrę już więcéj nie wrócił, a miejsce jego zajął niebawem ksiądz Kidaszewski. Raz tylko jeszcze widziałem go po owéj ostatniéj godzinie, bo, ile mi wiadomo, bardzo już rzadko z pokoju wychodził, gdy, skończywszy szkoły, przyszedłem pożegnać się z nim i podziękować za jego zawsze dla mnie łaskawe względy. Zastałem go w dość dobrem usposobieniu, a chociaż skarżył się na różne niedomagania, niewątpiłem, ponieważ daleko mu jeszcze było do sześćdziesiątki, że wróci z czasem do zdrowia; umarł jednak pięć lat późniéj, w Styczniu czterdziestego drugiego, nacierpiawszy się niemało w życiu swojem ciałem i duszą.
W owéj Kwarcie, panie Ludwiku, był także moim nauczycielem profesor, którego milczeniem pominąć nie mogę, chociaż tylko pół roku zostawałem pod jego aż nazbyt lekką ferułą. Wszakże, nim uczyć się u niego zacząłem, znałem dobrze pana Józefa Królikowskiego i całą jego rodzinę, bo, jak ci mówiłem już dawniéj, gdyśmy przed teatrem stali, mieszkał parę lat z nami w Bergera kamienicy przy Nowym Rynku i bywał u rodziców moich, a ja nieraz na pierwsze piętra schodziłem do państwa Królikowskich, aby się z ich chłopcami, Leosiem i Jasiem, zabawić. Ile sobie przypominam, wyglądało tam nieświetnie, bo pani domu, jejmość słusznego wzrostu, wtenczas jeszcze przystojna, ale blada i słabowita, zapadała często na zdrowiu, miewając podobno chwile somnambulizmu; czworo, czy pięcioro małych dzieci nie przyczyniało się do porządku, a pan nadto był zatrudniony szkólną i literacką pracą, przy tem także stosunkami pozadomowemi, aby się turbować o rzeczy podrzędne. Do towarzyskiego życia mając silny pociąg i jakoby stworzony do niego, w krótkim czasie zawarł tutaj u nas Królikowski znajomość lub przyjaźń z mnóstwem osób z miasta i ze wsi. Słyszałem od starszych, którzy z nim przebywali, że nie łatwo znaleźć człowieka tak miłego i zajmującego w towarzystwie; pełen życia i niewyczerpany w rozmowie, już to dowcipny i wesoły, już to słodki i czuły, piękną swoją, płynną, i śpiewną polszczyzną ujmował sobie każdego tem łatwiéj, że różnostronne jego wykształcenie pozwalało mu rozprawiać o wszystkiem. Prócz tego tak znakomicie grał na skrzypcach, że byłby mógł występować w koncertach; zbierano się też licznie na kwartety, które u siebie urządzał i nieraz uproszony zagrał poza domem. Nie dziw więc, iż Królikowski był persona grata między ludźmi, zwłaszcza że pod innym także względem placu im dotrzymać umiał. Lubił dobre obiadki i nie złe śniadańka, a jeśli Ceres dobrze uposażona miłą mu była, to i Bakchusem nie pogardził, owszem, przy danéj sposobności chętnie mu cześć oddawał i bardzo często zwiedzał ówczesne jego świątynie przez Rosego, Sypniewskiego i Powelskiego tutaj założone. Nie działo się to z korzyścią dość chudych profesorsko-literackich budżetów, których zresztą podobno nigdy w równowadze utrzymać nie umiał; dało mu się też pod innym względem we znaki, bo już tu w Poznaniu spotykał się z niemiłą, choć częstą, towarzyszką owych bożyszcz swoich, t. j. pedogrą i widziałem go nieraz chodzącego do szkoły z grubo owiniętemi nogami i dość rzadką miną.
Wszakże te upodobania i słabostki i charakter trochę mięki łączył z niepospolitemi zdolnościami, z zamiłowaniem do zatrudnień naukowych i nadzwyczajną łatwością nie tylko w literackiéj, lecz i w każdéj innéj pracy. Ileż on napisał i nadrukował w tych kilku latach, które u nas spędził, a ileż to przedtem próbował zawodów nim do Poznania przyszedł! Równie jak ci koledzy jego, o których poprzednio wspominałem, nie był on z Księstwa; urodzony, ile mi wiadomo, w Galicyi, odbył głównie w Przemyślu wykształcenie szkólne, uczył się potem w akademii zamojskiej, z początku techniki i filozofii, późniéj zaś przeszedł do prawa, które ukończywszy w Lwowie, był sędzią w Brzeżanach; ale krótko zapewne, bo roku ósmego widzimy go w Zamościu, nie w sądzie, lecz w gimnazyum, jako nauczyciela matematyki i filozofii, po poprzedniem złożeniu egzaminów przed komisyą austryacką. Ta jego pierwsza profesura trwała tylko kilka miesięcy; przerwały ją następnego roku wypadki wojenne i szturm Zamościa, po których niebawem los przerzucił Królikowskiego na pole administracyi.
Znalazł najpierw zatrudnienie w izbie obrachunkowéj, następnie był komisarzem do odbierania przysiąg, pracował czas niejaki w jednem z biur ministerstwa spraw wewnętrznych, a wreszcie burmistrzował w Radomiu, którego mieszkańcy z żalem się z nim rozstali, gdy, z upadkiem Księstwa Warszawskiego, opuścił ich, aby przejść do sekretaryatu komisyi trzech dworów, zkąd wreszcie, odznaczony krzyżem św. Stanisława, powołanym został roku dziewiętnastego na miejsce kontrolera w izbie likwidacyjnéj. Wśród tylu jednak bardzo prozaicznych czynności urzędowych czuł potrzebę orzeźwienia ducha swego czemsiś piękniejszem i wznioślejszem, zwłaszcza iż od młodych lat zachwycał się płodami literatury, a w Warszawie miał wszelką sposobność stykania się ze światem literackim; dla tego zamieszczał raz po raz w ówczesnym „Pamiętniku Warszawskim“ rozprawki tyczące się języka i piśmiennictwa naszego. Rozrywki te przypadły do smaku dyrektorowi Kaulfussowi i wzbudziły w nim chęć pozyskania tak uzdolnionego człowieka dla naszego gimnazyum, do czego była właśnie sposobność, ponieważ ksiądz Antoszewicz zabierał się do emerytury. Rozpoczął zatem Kaulfuss korespondencyę w téj sprawie z Królikowskim, który, gdy wkrótce potem ks. Antoszewicz umarł, przez radę szkólną tutejszą wezwany, przybył do Poznania i po wielkich feryach dwudziestego roku zajął katedrę języka polskiego. Miał wtenczas lat blizko czterdzieści i przesiedział na owéj katedrze, mniéj więcéj, lat dziewięć; mogę śmiało powiedzieć, że przesiedział, bo, ile pamiętam, nie często chodził po klasie. Do bardzo energicznych nauczycieli nie należał; w niższych i średnich klasach bywało rozmaicie na jego godzinach; chłopcy mało uważali, trudnili się czem innem lub paplali, a profesor gniewał się i stękał; ale w wyższych klasach wywierał wpływ wielki na uczniów, a przemawiając pięknym swoim językiem do ich uczuć i wyobraźni, rozbudzał w nich szlachetniejsze poglądy, szczególnie zaś zamiłowanie do umysłowych zajęć i do literatury ojczystéj. Dla tego też wszyscy starsi uczniowie nadzwyczaj grzeczni byli dla niego i wiele mu sympatyi i szacunku okazywali, chociaż nie przeczyli, że był trochę wygodnym, że nieraz późno przychodził i z poprawianiem wypracowań nie bardzo się spieszył.
Wszakże poza klasą profesor pracy nie szczędził i dziwić się trzeba, że mu przy wszystkich szkólnych obowiązkach, stosunkach i rozrywkach towarzyskich, a przytem aż nadto licznych kłopotach domowych, czasu i fantazyi starczyło do napisania lub ułożenia tylu dzieł, które prawie wszystkie wydał w ciągu pobytu swego tutaj u nas. Tę wielką zasługę przyznać mu trzeba szczególnie, że nie małego dokładał starania, aby w publiczności naszéj, wtedy aż nadto mało idealnéj, bardzo obojętnéj na pisma i druki, rozbudzić chęć do czytania rzeczy polskich i do zwrócenia przecież uwagi na pole literatury narodowéj. Niespełna rok po swoim przyjeździe założył „Mrówkę Poznańską“, miesięcznik literacki. Nakład owéj „Mrówki“ wziął na siebie jedyny wtenczas księgarz tutejszy, Munk; wszakże, sparzywszy się rok przedtem na wydawnictwie „Pisma miesięcznego“, które po kilku numerach zmarło na suchoty, podał warunek, aby mu obywatelstwo przyszło w pomoc. Stało się tak i „Mrówka“ wychodziła przez cały rok, ale ponieważ prenumerata kosztów nie pokryła, a w roku następnym tylko książę Radziwiłł składki dotrzymał, wyciągnęła biedna „Mrówka“ jeszcze sześć jajek ze swego mrówiska i potem dała wszystkiemu pokój. A szkoda, bo, jak na owe czasy, było to pismo zupełnie znakomite, nawet teraz jeszcze, panie Ludwiku, możesz się przekonać, jeśli je znajdziesz w jakiéj bibliotece, te niektóre artykuły, szczególnie Królikowskiego, tyczące się języka naszego, nie straciły wcale na wartości. To pierwsze niepowodzenie nie popsuło fantazyi profesorowi; jeszcze tego samego, t. j. dwudziestego drugiego roku, puścił w świat pierwszy numer wskrzeszonego „Pisma miesięcznego“, ale, niestety, skończyło się na tym jednym numerze, bo publiczność nasza żadnego na taką strawę apetytu nie miała. Również daremną była dwa lata późniéj podobna próba, którą zrobił z Rozrywkami literackiemi i w początku trzydziestego roku z Biblioteką konwersacyjną, która była ostatniem jego przedsięwzięciem publicystycznem nie tylko w Poznaniu, lecz w ogóle. Ważniejszemi jednak o wiele i mającemi obecnie jeszcze swoje znaczenie są jego teoretyczne i naukowe dziełka, tyczące się naszego języka, a przedewszystkiem: Prozodya polska, czyli o śpiewności i miarach języka polskiego; daléj zaś: Proste zasady stylu polskiego i Rys poetyki wedle przepisów teoryi, który się odnosił do wydanych krótko przedtem Wzorów estetycznych poezyi polskiéj. W ocenianie tych książek, panie Ludwiku, wdawać się tutaj nie mogę, znajdziesz krótsze lub dłuższe o nich uwagi w każdéj prawie historyi literatury naszéj, ale, jeśli do tego wszystkiego, co ci wymieniłem, dodasz jeszcze rozprawy, które w pismach warszawskich umieszczał i kilka tłómaczeń, z których pamiętam najlepiéj Myszą Wieżę Bronikowskiego, zgodzisz się zapewne na to, że Królikowski do tuzinkowych ludzi bynajmniéj nie należał; szkoda tylko, iż nie miał więcéj stateczności i szczęścia w domowych stosunkach.
Jakie go właściwie przyczyny spowodowały do opuszczenia naszego gimnazynm i miasta, po Wielkiéjnocy trzydziestego roku, na pewne powiedzieć ci nie umiem; sądzę jednak, wnosząc z tego, co tak sobie przypominam, że sprawiły to głównie trudności materyalne, potrzeba i nadzieja zwiększenia swych dochodów, myśl łatwiejszego zabezpieczenia przyszłego losu dzieci, przytem zniechęcenie z powodu, iż tutaj niejedne oczekiwania go zawiodły, niejedno złudzenie spotkało. Słyszałem późniejszemi czasy od kogoś, który w ostatnich latach jego życia widział się z nim w Warszawie, że słowem i pismem skarżył się gorżko na złośliwość kolegów, na udręczenia i prześladowania, których doznawał w Poznaniu; to przecież, panie Ludwiku, do elegicznéj poezyi, a raczéj do chęci zrzucenia winy z siebie na innych policzyć możesz. Ile mi wiadomo, nikt tutaj nie miał najmniejszego powodu do szkodzenia profesorowi Królikowskiemu; koledzy polscy żyli z nim, jeśli nie w serdecznych, to w dobrych stosunkach, koledzy niemieccy widywali go tylko w szkole i był im zresztą obojętnym, bo swoim polskim językiem w konkurencyę z nimi nie wchodził; może dyrektor Stoc gniewał się ostatniemi laty czasem na jego chorowania i inne niedobory; owi zaś wrogowie, którzy mu tutaj systematycznie życie zatruwali, do mitologii należą.
Przesiedlił się więc do Warszawy, gdzie dlań przyjaciele znaleźli miejsce inspektora szkół elementarnych w Królestwie Polskiem; zdawał się to urząd zaszczytny i ważny, ale koniec był prędki i smutny. Wiedzą bogowie co tam zaszło; czy podziałały skutki powstania, które wybuchło w sześć miesięcy po wyjeździe ztąd Królikowskiego, czy też prywatne jakieś katastrofy, pozostało dla nas zagadką, dość że z początkiem trzydziestego trzeciego roku znalazł się biedak dosłownie bez chleba, na bruku, opuszczony poprzednio od całéj rodziny, która się rozproszyła po cudzych kątach. Pozostał przy nim tylko Jaś, drugi syn jego, ów późniejszy wielki artysta. Kurczyli się obadwaj gdzieś tam na poddaszu, a późniéj w małéj celce, którą im z litości dali Karmelici. Ów znakomity niedawno jeszcze literat, doktor filozofii, profesor, radzca, członek Towarzystwa Przyjaciół Nauk, odpędzał głód codziennie sprzedając resztki pięknego niegdyś księgozbioru, które leżały w kurzu i nieładzie na staréj podartéj sofie. Daremnie szukał zarobku; zdobył się wreszcie na prospekt do nowego pisma peryodycznego, Młynem ochrzconego, lecz ów młyn ani kwaterki mąki zemleć nie mógł, a w całéj téj tragedyi, obok nieporadności, odgrywał od początku do końca główną rolę ów środek nieszczęsny, w którym już niejednego z ludzi znakomicie uzdolnionych trudne przejścia życiowe zmusiły szukać zapomnienia. Tę straszną noc przerwało mu pod koniec jego kilka chwil jasnych; zawdzięczał je jednemu z dawniejszych uczniów poznańskich. W liście do Wojcickiego opisuje August Wilkoński, znany ci autor Ramot i Ramotek, jak niespodzianie spotkał się w ogrodzie Krasińskich ze starym, zgarbionym i obdartym profesorem swoim i jakie to spotkanie zrobiło na nim wrażenie. Wziął go z sobą na wieś do Garbatki, gdzie wtenczas mieszkał, przywrócił mu profesorski pozor, obwoził go po sąsiedztwie. Odżył na czas niejaki dawny człowiek, a Królikowski zachwycał towarzystwa ogładą swoją, wymową i grą na skrzypcach; ale to zbyt długo trwać nie mogło, i gdy wreszcie przyszło wrócić do Warszawy, zagnała go wkrótce potem nędza i choroba do szpitala Sióstr Miłosierdzia, gdzie samotny i opuszczony nawet od rodziny, utrapiony swój żywot biedak zakończył w kwietniu trzydziestego dziewiątego roku.
Wreszcie na św. Michał roku trzydziestego, spełniły się moje gorące życzenia, że mogłem z pysznością przebywać sień i podwórze, spoglądając z góry na żyjątka dolnych regionów i policzyć się do tych, którzy wchodzili na schody pod dzwonek, a potem w prawo na balkon; dostałem się do czwartéj klasy, czyli do Tercyi. Miała ona, prócz pierwszego piętra, swoje przywileje; świadectwo z téj klasy uprawniało do jednorocznéj służby, a ci, którzy chcieli zostać księżmi i byli w odpowiednich latach, wychodzili zwyczajnie tu ztąd do seminaryum duchownego, złożywszy przed komisyą egzamin, do którego, ile pamiętam, przypuszczano także uczniów z Kwarty. Kurs, jak to mówią, był wtenczas jednoroczny, również w Sekundzie; tylko w Prymie, dla świadectwa dojrzałości, siedziało się już dwa lata. Zastałem w Tercyi nie małą kompanię, bo do téj klasy przesadzano tak z polskiéj jako i z niemieckiéj Kwarty. Obiedwie nacye żyły z sobą w dobréj harmonii, zwłaszcza iż Niemców dość wielu wtenczas mówiło po polsku i Ausrottung nie była jeszcze w modzie. Około Bożego Narodzenia spadła jednak liczba uczniów prawie do połowy, bo z Polaków, ci co tak już mieli lat szesnaście lub więcéj, poszli niemal wszyscy do powstania. Wszystkich przedmiotów uczono już tam po niemiecku, z wyjątkiem naturalnie religii i języka polskiego.
Z owych pięciu nauczycieli Niemców, do gimnazyum roku dwudziestego piątego przysłanych, spotkałem się tutaj z trzema, z Martinem, Müllerem, jako też z doktorem Benecke; o dwóch pierwszych mówiłem ci już dawniéj, dodam tylko, że nas Martin trapił po grecku, Müller uczył po niemiecku, a Benecke z Wannowskim dawał łacinę i tłumaczył z nami Kurcyusza de rebus Alexandri. Był to mały, chudy jegomość, ruchawego temperamentu, obdarzony mniejszą jeszcze, chudszą i ruchawszą żonką, jasno-blondynką ze spiczastym noskiem. Jego trochę burschikose Natur, jak mówią Niemcy, nie przeszkadzała wcale ani zdolnościom, ani pracowitości. Biegły łacinnik, obrobił krytycznie kilku autorów: Justyna, Neposa, Rufusa, parę mów Cycerona, a wydania te znalazły uznanie w kołach filologicznych niemieckich, niemniéj jak jego łacińskie Ćwiczenia dla wprawiania w gramatyce klas średnich i wyższych, które przez wiele lat w gimnazyach tutejszych i innych były używane. Niemniéj dobrym okazywał się pedagogiem; można się było od niego dużo nauczyć i pamiętam, że nam lekcye jego przypadły do smaku, bo je umiał wesołemi dykteryjkami nieraz zaprawić, chociaż w ogóle klasę trzymał w porządku. Skończył on potem żywot swój tutaj, mając ledwo lat czterdzieści dziewięć, nacierpiawszy się ciężko i długo na raka wewnętrznego.
Nadzwyczajnych zresztą wydarzeń, prócz owych gminoruchów na rewolucyę listopadową, dla któréj przeszło stu uczniów opuściło gimnazyum, nie przypominam sobie, panie Ludwiku, w cąigu dwuletniego pobytu mego w Tercyi. Znajdowaliśmy się wtenczas, od roku przeszło, pod konsulatem, albo duumwiratem, gdyż rządziło naszem gimnazyum dwóch dyrektorów; jeden był od nauk, drugi od porządku; tym drugim był Stoc, pierwszym zaś Jacob. Jeden i drugi znany ci już z dawniejszych przechadzek naszych. Otóż ów Jacob, jako dyrektor, wcale nam uczniom niższym nie dawał się we znaki, przestawał na swéj nauce w Prymie i Sekundzie, o inne klasy mało się troszczył, przynajmniéj nie pamiętam, iżby był kiedykolwiek do nas zajrzał; ale błogosławiono mu w Tercyi, nie mniéj jak w innych klasach, za rzecz całkiem dla nas nową, którą do gimnazyum wprowadził. Była to tak zwana, teraz we wszystkich szkołach corocznie, ku utrapieniu nauczycieli praktykowana Majówka. Po raz pierwszy wtenczas odbyła się latem trzydziestego roku; nie wiem czy zapisaną jest w analach szkólnych. Powędrowaliśmy do Kobylopola, włóczyliśmy się po polach i laskach, znudziliśmy się przytem dostatecznie, a ponieważ liweranci z miasta nie byli jeszcze takich przypadków zwyczajni, wróciliśmy, jak pamiętam, mocno wygłodzeni. Mimo to, przypadła owa majówka, już dla samego wolnego dnia, nam gimnazyastom bardzo do smaku, szczególnie pewnéj liczbie niemieckich naszych kolegów, którzy, napiwszy się tam gdzieś cienkiego piwa, bo o Bawaryi nikomu się tu jeszcze nie śniło, uważając to za komers, dali sobie, jak pamiętam, wyszyć na czapkach datę tego ważnego wypadku.
Uczony Jacob nie długo nam dyrektorował; na końcu trzydziestego pierwszego przeniósł się do Lubeki, a z początkiem następnego roku przysłano wprost z Berlina nowego dyrektora, Wendta. Że w tak młodym wieku, bo nie miał jeszcze lat trzydziestu, dostał się na tak ważne stosunkowo miejsce, przyczyniła się podobno, jak mówiono w niemieckich kołach, i ta okoliczność, iż był szczęśliwym zięciem jakiegoś radzcy w ministerstwie, co zwykle urzędnikom interesu nie psuje. Ale znalazł się zupełnie na swojem stanowisku; nikt temu nie przeczył i ja to poświadczyć mogę, bo całe dwa lata w sekundzie miałem z nim prawie co dzień do czynienia, nie tylko jako z dyrektorem, lecz i jako z nauczycielem, a późniéj także dość często byłem z nim w stosunkach. Już sama jego zewnętrzność udatna i przyjemna robiła dobre wrażenie. Średniego wzrostu, silnéj budowy ciała, prędki i pewny w ruchach, pod gęstą i jasną czupryną miał twarz wcale ładną, świeżą i rumianą, blado-niebieskie bystre i wesołe oczy, a téj zewnętrzności odpowiadało usposobienie żwawe i stanowcze. Pamiętam, że w klasie nie występował prawie nigdy surowo; nie było do tego powodu, bo wszyscy go słuchali z instynktu, mając poczucie jego energii, a przytem ujęci życzliwą i bezwzględną otwartością, z którą każdemu prawdę mówił. Chociaż Niemiec i to najczystszéj wody, nie okazywał Polakom, przynajmniéj w szkole, niechęci narodowéj; obchodził się z nami zarówno jak z Niemcami i wiem, że w późniejszych latach uczył się po polsku, aby poznać Mickiewicza. Na godzinach jego czytaliśmy różnych autorów łacińskich, Liwiusza, Terencyusza, Wergiliusza, a przypominam sobie, iż nabyliśmy dosyć stosunkowo wprawy w ich rozumieniu, bo Wendt nie chorował, jak większa część teraźniejszych filologów, na owe wieczne zatwardzenia gramatyczne, lecz chodziło mu osobliwie o to, abyśmy pojmowali myśli i ich związek i wprawiali się w prędkie, płynne i tekstem odpowiednie tłómaczenie. Równie dobrze uczył historyi powszechnéj, nie puszczając się na rozumowania i drobiazgi potoczne, lecz kładąc główny przycisk na pewną i dokładną wiadomość ważnych faktów.
Prócz z Wendtem, spotkaliśmy się także w Sekundzie z dwoma nowymi nauczycielami, którzy świeżo przybyli; pierwszy z nich nazywał się Moński. Ów Moński, teolog i pastor, mimo nazwiska swego i polskich niewątpliwie przodków, był naturalnie Niemcem, ale mówił po polsku dość dobrze. Nie wiem, zkąd on tu przyszedł w więcéj niż dojrzałym wieku, lecz mało pamiętam tak gruntownie poważnych ludzi, jak pan Moński. Wysoki i chudy, zawsze od stóp do głów czarno ubrany, przytem czarno zarosły, chodził wolnym, odmierzonym krokiem, trzymał zawsze głowę do góry, nigdy się nie śmiał, a cała jego postać wyrażała surowość i uroczystość. Słyszałem od bliżéj go znających, że to był zacny człowiek i dobrego serca i widać też było prawość charakteru z wszystkiego, co mówił i czynił; ale pozór miał srogiego Katona. W klasie nie schodził nigdy z katedry, najmniejszą drobnostkę gromił grobowym głosem, który stawał się piorunującym w razie cięższéj winy lub przy zakusie jakiegoś oporu, i nie zapomniałem do dziś dnia, jak na Maksa Kolanowskiego, który, nie wiem z jakiego powodu odgrażał mu się apelacyą do dyrektora, srodze zagrzmiał, wołając: „Ten się jeszcze nie urodził, któregobym się uląkł!“ Uczył Moński religii i polskiego w niemieckich oddziałach, dawał także niektóre inne przedmioty, a wtenczas w Sekundzie język francuzki, z którym dostatecznie był obeznanym, chociaż nim biegle nie mówił. Późniéj, pobawiwszy niedługo w gimnazyum fryderykowskiem, dostał posadę dyrektora szkoły krotoszyńskiéj.
Znakomitszą pod względem naukowym od niego osobistością był przysłany z nim razem doktor Loew, który nas przez rok uczył matematyki. Młody jeszcze, miał bowiem lat dwadzieścia sześć, gdy się tutaj pojawił, biegły w swoim przedmiocie, chociaż nam niełatwo szła nauka u niego, bo byliśmy zwyczajni innego rodzaju wykładu i innéj metody, zajmował się matematyką ile dla szkoły musiał, lecz wkrótce wytrwałą pracę prywatną zwrócił na pole przyrody i większą część życia swego spędził z istotami, które mi są wstrętne, t. j. z muchami. Chwytał je nie tylko u nas, tak iż często mógłeś latem spotkać go za miastem, siatką i pudełkiem uzbrojonego, polującego zawzięcie na owe dwuskrzydłe stworzenia, lecz w czasie feryi robił wycieczki w tym celu do rozmaitych krain niemieckich, a nawet nie dał muchom pokoju w innéj części świata, bo czterdziestego pierwszego puścił się do Azyi mniejszéj i tam cały rok ścigał je po polach, lasach i górach. Rozumie się, że na samem chwytaniu nie poprzestał; badał i spisywał ich kształty, kolory, różnice, ich naturę i obyczaje; dzielił je wedle tego na gatunki, podgatunki, familie; unieśmiertelnił je w kilku obszernych pismach, słowem, został jednym z pierwszych dipterologów niemieckich. Zbiór tych namolnych zwierząt, który u niego widziałem, znajdował się wtenczas dopiero w początkach, a już był bardzo znaczny i ciekawy, z wielką zręcznością i pracą ułożony; późniéj powiększył się w ogromnych rozmiarach. Żadne podobno muzeum publiczne równie licznego i doskonale zachowanego kompletu dwuskrzydlaków okazać nie mogło; dla tego też, po jego śmierci, przyniósł niemałą sumę spadkobiercom, od których go częścią dla uniwersytetu berlińskiego, częścią dla smithsońskiéj akademii w Washingtonie zakupiono. Zaraz w początku zapałów swoich przyrodniczych, pragnąc podzielać je z innymi, a widząc naokół siebie zupełną pod tym względem obojętność, założył Loew tu w Poznaniu Towarzystwo Przyjaciół Natury. Ten tak zwany Naturwissenschaftliche Verein, mający poparcie u władz rządowych jako zakład niemiecki, którego przewodniczącym jest każdorazowy naczelny prezes i do którego należy niezbyt wielka liczba profesorów, lekarzy i amatorów, utrzymał się do dziś dnia i święcił już swą piędziesiątą rocznicę. Nadzwyczajnych owoców wprawdzie nie wydał, o ile mi wiadomo, lecz budzi przynajmniéj w pewnych kołach zajęcie dla téj gałęzi nauk i zebrał bardzo znaczny zapas dzieł, który, pomnażając się ciągle, zwraca uwagę członków jego na postęp wiedzy przyrodniczéj. Z Polaków kilku także do tego towarzystwa należało, którego sekretarzem przez wiele lat był, jak słyszałem, profesor Szafarkiewicz.
Jakkolwiek muchy stanowiły główny przedmiot afektów pana Löwa, niezapomniał jednak o ludziach i odegrał także polityczną rolę czterdziestego ósmego roku, podczas tutejszych zamętów; a ponieważ odznaczył się na wiecach niemieckich w Odeum i gdzieindziéj nieszczególną dla nas życzliwością, przeto, uznając w nim gorliwego rzecznika swego, wysłali go tutejsi Niemcy do Frankfurtu, aby tam w przedparlamencie bronił ich sprawy tak srodze i niesłusznie zagrożonéj przez uroszczenia Polaków. Nie pamiętam już, czy i jak się tam odznaczył, lecz pierwsza ta polityczna próba zachęciła go do następnych, bo do właściwego parlamentu dał się potem wybrać przez swych obornickich współziomków, późniéj, a jeszcze krótko przed śmiercią, posłował przez trzy lata w Berlinie. Zawód nauczycielski odbył pomyślnie, gdyż zaraz po podziale gimnazyum dostał jedno z wyższych miejsc we fryderykowskiem gimnazyum, a wkrótce po frankfurtskiéj parlamentarce, dyrektoryat szkoły realnéj międzyrzeckiéj, który lat osiemnaście sprawował. Wreszcie na spokojnéj emeryturze przebył podobno jeszcze lat jedenaście, gdzieś tam między swymi w bradenburskiéj krainie.
Wspomniałem ci tutaj, panie Ludwiku, o tych kilku dawniejszych nauczycielach niemieckich, z powodu że w młodości nie mało z nimi miałem do czynienia, osobiście zaś do pewnéj wdzięczności się dla nich poczuwam, i dla tego także, iż należą do owych dziesięcioletnich dziejów naszego gimnazyum, quorum minima pars fui i z których ci urywki podaję. Gdy na ostatni szczebel gimnazyalny skoczyć miałem, to jest prozaicznie mówiąc, gdy przychodziłem do Prymy, nastąpił w szkólnych sprawach tutejszych bardzo ważny wypadek, podział gimnazyum naszego, którego bezpośrednią przyczyną była różnica narodowości i religii tak uczniów jako i nauczycieli, a który dla obydwóch stron byłby był słuszny i zbawienny, gdyby pod względem języka, narodowość polska była znalazła to samo uwzględnienie, co niemiecka. Rzecz sama odprawiła się bez wielkiego rozgłosu, bez nadzwyczajnych obchodów; piętnastego października trzydziestego czwartego, z początkiem szkólnego roku, po uroczystéj mszy św. w farnym kościele, na któréj ks. arcybiskup Dunin Veni creator zaintonował i po odpowiedniéj przemowie radzcy szkólnego kanonika Busława, wszystko, co było polskie między uczącymi i uczącymi się, pozostało, pod dowództwem dyrektora Michała Stoca, tutaj w tym budynku, któremu przydano nazwę św. Maryi Magdaleny; wszystko zaś, co było niemieckie, powędrowało już przedtem, pod sztandarem dyrektora Wendta, na Strzelecką ulicę do skromnéj i ciasnéj wtenczas kamieniczki, zaszczyconéj nazwiskiem Fryderyka Wilhelma. Z uczniów polskich nie wiem, iżby którykolwiek przeszedł był na tamtę stronę; z niemieckich pozostało z nami w wyższych klasach kilku, spowodowanych głównie niechęcią dla profesora Martina. Z nauczycieli Polaków żadnego nie przesadzono tam; — z Niemców pozostawiono nam tutaj sześciu czy siedmiu, a między nimi, jako głównych, Czwalinę i Gladischa, prócz których, ile pamiętam, był jeszcze jakiś Ottawa, Nepilly, późniejszy dyrektor seminaryum nauczycielskiego, przezwany przez chłopców Niepili i nie jedli, jako też Czarnecki, mały, popędliwy, zadowolony z siebie człowieczek, nie mówiący po polsku, mimo polskiego nazwiska i niewątpliwie pochodzenia. Pod względem języka nic się u nas na lepsze nie zmieniło; przeciwnie, kazano niebawem religii w wyższych klasach uczyć po niemiecku, co księdzu Kidaszewskiemu nie bardzo płynnie szło z ust i serca, a w niższych oddziałach, jak mi się zdaje, wykład polski znacznie okrojono, zwłaszcza że prezes Flottwell i radzca szkólny Jacob byli już wtenczas stanowczymi krzewicielami kultury.
W Prymie mieliśmy starych naszych profesorów, zrosłych poniekąd ze szkołą, Stoca, Wannowskiego, Buchowskiego, Czwalinę, Mottego, Poplińskiego; znasz ich już, panie Ludwiku, prócz dwóch ostatnich, o których pomówić późniéj może nastręczy nam się sposobność; z nowych, prócz Łożyńskiego, dostaliśmy jeszcze Gladischa i Prabuckiego. Owemu Gladischowi przypadła u nas w Prymie nauka języka niemieckiego i propedeutyki filozoficznéj, którą od dawna już teraz z planu lekcyi gimnazyalnych skreślono. O początkach jego nic nie wiem; przypominam sobie tylko, że zrobiło na nas wrażenie, gdyśmy pierwszy raz ujrzeli tę postać wysoką, w granatowym fraku, jasnych spodniach, z niskim a szerokim kapeluszem na głowie, odmierzającą olbrzymiemi krokami podwórze i schody gimnazyalne. Z dużéj jego i bladéj twarzy, z małych i mdławych oczu widać było skłonność do zamysłu i łagodne usposobienie. Wspomniałem ci już, gdyśmy przed dawniejszą Realną szkołą stali, że ksiądz Gładysz liczył go do pokrewieństwa swego, że go bodajnie mianował stryjem; wszakże obadwaj toto coelo odbiegli od siebie; bo profesor, urodzony katolik, w późniejszych latach nauczycielstwa, został protestantem, a jeżeli zmienił późniéj religię, to wiele prędzéj zmienić musiał narodowość, po polsku bowiem nie umiał, o ile mi wiadomo, i polskie litery z nazwiska swego wyrugował. Wszakże, pomijając jego narodowe właściwości, przyznać musieliśmy od pierwszéj lekcyi, którą nam dał, że w szkołach i na uniwersytecie czasu swego nie stracił. Był to człowiek wszechstronnie wykształcony, osobliwie zaś przejęty duchem filozofii niemieckiéj i zapałem dla sztuki; miał przytem dar zajmowania i podnoszenia umysłów dojrzewającéj młodzieży.
Pamiętam jak słuchaliśmy go z natężoną uwagą, gdy nam otwierał całkiem nowe dla nas poglądy na dzieje i zadania ludzkości, dzieła sztuki, literaturę niemiecką, gdy nam wykładał pojęcia i kierunki filozofów greckich, albo gdy czasem rozprawiać zaczął o Chińczykach, ich stanowisku umysłowem, ich języku i piśmie, tak całkiem odrębnych od rozumień i wyobrażeń naszych. Do owych Chińczyków zdawał się mieć szczególną słabość; pokazywał mi raz chińskie druki i gramatyki i uczył się téj trudnéj lingwy, ale jak daleko w jéj znajomości doprowadził, tego nie wiem. Mimo różnolitych wiadomości swoich i ciągłego zajmowania się naukowemi przedmiotami, twórczych, zdaje się, popędów miał nie wiele; oprócz bowiem kilku rozpraw programowych nie słyszałem, iżby był jaką większą pracę drukiem ogłosił. Z dalszych jego dziejów mało co pamiętam, bo opuściwszy gimnazyum, już się z nim późniéj nie spotkałem. Ożenił się z córką profesora Czwaliny i bodajnie czterdziestego drugiego, czy trzeciego roku powołanym został na pierwsze miejsce do Realnéj szkoły w Krotoszynie, któréj dyrektoryat objął, czterdziestego ósmego, po śmierci Mońskiego; sam zaś kilka lat temu przeniósł się do wieczności.
Z początkiem drugiego roku w Prymie ujrzeliśmy nową osobistość, któréj profesor Wannowski u nas wykład Homera odstąpił; był to dr. Jakub Prabucki, młody nauczyciel, występujący po raz pierwszy w swoim zawodzie. Pochodził z Prus, gdzie Prabuty, znaczna wieś gburska w okolicy Starogrodu, były jego gniazdem rodzinnem. W gimnazyum wałeckiem odebrał pierwotne swoje wykształcenie, studya zaś uniwersyteckie odbywał w Wrocławiu. Poświęcając się głównie językom starożytnym, miał tę wielką korzyść, że znalazł tam doskonałych profesorów, szczególnie Passowa i Schneidera, którzy wtenczas do pierwszych gwiazd na widnokręgu filologii niemieckiéj należeli i że, zbliżywszy się do nich, odbierał nieraz rady i wskazówki dla nauki swojéj bardzo przydatne. To też jako filolog posiadał Prabucki gruntowne i obszerne wiadomości, co okazuje jego dysertacya o Prometeuszu i co mogliśmy zaraz z pierwszych jego lekcyi zmiarkować. Wykładał nam tak uczenie i szczegółowo, zapuszczając się w najmniejsze drobiazgi filologiczne, że ledwo po kilka wierszy Iliady na godzinę przechodziliśmy, zatrzymując, szczerze powiedziawszy, w głowie bardzo mało z wszystkiego, cośmy słyszeli. Byliśmy z nim zresztą w najlepszéj zgodzie; wysoka jego i kształtna figura, twarz przyjemna, oczy wyraziste pod gęstemi, łukowato zgiętemi brwiami, częsty, życzliwy uśmiech czyniły na nas i na każdym dobre wrażenie; przytem w klasie obchodził się z nami po przyjacielsku, a nawet dwa czy trzy razy zaprosił nas do siebie na wieczorne pogadanki, których rozmaitą mądrość osłodziły nam wielkie półmiski świeżych bułek ze szynką i dość mocno przyprawiona herbatka. Pod względem narodowym nie można było mieć żadnych wątpliwości, bo chociaż trudno mu czasem przyszło znaleść odpowiednie myśli wyrażenie polskie i widać było, że w Prusach swoich i na uniwersytecie przywykł był do niemczyzny, mówił jednak w ogóle biegle i czysto po naszemu, patryotycznych uczuć swoich nie taił, a zaufanie jenerała Chłapowskiego, który mu najstarszego syna swego, a późniéj dwóch młodszych oddał pod opiekę, było rękojmią jego polskości. Zdaje się, że idąc do Wrocławia niemiał jeszcze stanowczych zamiarów co do przyszłego zawodu; filologia i teologia ciągnęły go z równą mocą ku sobie, dla tego też, pracując w obydwóch kierunkach, odbył zupełny kurs teologiczny. Jednakże późniéj ponęty świeckie dały uczuć swą siłę młodemu sercu i powiadano mi, że jeszcze na uniwersytecie zaręczył się z jakąś panienką, o któréj nic bliższego niewiem. Przywiązanie jego musiało być szczere i silne, albowiem, gdy mu narzeczona niespodzianie umarła tego samego roku, kiedy do nas przybył, postanowił Prabucki, szukając pociechy w swem religijnem uczuciu, zostać księdzem, szkoły jednakże nieopuścić, i zamiar ten niebawem wykonał. Niebyłem już w Poznaniu, gdy się to stało, wiem jednak, że władza duchowna ułatwiła mu przejście, uwzględniając jego poprzednie studya uniwersyteckie; po odbytym egzaminie teoretycznym i krótkiéj nauce w seminaryum praktycznem, wrócił jako ksiądz wyświęcony na miejsce swoje do gimnazyum, gdzie, niezadługo potem został pierwszym prefektem alumnatu założonego dla uczniów chcących się poświęcić stanowi duchownemu i podjął się wykładu religii w wyższych klasach. Od stanu nauczycielskiego nie zdołał go odstręczyć ów bardzo dlań przykry wypadek, który go zaskoczył z początkiem trzeciego roku urzędowania. Wspomniałem ci już poprzednio o téj secesyi wszystkich prymanerów na jego lekcyi. Właściwego powodu do niéj przypomnieć sobie niemogę, zwłaszcza iż wtedy w Poznaniu nie byłem i wątpię czy znajdzie się jeszcze między żyjącymi bezpośredni jéj świadek: zdaje mi się jednak, że Prabucki jednemu z uczniów kazał wynieść się z klasy, poczem natychmiast wybuch nastąpił. Wszystkie chłopaki wrzaskliwie na niego „precz, precz“ wołać zaczęli, a gdy uśmiechając się stał niewzruszony na katedrze, wyszli hurmem z klasy i ze skargą pobiegli do dyrektora Stoca. Skończyła się sprawa relegacyą dla dwóch a consilium dla reszty. Pamiętam, że, usłyszawszy niebawem o tem zajściu, zrozumieć go wtenczas nie mogłem, bo, jak ci mówiłem, przez cały pierwszy rok jego praktyki gimnazyalnéj, zachodziło między nami prymanerami a Prabuckim całkiem dobre porozumienie w szkole i poza szkołą. Winę złego przypisać należy przedewszystkiem lekkomyślności i zuchwalstwu uczniów, lecz prawdopodobnie niebył i Prabucki bez grzechu, co z jego postępowania późniejszego wnosić było można. Jakkolwiek bardzo wiele wrzawy narobił swego czasu ów prymanerski rokosz, niezachwiał nietylko w Prabuckim przekonania, którego i przed innymi nieukrywał, że się nauczycielem urodził, lecz niezaszkodził mu nawet w opinii kół rządowych; albowiem, gdy dyrektora Stoca w czterdziestym drugim roku emerytowano, miejsce jego powierzono księdzu doktorowi, mimo rewerendy i narodowości, mimo bolesnego sykania niektórych urzędników. Gdyby teraz zaszło coś podobnego, zdrętwiałyby ze zgrozy wszelkie Ausrottery, w przekonaniu, iż Antychryst już na widnokręgu. Prawda, rozmaite się wtenczas na to, nadzwyczajne i dziwne złożyły okoliczności; nowy król na tronie, pamiętne do niego przemówienie Edwarda Raczyńskiego, owa wielka przewaga liczebna i moralna, którą wtenczas jeszcze mieliśmy, uczciwsze wiatry polityczne, które, po ustąpieniu Flottwella, w prowincyi naszéj zawiały, przytem zabiegi jenerała Chłapowskiego wpływającego przez Radziwiłłów na decydujące osobistości w Berlinie.
Dyrektor Prabucki, objąwszy dyrektorat w początku sierpnia, zamieszkał tu w gimnazyum, panie Ludwiku, w pokojach pierwszego piętra, których okna na Jezuicką ulicę wychodzą. Miał tam obok siebie pensyonat, w którym pomieścił także na koszt własny kilku chłopców odznaczających się pilnością, aby ich zawczasu przysposobić do stanu duchownego i nauczycielskiego, a między nimi przypominam sobie obydwóch Prusinowskich i późniejszego księdza Tomasza Nowakowskiego. Tych i kilku innych wspierał późniéj jeszcze, gdy, skończywszy szkoły, poszli na uniwersytet; serce bowiem miał nader dostępne, nawet miękie, a do bardzo skromnych potrzeb przyzwyczajony, zbytkując czasem może tylko na książki, przez całe swoje życie, ile mógł, dobrze czynił, co miał, rozdawał i skutkiem tego częstokroć bywał wyzyskiwany.
Jako dyrektor nie odznaczył się wybitnie; w kolegium nauczycielskiem miał, z małym wyjątkiem, samych Polaków, co mu stanowisko jego znacznie ułatwiało; obchodził się wprawdzie z kolegami swymi przyzwoicie i grzecznie, nie wszczynał trudności i zatargów, lecz poza obrębem urzędowym, trzymając się nieco zdaleka, dawał im uczuć chęć zachowania pewnéj odrębności; to też stosunek ten, chociaż nie zły, był w ogóle formalnym i zimnym. Co się uczniów tyczy, nie mogę powiedzieć, iżby się był cieszył ich sympatyą; przeciwnie, od owego pierwszego buntowniczego objawu pozostało i nadal coś takiego u szkólnéj młodzieży, osobliwie klas wyższych, co psuło zaufanie do dyrektora i trzymało ją w pewnym stanie naprężenia i niedowierzania, który ją skłonną czynił do krytyki i oporu. Przyszło nawet, zdaje mi się, czterdziestego piątego roku do powtórnego wybuchu w prymie, czy w sekundzie, który się skończył nadzwyczajną egzekucyą i napsuł krwi nie mało w szkole i poza szkołą.
Jaka właściwie była przyczyna takiego nieprawidłowego stosunku, trudno powiedzieć, panie Ludwiku. Prabucki zdawał się spokojnego i czułego usposobienia; łagodny w obejściu ze wszystkimi, uczniów nie wyłączając, chęci miał jak najlepsze, o tem wątpić nie można, ale bogowie nie stworzyli go pedagogiem, chociaż przeciwnego był przekonania; tego co zowią taktem niedostawało mu częstokroć tak wobec uczniów jak i w pożyciu z innymi; łatwo dostrzedz było można, że mu nieraz zbywa na jasności w pojmowaniu rzeczy i w wyrażaniu myśli, na bystrości w poznawaniu ludzi; wiem to od osób, które w bliższych z nim zostawały stosunkach. Przypominam sobie zresztą, iż na lekcyach nierozumieliśmy go częstokroć, chociaż silił się, aby go zrozumiano, w przemowach swoich i kazaniach bywał również zawiłym i z trudnością mu przychodziło opanować przedmiot, przedstawić go wyraźnie i dać słuchaczom jasne wyobrażenie o tem co chciał powiedzieć. Z takim niedostatkiem przenikliwości łączył także niezręczność w stósowaniu się do okoliczności i, jak mi się zdawało, cichy upór w chęciach i postanowieniach; dla tego wszystkiego, mimo wszelkich dobrych przymiotów swoich i pewnéj słodyczy w rozmowie, nie należał do osób, które od razu wzbudzają zaufanie i pociągają ku sobie. Dodać jeszcze muszę, panie Ludwiku, że w kołach demokratyczno - wolnomyślnych, wywierających wtenczas wielki wpływ, przyczepiano Prabuckiemu przydomek Jezuity biorąc mu pewnie, lecz najniewłaściwiéj, za złe gorliwość, z którą występował w kierunku religijnym i przytrzymywał młodzież do wypełniania obowiązków kościelnych. Przydomek ten szkodził mu w opinii ludzi niedowarzonych, którzy bezmyślnie powtarzają co słyszą lub chcą sobie nadać pozór tężyzny.
W ogóle jednak podczas jego dyrektoratu, prócz wzmiankowanéj awantury, któréj przyczyn i przebiegu nie pamiętam, i kilku pomniejszych wykroczeń, jakie między uczniami są wszędzie, nie zaszło nic nadzwyczajnego; postępy naukowe rozwijały się należycie, bo znaczna liczba nauczycieli była w młodym jeszcze wieku i odznaczała się gorliwością, a całe ich kolegium, po większéj części polskie, żyło między sobą i z uczniami w jak najlepszem porozumieniu.
Utrudniła stanowisko dyrektorskie księdzu Prabuckiemu zmiana radzcy szkólnego, gdy miejsce kanonika Busława, z którym dla niego zgoda była łatwą, zajął powołany ze Szlązka dr. Brettner. Jako Niemiec i z całkiem obcych stron przybyły, miał on naturalnie wyobrażenia i cele nie zawsze naszym odpowiednie, jednakże, ile mi wiadomo, nie zaszło w stosunku ich wzajemnym, dość dyplomatycznym, nic nadzwyczajnego aż do chwili, gdy wypadki czterdziestego szóstego roku sprawiły w gimnazyum przewrot niespodziany, który także upadek księdza dyrektora za sobą pociągnął. Wspomniałem ci o tem już kilka razy, powtarzać więc szczegółów nie będę. Że Prabucki we wszystkiem niewinną był owieczką, nikt nie wątpił; ani o nocnéj awanturze kilkunastu chłopców, ani o postanowieniu owych czterech nauczycieli najlżejszego nie mógł mieć przeczucia, mimo to stał się, że tak powiem, upragnionym kozłem ofiarnym; usunięto go zupełnie z gimnazyum, zostawiając mu pensyę na doczekaniu. Uczniów rozpuszczono zaraz szóstego marca do domów, szkołę rozwiązano i dopiero czwartego maja otworzono ją znowu, niby na nowych podstawach, z początku pod tymczasowym, a wkrótce pod stałym zarządem radzcy Brettnera. Upatrywano w Prabuckim rzekomo przyczynę złego ducha, który, jak twierdzono, pod zarządem jego zapanował w szkole, i to najniesłuszniéj, bo pod względem politycznym niczego się zdrożnego ani mową, ani uczynkiem, jako dyrektor i nauczyciel, nie dopuścił; korzystano po prostu z pozoru, aby się pozbyć Polaka i księdza, który na tem stanowisku zdawał się być osobistością niedogodną. Z początku łudził się Prabucki przekonaniem, że go przywrócą, gdy się niewinność jego okaże, lub przy innéj szkole miejsce mu dadzą; nie przyszło do tego, pensyę tylko zostawiono mu jako emerytowi aż do końca.
Przesiedział potem Prabucki, nie wiem już ile lat, w Poznaniu, na Wielkich Garbarach, a późniéj przy kościele Bożego Ciała, żyjąc dość samotnie, bo blizkich przyjaciół nie miał nawet między duchownymi i po za dom rzadko wychodził; zajmował się wytrwale naukową pracą, poświęcając znaczną część swego czasu tłómaczeniu Pisma Świętego, w którem, szczególnie co do ksiąg Starego Testamentu, starał się uwzględnić nowsze badania językowo-historyczne. Ważne to przedsięwzięcie wykonane, jak mi powiadano, z sumienną i filologiczną ścisłością, ukończył zupełnie, wydać jednak nie zdążył czy też nie miał do tego środków wystarczających, a rękopis jego niewiedzieć gdzie się teraz znajduje. Ostatniemi laty jego pobytu w Poznaniu zaszły, ile pamiętam, między nim a niektórymi konfratrami, nawet i zwierzchnością duchowną, jakieś nieporozumienia, które się nie przyczyniły do osłodzenia mu już i tak niewesołego żywota; opuścił zatem bez żalu nasze strony, gdzie nie mało doznał przykrości, gdy do rodzinnego kraju wezwanym został, aby w Pelplinie objąć zarząd tak zwanego seminarium puerorum. Nieznany nam tutaj w szczegółach przebieg ostatnich jego dziejów, słyszałem tylko, że i tam, na nowem stanowisku swojem, nie wytrwał długo; nie mając, jak to mówią, szczęścia do ludzi, nie wiem, czy z winy okoliczności, czy z winy osobistego usposobienia, usunąć się znów musiał po kilku latach od obowiązków urzędowych i żywot swój zakończył około siedemdziesiątego roku na ustroniu w Pucku czy też w Kartuzach.
A teraz, panie Ludwiku, masz zapewne dość już szkoły i pedagogów. Ponieważ Prabucki był ostatnim z nauczycieli, których jako discipulus zaznałem, mogę więc na nim i tak nieco długą gimnazyalną pogadankę zakończyć, tem słuszniéj, że z czasów moich szkólnych nic mi już ważniejszego do głowy nie przychodzi, coby cię zająć mogło. Pożegnamy się zatem ze starem gimnazyum i pójdziem daléj, bo jeszcze niejedna ulica i uliczka wzywa nas do odwiedzin. Wszakże wszystko miarę swoją mieć powinno; ta czwarta przechadzka nasza, chociaż miejsca przebiegliśmy nie wiele, już i tak dość długo trwała; czas nam obydwom wypocząć i dalszą, zapewne ostatnią, wędrówkę odłożyć na późniéj, jeśli nam ją losy odbyć dozwolą.

Koniec czwartéj części.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Marceli Motty.