Na dnie życia/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Waleria Marrené
Tytuł Na dnie życia
Podtytuł Zbiór nowell i obrazków
Wydawca J. Czaiński
Data wydania 1887
Druk J. Czaiński
Miejsce wyd. Gródek
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


Walerya Marrené.

NA DNIE ŻYCIA.

ZBIÓR NOWELL I OBRAZKÓW.

GRÓDEK.
Nakładem i drukiem J. Czaińskiego.
1887.






CZARNA MARYŚ.
OBRAZEK.


Ojca nie znała nigdy, a matka umarła gdzieś w szpitalu czy w więzieniu, kiedy ona była niewielką dziewczynką.
Ile miała lat, gdy to się stało, nie wiedziała ani ona, ani sąsiedzi, którzy mieszkali w jednym domu i w jednej suterenie na Solcu.
Zkądże ona mogła znać swoje lata, albo wiedzieć ile zim przemarzła w wilgotnej suterenie, z powybijanemi szybami, zamieszkałej przez kilka rodzin, których członkowie częściej się bili niżeli zachowywali spokojnie, albo ile wiosen przelatała bosa i odarta, chroniona tylko od promieni słonecznych lasem czarnych włosów, które zwichrzone i niekarne, spadały jej aż na ramiona, rzadko kiedy zaplecione.
Matka nigdy nie mówiła jej o latach, zresztą w ogóle mówiła z nią bardzo mało; czasem pracowała przy jakiej fabryce, lub też najmowała się do różnych robót, częściej piła, a wówczas była zła, kłóciła się z sąsiadami i biła kogo mogła.
W takich razach Maryś schodziła jej z oczów, kryła się w kącie, pod łóżko lub uciekała z izby i wolała w ostateczności nawet stać na słocie lub mrozie niż pokazać się matce, bo pamiętała dobrze jak ciężką była jej ręka.
Przywykła też od maleńkości radzić sobie sama, bo matki tygodniami całemi w domu nie bywało.
Rada to była nieosobliwa. Czasem posłużyła bogatszej sąsiadce, pokołysała dziecko i dostała za to trochę gorącej strawy, czasem kto dał jej z miłosierdzia skrawek chleba, a czasem, gdy nikt na nią nie zważał, pochwyciła jaki kąsek.
Strzegła się jednak czynić tego u sąsiadek, bo była sprytna nad wiek swój, a że miała szybkie nogi i biegała jak sarna z jednego końca miasta na drugi, nikt ją nigdy na kradzieży nie złapał; zanim sklepikarka obejrzała się, że jej brakuje bułki, jajka, serdelka, ona już była daleko.
Jak chwast rosła bujnie i dziko; nikt ją niczego nie uczył, nawet pacierza. Matka daleko częściej klęła niż modliła się, a w świecie, wśród którego obracała się czarna Maryś, o szkole nikt nie miał wyobrażenia.
Zwiano ją czarną, bo pomiędzy dziećmi bawiącemi się na ulicy i dziedzińcu, Marysiów było pełno, a ona oprócz czarnych włosów, miała oczy wielkie, świecące jak węgle i płeć ciemną, prawie oliwkową, więc ten wyraz czarna zastępował nazwisko, które prawdopodobnie Maryś posiadała tak jak każdy człowiek, tylko, że nazwiska tego nie znała, bo kto go jej miał powiedzieć? Matkę jej wszyscy nazywali Wawrzyńcową, a Maryś nigdy nie przyszło do głowy, by nosiła ona jeszcze jakie inne imię, lub że ona sama mogła zwać się inaczej niż czarną Marysią.
Chociaż wychowana na bruku wielkiego miasta, Maryś miała pewne podobieństwo do dzikich, a to szczególniej w wyobrażeniach i pojęciach moralnych. I tak w jej przekonaniu dobrem było ukraść jaki smaczny kąsek w tak zręczny sposób, by się tego nikt nie domyślił, a złem — nie dość prędko uciec przed pijaną matką, by nie być przez nią obitą. Innego rodzaju złego lub dobrego nie pojmowała.
Widziała wprawdzie nieraz, że ludzie żegnali się lub modlili, szczególniej w czasie burzy, kiedy błyskawica rozdarła obłoki lub huk grzmotu wstrząsał potłuczonemi zwykle szybami okna w suterenie, a że miała ten spryt dziecięcy, zasadzający się głównie na naśladownictwie, żegnała się i ona także i wołała «Jezus, Maryja!» ale czyniła to bez żadnej myśli, tylko dla tego, że widziała tak innych czyniących.
W kościołach bywała także, była to nawet jej ulubiona rozrywka. Nikt nie wytłómaczył jej nigdy znaczenia kościoła, ale widziała, że ludzie się tam tłoczą w niedzielę, że każdemu wejść wolno, a że była ciekawą jak nieodrodna córka Ewy, szła za innemi. Widziała też raz jak Józiek, towarzysz jej rozmaitych bied i rozrywek, wyciągnął wśród ścisku jakiejś pani chustkę od nosa i pudełko z cukierkami, które miała w kieszeni. A że był dobrym chłopakiem, poczęstował ją niemi; pamiętała to doskonale, bo nigdy w życiu nic tak smacznego nie jadła.
Trzeba przyznać, że był to jeden z powodów, dla których do kościoła chodzić lubiła, ale nie powód jedyny. W kościele podobało jej się wszystko; patrzyła w niemym zachwycie na wysokie sklepienia, na wspaniałe złocone ołtarze, na posągi, obrazy, które może nie zadowalniały w zupełności krytycznego zmysłu znawców, dla niej przecież przedstawiały to wszystko co najpiękniejszego widziała na świecie. Półcień panujący w świątyni, blask dnia łamiący się w kolorowych oknach, zmięszany z żółto-czerwonawem światłem gromnic, wszystko to wprawiało ją w zachwyt; głos organów, dźwięk poważnej muzyki budziły w niej marzenia jakieś niepojęte, a kiedy do tych czynników domięszały się wonie kadzidła, kiedy w wielkie uroczystości kościół wrzał dźwiękiem, światłem i wonią, wpadała w jakieś upojenie, oczy jej mgliły się rozkoszą lub zapalały się iskrami, na twarz występowały płomienie i wówczas zapominała po co tu przyszła, zapominała o kieszeniach, które tak łatwo splądrować było wśród ścisku, zapominała o głodzie, chłodzie, biedzie i troskach bytu które ciążyły na niej przedwcześnie, zapominała o świecie całym. W sercu jej było gorąco, w głowie jasno. Wychodziła z kościoła jedna z ostatnich, powoli, niby sama, a jednak gdyby wówczas ktoś kazał jej wykonać rzecz najtrudniejszą, nie zawahałaby się z pewnością, wszystko zdawało jej się łatwem, wszystko możebnem, patrzyła na ptaki lecące w powietrzu i byłaby chciała jak one rozpuścić skrzydła i prawie dziwno jej było, że ich nie posiadała.
Katastrofa, jaka spotkała jej matkę i uczyniła ją zupełną sierotą, nie zmieniła wcale jej doli, to też przyjęła ją filozoficznie. Gdy ją kto spytał co się z matką stało, odpowiadała ściągając wątłe ramiona: — Ha! kto tam wie.
Trzeba też przyznać, że ani moralnie ani materyalnie nie poniosła z tego powodu szkody żadnej; moralnie, gdyż matka nie dała jej najelementarniejszego wychowania, w kształcie jakichbądź zasad lub pojęć; materyalnie, bo opieka macierzyńska przedstawiała jej się jedynie w postaci łajań, szturchańców i razów.
Co do potrzeb, Maryś przywykła była od dawna radzić sobie sama i tak też czyniła dalej.
Była ona nad wiek swój, a może tylko nad wzrost rozwiniętą.
Dzieci wychowane w nędzy zazwyczaj nie pokazują lat swoich. Kiedy Maryś zręczna jak kotka, cicha jak mysz, chuda o suchych ramionach i nogach jak patyki, biegała po deskach i czółnach na powiślu wygrzewając się na wiosennem słońcu lub kryjąc od skwaru pod szopą stojącą na piasku wybrzeża, trudno jej było dać więcej nad lat osiem lub dziewięć; kiedy znów na jesieni zbiedzona, głodna, zziębnięta rozmyślała nad trudnym problematem zdobycia jakiego cieplejszego łachmana, nad noclegami stanowiącymi równie trudny, a codzienny problemat, można było sądzić, iż stara twarz troskami zorana osiadła na dziecięcym tułowiu. A kiedy rozmarzona, upojona woniami i muzyką wychodziła z kościoła — wszechwładna czarodziejka — młodość promieniała jej z oczu, biła z oblicza i wyglądała ona wówczas na rozkwitającą dziewczynę.
Tak dnia jednego w piękną majową niedzielę wychodziła z katedralnego kościoła.
Jakkolwiek była to niedziela, Maryś bynajmniej nie troszczyła się o swoją tualetę. Była to jedyna korzyść nędzy. Wiedziała wprawdzie, że w dzień ten inni ludzie zwykli kłaść lepsze suknie, gotować lepszy obiad, że czesali się, myli i do porządku przyprowadzali mieszkanie.
Ale z temi innemi ona nie miała wspólności żadnej; te wszystkie zbytki tyczyły się tych, którzy mieli suknie na zmianę i mieszkanie i obiad. Ona zaś sypiała gdzie mogła, na progu, w kącie, pod szopą; jadła co się dało; łachmany, jakie na sobie nosiła, stanowiły całą jej własność i ochraniały ją od zimna, słoty i skwaru, dopóki same z niej nie spadły. W zimie zwykle jaka miłosierna dusza opatrzyła ją trzewikami, te najczęściej były dla niej zbyt duże. Nie skarżyła się jednak na to, bo wówczas było jej cieplej i obwijała nogi szmatami, żeby z trzewików nie wypadły. W lecie odrzucała ten niewygodny zbytek i biegała boso zarówno w święta jak w dnie powszednie, które z powodu, iż nie miała żadnej roboty, wcale się dla niej od świąt nie różniły.
Nie przychodziło jej więc na myśl równać się z temi innemi staranniejszą tualetą. A potem, na coby się to zdało, czy myła się czy nie, była zawsze równie czarną; nogi jej i ręce spalone, nie traciły bronzowego koloru pod wpływem wody, a włosy takie były kręte i niekarne, iż byłoby zupełnie próżnym mozołem chcieć przyprowadzić je do jakiego porządku; przylegały do głowy wówczas jedynie, kiedy były zupełnie mokre, zaledwie wyschły, wracały do zwykłych nałogów.
Gdyby Maryś mogła była dbać o swoją powierzchowność, te włosy przyprowadzałyby ją do rozpaczy, bo nieraz, kiedy widziała dziewczęta o gładko zaczesanych warkoczach, przyglądała im się z zachwytem; w jej oczach włosy przylizane jak atłas, stanowiły ideał niedościgły i zdziwiłaby się niezmiernie, gdyby jej kto powiedział, że jej mała kształtna główka, obwieszona ciężkiemi niesfornemi puklami, mogłaby zachwycić rzeźbiarza, bo to nadawało jej charakter, czyniło ją podobną do pierwowzorów Murilla. Ma się rozumieć, że o podobnych rzeczach nie mogła mieć ona wcale wyobrażenia; świat sztuki, jak wiele innych bliższych i łatwiejszych do zrozumienia, stanowił dla niej zamkniętą księgę, której istności nie domyślała się nawet.
W kościele widziała wprawdzie posągi, obrazy, rzeźby i pomniki, ale nigdy nie pomyślała, kto to zrobił. Nie odróżniała dobrze dzieł ludzkich od dzieł natury, jedne zdawały jej się równie niezrozumiałe jak drugie. Nie przychodziło jej do głowy zastanawiać się nad niemi, miała daleko pilniejsze sprawy; ona musiała ciągle nieustannie biegać jak pies za strawą.
Majowa niedziela piękną była, pogodną i ciepłą, ale ciężką do przebycia dla biednych.
Na przednowku chleb drożeje, a zarobku nie przybywa, ludzie zaledwie sami wyżywić się mogą, nie zbywa ani skrawka chleba w rodzinie, ani kartofli, bo te są prawie tak drogie jak pomarańcze i Maryś wiedziała z doświadczenia, iż o tej porze mniej liczyć można na litość dobrych ludzi, którzy chętnie nakarmiliby ją, gdyby mieli z czego. Mogła wprawdzie pójść do bogatych i żebrać, ale była w tej nędznej istocie jakaś hardość niepojęta. Prośba nie chciała przejść jej przez usta. To też gdy jej towarzysze doli wyciągali ręce do przechodniów i płaczliwym głosem wołali, że od trzech dni nic nie jedli, ona milczała. Nie gardziła groszem, gdy jej wpadł w rękę, tylko nie miała natury żebraczej; było dla niej daleko łatwiej ukraść niż prosić.
A przytem uprawiała, stosownie do pory, rozmaite rzemiosła, które przy potrzebach zredukowanych do minimum, pomagały jej do życia. Rano zwykle kręciła się na którym targu, bo często obładowana gosposia lub kucharka kazała jej nieść coś za sobą; w czasie letnim sprzedawała kwiaty, albo też na wybrzeżu wiślanem, u przewozu, wołała przewoźników bawiących w szynku, skoro nadchodzili jacy państwo. Czasem ją kto posłał z listem; taniej od posłańca, za dziesiątkę, biegła chętnie na drugi koniec miasta, a sprawiła się tak samo jak kto inny i stokroć prędzej wróciła.
W niedzielę zaś zwykle pilnowała dziecka jakiej rzemieślniczki. I teraz wyszedłszy z kościoła z próżnemi rękami, kierowała się na Podwal; była tam bowiem młoda żona czeladnika szewskiego, która dawała jej w takie pogodne niedziele talerz krupniku lub parę kartofli i kazała kołysać małą córeczkę przez czas, kiedy ona sama szła z mężem na spacer.
Możeby ją kto był wziął na służbę, ale Maryś przywykła była do włóczęgi, do wygrzewania się na słońcu, do robienia tego co jej się podoba.
A przytem wiedziała dobrze, iż na takie małe sługi jak ona, zwala się zwykle najcięższa robota, miałaby głód i zimno jak dotąd, a szturchańce i razy w dodatku. Zsumowawszy więc w swojej główce korzyści i ujemne strony zmiany położenia, wolała pozostać tak jak była.
Szła raźno na Podwal krętemi ulicami Starego Miasta, bo głód jej dokuczał, potrącana przez fale niedzielnego tłumu, kiedy usłyszała nagle głos jakiś wołający:
— Maryś! Maryś!
Obejrzała się szybko i ujrzała jakąś postać skuloną, wtłoczoną w róg kamienicy. Był to ten sam chłopak, co kiedyś poczęstował ją cukierkami.
— Józiek! zawołała zdziwiona jego skrzywioną twarzą i nieruchomością.
— A no ja! — odparł chłopak.
— A co ty tu robisz?
— Co mam robić, kiej mnie noga rwie co stąpić nie mogę.
Marys pochyliła się nad nim i zobaczyła, że miał nogę spuchniętą i skrwawioną, obwiniętą brudną szmatą.
— Skaleczyłeś się! — zawołała głosem, w którym dźwięczała troskliwość i jakaś miękkość dziwna.
Józiek opowiadać jej zaczął, że parę dni temu nastąpił na ostre szkło, które mu ciało przecięło, nie zważał na to zrazu, tymczasem dziś... dziś nie mógł już chodzić wcale.
Maryś słuchała go w milczeniu nie zdejmując z twarzy Józka swoich wielkich oczów.
Rozumiała dobrze doniosłość przygody dla biedaka; rozumiała, że ten przypadek komplikował się dla niego z niemożnością dostania pożywienia, o które prośbą, posługą lub kradzieżą starał się tak samo jak ona. Mógł wprawdzie wraz z dziadami zasiąść u drzwi kościelnych, ale Maryś wiedziała dobrze, że był to przywilej nie dla każdego dostępny, że dziady energicznie wypędzały z pomiędzy siebie intruza, a do drzwi kościelnych trzeba było wkupić się, wtłoczyć gwałtem lub posiąść miejsce prawem dziedzictwa. A gdzie tu było o tem myśleć takiemu wątłemu, okaleczonemu dziecku.
— Ty pewno głodny! — zawołała po chwili.
Józiek błysnął na nią oczami. Był przebiegły, zobaczył w jej spojrzeniu coś... coś.... co mu wskazywało, że wyzyskać ją można. Może głodnym nie był w tej chwili, bo dokuczała mu gorączka, zresztą należał do rodzaju przezornych i zawsze miał jaki kąsek lub grosz na czarną godzinę. Przecież nie wydał się z tem przed Marysią.
— Ty głodny! — powtórzyła z namysłem i smutkiem dziwnym, niemal z drżeniem w głosie, bo nie wiedzieć czemu w tej chwili głód jego był dotkliwszy dla niej, niż własny.
— Oj, głodny, głodny! — zajęczał Józiek.
Nie odpowiedziała nic, schyliła głowę, zdawała się namyślać głęboko.
Tymczasem przechodnie potrącali chłopca, który raz wraz syknął z bólu lub kurczył z przestrachem rozbolałą nogę.
— Żebyś ty mógł pójść ze mną — szepnęła — choćby o jednej nodze, zaprowadziłabym cię...
— Gdzie? zawołał ciekawie.
— Do mnie — odparła z pewną dumą.
Józiek otworzył na nią szeroko oczy.
— O wa! jaka mi pani! szepnął.
Marysia od pewnego czasu miała kąt i ten z dumą zwała swojem mieszkaniem; z mieszkania tego wprawdzie mógł ją każdej chwili wyrugować kaprys stróża, który wspaniałomyślnie pozwolił jej nocować w budzie znajdującej się pod jego władzą; ale cóż trwałego na świecie. Maryś znając z doświadczenia znikomość rzeczy, a nadewszystko bezinteresownej wspaniałości ludzkiej, jak mędrzec używała obecnej chwili nie frasując się próżno przyszłością.
Mieszkanie Marysi nie znajdowało się wcale w byle jakim zaułku, ale w samym środku miasta pomiędzy Krakowskiem przedmieściem a Nowo-Senatorską ulicą, w gmachu zwanym starą pocztą, z którego wyprowadziły się właśnie biura i urzędnicy i z tego powodu panowało krótkie bezkrólewie.
Gmach stary wyglądał smutno i opuszczenie; czarne sienie stały otworem, jakby prowadziły do tajemniczych wnętrzy, szereg gwarnych dziedzińców był pusty. Pełno pokoi brudnych i porujnowanych, nie miało lokatorów.
Na dziedzińcu od Nowo-Senatorskiej ulicy, nieruchomy zegar o stłuczonem szkle i wyszczerbionym cyferblacie zdawał się wskazywać fantastyczną godzinę ruiny i zniszczenia. W około pełno było kątów, komórek, składzików, klatek i bud przystawionych na rozmaite użytki dawnych lokatorów. Jedną z nich, w której wylegiwał się niegdyś pies faworyt pana naczelnika, objęła w posiadanie Maryś, gdyż buda ta jako bez drzwi, nie nadawała się do żadnego innego użytku. Dla dorosłego człowieka była ona zbyt nizką, ale Maryś mogła się w niej wyprostować wybornie.
Gdy się ztąd wyprowadzali urzędnicy, pełno było porozrzucanej słomy i siana, Maryś skorzystała z tego i usłała sobie miękkie posłanie. Nigdy w życiu nie była w takich wygodach. Teraz zapragnęła podzielić się niemi z Józkiem i z wielkim trudem wspierając go wątłemi siłami, stękającego i klnącego, doprowadziła wreszcie do swego mieszkania. Józiek zmordowany rzucił się na siano, a Maryś wsparta o ścianę spoglądała na niego z wyrazem troskliwości, zupełnie dla niej nowego. Czuła się naraz dumną z gościnności, jakiej mu udzielić mogła i obowiązaną więcej uczynić.
Stała w otworze służącym za wejście, pod złotemi pocałunkami słońca, ale na twarzy jej były teraz bruzdy troski ciężkiej; pamiętała, że Józiek był głodny, a ona nie miała dla niego nic, nic wcale.
On tymczasem wyciągał się na wszystkie strony z widocznem zadowoleniem, spoglądając na nią z pod oka. Czekał aż sięgnie do jakiej skrytki i poda mu jaki kąsek. Widząc, że tego nie czyni, odezwał się żałośnie:
— Maryś!
Drgnęła całem ciałem, ale nic nie odpowiedziała.
— Nie masz tam czego?
— Ja?
Było w dźwięku jej głosu i oburzenie na samą siebie i zdziwienie, iż on nie pojmował, że skoro nie daje mu jeść, musi nic nie mieć i pokora spowodowana tą niemożnością.
Józiek snadź w lot pochwycił te wszystkie odcienia, zrozumiał przewagę, jaką ma nad nią, bo zapytał nie już z prośbą, ale z wymówką.
— Coś robiła dziś rano?
Maryś mogła nie odpowiedzieć wcale, nie była obowiązaną zdawać mu sprawę z czynów swoich, przecież odparła bez namysłu:
— Byłam w kościele.
— I niceś nie zmajdrowała? pytał dalej patrząc jej w oczy.
Zawstydzona spuściła głowę, czuła, że Józiek śmiać się z niej będzie.
— Niezdara — mruknął przez zęby. — Niezdara — powtórzył ze wzrastającem oburzeniem. Niby to zręczna kieby kot. Rękę ma taką co jej nikt nie poczuje, gdy komu do kieszeni wścibi...
Słysząc te wymówki, stała cała w ogniu; on widząc to, przewodził dalej jakby miał do tego jakie prawo.
— Tłok był w kościele, widziałem, ludzie szli i szli, a ty co? bojałaś się pewno?
Oczy dziewczyny zabłysły dumą.
— Co miałam się bać....
Bojałaś się — powtórzył coraz gniewniej Józiek — bo inaczej, któżby ci przeszkodził. Baba zawsze babą.
Spojrzała na niego roziskrzonym wzrokiem, jakby poczuła wyrządzoną sobie obrazę.
— Otóż pokażę ja ci — zawołała.
Ale Józiek przerwał jej ze śmiechem:
— A no, co? gapiłaś się pewno?
Przybierał z nią ton surowego zwierzchnika!
Ona nie odpowiedziała nic, pozwalała mu się łajać, nie powiedziała ani słowa na wytłomaczenie siebie.
Była upokorzoną, poniżoną we własnych oczach wyższością Józka w złodziejskich sprawkach, przecież odpierała niesłuszny zarzut bojaźni; bo w jej ciemnych zmąconych pojęciach bojaźń, było to coś, co budziło pogardę; ona przecież nie bała się ani nocy, ani ciemności, ani zwierzęcia, ani człowieka, ani żywych, ani umarłych. W zabawach wdrapywała się nieraz na wierzchołki rusztowań, latała po najwyższych piętrach budujących się domów, spała nieraz u wrót cmentarnych, przebiegała ulice przed pędzącemi końmi i miała pod tym względem swoją dumę. Józiek posądzając ją o bojaźń, wyrządzał jej obrazę i na kogo innego rzuciłaby się może ze złością, jak dziki kot drapiąc i gryząc, ale on... Nie, ona na Józka gniewać się nie mogła, tylko powstała w niej chęć zrehabilitowania się w jego oczach, przekonania go, że nie była ani niezdarą ani tchórzem.
Nie ma podobno tak nędznej istoty, któraby nie miała swojej ambicyi, miała ją i Maryś, a nawet miała jej niezmierną dozę.
Przez chwilę stała pod gromami jego pogardy, milcząca i blada, gryząc do krwi wargi, zaciskając drobne pięści z postanowieniem wyrytem na dziecinnem czole, z oczami utkwionemi w ziemię, z namysłem głębokim.
Potem zawróciła się nagle i oddalać się zaczęła, aż Józkowi przyszło do głowy, że rozgniewała się na dobre i zostawi go swemu losowi.
— Maryś! — zawołał.
Nie obejrzała się — szła dalej.
— Maryś! Maryś! — powtórzył żałośnie.
Ten dźwięk wyraźny w głosie dotknął ją, zadrasnął w serce.
Ona nie chciała robić mu przykrości.
Przybiegła napowrót, oczy jej błyszczały jak węgle rozżarzone.
— Cóż? spytała krótko, jakby rachując się z czasem.
Józiek patrzył na nią teraz miłosiernemi oczyma, jak pies oczekujący pożywienia z ręki gniewnego pana, a wzrok ten musiał być wymowny, bo wzruszyła ramionami i odpowiedziała bez namysłu:
— Przecież wiem, żeś głodny, muszę ci co przynieść.
— No, przynoś, przynoś! — mruknął uspokojony nie zatrzymując jej dłużej.
Ona też pomknęła teraz szybko jak strzała.
Zmieniła jednak drogę, którą szła poprzednio, nie myślała już iść do żony czeladnika i posługiwać jej za obiad, bo szło już nie o nią samą, ale o Józka.
Skierowała się ku zamożniejszej dzielnicy miasta, ale nie poszła na Senatorską ani na Miodową ulicę; ulic tych pełnych zbytkownych sklepów, unikała zazwyczaj, bo sklepy te nie miały dla niej żadnego znaczenia; szła ku Długiej, ku Freta, tam, gdzie stragany lub sklepiki otwarte na oścież, obiecywały jej łatwiejszą zdobycz.
Przechodziła Długą ulicą, kiedy doszła ją smaczna woń potraw, rozchodząca się w powietrzu. Zatrzymała się chwilę, wciągając ją chciwie, jakby to samo nasycić ją mogło. Potem przyszła jej widać myśl praktyczniejsza skosztowania tego co wąchała tylko. Obejrzała się w około szukając źródła nęcących zapachów. Kłęby gorącej pary wydobywające się z otwartego okna w suterenie, wskazały jej gdzie się kierować miała.
Pobiegła tam i przyklękając na bruku, zajrzała z góry i zobaczyła obszerną kuchnię, wśród której uwijało się kilka osób. Pod oknem samem stał stół, a na nim leżały pokrajane kawałki mięsa, kucharz brał je i rzucał na patelnię pełną syczącego tłuszczu i z niej to buchała owa para łechcąca głodne podniebienie.
Przez chwilę przypatrywała się chciwie stosom mięsiwa, leżącym na stole; wprawdzie ugotowany kąsek był dla niej pożyteczniejszym od surowego, przecież wiedziała dobrze, że w jej położeniu nie należało być wybredną, tylko brać co się zdarzyło. Mięso to jednak uśmiechało się do niej daremnie, o spuszczeniu się do sutereny niepodobna było myśleć, a ramię dwa razy tak długie jak jej, jeszczeby go nie dosięgło. Tymczasem czerwone plasterki befsztyku, upstrzone gdzie niegdzie śnieżnym płatkiem tłuszczu, migały przed jej oczyma kusząco, a nawet przesuwały się przed niemi, kiedy je próbowała odwrócić.
Przyszło jej na myśl zakraść się do sutereny zwykłym sposobem przez drzwi, które widziała z boku otwierające się co chwila. Znała zwykłą budowę kuchen znajdujących się w suterenie; wiedziała, że prowadzi do nich zwykle ciemny korytarz, mogła się więc w nim ukryć, czekać aż powychodzą z kuchni, wśliznąć się, porwać coś i uciec. Ale samo wejście na dziedziniec domu nie zawsze było rzeczą łatwą; wiedziała z doświadczenia, że stróże pięknych domów jak ten, w którym znajdowała się restauracya, nie wpuszczą do nich takich jak ona obdartusów; od czegóż jednak przemysł i dowcip wyrobiony w ciągłej walce ze społeczeństwem! Maryś schwyciła chwilę, w której nie pilnowano bramy i szybko, nie oglądając się za siebie, wbiegła w dziedziniec. Tutaj zoryentowała się spiesznie i szła w stronę drzwi, które prawdopodobnie prowadziły do kuchni.
Drzwi te stały otworem, ale wejścia pilnował wielki buldog, spokojnie siedząc na tylnych łapach; tłusty, syty, zadowolony, zdawał się urągać tym wszystkim, którzy nie posiadali społecznego położenia, jemu równego.
Przekonany o niem, nie poczuwał się do obowiązków grzeczności, ani do żadnego ustępstwa względem tak upośledzonych istot jak ta wątła, czarna, obszarpana dziewczyna, która pomimo to śmiałym krokiem zbliżała się ku niemu.
Nie dziw, że widząc ten brak należnego poszanowania, wielki buldog nie tylko nie raczył ustąpić z miejsca, ale zmierzył Marysię groźnym wzrokiem, a widząc, że szła dalej nic nie zważając, warknął i pokazał jej dwa rzędy ostrych i białych kłów. Ostrzegał wyraźnie, by nie nadużywała cierpliwości, która i tak była wielka, skoro zamiast od razu ukarać jej zuchwalstwo, posunął swoją łaskawość do dwóch ostrzeżeń. I widać Maryś zrozumiała to doskonale, bo zatrzymała się nagle.
Jeśli wiadomości jej tyczące się wyobrażeń moralnych były ograniczone, za to o świecie materyalnym miała bardzo jasne pojęcie; wiedziała jak ostre są zęby buldogów, wiedziała nawet, że rany przez nie zadane, należą do ciężkich. A nadewszystko wiedziała, że z takiemi biedakami jak ona, psy nie robią zwykle ceremonii.
Była śmiała, pomimo to nie narażała się na pewne ukąszenie i stanęła opodal ukryta za beczką z wodą, czekając aż niespodziewana przeszkoda zostanie usuniętą. Buldog zaś zadowolony widać z tej pokory, nie nadużywał swego położenia, raz dla tego, że poprzestawał na niemym hołdzie oddanym swojej potędze, a powtóre, że znajdował się w łaskawem usposobieniu, pochodzącem z zupełnego zadowolenia oraz z lenistwa, jakie to zadowolenie wyradza. Najedzony wylegiwał się na wiosennem słońcu i wprost nie chciało mu się ruszać dla odpędzenia jakiejś tam nędznej dziewczyny, choć może poczuwał się do tego obowiązku.
Maryś i buldog zachowali przez czas pewien położenie wyczekujące. Buldog nie zmienił go, bo było mu dobrze i wygodnie, Maryś jednak czuła dojmujący głód, przytem ciążył na niej więcej jeszcze głód Józka, a co najgorsze dźwięczał jej w ucho ten wyraz, »niezdara«, który rzucił jej tak w pogardliwy sposób. I rozmyślała, coby on zrobił w położeniu, w jakiem się znajdowała ona. Czy wytrwałby na stanowisku lub też rzucił niepewną szansę dostania w tej kuchni apetycznego kawałka mięsa i szedł dalej szukać lepszej sposobności.
Już miała się na to zdecydować, kiedy buldog używszy snadź dość słodkiego wczasu, powstał zwolna, wyciągnął leniwie ogromną postać i nakształt emeryta, który po drzemce poobiedniej wychodzi na przechadzkę, tak i on wolnym truchcikiem poszedł przed bramę.
Przechodząc koło Marysi machnął tylko ogonem w sposób świadczący o zupełnem lekceważeniu.
Przyznać należy, iż Maryś okazała się wyższą nad to lekceważenie i nie uczuła się niem wcale dotkniętą, może dla tego, że go nie pojęła, może dla tego, że była tak lichym pyłkiem na świecie, iż przywykła do swego położenia i znosiła je filozoficznie, nie rozumiejąc, że inaczej być mogło; najprędzej nie zastanawiała się głębiej nad znaczeniem faktu, skorzystała tylko z niego, przekroczyła czemprędzej próg opróżniony i znikła w ciemnem wnętrzu sieni.
Niebawem jednak wybiegła zeń jeszcze szybciej. Cierpliwość jej była daremną. Kierując się zapachem potraw i gwarem kuchennym, trafiła wreszcie do pożądanego celu; drzwi nawet zastała otwarte, błysnęły tuż przed nią owe stosy mięsiwa, ale cóż, zaledwie przystanęła w korytarzu, wychodził jeden z kuchcików, spostrzegł ją i wypędził.
Wyszła w milczeniu, w bramie spotkała się z buldogiem, który spokojnie przyglądał się ulicznemu ruchowi i zdawał się jej urągać.
Spuściła głowę zamyślona. Nie zraziło ją pierwsze niepowodzenie, bo zresztą zrazić nie mogło; konieczność w kształcie głodu ciążyła nad nią i nie pozwalała oglądać się, ani rąk opuszczać.
Parę kroków dalej, przy załamku ulicy, siedziała stara żydówka i miała przed sobą kosze pomarańcz, ciastek i innych przysmaków; koszów było kilka; kobieta, która je sprzedawała była stara, przytem nie chcąc tracić drogiego czasu, robiła pończochę, a chociaż machinalnie, z przywyknienia, nie patrząc nawet, przebierała drutami, przecież zdarzyły się ważniejsze chwile, w których spuszczone oczko lub coś podobnego zmuszało ją odwrócić wzrok od swego towaru i spojrzeć na robotę.
Konieczność istnienia zaostrzyła w Marysi zmysł obserwacyjny; znała nawyknienia ludzkie, tak jak człowiek żyjący na łonie natury zna i rozpoznać umie kierunki wiatrów, znaki suszy lub niepogody.
Wiedziała, że najpilniejsza uwaga rozerwaną być może i czekała takiego wypadku. Przeszła parę razy koło starej, ale daremnie; ta zawsze zdawała się liczyć oczyma pomarańcze, ciastka, chleb świętojański i paczki pierników. Przekupka także obserwować umiała i znała fizyognomie ludzkie tak samo jak Maryś, a może lepiej jeszcze, bo widząc ją krążącą koło siebie, domyśliła się szkodliwych zamiarów. W mgnieniu oka porzuciła pończochę i rozszerzając chude spiczaste palce po nad swemi koszami, zaczęła wymyślać głośno obdartej dziewczynie, z góry nazywając ją złodziejką.
Maryś oddaliła się czemprędzej; wprawdzie nie ukradła nic, wiedziała jednak dobrze, iż ubogi zawsze jest podejrzany. Zresztą czuła, iż przekupka miała zupełną słuszność. Była zawstydzona niezmiernie, chociaż przyznać należy, iż na zawstydzenie to najmniej wpływały wykrzykniki starej. Ona czuła się upokorzoną bezskutecznością swoich usiłowań. Od chwili, w której rozstała się z Józkiem, upłynęło parę godzin, a ona jeszcze nic mu przynieść nie mogła. Prawdziwie miał słuszność nazywając ją niezdarą. Czyż przyjdzie jej powrócić do niego z próżnemi rękoma. W tej chwili myśl jej pracowała, tworząc jakieś kombinacye i plany pełne rozpaczliwej śmiałości. Delikatne czoło pokrywało się bruzdami świadczącemi o wytężeniu władz, wargi zaciskały się wyrazem determinacyi, które nadawały jej dziecinnej, drobnej twarzyczce piętno dojrzałości przedwczesnej. Przypominała sobie w tej chwili wszystkie miejscowości miasta, gdzie była sposobność przywłaszczenia sobie jakiego kąska. Wychodząc na wyprawę swoją, marzyła o przyniesieniu Józkowi czegoś wybornego, teraz jednak szło jej, chociażby tylko o suchy kawałek chleba.
Działo się z nią to, co zwykle dzieje się z ludźmi. W miarę niepowodzeń zmniejszała się doniosłość marzeń. Maryś nie różniła się od ogółu, jakkolwiek pozbawiona wszelkich zasad i teoretycznego wychowania, podlegała zwykłym pobudkom ludzkim. Ale jak się to także często zdarza w życiu, im mniej pragnęła, tem mniej otrzymywała. Dnia tego nie szczęściło się jej wcale.
Wszystkie sklepiki, stragany i wystawy były strzeżone argusowemi oczyma; po kilkogodzinnej włóczędze daremnej udało jej się zaledwie nad wieczorem pochwycić bułkę i z tą nędzną zdobyczą biegła zdyszana do Józka.
Czasem zatrzymywała się opanowana osłabieniem nagłem, bo dzisiaj nic jeszcze nie jadła i w takiej chwili machinalnie prawie niosła do ust kęs chleba, jaki miała w ręku.
Przecież nie skosztowała go wcale! To było dla Józka.
Chłopak znużony oczekiwaniem, upałem, czy głodem, spał rozciągnięty na słomie. Sen jego był lekki, zaledwie Maryś wbiegła do budy, otworzył oczy i spiorunował ją pierwszem wejrzeniem.
— A toś się pospieszyła — mruknął gniewnie — właśnie po śmierć ją posłać, latała pewno po całym świecie, a ja...
Ruszył ramionami pogardliwie, niby wyrzucając samemu sobie, że na nią rachował. Maryś stanęła cała w ogniu, uderzona niesprawiedliwością, jaka ją spotykała.
Nie próbowała przecież tłomaczyć się, chociaż, gdyby ją kto spytał dla czego tego nie robiła, nie umiałaby odpowiedzieć.
— A ja — mówił dalej przeciągając się Józiek — o małom tu z głodu nie zdechł.
Odezwała się znów w jej sercu litość, współczucie, troskliwość, zdawało jej się, iż rzeczywiście zawiniła przeciw niemu.
Dobyła bułkę z pod gałgana, który nosiła w miejsce fartuszka i podała mu ją. A czyniąc to drżała, bo cóż znaczyła dla niego, który od rana nie jadł, bułka tak strasznie, tak niemiłosiernie mała. Mimowoli jednak wzroku oderwać nie mogła od tej bułki, którą podniecona głodem wyobraźnia przedstawiała jako najwyszukańszy przysmak.
Józiek wyrwał prawie bułkę z jej ręki i nie pytając o nic i o nikogo, ugryzł ostremi zębami, ale jednocześnie powtarzał:
— Miała też za czem włóczyć się cały dzień, oj głupia, głupia!
Była to cała nagroda za jej trudy, przecież nie rozgniewała się na niego, tylko spoglądała, gdy pożerał jej zdobycz i wymyślał zarazem. Było jej błogo i boleśnie, chociaż więcej błogo niż boleśnie. Do wymyślań przywykła.
Zdawało jej się, że w miarę jak on jadł i ona się nasycała. Tylko oparła się o mur, bo czuła jak nogi uginały się pod nią. Z zamyślenia, w jakiem pogrążona była, wyrwał ją dopiero głos Józka.
— Dawaj drugą! — wołał wyciągając znów do niej rękę.
— Drugą — zawołała z przestrachem, żalem i wymówką dla samej siebie — drugą? Ja nie mam nic więcej.
I jakby chcąc dowieść prawdy słów swoich, pokazała mu obie puste ręce, ruchem napiętnowanym taką tragicznością, że pozazdrościć go jej mogła nie jedna artystka.
Józiek spojrzał na nią wówczas z wyrazem nieopisanej pogardy. Nie raczył już nawet wypowiedzieć słowa, podniósł tylko ramiona i plunął jej pod nogi. Potem ułożył się znowu na ziemi i przymknął oczy jak człowiek, któremu nic nie pozostaje innego jak zgodzić się z losem i przeciwstawić mu spokój mędrca, zmiażdżywszy wprzódy słusznem oburzeniem jego sprawców.
Wprawdzie ściśle biorąc rzeczy, Maryś bynajmniej sprawczynią tą nie była, przecież zdarza się ludziom daleko wytrawniejszym i bardziej rozwiniętym niż Józiek popełnić podobną omyłkę.
Czemuż więc Józiek popełnić jej nie miał, zwłaszcza też względem istoty, która winę rzuconą na siebie przyjmowała z pokorą.
Maryś nie rozumowała nad tym faktem, nie oburzała się na jego niesprawiedliwość tylko było jej niezmiernie smutno.
Pochyliła się nad nim.
— Józiek — szepnęła cicho.
Józiek nie raczył ruszyć się, ani odpowiedzieć. Miał może w tem swoje wyrachowanie, zrozumiał, że jeżeli dziewczyna weźmie do serca jego obrazę, postara mu się o lepszą kolacyę.
— Józiek — powtórzyła nachylając się więcej jeszcze, tak, iż włosy jej dotknęły jego czoła.
— Daj mi tam pokój — mruknął przez zęby — głodnym kieby pies i noga mnie pali.
Uderzyła się w czoło, jak człowiek, który nagle przypomina sobie rzecz ważną i pojąć nie może, iż o tem zapomniał.
— Poczekaj — zawołała — ja ją obmyję.
Z pozoru była to rzecz najłatwiejsza do uskutecznienia, bo woda była w pompie parę kroków na drugim dziedzińcu koło lipy pochylonej, przecież przy wykonaniu jej zaszły pewne trudności, gdyż Maryś nie posiadała żadnego naczynia, w którym przynieść ją mogła.
Szła więc powoli zatopiwszy obie ręce we włosach jak ktoś szukający rady jakiej i nie mogący jej znaleźć.
Obracała się ona w kole biedaków, którzy tak samo jak ona nie posiadali nic zgoła, ani dachu nad głową, ani też gospodarstwa pod najelementarniejszą formą, pomiędzy światem zaś względnych bogaczów, którym czasem posługiwała nie wzbudzała takiego zaufania, by powierzono jej garnek, miskę lub coś podobnego, zresztą pracodawcy mieszkali daleko, a przy święcie prawdopodobnie zamknąwszy izby swoje, wyszli na Saską kępę, do parku pragskiego lub w jakąkolwiek stronę miasta na przechadzkę.
Daremnie więc zatapiała palce w kędziory włosów, daremnie spoglądała w około wzrokiem pełnym niepewności, który tak wybitnie maluje się w oczach dziecięcych — nie znajdowała sposobu rozwikłania kwestyi.
A tymczasem Józiek zaczął jęczeć, z razu ciszej, a widząc, że nie ruszała się z miejsca, coraz głośniej.
To doprowadziło ją do ostateczności.
Pobiegła do stróża Kacpra, który tak wspaniałomyślnie patrzył przez szpary na zajęcie przez nią opuszczonego przez psa lokalu, Kacper był wprawdzie dobrym człowiekiem, ale miał żonę, ta zaś wcale nie wzbudzała zaufania w Marysi. Jak na złość ona jedna była teraz w domu.
Przecież potrzebowała tak małej rzeczy, a Józiek tak cierpiał! Prośba była przeciwną jej naturze, wypowiedziała ją urywanym głosem. Skutek nie był wcale zachęcający, stróżka zmierzyła ją surowym wzrokiem i wyrzekła opryskliwie:
— Jeszcze czego! To skaranie boskie z temi włóczęgami!
Maryś stanęła cała w płomieniach. Nie ruszyła się z miejsca, tylko spojrzała na stróżkę z nieskrywaną nienawiścią.
— I czegóż stoisz — zawołała ta ostatnia. Powiedziałam że nie dam i tyla. Ruszaj mi ztąd zaraz, bo... Dokończyła swojej mowy energicznym gestem.
Fakt ten nie miał dla Marysi nic niespodzianego; do nieuczynności, fukania i złej woli ludzkiej przywykła od dawna, był to dla niej chleb powszedni. Teraz może przybyła jej z tego powodu kropla goryczy w sercu. Była pełna bezwiednego pesymizmu.
Miała prawo do podobnych poglądów. Tam, gdzie szło o doraźną korzyść lub użytek była pełną wyrozumienia dla egoizmu ludzkiego, tak n. p. nie miała nikomu za złe, że wolał sam coś spożyć niż jej oddać, nie wymagała ściśle stosowanej miłości bliźniego, którą przecież sama rządziła się dnia tego względem Józka, ale cóż to szkodziło, żeby ona zaczerpnęła wody w czyimś naczyniu, przecieżby naczynia tego nie ubyło.
Maryś nie znajdowała charakterystycznej nazwy na czyn ten, czuła tylko, że nienawidziła stróżki, a z nią wszystkich tych, co posiadali cośkolwiek na świecie. Był to osobliwy rodzaj logiki, na nieszczęście bardzo pospolitej pomiędzy biedakami; to też można jej nadać nazwę logiki rozpaczy.
Złorzeczenie jednak i nienawiść nie zaradzały złemu, a tu radzić było potrzeba, Maryś zrozumiała to szybko i puściła się strzałą na Podwal.
Najnędzniejsza istota ma jeszcze na świecie ludzi, jeśli nie koniecznie przyjaznych, to przynajmniej przychylniejszych od innych, taką była dla niej owa żona czeladnika, której czasem w niedzielne popołudnie pilnowała dziecka. Maryś biegła do niej na chybił trafił, bo cóż innego uczynić mogła? Zkąd dostać tej marnej skorupy, której nie posiadała, a która przecież była jej potrzebną dla ulżenia Józkowi.
Na szczęście kobieta była w domu i pozwoliła jej wziąść miskę, a nawet dała gałganów do obwinięcia chorej nogi, Maryś z tą zdobyczą puściła się napowrót.
Szła jak mogła najprędzej, przecież co chwila brakowało jej tchu, tak, iż musiała zatrzymywać się i odpoczywać. Nogi uginały się pod nią, w skroniach tętniała krew. Były to skutki głodu. Maryś znała się z niemi dobrze, tylko teraz nie miała czasu myśleć o sobie, a zresztą choćby i miała, nie byłaby nic wymyśliła.
Przyszła wreszcie do Jóźka i z wielkim trudem napompowała wody, obmyła mu i opatrzyła nogę, potem wzięła miskę, którą trzeba było zaraz odnieść właścicielce i zabierała się znów iść na Podwal, kiedy zainterpelował ją energicznie Józiek.
— Ty naprawdę nic nie masz?
— Nie.
— I cóż to będzie?
— Albo ja wiem — szepnęła spuszczając wzrok przed nim.
Rozśmiał się przykro, jak ten co ma łzy w głosie.
— Ha! przyjdzie mi tu zdechnąć pewno!
Nastała chwila ciszy.
Marysi było w sercu tak dziwno jak nigdy dotąd, stała w miejscu nieporuszona, wpatrywała się w blade, wychudłe rysy chłopaka.
Rysy te nie miały nic wspólnego z estetyką, płaskie, nieforemne, nosiły piętno nędzy, która przesiąknęła zarówno moralną jak materyalną jego istotę. Postać jego całą pokrywały łachmany, przez dziury przeświecała ciemna barwa ciała, sterczały kości zaledwie ciałem pokryte. A jednak kiedy spoglądała na niego, dziki i ognisty wyraz jej czarnych oczu mięknął, łagodniał i oczy te oderwać się nie mogły od widoku ulicznego włóczęgi.
Naraz ogarnęło ją niepojęte wzruszenie i byłaby chciała wziąść na siebie wszystkie bóle i cierpienia, które były jego udziałem. Tak jak zapomniała o głodzie dla niego, gotową była zapomnieć o wszystkiem innem.
Józiek ani zrozumiał, ani podzielał uczucia, które przykuwało ją tutaj, był zły jak zwykle u nas bywa każdy głodny mężczyzna, bo chociaż niedorosły jeszcze, miał już niektóre przywary płci męzkiej!
— Cóż tak na mnie ślepia wytrzeszczasz? — wyrzekł — jakbyś mnie pierwszy raz widziała.
Wzdrygnęła się na te słowa, złożyła ręce jak do modlitwy; ona chciała tylko patrzeć na niego, a wówczas było jej błogo i w głowie roiły się jakieś myśli, jakieś obrazy nieokreślone jak sny, a pełne słodyczy i spokoju.
Józiek tymczasem powtórzył głośniej:
— No, cóż stoisz jak głupia?
I zdrową nogą, zapewne dla dodania energii wyrazom, kopnął ją pół żartem, pół gniewnie, tak, że o mało nie upadła.
Nie rozgniewała się, ani rozśmiała jak ze swawoli, tylko szepnęła cicho i łagodnie:
— Józiek!
Głos jej miał miękkie, zwilżone dźwięki, jak gdyby drgały w nim łzy, prośby, pieszczoty i pocałunki, których nie zaznała nigdy. On na to nie zważał, te wszystkie odcienia były zupełnie dla niego stracone. Przez chwilę zżymał się i złościł, aż wreszcie zaczął.
— Ot daj pokój, posłuchaj mnie lepiej.
Nie spytała go czemu miała dać pokój, czemu go posłuchać, jak gdyby ze słów tych chwytała same dźwięki, a dźwięki te nie były w stanie wyrwać jej z dziwnej zadumy, która ogarnęła ją zmordowaną, zgłodzoną i czyniła nawpół tylko przytomną.
— Cóż to Maryś, upiłaś się czy co? słuchasz jakbyś nie słuchała.
A nie odbierając odpowiedzi, pochwycił ją za rękę i trząsł nią wołając:
— Maryś! Maryś!
Spojrzała nagle jak ze snu zbudzona i spytała machinalnie:
— Czego chcesz?
Miał ochotę rozgniewać się i gdyby posiadał zdolność zajrzenia do głębi jej istoty, gdyby rozumiał tę dziwną zadumę, jaka ją ogarnęła, byłby to zapewne uczynił, ale ponieważ fakta te były dla niego niepojęte, a jako chłopak roztropny lękał się przepełnić miary jej cierpliwości, on, co znajdował się teraz na jej łasce, pohamował się i wyrzekł tylko:
— Oj, żebyś ty miała rozum, byłoby nam lepiej.
— Albo co? — spytała patrząc mu w oczy jakby z nich myśli wyczytać chciała.
— Co? ot, co nam przyjdzie, że złapiesz jaką bułkę ze straganu. To marność, ty i ja nie najemy się tego.
— To i co? — pytała dalej.
— Pamiętasz, kiedym jakiejś marmuzeli wyciągnął cukierki z kieszeni.
— O, pamiętam! — zawołała.
A oczy jej zabłysnęły wspomnieniem tej chwili, kiedy on podzielił się z nią swoją zdobyczą, bo chwila ta była dla niej nigdy nie zapomnianą.
— Ee... gdybym tylko znalazł w kieszeni cukierki, nie byłoby o czem mówić — ciągnął dalej Józiek tonem wyższości.
Maryś teraz słuchała z całą uwagą i niewiedzieć czemu zrobiło jej się przykro, może dla tego, że Józiek podzielił się z nią tem, co za najlichszą część zdobyczy uważał.
— Prócz cukierków była tam jeszcze portmonetka, wiesz, taka skórzana kieszonka z pieniądzmi.
— Z pieniądzmi? i cóżeś z niemi zrobił?
— A co miałem zrobić, wydałem — odparł Józiek uderzając się znacząco tam, gdzie w prawidłowszem ubraniu znajdują się kieszenie.
— Cóż to ja kutwa, czy co? miałem je może dusić?
— Gdyby były teraz — szepnęła dziewczyna, której w myśli stanęły wszystkie doraźne użytki, jakieby z nich zrobić mogła.
— Iii! — wyrzekł Józiek filozoficznie — i takbym na nich nie usiadł jak pan jaki, a gdyby mnie tylko noga nie bolała, albo żebyś ty nie była taka głupia...
Machnął ręką ruchem świadczącym o głębokiej pogardzie dla mamony, chwilowego kalectwa i tego, co nazywał głupotą towarzyszki.
Ona stała zamyślona, a przed jej oczami przeciągały przedmioty niezbędne, jakieby jej dały pieniądze.
— Kupiłabym ci kiełbasy, ciastek, chleba świętojańskiego, piernika — wyliczała skwapliwie, jakby samo nazwanie pożądanych przedmiotów, sprawiało jej przyjemność.
— No, to kup, mruknął Józiek szyderczo.
Nie zważała na przerwę jego, tylko uderzyła się w czoło jak człowiek, który sobie coś przypomina.
— Kupiłabym ci najprzód maści na nogę. Adamowa mówiła, że jest taka maść w aptece, co tylko przyłożyć, a każda rana się zgoi.
— No, to kup — powtórzył dobitniej chłopiec.
Ona spojrzała na niego z poważnym wyrazem w oczach.
Nie było w nich wyrzutu żadnego tylko zdziwienie, jakby zapytywała, jakim sposobem coś kupić może za pieniądze już stracone.
A Józiek powtarzał uparcie swoje:
— To kup! No, czemuż nie kupujesz?
— Za cóż kupię? —
— Owa! albo to nie wiesz, gdzie znaleźć pieniądze?
Nie odpowiedziała nic; przez chwilę stała chmurna jak gdyby ważyła coś w myśli. Rumieniec uderzał jej na twarz i znów z niej schodził pod szyderczem spojrzeniem Jóźka; drobne suche dłonie zaciskały się gwałtownem ruchem. Widocznie odbywała się w niej walka jakaś. Aż wreszcie nie wyrzekłszy jednego słowa, odwróciła się i poszła ku bramie prowadzącej na Krakowskie Przedmieście.
Dopiero gdy odeszła, Józiek wyciągnął się lepiej, wydobył z pod łachmanów kawałek piernika i zajadać go zaczął. Potem podłożył sobie łokieć pod głowę i zasnął snem sprawiedliwych.
Maryś szła Krakowskiem Przedmieściem, straciła jednak zupełnie żywość i raźność zwykłą. Dokuczał jej głód, ale dokuczały więcej jeszcze wymagania Jóźka. Ona musiała im zadosyćuczynić, a nie wiedziała jak to zrobić.
Jak wiemy, Maryś nie miała zgoła żadnych pojęć moralnych, wszystko u niej było tylko instynktem lub popędem. Nie umiałaby była zgoła nigdy wytłómaczyć, dla czego robiła to, a nie co innego, bo też nikt się jej o to nie pytał.
Żyła jak ptak manną miłosierdzia, przemysłu lub kradzieży. Nigdy nie miała zapewnionego jutra i o jutro też nie troskała się zwykle, chociaż nie znała przepisu, że dość dniowi każdemu na jego nędzny, w praktyce jednak miała dość trudności w przeżyciu dnia jednego, by się o następny kłopotać. To też, gdy była głodna, bez najmniejszych skrupułów żywiła się cudzą własnością, naturalnie, gdy to było możliwem. Czyniła to o ile mogła zręcznie i skrycie, bo wiedziała, że gdyby się rzecz wydała, miałaby dla niej różne nieprzyjemne następstwa.
Najprzód odebranoby jej zdobycz, nie szczędzonoby szturchańców, a w końcu mogliby ją wziąść do cyrkułu.
Co to był cyrkuł? o tem nie miała najmniejszego pojęcia i dla tego właśnie lękała go się niewymownie.
Bądź to z powodu tej grozy, bądź pewnej nieśmiałości wrodzonej, która przybierała tę szczególną formę, bądź wreszcie poetycznego usposobienia, które ogarniało ją w kościele, gdzie najłatwiej to było uskutecznić, Maryś nigdy nie sięgnęła do cudzej kieszeni, choć Józiek namawiał ją do tego nieraz.
Znała przecież wartość pieniędzy, ale cóż kiedy do samego czynu kradzieży trzeba jej było doraźnej podniety, widoku przedmiotu, pożądliwości, jaką w niej rozbudzał. Portmonetka zaś była ukryta przed jej wzrokiem.
Wprawdzie Józiek uczył ją jak macać kieszeń zanim się w niej ręka zagłębi i jak korzystać ze ścisku, ażeby poszkodowany nie mógł domyślić się tego, co go spotyka.
Teraz dopiero wstydziła się, iż nie umiała rad jego posłuchać; upokorzona postanowiła bądź co bądź dostarczyć mu czego potrzebował, choćby ją to najwięcej kosztować miało.
Odniosła miskę Adamowej, a chociaż ta wołała ją do jakiejś posługi, uciekła szybko, nie oglądając się nawet.
Przez drogę obmyśliła cały plan postępowania, teraz szło tylko o wykonanie.
Wieczór zapadał ciepły, pogodny, wspaniały wieczór majowy; tłumy całe wyległy na ulice i postępowały główną arteryą miasta, Krakowskiem Przedmieściem i Nowym Światem, idąc ku zamiejskim spacerom; panował tu ścisk podobny do tego, jaki panuje w kościele; w wielu miejscach ludzie zatrzymywali się spotkawszy znajomych i tworzyli gromadki, przez które przecisnąć się było trudno.
Warunki sprzyjały więc bardzo zamiarom Marysi; wśród niepewnego światła szarej godziny, wśród mnóstwa snujących się osób ginęła ta drobna postać w łachmanach, przesuwająca się pomiędzy tłumem.
Parę razy upatrzyła kogoś, za którym szła trop w trop przez kilka lub kilkanaście kroków; przysuwała się i już, już miała zagłębić rękę w kieszeni, z której nie spuszczała oczów, ale zawsze jej coś przeszkodziło. To ten ktoś obejrzał się nagle, to wszedł do domu, to wreszcie sięgnął do kieszeni, na którą ona czatowała i wyjął z niej jaki przedmiot, to znowu zdawało jej się, że ktoś na nią patrzy i zatrzymała się spłoszona. A wówczas na jej bladą twarz występowały płomienne kolory, dreszcz wstrząsał całem ciałem.
Czuła, iż waży się na rzecz nową, na rzecz niemałą i miała rodzaj pogardy dla samej siebie za trwogę, jaka się w niej budziła. Nie brakło jej dobrych popędów, ale z powodu przeinaczenia pojęć moralnych, im silniej odzywały się te popędy, tem były większym bodźcem do upadku.
I znowu skradała się ku któremu z przechodniów, a w wyobraźni jej przesuwały się szybko obrazy względnego dostatku, jaki dla towarzysza osiągnąć chciała; ulgi w cierpieniu, pożywienia, przyjemności wreszcie.
Trzeba przyznać, że chociaż od rana nic nie miała w ustach, o sobie nie myślała wcale w tej chwili, czuła tylko, że się nogi pod nią uginają, że wszystkie pulsa uderzają gwałtownie, że wargi spieczone pali pragnienie. Zapewne miała gorączkę, ale nie wiedziała co znaczy gorączka, więc nie mogła zdać sobie sprawy z własnego stanu.
Zresztą nie miała na to czasu; biegła teraz za jakąś pięknie ubraną panią, która prowadziła kilkoletnią dziewczynkę za rękę, a miała umieszczone kieszenie po bokach długiego paltota. Gdy przechodziła koło ślepego żebraka, zatrzymała się, wyjęła z kieszeni portmonetkę, włożyła w rękę dziewczynce miedziany pieniądz, a ta rzuciła mu go w miseczkę.
Maryś zauważyła wówczas, że w portmonetce było nietylko dużo drobnych pieniędzy, ale i różnokolorowe papierki. Widziała także, iż portmonetka była na samym wierzchu kieszeni.
Kieszeń ta wywierała na Marysię wpływ magnesu.
Jeden róg portmonetki w stal okuty błyszczał nęcąco wychylając się po za brzeg kieszeni; dziewczyna utkwiła w niego pożądliwie oczy i szła jakby oczarowana, a serce jej biło tak silnie, iż podnosiło rytmicznie łachmany, jakie miała na piersiach.
Tymczasem strojna kobieta podeszła na sam brzeg trotuaru i zatrzymała się nagle; wypadało jej przejść na drugą stronę ulicy, a tu powozy ciągnęły nieprzerwanym szeregiem. Oczekiwała więc chwili sposobnej, spoglądając bacznie w jedną i w drugą stronę.
Chwila to była najsposobniejsza do spełnienia zamiaru; uwaga kobiety skierowaną była w inną stronę. Maryś wyciągnęła szybko rękę, która drgnęła od gwałtownych uderzeń serca, wsunęła ją lekko do kieszeni, pochwyciła pożądany przedmiot, ukryła go pomiędzy fałdy podartej chustczyny, którą miała na ramionach i konwulsyjnie przyciskała rękę do piersi.
Pierwszą jej myślą było puścić się lotem strzały ku starej poczcie i ukryć tam swoją zdobycz. Ale miała ona swój spryt rozgarnięcia, a nawet znajomość ludzi i świata.
Wiedziała, że gwałtowna ucieczka wzbudzała podejrzenia.
Wprawdzie ile razy złapała bułkę lub paczkę pierników, uciekała co miała siły, ale wówczas uciekając spożywała swoją zdobycz, zresztą wiedziała, że przekupka nie opuści straganu, ażeby za nią gonić. Teraz jednak zmiarkowała szybko, że inaczej postąpić należy, tem bardziej, że poszkodowana nie domyślała się poniesionej straty.
Maryś więc powoli i ostrożnie wycofała się z tłumu na Nowym Świecie, skręciła na Warecką ulicę i dopiero na skwerze przed ewangielickim kościołem zatrzymała się i obejrzała w około.
Nikt jej nie gonił, ona pomimo to musiała oprzeć się o mur, tak czuła się zmęczona, brakowało jej tchu. Brała ją szalona ochota zajrzeć do portmonetki, a przynajmniej obejrzeć ją z wierzchu, jednakże lękała się tego uczynić, ażeby nie zwrócić czyjej uwagi; musiała więc poprzestać na wrażeniu, jakie czyniło na niej samo dotknięcie zdobyczy.
Maryś znała poniekąd wartość pieniędzy, gdyż brak poczucie tej wartości wyrabia; przecież nie mogła mieć dokładnego pojęcia o większych sumach, bo tych nigdy w ręku nie miała; nie mówiono też o nich w świecie, w którym się obracała. Raz tylko widziała w ręku Adamowej papierek różowy, chowany starannie na komorne, opłacane wspólnie przez kilka rodzin zajmujących suterenę. Pamiętała, że ten papierek znaczył dziesięć rubli, ale co za dziesięć rubli można było dostać? — to już zupełnie przenosiło jej znajomość stosunków handlowych. O podobnej sumie nie marzyła.
Wiele też mogła zawierać portmonetka? Teraz myśl jej cała skupiła się w tem pytaniu, a marzenia sięgały sum niemal dla niej bajecznych. Gdyby tam było dziesięć rubli, dopierożby była panią! — Dopierożby nakupiła Józkowi, coby mu tylko przeszło przez głowę!
Skierowała się wreszcie na Krakowskie Przedmieście. Miała ochotę biedz, przecież wstrzymała ją refleksya nowego niebezpieczeństwa; bała się zwrócić uwagę, bała się, żeby ją nie zatrzymano i nie spytano dla czego biegnie.
Szła więc nierównym krokiem, walcząc pomiędzy ostrożnością a chęcią, przyciskając się do murów, przy których wśród szarzejącego zmroku zaledwie widną była.
Tak doszła do starej poczty; gdy jednak wchodziła na boczny dziedzińczyk, w którym była buda, gdzie obecnie znajdował się Józiek, Maryś uległa dziwnej metamorfozie. Drobna jej pierś wzdęła się niepojętem uczuciem tryumfu, cała postać nabrała energii i siły, głowa wzniosła się w górę, odrzucając dumnym ruchem włosy, które zwykle spadały jej na oczy, źrenice uwolnione od tej zwykłej zasłony, błyszczały wśród cienia jak węgle rozżarzone. A kiedy przy budzie zobaczyła Jóźka, który znudzony oczekiwaniem i wyspawszy się do woli, usiadł na progu, w sercu jej wzbudziło się uczucie podobne do tego, jakie miał tryumfator rzymski, gdy przywoził miastu ukochanemu bogate łupy z wyprawy dalekiej. Ona czuła się w tej chwili tak dumną, że wyraz ten odbił się w całej jej postawie, w chodzie nawet, który na przekór znużeniu stał się estetycznym i nabrał pewności, bo już to jest rzeczą dowiedzioną, że powodzenie jakiegobądź rodzaju pewność tę nadaje.
Maryś zatrzymała się tuż przy Jóźku i zdawało jej się, że powinien wyczytać z jej oczów to, co uczyniła.
Chciała przemówić, ale głos wiązł jej w gardle; nie mogła. Wówczas wyciągnęła nagle rękę z portmonetką i podniosła ją w górę tryumfalnym ruchem.
Józiek na ten widok zapomniał o bólu zerwał się na równe nogi.
— Pokaż! — zawołał tylko, wyrywając jej portmonetkę z ręki.
Nie stawiała mu oporu żadnego, przecież wszystko co zrobiła, zrobiła dla niego tylko.
— Ileż tam jest? — pytał niecierpliwie, usiłując otworzyć portmonetkę, która zamykała się sztucznie.
— Nie wiem, nie zaglądałam.
Józiek usiadł znowu na progu, upewnił się, że nikt go zobaczyć nie może z drugiego dziedzińca i zajął się próbowaniem zameczka, ale przez zaciśnięte zęby szepnął sam do siebie:
— Głupia!
Maryś nie dosłyszała tego, a choćby dosłyszała, to i cóż, nie byłaby się obraziła pewno, bo w tej chwili ten wyraz w ustach towarzysza nie mógł mieć dla niej ubliżającego znaczenia. Nie byłaby zresztą pojęła wcale dla czego to mówił, czy z powodu, że oddała mu całą zdobycz, czy że nie wiedziała jaką była jej zawartość.
Mogła mu wprawdzie powiedzieć, iż zanim wyjęła portmonetkę z kieszeni właścicielki, widziała, że była pełną, jednak nie uczyniła tego, wolała, żeby Józiek sam to zobaczył, cieszyła się zawczasu jego radością. Odgadła ją, bo w chwili kiedy wreszcie otworzył portmonetkę, z piersi wydobył mu się stłumiony okrzyk na widok bogactw w niej zawartych. Z szybkością wyjął papierki, których było kilka, rozpoznał je i liczył po cichu drobną monetę.
Maryś przypatrywała mu się rozradowana.
— Ileż tam jest? — zapytała wreszcie.
Józiek odwrócił oczy od pieniędzy i spojrzał na nią podejrzliwie.
— No, jest parę rubli — odparł wymijająco.
Chciała usiąść przy nim na progu, ale on usunął się żywo.
— Ot — zawołał — biegnij teraz i kup co nam potrzeba, a mów tam, że cię Adamowa posłała.
Kiwnęła głową na znak, że przecież rozumie jak jej postąpić należy; wzięła nie rachując trochę drobnych z jego kolan i poszła.
Józiek spoglądał na nią dopóki nie zniknęła w drugim dziedzińcu, wówczas dopiero roześmiał się na całe gardło.
Potem nie tracąc czasu, wyjął z portmonetki różowy papierek, włożył w niego dwie srebrne czterdziestówki, zawinął starannie w gałgan płócienny, który miał w kieszeni, opasał się nim pod łachmanem noszącym nazwę koszuli i uczyniwszy to, przeliczył pieniądze, jakie w portmonetce zostały; było tam jeszcze parę rublowych papierków i parę złotych drobnemi.
Gdy Maryś wróciła obładowana różnemi prowiantami, oddał jej portmonetkę z powagą.
— Masz — wyrzekł — to twoje pieniądze, tylko ich nie zgub.
Maryś wstrząsnęła splątanemi kędziorami włosów.
— Ty, czy ja — odparła śmiejąc się — to jedność.
Zajadając przysmaki, które zakupiła, zaczął wypytywać ją, jakim sposobem dokonała złodziejstwa.
Maryś opowiadała, a w miarę jak mówiła, wspomnienia jej stawały się wyraźniejsze, przyjemniejsze, budziły w niej dumę, jak to zwykle ma miejsce po spełnieniu rzeczy trudnej i niebezpiecznej. Gra ta zaczynała ją nęcić podniecając struny nowe a drgające w niej silnie, struny, które zarówno pchnąć mogą człowieka na złą jak na dobrą drogę, struny miłości własnej.
Czuła się bohaterką chwili w oczach jedynej istoty ludzkiej, jaka ją obchodziła i to starczyło jej zupełnie, a gdy dnia tego rzuciła się na barłóg w budzie, który służył jej za legowisko, była upojona, paliło jej się w głowie.
W podnieconej wyobraźni snuły się nowe przedsięwzięcia, czyny śmiałe, niemal szalone.
Zdawało jej się, że wszystkiego dokonać potrafi, co zamierzy tylko, że świat cały do niej należy i pilno jej było doczekać dnia jutrzejszego, aby znów coś nadzwyczajnego dokazać, wprawić w zdumienie Józka i zyskać sobie jego pochwały.
Były w niej jakieś siły domagające się działalności, które fałszywie kierowane, prowadziły ją na bezdroża w imię właśnie lepszych pierwiastków jej natury.
Nazajutrz obudził ją jak zwykle chłód poranny, który dostawał się do budy szerokim otworem.
Przez chwilę leżała kurcząc skostniałe członki i mrużąc oczy przed złotym blaskiem słońca, które szerokim płatem słało się na białych kamieniach dziedzińca i jak to zwykle ma miejsce w chwili przebudzenia, tłoczyły jej się do myśli wszystkie wspomnienia dnia minionego.
Naraz przetarła sobie oczy jakby chciała rozpędzić sen jakiś; przypomniała sobie, że jest bogatą i że co tylko zażąda, posiąść może.
Wprawdzie wiedziała, że trzy ruble nie stanowią nieograniczonego skarbu, ale pragnienia jej i potrzeby dotąd ograniczały się do najelementarniejszych, a przytem łatwość popełnionej kradzieży była jej zachętą; przez tę noc przyszła do przekonania, że wszystkie pieniądze znajdujące się w kieszeniach ludzkich są do jej rozporządzenia, że dość będzie wyciągnąć rękę, aby je posiąść.
I jakby chcąc uskutecznić to zaraz, podniosła się szybko, rozgarnęła włosy na czole, rozczesując je palcami, przygładzając dłonią i wyszła na słońce, ażeby się rozgrzać.
Ludność starej poczty spała jeszcze, tylko wróble świergotały skacząc i czubiąc się po obszernych dziedzińcach i kilka kur chowanych przez jedną z lokatorek, kwokały grzebiąc z nawyknienia pomiędzy kamieniami bruku.
Słońce świeciło w oknach starego gmachu zwróconych ku wschodowi, a pozbawionych okiennic i firanek, odbijało się w stłuczonym zegarze i oblekało odrapane mury wesołym blaskiem, pod którym ginęły plany i rany odpadającego tynku.
Panowała tutaj wielka cisza. Stary dom zasypiał jeszcze wśród spiącego miasta.
Maryś rozglądała się po nim wesoło. Zostały jej jeszcze resztki wczorajszej wieczerzy, parę bułek, niedogryziony serdelek, zabrała się więc do śniadania z tem błogiem uczuciem, że może teraz jeść do syta. Ponieważ miała wspaniałą naturę, rozkruszyła resztę bułki i rzuciła pomiędzy wróbli. A gdy zbiegła się z wrzaskiem rzesza skrzydlata, cieszyła się patrząc na to mnóstwo, które zebrało się nie wiedzieć zkąd, zwabione żerem i świergotało wesoło, ciesząc się manną niebieską rzuconą jej ręką.
Wkrótce jednak znudziła jej się samotność, ptaki nie były dostatecznem towarzystwem dla niej, zajrzała do Jóźka, ale ten spał jak zabity. Poszła więc zobaczyć czy nie wydostanie się na ulicę. Stróż Kacper spał jeszcze, trzeba było czekać cierpliwie.
Wprawdzie stróż drugi, ex-wojskowy, Ludwik, który strzegł bramy od Krakowskiego Przedmieścia otwierał ją daleko raniej, z poczucia przeciw nielegalności swego położenia, Maryś unikała starannie wszelkiej kolizyi z tą najwyższą dla niej władzą wykonawczą starej poczty, albowiem Kacper nawet lękał się Ludwika, który jakkolwiek równy urzędem, miał przecież nad nim widoczną przewagę.
Ex-wojskowy, szpakowaty, z marsem na czole, służbista, nosił groźnie miotłę, naksztalt karabina. Cóż więc dziwnego, że budził on w Marysi strach prawdziwy. Starała się jak najmniej nasuwać mu na oczy.
Ile razy zobaczyła go zdaleka, kryła się w jakim kąciku lub sionce, których ma tyle opustoszały budynek i byłaby chciała jak myszka wleźć w najciaśniejszą dziurę, byle uniknąć tej miotły, która z żołnierską akuratnością zdawała się wymiatać z dziedzińca zarówno śmiecie jak takie jak ona istoty, nigdzie nie mające prawa bytu.
Kulawego Kacpra, który niedowidział i niedosłyszał, lękała się mniej nierównie, uważała go za swego szczególnego protektora, i wiedziała z doświadczenia, że chociaż klął siarczyście, przecież był dobrym człowiekiem, a przynajmniej dopóki się nie upił, nikomu nic złego nie zrobił. Maryś zaś w czasie krótkich, ale praktycznych swoich studyów życiowych, nauczyła się być bardzo mało wymagającą od ludzi.
Czekała więc cierpliwie, dopóki Kacper nie otworzył bramy i nie zabrał się mrucząc do codziennej roboty, wówczas dopiero wybiegła na ulicę. Była wyspana i najedzona jak rzadko kiedy, zapewne zadowolenie fizyczne budziło w niej niezmierną chęć ruchu, gwaru; chęć bardzo naturalną w dzieciach, u których szybki obieg krwi wytwarza specyalne potrzeby.
Słońce świeciło coraz raźniej, dogrzewało coraz mocniej i Maryś rozweselona biegła szybko pustemi jeszcze ulicami, biegła aż na rynek Starego Miasta, gdzie wiedziała, że spotka kilku współtowarzyszy sierocej doli.
Jakoż zobaczyła tam rudowłosego Antka, kosooką Jaguś i zasmolonego Staśka, który miał przydomek kominiarza, bo nikt nigdy nie widział jego umytej twarzy.
Maryś wpadła pomiędzy nich jak bomba, chciała bawić się, biegać, śpiewać i plątała się między przekupkami, które wymyślały jej klnąc na czem świat stoi. Wówczas zawołała dzieci, chciała wyprowadzić je na pusty plac nad Wisłą, gdzie mogły być zupełnie swobodne.
Ale dzieci nie miały ochoty opuszczać targowego placu, gdzie mogło miłosierdzie ludzkie lub przypadek zesłać im pożywienie jakie i spoglądały pożądliwie na stosy rzodkwi i sałaty, na jaja, ser, masło, a nawet na surowe kartofle, które stały w workach obok przekupek.
Maryś zrozumiała szybko o co chodziło wiecznie głodnej gromadce, więc wzruszyła ramionami z dumą i pewnością i siebie.
— Chodźcie — zawołała — chodźcie, ja wam dam co lepszego.
Pewność zawsze i wszędzie imponuje gawiedzi, to też usłyszawszy te słowa, Jaguś i Stasiek szeroko otworzyli usta i skłonni byli iść za Marysią, kiedy Antek rozważniejszy od nich, zawołał:
— Owa! jaka mi pani. Cóżeś to skarb jaki posiadła, czy co? że nam takie rzeczy obiecujesz.
Maryś miała wielką ochotę podnieść w górę czterdziestówkę na dowód, że najwspanialszych obietnic dotrzymać może, wstrzymała ją przecież rozwaga i gruntowna znajomość współtowarzyszów. Wiedziała, że Antek był dużo mocniejszy od niej i że nie wahałby się wydrzeć jej pieniądz. Pomimo to bawiła się z nim chętnie, gdyż zwykle nie potrzebowała się lękać jego przemocy, a on do zabawy i figlów był jedyny, lubiła go nawet, bo jak wiemy, Maryś była filozofką, brała ludzi takiemi, jakiemi byli i pełną była dla nich pobłażania.
— Nie chcesz, to nie chodź! — mruknęła tylko. — I skinęła na dwoje młodszych.
Ale przykład Antka, podziałał na nich, stali na miejscu. Maryś zrozumiała, że są położenia społeczne nie dające gwarancyi żadnej; zrozumiała, że kto ma nieszczęście do nich należeć, nie może łowić ludzi na czcze obietnice, jak to się zdarza często wyżej położonym i że jest to jedna niedogodność więcej dla ludzi nie dających gwarancyi, którzy za wszystko bez wyjątku płacić muszą brzęczącą monetą.
Odeszła wśród śmiechu Antka, któremu wtórowali Stasiek i Jagusia, przecież nie odeszła daleko, poszła do straganu, kupiła za całą czterdziestówkę pomarańcz u przekupki i trzymając je w podartej zapasce, która zastępowała jej miejsce fartuszka, pobiegła napowrót do dzieci.
— Na wam — zawołała rzucając każdemu z nich pomarańczę z rodzajem wyzwania.
A w tej chwili oczy jej ciskały błyskawice z pod czarnych kędziorów, które na nie spadały.
Dzieci osłupiały z razu, zdziwienie ich przecież szybko ustąpiło miejsca radości.
— Wiwat Maryś! — krzyknął pierwszy Antek podrzucając w górę pomarańczę — patrzcieno ją, dyć to pani. Idźcie za nią pędraki — zakomenderował do dwojga młodszych.
Ją tymczasem odeszła chęć zabawy; ruszyła ramionami z jakąś dumą niepojętą w jej położeniu i nie raczyła nawet odpowiedzieć, tylko stanęła oparta plecami o mur, cała oblana wznoszącem się słońcem, którego promienie igrały w jej czarno-błękitnych włosach, rzucały ogniste połyski na śniadą cerę i haftowały złotem łachmany.
Wspaniałomyślny jej postępek nie uszedł ogólnej uwagi, wszystkie dzieci, jakie były na targowym placu, zleciały się do niej, nakształt owych wróbli, którym w dziedzińcu pocztowym kruszyła resztki bułki.
— A mnie, a mnie! — wołały oblegając ją w około i wyciągając ręce.
Miała jeszcze dwie pomarańcze dla Józka i dla siebie, rzuciła im; dzieci jednak było kilkoro, dwoje starszych złapało je w locie i uciekło ze swoją zdobyczą, inne stały spoglądając na nią żałośnie.
— Chodźcie! — skinęła na nich Maryś.
Tym razem bez wahania poszły za nią.
Zaprowadziła je do starej żydówki, która siedziała na schodkach jakiegoś sklepu z koszem pomarańcz, kupiła tyle owoców, ile ich było i dała je każdemu w rękę.
W tej chwili przechodziła Adamowa z koszykiem.
— Maryś! zawołała — zkąd ty masz pieniądze?
— Znalazłam — odparła bez wahania dziewczyna.
— Gdzie? — pytała dalej Adamowa, nieco podejrzliwie.
— Na Krakowskiem Przedmieściu — mówiła niezmieszana Maryś.
A wiedząc z doświadczenia jak w podobnych razach ważne są szczegóły i uprawdopodobniają fakty, dodała kilka wysnutych już na czysto z bujnej wyobraźni.
— A no, kiedyś znalazła — upominała Adamowa — to lepiejbyś sobie kupiła koszulę lub spodnicę zamiast chodzić w takich łachmanach.
— Iii! — odparła tylko przeciągle patrząc na kobietę oczyma dzikiego kota i o mało nie parsknęła jej śmiechem w oczy.
Miała ona dla stroju i t. p. marności światowych najwyższą pogardę; jak Dyogenes uważała za szaleństwo myśleć o rzeczach, bez których obchodziła się całe życie lub kupować szatę jaką, kiedy dotąd okrywało ją miłosierdzie ludzkie; dla czego więc kupować ją miała, a tem bardziej kupować na wiosnę, gdy słońce dogrzewało i miało dogrzewać jeszcze parę miesięcy.
Ponieważ rad nie lubiła, odeszła czemprędzej od Adamowej, rozdzierając pomarańczę ostremi paznogciami i wysysając jej sok słodki.
W ten sposób wydawane pieniądze nie mogły trwać długo, zresztą Maryś nie myślała czekać tej ostateczności. Raz spróbowawszy złodziejstwa, zaczęła plądrować po kieszeniach przechodniów ze sprytem i zręcznością sobie właściwą.
Wkrótce Maryś zasłynęła pomiędzy współtowarzyszami nietylko ze sposobu, jakim radzić sobie umiała, ale ze wspaniałomyślności, z jaką rozrzucała w koło siebie łakocie i dary.
Trzeba ją było widzieć, gdy z okiem pełnem uwagi, z nozdrzami rozdętemi, z przyciętą wargą zbliżała się kocim krokiem do upatrzonej kieszeni i ten rzut głowy szybki jak błyskawica, gdy oglądała się w około, czy nie śledziło ją spojrzenie jakie, a wreszcie ruch podobny do piorunu, gdy sięgała po ukryty przedmiot i chowała go pod łachmany.
Nauczyła się także w podobnych chwilach układać fizyonomię, zapatrzeć się w jakibądź przedmiot mogący rozbudzić uwagę i tym sposobem omylić podejrzenia. Słowem, sztukę swoją doprowadziła do artystycznej doskonałości.
Nie zbogaciła się przez to, nie miała calszego ubrania ani trzewików na nogach, słońce jak dawniej paliło jej głowę, której jedyną ochronę stanowiły bujne kędziory włosów, bo jak wiemy, nie dbała o to wcale. Ale za to gromady małoletnich obdartusów posłuszne były jej woli, Józiek nadskakiwał jej nie przymierzając jak biedny kancelista milionowej kuzynce; miała rodzaj nieodstępnego dworu, wydawała rozkazy spełniane skrupulatnie i to zadowolenie miłości własnej, połączone z przekonaniem, że sama bez niczyjej pomocy zdobyła sobie wyjątkowo zajmowane położenie, stanowiło niezmierną uciechę dla ambicyi, będącej wybitną właściwością tej nędznej istoty, rzuconej pomiędzy ostatnie warstwy społeczne, a w której może grała krew arystokratyczna.
Można śmiało powiedzieć, że kilka letnich miesięcy były dla Marysi miesiącami szczęścia. Upojona powodzeniem i władzą, jaką daje zwykle powodzenie, jak ptak na gałęzi śmiała się i dokazywała otoczona żebraczym dworem, wśród którego wyglądała niby mała królowa.
Przywykła grać wśród niego rolę wyroczni, używała w całej pełni rozkoszy panowania, zasypiała syta, zmęczona zabawą i budziła się codzień do nowego użycia. Znany to jednak fakt, że fortuna kołem się toczy, że nie ma trwałego szczęścia pod słońcem, a wreszcie i to, że wszelkie nielegalne szczęście bywa bardziej jeszcze od każdego innego znikome. Niestety, Maryś z pod tego ogólnego prawa wyłamać się nie mogła i miała doświadczyć zmienności losu tem prędzej, że uzuchwalona powodzeniem, coraz mniej zachowywała ostrożności niezbędnych w ryzykownem rzemiośle, jakie prowadziła.
Parę razy stójkowy widział ją kupującą rozmaite przedmioty, jak rozrzucała pieniądze i zaczął ją śledzić uważnie, aż wreszcie w piękne południe, kiedy ludzie cisnęli się jak mrówki wychodząc z kościołów i dążyli do Saskiego ogrodu, złapał ją na gorącym uczynku, gdy wsunąwszy rękę do kieszeni jakiejś strojnej pani, wyciągnęła z niej maleńką aksamitną portmonetkę.
Była to fatalna chwila dla Marysi. Wprawdzie mogła z góry przewidzieć, że podobna chwila prędzej lub później nastąpi, ale nie trzeba zapominać, że Maryś była dzieckiem, a przewidywanie nie jest zazwyczaj cnotą dziecinną. To też kiedy uczuła drobną dłoń swoją schwytaną jakby w żelazne kleszcze stójkowego, kiedy ujrzała się otoczoną złorzeczącym i urągającym tłumem, który zebrał się w mgnieniu oka, Maryś stała się nagle białą jak ściana, pot zimny wystąpił kroplami na twarz, z której krew zbiegła i czuła według utartego wyrażenia, jak włosy podnosiły jej się na głowie.
Rzeczywiście była blizką zemdlenia. Nikt jednak na to nie zważał; krzyczano, wymyślano, odgrażano się jej. Czas jakiś stała z głową spuszczoną na piersi, nie bardzo rozumiejąc co się z nią działo, bo kręciło jej się w głowie i tylko wszystkie głosy mięszały się w jeden szum straszny, niby morze, którego rozszalałe bałwany pochłonąć ją miały.
— No! — zabrzmiał wreszcie nad nią głos policyanta — marsz w drogę.
Podniosła głowę i oczy błędne, niepewne, pełne przerażenia, zapytań i prośby wlepiła w policyanta.
Nikt nie zrozumiał tego spojrzenia, nikt nie odpowiedział na nie.
— No! marsz! czyś głucha? — krzyknął policyant podnosząc rękę.
Nie czekała aż ją spuści, gibka i zwinna uchyliła się przed razem i rzuciła naprzód tak szybko, iż byłaby wyśliznęła się z tłumu, gdyby nie trzymająca ją ręka. To próżne pokuszenie wywołało głośny wybuch szyderczego śmiechu. Tego było za wiele dla Marysi. Ona nędzna, żyjąca tylko z miłosierdzia lub kradzieży, nie znosiła szyderstwa, jeżeli ją kiedy spotkało, szukała obrony w ucieczce. Teraz uczynić tego nie mogła, więc wyprężyła się pod nim jak struna i rzuciła prześladowcom swoim jadowite spojrzenie, w którem gorzała bezsilna wściekłość istoty doprowadzonej do ostateczności. Podniosła głowę, z jakąś dumą trudną do wytłumaczenia, dumą zasługującą na nazwę zuchwalstwa, gdyby tylko Maryś miała najlżejsze pojęcie o jakimbądź kodeksie moralności i znała wartość popełnionych czynów.
Uczuła coś dziwnego w sercu; szyderstwo, którego uniknąć nie mogła, podżegało jej dumę, kazało jej przynajmniej nie pokazać, że ono boli i stawić przeciwności niezachwiane czoło.
Paliło jej usta zapytanie, gdzie ją prowadzą? Nie wypowiedziała przecież, nie dla tego, by nie śmiała, tylko że nie raczyła.
Przez parę ostatnich tygodni nawykła do królowania wśród rzeszy obdartusów i uliczników. Jakkolwiek odbiegł ją dwór ten, nie straciła od razu królewskich nawyknień.
Nieszczęściem, nikt tego zrozumieć nie mógł, przeciwnie zuchwałe spojrzenie źle uprzedziło przeciwko małej przestępczyni. Nie było psychologa, któryby zadał sobie pracę zbadać i wyrozumieć jego powód.
Dnia tego Maryś po raz pierwszy od dni wielu spała w izbie; wprawdzie była to izba więzienna, niezbyt obszerna, niezbyt wygodna, ale w porównaniu z budą w starej poczcie i różnemi innemi jej legowiskami, tapczan, na którym spoczywała pod dachem, w izbie opatrzonej drzwiami i oknami, był szczytem wygody, tak, iż można było zmianę jej losu nazwać zmianą pomyślną.
Dostawała też strawę, gotowaną, gorącą, nieodpowiednią może dla wymyślnego podniebienia, lepszą przecież od tej, jaką kiedykolwiek jadła.
Znalazła tu także towarzystwo. W celi, gdzie ją zamknięto, były jeszcze dwie kobiety, stara pijaczka Marcinowa i dwudziestoletnia dziewka wiejska Julina, szorstka, złośliwa i zacięta.
Towarzystwo to było nieosobliwe. Na jednej i na drugiej kobiecie ciążył przymus więzienny, każda miała swoje wspomnienia, zgryzoty i troski. Jedna i druga zapadała często w zadumę, z której wyrwać je było trudno, a gdy mówiły co, kłóciły się zwykle zajadle.
Maryś przecież nauczyła się od nich wielu rzeczy, a najprzód teoretycznie przynajmniej uczyniła wielkie postępy w złodziejskiem rzemiośle. Dotąd kradła ona z potrzeby, z dobrego serca, w najprostszy sposób, wsuwając rękę do kieszeni przechodniów, korzystała z mody, która ułatwiała jej rzemiosło w przedziwny sposób.
Teraz dowiedziała się, że było bezpieczniej i wygodniej dostawać się do piwnic, gór, mieszkań i ztamtąd wynosić rzeczy nieraz kosztowniejsze od pieniędzy, że były składy, gdzie natychmiast bez niebezpieczeństwa można było wynieść, sprzedać lub ukryć skradzione przedmioty.
Dowiedziała się także, iż zjednoczenie stanowi siłę i że takich sił jednostek zjednoczonych przeciw własności było wiele; że ludzie posiadający siłę pięści i ramion potrzebowali nieraz pomocy takich drobnych, sprytnych istot jak ona; że była dotąd głupią nad wyraz marnując i rozdając owoc kradzieży i karmiąc mnóstwo darmozjadów, którzy żyli jej kosztem, nie narażając się na żadną odpowiedzialność, bo przecież oni mogli radzić sobie tak samo, jak to ona czyniła. Towarzyszki nauczyły ją także, iż pod żadnym względem nie powinna się była do niczego przyznawać, ale wbrew oczywistości i dowodom utrzymywać, że jest niewinną, bo to jedyny sposób wyplątania się z biedy, kiedy kto przypadkiem w nią popadnie.
Maryś słuchała, słuchała całem sercem, duszą, nietylko uszami; słuchała tem chciwiej, że dotąd nikt nie uczył jej nigdy niczego, a pojętny jej umysł chwytał skwapliwie tę sposobność nabycia jakiejbądź wiedzy. Innych nauk byłaby słuchała równie pilnie, może pilniej jeszcze, nieszczęściem były to jedyne, jakich jej udzielono.
Pomimo to przykrzyło jej się w więzieniu. W obec łachmanów, jakie ją odziewały, strój więzienny zdawał się szczytem elegancyi i wygody, w obec jej dawnych legowisk cela więzienna była pałacem, a przecież rady sobie tutaj dać nie mogła. Nieraz biegała w koło ciasnej celki jak mysz, pomimo łajania dwóch kobiet, dla tego jedynie, że usiedzieć w miejscu nie mogła, bo odzywała się w niej żywa krew i nerwy dziecinne; czasem znów puszczała wodze marzeniom, a bujna wyobraźnia stawiała jej przed oczy jakby żywe obrazy przyszłości.
Maryś gotową była śmiać się dziś i płakać, myśląc o wszystkich towarzyszach dotychczasowego życia i brała ją ciekawość wielka zobaczyć, co oni robią, jak sobie radzą bez niej, a osobliwie co robił Józiek. I gdy myślała o nim, to ani się spostrzegła, jak łzy toczyły jej się po twarzy.
Raz kiedy to zobaczyła stara Marcinowa, zapytała:
— Czego to płaczesz, Maryś?
Ale Maryś powiedzieć nie chciała, zaczerwieniła się jak piwonia, otarła czemprędzej łzy ręką i odtąd miała się na baczności przeciw wspomnieniom. A jeśli puszczała im jeszcze wodze, to tylko w nocy, kiedy nikt widzieć jej nie mógł.
Powoli życie minione zasuwało się w jakąś dal mglistą i zdawało jej się, że już nigdy do niego nie powróci więcej. Poczucie to było prawdziwe; dawna śmiała, wspaniałomyślna Maryś istnieć przestawała, była to karta odwrócona w jej życiu — scena, nad którą zapadła zasłona niepowrotnie.
Z przeszłości został jej w pamięci jeden Józiek, myślała o nim nieustannie. Byłaby chciała powiedzieć mu to wszystko, czego się tu dowiedziała, a pragnienie to łączyło się z pragnieniem wolności i wyradzało jakieś żądze nieokreślone.
Nadeszła wreszcie chwila, kiedy Maryś stawiono przed sądem. Była do tej chwili dobrze przygotowana, wiedziała doskonale co ma odpowiadać i czyniła to bez zająknienia, ze sprytem i przytomnością, które świadczyły o jej zdolnościach. Nie przyznała się do niczego i dowodziła wbrew oczywistości że ręka jej przypadkiem tylko znalazła się w cudzej kieszeni. Sąd, była to dla niej rozrywka wśród jednostajności dni więzienia; reprezentacya, w której brała udział, w której była osobą główną i to radowało jej ambicyę, czyniły zadość dumie będącej najważniejszą cechą jej charakteru. Nie rozumiała wprawdzie całego biegu sprawy, gdyż ta prowadzoną była w urzędowym języku, o którym nie miała najlżejszego wyobrażenia, tylko błyskała oczyma na wszystkie strony, jakby myśli ludzkie odgadnąć chciała. Pomimo przebiegłości i sprytu swojego Maryś była jeszcze dzieckiem w całem tego słowa znaczeniu i zapatrywała się na wszystko z lekkomyślnością dziecinną.
Sprawa była tak drobną, tak zwyczajną iż nie budziła niczyjej ciekawości. Przywołano ją trzecią czy czwartą z porządku. Maryś bronił z urzędu jakiś adwokat, który nie miał czasu ani ochoty zająć się małą złodziejką i przeglądał na prędce akta w sali sądowej, by odbyć w jak najkrótszym czasie narzuconą sobie pańszczyznę. Jak nawet było bronić tej dziewczyny złapanej na gorącym uczynku?
Dziewczyna ta jednak wypierała się przestępstwa, o które ją obwiniano i twierdziła wbrew oczywistości, z naiwnym uporem, że ręka jej przypadkiem tylko znalazła się w cudzej kieszeni, że nie miała wcale zamiaru wyciągać tego, co się w niej znajdowało, prawo zaś wymaga przyznania się do winy lub świadków, tymczasem w obec tak kategorycznego zaprzeczenia, świadkowie okazali się niedostateczni, adwokat oparł więc swoją obronę na mylności pozorów, które często wprowadzają w błąd sprawiedliwość i wypowiedział na ten temat kilkanaście ogólników, mniej więcej przyozdobionych krasomówczemi formami.
Nie chodziło mu bynajmniej o to, aby kogokolwiek przekonać, spełniał narzucony sobie obowiązek — nic nadto. W duchu nie wątpił bynajmniej o winie swojej klientki i uważał, iż powinna ponieść zasłużoną karę.
Sędziowie należeli dnia tego wszyscy, bez wyjątku, do obcej narodowości, zresztą sprawa nie obchodziła ich więcej niż adwokata. Słuchali z uśmiechem niedowierzania energicznych zaprzeczeń Marysi i przemowy jej obrońcy. Mieli już dość sposobności przekonania się, iż kradzieże świadków nie miewają zwykle i że w obec wymaganych dowodów prawnych, każdy złoczyńca był niewinnym i czystym jak kryształ. Słyszeli też ze wszystkich stron skargi na zwiększenie liczby przestępstw, słyszeli że obwiniano o to ciągle wprowadzoną świeżo reformę sądową, że zarzucono nowym sądom szczególną względność, mianowicie dla oskarżonych o targnięcie się na cudzą własność i postanowili od pewnego czasu brać rzeczy surowiej niż to dotąd czynili. Maryś mogła paść ofiarą tego zwrotu do energiczniejszego wymiaru sprawiedliwości.
Maryś była jednak tak mała, wątła i drobna, iż niepodobna było postępować z nią jak z osobą odpowiedzialną, a tymczasem pewność mowy, śmiałość zaprzeczeń, przytomność w tłómaczeniu, świadczyły, że była to istota, na którą należy zwrócić baczną uwagę.
Sędziowie wyszli z sali na naradę. Narada ta nie trwała długo. Jeden z nich bowiem bieglejszy od nich w sprawach krajowych i z tego powodu mający pewną przewagę nad towarzyszami, przypomniał sobie, że są jakieś osady rolne dla małoletnich przestępców, do których należy posyłać dzieci dopuszczające się kradzieży.
Czarna Maryś pozbawiona jakiejbądź opieki a nadto złapana na gorącym uczynku złodziejstwa, kwalifikowała się do Osad rolnych dla małoletnich przestępców pod każdym względem. Przedstawił więc rzecz tę kolegom, a ci bez namysłu zgodzili się na jego pogląd, bo nad czem się tu było namyślać?
— No tak, do Osad rolnych — przywtórzył jeden i drugi ziewając, bo przyznać należy że jest na świecie dużo przyjemniejszych zatrudnień niż sądzenie głupich złodziejskich spraw.
— No tak — przywtórzył drugi patrząc niecierpliwie na zegarek, albowiem pan sędzia był młody i miał jakieś rendez-vous w ogrodzie, o którem myślał ciągle w czasie posiedzenia sądu. — Do Osad rolnych.... już późno.
— Do Osad rolnych — zakonkludował promotor wniosku, dumny ze swojej wiedzy i filantropii.
Nie zważając więc na znudzone miny kolegów, zaczął mówić długo i szeroko o instytucyi, którą jak twierdził, znał dokładnie. Była ona według niego jakby umyślnie założona dla poprawy i umoralnienia małej złodziejki, która z taką bezczelnością upierała się przy swojej niewinności.
Zachwycał się dalej tą ulubioną sobie instytucyą, oddającą tak wielkie usługi społeczeństwu i wymienił parę zdań o szlachetnem działaniu filantropii.
Poczem sędziowie weszli na powrót do sali sądowej i wygłosili sentencyę wyroku.
Maryś była bardzo ciekawą co z nią będzie ale nikt jej tego nie objaśnił, daremnie zwracała na wszystkie strony wielkie, pytające oczy, pełne w tej chwili niepokoju. Nikt na to nie zważał.
Odprowadzono ją do więzienia.
— A cóż? — pytały ją towarzyszki.
— A cóż? kto tam wie? — mruknęła tylko.
I rozgniewana, pełna oburzenia, którego nie umiała wypowiedzieć, rzuciła się na swój tapczan.
Kobiety jednak pytały dalej. Nie dla tego, by Maryś budziła w nich szczególne współczucie, tylko że były ciekawe, że życie więzienne jest monotonne, a w niem najmniejszy wypadek nabiera ważności.
— A nie przyznałaś się.
Maryś nie była w rozmownem usposobieniu.
Wstrząsnęła głową z wyrazem gniewu, który wyrabiał się w niej powoli pod wpływem więziennego przymusu i ukryła twarz w dłoniach, bo w tej chwili wszystko ją draźniło.
Nie miała ona wcale tkliwego usposobienia, przeciwnie, twarde dzieciństwo, brak miłości rodzicielskiej i większych wpływów, wszystko to wyrobiło w niej pewną filozoficzną obojętność na to, czego nie posiadała.
Była ona praktyczną, szorstką, cyniczną w mowie, bo cynizm taki jest barwą ogólną warstwy społecznej, do której należała, przecież pod tym cynizmem drgały w niej jakieś pragnienia, jakieś siły, jakieś niewypowiedziane uczucia.
Dopóki była wolną wśród nędzy, biedy i głodu, które cierpiała nieraz, zachowywała pewną równowagę umysłu, podobna była do ptaka na gałęzi, śmiała się i śpiewała, jeżeli nie dolegało jej jakie doraźne cierpienie; a gdy to minęło, ona znowu odzyskiwała natychmiast pogodę i wesele. W celi więziennej przeciwnie, jednostajność i zamknięcie wyrabiało w niej drażliwość i jakiś gniew tłumiony, który zdawał się wrzeć nieustannie w głębi jej piersi i wybuchał za lada przyczyną, albo bez przyczyny. Odbywała się w niej jakaś przemiana, stała się milcząca i ponura, a jej czarne wielkie oczy świeciły nieraz z za włosów, które nań spadały, dzikim blaskiem, jak źrenice kota w ciemności.
Teraz nie była w stanie odpowiadać na pytania towarzyszek.
Ciekawość tych kobiet przyprowadzała ją do wściekłości, bo pobudzała jej własną.
Niegdyś zostawiona samej sobie, radziła sobie jak mogła i umiała, nie przyszło jej do głowy mieć żalu do kogokolwiek. Tutaj przeciwnie, rodziło się w niej niewyraźne poczucie jakichś krzywd sobie wyrządzonych, których zapewne nie umiałaby nazwać, ale które pomimo to pobudzały ją do odwetów, równie niesformułowanych wyraźnie, przecież gwałtownych, czekających tylko swojej godziny.
Z dziecka kradnącego jedynie z niewiadomości, potrzeby, swawoli, albo dla dogodzenia instynktom panowania i dumy, wyrabiała się pod działaniem bezczynności, zamknięcia, istota przewrotna, pełna złych instynktów i złej woli.
Metamorfoza dokonywała się zwolna, codzień jednak akcentując się wyraźniej. Nie było jednak nikogo, coby na nią zwracał uwagę.
W nocy po sądzie pierwszy raz w życiu Marysia oka zmrużyć nie mogła. Paliła ją niecierpliwość czegoś nowego. Dawniej jeżeli nudziło ją patrzeć na te same ściany, widzieć tenże sam mur pod oknem, też same szczerby, szczeliny w ścianach, też załomki w podłodze, też rdzawe plamy na zamku ciężkich drzwi, a wreszcie słyszeć też same głosy towarzyszek i niemal jedne powtarzane słowa, myślała sobie, że przecież niedługo ją osądzą, a wówczas wiedziała, że albo ją puszczą na wolność, albo też przeprowadzą do innego więzienia i jak prawdziwe dziecko, z góry cieszyła się zmianą.
Teraz wszystkie jej rachuby zostały omylone, powróciła tu, gdzie była przedtem, a gdy spojrzała znowu na mur przed oknem, na jego szczerby i szczeliny i na te wszystkie rzeczy, które dotąd tkwiły jej w pamięci, zdjęła ją trwoga niewypowiedziana, że trzeba jej będzie pozostać tu dalej, kto wie, może na całą wieczność. Może przyjdzie jej dorosnąć i umrzeć w tej celi, którą nagle znienawidziła z całą potęgą gwałtownych uczuć.
Marcinowa jednak, która już parę razy sądzoną była, powiedziała, że zawsze tu jeszcze czas jakiś posiedzieć musi. Ale co będzie dalej?
Dowiedziała się wreszcie, że Maryś skazaną była do Osad rolnych. Widocznie czekano aż zbierze się kilkoro skazanych, ażeby odstawić ich do miejsca poprawy i kary. Tak rozumowały kobiety.
A Marcinowa upiwszy się, co jej się często zdarzało, pomimo regulaminu i dozoru więzienia, zaczęła na ten temat nad Marysią zawodzić, powtarzając:
— Chudziaczko, pójdziesz ty do Osad rolnych.
Marysia nie rozumiała znaczenia wyrazów, rozumiała to jedno, że będzie z nią zmiana jakaś. Podniosła głowę i błysnęła oczami rozgarniając włosy nad czołem.
— A co to osady? — spytała.
Marcinowa znalazła się w lekkim kłopocie, znała bowiem wyraz, ale nie jego znaczenie.
— To tam het na wsi, kajś za Warszawą — mruczała.
Maryś zamyśliła się, wlepiając w nią wzrok zdumiony.
Nie znała innego świata nad miasto, wiedziała wprawdzie, że są jakieś rogatki, bo słyszała o nich nie raz, ale wyobrazić sobie coś innego nad ulice, domy, bruk, a wreszcie puste place, nie umiała wcale. Myśli jej zaciekawione wybiegały w ten świat nieznany, a Marcinowa zaczęła znowu, rozczulając się bez przyczyny, jak zwykle, gdy wypiła kieliszek wódki:
— Oj będziesz ty miała za swoje, chudziaczko! Oj będzie tobie, będzie!
— Albo co? — spytała Maryś tknięta tem pożałowaniem.
Marcinowa nie odpowiadała wyraźnie, tylko rozczulając się coraz bardziej własnemi słowami, powtarzała:
— Oj, chudziaczko, oj! zamordują ciebie, zamęczą! zabiedzą!
I dalej ciągnąc myśl swoją z uporem pijackim, zaczęła płakać i zawodzić, powstrzymywana jedynie strachem dozorców więziennych, którzy nie pozwalali hałasować w celach. Przyciągnęła do siebie Marysię i chciała ją całować. Ale dziewczyna wyrwała się z jej objęcia. Nie mogła znieść jej pijanych uścisków. Wyrwała się, stanęła o kroków parę i spoglądała na nią z niespokojnym namysłem.
— Mówcie lepiej co tam będzie — pytała z bijącą piersią.
— Co! — powtarzała Marcinowa — zamordują, zamęczą, zamęczą!...
— At! nie gadalibyście głupstwa — odezwała się Julina. — Widziałam ja tych chłopców w Studzieńcu, to tak kieby panicze jacy!
— Zamordują, zamęczą! — jęczała Marcinowa.
Julina pogardliwie ruszyła ramionami.
— Sama nie wie co plecie — mruknęła spoglądając na Marysię. — Cóż to im złego? w zimie mają buty, czapki, kożuszki i cały rok strawę gorącą, i pościel świeżą i chodzą do szkoły. Co im ta złego!
Maryś pomiędzy temi definicyami zupełnie sprzecznemi, stała zawieszona spoglądając raz po raz na dwie kobiety, które malowały jej przyszłość w tak różnych kolorach. Nie miała żadnego powodu więcej wierzyć jednej niż drugiej, doświadczenie nauczyło ją, że prawda równie często wychodzi z ust pijaka jak kłamstwo z ust trzeźwego, ale doświadczenie także nauczyło ją raczej wierzyć złemu niż dobremu i prędzej się pierwszego niż drugiego spodziewać. Przecież Julina mówiła, że była tam, że widziała na własne oczy takich małych złodziei jak ona. Dla czego złodzieje wyglądać mieli jak panicze? nie mogła tego zrozumieć.
Ale ona tylu rzeczy nie mogła zrozumieć, iż nie była to wcale przyczyna do niewiary.
— A dziewczyny widziałyście? — spytała wreszcie.
Julina zastanowiła się. Nie, ona dziewcząt nie widziała, to jednak nie był powód, żeby Osad dla dziewcząt nie było.
— Pewnikiem są gdzieindziej — odparła.
— A co one robią?
Tego także Julina objaśnić nie umiała; po namyśle jednak wyrzekła, iż pewno robią to samo co chłopcy, że muszą uczyć się tak jak oni.
Uczyć się, wyraz ten obijał się czasem o uszy Marysi, teraz pierwszy raz zatrzymał jej uwagę. Co to znaczyło uczyć się? Jak wiemy nikt ją nigdy nie uczył niczego, a jedyną reprezentantką wiedzy była w jej oczach szkoła żydowska, w której widziała czasem przez okna dzieci najniższych warstw izraelickiej ludności, kiwające się nad książkami i powtarzające chórem, miarowym akcentem, niezrozumiałe wyrazy. Nieraz przedrzeźniała je wraz ze swoimi towarzyszami.
— Co to wielkiego uczyć się! — zawołała.
Julina wzruszyła ramionami; nauka obchodziła ją bardzo mało, tak samo jak Maryś, była to natura gruba, zwierzęca; odwróciła się od niej i widocznie zamyśliła się o czem innem. A Marcinowa rozmarzona, z głową zwieszoną na piersi, z rękoma opuszczonemi na kolana, zasypiała zwolna, mrucząc tylko chwilami głosem przerywanym:
— Zamordują, zamorzą, zamęczą.
Maryś odwróciła się od niej z gniewem, chciała pytać dalej Julinę, ale wiedziała, że to byłoby daremnem; gdy Julina zamyśliła się jak to uczyniła w tej chwili, kiedy oko jej stawało się szkliste, a spieczone wargi zdawały się spragnione chwytać powietrze spazmatycznym ruchem, to już nikt z niej nie mógł wydobyć słowa jednego.
Pozostała więc zupełnie sama pomiędzy dwoma kobietami; sama z niepokojem, ciekawością, trwogą i wszystkiemi uczuciami, jakie w niej budziła przyszłość niepewna. Oh! gdyby ona mogła wiedzieć?... Gwałtowna jej natura nie pragnęła nic więcej w tej chwili.
Siadła w kącie z łokciami opartemi na kolanach, z czołem w dłoniach, ona także odosobniła się od towarzyszek, odkreśliła od nich kołem myśli. Głowa jej pracowała, usiłowała daremnie rozwiązać ciężkie zagadki, jakie jej nieświadomej, jej małej, jej zamkniętej stawiało życie. W pośród nich wszystkich, szczególniej teraz zatrzymała się nad jedną, nad tym wyrazem: uczyć się, który tyle razy obijał się o jej uszy. Przypomniała sobie teraz, iż nieraz mówiono jej: «Ot Maryś, uczyłabyś się czego.» A ona śmiała się i ruszała ramionami, bo zaraz stawała jej w myśli szkoła żydowska, jako jedyna reprezentantka tego słowa.
Teraz, bądź to z powodu, że była coraz starszą, bądź dla tego, że wśród ciszy i spokoju więzienia miała myśl nierozerwaną, coraz nowym widokiem lub wrażeniem, zaczynała więcej rzeczy pojmować. I pierwszy raz wyraz: «uczyć się» przedstawił jej się w innem jeszcze znaczeniu. Wszakże Walek, czeladnik szewski, którego widziała nieraz z zapuchłemi uszami od targania majstra, uczył się także szyć buty, a w starej poczcie w okienku za firankami, wśród doniczek lewkonii i geranium siadała codzień jasnowłosa dziewczynka przy matce, trzymała książkę w ręku i powtarzała coś za nią, a kiedy raz była sama w oknie i Maryś przybliżyła się i zapytała co ona robi, odpowiedziała, że uczy się czytać. Więc uczyć się nie znaczyło to tylko powtarzać śpiewnym głosem jakieś niezrozumiałe wyrazy, więc można się było uczyć na rozmaity sposób wielu rzeczy. Byłaby chciała zapytać kogo o to, czego ona uczyć się będzie tam, gdzie ją posłać miano. Ale Marcinowa zdrzemnęła się, Julina zasunęła ponuro w kąt swego tapczana; zapytać nie miała kogo. Zresztą albo to one wiedziały. Myślała o tem ciągle, nieustannie myśląc o tej przyszłości nieznanej, osłonionej dla niej mgłą tajemnicy, strasznej a nęcącej, jak każda przyszłość młodą istotę. Nazajutrz rzeczy wyjaśniły się nieco; Marcinowa wyspana i wytrzeźwiona, nie pamiętała już wcale smutnych przepowiedni, które w tak żałosny sposób rozwodziła nad Marysią, przeciwnie przypomniała sobie nawet, iż jedna jej kuma dokładała wszelkich starań, ażeby chłopca w Osadach rolnych pomieścić, bo mówiła, że wyszedłby tam na człowieka i nawet poszła zapytać jednego sędziego, u którego dawniej posługiwała, co on ma zrobić, żeby się tam dostać. A potem już obie na wyścigi z Juliną zaczęły opowiadać wszystko, co słyszały o dobrobycie i rozkoszach wychowańców.
Marcinowa i Julina rzadko bardzo zgadzały się z sobą, przeciwnie może z powodu sprzecznych usposobień, może z różnicy wieku, Marcinowa bowiem była zgrzybiałą babą, a Julina dziewką w kwiecie młodości, czy wreszcie dla zabicia czasu, prowadziły nieustanną wojnę. Ale czy w zgodzie, czy wojnie, zawsze miały dar podżegania się wzajem. I tak jeśli przedmiot jaki był szary, wówczas Julina wołała, że był jasnym jak słońce, a znów piekło nie miało dość barw ponurych dla odmalowania go w oczach Marcinowej.
Kiedy zaś przypadkiem zapatrywały się jednako na fakt jaki, to znów przesadzały się wzajemnie w dobieraniu przymiotników i określeń. W takiem położeniu znalazły się teraz. Maryś słuchała, otwierając szeroko oczy i usta, o szczęściu, które miało być jej udziałem, o przyszłości, która otwierała się przed wychowańcami Osad rolnych, bo jak mówiły obie wszyscy wychodzili na ludzi, ba! na panów i to na panów całą gębą, i nagle robiło się jasno w jej myśli, wstępowała w nią otucha jakaś, marzenia przybierały wyraźne formy.
Wprawdzie wyobrażenia jej o państwie były bardzo niejasne, rozumiała jednak dobrze, o jakiem państwie mówiły towarzyszki więzienia; słyszała nieraz jak rzemieślnika, który miał własny warsztat i kilkunastu czeladzi nazywano panem. Adamowa mówiła to nie raz o majstrze, u którego mąż jej pracował. Maryś więc nie mogła wyobrazić sobie samej siebie w charakterze pani, inaczej jak pani majstrowej. A co w tem było niepodobnego? Czy to ona nie mogła być tak dobrą majstrową jak każda inna? Niechnoby tylko wyrosła i ogarnęła się trochę.
Słuchali jej przecież chłopaki i dziewczęta, kiedy rozdawała im przysmaki, słuchał ją Józiek, słuchałaby ją i czeladź, ba! sam pan majster słuchaćby musiał.
Kiedy myślała o majstrze, to nie mogła go sobie znów wyobrazić inaczej, tylko w osobie Jóźka. A wówczas przychodziły jej jakieś myśli dziwne, na sercu robiło się wesoło bardzo i razem łzy cisnęły się do oczu. Myślała jakby to ona dbała o niego, jakby mu było dobrze, jakby gotowała mu na obiad to tylko, coby lubił, oddawała najsmaczniejsze kąski, jakby w zimie siedzieli w ciepłej izbie przy kominie oboje, a w lecie szli na spacer co niedziela. W prawdzie Jóźka przy pracy wyobrazić sobie było trudno, ale to bynajmniej nie psuło jej marzeń; marzenia te były przedewszystkiem marzeniami dziecka.
Tak mijały dnie; co rano budząc się Maryś myślała sobie: to dziś, a gdy nadchodził wieczór, powtarzała sobie: to jutro. Tymczasem schodziło jutro za jutrem nie przynosząc jej zmiany żadnej.
Nudziło ją to ostatecznie. Marzenia zamieniły się powoli w pragnienia gwałtowne, które nie dawały jej pokoju, trawiły tę namiętną naturę.
Tymczasem sprawa Marysi narobiła hałasu i stała się powodem niemałego kłopotu dla sędziów, którzy wydali wyrok niewykonalny.
Koledzy w urzędzie śmiali się z nich i pytali kolejno:
— No i cóż, kiedyż wybudujecie Osady dla dziewcząt?
Kiedy wyrok wydany na Czarną Maryś będzie wykonany?
I śmiano się.
— Osady dla dziewcząt być powinny — odpowiadał zwykle prezydujący.
Ale wówczas wyliczano mu tak wielką ilość rzeczy, które być powinny, a które przecież nie istniały, iż sędzia umilknąć musiał.
Śmiano się też nie z myśli, która była dobra ale z niewiadomości. A co było najgorsze, dzienniki wzięły ten fakt na drukarskie zęby i dowiedziało się o nim szerokie koło czytających. Tym sposobem hałas, który już był nieco ucichł w kołach sądowych, rozpoczął się na nowo pomiędzy publicznością.
Szczęściem sędziowie nie wzięli tego bardzo do serca, byli oni tego zdania, że śmiech ludzki nie rani, ani żadnej dotkliwej szkody nie czyni, bo nie może przecież pozbawić ani orderu, ani urzędu, ani gratyfikacyi i t. p., a ostatecznie to w życiu tylko grunt stanowi.
Wielka rzecz, że jakąś tam złodziejkę skazali na karę nieistniejącą, wszechwiedza nie jest rzeczą człowieka, niewiadomość grzechu nie czyni, są przecież ludzie, którzy daleko elementarniejszych faktów nie znają, a pomimo to żyją, urzędują i dobrze im się dzieje.
Zresztą, jeżeli nie było Osad rolnych, to było karne więzienie i tam przecież można było osadzić dziewczynę, nie robiąc tyle hałasu o rzecz nie zasługującą na to wcale. Bo żeby to szło przynajmniej o jaką znakomitą osobistość, ale wszakże cała sprawa toczyła się tylko o małą złodziejkę, bez nazwiska i rodziny, o włóczęgę ostatniego rodzaju.
Jeden z miejscowych kolegów próbował wprawdzie dowieść sędziom Marysi, że tu nie szło o nią właściwie, tylko o sam fakt, o sprawiedliwość wreszcie, ale wiadomo, że podobnie abstrakcyjne idee nie każdemu trafiają do przekonania, tembardziej, że Maryś nie była abstrakcyą żadną, ale arcy-realną istotą.
Tym sposobem marzenia Marysi pękły jednego pięknego poranku, pękły niby bańka mydlana dotknięta brutalną ręką rzeczywistości. Wyszła z tej celi nienawistnej, ale na to tylko, ażeby wejść do innej i tam odsiedzieć naznaczoną karę.
Nie rozpaczała jednak. Przyszła jej w pomoc dziecięca wyobraźnia, żywość natury, sama nawet gwałtowność usposobienia, a wreszcie obojętność na los własny, wyrobiona nędzą. Tu czy tam zresztą, co jej to znaczyło. Przygotowaną była do życia bez jutra, do troskania się tylko o obecną chwilę.
A potem nie była tutaj zamkniętą pomiędzy dwiema nieznośnemi kobietami, jak to miało dotąd miejsce w więzieniu śledczem, na Pawiej ulicy. Zamieszkiwała wielką salę wraz z całą partyą kobiet, miała mnóstwo towarzyszek i jakich jeszcze!
Lotny jej umysł urabiał się według otoczenia i zmysł naśladowniczy wspomagał ją w tem znakomicie. Z dniem każdym stawała się mniej podobną do dzikiego dziecka, jakiem była dotąd. A w rok później, jeżeli wspomniała sobie o marzeniach, jakie snuła, gdy myślała, że będzie majstrową zamożną, żoną Jóźka, który w jej wyobraźni przybrał postać dobrego rzemieślnika, śmiała się na całe gardło. Rzemieślnik i żona jego przecież pracować muszą, czy to można marzyć o pracy jak o szczęściu, a ona zamiast tego co nauczyć ją miano w Osadach, nabyła wcale innych wiadomości. Dowiedziała się, że jest tyle sposobów żyć wyśmienicie bez pracy i trudu!...
Kiedy Maryś wyszła z więzienia, była to piękna smagła dziewczyna, o czarnem oku, w którem zamiast dawnego ognia błyszczała bezczelność, na ustach miała zawsze wyzywające cyniczne słowo, w sercu zgłuszone struny litości i współczucia nie odezwały się więcej, była tam jak w myśli, wielka próżnia, nic nie stanęło już teraz przeciwko złym rozbudzonym żądzom.
A jednak... jednak czarna Maryś nie była złem dzieckiem.





DZIKI TOMEK.


I.

Sala sądowa była rzęsisto oświecona. Sprawa przeciągnęła się do wieczora, bo też i dzień grudniowy był bardzo krótki, szary i posępny.
Słuchano świadków, dopełniono śledztwa, potem powstał prokurator, w wymownych słowach opisał przestępstwo, ugrupował dowody kwiecistym stylem, jakim celował. Wspomniał o szerzącem się zepsuciu, o zgubnych obyczajach, o zatraceniu pojęć moralnych, o przykładzie, jaki wysoki sąd winien był dać ogółowi, a w rezultacie domagał się, by w tym wypadku postąpiono z całą surowością prawa.
Nawiasem mówiąc, szanowny prokurator czynił to, ile razy tylko pełnił swój urząd; to też znanym był z surowości swoich wniosków, z kaznodziejskiego zapału i z kilku innych właściwości. I tak np. skoro tylko sprawa przeciągała się dłużej, co często miało miejsce dzięki jego krasomówstwu, pan prokurator z lekkiem sumieniem, jak człowiek, który dopełnił wszystkiego, co dopełnić był powinien, szedł zwykle do klubu. W domu bowiem żona i dzieci zapewne dawno już obiad spożyły, w klubie zaś miał na zawołanie i obiad i szampana i towarzystwo, z którem zwykle zasiadał do kart. Wiadomo, iż przy szampanie i kartach czas płynie szybko, pan prokurator też najczęściej nad ranem dopiero wracał do domu, i, rzecz dziwna, stosownie do powodzeń lub niepowodzeń w grze, patrzał na świat w optymistyczny lub pesymistyczny sposób. W pierwszym razie uśmiechał się rozkosznie a wszyscy oskarzeni wydawali mu się niewinni, jak gołębie; w drugim, a przyznać to trzeba, nierównie częstszym razie, widział znowu zbrodniarza w każdej bez wyjątku ludzkiej istocie, jaka mu pod oczy podpadła, nie wyjmując żony i dzieci. Z tego powodu nieraz mu nawet zdarzało się obchodzić z niemi jak ze zbrodniarzami.
Niektórzy nazywali to zbytkiem gorliwości, co do mnie, sądzę, że miał słuszność; bo przecież kiedy się jest prokuratorem, należy pamiętać o swojej godności i przypominać ją drugim.
Sprawa, w której teraz zabierał głos wysoki urzędnik sądowy, nie przedstawiała wielkiego interesu. Nie była to ani zaciekawiająca zbrodnia, której psychiczne motywa zwabiają do sali sądowej, nie już samych reporterów dziennikarskich, ale powieściopisarzy i powieściopisarki; nie było w niej ani przyprawy skandalu, ani przestępcy, należącego do wyższych warstw społecznych, ani nawet zakwestyonowanego porządku władz umysłowych. Szło o rzecz niezmiernie zwyczajną; o prosty rabunek na publicznej drodze, przyczem jakiś stary żyd, uderzony pałką w głowę, zakończył życie. Suma nawet, którą chciał przywłaszczyć sobie morderca, była mało znacząca; wynosiła co najwyżej paręset rubli, zaledwie tyle, ile kosztuje suknia balowa lub przyzwoite śniadanie. Prawdziwie nie było się czem zajmować.
A jednak zajmowano się. Wielka o korynckich kolumnach sala pełną była, nie owej zwykłej hałastry obdartusów i kapociarzy, którzy szukają tu widowiska, praktycznej nauki z demonstracyą na żywych przykładach, lub po prostu ciepłego kąta, gdzieby bezpłatnie spocząć i ogrzać się mogli, — ale pełną istotnej publiczności.
Składały ją piękne panie w kapeluszach, na których znać było pochodzenie z pierwszych magazynów, pawie, pąsowe i różnokolorowe pióra chwiały się nad jasnymi i czarnymi warkoczami, migotały gdzie niegdzie złote zapinki. Z pod spuszczonych figlarnie grzywek jaśniały żywe spojrzenia, a przez delikatne woalki przebijały białe skronie, różowe lica i usteczka wiśniowe. Drobne, obciśnięte rękawiczką dłonie kryły się w mufkach z wyborowych futer, lub poruszały batystową chusteczką, z której rozchodziła się woń wiosenna fijołków z łąk skoszonych.
Pomiędzy paniami byli i panowie a najwięcej adwokatów. Ci ostatni odznaczali się gwiazdką u fraka i uwagą, z jaką przysłuchiwali się sprawie. Nie można tego było o tłumie niewieścim powiedzieć. Piękne i strojne główki poruszały się, zbliżały jedna do drugiej, i raz wraz na tle szeptów można było usłyszeć głośniej rzucone słowo lub śmieszek stłumiony.
Widocznie więc nie zwabiła tutaj pięknych pań wymowa prokuratora, bo zdawały się słuchać go niecierpliwie; kto wie, może nawet cała sztuka krasomówcza jego była dla nich stracona z powodu, że nie rozumiały urzędowego języka, a może gdyby rozumiały, równieby nie słuchały, bo cóż je mogła podobna sprawa zajmować? Jeżeli przyszły do sali sądowej, to z innego powodu, bo zdawały się oczekiwać na coś ciekawie.
Spojrzenia ich zbiegały się nie na prokuratorze, nie na składzie sądu złożonym z poważnych figur, ale szły ku ławie oskarżonych; nie zatrzymywały się jednak na podsądnym, bo cóż ich mógł obchodzić ten prosty człowiek w zbrukanej siermiędze? Celem ich był jego obrońca.
I doprawdy pięknym paniom dziwić się nie było można; przeciwnie należało przyznać, że dawały dowód niepospolitego estetycznego smaku. Na obrońcę tego patrzeć było warto, bo nigdy wczesna sława nie opromieniła szlachetniejszego czoła.
Rysy jego nie posiadały może tej klasycznej poprawności, do której przywiązanem jest konwencyonalne pojęcie piękna; ale twarz jego nosiła o najwyższym stopniu to znamię potęgi, jaką nadaje połączenie wysoko wyrobionej inteligencyi, woli i charakteru.
Na głowie nieco kwadratowej, wypukłej, rozwiniętej, zwijał się włos bujny, czarny nieco kręcony i krótko przystrzyżony tak, iż doskonale były widne zarysy szerokiego czoła o wysokich kątach, które go jeszcze szerszem w skroniach czyniły. Pod gęsto zarosłemi brwiami osadzone były oczy, pełne zmiennych blasków i obdarzone taką potęgą, iż nie każden był w stanie ich spojrzenie wytrzymać; usta miały dumne, wyzywające zagięcia.
Z głową niedbale w tył odrzuconą spoglądał na pana prokuratora, widocznie skupiając myśl, ażeby odpowiedzieć mu punkt po punkcie; czasem tylko coś nakszatłt szyderczego uśmiechu zamigotało w jego źrenicach, czasem ruchliwe nozdrza zadrgały lub spotęgował się wyzywający wyraz ust. Wszystko to jednak odbywało się bez współudziału woli; objawy te świadczyły zaledwie widzialną oznakę o wrażeniach jego, jak lekkie drgnienia fali świadczą o wirach i głębiach, na dnie jej leżących. Zresztą adwokat nie zdawał się spostrzegać spojrzeń ku sobie zwróconych i tego całego tłumu, którego był przynętą. Nie spostrzegał, czy też nie dbał o niego. Co najwięcej, była tam jedna para siwych, łagodnych oczu. Właścicielka ich siedziała obok poważnej kobiety i zamiast wpatrywać się w młodego adwokata, jak to czyniła cała sala — spoglądała czasami tylko, jakby ukradkiem, jakby wstydliwie, a wówczas jasna jej twarz zabarwiała się lekko i tajemniczy uśmiech skupionego szczęścia osiadał na ustach.
Widocznie adwokat zajmował jej myśl całą, a ten uśmiech i spokój całej postaci zdawał się świadczyć, że pomiędzy niemi dwojgiem istniał określony stosunek. Teraz jednak on zapomniał o niej, albo też odsunął ją na plan drugi, cały przejęty sprawą, która na jego barkach leżała.
W spokojnej niewyszukanej postawie, wpatrzony w swego przeciwnika prokuratora, czynił wrażenie siły w spoczynku, można w nim było przeczuć niezwalczonego szermierza słowa, który czeka i gotuje się do walki.
Uznany jednogłośnie za najzdolniejszego pomiędzy współtowarzyszami niepospolity publicysta, znany przytem z prelekcyi jako nieporównany mówca, pierwszy raz wystąpił dzisiaj w charakterze obrońcy; dla niego zgromadziła się liczna publiczność. Wiedziano, że postanowił zwyciężyć w tej pierwszej potyczce i obronić chociażby najgorszą sprawę, że rzucił z niedbałym uśmiechem ten zakład kolegom, że był niewyczerpany w argumentach, że posiadał tak wielki dar przekonywania, iż oprzeć mu się było trudno.
Sprawa rzeczywiście była najgorszą. Oskarżony Tomasz Jędras wprawdzie pierwszy raz stawał przed sądem, ale okoliczności obciążające go były takiej wagi, iż nie podobna było wątpić o jego winie.
Zbrodnia popełnioną została na wązkiej drożynie, prowadzącej od bitego gościńca do wsi Maliniec, gdzie mieszkał zarówno zabity Aron Cwibel jak podsądny, w lasku, położonym o nie całą wiorstę od karczmy, w której pierwszy szynkował.
Pałkę skrwawioną, którą ugodzony został, znaleziono podrzuconą w gęstwinie o kilkanaście kroków od miejsca spełnionej zbrodni, a pałkę tę poznała cała wieś, jako należącą do Jędrasa. Alarm pomiędzy rodziną zabitego spowodował koń z wózkiem który wpadł do otwartej stajni karczemnej, ruszywszy z miejsca wypadku, prawdopodobnie w chwili, gdy lejce wypadły z rąk uderzonego Arona, i złoczyńcy wywlekli go z bryczki, ażeby poszukać pieniędzy.
Wprawdzie Jędras był pomiędzy tymi, którzy konie zatrzymali, ale spotkano go przed dwiema godzinami wprzódy, idącego w stronę lasu.
Na trupie nie znaleziono wielkiego zatłuszczonego pugilaresu, w którym nosił na piersiach kwity i pieniądze, ani też w kieszeni drobnych, jakie miał zawsze osobno na małe podróżne wydatki; widocznie więc rabunek był powodem zbrodni.
Jędras nie używał we wsi dobrej opinii; chociaż młody, zdrów i silny, pracy nie lubił, ojcowizny nie miał żadnej, prócz zapadłej w ziemię chałupiny, w której żył czas jakiś ze starą matką, a po jej śmierci sam jeden. Pomimo to żył dostatnio: widywano go często w karczmie, prawie nigdy przy robocie. Matka umiała zamawiać rozmaite choroby, a baby we wsi lękały jej się, szeptały, że jest czarownicą i ażeby nie obrazić — broń Boże, dawały nieraz to garstkę lnu, to kądziel wełny, to trochę okrasy. Było jej więc wcale nie źle. Dary te jednak mogły starczyć na utrzymanie starej, ale nie na utrzymanie syna, który z wydatkami wcale się nie rachował, a po jej śmierci nie zmniejszył ich wcale. To też gadano o nim różnie; ten i ów widział go włóczącego się w podejrzanych godzinach, miano go po cichu za złodzieja, ale koniec końców nigdy się nic wyraźnie nie pokazało. W tym dopiero wypadku podejrzenia odrazu padły na niego.
Aronowa i jej dzieci podniosły krzyk wielki wskazując go jako sprawcę zbrodni i żądając sprawiedliwości; a że wójt, który właśnie wówczas był w karczmie, dbał o przyjaźń Aronowej, bo ta mu zawsze bez rachunku żadnego nalewała słodkiej wódki i araku, nie mógł zrozpaczonej wdowie odmówić tak małej rzeczy, jak aresztowanie Jędrasa. Bo wszakże jeśli był niewinny, mógł się usprawiedliwić, przeciwnie zaś, jeśli spełnił zbrodnię, to wójt tym sposobem działał wedle sprawiedliwości a w każdym razie stwierdzał swoją gorliwość. Krzyknął więc na sołtysa i dwóch parobczaków, którzy się zbiegli na wieść o wypadku, kazał go zatrzymać i zrewidować.




II.

Usłyszawszy to Jędras, zbladł jak chusta, potem chciał uciekać, pochwycono go, a że był strasznie silny, szamotać się zaczął; nie zdołał jednak przemódz parobków, którym wszyscy obecni pospieszyli z pomocą. Nie wiedzieć skąd, znalazły się sznury i wkrótce obwiniony miał mocno skrępowane ręce.
Zaczęto przetrząsać mu kieszenie i wówczas jeden z obecnych nadeptał na twardy przedmiot, schylił się i podniósł pugilares zabitego; poznała go żona jego i wszyscy obecni, w pugilaresie były pieniądze i właściwe weksle, o czem natychmiast przekonała się Aronowa.
Pugilaresu wprawdzie nie znaleziono przy Jędrasie, tylko koło niego; przecież domyślono się zaraz, że niezawodnie wypadł mu z zanadrza w chwili szamotania się z wiążącymi go ludźmi, albo też sam go wyrzucił. Ale on odparł zmięszany, że mógł równie dobrze podrzucić go kto z obecnych, że mógł także być nieostrożnie wyrzucony z wózka, który przetrząsano.
W kieszeni jego było tylko kilka sztuk miedzianej monety i nowiuteńka czterdziestówka srebrna. Aronowa zawołała, że czterdziestówka ta pochodzi od jej męża, ale Jędras, który już odzyskał przytomność, wołał głośniej jeszcze, że już nie samą karczmę, ale widać i pieniądz żydzi wzięli w arendę, kiedy każdy z ich kieszeni pochodzić musi.
Nie było na to co odpowiedzieć; to też nie odpowiadano. Aronowa lamentowała, zawodziła, powtarzała swoje, wymyślała Jędrasowi, i byłaby przyskoczyła mu do oczów z paznokciami, gdyby jej nie powstrzymano.
On przeczył wszystkiemu. Obecni pomimo to nie zdawali się wątpić o jego winie, i gdyby sprawę sądzono na miejscu, niezawodnie byłby źle na tem wyszedł.
I tutaj nie stała ona świetnie bynajmniej. Wszystkie pozory świadczyły przeciw podsądnemu, a nadewszystko obciążającą była okoliczność, iż szedł w stronę lasu przed wieczorem i nie umiał się z tego wytłumaczyć, że jego pałką widocznie zabity został Aron, a wreszcie, że u nóg jego znalazł się pugilares. Każdy z tych faktów był sam przez się wystarczający do potępienia oskarzonego, a cóż dopiero ugrupowane razem i przedstawione w jaskrawem świetle przekonań prokuratorskich.
Nie dziw więc, że młody adwokat skupiał całą uwagę, i wówczas, gdy prokurator odtwarzał malowniczo prawdopodobną scenę, jaka odbyła się w złowrogim lesie pomiędzy mordercą a ofiarą, on szukał słabych punktów w zestawieniu faktów, za pomocą których mógłby zwalić budowę jego dowodzeń.
Ruchliwa twarz jego przedstawiała wyraźnie pracę myśli i tak zupełne zainteresowanie się przedmiotem, iż nawet owe łagodne, siwe oczy spoglądały ku niemu daremnie i wzajem spojrzenia nie odbierały.
Jakże różnym od niego był podsądny, który siedząc za nim z opuszczoną głową, ze zwisłemi ramionami, wodził błędnym wzrokiem w około! Trudno było nawet rozeznać, czy interesowała go tu własna sprawa? czy też tylko na tych grubych, niepodatnych do zmian wyrazu rysach nie wypisało się to zainteresowanie? czy nie doznawał wrażeń? czy też wrażenia te złożonej natury były dla niego samego niezrozumiałe i nie przybrały dość konkretnej formy, ażeby wyryć się na twarzy? Zdawał się on więcej zdziwionym i olśnionym, niż niespokojnym; prawda, iż widział tutaj rzeczy, o których nie miał wyobrażenia.
Jędras wychował się na pół dziko w leśnej ubogiej okolicy; od dzieciństwa pasał bydło i strzegł je od wilków, które wiecznie zrządzały w niem szkodę. Silny i śmiały, miał lat kilkanaście, gdy obronił od nich cielę matczyne. Żył więcej w lesie niż we wsi, lubił położyć się na mchach pod konarami starych sosen i słuchać tego szumu płynącego powietrzem i patrzeć na chmury, które przelatują po nad ich wierzchołkami lub na gwiazdy, przesuwające się zwolna niebieskim obrotem. Tylko nie trzeba go było pytać, dla czego to lubił; z myśli, ani z marzeń swoich sprawy zdawać nie umiał, a gdyby go kto zapytał, byłby odpowiedział tak samo, jak inkwirentowi sądowemu, badającemu go, w jakim celu szedł wieczorem do lasu?
— A no tak!
Odpowiedź ta potępiała go bardzo, on tego nie był w stanie zrozumieć i nie umiał na swoją obronę przytoczyć faktu, iż często bardzo brał ku obronie pałkę w rękę, i szedł w las położyć się pod sosnami; okoliczność tę jednak wykryło śledztwo i potwierdziło zeznanie wszystkich świadków, znających dobrze obyczaje Jędrasa.
Bo skądby tam prostemu człowiekowi takie rzeczy na myśl przyjść mogły, skąd on mógł wiedzieć, co mówiło przeciw a co za nim? On nie miał nawet tego zwykłego wychowania, jakiego zwyczajny chłop nabiera, bądź bawiąc się z rówiennikami, bądź przy robotach rozmawiając z różnymi ludźmi, bądź włócząc się po odpustach, jarmarkach i t. d.
Wychował się w lesie, gdzie ojciec jego był gajowym i drzewa znał daleko lepiej od ludzi. Później, kiedy ojciec odumarł go szesnastoletnim wyrostkiem a matka przeniosła się do wsi, to mu w tej wsi było tak obco i pusto, iż nie mógł się nagiąć do życia innych.
Prawda, że i rówieśnicy niezbyt przyjaźnie przyjęli go w swoje grono: śmieli się z niego, kiedy się o co pytał, śmieli, że nie umiał obrócić się przy robocie, i przezwali go od razu dzikim Tomkiem, a kiedy raz cygani prowadzili na łańcuchu niezgrabnego niedźwiedzia, który mrucząc skakał i rozmaite sztuki pokazywał, to nie wiedzieć czemu, znów wołali na niego Tomek, a Tomka jak niedźwiedzia nazwali Mysiem. I tak się już potem zostało.
Inny byłby może na to nie zważał, śmiał się z przezwiska, powoli nawyknął do ludzi i ludzi do siebie przyzwyczaił. Ale on nie mógł. Była w nim jakaś hardość, która kazała postawić przeciw śmiechom ludzkim pogardę i obojętność.
Pozostał więc dzikim Tomkiem. Choć we wsi mieszkał, z nikim się nie bratał, nikogo o nic nie prosił, brał sobie wprost, co mu było potrzeba, bo był silny jak wół, jak kot zręczny, a jak wąż przebiegły.
Strzeżono go się, ale ustrzedz się było trudno, a złapać na uczynku niepodobna.
To też nie dziw, że dziki Tomek patrzał na salę sądową, na sędziów, na publiczność i na swego obrońcę błędnemi oczami! Jemu się nawet nigdy nic podobnego nie przyśniło.
Kiedy go tutaj wprowadzono i zobaczył tę wysoką salę, o smukłych filarach, i obraz w złocistych ramach wiszący między oknami, i stół przy nim niby ołtarz, to podniósł rękę do czoła, żegnając się, i chciał przyklęknąć, jak gdyby wchodził do kościoła, chociaż kościół w Malińcach, jaki znał, i przez połowę nie był tak wspaniały.
Powiedziano mu, że to sąd. Dozorcy śmieli się z niego, on na to nie zważał: naprzód, że już był przywykł do śmiechu ludzkiego, a potem, że przypatrywał się i dziwił temu nowemu światu, który nagle odkrywał się przed jego oczyma, i sam nie wiedział, co się z nim działo.
Kazano mu usiąść; usiadł nie śmiało na brzeżku swojej ławki. Nie mógł pojąć, co znaczy ta sala tak wysoka; iż przypominała mu zielone sklepienie lasu, te filary proste i gładkie, niby pnie jodłowe. Żyrandol błyszczący setką świateł, których promienie łamały się w pryzmatach barwami tęczy i zmuszały do mrużenia powiek, wydawał mu się podobny do słońca; przecierał oczy załzawione jego blaskiem, i znowu otwierał je zaciekawiony. Wszystko tu dla niego było dziwowiskiem niepojętem, wszystko było tak różne od rzeczy, do których nawykł; iż przejmowało go nieujętem uczuciem, w którem strach mięszał się z zachwytem. Było tu mnóstwo przedmiotów, o jakich nie miał wyobrażenia. Trójkątny kodeks praw Piotra Wielkiego, nad którymi był orzeł złocisty dwugłowy, pulpit zielony aksamitny, na którym rozkładano księgę ewangelii w razie przysięgi, nawet wielki bronzowy kałamarz przed sekretarzem sądu, wszystko to były rzeczy, których nigdy oczy jego nie widziały, których użytku i znaczenia zrozumieć było mu nie podobna. Krzyż tylko nie był dla niego nowością i ujrzawszy go, przeżegnał się znowu.
Obecni myśleli, że się modli po cichu w tej ważnej chwili, a zresztą nie wiele zwracali na niego uwagi. Był to podsądny, jak każdy inny, zwyczajny złodziej podszyty zabójcą, rodzaj, z którym w ostatnich czasach spotykali się niezmiernie często. A zresztą, co ich tam obchodziły jego uczucia i myśli! Sędziowie siedzieli na swoich krzesłach, słuchając kwiecistej mowy prokuratora. Prezydujący pamiętał o partyi wista, czekającej go u jednego z kolegów, jeden z sędziów miał chorą żonę, do której się spieszył, drugi znów wieczór, na którym być miała pewna ładna i posażna panienka, obchodząca go szczególniej i na ten wieczór rad był przyjść jak najwcześniej, z powodu współzawodnika młodego doktora; bo doktór mógł pozbyć się pacyentów łatwiej, aniżeli on tego utrapionego sądu; a kto wie, co sprawić może w pewnych natężonych okolicznościach godzina zwłoki.
Woźni stali przy drzwiach. Publiczność zajętą była świetnym adwokatem, i tysiącem innych rzeczy, adwokat swoją obroną, któż więc miał czas pomyśleć o podsądnym, współczuć z nim, lub troskać się o jego wrażenia?
Kiedy od martwych przedmiotów dziki Tomek zwrócił się ku sali i spojrzał na tę ruchomą falę strojnych głów kobiecych, pomiędzy któremi przebijała gdzie nie gdzie ciemna męzka głowa, miał ochotę przeżegnać się znowu. Takich kobiet on nie widział nigdy. Czasem prawda, w Malińcach bywały w kościele okoliczne panie, ale one nic a nic nie były podobne do tych, które siedziały tutaj. Raz tylko w lesie państwo sprawiali sobie majówkę a wieczorem tańczyli pod sklepieniem starych buków i jodeł przy świetle lamp kolorowych zawieszonych u ich gałęzi.
Jędras był wówczas wyrostkiem. Ukryty w gęstwinie przypatrywał się szeroko rozwartemi oczami tym postaciom, tak niepodobnym do tych, które widywał a które lekko i wdzięcznie przesuwały się w jasnych sukniach wśród oświetlonej polanki. Patrzał i dziwił się. Nieraz powracały one do niego we snach a nawet długi czas dość mu było zamknąć oczy, ażeby widzieć znowu śliczne twarze, smukłe kibicie i jasne suknie, słyszeć dźwięczne głosy, perłowe śmiechy, uderzenia nóżek o ziemię i rytmiczne falowanie szat w tańcu.
Był to obraz wyryty wyraźnie w jego mózgu, obraz, z którego zapewne nie umiałby zdać sprawy, ani nawet odpowiedzieć dokładnie, ale który teraz, wobec tej publiczności oblanej potokami światła, powrócił mu nagle do myśli i zarysował się w oczach na kształt kliszy fotograficznej, uwydatniającej się pod wpływem właściwej reakcyi.




III.

Tylko trudno mu było zrozumieć, co on tutaj robił w tej wspanialej sali, wśród tego świetnego zgromadzenia. Powiedzieli mu wprawdzie, iż sądzić go będą, ależ to przecież nie dla niego roztoczono ten cały przepych. W lesie nikt nie wiedział, że biedny chłopak w zgrzebnej koszuli przypatrywał się zabawie państwa, a tutaj? Tutaj zapewne nie widziano go także. Ale w takim razie, dla czego wprowadzono go tu, dla czego posadzono na tej ławce?
Nie mógł tego pojąć. To co słyszał, nie objaśniało go wcale. Widział na stole pałkę i pugilares Arona, widział ludzi z Maliniec, którym zadawano rozmaite pytania. Zadawano je i jemu także, potem panowie mówili coś długo, długo, ale on nic nie rozumiał, bo mówiono obcym językiem.
Jedynym łącznikiem pomiędzy nim a tym całym światem był adwokat, który siedział przed nim; ale i on nie zdawał się zważać na chłopa, jak zwykle pan na biedaka.
Był on u niego dwa razy w więzieniu i obiecał, że starać się będzie, ażeby go uwolniono. Teraz brała Jędrasa chęć wielka zwrócić się do niego i przypomnieć mu tę obietnicę, zapytać... ale nie śmiał: adwokat nie patrzał wcale w tę stronę. A potem, co on mógł obchodzić tak pięknego młodego pana, przybranego w cienkie sukno i w białą jak śnieg bieliznę, on przezwany dzikim Tomkiem, niedźwiedziem? Adwokat był tu widocznie na swojem miejscu, był pomiędzy swoimi, zamieniał w koło ukłony i uśmiechy. Czyż on mógł o nim pamiętać?
Jednak nawet w tej ogromnej sali, której wysoki strop jaśniał światłem, Jędrasowi było duszno i ciasno. Przywykł do leśnych przestworów, do szumu wichrów, pierś jego rozwinięta potrzebowała szerokich oddechów, a oko — obszarów, dławiła go cela więzienia, nie znajdował w niej ani snu, ani nawet spoczynku, tak pożądanego dla ludzi spracowanych. Jędras spracowanym nie był, jak wiemy, pracy nie lubił, nie przywykł i nie czuł się do niej obowiązanym. Od dziecka obiegał lasy lub pasał trzody, a lasy te dostarczały mu zwierzyny, którą łowił w sidła i owoców rosnących dziko. Nie przywykł był zostawać pomiędzy czterema ścianami i bił się w nich jak zwierz w klatce.
Nie mówił nic, nie skarzył się, bo coś w naturze jego opierało się skardze, a zresztą na cóż się miał uskarzać. Współtowarzysze, obyci z więzieniem, nawykli do niego, śmialiby się... ale kiedy wpatrzył się przez zakratowane okienko w błękit nieba, to byłby chciał jak ptak wyfrunąć stąd jednej chwili.
Nieraz, kiedy siedział na swoim tapczanie przez całe godziny milczący i ponury, to myślał tylko o tem, że mury te były grube, a przecież drągiem żelaznym rozbićby je można; że krata mocna i okienko wysokie, a przecież są pilniki, coby je przecięły i linki, na których spuścićby się można. Nie próbował przecież ucieczki, bo sam nie wiedział jeszcze, co z nim będzie. Tylko wzrok jego co raz bardziej ponury świadczył, że był to jeden z tych więźniów, co nie znoszą niewoli, co nie ustają w usiłowaniach, nie bacząc na niebezpieczeństwo, ani na karę żadną, i albo wydostaną się na swobodę, albo umrą, nie mogąc znieść zamknięcia.
Twarz jego pospolita z pozoru, przedstawiała przecież charakterystyczne cechy. Nie było w niej żadnych miękkich rysów, ale za to potężne instynkta drgać się zdawały w szerokich nozdrzach, w ciężkich zarysach dolnej szczęki kwadratowej i nieco naprzód wysuniętej, jak u antropoidów. Krzaczyste brwi zwieszały się nad oczami o wejrzeniu przymglonem, jakie zwykle mają ludzie mało zważający na zjawiska zewnętrzne, ludzie nie przywykli do obserwacyi lub też owładnięci chwilą i położeniem. Czaszkę porastał mu włos bujny, ciemny zwichrzony, a czaszka ta, ściśnięta w skroniach, spiczasta, miała charakterystyczne zarysy, świadczące o małym rozwoju władz umysłowych. Myśli snuły mu się po głowie niewyraźne podobne do marzeń. Kto inny w jego położeniu byłby może zastanawiał się nad tem, że teraz los jego się rozstrzyga, albo też widząc pałkę, na której jeszcze widne były ciemne plamy krwi ludzkiej, przypomniałby sobie zbrodnię, o jaką go obwiniono i wzdrygnął się na jej pamięć. Tomek Jędras patrzał tylko osłupiały. Przyszło na niego zobojętnienie dziwne, jak bywa u tych, co nic na los swój wpłynąć nie mogą, co są przezeń pochwyceni i zmożeni. A co do krwi? Nie miał tych delikatnych nerwów, które wzdrygają się na każde przykre widowisko, krew nie sprawiała mu odrazy, zarzynał bez ceremonii zwierzęta, gdy tego było potrzeba, a ich żałosne ryki lub konwulsyjne miotania nie czyniły na nim wrażenia żadnego — krew zaś ludzka nie miała osobnej barwy.
Gdyby kto był w stanie zajrzeć do jego czaszki i rozwikłać chaotyczne myśli, jakie się po niej snuły, byłby naprzód znalazł tam bezwiedne podziwy, wspomnienia, obrazujące się przed oczyma i pragnienie głuche, wściekłe, chociaż niewyraźne, powietrza i swobody. Mury i ludzie zarówno mu obrzydli, zarówno przejmowali go wstrętem. Siedział teraz na pół skulony w swojej ławce, wielkie kościste ręce położył na kolanach i skubał machinalnym ruchem brzeg szarej sukmany niezgrabnymi palcami, którym bezczynność więzienia odjęła krzepkie ogorzenie a nie nadała delikatności, które z tego powodu były żółte i jakby przewiędłe. Głowa opadła mu na piersi a wzrok ponury błąkał się od audytoryum do sądu i obrońcy.
Na pytania stawiane mu na początku sprawy, odpowiadał niechętnie monosylabami, naprzód dlatego, że wymownym nie był, a potem, że miał do ludzi nieufność podobną do tej, jaka rodzi się w sercu czerwonoskórych, do Europejczyków. Ludzie zawsze byli mu nieprzyjaźni, a teraz czuł się nie w obec współbliźnich, ale istot zupełnie odmiennej natury. Przytem sąd był to w jego oczach naturalny nieprzyjaciel, nie rozumiał, co mówili ci ludzie, jak nie rozumiał piękności sali i wspaniałych przyborów, którymi otaczano abstrakcyjną ideę sprawiedliwości, dla niego także zupełnie niepojętą.
Rodziły się w jego umyśle niepokoje i wątpliwości dziwne, a chociaż nie dolegało mu nic, chociaż siedział spokojnie na swojej ławce wśród przyjemnej atmosfery, umiarkowanie ogrzanej sali, czuł jakieś umęczenie bez nazwy, a pot nieraz kroplami występywał mu na czoło.
Gdyby był w stanie rozumieć streszczenie sprawy i mowę prokuratora, niepokój jego byłby stokroć większy. Rzeczywiście nikt nie zdawał się powątpiewać, iż był mordercą. Wprawdzie nie przyznawał się do winy, i na wszystkie zapytania tak w toku śledztwa, jak przy samej sprawie, odpowiadał przecząco; przecież to bynajmniej nie zachwiało przekonania sędziów, nawykłych do podobnego postępowania zbrodniarzy. Trzeba też przyznać, że przeciw Jędrasowi walczyła sama jego powierzchowność i ponure wejrzenie, w dal utkwione a uciekające przed wejrzeniem człowieka, jak wzrok nocnego ptaka rażonego światłem.
Bez najmniejszej wątpliwości on był winien.
Przekonanie to wypisane było wyraźnie na twarzach sędziów i tych wszystkich z pomiędzy publiczności, którzy zajmowali się jej przebiegiem. Gdyby publiczność ta składała sąd przysięgłych, potępienie jego byłoby rzeczą niewątpliwą.
Rozumiał to doskonale młody obrońca, ale był on jednym z tych ludzi, co nie cofają się nigdy przed trudnością, którzy niepodobieństwo samo wyzwaliby do walki. W życiu, zarówno jak przed kratką sądową, lubił bronić spraw uważanych za zrozpaczone, a sprawa biednego Tomka Jędrasa należała do tej kategoryi.
Powstał więc odważny, niezachwiany, pan siebie, z pozoru chłodny zupełnie. Przeciw kwiecistej, szumnej, pełnej frazesów mowie prokuratora, wystąpił z wstrzemięźliwą wymową logiki. Nie próbował bynajmniej rozczulić nad losem swego klienta, powierzchowność jego nie nadawała się zupełnie do tej zużytej, a tak często udającej się sztuki, wyszedł wprost z przeciwnego założenia. Tomek Jędras, przezwany dzikim Tomkiem, był brzydkim, nieokrzesanym, uosabiał nawet w obec mało rozwiniętej ludności miejskiej stopień niższy; na te wszystkie okoliczności położył on nacisk wyraźny; okoliczności te wpłynęły bowiem na położenie, jakie we wsi zajmował, na to, że był od wszystkich nielubiany, bo z nikim się nie zbliżał, las przenosił nad pole, las był mu miejscem rodzinnem, towarzystwem, najmilszem schronieniem. Ale czyż dlatego miał on być zbrodniarzem?
Życie jego całe było zagadkowem, mówili świadkowie. Zagadkowem jest wszystko na świecie, co niższem lub wyższem jest od zwykłego poziomu. Ludzie we wsi szydzili sobie z dzikiego Tomka, to też on od nich uciekał, a że od nich uciekał, posądzali go o wszystko złe, jakie się w niej spełniało, mówili, że musiał żyć z kradzieży, skoro nic nie robił, a przecież na kradzieży nie złapano go nigdy. Kury, gęsi, barany nawet ginęły ludziom — ale czyż on miał być za to odpowiedzialnym. Czy nie mógł znaleść się jaki sprytny złodziej, który wyzyskał niechęć ogólną i ku niemu zwrócił podejrzenia, ażeby skryć własne sprawki? Być może zresztą, że klient jego nie miał zbyt rozwiniętej idei własności, pod tym względem bronić go nie myślał, bo to nie należało do sprawy. Być może nawet, iż korzystał ze znajomości lasu i obyczajów leśnych mieszkańców, by zabijać cichaczem zwierzynę; wszakże lud nasz uważa powszechnie, iż to, co nie wymaga pracy, ani kosztu, jest osobnym rodzajem własności i nie ma za złe jej naruszenia; wszak dowodzi czynem i słowem, że las, pastwisko, woda, tak jak powietrze powinny do wszystkich należyć.
Zapewne tutaj było źródło dobrobytu Jędrasa, i źródła tego pochwalać nie można; przecież pomiędzy podobną kradzieżą a morderstwem, morderstwem spełnionem rozmyślnie, jest przestrzeń olbrzymia, i nic nie upoważnia do przypuszczeń, iż Jędras ją przekroczył.
Jakież bowiem dowody walczą przeciwko niemu?
Tutaj płynna, jędrna, pełna ścisłej logiki wymowa młodego obrońcy zaczęła powoli podbijać słuchaczów, głos jego zrazu nieco stłumiony, rozbrzmiewał teraz metalicznie, miał elektryzujące dźwięki głębokiego przekonania.
Widziano Jędrasa, gdy szedł do lasu i niczem tego faktu umotywować nie mógł. Ależ on go motywować nie potrzebował, las zastępował mu chatę, opustoszałą po śmierci starej matki. Nie potrzebował tłomaczyć się z rzeczy, która była jego zwyczajem, a potem mógł tam mieć niezbyt legalne czynności do spełnienia.
Wszystko to usprawiedliwiało wędrówkę Jędrasa do lasu, ale nie tłomaczyło wcale dwóch najbardziej obciążających faktów: pałki skrwawionej i pugilaresu Arona; te dwa przedmioty leżały na stole jako niemi oskarżyciele, przemawiający niezbitą wymową faktów.
Młody obrońca spojrzał na nie i bez wahania przystąpił do samego jądra kwestyi.
Pałka należała do Jędrasa, nie było w tem wątpliwości żadnej, poznali ją wszyscy świadkowie, on sam zaprzeć jej się nie mógł, mówił tylko, że mu się w lesie gdzieś podziała.
Tłomaczenie to przyjęto z naturalnem niedowierzaniem z powodu, że od razu w umyśle obecnych przy odkryciu zbrodni, i tych co prowadzili pierwsze śledztwo, nie pozostała żadna wątpliwość, że Jędras był jej sprawcą. A jednak gdyby tak było rzeczywiście, czy użyłby morderczego narzędzia, które wszyscy widzieli w jego ręku?
Widocznie to, co brano za dowód zbrodni powinno było przeciwko niej świadczyć.
Każdy obznajomiony z praktyką kryminalną wie dobrze, iż człowiek, spełniający winę, obmyśla z góry sposób jej ukrycia; tutaj przeciwnie, gdyby Jędras był mordercą Arona, to trzebaby przypuścić, iż działał tak, jak gdyby usilnie starał się o to, ażeby sędziowie nie mieli pod tym względem wątpliwości żadnej, iż zgromadził umyślnie przeciwko sobie dowody. Naprzód jawnie gościńcem szedł przed wieczorem do lasu, choć łatwo mu było przemknąć się niepostrzeżony, ścieżkami, które znał dobrze, i użyć innej broni, niż ta, którą wszyscy widzieli w jego ręku. Mordercy postępują w ten sposób wówczas tylko, gdy czyn swój stwierdzają wyznaniem. Jędras przeciwnie od pierwszej do ostatniej chwili utrzymywał niezachwianie, że jest niewinny.
To nasuwało na myśl młodemu obrońcy, iż działała tutaj jakaś skryta ręka i ta umyślnie tak ukartowała rzeczy, ażeby skierować od razu podejrzenia, a tem samem usunąć je od siebie. Tym sposobem i pugilares podrzuconym został, lub też wypadł z bryczki przy jej przetrząsaniu; wszystko to działo się wieczorem, przy świetle stajennej latarki, której blade światło pozwalało zarówno na jedno, jak drugie przypuszczenie.
Aron, jak zwykle arendarz, miał wielu nieprzyjaciół we wsi, nie jednemu się naraził, a nawet słyszano parobków, którym kredytować nie chciał, jak wykrzykiwali, że mu się za to odwdzięczą; czyż który z nich nie mógł dokonać zbrodni i rzucić jej pozory na Jędrasa, wiedząc, że on we wsi miru nie posiadał. Jędras jednak nigdy nie miał z Aronem zatargu żadnego, a choć był milczący, mrukliwy, chociaż roboty nie lubił, nigdy przecież nikomu nie zrobił krzywdy żadnej.
W miarę jak mówił obrońca, wymowa jego stawała się coraz bardziej płynną, coraz więcej przekonywającą. Dotąd wykładał fakta, teraz zrobił zboczenie w dziedzinę psychologii, dowodził, iż ludzie posiadający jakąbądź odrębność w umyśle czy postępowaniu, są zawsze celem pocisków złośliwych. Ogół potępia, czego nie rozumie, a ze wszystkich właściwości ludzkich samoistność na każdym szczeblu umysłowym jest zawsze najbardziej niezrozumiała. Ot n. p. ten prosty człowiek, wychowany wśród lasów, tęsknił do nich, odepchnięty przez ludzi pokochał naturę, i musiał miłość tę odpokutować, dla tego że nie była ona powszednością pomiędzy jemu równemi.
Dowodzenie to było niebezpieczne, obrona mogła przejść na sentymentalne, dawno przeżyte tory, adwokat błędu tego nie popełnił; z wielką wstrzemięźliwością, ale głębokiem przekonaniem, zaznaczył fakt psychologiczny, dobrze znany każdemu obserwatorowi społecznemu i powrócił znowu na realne pole. Dotąd obalał mniemane dowody winy Jędrasa, i przyznać to trzeba zachwiał przekonaniem niektórych, teraz zajął się temi, które mogły wprost świadczyć o jego niewinności.
A mianowicie zapytał, jakim sposobem mógł on znajdować się przed karczmą kiedy wpadł tam koń Arona? Czyż ta okoliczność nie była stanowczym dowodem, iż zbrodni spełnić nie mógł. Nie ulega bowiem wątpliwości, iż koń ruszył z miejsca, w chwili, gdy Aron, uderzony śmiertelnie, spadł z wózka, a jak zwykle koń, gdy dom poczuł, biegł rączo. Jakimże sposobem Jędras mógł przed nim znaleść się w odległości wiorsty od miejsca wypadku? Chociażby przeciw niemu były daleko ważniejsze poszlaki niż te, jakie stawiano, jeszcze by to jedno obaliło je stanowczo.
Przekonanie, z jakim wypowiadał te ostatnie argumenta, było tak gorące, iż zaczynało udzielać się sędziom; sokoli wzrok obrońcy dostrzegł to szybko, zaledwie widoczny uśmiech tryumfu zaigrał na wargach jego. I nie poprzestając na uczynionem wrażeniu, zakończył swoją krótką, zwięzłą a przekonywającą mowę kilku dobitnemi słowami, przypomniał, ile razy pozory omyliły sprawiedliwość ludzką i żądał zupełnego uwolnienia swego klienta.
Dla wszystkich, znających dobrze fizyognomię sali sądowej, sprawa przybierała niespodziewany obrót.
Szmer pochlebny przyjął obronę, a gdy wypowiedziawszy ją, adwokat usiadł na swojem miejscu, wszystkie oczy bez wyjątku zwróciły się na niego. Ale w tej chwili on na to nie zważał, nerwy jego były podraźnione, porwany własną wymową, jak gracz, co rzucił wielką stawkę na kartę, oczekiwał z wewnętrznym dreszczem tego co wypadnie. Twarz jego inteligentna, wzrok pełen nieujętych wibracyj odbijał od apatycznej postawy i ponurej fizyognomii podsądnego, który w nieruchomej postawie zdawał się nie rozumieć w tej chwili, że chodziło o niego, gdy tymczasem adwokat z trudnością mógł ukrywać swoje wrażenia.
Sąd oddalił się na naradę, a w sali, w której zrazu panowała cisza oczekiwania, zaczęły krzyżować się szepty cichej rozmowy a wreszcie coraz głośniej zamieniane słowa.
Piękna dziewczyna o siwych oczach milczała, teraz i ona także miała wzrok wlepiony w obrońcę, którego delikatny profil rysował się wyraźnie na białawym tle ściany. Z mowy jego, wypowiedzianej w urzędowym języku, nie zrozumiała ani jednego wyrazu, a przecież czuła się przekonaną, przekonaną samym dźwiękiem jego głosu, samą siłą spojrzenia.
To, co on mówił, musiało być prawdą. Byłaby pragnęła wypowiedzieć mu to słowem lub chociaż spojrzeniem, ale on miał wzrok wlepiony w drzwi sali, do której weszli sędziowie.
Minuty wlokły się długie, powolne, wreszcie woźny donośnym głosem zapowiedział powrót sądu, wszyscy powstali i wśród wielkiej sali, drgającej oczekiwaniem, przeleciał anioł ciszy.
Wreszcie zabrał głos prezydujący i odczytał sentencyę wyroku. Była ona krótką bardzo, twarz adwokata zabłysnęła tryumfem i jednogłośny okrzyk wyrwał się ze wszystkich piersi.
— Niewinny!
Wymowa jego odniosła zwycięztwo, zakład był wygrany, obronił pierwszą sprawę, w jakiej przemawiał. Koledzy cisnęli się do niego, winszując, ale teraz on zwrócił się ku publiczności i szukał tych siwych oczów, które może były mu podnietą i bodźcem. Siwe oczy należały do bogatej dziedziczki; adwokat bez spraw był nader dumny, ażeby prosić o jej rękę; musiał wprzód dobić się sławy przynajmniej. Siwe oczy błyszczały jak dwie gwiazdy zwilżone i przyzywały go do siebie, biegł ku nim, słuchając pochlebnego szmeru, który otaczał go zewsząd.
A podsądny? O nim zapomniał zupełnie. Uwolnił go, czyż to nie dość, cóż go teraz obchodził ten pospolity zbrodniarz? Przemawiał świetnie w jego obronie, przekonał wszystkich o jego niewinności, tylko nie samego siebie.
Dziewczyna o siwych oczach powstała wraz z matką, tak jak inni. Tylko gdy inni wychodzili tłumnie, ona się tak oddalić nie mogła. Ona musiała wprzódy zobaczyć go, wypowiedzieć choć w jednem słowie lub spojrzeniu wszystko, co czuła.
— Pan obroniłeś niewinnego, zawołała, widząc go przy sobie.
Nie odpowiedział nic. Być może, iż te słowa zadźwięczały mu trochę fałszywie. Nie pomyślał przecież wyprowadzać ją z błędu. Czytał zachwyt na jej twarzy, imię jego powtarzały wszystkie usta, widział, że otwierała się przed nim jasna przyszłość i był nią upojony.
A podsądny? On nie rozumiał uwalniającego wyroku, jak nie rozumiał całego biegu sprawy. Hałas, który powstał pomiędzy publicznością, na kształt szumu wzburzonego morza, nie powiedział mu nic, zwrócił na swego obrońcę niespokojne, błagalne wejrzenie. Ale on już był daleko, przy pięknej pannie.
Przyszło mu na myśl, że nadzieja wolności była dla niego stracona, że adwokat nie chciał mu tego powiedzieć i spuścił głowę na piersi. Czuł, że teraz miało się z nim dziać coś okropnego, zdawało mu się, że wpada w jakąś otchłań, że zaciskają się nad nim mury i sklepienia. Dusił się, a w pamięci jego jasne promienie słońca jak złote strzały przerzynały leśne głębie, gwiazdy mrugały migotliwem światłem z niebieskiego stropu, przelatywały swobodne wichry i muskały mu czoło rozpalone, po którem spływał pot kroplisty.
— No! jesteście wolni — odezwał się wreszcie jeden z woźnych, zdziwiony jego nieruchomością.
Jędras drgnął, podniósł głowę nagłym ruchem, ale nie dowierzał. Zdawało mu się, że ludzie, jak zwykle, szydzili z niego.
Chciał powtórzyć to słowo «wolny,» wargi spieczone poruszyły się tylko bez dźwięku.
— Wolny, wolny — powtórzył za niego woźny, podziękujcie panu adwokatowi, dokazał on prawdziwego cudu.
Jędras obejrzał się. Rzeczywiście straż nie zważała więcej na niego. Powstał, nikt mu nie kazał usiąść, ani iść w naznaczonym kierunku.
— Jakto, zapytał woźnego ja... ja mogę...
— A możecie iść, gdzie wam się podoba, roześmiał się woźny.
Jędras wyprostował się i ta barczysta postać, ta głowa o zwierzęcym wyrazie, okolona bujnemi kędziorami zwieszonych włosów, zarysowała się w całej charakterystycznej grozie na tle świetnej sali i eleganckiej publiczności.
Wzrok jego zachował ponury wyraz, a kościste ręce zdawały się szukać broni czy podpory, do której przywykły. Wstąpił w niego wyraźnie duch nowy. Z tym jednym wyrazem wolny zadrgały wszystkie instynkta dawne i zarysował się człowiek, niepodobny wcale do tej zgarbionej, przygnębionej istoty, noszącej nazwę: więzień.
Przyznać to trzeba, człowiek ten tak mało wzbudzał zaufania, iż usprawiedliwiał najzupełniej oskarżenie, które zaprowadziło go przed sąd. I gdyby ci, co wydali wyrok uniewinniający, za sprawą porywającej wymowy adwokata, ujrzeli go takim, jakim był w tej chwili, zapewne całe krasomówstwo jego byłoby zupełnie daremne, bo każdy zadrżałby na samą myśl spotkania się z tym człowiekiem na pustej ulicy lub lesistej drodze.
On przecież nie zdawał sobie bynajmniej sprawy z wrażenia, jakie sprawiał, a gdyby i rozumiał je, prawdopodobnie wrażenie to obchodziłoby go niezmiernie mało. Szerokie usta jego otworzone były półuśmiechem, a pośród mięsistych warg błyszczały białe, naprzód wysunięte zęby, nadając całej fizyognomii zwierzęcy wyraz.
Woźny, który mówił do niego, przed chwilą pokazał mu, którędy wyjść z sali, bo Jędras nie mógł się wśród niej rozpoznać, a czyniąc to, posługacz sądowy przypatrywał mu się w milczeniu i kiwał głową, jakby wyrok sądu nie bardzo trafił mu do przekonania.
— Hm! — mruknął — wartoby się panu adwokatowi pokłonić, bo gdyby nie on!...
Nie dokończył frazesu, ale można było przysiądz, iż nie pochwalał wcale tak skutecznej obrony.




Nazajutrz rano adwokat siedział przed biurkiem i pisał. Jaskrawe zimowe słońce wpadało do pokoju przez wielkie weneckie okno i rzucało złote odblaski na przedmioty w nim rozrzucone. Adwokat miał artystyczne gusta, więc na ścianach pełno było obrazów, fotografii, medaljonów, na stołach w pośród albumów, książek, pism, błyszczało tysiące fraszek, które powoli stały się niezbędnemi dla ludzi o rozwiniętej inteligencyi i estetycznem wykształceniu.
W marmurowym wazonie stała jakaś roślina o wielkich tłustych liściach, które, rozkładając się szeroko w promieniach słońca, nabierały szmaragdowych tonów, tu znowu stała lampa na etruskiej podstawie, malachitowy kałamarz i przybory pisarskie odbijały od złocistego bronzu popielniczek na biurku, a starożytny zegar z czasów pierwszego cesarstwa, przedstawiający spiżowy rydwan, ciągniony przez lwy, wydzwaniał donośnie godziny i kwadranse.
Młody adwokat wesołym był dnia tego, jak słoneczny poranek. Wieczór poprzedni zakończył się świetniej jeszcze i szczęśliwiej, niż rozpoczął. Siwe oczy przemówiły tak wyraźnie, iż on także przemówił wreszcie i dzień ich zaślubin na koniec maja naznaczony został. Mógł więc teraz swobodnie marzyć o przyszłości i o tym rozkosznym miesiącu maju, nie darmo sławionym przez poetów. Marzył więc o cichej wsi, gdzie mieszkała jego ukochana, o wsi, którą nieraz odwiedzał, czuł w powietrzu zapachy bzów i jaśminów rozkwitłych, widział okno o firance falującej z wiatrem a wśród zwojów zielonych liści i białych muszlinów błyszczała jasna głowa dziewczęcia.
Marzenie to rozkoszne nabierało powoli pozorów rzeczywistości i na białej karcie papieru, po której pióro jego biegło czas jakiś, zarysowały się wyraźnie siwe oczy i spoglądały na przemian figlarnie, smutno, wesoło, a zawsze miłośnie.
Nagle usłyszał dzwonek w przedpokoju, krok ciężki, a wreszcie drzwi się otworzyły.
Siwe oczy spłoszone, znikły w jednej chwili, adwokat nierad z tego podniósł głowę i ujrzał człowieka, w którym nie poznał na razie swego wczorajszego klienta.
Nie widział odmiany, jaką w nim zrządziło to jedno słowo «wolny,» nie znał tego wyrazu ponurej buty i dzikiej śmiałości, jaki wraz z uniewinniającym wyrokiem, wystąpił mu na czoło i przez chwilę spoglądał na niego, nie poznając.
Jędrasowi to na myśl nie przyszło, posiadał bystrość wzroku i pamięć pierwotną, człowieka raz widzianego poznawał z takiej odległości, w której kto inny zaledwie postać ludzką mógł dostrzedz.
— Wielmożny adwokacie, odezwał się zwracając się ku niemu z wyrazem wdzięczności, który rozjaśnił na chwilę jego ponure rysy i napiętnował je uśmiechem dziwnym, to ja — Jędras.
Uśmiech odsłaniał jego wielkie białe zęby i nadawał mu nieokreślone podobieństwo do wilka.
Młody człowiek patrzał na niego przez chwilę, postać ta, pomimo przyjaznego wyrazu, miała w jego oczach coś wstrętnego, zjawiała się wśród marzeń, jak ton fałszywy — złowrogi. Typ zwierzęcy tego człowieka odbijał tak wstrętnie przy pięknem widziadle, jakie nosił w oczach, iż wzdrygnął się mimowoli.
Głos Jędrasa drżał, gdy wymawiał te słowa, a jednak zbliżenie jego i pokorne dotknięcie przykre było adwokatowi.
Usunął się z żywością.
— Nie ma o czem mówić — odparł.
Jędras wstrząsnął głową, coś parło go do wypowiedzenia uczuć a nie znajdował słów. Przed równym sobie byłby może potrafił to uczynić, a przynajmniej powiedział coś o tem, że potrzebował powietrza jak ptak leśny, że dusił się w więzieniu, ale ten piękny, młody, wykwintny człowiek, który spoglądał na niego z obojętnym uśmiechem, mroził mu słowa na ustach.
Przychodziło mu do głowy, że on wobec niego był niczem, niczem zupełnie, i to sprawiało mu przykrość nieokreśloną.
— No, Jędrasie — odezwał się wreszcie adwokat — udało mi się obronić was wczoraj, ale to na raz sztuka, pamiętajcie nie zabijać więcej ludzi na drodze.
Mówił to wesoło, w jego mniemaniu wina tego klienta nie ulegała wątpliwości, jakkolwiek ten nigdy nie chciał przyznać, że tak było.
Jędras zbladł i rzucił na niego podejrzliwe spojrzenie. Wszystko, co widział i słyszał, przechodziło jego pojęcie. Dla czego ten człowiek go bronił, skoro wiedział o jego winie? Sprawiało to w jego głowie chaos dziwny, w którym słabo rozwinięta idea sprawiedliwości uległa zupełnemu rozbiciu.
— Ja... szepnął przerywanym głosem ja... wielmożny adwokacie.
Próbował raz jeszcze wyprzeć się swojej zbrodni. Ale adwokat przerwał z uśmiechem.
— Na co próżno gadać, obroniłem was to dość, idźcie w pokoju... i nie zabijajcie więcej.
Jędras jak długi rzucił mu się do nóg i wymawiał bezładne wyrazy, które świadczyły o jego wdzięczności. Wdzięczność należy do uczuć pierwotnych; spostrzegamy ją nawet w zwierzętach. Jędras jak one byłby z rozkoszą całował stopy swego obrońcy.
Prawnik słuchał w milczeniu. Prawdę mówiąc, wdzięczność tego człowieka, obchodziła go równie mało, jak on sam. Cóż pomiędzy nimi wspólnego być mogło. Dziękczynienie jego nie przynosiło mu tej radości, jaką niesie za sobą spełnienie dobrego uczynku. Uwolnienie Jędrasa nie można było nazwać dobrym uczynkiem i na dobrą sprawę sam nie wiedział, pod jaką kategoryę je podciągnąć. Spełnił wprawdzie obrończy obowiązek, ale nie był wcale przekonany by powrócenie pospolitego zbrodniarza społeczeństwu szło na jego korzyść, tem bardziej, iż w całej postawie i wyrazie twarzy tego zbrodniarza nie było widać skruchy żadnej. Można było śmiało przypuścić, że dalej prowadzić będzie swoje rzemiosło, tak jak wilk, wypuszczony na wolność, wilkiem być nie przestanie.
Myśli te przez czas jakiś trapiły młodego prawnika, po chwili jednak wzruszył ramionami i próbował zabrać się do swojej roboty. Ostatecznie cóż go to wszystko obchodziło, on zrobił, co do niego należało, a jeżeli sąd dał się pociągnąć jego wymowie, nie mógł się przecież tem martwić.




Kiedy Jędras wyszedł na ulicę, obejrzał się dokoła z rodzajem przerażenia, ciekawości i wstrętu, jakie budziły w nim ludne domy i pełne gwaru, turkotu, ruchu ulice. Wszystko to wprawiało go w obłęd. Ludzie strojni, weseli, dobrze ubrani przesuwali się koło niego. W sklepach, po za lustrzanemi szybami, widział wystawionych mnóstwo przedmiotów; tutaj mieniły się barwiste materye: wstążki, pióra, kwiaty; tam znów błyszczały nęcące cacka, rzucały ognie drogie kamienie, lśniły perły, korale i tyle srebra i złota, iż Jędras patrzał i oczy przecierał, jakby mu się to wszystko śniło.

Świat jakiś obcy i dziwny roztaczał się przed jego oczyma; był to świat, o którym on w swoich lasach nie miał żadnego pojęcia a który przecież budził jego pożądliwość.
Podobało mu się złoto i barwiste materye, podobały tłuste mięsiwa wystawione w oknach sklepów, nęciła woń wydawana przez restauracyjne kuchnie, nęciły kobiety o pięknych twarzach, któremi roiły się chodniki. Odzywały się w nim dzikie a potężne instynkta człowieka, nie mającego pojęcia żadnego o prawach własności, żyjącego dotąd kradzieżą i rabunkiem.
Nauka, jaką mimochodem dał mu adwokat, nie wywarła na nim żadnego wrażenia; przeciwnie, doświadczył sam, że można zabić bezkarnie, i to stanowiło dla niego rodzaj praktycznej zachęty; wychowanie nie nadało mu żadnych pojęć moralnych, a teraz stracił hamulec bojaźni kary.
Nie mógł wprawdzie pojąć, dlaczego go kara ominęła, dlaczego adwokat bronił go tak gorliwie; ale sam fakt nie ulegał wątpliwości żadnej, ponieważ stwierdził go doświadczeniem. I wskutek tego przychodziła mu ochota wyciągnąć rękę po każdy pożądany przedmiot i przywłaszczyć go sobie w ten sam sposób, jak przywłaszczał kury i gęsi sąsiadów, lub pugilares Arona. Rozumiał jednak dobrze, iż pierwszym warunkiem kradzieży była tajemnica, rozumiał, iż jeżeli wydostał się z więzienia pomimo spełnionego zabójstwa, to dla tego, że zabójstwo nie miało świadka żadnego. Miasto było mu coraz więcej wstrętne. A przytem na każdym prawie rogu ulicy spotykał policyantów, żołnierzy, czasem żandarmów, którzy od czasu zatargu ze sprawiedliwością budzili w nim mimowolne dreszcze.
Wiedział mniej więcej, ku której stronie miał się kierować; ale wśród tego labiryntu krzyżujących się ulic musiał zapytywać o drogę. Przychodziło mu to z trudnością, wysłowienie miał nie łatwe, wzrok mętny, powierzchowność odrażającą, często nie odebrał żadnej odpowiedzi, czasem rozśmiano mu się w oczy. W ówczas zaciskał swoje ogromne pięście i patrzał na ludzi z ponurą błyskawicą we wzroku i zapewne gdyby nie liczni świadkowie, odpłaciłby im za szyderstwo. Ale ci świadkowie!
Wreszcie zobaczył topole Alei Jerozolimskich, sterczące, nagie, proste i ponure wśród rzędu wspaniałych domów. Tutaj już wiedział, którędy iść mu wypada; przypomniał sobie, że prowadzono go jako aresztanta tą samą drogą. On zapamiętał dobrze, bo wówczas błyskał tylko oczami na wszystkie strony, patrząc, czy nie będzie mógł uciec.
Odetchnął ciężko na to wspomnienie; teraz był wolny. W miarę jak zniżały się dachy kamienic, jak pokazywały się pomiędzy nimi puste place, w miarę jak ubywało przechodniów robiło mu się coraz raźniej.
Rogatki wprawdzie przejęły go jakimś strachem nieokreślonym, jak każda rzecz urzędowa; bo pomimo pobłażania, jakie sąd mu okazał, pozostał mu w pamięci lęk wielki: wszystkiego, co nosiło urzędowy charakter, od bagneta żołnierza do gwiazdki na czapce urzędnika i żółto pomalowanych rogatek. Nie mógł pojąć, że sprawa zabójstwa Arona była sprawą skończoną; zdawało mu się, że lada chwila pogonią za nim, schwycą i znów odprowadzą do więzienia. W wolności swojej czuł jakby jakąś omyłkę. Pomiędzy sobą a więzieniem widział tylko postać adwokata, który przybierał w jego wyobraźni mistyczne kształty zbawczego anioła.
Ujrzawszy z daleka rogatki i urzędowy szlaban, jakkolwiek ten był podniesiony, zatrzymał się niepewny. Przyszło mu na myśl szukać innej drogi, tylko bał się zbłądzić i znowu pytać o drogę. Miał wprawdzie w zanadrzu papiery, które mu oddano wypuszczając go z więzienia, ale do tych papierów, jak zwyczajnie chłop, nie miał wielkiego zaufania.
Niepewny usiadł na pryzmie przy szosie i wzrok wlepił w te dwa okrągłe, żółte budynki, koło których wypadało mu przechodzić, a które zdawały mu się pełne groźby. Widział, że ludzie przechodzili pod szlabanem spokojnie, a że zimno mu było siedzieć na topniejącym śniegu pod ostrym wiatrem, wiejącym od pola, powstał, wyciągnął skostniałe członki i powlókł się dalej.
Serce biło mu pod siermięgą gwałtownie, kiedy przechodził koło rogatek; skoro je minął, raźniej już szedł dalej szosą. Zrazu goniły go jeszcze gęsto pobudowane przy niej domostwa, niby dalszy ciąg ulicy, przy której biegły ciągle rzędy topoli, potem domostwa się przerzedzały, potem i topole jak wysunięte strażnice rosły w coraz dalszych od siebie odstępach, i było już czyste pole i smutny zimowy krajobraz zasuty topniejącym śniegiem, prążkowany czarnymi grzbietami zagonów, przecięty gdzieniegdzie brudną kałużą, zamknięty ciemniejącą wioską lub lasem.
Krótki dzień zimowy miał się ku schyłkowi, jarkie z rana słońce skryło się za szare chmury i tylko ku zachodowi przebijało się gdzieniegdzie krwawymi promieniami. Świat szarzał, ciemniał, smutniał, w powietrzu unosiły się chwilami, na kształt rozsypanego puchu, grube śniegowe płaty, wiatr dął coraz ostrzejszy, a gromady wron i kawek, wałęsając się nad topolami spędzane nim co chwila, unosiły się w powietrzu ze złowrogiem krakaniem.
Wszystko to nie wywierało żadnego wpływu na grube nerwy Jędrasa, przywykłego do rozmaitych zmian atmosfery, tylko zaczynało dokuczać mu zimno i głód się przypominał.
Oglądał się w około, jak wilk szukający zdobyczy. W swojej wsi głód i zimno — były to dla niego fraszki; wiedział gdzie ludzie chowali kartofle, gdzie były tłuste kury i prosiaki, lub źle strzeżone barany. Kiedy było zimno to siedział w chałupie przy kominie, ale tutaj?...
Miał wprawdzie w kieszeni trochę drobnych pieniędzy, które mu oddano przy wyjściu z więzienia, były to te same jeszcze, co Aronowa poznawała, jako należące do męża. Śmieszna kobieta, niby to pieniądz od pieniądza różny.
Jędras zaczął się oglądać za karczmą i wkrótce ujrzał, co mu było potrzeba. O parę kroków od szosy stała gospoda niepokaźna, a wśród zmroku zapadającego wieczoru ujrzał błysk ognia przez zapocone okienko.
Mało tu widać, kto zajeżdżał, bo z jednej strony karczemka ta była zbyt blizką Warszawy, z drugiej niedaleko za lasem była Sękocińska stacya i naprzeciw niej murowany, obszerny zajazd, zwany pospolicie austeryą; więc jaki taki podróżny, czy też furman z obładowaną bryką tam spieszył, gdzie mógł dostać i owsa dla koni i przekąskę jaką.
Nie wiadomo nawet, dla czyjej wygody istniała ta pochylona nędzna, w ziemię zapadła karczemka; tam chyba zaszedł dziad jaki, lub taki nędzny podróżny jak Jędras, a przecież istniała od dawna i zostawała w rękach jednego człowieka, który czynsz z niej płacił regularnie; a chociaż z urzędu narzekał na ciężkie czasy, nie musiał być wielkim biedakiem, bo chociaż nie zajmował się żadnym rzemiosłem, przecież ani on, ani żona nie chodzili w łachmanach, i codzień na objad gotowali krupnik lub rosół.
Było to małżeństwo podżyłe w latach; we dwoje tylko mieszkali w samotnej karczmie bez dziewki i parobka. Ludzie dziwili się czasem, że się karczmarz rabunku nie boi, ale bo też mówiono o nim rozmaicie. Wprawdzie nie można zaraz wierzyć ludzkiemu gadaniu; to pewna jednak, że niewiadomo skąd tam była zamożność i co za ludzie schodzili się do tej karczemki? Czasem parę dni nie zajrzał tam duch żywy, a czasem po całych nocach snuli się jacyś nieznajomi.
Jędras o tem wszystkiem nie wiedział nic, a choćby i wiedział, cóż go to obchodziło, on przecież chciał tylko kieliszka wódki, kromki chleba i sera, i wszedł tutaj, bo karczma wydawała mu się równie biedną, jak on sam.
Wszedł więc, schylając się; drzwi nie były wymierzone na jego wysoką postać, i wyrzekł tradycyonalne.
— Niech będzie Chrystus pochwalony.
Czekał chwilę, zanim karczmarka, która siedziała na ławie u komina i zmierzyła go nieufnem spojrzeniem, odmruknęła z niechęcią.
— Na wieki wieków.
Widocznie gość ten przychodził nie w porę.
On nie przywykły był wcale chwytać i badać odcieni uczuć ludzkich; usiadł na ławie przy drzwiach i zażądał wódki.
— Nie ma — odparła opryskliwie kobieta.
Jędras zdziwił się i miał ochotę spytać, coby znaczyła karczma bez wódki, ale ona namyśliwszy się widocznie, dodała, że mąż właśnie po nią pojechał, tylko że pewno nie prędko powróci — pojechał niedawno i daleko.
Jędras prosił o jaki posiłek, chociażby czerstwą bułkę, przecież i tej nie miała karczmarka; radziła mu, by szedł dalej do austeryi w Sękocinie. A mówiąc to, widocznie nasłuchiwała, jakby oczekiwała kogoś.
Jędras zrozumiał, że nie ma tu co robić; przecież nie chciało mu się iść dalej; przyjemne ciepło panujące w izbie ogarnęło jego skrzepłe członki, zbierał się więc leniwo, gdy kroki jakieś rozległy się w sieni i do izby wbiegł gość nowy.
Był on otulony kożuchem i czapkę miał nasuniętą na oczy, tak że rysów jego rozpoznać było trudno. Czapki tej nie zdjął, tylko patrzał przez chwilę na podróżnego, którego nie spodziewał się tu zastać, z wielką niechęcią.
Szepnął coś karczmarce, ona wzruszyła ramionami, widocznie jakby panowało pomiędzy nimi porozumienie jakieś, lub zmowa, której na przeszkodzie stał Jędras. Naradzali się zapewnie, jak go się pozbyć, kiedy nagle płomień na kominie buchnął w górę i oświecił w pełni twarz jego.
Wówczas nowo przybyły roześmiał się, zrzucił czapkę, przystąpił, uderzając go po ramieniu i wyrzekł.
— Jak się macie Jędrasie.
Jędras aż poskoczył na ławie, słysząc wymówione swoje imię, spojrzał także uważnie na człowieka, który do niego w ten sposób przemawiał, i poznał jednego z współtowarzyszów celi więziennej, który nosił przezwisko Czarnego Grzeli i który uczył go, by tylko do niczego się nie przyznawał a pewno wolnym będzie.
— A tośma się zeszli — zawołał nowo przybyły.
Na rękę mu widać było to spotkanie; kazał podać wódki. Natychmiast znalazła się wódka, a nawet gospodarz wyszedł z alkierza, gdzie widocznie był ukryty.
Znalazł się i posiłek. Gospodyni smarzyła jajecznicę z kiełbasą, a koło północka Czarny Grzela z Jędrasem, jak dobrzy towarzysze, poszli w las.
Nazajutrz rozeszła się wieść, że skradziono walizę podróżnym, przejeżdżającym koło Sękocina, i że dwaj ludzie napadli na starozakonnego kupca, który tylko przytomności umysłu woźnicy i dobrym koniom winien był ocalenie.
Jędras do Maliniec nie powrócił. Nie miał tam nikogo swojego, nie tęsknił do ludzi, ni do miejsca, za chałupę starczył mu kąt każdy, a lasy otwierały mu swoje głębie. Z towarzyszami szło mu dobrze. Czarny Grzela był głową i potrzebował właśnie takiej dużej, silnej ręki, jak jego. Więc zostali razem.




Młody adwokat, wśród nawału spraw, zapomniał szybko o swoim pierwszym kliencie, lub jeśli pomyślał kiedy o nim, to wracał mu do pamięci dzień tryumfu, dzień, w którym zdobył sobie rękę ukochanej.
Nadszedł oczekiwany maj, zbliżał się dzień ślubu, w wigilię jego dopiero adwokat, którego tysiące przygotowań i interesów zatrzymywało w Warszawie, jechał do rodziców narzeczonej.
Wieś ich odległą była od Warszawy, konie czekały go na stacyi kolei, stamtąd miał jeszcze parę godzin drogi przed sobą. Wyjeżdżał ze stacyi przy ostatnich promieniach słońca; wieczór zapowiadał się burzliwy. Z po nad lasu, który przerzynał drogę, podnosiła się zwolna czarna chmura, rozciągała szeroko ramiona, a co chwila przebiegały ją ogniste drżenia lub złotem haftowały pioruny.
Młody człowiek patrzał na to rozmarzony, jak bywa się rozmarzonym w słonecznej chwili miłości, szczęścia, powodzenia, kiedy życie uśmiecha się wszystkimi czarami swemi.
W naturze całej panowała cisza, jak zwykle przed zerwaniem się burzy. Chmura zajmowała coraz większą przestrzeń nieba, zebrała w sobie wszystkie blaski zachodu i oblana bursztynowem światłem, posuwała się naprzód, niesiona wichrami, które nie dobiegały ziemi; ogromna, ciężka, złowroga, gasiła resztki dnia, i spuszczała się tak nisko, iż zdawała się ciężyć na piersiach.
Powietrze stawało się duszne i parne, a złote łany rzepaku przy drodze i czeremchy leśne wydawały odurzające wonie.
Woźnica raz w raz patrzał na groźne niebo, na las, do którego zbliżali się szybkim kłusem, i oglądał się na adwokata, jakby chciał coś powiedzieć, zrobić uwagę i czekał jakiego zachęcającego słowa. Ale on nie zważał na ten ruch wymowny, nie zważał na gotującą się burzę. Nie mógł wyjechać, jak to zwykle czynił, wcześniejszym pociągiem z Warszawy i myślał, że gdyby nie to, byłby już w tej chwili przy narzeczonej i patrzał w jej siwe oczy, że zapewne wyglądano go, oczekiwano z herbatą i byłby chciał przyspieszyć bieg koni, które posłuszne woli jego, biczowi woźnicy, czy też przeczuwając burzę, rwały z kopyta.
Jakże ten świat cały tchnący wiosennemi woniami wydawał mu się piękny, drgało w nim każdem tętnem rozkipiałe życie i nęciło wszystkiemi powabami.
Był młody, był w pełni sił i rozwoju, dobił się wczesnej sławy, kochający, kochany, wszystko mu się wiodło, wszystko uśmiechało bogatą przyszłością.
Gdyby mu kto był w tej chwili wspomniał o śmierci, byłby roześmiał się i zapytał:
— Alboż to się umiera?
Wjeżdżali właśnie do lasu, kiedy rozległ się daleki huk grzmotu i konary drzew zaszumiały gwałtownie poruszone nagłym wichrem.
Woźnica obrócił się na koźle.
— Wartoby zanocować — rzekł wskazując boczną drogę, wiodącą do blizkiej wioski pod lasem.
— Zanocować! oszalałeś — zawołał adwokat, którego ogniste gromy nie zatrzymałyby w tej chwili.
— Będzie burza — ciągnął dalej niezrażony woźnica.
— Zmokniemy — odparł filozoficznie młody człowiek zapalając cygaro.
— Ej to nic — mruknął jeszcze woźnica.
— A więc jedź, jedź — wołał niecierpliwie podróżny.
Ale on się nie spieszył z wykonaniem rozkazu, przeciwnie ściągnął konie, pochylił się ku młodemu człowiekowi i dodał prawie szeptem:
— W lesie ponoć rozbijają. Trzeba było tamtym pociągiem przyjechać.
Adwokat roześmiał się głośno z całą pogardą mieszkańca miasta dla podobnego niebezpieczeństwa.
— Nie lękaj się, nas nie rozbiją — odparł żartobliwie, tylko jedź, jedź prędko.
Rozkaz był stanowczy, woźnica nie odpowiedział, poruszył bicz, cmoknął na konie i lekki wózek wtoczył się pod leśne sklepienie.
Czas jakiś jechali w milczeniu, tylko ciemności stawały się coraz grubsze, tylko coraz głośniej szumiały gałęzie i bliżej odzywał się huk grzmotu. Konie biegły, przecież raz wraz strzygły uszami, płoszyły się i rzucały w bok, a w pośród korzeni, wybojów i kamieni wózek przechylał się w jedną lub drugą stronę.
Woźnica trzymał krótko lejce i próbował rozpoznać drogę, kiedy nagle stanęła wśród niej postać jakaś ogromna, jakby z ziemi wyrosła. Wówczas konie, jak szalone, skręciły w las, zawadziły w ciemności o pień i rwąc się dalej, złamały dyszel i splątały zaprzęgi.
Wszystko to stało się w jednej chwili. Woźnica jak zwyczajnie w podobnych razach, zaklął, ale klątwa niedomówiona skonała mu na ustach; ręka jakaś ściągnęła go na ziemię i powaliła gwałtownem uderzeniem. Przez chwilę słychać było jęki i razy, potem nastała straszna cisza.
Adwokat zrozumiał niebezpieczeństwo, sięgnął po rewolwer, który miał przy sobie, ale zanim miał czas to uczynić, uderzenie jakieś obezwładniło jego ramię. Zerwał się, chciał się bronić drugą ręką. Ciemność była tak wielka, iż nie widział ani wielu było napastników, ani z której byli strony. Za nim zdołał wyskoczyć z wózka, zachwiał się i padł z głuchym jękiem, pod ciosem, który zgruchotał mu czaszkę.
Nie miał czasu rozmyślać nad tem, co utraca; nad znikomością ludzkiego szczęścia, nad okropnością tej nowej napaści. Nie miał czasu na żal, skargę ni obronę, padł na wznak.
— Zabierzta mu pieniądze — szepnął nad nim głos jakiś.
I wielkie silne, niezgrabne ręce wsuwały się do kieszeni i wydobywały z nich portmonetkę, zegarek i drobne przedmioty.
W tej chwili krwawa błyskawica rozdarła ciemności i oświeciła twarz rabusia pochylonego nad swoją ofiarą. Byłto Tomasz Jędras.
Kiedy dzikie i bezmyślne oczy zbójcy padły na szlachetną twarz młodego obrońcy i spotkały się z zachodzącem bielmem jego spojrzeniem, ręce jego zadrżały, ugięły się kolana. Zdawało mu się, że nagły grom w niego uderzył, a twarz ta pokryta śmiertelną bladością, ze strugą krwi sączącą się ze skroni, została mu w oczach, chociaż błyskawica dawno zagasła, a świat był znów pogrążony w ciemności.
Chciał krzyknąć, ale głos zamarł mu w piersiach. Przez chwilę był jak skamieniały. Potem przyszło mu na mysi, że to co widział, było nieprawdą, że szatan jakiś przestraszył go takiem widziadłem. W kieszeni zabitego znalazł zapałki i nie słysząc słów towarzysza, który naglił go o pospiech, zapalił je całym pękiem i zbliżył do twarzy powalonego człowieka.
To był jego zbawca, nie mógł o tem wątpić.
Opuścił ramiona, pieniądze, które trzymał, wypadły mu z ręki, jak gdyby ją paliły; chciał się odwrócić, żeby, jak przyjdzie druga błyskawica, nie spotkać znowu tego widoku; ale jakaś dziwna siła trzymała go w miejscu nieruchomym.
Jasne gromy co raz częściej rozdzierały łono chmur, a za każdym razem pokazywała mu się ta twarz blada, skrwawiona, z bielmem na oczach. I za każdym razem się wzdrygał, chciał uciekać i uciec nie mógł.
Czarny Grzela wołał na niego daremnie, wreszcie, nie odbierając odpowiedzi, pochwycił pieniądze i poszedł w las. Jędras stał ciągle osłupiały. Krew ludzką przelał nie po raz pierwszy, ale dziś dopiero owładnęło go uczucie grozy nad własnym czynem.
Kiedy popełnił pierwsze morderstwo, widząc przejeżdżającego Arona, przyszło mu na myśl wyskoczyć z gęstwiny, uderzyć go pałką w głowę i zabrać pieniądze; nie miał wyraźnej chęci zabójstwa, chciał ogłuszyć go tylko. Ale ręka jego była bardzo ciężka, raz okazał się morderczym. Skoro zaś starzec martwy upadł z wózka, on zabrał co przy nim było i myślał o tem tylko, jakby odwrócić od siebie podejrzenie, wówczas biegł przy koniu trzymając go za uzdę, a potem dopiero puściwszy go przy zakręcie drogi, jak strzała rzucił się na boczną ścieżkę przez rów i płot, byle prędzej stanąć przed karczmą i być świadkiem, gdy pusty wózek zajedzie.
Ale teraz nie przyszło mu nawet na myśl, że uciekać potrzeba. Trup młodego obrońcy leżący na ziemi stanowił rodzaj strasznego magnesu, który przykuwał go do miejsca. Krew płynąca z rozbitej skroni jego sprawiała mu niepojętą odrazę.
Budziły się w nim jakieś uśpione poczucia spełnionej winy, jakieś zrozumienie znaczenia zbrodni i jakiś żal nieokreślony. Gdyby on mógł cofnąć tę noc i czyn tej nocy, gdyby ten umarły mógł powstać!
Stanęła mu w myśli ta chwila, kiedy przyszedł dziękować młodemu obrońcy, kiedy rzucił mu się do nóg pełen wdzięczności, a on odpowiedział mu tylko: «Idź, idź i nie zabijaj więcej.» I zdawało mu się, że blade wargi umarłego, na które padły już smutne promienie spłakanego świtu, powtarzały «nie zabijaj.»
Słowa te wprawdzie słyszał on już gdzieś, kiedyś, dzieckiem jeszcze, kiedy matka uczyła go pacierza.
Powtarzał je nieraz bezmyślnie, tak samo, jak wyrazy «nie kradnij.» Ale wszystko to tkwiło w jego pamięci, nie mięszając się z życiem.
Teraz dopiero zrozumiał ich znaczenie, teraz, kiedy stał się zabójcą jedynej, miłej sobie istoty na ziemi.
Czuł w tej chwili, iż znienawidził swoje ohydne rzemiosło, czuł, iż gdyby jeszcze kiedy chciał targnąć się na życie człowieka, ręka odmówiłaby mu posłuszeństwa, że pomiędzy nim a zbrodnią stanie zawsze ta chwila.
Gdy tak stał słupem w miejscu, rozrośnięte gałęzie zaszeleściały w gęstwinie.
— Jędras! Jędras! odezwał się głos Czarnego Grzeli, który ostrożnie się z niej wychylał.
Na widok towarzysza, co ukartował tę nieszczęsną napaść, oczy Jędrasa zapałały.
— Jędras, co ty robisz! — pytał znowu Grzela.
Nie odpowiedział, przychodziła mu głucha chęć pomszczenia zbrodni na jej wspólniku, chwycił za swoją pałkę, ale ramię wzniesione już, opadło bezsilne, tylko zimny pot wystąpił mu na czoło. Zdawało mu się, że znowu usłyszał unoszące się w powietrzu słowa «nie zabijąj.»
— Pomóżta mi rzucić trupa do dołu — odezwał się Czarny Grzela, który przywykł znajdować w Jędrasie posłuszne narzędzie.
Teraz jednak on go nie usłuchał.
— Jędras, czyś ty oszalał — odezwał się znowu.
Widok Grzeli przyprowadził go widocznie do ostateczności.
— Dajta mi pokój — mruknął przez zaciśnięte zęby — bo....
— Bo co? — spytał Grzela urągliwie. Czy chcesz czekać, aż cię złapią.
Jędras wzdrygnął się na te słowa. Dziś nie uwolniłby go już nikt; on sam zabił swego obrońcę.
Przez chwilę stał milczący i ponury, jakby się w nim coś łamało.
— Grzela — wyrzekł wreszcie z namysłem i spokojem dziwnym u niego — idźcie wy w swoją stronę, ja w swoją.
Nie pytał o pieniądze zrabowane na zabitym, ani o nic więcej, nie spojrzał nawet na Czarnego Grzelę, który nie rozumiał, co to znaczyć miało; z głową opuszczoną na piersi, z obwisłemi ramionami, poszedł boczną drożyną, wprost przed siebie, chwiejącym krokiem, jak człowiek złamany. Ale idąc, unosił z sobą w oczach niestartą niczem twarz zabitego i w uchu dźwięczyć nie przestawały mu słowa: «Nie zabijaj.»





ODNOWIONE RANY.
NOWELLA.


Ludzie szli na cmentarz, szedłem wraz z nimi. Po kilku latach tułaczego życia, znalazłem się znowu w Warszawie. Miejsce pobytu obchodziło mnie mało, bo tutaj jak i na całym świecie nie miałem żadnego serdecznego węzła.
Był to smutny, pochmurny dzień, pełen wilgoci i chłodu; na niebie rozpościerały się chmury, podobne do grobowego całunu, a ziemia czarna, błotnista, zdeptana, była jakby powleczona kirem. Drobny deszcz siekł w oczy niesiony wiatrem, który chwilami zadął mocniej, strącał z głuchym szumem gałęzie drzew na cmentarzu, otrząsał z nich liście uwiędłe, a te słały się zeschłym kobiercem na ścieżki i płyty grobowe. Ten cmentarz i te groby nie zajmowały mnie więcej niż zajmować mogą prochy obojętnych ludzi. Mogiły wszystkich moich burze losu rozproszyły po szerokim świecie, nie miałem komu zawiesić tutaj wieńca pamięci na krzyżu. W życiu mojem była pustynia wielka, a w sercu?...
Po co ja tutaj przyszedłem? Chyba dla tego, by srożej uczuć sieroctwo; ja nie miałem na własność nic, nic wcale, nawet kilku łokci ziemi, któraby zawierała prochy ukochanych, gdzie miałbym prawo wyryć drogie nazwisko, sadzić kwiaty i stawiać lampy w «Dzień Zaduszny.»
W koło mnie cmentarz wrzał ruchem. Ponury dzień jesienny szybko mienił się w mrok szary, coraz mniej wyraźnie rysowały się nagie szkielety drzew na ciemniejącem tle nieba, a wśród nich snuły się w milczeniu postacie żałobne i rojem obsiadały mogiły jaśniejące lampami.
Nie trzymało mnie tu nic. Mogłem odejść... a jednak ociągałem się. Nastrój mój harmonizował z tą smutną uroczystością i z myślami ludzi, którym ukochanych ugodził gorzki oszczep śmierci.
Błądziłem po cmentarzu gdy ujrzałem postać męzką, pochyloną przy smukłym krzyżu żelaznym, wznoszącym się nad płytą marmurową. Postać ta uderzyła mnie jakiemś nieokreślonem wspomnieniem. Zatrzymałem się i patrzyłem na niego.
Twarzy widzieć nie mogłem. Stał z czołem wspartem na ręku a boleść przygniatać się zdawała jego barki opuszczone i wstrząsane od chwili do chwili niemem łkaniem, które nie wybiegło mu na usta, lub zgłuszone było drzewami szumiącemi pod ręką wichru, jakąś dziką melodyą.
Wśród pomników, które coraz niewyraźniej rysowały się na tle wieczornej pomroki, podobnym był do figury grobowej odlanej ze spiżu.
Na płycie pomnika wyczytałem napis świeży jeszcze, wyryty błyszczącemi zgłoskami, na które padało światło lamp. Był to grób dziewczyny zgasłej w pierwszej lat wiośnie; napis mówił, iż miała lat ośmnaście, zmarła zaledwie przed kilku miesiącami: mogiła jej nie miała czasu porosnąć trawą, ani serca ludzkie zajść rdzą zapomnienia.
I zacząłem zadawać sobie pytanie, czy człowiek ten był jej ojcem czy bratem? albo też czy złożył w tym grobie serce i miłość swoję?
Długo bardzo pozostał nieruchomy, nie domyślając się, że wśród tego dnia smutku, były na cmentarzu oczy bez łez, które śledziły go ciekawie jak problemat. Aż wreszcie podniósł w górę czoło i przy świetle ujrzałem twarz jego. Wówczas nie potrzebowałem o nic pytać, bo jak błyskawica w jednem mgnieniu oka pokazuje wnętrza chmur czarnych, tak jedno spojrzenie pokazało mi burzę rozpaczy, szalejącą w duszy tego człowieka.
Była to jedna z tych twarzy, którą myśli i namiętne uczucia wyrzeźbiły dłutem swojem, potęga biła mu z szerokiego czoła, przewiędłe skronie, nosiły siady trosk palących, usta wyrobione, o delikatnych konturach, były ścięte wyrazem bólu, który targał widocznie jego piersią, usiłował wyrywać się krzykiem rozpaczy, a nad którym on panował siłą woli nieugiętej. Nie był to chrześcianin dźwigający mężnie krzyż, jaki mu przypadł w udziale, ani stoik negujący boleść i wyzywający ją do walki, przywodził on raczej na myśl spiorunowanego tytana, gdy z jasnem okiem, wlepionem w ołowiane, gorzkie, bezmiłosierne niebo, rozciągnięte nad jego głową, zdawał mu się wyrzucać nędzę swoję i pytać — dlaczego wolno śmierci wyrywać przed czasem nierozwinięte jeszcze kwiaty, wyrywać je z rąk tych, którzyby oddali za nie ostatnią krwi kroplę? Jakiem prawem umierają ci, co są kochani? W oczach jego błyszczała obojętność rozpaczy. Minął czas kiedy drżał patrząc na jego blednące lice, kiedy przyspieszone tętno pulsu budziło w nim szalone trwogi, w których jak liść jesienny chwiał się pod gorącem tchnieniem ust ukochanych. Dziś nie obchodziło go już nic na świecie, przez ciąg miesięcy kilku, dni kilku może, przeżył życie całe, wyczerpał nadzieje, a dziś pozostała mu ze skarbów bytu ta jedna mogiła.
Wszystko to wyczytałem wyraźnie z jego oblicza, gdy ze skrzyżowanemi ramionami, z okiem utkwionem w niebo, stał nieruchomy, oparty plecami o nagrobek, a migotliwe odblaski lamp padały mu na twarz.
Noc już była zupełna. Noc czarna i wietrzna, cmentarz się opróżniał, ale on na to nie zważał; lampy, któremi obstawiony był grobowiec, gasły jedna po drugiej, pod tchnieniem wzmagającego się wiatru szumiały głucho i gięły się drzewa, on był tutaj jakby zgubiony, zasłuchany w tej dzikiej melodyi, która zapewne wtórowała rozpacznym myślom jego.
A jam stał także jak przykuty. Zrazu zatrzymała mnie ciekawość tylko, potem urok wielkiego bólu, znoszonego z dumnem męztwem, a w końcu coś więcej jeszcze. Ja znałem tego człowieka. Znałem zanim spiorunował go los, kiedy ufny, szczęśliwy, a zawsze dumny i wyzywający wstępował w życie i zagarniał spokojnie pod władzę swoję wszystko, na czem zatrzymał wzrok i chęci.
Lata przeszły pomiędzy dniem, w którym rozstaliśmy się, w słoneczny poranek pierwszej młodości, a dniem co postawił nas znów naprzeciw siebie w tej smutnej, wietrznej, dżdżystej nocy jesiennej.
On był najpierwszym w gronie spółtowarzyszy moich, a ja, przyznaję, nieraz z zazdrością spoglądałem na jego słoneczną dolę. On posiadał wszystko czego człowiek zapragnąć może. Potężna inteligencya dawała mu przodownictwo na każdej drodze, siła uczucia podbijała serca, a wdzięk zewnętrzny, jaki jej towarzyszył, czyniły go miłym nawet oczom tych, co pierwszego ani drugiego ocenić nie byli zdolni. Ku niemu biegły myśli ludzi dojrzałych, serca towarzyszy i spojrzenia dziewicze. Mogłem mu nie zazdrościć ani uznania ani przyjaźni, ale te spojrzenia!...
A czy on zważał na nie przynajmniej, gdy z niedbałym uśmiechem na malinowych wargach, piękny jak sama młodość, stąpał po sercach, które mu się słały pod nogi.
Nie zapieram się tego, zazdrościłem mu. Zazdrość moja dochodziła do nienawiści. I jakżeż mogło być inaczej. Jedno spojrzenie jego zniweczyło całe szczęście moje, a on go nawet nie raczył wziąć dla siebie. Dość mu było pokazać się tylko, aby olśnić i unieść odemnie na zawsze jedno serce, które było mi wszystkiem.
Chwile te odżyły teraz... z całą piekielną goryczą uczułem znowu dawne serca bicia, szały dni dawnych zakipiały w myśli mojej, a war krwi wzburzonej zagłuszył naraz szum drzew wstrząsanych wiatrem; i byłem znowu młodym, rozkochanym, szalonym, jak to było kiedyś.
Wspomnienia uderzyły we mnie jak gromy, budziły przeszłość zamarłą i zobaczyłem ją przed sobą. Z pod białego czoła, z pod korony jasnych włosów zaświeciły mi znowu oczy zmienne, ogniste, oczy co miały władzę podnosić mnie w niebo lub strącać w otchłanie; znowu serce moje biło rozkoszą, znowu jak kiedyś kochałem, wierzyłem, że kochanym jestem. Mówiły mi to uściśnienia dłoni i przyciszone westchnienia i namiętny szept ust koralowych, a nadewszystko szczęście, które czułem w koło siebie i w sobie samym.
Tak, byłem szczęśliwy — dopóki nie ukazał się on, i nie zburzył od razu, nakształt pałacu z kart, całego gmachu szczęścia mojego. Obraz ten odfotografował mi się w mózgu ognistemi rysami.
Było to w górach. Letnia natura dyszała woniami i blaskiem, ożywcze tchnienie górskiego powietrza pobudzało bieg krwi, żywszemi czyniło bicia serca, malowało rumieńcem lica mojej ukochanej, skorszem czyniło słowo i śmielszem spojrzenie. Byliśmy oboje na stromym szczycie ponad leśną polanką, gdzie spoczywała reszta towarzystwa. Ona wspierała się na mojem ramieniu, czułem przez rękawiczkę bicie jej pulsu, widziałem jak pierś podnosiła się i opadała szybkim oddechem i tonąłem w niej oczami, i zdawało mi się, że na całym świecie jest tylko nas dwoje. A jeśli byli inni ludzie, cóż mnie oni obchodzili w tej chwili.
Nagle uczułem, że ręka jej odwiązywała się od mojej, że wzrok odrywał się od moich oczów, biegł poza mnie i spoczął na jakimś niewidzialnym mi przedmiocie. Odwróciłem się szybko i ujrzałem na tle ognistego nieba rysującą się sylwetkę mężczyzny, prostą i smukłą jak topola. Zbliżał się do nas gibkim krokiem samem czołem wzgórza, swobodny, niedbały, rzucając echom wdzięczną nutę znanej piosnki.
Poznałem go zaraz, poznałem po dumnem czole, po wdzięcznej postawie, po czystym głosie i po tym nieprzepartym czarze, który podbijał mu ludzi.
— Cezary — rzekłem bezwiednie prawie.
A ona wyrzekła jak echo:
— Cezary.
Potem nie mówiła już nic, ale usta jej poruszały się bez dźwięku. A ja byłbym przysiągł, że powtarzała w duchu:
— Cezary, Cezary, Cezary.
Przebiegł mnie dreszcz jakiś, jakbym czuł zbliżające się nieszczęście, przyszła mi nagła chęć uciec gdzieś, ukryć się z nią, jak gdyby to przed sercem własnem uciec można, lub skryć się przed dolą swoją.
Spoglądałem na nią, ale ona tego nie dostrzegła, bo wzrok jej spoczywał na nieznajomym, którego zakręty ścieżki ku nam wiodły, i tak jak na ustach jej drgało jego imię, tak spotkałem obraz jego w jej źrenicach olśnionych.
Zbliżył się, powitał mnie serdecznie jak brata; musiałem go jej przedstawić i we troje już zeszliśmy na polankę, i potem byliśmy częściej we troje niż we dwoje tylko.
Odtąd było już po mojem szczęściu.
A nie było to jego winą, bo kiedy przychodziłem sam, ona pytała się zaraz:
— A Cezary?
Jeśli zaś nie pytały usta, to oczy niespokojne, chciwe jego widoku, mówiły wyraźniej jeszcze: A Cezary?
Kiedy był pomiędzy nami, widziała tylko jego jednego, kiedy mówił, patrzyła zasłuchana, i już nie była w stanie rozróżnić innego ludzkiego głosu, i nie wiedziała sama co się z nią dzieje, i jak oczarowana byłaby szła za nim, byle tylko mieć w uszach dźwięk jego głosu, w oczach jego obraz.
A ja patrzyłem na to, patrzyłem i zaciskałem rozpaczliwie dłonie, i biłem głową o skały, bo cóż uczynić mogłem. Zacząłem uciekać od mojej ukochanej, żeby nie widzieć jak spoglądała na innego i powracałem jak ćma ciągniona światłem, by znów uciekać i znowu powracać.
Tak przemęczyłem się dni całe, a w nocy nie mogłem znaleźć spoczynku; ja także powtarzałem jedno tylko imię, Cezary, Cezary, a powtarzałem ze łzami rozpaczy, z wściekłością bólu. Zrywałem się z pościeli i biegłem o pierwszych promieniach świtu na góry świerkami obrosłe, myślałem, że chłód ranny uspokoi moję gorączkę, a rozpalone czoło ochłodzi rosa strząsana z gałęzi....
Raz spotkałem w takiej chwili Cezarego. Szedł lekki, swobodny, jak zwykle. Chciał się ze mną przywitać, alem ja nie mógł ani podać mu ręki, ani nawet wymówić jego imienia, które wypowiadałem przecież nieustannie wśród złorzeczeń.
Musiałem być blady, zapewne oczy moje zdradziły to, com czuł w tej chwili, bo patrzył na mnie długą chwilę, a we wzroku jego nie było śladu nienawiści, która w moim płonęła. Zrozumiał mnie, bo zawołał jakby broniąc się przed zarzutem, którego mu nie uczyniłem:
— Jam temu nie winien, nie, nie!...
Wówczas rozwiązały mi się usta.
— I cóż mi z tego — zawołałem — żeś nie winien; i piorun nie winien kiedy uderza, a przecież śmierć przynosi.
Jasne oczy jego spoczywały na mnie z tymże samym wyrazem spokoju i siły.
Długi bardzo czas milczał zamyślony, a potem odszedł powoli w stronę wioski.
— Cezary! — krzyknąłem gwałtownie — Cezary, tak dłużej być nie może.
Zatrzymał się i zwrócił ku mnie.
— Bądź spokojny — szepnął — wyjeżdżam.
Głos jego metaliczny dobiegł do mnie wyraźnie. Przecież nie odpowiedziałem nic. Robił co mógł, więcej żądać było niepodobieństwem, czułem jednak, że to było napróżno.
Wyjechał. Ale zabrał z sobą jej wesołość, jej myśli, jej serce. Odtąd patrzyła na mnie i nie zdawała się widzieć, gubiła się w marzeniach milcząca i blada, a ja rozumiałem, jakie imię było na jej ustach, kiedy wargi poruszały się bez dźwięku.
Czas jakiś miałem nadzieję, że potrafię wymazać z jej pamięci szaloną miłością moją te dni kilka, miałem nadzieję, że gdy cień jego usunie się z pomiędzy nas, wszystko będzie znowu tak jak wprzódy. Było to złudzenie. On się oddalił, ale cień jego trwał i walczył zwycięzko, był silniejszy niż obecność, niż wspomnienia chwil jakie nas łączyły, niż miłość moja, niż nadzieja, niż wszystko. Im dalej od niego, tem cień ten był wyraźniejszy, aż wreszcie stanął między nami jak niezwalczona zapora. Ileż razy widząc łzy na jej bladej twarzy i wzrok niepocieszony, posłany w dal mroczną, gryzłem do krwi wargi, by nie wybuchnąć i nie rzucić jej w oczy przekleństw lub śmiechu szaleństwa; to znowu brała mnie ochota unieść ją na te góry, gdzie tak szczęśliwi byliśmy we dwoje zanim on się ukazał, uklęknąć przed nią i błagać by miała litość nademną i nad samą sobą a czasem... czasem znów byłbym pobiegł za Cezarym i stawił go przed nią.
Ale wiedziałem, że to byłoby napróżno, on nie oglądał się za siebie, nie powracał do tego co porzucił, szedł naprzód, zawsze naprzód słoneczną drogą swoją. A jednak gdy ona ciągle nie miała dla mnie spojrzenia, ani słowa, gdy ciągle leżało jej na ustach to imię: Cezary, i gdy kiedyś bezwiednie wymówiła je przy mnie, rzucając echom leśnym dźwięki, które koniecznie usłyszeć pragnęła, porwałem się z miejsca, jakby palony ogniem. Tego było zawiele, cierpiałem zanadto, w końcu zapytałem samego siebie, dlaczego nie próbuję uleczyć się ja także, lub przynajmniej jeśli są rany nieuleczone, nie jątrzyć ich w chorobie.
— Cezary! powtórzyłem głosem, który w mojem własnem uchu brzmiał fałszywie, zdławiony namiętnością, złamany bólem, drgający nienawiścią, Cezary? Czy chcesz, ażebym go zapytał dla czego odszedł i przysłał go tu na moje miejsce!
Były to szalone słowa. Kiedym je wypowiadał miałem nadzieję, iż ona zaprzeczy mi, zawstydzi się, przemoże samę siebie lub przynajmniej usiłować będzie to uczynić.
I patrzyłem na nią, patrzyłem jak skazany na sędziego, w którego twarzy spodziewa się wyczytać ułaskawienie.
Była to ostatnia nadzieja moja. Twarz jej odjęła mi ją odrazu. Niebaczne słowa moje rozjaśniły ją, niby promień słońca chmurną pomrokę.
Powstała nagle z gorączkową siłą, pochwyciła mnie za ręce, pytała wzrokiem czy uczynię to naprawdę i nagliła, bym uczynił prędko. A ja czułem dobrze, iż od tej chwili, gdy on stanął pomiędzy nami, była to pierwsza, w której znaczyłem coś dla niej.
Przez minutę jeszcze stałem na miejscu i czekałem, czy nie ozwie się w niej chociaż iskierka innego uczucia. Czekałem daremnie. Wówczas bez skargi i bez pożegnania odwróciłem się powoli i odszedłem.
Długi czas błąkałem się jak szalony po górach i lasach, długo zapytywałem sam siebie, co mam uczynić? Bo czułem to jedno tylko, że dla mnie jest ona straconą tak niepowrotnie, jak gdyby leżała przyciśnięta płytą grobową.
Potem wyjechałem. Czy szukałem Cezarego, czy los sam postawił mi go znów na drodze? Ja nie wiem. Przez mózg mój przelatywało tyle szalonych chęci, że miotałem się jak chory, co w boleściach szuka ulgi i znaleźć jej nie może. A kiedym spotkał Cezarego, szedłem ku niemu nieprzytomny, nienawistny.
I spotkał mnie znowu jasny, niedbały uśmiech, który byłbym chciał w tej chwili kosztem życia spędzić z jego twarzy i zobaczyć jak ona wyglądałaby pod tchnieniem nieszczęścia.
Nie pytał mnie o nic, jakby odgadywał smutne dzieje moje w bruzdach czoła, w oczach zapadłych, w pognębionym wyrazie. On nie powrócił ani jednem słowem do przeszłości, alem ja nie chciał na tem poprzestać, ja powróciłem do niej sam, pierwszy, podobny do człowieka podżeganego pokusą, by dotknąć się cierpiącego miejsca i uczuć w niem ból palący.
Czekałem aż będziemy sami i wówczas zbliżyłem się do niego.
— Cezary — rzekłem przez zaciśnięte zęby.
Zapewne dorozumiał się o czem mówić chciałem, bo położył rękę na mojem ramieniu miękko, przyjaźnie.
— Chcesz czego odemnie? — zapytał.
Ale łagodny głos jego nie rozbroił mnie wcale.
— Cezary — odparłem — uchylając się z pod jego dotknięcia, możesz tam powrócić, bo ja... ja... ja nie zobaczę jej nigdy więcej.
I znów przez chwilę patrzył na mnie poważnie, wzrok ten biegł do głębi mego serca i była w nim jakaś dumna litość, której ja znieść nie mogłem.
— Czy sądzisz, — wyrzekł zwolna — że gdybym tego chciał, czekałbym na pozwolenie twoje lub kogobądź w świecie?
Miał słuszność, takim był zawsze, samowolny, nieprzeparty. Nie poprzestałem jednak na tej odpowiedzi i zawołałem:
— Ale tam czekają na ciebie, tam cię wzywają, tam cię pragną!
Przez chwilę stał z brwią ściągniętą, z czołem spuszczonem ku ziemi, jak gdyby rozmyślał lub badał sam siebie.
— I cóż ztąd, — wyrzekł znowu — jam temu nie winien, jam tego nie chciał.
— Chciałeś, czy nie, — mówiłem dalej — stało się, a ty za to odpowiedzialnym być musisz!
Uśmiechnął się tym razem nie z łagodną przyjaźnią, ale dumnie, uśmiechem, który znaliśmy wszyscy.
— Nie pojmuję musu, gdy niema obowiązku. Cudzą wolność uszanować trzeba, jeśli chcemy by naszę własną szanowano. Pamiętaj o tem.
Miał słuszność, przyznać to musiałem, bo koniec końców on zawsze miał słuszność. Wiedziałem w gruncie serca, że on memu nieszczęściu winien nie był, przecież to nie zmniejszało mojej nienawiści. Przeciwnie, byłbym wolał mieć co gryźć, co szarpać, czemu złorzeczyć. Niezmącony spokój jego był mi nieznośny. Zdaje mi się, że byłbym nienawidził go mniej, gdyby ją kochał. Byłaby to przynajmniej zwyczajna historya zdrady ukochanej i przyjaciela, a tak nie miałem nawet tej pociechy — nie zdradził mnie nikt. On nie obraził mię myślą nawet; ona od pierwszej chwili nie kryła się ze swoją miłością. Nie wiem co odpowiedziałem. Podobno rzuciłem mu w oczy przekleństwo i odszedłem od niego, jak odszedłem od niej.
Włóczyłem się potem po obcych krajach, szukałem chleba, szczęścia, choćby tylko zapomnienia pod śniegami północy i żarem południa. Myślałem, że zapomnę. Wszak pamięć ludzka jest jak woda, co zmącona na chwilę, znów wygładza swoję powierzchnię, znów odbija błękit nieba lub chmury, co po nim biegną. Zdarzały się dni, w których serce moje było jak ta woda. A przecież nie zapomniałem. Daremnie piękne usta uśmiechały się do mnie, nęciły oczy ogniste, miałem dla nich i ja także uśmiech i pocałunek, ale serce nigdy nie zabiło mi żywiej, nigdy nie owiał mię czar dawny. Dość mi było zamknąć oczy, by zobaczyć znowu te góry, tę lesistą polankę i ten szczyt stromy, gdzie rozegrało się w jednem spojrzeniu całe życie moje.
Od tej chwili nie widziałem więcej Cezarego, nie pytałem nawet co się z nim działo, a dziś spotykałem go tu niespodzianie wśród grobów, przykutego sercem do jednego z nich, jak gdyby się moje przekleństwo spełniło.
Widziałem go takim, jakim żądałem niegdyś w chwilach szału złamanego bólem, bez tego olimpijskiego spokoju, który draźnił mię we wspomnieniach nawet i doprowadzał do szaleństwa. I przez chwilę byłem jak dziki zwierz radujący się zdobyczą, spełnieniem krwiożerczych chęci, ale przez chwilę tylko. Bo gdy Cezary stał pochylony nad grobem, pomyślałem, że ten człowiek, który płacze i cierpi, jest jeszcze stokroć szczęśliwszym odemnie. On miał co opłakiwać przynajmniej: był kochany, stanął na zenicie ludzkiej doli, doznał możliwej szczęśliwości, jaką człowiekowi skosztować jest dane. A jeśli szczęśliwość ta była krótką, jak błysk wiosennego słońca, to i cóż ztąd... byt człowieka jest znikomy, dziś lub jutro skończyć się musi. Powinno mu wystarczyć, że wie jak szczęście wygląda, może on umrzeć bez żalu i nie powiedzieć, że życie przeszło daremnie.
Jemu przynajmniej szczęście to nie wysunęło się marnie z rąk nieudolnych, nie uleciało jak motyl niepochwytny, nie było marzeniem próżnem, ale uległo potędze, która króluje nad światem — śmierci! To nie tak jak ja, co mogłem wyzywać ją bezkarnie, bom nie miał kogo utracić, bo mogła uderzać na wsze strony, a mnie nie dosięgnąć nigdy — chyba we własnem istnieniu.
Tak, dola jego była jeszcze godną zazdrości — ja zazdrościłem mu tych łez, tego żalu i tej rozpaczy, która nie była zaprawną palącym jadem zawodu.
Powoli odzywała się we mnie nienawiść dawna, nieuśpiona, niewygasła, aż zawołałem z głębi serca:
— Cezary!
Imię to rozdarło mrok i ciszę zalegającą cmentarz, rozległo się wśród niej ponuro i zapanowało nad głuchym szumem drzew.
On obejrzał się i nie widział mnie, bo byłem ukryty w cieniu.
— Cezary! — powtórzyłem głośniej.
— Kto mnie woła? — zapytał jak człowiek senny.
Zrozumiałem, że tonął w pamiątkach szczęścia i krzyknąłem, przywiedziony do szaleństwa tem przeświadczeniem:
— Cezary! Cezary! Cezary!
Wyszedłem z cienia mówiąc te słowa, i zbliżając się do niego wstąpiłem w światłokręg lamp płonących na grobach.
Spotkałem znowu spojrzenie, które pamiętałem tak dobrze. Teraz otrząsało się ono z mrocznych obsłon, jak spojrzenie człowieka budzącego się z marzeń, i spoczęło na mnie jasne, chociaż obciążone bólem. Pomimo lat ubiegłych myśl jego nie zawahała się chwili, od razu poznał mnie i nazwać umiał, jak gdybyśmy rozeszli się wczoraj. Nie pamiętał nienawiści mojej, wielka boleść przeszła jak lawina po jego sercu i uniosła pamięć złych chwil życia. Wyciągał do mnie rękę jak dawniej, alem ja dotknąć jej nie mógł. Oczy moje musiały świecić jak oczy wilka w ciemności, bo zrozumiał wreszcie, że w nich była nienawiść.
— Oo! — zawołał — możesz mnie zabić, to byłoby szczęściem!
Widziałem, że był w mocy mojej, że jednem poruszeniem palca nie broniłby życia, gdybym na nie nastawał. Ale cóż mi było po jego życiu!
— Ty jeszcze teraz, — zawołałem namiętnie, jesteś szczęśliwszy odemnie!
Słowa te zdawały się jego boleści urągać, to też wywołały na usta jego coś, co byłoby uśmiechem, gdyby śmiertelnie smutna twarz uśmiechnąć się mogła.
Nie odpowiedział nic, ale ukazanie się moje zbudziło go widać do rzeczywistości; zobaczył, że noc zapadła zupełna, że cmentarz był pusty, i wolnym krokiem skierował się ku wyjściu.
Machinalnie szedłem przy nim, jak cień lub zły duch jego. Nie spieszył się ani ociągał, w pośród grobów dobrze świadomy był snadź drogi swojej, bo ani razu jej nie zmylił, ani razu się nie zawahał. Nie zamieniliśmy długo żadnego słowa. Tylko słychać było szum drzew i zeschłe liście szeleściały nam pod stopami. Ale we mnie wrzała ciągle myśl jedna, która wyrywała mi się jak krzyk boleści: ty jeszcze jesteś szczęśliwszy odemnie!
Zatrzymał się nagle.
— Czy jesteś w stanie, wyrzekł, zmierzyć uderzenia cudzego serca lub gorycz łez?
Było w jego głosie tyle spokojnej siły, iż mimowoli spuściłem wzrok.
A on mówił dalej.
— Człowiek ma zawsze dolę, na jaką zasłuży i szczęście, jakie sobie zdobyć potrafi. Nie chciałeś rozumieć tego nigdy. Zazdrościłeś innym uśmiechu wesela, szczęścia każdej chwili, a dziś doszedłeś do tego, że zazdrościsz łez wylanych na grobie. Nie stawałem na drodze twojej, przeciwnie, usuwałem się żeby zrobić ci miejsce. Czegóż mogłeś chcieć więcej.
Były to surowe słowa, pierwszy raz słyszałem podobne i uczułem gniew wielki. Chciałem odpowiedzieć. Ale cóż odpowiedzieć mogłem. Cezary miał słuszność, zawsze słuszność, bezmiłosiernie położył palec na ranach moich i wykazał, że nie miałem powodu szczycić się niemi. Nie był ani łagodny jak wówczas gdy, jak mówił, usuwał się z drogi, ażeby mi zrobić miejsce, ani szorstki jak później, gdy wyrzekł, iż nie pojmuje musu tam gdzie nie ma obowiązku. W tej chwili rzucał mi w oczy sąd, przeciw któremu powstać nie byłem w stanie.
— Cezary! Cezary! zawołałem tylko, łatwo ci potępiać, tyś był przynajmniej szczęśliwy. Byłeś kochany!
— Byłem kochany — zawołał — tak jest, nie zapieram się tego, ale może dlatego, że kochać umiałem.
— A ja! ja! — szepnąłem rozżalony.
— Kto nie umie przebaczać i rozumieć, ten nie kocha! — odparł z mocą.
Była chwila milczenia, czułem się pognębiony, jakaś przykra jasność rozpościerała się we mnie. A on mówił dalej.
— Nie potrafiłeś uszanować cudzego serca. Czy ta kobieta zwodziła cię, kłamała, czy obowiązaną była mieć wzrok dla ciebie jednego? Jeśli serce jej odwróciło się od ciebie, nie miałeś do niej prawa nienawiści, mogłeś cierpieć, nie powinieneś był przeklinać, ani stawać pomiędzy nią a szczęściem. Kiedym odjeżdżał, wówczas nie zapytałeś ani jej ani mnie, czyśmy cierpieli, poświęcałeś bez wahania drugich samolubstwu swemu.
— Jakto, zawołałem ugryziony w samo serce tą odpowiedzią, ty....
Ale nie było mi danem wiedzieć dokładnie co zaszło pomiędzy niemi, bo on odparł dumnie:
— Nie mówię o tem co było, ale co być mogło. A ona.... czy zatroszczyłeś się o nią kiedy?
— Cezary, Cezary! pytałem namiętnie, ty wiesz coś o niej, mów?
— Nie, odparł, wstrząsając głową. Ale ty! ty, coś ją zostawił wśród smutku i osamotnienia, nie masz prawa mówić o miłości. Miłość jest wierna, wytrwała, cierpliwa.
— Ona mnie nie kochała, ona kochała ciebie, któryś na nią nie zważał, zawołałem. Prawdziwie przystoi ci dawać mi nauki.
Wypowiedziałem to pod wpływem rozdrażnienia, chociaż czułem na sobie wzrok jego tak głęboki, że przenikał na wskróś moję istotę i obnażał z purpurowych zasłon, jakiemi ją duma przyoblekła.
Nie mogłem znieść tego wzroku, buntowałem się przeciw niemu, przeciw wpływowi tego człowieka, który przygniatał mnie miarą swoją. I zawołałem tknięty przewrotną myślą:
— Łatwo tobie mówić to wszystko, tobie coś nie doznał nigdy gorzkiego uczucia zawodu, coś nie patrzył na to jak odwracały się od ciebie myśl i serce ukochanej, ty co możesz spokojnie płakać jej umarłej, i masz na pociechę wspomnienie szczęśliwe. Ale pomyśl tylko, gdyby ona powstała zmartwych z inną miłością w sercu. — Słowa te uderzyły bezmiłosiernie w jego boleść. A ja spoglądałem mu w twarz, jakbym chciał przy bladem świetle księżyca, którego sierp zamigotał na niebie rozdarłszy zasłonę chmur, wyczytać wrażenie jakie na nim uczyniły, chciałem rozkoszować się bólem jaki mu sprawiałem.
Wrażenie było wielkie, widziałem jak przebiegł go dreszcz od stóp do głowy; przez chwilę stał milczący, z czołem spuszczonem, z ramionami skrzyżowanemi na piersi, jakby chciał uspokoić uderzenia szalonego serca.
Z razu nie odrzekł mi nic, tylko szedł dalej ciężkim, powolnym krokiem. Sądziłem, że zapomniał nawet obecności mojej, że obraziłem go tak ciężko, iż miał tylko dla mnie milczenie pogardy.
Po chwili zwyciężony bólem, zaczął mówić cicho, namiętnie, jakby zwracał się do nocnego wiatru, do gwiazd bladych, lub do tych pomników, które teraz przy mdłem świetle księżyca bielały gdzieniegdzie w pośród ogołoconych gałęzi.
— O moja najdroższa, gdybym cię zobaczył jeszcze chociażby raz tylko żywą, uśmiechnioną, szczęśliwą, chociażby uśmiechy twoje, spojrzenia i szczęście zwracały się w inną stronę, chociażby minąć mnie miała jak obcego, nie pragnąłbym nic więcej na ziemi. Gdybym cię mógł zobaczyć choć raz jeden tylko, choćby chwilę choćby mgnienie powieki.
Nie patrzył na mnie nawet; czemże ja byłem wobec niego; marnym prochem i gorzej jeszcze, prochem złośliwym; oddalał się zwolna, a gdym szedł za nim, usłyszałem jak powtarzał głosem podobnym do łkania:
— Choć raz! choć raz tylko.
— Cezary! wołałem, Cezary, daruj mi! Jesteśmy obaj równo nieszczęśliwi. Ale on już był daleko. Wiatr niósł do mnie jego słowa a moje od niego odpychał. Szedł nie odwracając się zatopiony w myślach, aż wysoka postać jego zniknęła mi z przed oczów w cieniach nocy....





NIE MIAŁA SZCZĘŚCIA.
NOWELLA.


Wszyscy przyznać musieli, że ona nie miała szczęścia. Przy urodzeniu utraciła matkę, w parę lat później ojca. I została sierotą na ludzkiej opiece.
Nie, ona nie miała szczęścia, chociażby dlatego, że pokochała taką dziką, niesforną, niepohamowaną naturę, jak moja, a pokochała tak, jak sierota kochać umie: tęsknotą niewypowiedzianą lat młodych, sercem zbolałem, rozmarzoną myślą, i wolą wreszcie, co w burzliwem morzu życia chciała znaleźć jaki stały grunt nadziei i szukała jej w mojem sercu.
Lata minęły od tego czasu, a pamiętam ją, pamiętam jakby to było wczoraj, jakby było dziś, a nawet pamiętam coraz lepiej, jakby to było przed chwilą, jakby za uchyleniem tej zasłony zwieszonej u drzwi wiejskiego saloniku, miała mi się ukazać jej drobna, wątła postać, z wielką błyskawicą w oczach czarnych jak noc, a smutnych jak sieroctwo; z poważną twarzą bez rumieńca, na której pod delikatną tkanką skóry, rysowała się sieć niebieskawych żyłek, z ustami bladoróżowemi, na których leżał czasem taki cierpliwy wyraz, a które czasem rozchylały się tajemniczo, jak usta dziecka, kiedy się przez sny uśmiecha, a niańki mówią, że z aniołem rozmawia. Bo też wówczas otaczały ją najpiękniejsze anioły ziemi: miłość — nadzieja.
— A ja, co miałem w mocy mojej to serce, ja, com mógł według wyrażenia poety obracać je oczyma, przymglić szczęściem jej źrenice lub wycisnąć z nich łzę palącą, wywołać na jej lice rumieniec lub bladość śmiertelną, ja — czym ją kochał?
Wyrwałem się z czaru, jaki na mnie rzuciła, miałem okrutną siłą ściąć boleścią te różane usta, zawieść to wierne poświęcone serce, zostawić ją bez skargi, bez łzy, skamieniałą cierpieniem. Nie kochałem jej widać.
A przecież, czas nie zatarł najdrobniejszego rysu jej postaci. Im dalej od niej, tem ją widzę lepiej, tem ją widzę częściej i obraz tej przeszłości sennej, realniejszym staje się dla mnie od rzeczywistości, jaka mnie otacza. Widocznie musiałem ją kochać.
Kochałem ją, kochałem niezaprzeczenie. Wiem to dzisiaj dobrze, kiedym ja także w życiu uczuł nieraz pod powieką gryzącą gorycz łzy, kiedym doświadczył jak serce szaleje, pierś rozrywa, jak są godziny dłuższe od lat i dnie niknące szybkością błyskawic i chwile, które mają gromowładną siłę... Tak jest, kochałem ją.
Ale czemże była dla mnie ta miłość swojska, półdziecinna, wykwitła pod dachem domowym, na progu życia, dla mnie, com wyciągał do innych ramiona, rozkipiały młodą nadzieją, mnie, któremu światu całego było mało, którego skrzydła rwały się do lotów olbrzymich, mnie com marzył... Marzeń moich opowiadać nie będę. Jeśliście mieli kiedy taką młodość, zajrzyjcie do wspomnień; jeśli macie ją teraz, zajrzyjcie do serca, a jeśli płacze tam jakie wspomnienie i świecą czyje oczy jak noc smutne, to wówczas zrozumiecie mnie może.
Miałem zaledwie lat dwadzieścia kilka, a ona, nie wiem, czy starszą czy młodszą była odemnie, bo twarz jej była jasną i nieświadomą jak niewinność, a czoło miało powagę nieszczęścia. W milczeniu i ciszy snuła się po domu, który nie był jej domem i gdzie nikt na nią nie zważał, spełniając to, co miała do czynienia.
Widywałem ją przez dni kilka przy obiedzie, śniadaniu, spacerze, obojętny jak wszyscy, oczy jej zwykle były spuszczone, głos zagłuszony przez wrzawę jaka mię otaczała, jakiej byłem częścią składową. Ona obchodziła mnie tak mało, jak portrety wiszące na ścianach jadalnej sali. Nie wiem nawet, czym zauważył ją kiedy.
Co nas zbliżyło? Wypadek, szalone serce moje, czy zły los, który ją ścigał. A jednak przysięgam, kiedy usta moje drżące mówiły «kocham», to nie było kłamstwem, kiedym patrzał na nią jak w jasną tęczę, drżał pod tchnieniem jej ust, szalał na jedne zmarszczenie jej brwi, na jedno surowe spojrzenie, kiedym snuł nić marzeń złotych jak miłość, długą jak życie, mówiłem to, com czuł jedynie.
Nie związał serc naszych żaden szczególny wypadek, nie rozdzielił nas żaden grom losu. A jednak, czy to zmniejszy ból lub winę moją, że na nikogo skarzyć się nie mam prawa?
Było to nad wieczorem. Po całym dniu gwaru i ruchu, czułem się zmordowany. Ogarnęło mnie nieokreślone uczucie niemocy i pragnień, pustki bytu i marzeń o czemś nieznanem, o czemś co mi los był winien, do czego rwała się gorąca młodość moja, a czego nie zakosztowałem jeszcze nigdy.
Może przyczyniała się do tego gorąca atmosfera lipcowego dnia, która działała rozemdlewająco i podniecająco razem, dość, że burza zbierała się w powietrzu i w głębi serca mego.
Szedłem na koniec ogrodu do altany, gdzie zwykle o tej porze nie było nikogo, trzymałem jakąś książkę w ręku; w tej chwili nie miałem ochoty spotkać nikogo z towarzystwa, które dom przepełniało.
Altana cała ocieniona była dzikim winem, którego upajające wonie mieszały się z mdłym zapachem lip kwitnących, które tworzyło wśród zwieszających się festonów, grotę zieleni, pełną tajemniczego półcienia.
Zbliżałem się po cichu, szelest moich kroków tłumiła murawa, w altanie było pusto. Tak sądziłem przynajmniej w pierwszej chwili. Dopiero kiedy oczy moje przyzwyczaiły się do półcieniu, jaki tu panował, dojrzałem jakąś postać opuszczoną na brzozowej ławeczce, stojącej w jej głębi.
Postać była nieruchomą, zbliżyłem się na palcach, wstrzymując oddech i — zobaczyłem ją. A chociaż widywałem co dzień, w tej chwili, przysięgam, spojrzałem na nią po raz pierwszy, i zauważyłem po raz pierwszy. A mogłem przypatrzeć jej się dowoli, bo znużona skwarem dnia czy strudzeniem, spała z głową w tył pochyloną opartą na rękach zaplecionych.
W tym śnie spokojnym jak sen dziecka, było coś tak miękkiego, bezwiednie kształty jej ułożyły się w tak harmonijne linije, iż zatrzymałem się jakby przykuty. I wówczas to dostrzegłem tę niezmierną delikatność drobnych rysów, którym zielonawy cień liści nadawał barwę kości słoniowej, lub paryjskiego marmuru.
Jakby z paryjskiego marmuru były dłonie jej drobne, o giętkich palcach, z atłasowem dotknięciem i stalową siłą, które teraz lekko zaplecione przytrzymywały kaskady czarnych włosów spadające w lśniących zwojach na czoło, szyję i ramiona; grzebień utrzymujący ich bogactwo wypadł na ziemię i leżał tuż koło nóżek, które obułby bez trudności trzewiczek kopciuszka.
Sen jej był niby jak sen bez marzeń; z ust różowych lekko rozchylonych wydobywało się tchnienie równe i czyste, a cień długich rzęs padał na policzki i powiększał jeszcze smutny i poważny wyraz, tkwiący na tej twarzy w sprzeczności z dziecinną okrągłością rysów.
Im dłużej patrzyłem, tem trudniej mi było wzrok oderwać. Zdawało mi się, że te blade usta mogłyby wypowiedzieć wiele słów boleści, że ciche cierpienie osiadło na tych rysach, że czytałem na nich dzieje sierocej doli znoszonej mężnie, bo wyglądała jak kwiat rzadki, wyhodowany bez słońca i światła, któremu dlatego zbywa na barwach żywych. I brała mnie szalona chęć wynieść ją na rękach z tego mroku i cienia na słoneczne promienie, i widzieć jakby krew krążyła w niej żywiej, rumieniła lice i alpejskie róże ust zamieniała w korale.
Wargi jej zadrgały, poruszyły się lekko i jakby spełniając myśl moją, rozkwitły gorącą barwą, zapewne pod wrażeniem snu jakiego. Była blizką obudzenia, nawet rączki wysunęły się z pod włosów i poruszyły ich jedwabne fale.
W tej chwili osa wleciała do altany, krętym lotem zbliżyła się do śpiącej i krążyła nad jej głową. Nie zważałem na to zapatrzony w jej rysach, które coraz wyraźniej wypowiadały mi tajemnice jej wewnętrznej istoty, tajemnice czyste, proste a bolesne, kiedy złośliwy owad brzęcząc na różowych siadł wargach. Pochyliłem się gwałtownie, jak gdybym uczuł na własnych ukłucie żądła, i spędziłem go lekko; ale gdy tak stałem na straży jej snu, tuż nad nią, uczułem jej oddech na twarzy, musnęły pukle włosów poruszone wiatrem. Przeszedł mnie dreszcz dziwny, potem krew uderzyła mi do czoła, przedmioty zawirowały w oczach i pchnięty niespodzianą siłą dotknąłem ustami tych ust bezbronnych.
Rozchyliła powieki gwałtownie. Czarne źrenice spojrzały z razu pełne podziwu, niepewne, czy to był sen czy jawa, ale to trwało chwilę krótką jak błyskawica. Zrozumiała — com uczynił; zapaliły się w nich ognie oburzenia, pogardy, gniewu, a jednocześnie wstydem spłonęła twarz i czoło aż po korzenie włosów, i szyja nawet oblała się różową łuną.
Chwila to była stanowcza; dopowiedziała mi wszystko to, com odgadł marzeniem. Zdawało mi się, że przez czas niemego wpatrzenia się zapytywałem tej uśpionej istoty, jak wysoko nosiła myśl i uczucie; żem zapytywał, czy one były mnie pokrewne? żem zapytywał, czy te błyskawiczne, te dumne oczy świadczyły o sercu? Czy wszystko com w nich wyczytał złudą nie było?.... A serce jej przez wielkie oburzone płonące oczy odpowiedziało mi: «jestem, biję na równi z twojem».
I pioruny zapalone w tych oczach, zamiast wstydu przejmowały mnie szczęściem, budziły w piersiach jakąś rozkosz szaloną. Stałem na miejscu pochwycony siłą nową, drżący niepojętem wzruszeniem, nieruchomy, gotów uklęknąć przed nią jak winowajca i błagać przebaczenia, lub pochwycić ją w ramiona i unieść na kraj świata jakby moją była.
Ona tymczasem powstała, wyprostowała drobną kibić królewskim ruchem, krew zeszła z jej twarzy i pozostawiła znów białość marmuru. W milczeniu zebrała rozrzucone włosy, skręciła nad karkiem i spięła grzebieniem.
Nie patrzała na mnie wcale, jak gdyby samą była w tem zielonem schronieniu. Jam pożerał okiem każden z jej ruchów, bo ruchy te były tak wdzięczne, iż pieściły mój wzrok i, gotów byłem patrzeć, patrzeć i patrzeć jeszcze.
Gdy poprawiła nieład uczesania, sięgnęła po słomiany kapelusz leżący na ławce i w milczeniu bez słowa, oddalić się chciała. Alem ja stał przy wejściu i zagradzał jej drogę, w ten sposób, że tuż koło mnie przesunąć się musiała.
Szła ze spuszczoną głową, i minąć mnie miała bez jednego spojrzenia, jak gdybym nie zasługiwał na nic więcej, tylko na pogardę. Tego znieść nie mogłem.
— Panno Anielo — szepnąłem zaledwie słyszalnym głosem.
Spojrzała na mnie oczyma, w których było tyle bólu, że byłbym wolał pioruny gniewu, na które wiedziałem, żem zasłużył.
— Panno Anielo — powtórzyłem błagalnie — powiedz mi, że jestem nikczemnikiem, ale nie patrz w ten sposób.
I znowu spojrzenie jej utonęło we mnie obciążone niepocieszonym smutkiem i uczułem w niem wyrzut, żem cierpiącemu przymnożył boleści.
— Gniewasz się pani na mnie; masz prawo — zawołałem jak człowiek, który bronić się chce a nie może.
Wstrząsnęła głową przecząco.
— Pogardzasz mną.
I znowu nie było odpowiedzi, tylko jakiś ruch niewyraźny.
Przez chwilę staliśmy naprzeciw siebie, bo zagrodziłem jej drogę tak, że wydostać się nie mogła.
— Puść mnie pan — szepnęła wreszcie.
Było to pierwsze słowo, jakie do mnie wyrzekła, a głos jej czysty, wysoki, nieco drżący, chociaż nad drżeniem jego zapanować usiłowała, zrobił na mnie wrażenie równe spojrzeniu. Czułem w nim łzy niespłakane nigdy, i jakieś dźwięki miękkie pokrewne mi, pełne skarg niewyraźnych może dla niej samej, a dla mnie tak zrozumiałych, jakby z piersi mojej przeszły na jej usta.
— Puść mnie pan — powtórzyła ciszej.
Nie odpowiedziałem, nie ruszyłem się, ogarniony czarem. Słyszałem dźwięki tylko i te przykuwały mnie do miejsca, gdzie ona była; słowa ginęły w przestworzu. Cóż mi było do słów jej, — one odpowiadały powszednim ludzkim stosunkom, do nich się stosowały, mógł słyszeć je każdy i rozumieć każdy. Com słyszał w jej głosie, słyszałem ja jeden; w jego dźwiękach odkrywała się dla mnie ona cała, niby zjawisko cudowne, mnie jednemu widzialne.
Jak się to stało, ja nie wiem, ale spojrzenia nasze się zbiegły i utonęły jedno w drugiem, i wypowiadały sobie wzajemnie to wszystko, co słowa wypowiedzieć mogą tylko słabo, nieudolnie, oblekając najindywidualniejsze porywy szatą komunału. Tego, com ja czuł w tej chwili, z pewnością nikt przedemną, ani po mnie uczuć nie może w tej formie i sile; więc było mi niepodobna wypowiedzieć tego spowszedniałem słowem, które przechodząc po milijony razy przez usta ludzkie, sprofanowane, źle użyte, skarłowaciałe, straciło swoje znaczenie, i w oku mojej duszy wyglądało tak jak barwy obrazu naśladujące blaski słoneczne, lub purpurową, opalową harmoniję jutrzenki.
Ona rozumiała mnie, widziałem to dobrze; rozumiała, że łudziła we mnie cześć, troskliwość i namiętne pragnienia, że gotów byłem uklęknąć przed nią i modlić się w zachwycie, i pochwycić ją w ramiona jak orzeł gołąbkę i unieść w ogniste krainy szału, — że skinieniem drobnej dłoni mogła uciszyć burzę szalejącą w piersi i jednem dźwiękiem głosu wywołać wszystkie tony, jakich zapragnęła.
Po czole jej białem przechodziły fale myśli czy uczuć, wązkie brwi zbiegały się burzliwe i znów rozchylały, świadcząc o wracającej pogodzie. Źrenice zapalały się i gasły w mgle miękkiej, ścięte usta zabarwiały się zwolna jak kwiat, co się w słońcu rozwija.
Jak długo prowadziliśmy tę niemą rozmowę, nie pamiętam. Pewno tak samo nie pamięta ona. Wypowiedzieliśmy sobie życie nasze całe, zmieszali tęsknoty, pragnienia, sny, i jak dzieci nie znając fałszu, nie podejrzywając zdrady, wyszliśmy z altany z dłonią w dłoni, przekonani, że tak przejdziemy przez życie.
Odtąd zabłysło dla niej słońce szczęścia, i przetworzyło na najcudniejszą istotę, jaką wymarzyć można. Promieniała nieujętą pięknością. Źrenice jej pełne były blasków, lica rumieńców, usta uśmiechów i słów skorych, a od czoła bił majestat pogody. Jam patrzał na nią — i szalał....
Pomiędzy nas nie wmieszał się nikt. Ja i ona nie mieliśmy nikogo z bliższych, na świat nie raczyliśmy zważać.
Nie. Pomiędzy nas nikt się nie wmięszał... A jednak kiedy liście zaczęły mienić się na drzewach w barwy złota i purpury, jak gdyby zatrzymać chciały na sobie blaski uciekające z nieba, — kiedy dnie stały się krótkie, słotne, smutne, a wieczory przedłużały się w nieskończoność, i ona osmucała się wraz z przyrodą, — blaski jej oczów ćmiły się wraz z blaskami słońca.
Nie pytałem o przyczynę. Pytać nie potrzebowałem, bo moje czoło coraz częściej było chmurne, myśli zmącone i coraz częściej przychodziło mi na myśl, żem młody, że po za granicami wioski jest świat wielki, świat szeroki, ku któremu rwałem się niegdyś siłą pragnień niepohamowanych.
Zrazu, kiedy po raz pierwszy przyszła mi myśl podobna, serce moje uderzyło gwałtownie, jak gdybym blizkim był popełnienia zbrodni. Spojrzałem na nią — wydała mi się blada i drząca. Może czytała w chmurnej twarzy mojej nowe żądze, może przeczuła, że pomiędzy nami stanęła potęga silniejsza od czaru, jaki nas łączył.
Spuściłem wzrok jak winowajca przed jej oczami. Ale odtąd coraz częściej zapadała w zadumę, coraz bardziej gasły blaski jej źrenic, a rozchylone, kwitnące usta ścinały się boleśnym wyrazem, bo myśli moje raz wraz odwracały się od niej, i prześcigały horyzont wzroku.
Przychodziły mi chęci szalone nowych światów, nowych wrażeń, a może i uczuć nowych. Wierzyłem jak dziecię, że znajdę w każdej kobiecie to, co znalazłem na progu życia — czyste serce, miłość na nic niepamiętną, bez skazy i rachuby. A kiedy raz zakradną się do myśli podobne żądze, prędzej czy później staną się faktem.
Nie mówiliśmy nigdy o tem oboje i nie potrzebowaliśmy mówić. Słowa były pomiędzy nami zbyteczne, burza wrzała we mnie i miotała sercem, jak okrętem bez steru. Ona nie zrobiła najmniejszego usiłowania, by ten ster pochwycić. Bladła, więdła, ale milczała. Z ust jej nie wybiegła ani skarga, ani pytanie żadne.
Czasem siadała przy oknie i patrzała długie godziny w przeciągające korowody chmur, jak gdyby serce jej zawieszone było na jednej z nich, — a jeślim spytał ją o czem myślała, wstrząsała głową z takim wyrazem, żem już nie pragnął odpowiedzi. Niekiedy znowu wlepiała wzrok w płomienie wieczornego ogniska i snuła jakieś pasmo marzeń czy smutków, a wówczas łuk jej brwi czarnych był wyraźny, podłużne bruzdy występowały na czoło, ciężkie powieki opuszczały się na źrenice.
Czułem niemy wyrzut w jej smutku i wrzałem niecierpliwością, a im więcej poczuwałem się do winy, tem pilniej było mi zostawić za sobą to wszystko, co mi ciążyło. Kochałem przecież na to, żeby być szczęśliwy; miłość nie powinna była stać się dla mnie więzem, skrępować mój polot i swobodę! Ja nie tego chciałem.
Czyż ona mogła żądać naprawdę, bym świat mój zamknął w promieniu jej wzroku, ja... ja, któremu życie otwierało szranki szerokie jak marzenia!
Nie szarpałem się długo sam z sobą. Com postanowił — stać się musiało, choćbym nawet miał być okrutnym dla własnego serca, — a serce to ściskało się na myśl rozstania.
Kiedym dnia tego spotkał jej oczy, nie mogłem znieść ich spojrzenia.
Było to nad wieczorem. Staliśmy oboje w framudze okna, ołowiane chmury ciągnęły nizko po nad szczytami drzew, obsiadłych miryadami wron i kawek, smutnych ptaków jesieni. Zachodzące słońce, gdzieniegdzie wydobywało się z warstwy obłoków i przerzynało je krwawą smugą. A odblask jego padał jej na twarz i nadawał złudę rumieńca.
Nie patrzyłem jej w oczy, tylko widziałem wątłą kibić drgającą za każdem uderzeniem serca.
Przez długi czas trwało milczenie; — wiedziałem, że chwila była stanowczą, że trzeba mi było ją pożegnać, a nie wiedziałem od czego zacząć; słowa konały mi na ustach. Wreszcie usłyszałem.... Nie, nie usłyszałem, pochwyciłem raczej w lekkiem drżeniu powietrza wyraz, który leżał pomiędzy nami:
— Jedziesz?
Nie wiem, czy wypowiedziały go jej drżące wargi, czy uderzenia serca, ale dźwięczała w nim moc, której opierać się nie byłem w stanie. Zresztą, ja z tem przyszedłem do niej. Skłoniłem tylko głowę.
Ręka jej spoczęła na mojem ramieniu, lekka, drżąca, tak jak spoczywała tyle razy w dniach miłości, — a w tej chwili dnie te tłumnie wróciły mi do pamięci.
— Czy musisz jechać? — spytała znowu, zaledwie słyszalnym głosem.
— Muszę! — zawołałem bez namysłu.
Spojrzała na mnie poważna i badawcza, oblana cała łunami zachodu, które czerwonym blaskiem odbiło się w jej oczach.
— Czy chcesz, czy musisz — wyrzekła znowu, jakby nie słyszała wykrzyku mego.
Nie śmiałem go powtórzyć, i zacząłem mówić o koniecznościach życia, które stanowią przymus dla jednostek, i popychają je wbrew pragnieniom i chęciom serca. Mówiłem o boleści rozłąki, o czasie próby, o chwili powitania się znowu.
Mówiłem długo: mogłem mówić wiele dłużej; ona nie przerywała mi wcale, aż wreszcie zatrzymałem się sam, zmieszany jej milczeniem. Nie przeczyła ani potakiwała, — stała zawsze w jednej postawie zapatrzona w chmury, które teraz zgasiły ostatnie blaski słoneczne i ciągnęły się po całym horyzoncie.
— Anielko! — zawołałem, nie mogąc znieść tej niemej boleści.
Zadrżała lekko i zwróciła się do mnie:
— Czemu nie powiesz mi wprost, że to wola twoja nas rozdziela? Czy myślisz, że tego nie rozumiem?
Chciałem coś mówić, tłumaczyć jej..... Skinęła ręką tylko; pojąłem, że to byłoby daremnie.
— Anielko — powtórzyłem.
Nie słuchała mnie. Miała słuszność: to com wyrzekł, były to czcze słowa, dźwięki, z których serce uleciało; jedyną prawdę dla niej stanowiły oczy moje. I musiała w nich wyczytać coś pocieszającego dla siebie, bo zaczęła mówić zwolna, urywanie, zatrzymywała się co chwila, jakby badając, śledząc wrażenie, jakie czyniła, nakształt lekarza, co kładzie palec na pulsie, badając jego tętna.
— Gdybym mogła wierzyć, że ty opuścić mnie musisz? Henryku, zrób, żebym w to uwierzyła, a chwila ta, pomimo smutku, szczęściem będzie dla mnie; szczęśliwa czekać będę na ciebie miesiące, lata, życie całe, tylko niech w to uwierzę.
W jej głosie, w jej całej istocie była wielka powaga, ona nakazywała mi prawdę.
Być może, iż kłamstwo byłoby miłosierdziem w tej chwili, ale opanowany magnetyczną siłą jej wzroku i woli, które przenikały w głąb mojej istoty, na kłamstwo zdobyć się nie mogłem.
— Anielko! — wyrzekłem znowu wymijająco.
Ona jednem spojrzeniem zaparła mi słowa na ustach.
— Chcesz, czy musisz? — powtórzyła tylko, nachylając się ku mnie tak, że oczy jej tonęły w moich, a drobne palce wpiły się w ramię moje nakształt stali.
Przez chwilę cisza była taka, iż słychać było złowrogie gwizdanie wiatru i krakanie wron nad topolami przed dworem. Czułem, jak zwolna uścisk jej dłoni słabł i rozwiązywał się; potem wzrok tracił swą przeszywającą siłę, mglił się i zdało mi się, że coś zrywało się pomiędzy nami, że zapadała jakaś zasłona niepowrotna....
Ciemniało coraz bardziej. Oparłem palące czoło o zimne szyby, o które w tej chwili siec zaczął deszcz kroplisty i próbowałem ochłodzić je daremnie.
Gdym podniósł głowę, byłem sam w pokoju. Oddaliła się bez słowa skargi, pożegnania, żalu, bez ostatniego uścisku i ostatniej prośby, cicha — jak sen.
Od tej chwili nie widziałem jej już nigdy więcej.
W życiu mojem ona była snem tylko....





MIĘŚNIE I NERWY.
OBRAZEK.


Katarzyno! Katarzyno! — wołała dźwięcznym choć słabym głosem na służącą młoda kobieta, stojąc na progu kuchni, jakby lękała się gorąca, jakie tam panowało. — Katarzyno, zakładaj kurczęta na rożen, pan przyjdzie nie długo; a pamiętaj ich nie przepiec, bo pan tego nie lubi!
Katarzyna uśmiechnęła się lekceważąco, przecież wszyscy wiedzieli, że była dobrą kucharką pani miała czas przekonać się o tém.
Wydawszy ten rozkaz, młoda kobieta cofnęła się z kuchni; była ona piękna i wiotka jak marzenie, drobne jej rysy miały nieokreślony wyraz cierpienia, blada twarz tylko na policzkach zabarwiona była rumieńcem, co nadawało jej chorobliwą cechę, a w oczach głębokich, promiennych płonęło życie młode i uczucia właściwe młodości.
Przez czas jakiś siedziała na fotelu, okolona fałdami luźnej domowej sukni, śliczną główkę wsparła na ręku, a na ustach jej błądził uśmiech, jaki wywołać tylko mogą marzenia szczęścia. Powstawała właśnie z ciężkiej choroby i spoglądała w życie wesoło, jak spoglądać zwykli ci, co są kochani i istnieniem swojem stanowią szczęście drugich. Wyglądała, jak kobieta nie zdolna stawić czoła trudom bytu, ale która może stać się ich osłodą, jeśli tylko znajdzie silne ramię, co ją przez życie przeprowadzi bez szwanku, będzie za nią walczyć i zdobywać.
Snadź znalazła takie ramię. Był ktoś, co myślał na każdym kroku o jej przyjemności, wygodzie, co ustroił dla niej to gniazdeczko miłe, czyste, zaciszne. Młoda kobieta przechadzała się po niem, jak po swojem wyłącznem królestwie, to poprawiła fałdy firanek, zmieniła symetryę gracików, rozłożonych na biurku, to oglądała kwiaty stanowiące główną ozdobę małego mieszkanka, gdy dały się słyszeć świeże świegotliwe głosiki dziecinne i dwa maleństwa, z których starsze zaledwie cztery lata liczyło wbiegły do pokoju.
Dzieci wraz ze starą piastunką powracały z przechadzki i czepiając się sukni matki, opowiadały na wyścigi drobne wypadki, zaszłe przez tę parę godzin. Ona obsypywała je pocałunkami, a czasem tylko spoglądała na nie smutnym wzrokiem, jakby żal jej było chwil straconych bez dzieci. Może zazdrościła tym szczęśliwym matkom, które mogą same prowadzić dzieci na spacer, nie bacząc na termometr, wilgoć lub wiatr ostry, jak to ona czynić musiała.
Chmurka ta jednak na pogodzie jej czoła przeszła szybko, rozmawiała z dziećmi, śmiała się i szczebiotała swobodnie, jak to czynić zwykły młode matki, kiedy żadna troska nie ćmi im wesołej myśli.
Wśród tej wesołej wrzawy czas biegł szybko, nadeszła pora obiadowa i wraz z godziną oznaczoną pan domu powrócił z bióra, w którem pracował.
Zanim jednak wszedł do saloniku, zkąd dochodziły go głosy żony i dzieci, zatrzymał się czas jakiś w przedpokoju niepostrzeżony przez nikogo, gdyż klucz od zatrzasku miał przy sobie. Nie zatrzymał się przecież jedynie, ażeby przyjrzeć się i przysłuchać zabawom rodziny, lub też zejść ją z nienacka. Potrzebował sam spocząć chwilę, ułożyć twarz i postawę, ażeby tej wesołości nie spłoszyć.
Był to człowiek młody jeszcze, wysoki i szczupły, z włosem rzedniejącym nad czołem, którego rysy nosiły wyraz inteligencyi i energii. W tej chwili jednak znać było na nim znużenie śmiertelne i zupełne wyczerpanie, kontrastujące dziwnie z wiekiem, a wreszcie z wyrazem woli, która widniała w silnie oznaczonych rysach, w charakterystycznych liniach brody, w zaciśniętych wargach.
Stał czas jakiś oparty o ścianę, jakby nie miał siły krokiem dalej postąpić, przyciskając ręką serce bijące gwałtownie, tak iż można było dostrzedz, jak uderzenia jego podnosiły rytmicznie zapiętą szatę. Pot kroplisty wystąpił mu na czoło blade i przykleił do skroni kosmyki włosów.
Upłynęła długa chwila, zanim pierwsze zmęczenie minęło, wówczas po cichu zbliżył się do zwierciadła, otarł pot, przyczesał włosy, ożywił przygasłe źrenice, przygryzł wargi, ażeby trochę krwi do nich przywołać i odchylając portyerę wszedł do saloniku.
Żona jego siedziała właśnie na nizkiej kozetce, mając obok siebie dwoje ślicznych dzieci niby ptaszyna tuląca pisklęta. Widząc męża, z okrzykiem radości zerwała się, pobiegła do niego i wieszając mu się na szyi, okrywała pocałunkami.
— Stęskniłam się do ciebie, Stachu mój — mówiła.
Kobieta była wiotka jak lilia, mąż wysoki, a jednak zachwiał się pod jej uściskiem, jakby ciężar jej ramion zbyt wielkim był dla niego. Pracowicie ułożona twarz zdradziła znów znużenie, które ukryć usiłował.
— Jesteś zmęczony — zawołała.
Nie mógł zaprzeczyć, a zresztą przeczyłby daremnie. Padł prawie na fotel stojący tuż obok.
Żona spojrzała na niego z przestrachem.
— Jesteś zmęczony, jesteś strasznie zmęczony — powtórzyła z troskliwością.
— To nic, to przejdzie — szepnął, zamykając oczy, jak gdyby raził go blask dzienny.
Pozostał chwilę milczący, mocując się sam z sobą. Po chwili wziął znowu górę nad znużeniem i powstał z miejsca.
— Ty bo zanadto pracujesz — wyrzekła żona, patrząc na niego z miłością.
Wzruszył ramionami, jakby domysł ten nie miał żadnej podstawy i zaczął wypytywać ją z troskliwością o zdrowie, o zajęcia, o przechadzkę dzieci, których jednak wbrew zwyczajowi nie wziął na kolana.
Podano obiad. Pilnował żony, ażeby jadła to, co dla niej jest zdrowem, sam jednak próbował jeść daremnie, nawet owych kurcząt, które Katarzyna upiekła po mistrzowsku, skosztował zaledwie. Jak człowiek palony gorączką wypił jedna po drugiej kilka szklanek wody, a kiedy żona zwracała na to uwagę, zaręczał z uśmiechem, że jadł sute śniadanie.
— Teraz przynajmniej — wyrzekła nalewając mu czarną kawę — posiedzisz ze mną, nieprawdaż?
Nic nie odpowiedział, tylko patrzał na nią, patrzał jak na skarb cenny a znikomy z zachwytem, niepokojem, trwogą i miłością, jakby chciał siłą swojego wejrzenia otoczyć ją atmosferą przyjazną, bronić od niebezpieczeństw, cierpień, smutków.
— Posiedzisz ze mną, nieprawdaż? — powtórzyła z przymileniem rozpieszczonego dziecka.
I widząc, że usta jego poruszają się zaczętem słowem, dodała żywo:
— Nie odmawiaj mi, nie chcę słyszeć odmowy.
Czyż potrzebowała go prosić, ażeby z nią pozostał? Czyż ten dom, w którym ona królowała, nie był dla niego rajem?
Zamiast odpowiedzi, powstał, uścisnął ją i skierował się ku drzwiom.
— Ty odchodzisz — zawołała żałośnie.
— Muszę — odparł, zdobywając się z wysiłkiem na uśmiech.
— Kiedyż wrócisz? będę cię czekać z herbatą.
— Nie czekaj, zapewne nie będę mógł wcześnie powrócić.
— Jakto, znowu będziesz siedział noc całą?
— Cóż znowu, Maniu, zkąd ci myśl podobna. Wróciłem wczoraj, zaledwie usnęłaś.
Szedł ku drzwiom, ale chód jego był chwiejny i niepewny. Ona spoglądała na niego. Żadne z nich w tej chwili nie wypowiedziało głębi myśli swojej, pragnęli oszukać się wzajem, on nie chciał zdradzić cierpienia, ani przyznać wiele nocy przesiedział pochylony nad biurkiem kończąc układanie rocznego bilansu, którego nagle zażądał jego pryncypał, ona że dostrzegła w nim zmianę wielką, że nie dała się oszukać fortelami, jakich używał, żeby ją uspokoić. Teraz jednak tego było za nadto, ogarnęła ją niewypowiedziana trwoga. Pobiegła ku drzwiom i stanęła w nich naprzeciw męża.
— Kłamiesz — zawołała. — Dzień już był kiedy powróciłeś do domu.
Nie próbował się więcej już zapierać.
— A gdyby i tak było — wyrzekł z widocznem wysileniem.
— Ja nie pozwolę ci się tak zabijać.
Była w tych słowach siła dziwna. Położyła obie ręce na ramionach męża i śledziła zmiany, jakie ostatnich dni kilkanaście wyryły na jego twarzy. Pierś jej była pełną łkań, drobne ręce drżały.
Ale wola jej spotkała silniejszą wolę, postanowienie rozbiło się o postanowienie. On wziął z łagodną przemocą w swoje jej dłonie i wyrzekł:
— Nie jesteśmy dziećmi, Maryo, próżno sprzeczalibyśmy się o słowa. Ty wiesz, że nie zależę od siebie, ty wiesz, że o chleb jest ciężko i że jakimbądź kosztem zdobyć go trzeba.
Mówił to dobitnym, choć przyciszonym głosem.
Pojęła zapewne, że miał słuszność, bo ramiona jej opadły bezsilnie, a w oczach zamigotały łzy.
Mąż jej odchodził, ale zwrócił się jeszcze, jakby ukłuty tym niemym wyrzutem i próbował wyrzec wesoło:
— Cóż znowu, bądź spokojną, nic mi nie będzie.... Za dni parę, za tydzień najdalej skończę tę nagłą robotę.
— A wówczas.... — zawołała.
— Wówczas wszystko będzie znów tak jak dawniej.
— Będziesz pracował tylko szesnaście godzin dziennie — odparła z goryczą.
— Czy sądzisz, że gdybym porzucił posadę, jaką zajmuję, nie znalazłoby się stu ludzi, którzyby ją pochwycili z rozkoszą? Czy sądzisz, że mi braknie zazdrosnych? Pracować wprawdzie muszę, ale za tę pracę zdobywam przynajmniej dobrobyt całej rodziny, gdy tymczasem inni....
Wiedziała, że miał słuszność, a jednak przekonanie to nie mogło służyć jej za pociechę. Nie mogła się zgodzić z tą wyrobniczą dolą męża, z jego pracą nad siły. Próżno nakazywał jej spokój, ona spokoju znaleźć nie mogła, widziała ciągle przed sobą bladą, wychudłą twarz jego, słyszała krok chwiejny. Zniechęcona i smutna pobiegła do okna i przy zapadającym wieczorze, rozeznała jeszcze jego postać. Szedł powoli, naprzód pochylony, jakby trudno mu było przebyć krótką przestrzeń, dzielącą go od bióra.
Wieczór zeszedł jej smutno bardzo, chciała doczekać się męża, położywszy się, czekała jeszcze i nasłuchiwała jego kroków, aż wreszcie sen skleił jej powieki, a jego nie było.
Bióro, w którem pracował Stanisław Molski, mieściło się nie zbyt daleko od jego mieszkania, przecież te kilkadziesiąt kroków, zmęczyło go bardzo. Sądził, że ruch i świeże, mroźne jesienne powietrze otrzeźwi go i uspokoi rozstrojone nerwy. Tymczasem stało się przeciwnie, potrzeba mu było wypoczynku, nie zaś podniety, spokoju i snu, a nie ruchu. Od kilku tygodni, dnie i noce przepędzał nad pracą, chcąc wykończyć czemprędzej, natarczywie żądane przez zwierzchnika obliczenie.
Zwierzchnik ten nie lubił go i on wiedział o tem dobrze, a przytem do zwierzchnika uśmiechała się i wdzięczyła pewna ładna brunetka, której mąż zajmował w biurze bardzo małe stanowisko, widocznie mając ochotę zająć większe. Zwierzchnik zaś, jak wielu zresztą zwierzchników, miał miękkie serce i słabość dla podwładnych, mających ładne żony, siostry lub córki, a gdy te wnosiły prośby za swymi mężami, braćmi, ojcami, przychylał się chętnie do prośb, zwłaszcza popartych czarującym uśmiechem, jakim niektóre kobiety uśmiechać się do zwierzchników umieją.
Wprawdzie i Stanisław mógł się pochlubić piękną żoną, ale jego Marya oddana mężowi i dzieciom, nie miała pojęcia o podobnych uśmiechach, prawdopodobnie nawet zwierzchnik nie widział jej nigdy; delikatna i wątła, potrzebowała żyć w puchu i mąż otaczał ją nim troskliwie. Podobna troskliwość jednak bywa bardzo kosztowną; delikatna kobieta nie jest stworzona na żonę pracownika, który byt rodziny codziennie zdobywać musi.
Gdyby nie Marya, ileż razy rzuciłby był tę wyczerpującą posadę, w której coraz nowe wymagania zmuszały go do pracy nad siły, tem bardziej, że pracę tę narzucano mu systematycznie, nigdy nie okazując z niej zadowolenia, zapewne chcąc wyczerpać jego cierpliwość i doprowadzić go do wybuchu.
Ileż razy patrząc na człowieka, w którego ręku spoczywał los jego, czuł iż krew wrzała mu w żyłach a słowa prawdy cisnęły się na usta. Ale on wymówić ich nie mógł, słowa te bowiem byłyby obelgą, zwierzchnik czekał ich i wyzywał. A wówczas coby się stało z jego żoną, z jego dziećmi!
Innej pracy szukać nie był w stanie, trzeba było mieć na to czas, stosunki, pieniądze, a to wszystko było dla niego zbytkiem życia. Istnieje wprawdzie zdanie, że zdolny pracownik nigdy nie pozostanie bez chleba, ale zdolność pracownika poświadczają zwykle zwierzchnicy, wie się o zdolnościach zużytkowanych, te zaś co marnieją w zapomnieniu, stanowić będą zawsze cyfrę niewiadomą w bilansie społecznym. A przytem Molski zajmował wysokie stanowisko, dobił go się latami pracy, doszedł do tego, że płaca, jaką pobierał, starczyła na dostatnie utrzymanie rodziny. Inny na jego miejscu byłby nawet coś odłożył na czarną godzinę, ale zdrowie Maryi wymagało wygód, które w jego położeniu słusznie przybrać mogły nazwę zbytków. Nie odłożył nic, zaledwie wystarczyć zdołał.
Gdzież mu więc było myśleć o oporze, o zmianie miejsca, o narażeniu żony na niepewne szanse losu. Czuł się niewolnikiem obowiązków rozlicznych, a zatem jednym z tych białych murzynów, których coraz więcej wyrabiają obecne stosunki. Trzeba mu było schylić głowę i znosić, znosić wszystko, i pracę wyczerpującą i arogancyę zwierzchnika i niesprawiedliwość. Wszakże zależał od niego, tylko od niego, zwierzchnik nie potrzebował odwoływać się do nikogo, ażeby zastąpić go kim innym. Służyło mu wprawdzie prawo regresu do ministeryum, ale ministeryum miało wiele ważniejszych spraw do załatwienia, niż wglądanie w słuszność takich drobiazgów, jak dymisya jakiegoś tam urzędnika; a gdyby i nie miało spraw ważniejszych, grzeczność sama nie pozwalała działać wbrew woli zwierzchnika i osłabiać tem samem jego powagę.
Molski za nadto znał świat i ludzi, by o tem powątpiewać. A jednak czuł systematyczne prześladowanie tak, iż przypominały mu się czasami bajki z lat dziecinnych o złośliwych czarodziejach, którzy zadawali roboty niepodobne do wykonania, ażeby zgubić tych, co w ich moc popadli.
Jemu jednak trzeba było koniecznie wykonać zadaną pracę bez pomocy żadnej z tych dobrych wieszczek, które w bajkach opiekują się uciśnionymi. Lub też.... Wiedział, że złośliwy czarownik go nie pożre, ale wiedział także, iż na jego miejscu zadaną robotę wykona ktoś inny, i ten ktoś inny zajmie jego miejsce.
Usiadł przy biurku, kazał woźnemu zapalić światło i zabrał się do układania i sumowania cyfr. Czas jakiś siedział pochylony, natężając uwagę. Krew uderzyła mu do głowy, skronie pulsowały, a przed oczyma zmęczonemi, cyfry mięszały się i tańczyły dziwnie. Parę razy wstawał i przechadzał się po pokoju, i znów zajmował swoje miejsce, ale zmysły wypowiadały mu posłuszeństwo, nadużywał ich przez tyle dni i nocy, pracując jedynie i odsuwając sen od oczów za pomocą natężonych nerwów, iż dziś nie był już w stanie nad nimi panować.
W rozpaczy nałożył paltot i wyszedł na chwilę. Po drugiej stronie ulicy była otwartą jeszcze pierwszorzędna cukiernia, kazał sobie dać filiżankę mocnej czarnej kawy. W chwili, gdy pił ją zamyślony, usłyszał swoje nazwisko.
— Jak się masz, — wołał przy nim głos znany, cieszę się, że cię spotykam, mam dla ciebie dobre wiadomości.
Dobre wiadomości, doprawdy, przychodziły one w porę. Odzywał się w ten sposób do niego dawny kolega szkolny, dziś doktor, mający w swojej pieczy zdrowie całej rodziny.
— Byłem u twojej żony, mówił dalej, nie zważając na osłupiałe prawie milczenie Molskiego, znalazłem ją lepiej, niżem się spodziewał, niech tylko tę zimę przebędzie w spokoju, bez zaziębienia, niech w lecie pojedzie do Szczawnicy, a ręczę, że nie zostanie śladu po przebytem zapaleniu płuc. Tylko nie pozwalaj jej wychodzić.
Słowa te brzmiały dziwnie w uszach męża. Zdrowie Maryi wymagało pieniędzy, dużo pieniędzy, spokój jest to powszechne lekarstwo, którego życie darmo dostarczać nie chce, on musiał zapracować na wszystko, i na spokój także.
— Nie odpowiadasz mi, ciągnął doktór wesoło, no, spodziewałem się przynajmniej radosnego słówka. Ale cóż ty tu robisz... Spojrzyj na mnie i mówiąc to obrócił go ku światłu.
— Jesteś chory, zawołał zupełnie odmiennym głosem, chwytając go za rękę suchą, rozpaloną, gorączkową. Idź do domu, połóż się.
— Idź do domu, połóż się — powtórzył sucho Stanisław. — Daj mi raczej jaki preparat, któryby odsunął sen z moich oczów i pozwolił dokończyć zaczętej roboty.
— Żartujesz ze mnie, nie jestem trucicielem, robotę skończysz jutro, wszakże nie zależą od niej losy świata.
Molski nie nalegał więcej, wiedział, że doktór był w niektórych rzeczach nieubłagany. Wyszli razem z cukierni. Była to zimna noc listopadowa, noc nieznośna dla tych, których letniem legowiskiem były ławki skwerów, budujące się domy i t. p. bezpłatne schroniska biedaków. Dwóch małych górali w łachmanach próbowało ogrzać się we drzwiach cukierni, zkąd za każdem otworzeniem buchało ciepłe powietrze. Oczy ich pożądliwie obejmowały stosy ciast, cukrów, owoców i dymiące napoje roznoszone pomiędzy gośćmi przez służbę.
— To ci dopiero szczęśliwi! — mówił jeden do drugiego, spoglądając na wychodzących.
— Ba! — odparł filozoficznie drugi — toć przecież panowie!
I obadwaj żałosnym głosem żebrać zaczęli.
Stanisław rzucił im drobny pieniądz i powrócił do swojej pracy. Znowu całą noc nad nią przesiedział. A gdy nazajutrz, po krótkiej chwili spoczynku, stawił się w biurze, zataczał się jak człowiek pijany.
Godzina była już dość późną. Zaraz na wstępie powiedziano mu, że pan naczelnik pytał już dwa razy o niego i oczekiwał niecierpliwie, poszedł więc do jego gabinetu.
Naczelnik biura, który względem Molskiego odgrywał rolę złośliwego czarodzieja, nie był wcale wyjątkowym człowiekiem, lepszym lub gorszym od innych. Był to po prostu pan naczelnik, z dozą dobrego i złego, jaka zwykle przypada na ten podgatunek ludzki. Niektórzy chwalili go bardzo, niektórzy ganili namiętnie, prawdopodobnie jedni i drudzy mieli do tego prawo, zapewne był on jak księżyc, który ma światłą i ciemną stronę, a sądy ludzkie wypadały stosownie do tego, czy mieli do czynienia z jedną lub z drugą. Kiedy komu dobrze życzył, pragnął mu dopomódz, kiedy kogo nie lubił, szkodził mu, nie przez złośliwość, gdyż z natury swojej złośliwym nie był, ale jedynie dla tego, że środki miał ograniczone, czyli rozporządzał tylko pewną liczbą posad i gratyfikacyi, a tym sposobem nie mógł czynić dobrze jednym bez szkody drugich, ani dać posady tym, których protegował, bez udzielenia jednocześnie komuś dymisyi. Zapewne, gdyby miał do rozdania liczbę posad nieograniczoną, nie udzielałby nikomu dymisyi. Ponieważ jednak było inaczej, więc we własnem sumieniu, nb. przypuszczając, że posiadał ten organ moralny — był zupełnie czysty, kiedy kogo chleba pozbawił. Jeżeli zaś lubienia jego i nielubienia nie zawsze były słuszne i jeśli pociągały go one do spełnienia czynów, noszących pospolicie nazwę niesprawiedliwości, nie było to już tyle winą jego charakteru, jak raczej braku odpowiednich pojęć, wyrobionych na gruncie wiekowej cywilizacyi, a na które widocznie w mózgu jego nie było odpowiednich komórek.
Wiadomo przecież, że sprawiedliwość, prawo, cnota, należą do kategoryi abstrakcyi, o których każdy wiek i każdy stopień rozwoju, wyrabia sobie inne wyobrażenie. Zwierzchnik Molskiego, który dostał się na wysoki stopień w społeczeństwie, gramoląc się pracowicie, i znosząc bardzo wiele od ludzi, którzy niegdyś stali wyżej od niego, tak w hierarchii społecznej, jak urzędniczej, uważał, że miał wszelkie prawo odpłacać obecnie swe dawne trudy i upokorzenia niższym od siebie. Takie było jego przekonanie, i tym sposobem kształtowały się jego osobiste pojęcia o sprawiedliwości, jeśli zaś nie były one w zgodzie z etyką powszechnie przyjętą, nie było to znów jego winą. Molski miał nieszczęście niepodobać mu się, gdy przeciwnie niejaki pan Chrapkiewicz, mąż ślicznej brunetki, podobał mu się bardzo. Molski brał pensyę cztery razy większą od Chrapkiewicza, nie dziw więc, iż życząc dobrze temu ostatniemu, pragnął posunąć go na wyższy urząd.
Były to wszystko rzeczy tak naturalne, iż doprawdy żaden człowiek, obdarzony rozsądkiem, dziwić im się nie mógł, tak przynajmniej znajdował zwierzchnik Molskiego. Z drugiej strony znów nie dziwił się on wcale, że Molski nie miał ochoty z miejsca swego ustąpić, nie miał mu tego nawet za złe w ogólnem tego słowa znaczeniu. On sam w podobnem położeniu robiłby to samo, chociaż w położeniu takiem nie był nigdy, uważał bowiem za rzecz elementarnego sprytu, podobać się zwierzchnikom, sam niegdyś, jako podwładny, starał się o to zawsze z gorliwością wielką wszelkimi sposobami, bez rozróżniania godziwych od niegodziwych, bo pod tym względem znowu, pojęcia jego nie były zbyt wyrobione, a nawet miały pewne pokrewieństwo z pojęciami dzikich, którzy utrzymują dobrodusznie, iż dobro zasadza się na porwaniu cudzej własności, a złe na niedopilnowaniu własnej. Nie dziw więc, iż dziś, gdy został zwierzchnikiem, czuł się w prawie wymagać, aby podwładni równie gorliwie, jak on niegdyś, starali się o jego względy. Skoro zaś Molski tego nie czynił, uważał się w zupełnem prawie zmusić go do ustąpienia. Był to więc rodzaj turnieju trwającego od pewnego czasu, pomiędzy zwierzchnikiem a podwładnym, turnieju, w którym pierwszy stawiał coraz wzrastające wymagania, a drugi czynił im zadość z wzrastającą cierpliwością i pracą.
Ma się rozumieć, iż walka ta jak zwykle bywa, zaostrzała niechęci, podwładny nienawidził zwierzchnika nadużywającego swej władzy, zwierzchnik znów nienawidził podwładnego tem bardziej, że ten nie dawał mu pożądanego pozoru dymisyi.
Kiedy zaś udało mu się raz przecie przyjechać do biura wcześniej od niego, postanowił udzielić mu przynajmniej napomnienie i skoro nadszedł, kazał go wezwać do siebie.
Był bardzo wzburzony, albowiem wysiadając z powozu przed biurem, spotkał piękną panią Chrapkiewiczową, która minęła go zadąsana, z bardzo ceremonialnym ukłonem. Miała słuszność. Tak dawno obiecywał jej mężowi zwiększenie etatu i obiecywał daremnie. Pan naczelnik był sprawiedliwym pod tym względem, układał nawet sobie, iż musi ofiarować tymczasem jaki piękny medalion lub bransoletę, ażeby dodać cierpliwości, ale nie było mu to bardzo na rękę, bo jakkolwiek pensyę brał wielką i miał nawet jakieś dobra, przecież i pensya i dobra nie wystarczały na jego potrzeby.
Pan naczelnik miał około lat pięćdziesięciu, był to człowiek silny, barczysty, o krótkiej szyi, z głową okrągłą, z twarzą okrągłą, z okrągłemi oczami, co nadawałoby mu wyraz dobroduszny, gdyby nie nos zadarty i na dwoje rozszczypany, który czynił go podobnym do wietrzącego buldoga. Chcąc dodać sobie, zapewne urzędowej powagi, stosownej do wysokiego położenia jakie zajmował, nosił brodę i wąsy starannie wygolone, a za to rozpościerały się wspaniale pod policzkami gęste bokobrody, ognistego koloru, które przy czerwonej karnacyi twarzy, nadawały jej wyraz bardziej jeszcze sangwiniczny.
Pan naczelnik siedział na fotelu przed biurkiem, kiedy wszedł Molski. Ci dwaj ludzie stanowili pomiędzy sobą kontrast tak zupełny, iż starczył na wytłumaczenie wzajemnej niechęci, choćby nie było ku niej ważniejszych powodów. Jeden atletycznej budowy, ciężki, krwisty; drugi szczupły, smukły, blady; jeden z rozlaną i zatartą twarzą, drugi z rysami delikatnymi, które wyrzeźbiło życie, z czołem szerokiem, świadczącem o wyrobieniu inteligencyi, z oczami pełnemi iskier myśli, pomimo śmiertelnego znużenia, w czasie, gdy w burych, okrągłych źrenicach naczelnika można było, co najwięcej dopatrzeć się przebiegłości. Jeden był wcieleniem brutalnej siły mięśni, drugi intelektualnej siły nerwów, w dobrej więc gospodarce społecznej temu drugiemu przypadłoby zwierzchnictwo, nerwy powinny rozkazywać mięśniom, tak samo, jak to się dzieje w organizmie.
Ponieważ jednak pod tym względem jak pod wielu innymi, nie rządzimy się prawidłowo, mięśnie miały przewagę nad nerwami, pan prezes siedział rozparty w fotelu, a Molski stał przy jego biurku.
— No, panie Molski — zapytał od razu wchodzącego — już godzina jedenasta.
— Całą noc spędziłem przy robocie w biurze — odparł zagadniony — nad układaniem bilansu, którego zażądał tak nagle pan naczelnik.
— No tak, on mnie bardzo potrzebny, czyś pan już skończył?
To, czego żądał, było prawie niepodobieństwem. Na bladą twarz Molskiego wystąpiły gorączkowe rumieńce. Był podrażniony gwałtownie, próbował wytłumaczyć zwierzchnikowi, iż od kilkunastu dni przepędzał nocy nad tą robotą. Kto inny zresztą byłby to wyczytał z jego zmęczonego oblicza. Naczelnik jednak na twarze swoich urzędników nie patrzał, zwłaszcza też na twarze tych, których nie lubił. Odparł więc niechętnie.
— Ja panu przecież całą noc siedzieć nie każę, zrób pan to, co masz zrobić w godzinę, czy w sto godzin, mnie to wszystko jedno, bylem miał to, co mi jest potrzebne.
— Ależ panie naczelniku, każda rzecz potrzebuje czasu, ja się zapracowywam, więcej uczynić nie jestem w stanie.
Miał na końcu języka, że i tak czynił za wiele, nie powiedział tego jednak i dobrze zrobił, bo zwierzchnik pochwycił:
— Któż temu winien, że pan nie jesteś w stanie, inniby tę robotę dawno skończyli.
Inni! Słowo to było wymówione z naciskiem, zrozumiał, co ono znaczyło; inni, był to niezawodnie Chrapkiewicz, który kręcił się nieustannie około naczelnika, znosił mu wszystkie biurowe plotki i wieści.
Należało zapewne Molskiemu prosić prezesa, by w takim razie, robotę jego powierzył tym innym, godność jego wymagała może takiej odpowiedzi, a kto wie, czy nie rachowano na nią, ale zrozumiał szybko, że podobne słowo równało się dymisyi, wspomniał na żonę i nie wypowiedział go. Blade skronie pochyliły się zwolna, wargi zadrgały.
Skłonił się w milczeniu i wyszedł.
W utarczce, jaka tu zaszła, mięśnie otrzymały zupełne zwycięztwo nad nerwami. Nie dziw, przy nich była siła.
Molski powrócił na swoje miejsce w stanie trudnym do opisania, rozstrojony, wzburzony, zaledwie zdołał zapanować nad sobą wobec zwierzchnika, teraz nastąpiła reakcya. Czuł się nie zdolnym utrzymać pióro w ręku, ręce jego drżały, wzrok się mącił, a jednak ten nieszczęsny bilans skończyć musiał jakimbądź kosztem.
Kiedy wybiła godzina opuszczenia biura i wszyscy urzędnicy udali się na obiad, on nie ruszył się z miejsca, posłał tylko parę słów do żony, by nie czekała na niego. Nie czuł głodu tylko paliło go pragnienie, nie był w stanie dowlec się do domu, a więcej jeszcze nie był w stanie rozmawiać spokojnie. Marya domyśliłaby się czegoś złego, spojrzawszy na niego, zaklinałaby go znowu, ażeby szanował swoje zdrowie i dawała mu tysiąc rad dobrych, które w obecnem położeniu zakrawały na gorzką ironię.
A potem, robota jego musiała być skończoną na jutro, choćby miał to przypłacić chorobą. Wiedział, że ze zdolnością i umiejętnością jego, nikt w biurze równać się nie mógł, paliła go żądza pokazania naczelnikowi i jego zausznikom, co zrobić jest w stanie.
Kazał woźnemu zapalić światło, przynieść szklankę czarnej kawy, syfon wody sodowej i nie przeszkadzać mu pod żadnym pozorem.
Woźny słyszał przez czas pewien zgrzyt pióra, biegnącego po papierze, słyszał szum wody sodowej, nalewanej do szklanki, potem wszystko ucichło. Molski przecież musiał pisać ciągle, bo lampa płonęła na jego biurku.
Woźny jednak nie był obowiązany czuwać całej nocy dlatego, że tak czynił jeden z urzędników. Nocował on tuż przy biurze w małej izdebce, Molski wiedział o tem, mógł więc być na każde jego zawołanie. Ale noc minęła, a nikt go nie wołał.
Nazajutrz, kiedy przyszedł porządkować biuro, zobaczył przez drzwi uchylone od pokoju, w którym pracował Molski, jak żółte światło nafty kłóciło się ze światłem słonecznem, którego różowe promienie uderzały wprost w szyby okna. Zajrzał tam i uśmiechnął się, Molski siedział wprawdzie na swojem miejscu pochylony, ale głowa jego spoczywała na papierach, widocznie sen go zmorzył nad pracą.
Trzeba go przecież było obudzić. Woźny chrząkał, stukał drzwiami, napróżno, nic nie przerywało spoczynku pracownika, który go widać tak bardzo potrzebował. Wreszcie zbliżył się i zgasił lampę, to nawet nie obudziło śpiącego; wówczas dotknął się ręki jego, ręka była lodowata i sztywna. Odskoczył przerażony i zaczął wołać.
Właśnie w tej chwili urzędnicy schodzić się zaczynali. Chciano ratować, ratunek był spóźniony, Molski był już zesztywniały; padł on jak żołnierz na posterunku, zabity apopleksyą nerwową, a trup jego uderzył na wstępie do biura pana prezesa, który przyjechał o zwykłej godzinie.
Miał on silne nerwy, a jednak pobladł na ten widok. Nie był to człowiek krwiożerczy i śmierci bliźniego nie pragnął, to też czemprędzej wyniósł się z biura w bardzo złem usposobieniu. Molski źle mu się przysłużył tą śmiercią, mógł być krzyk, hałas, może śledztwo. W drodze jednak spotkał panią Chrapkiewiczową, którą mógł śmiało zapewnić, że mąż jej otrzyma wreszcie upragnioną posadę.
A Marya? A jej dzieci?
Gdy zginie ptak na gnieździe, pisklęta ginąć z nim muszą. Marya więcej od dzieci potrzebowała opieki i karmiącej ręki.





W WIECZÓR ZIMOWY.
OBRAZEK.


Był to piękny dzień zimowy: ziemię okrywał śnieg świeżo upadły, ścięty mrozem niepokalany a tak rażąco biały, że aż wpadał w błękitnawą barwę. Wspaniałe, jasne, chłodne, styczniowe słonce świeciło na niebie bez chmury, odbijało się na całej powierzchni ziemi i czyniło ją podobną do brylantowego kobierca. Kobierzec ten mienił się barwami tęczy, skrzył się, płonął, migotał, olśniewając wzrok miliardami drobnych kryształów, które gdzieniegdzie obsiadły drzewa czyniąc je srebrnemi, a gdzieniegdzie unosiły się jak pył świetlany w powietrzu.
Szczęśliwi mieszkańcy miast wielkich lubią dnie podobne; to też około południa ulice Warszawy roiły się tłumami, termometr wskazywał tylko kilka stopni mrozu, był to więc czas najsposobniejszy do pokazania pięknych futer i świeżych twarzyczek, które z pod przeźroczystych woalek świeciły rumieńcem i żywem spojrzeniem.
Sanki z wesołym dźwiękiem dzwonków mknęły środkiem ulicy a tłumy snuły się po asfalcie chodników, zatrzymywały się przed wystawami sklepów lub kierowały szybko ku Saskiemu ogrodowi, gdzie zamarzła sadzawka wabiła amatorów ślizgawki.
Szły też młode panie i młodzi ludzie pobrzękując łyżwami tam, gdzie wesołe dźwięki muzyki wtórowały śmiałym posunięciom i zręcznym zwrotom łyżwiarzy.
Około sadzawki stały gromadki ludzi, przypatrując się zabawie. Widowisko to nie zwabiało samych strojnych pań i panów, było tam wiele uliczników i ubogich dziewcząt, które spoglądały z zaciekawieniem i zazdrością na ludzi ciepło ubranych, swobodnych, zadowolonych, ślizgających się po lodzie, jak po powierzchni życia, bez troski.
Wśród tego tłumu szły dwie strojne kobiety: młodsza w puszastym kołnierzu z czarnych lisów, z rękami schowanemi w malutki zarękawek, w którym nie zmieściłyby się z pewnością zwykłe pracujące dłonie, miała przewieszone przez rękę łyżwy z błyszczącej stali, które za każdym krokiem odbijały jak w zwierciedle promienie słoneczne i wydawały dźwięk metaliczny. Szła prędko, tak iż starsza kobieta dążyła za nią z trudnością. Młodszej pilno było snać do zabawy, starsza ociągała się za pieskiem, którego prowadziła na wstążce.
Był to charcik angielski, jasno kawowego koloru; on także ustrojony był w paltocik z szafirowego sukna, podbity czarnemi barankami. Pomimo jednak ciepłego okrycia i własnej szerści delikatny charcik drżał całem ciałem i szedł za swoją panią, jak kapryśny dzieciak, opierając się jej woli, tak, iż błękitna wstążka, przywiązana do obróży, wyciągniętą była w całej długości, a pani daremnie zachęcała go głosem wołając na niego: Dear, Dear! Dear widocznie głuchy był na to wołanie.
— Jakże gorąco — mówiła młodsza, zwracając się do swojej towarzyszki.
— Gorąco, bardzo gorąco — odparła ta ostatnia, zmordowana ociąganiem się pieska.
— Po co ja wzięłam to futro — zawołała niecierpliwie, pokazując na swój elegancki paltot, pokryty aksamitem.
W futrze jednak pozostała; nie musiało ciężyć jej zbytecznie, bo pobiegła na lód, a dobywszy z kieszeni portmonetkę, zapłaciła za wejście i wnet przypasowawszy łyżwy, ukazała się zwinna i chyża na gładkiej powierzchni.
— To prawda, że gorąco — powtarzała tymczasem starsza kobieta sama do siebie.
— Gorąco — szepnął za nią głos jakiś cichy, stłumiony i przerywany, jak gdyby drżały usta, z których wychodził.
Strojna pani nie obejrzała się, może nie usłyszała go nawet, w tej chwili cała jej uwaga skierowaną była na pieska, ale gdyby się obejrzała, zobaczyłaby bardzo pospolity widok.
Pomiędzy tłumem, zgromadzonym u brzegu sadzawki, przesuwała się kobieta, okryta kraciastą chustką, wypełzłą i wytartą długiem użyciem, której tkanina obciskała jej wątłe ramiona i piersi. Z pod chustki widać było suknię wełnianą, czarną niegdyś, dziś zrudziałą zupełnie; a ile razy noga wysunęła się z pod jej fałdów, można było dostrzedz bucik prunelowy, pęknięty w kilku miejscach. Na głowie miała okręconą mniejszą włóczkową chusteczkę jasnego koloru, podziurawioną i obszarpaną, z pod niej wymykały się nad czołem kosmyki jasno-kasztanowatych włosów, których sploty dostrzedz można było także z tyłu przez rzadkie oczka i dziury chusteczki.
Cała powierzchowność kobiety świadczyła o nędzy i opuszczeniu, a zarazem o jakiejś przeszłości lepszej. Zniszczone rzeczy, jakie miała na sobie, przystosowane do jej figury, nie były pierwszym lepszym łachmanem, kupionym przypadkowo lub rzuconym ręką miłosierdzia. Suknia, jakkolwiek ruda i wytarta, była z kaszmiru, chustka musiała nawet kiedyś być gustowną, zanim promienie słońca, deszcze i śniegi spłukały jej pierwotną barwę, a ręka, którą przytrzymywała ją na piersi, chociaż zsiniała i popękana od zimna, miała przecież drobne, delikatne kształty.
Ręka ta, jak cała powierzchowność, zdawała się mówić o lepszej przeszłości, a twarz zbiedzona, zżółkła i wychudła mówiła o niej wyraźniej jeszcze. Teraz zarówno choroba, zgryzota jak i wiek, mogły jej nadać pergaminową barwę i wyżłobić owe głębokie bruzdy przecinające czoło, owe surowe rysy, które ściągały na dół kąty ust i nadawały całej twarzy wyraz zupełnego opuszczenia.
A jednak pod tą powłoką, narzuconą fizycznem czy moralnem cierpieniem, może jednem i drugiem, łatwo było dopatrzeć śladów pierwotnej piękności. Rysy jej były delikatne, z po za zwiędłych, zsiniałych ust widać było drobne ząbki, białe i równe, a oczy, choć otoczone czerwoną obwódką łzawą, miały przecież blask nieprzyćmiony jeszcze.
Teraz przecież opuszczenie zapanowało zarówno w jej powierzchowności jak wyrazie twarzy, zdawała się wylękłą, prawie ogłupioną, wyglądała z pozoru na istotę, którą okoliczności rzucają, bo ona oprzeć im się nie potrafi. Przesuwała się pomiędzy tłumami bez pospiechu, jakby szła gdzieś, ale dojść nie było jej pilno. Chwilami zatrzymywała się uderzona myślą jakąś, a wówczas ponury ogień zapalał się w jej oczach, zataczała niemi w koło, jakby szukała czegoś... kogoś... i nie znalazłszy, przybierała znowu ten wyraz rozpaczliwego spokoju, który zdawał się świadczyć, że nie spodziewała się już niczego, a los swój przyjmowała, bo zwalczyć go nie była w stanie.
Tylko kiedy strojne kobiety skarzyły się przy niej na zbytnie gorąco, usta jej powtórzyły bezwiednie ten wyraz, bo członki jej były skostniałe a zęby dzwoniły.
Kilkustopniowy mróz mógł wydawać się lekkim dla istot zdrowych, sytych, wyspanych, odzianych starannie, ale mróz ten przenikał do kości jej ciało, zaledwie łachmanami okryte.
— Gorąco, o o... gorąco — szepnęła, spoglądając mętnemi oczami na strojną panię.
I wzrok jej zatrzymał się na niej i na piesku, którego prowadziła.
Charcik rozkaprysił się na dobre; delikatna jego główka chowała się i kurczyła, znikając prawie w baranku paltocika, cienkie nogi zdawały się stąpać ostrożnie po iskrzącym śniegu, a z pyszczka wyrywały się krótkie, urywane szczekania, podobne do skarg pieszczonego dziecka.
Pierwszy raz zapewne widziała psa tak starannie chronionego od zimna, bo spoglądała na niego długo.
— Dear, Dear — powtarzała tymczasem jego właścicielka, głaszcząc go pieszczotliwie.
Ale on zdawał się głuchym na te oznaki czułości i skomlał ciągle.
— Co to pieskowi — mówiła dalej kobieta, nachylając się ku niemu — czego piesek płacze.
Dear odzywał się coraz żałośniej, patrząc błyszczącemi oczkami na swoją panią.
— Aha! pieskowi zimno, nieprawdaż? piesek się zmęczył, nóżki mu zmarzły — przemawiała czule.
I wziąwszy go na ręce, usadowiła na zarękawku, ażeby się rozgrzał, całowała czule jego pyszczek, a on uspokojony, przyjmował wdzięcznie te pieszczoty jako sobie należne.
Uboga, zziębnięta kobieta nie wiedzieć czego zapatrzyła się w ten obraz, tak iż zdawała się zapominać o mrozie i dopiero kiedy właścicielka wraz z psem zniknęła jej z oczów pomiędzy tłumem przechodniów, wstrzęsła się nagle, opuściła głowę na piersi i wolnym krokiem poszła dalej, przez ogród i Żabią ulicę aż na koniec Leszna, gdzie zajmowała w dworku część pokoiku na facyatce.
Im jednak bliżej była dworku tego, tem szła wolniej, zapomniała widać o zimnie, tylko wzrok jej stawał się bardziej ponury i bruzdy na czole były głębsze.
Bo po cóż się miała spieszyć, czy czekało na nią ognisko domowe, czy przynajmniej serce jakie kochające, przy którem użalićby się mogła? Wiedziała, że w izbie zastanie tylko puste kąty i bijących się Maciejów, od których odnajmowała jeden z tych kątów, że oni upominać się będą o zaległe komorne, a co najgorsze, że tam na tapczanie, służącym jej za pościel, zastanie pewno dziecko swoje kwilące i głodne.
Dola jej była bardzo zwyczajna, surowy moralista potępiłby ją niezawodnie i zapewne miałby słuszność, każdy zresztą przyznać musiał, że na swój los zasłużyła. Bo i czemuż uwierzyła miodowym słówkom, pięknym obietnicom i gorącym pocałunkom. Gdyby nie to, żyłaby tak, jak to czyniła przez lat kilka, na tej wąskiej granicy, która oddziela pracowity żywot od nędzy.
Historya jej była historyą tysiąca dziewcząt rzuconych bez opieki na bruk miejski. Ojciec był urzędnikiem, umarł młodo, nie wysłużywszy emerytury, matka zapracowała się i zamartwiła, a ona została w lat szesnaście sama na świecie.
Jedynym jej zasobem na drogę życia była odwaga młodości. Nie umiała nic, więc wzięła się do igły i chodząc do szycia po domach prywatnych zarabiała żywność i dwa złote dziennie. Co prawda w szyciu nie była bardzo biegłą, ale nagradzała to pilnością, dobrą wolą i uśmiechem, który pomimo trudnego bytu nigdy z jej ust nie schodził. Uśmiechała się zaś sama nie wiedziała czemu, bo była młodą, bo nie rozmyślała głęboko ani nad swoim losem, ani nad warunkami, w których się znajdowała, bo bawiło ją wszystko, co widziała w koło.
Nie była ona wtedy nic a nic podobną do bladej, zwiędłej, skostniałej kobiety, jaką stała się teraz. Kiedy przechodziła ulicą albo Saskim ogrodem, bądź rano, bądź w południe, bądź nad wieczorem ubrana w skromną, czarną sukienkę i w czarnym kapelusiku, które zimą i latem nosiła, każdy bez wyjątku obejrzał się za nią.
Może nie była piękną, ale oczy jej miały blask taki, usta taką purpurę, a czoło było tak jasne i pogodne pod kasztanowatemi splotami, które się nad niem wznosiły, że zdawała się żywem wcieleniem młodości. Więc cóż dziwnego, że ludzie oglądali się za nią. Kogóż urok młodości nie pociągnie? Jedni oglądali się, bo byli sami młodzi, inni znów oglądali się za tem, co minęło niepowrotnie.
Ona przecież nie zważała na nikogo, ludzie mogli zabiegać jej drogę, jak chcieli, ona szła swoją własną i pracowała, pracowała, jak mrówka, od rana do nocy, byle zdobyć sobie zaspokojenie najpierwszych potrzeb. Nie szło to łatwo. Za mieszkanie wprawdzie nie płaciła nic, dobrzy ludzie pozwalali jej zająć kątek w swojem mieszkaniu pod warunkiem, by rano, zanim poszła do roboty lub wieczór, skoro od niej wróciła, zajęła się domowem szyciem około dzieci, których było kilkoro.
Żywność nie kosztowała ją zwykle, bo roboty miała dużo, nieraz nawet był kłopot nielada, komu dać pierwszeństwo, gdzie pójść naprzód, gdzie potem, ażeby nikogo nie obrazić, ale zdarzały się znów czasy, gdzie wszyscy się rozjechali i trzeba było żyć z grosza, lub zapożyczyć się nawet. Więc było jej ciężko. W niedziele też i święta musiała się żywić własnym przemysłem, zresztą samo kupno sukienek, trzewików, rękawiczek, kapeluszy wyczerpywało jej szczupłe zasoby, dość że zawsze była bez grosza. A przytem trzeba sobie było odmawiać wszystkiego, nawet marnej wstążki, którą nieraz ożywić chciała surowość swego stroju. Nie miała też nigdy przyjemności żadnej, przechodziła nieraz koło teatrów, widziała jak ludzie kupowali bilety, ale wewnątrz nie była nigdy. Jedyną jej rozrywką była zmiana miejsca. Czasem siedząc schylona cały dzień w oknie nad robotą widziała przeciwległe ściany, czasem błękit nieba, a czasem jaki szmat zieleni.
Przecież była młodą, świat uśmiechał się do niej, przemawiał tysiącem pokus. W domach, w których brano ją do roboty, były dziewczęta młode jak ona, szyła dla nich rozmaite ubrania; dziewczęta te bawiły się, przyjmowały gości, wychodziły strojne na wieczory, teatry, koncerty, spacery i rozmawiały o tem wszystkiem co widziały, rozmawiały czasem pomiędzy sobą, a często z nią także. Wówczas ona słuchała, słuchała całemi uszami.
I nieraz igła wypadła z drżącej ręki, bo serce jej biło tak mocno, iż utrzymać jej nie była w stanie. Myślała o tem wszystkiem, co mówiono w koło niej, a w myśli jej słowa stawały się kształtem, tworzyły obrazy, które napełniały jej głowę tem wszystkiem, czego nie znała i zaznać nie była powinna.
Miała i ona wprawdzie niedziele i święta. Ale dnie te naprzód tworzyły wielką szczerbę w jej budżecie, tak iż często bardzo kiedy miała jaki sprawunek, lub jaka część ubrania zdarła się prędzej niż powinna, dnie te przepędzała bez pożywienia. Ludzie, u których mieszkała, zwykle w dnie podobne proszeni byli na obiad z dziećmi do bogatej ciotki i tam zostawali dzień cały.
A przytem biedakom niedzieli mieć nie wolno, oni znają ją tylko z nazwiska. Ponieważ ten jeden dzień w tygodniu należy do nich, muszą go poświęcić własnej osobie, jeśli zupełnie opuścić się nie chcą. Tak było z nią.
Dzień jej roboczy zaczynał się o dziewiątej rano a kończył się o siódmej. Przytem często bardzo musiała iść na drugi koniec miasta i tak samo powracać. Wstawała rano i późno szła spać, jednak pomimo to brakło jej zawsze czasu zrobić coś dla siebie, bo musiała przecież najprzód ponaprawiać rzeczy domowe, a dzieci darły tak strasznie, że nigdy tej naprawie nastarczyć nie mogła. Nieraz więc czuwała późno w noc i pomimo to nie miała chwili, którąby mogła na własną korzyść obrócić. Pozostawała więc jej tylko niedziela.
Dnia tego, jeśli była bardzo znużoną, wstawała trochę później, niż zwykle, piła w domu śniadanie, którem częstowano ją zawsze, potem ubierała się starannie w najnowszą sukienkę, brała książkę do nabożeństwa w wytartych okładkach, która należała jeszcze do jej matki i szła do kościoła. Tam modliła się gorąco, jak ją nauczono, jak modlą się zwykle ci, dla których życie jest macochą, a potem wracała do domu. Wówczas zdejmowała swoją sukienkę, otrzepywała starannie i włożywszy starą, szyła i naprawiała dla samej siebie, albo też prała garnirunki i kołnierzyki na cały tydzień następny, bo czysty rąbek koło rąk i szyi był to jedyny zbytek, na jaki sobie pozwalała. Nie jest to jednak mały zbytek dla biednych ludzi, bo zwykle wieczór zapadał a ona jeszcze roboty swojej nie ukończyła. I tym sposobem niedziela nie różniła się wiele od dni powszednich, a raczej różniła tem tylko, że dnia tego była bez obiadu a często i bez herbaty.
Czasem też, ale bardzo rzadko, w piękne dnie wiosenne szła na spacer. Ze spacerów tych jednak wracała zawsze smutna i rozdrażniona. Póki pracowała, myślała tylko o tem, co miała do roboty, na spacerze zaś przychodziło jej, Bóg wie co do głowy. Naprzód sprawiały jej przykrość owe tłumy ludzi strojnych, wesołych, zbitych w gromadki, co przesuwały się koło niej. W obec nich czuła daleko więcej swoje sieroctwo, osamotnienie, ubóstwo, byłaby chciała znaleść się gdzie samej jednej sród zielonego trawnika lub szpaleru, gdzieby ją nikt nie zobaczył i gdzie ona nie widziałaby nikogo. Ale gdzież to w Warszawie i do tego w niedzielę znaleść takie miejsce.
Czasem znów przychodziły jej chętki jakieś dziwaczne i bezsensowne, byłaby chciała jak ptaszek rozpuścić skrzydła i lecieć gdzieś, gdzieś daleko; lub jak ta chmurka płynąć po błękicie. Zaczynało ją nużyć to jednostajne, mordujące życie, jakie wiodła od lat kilku. Uśmiech zrazu, gość nieustanny na jej ustach, teraz ukazywał się na nich rzadziej, było jej coraz smutniej, coraz nudniej. Nie zapytywała samej siebie dlaczego to? bo nie była przyzwyczajoną do zdawania sobie ścisłej sprawy z uczuć, tylko czasem stawały jej w myśli długie szeregi dni jednostajnych, które miały być jej udziałem, a wówczas byłaby chciała umrzeć odrazu, gdyby śmierć nie przejmowała ją strachem a nadewszystko, gdyby była pewną, że nie umrze gdzieś w szpitalu.
Myśli podobne nasunął jej wypadek. Zaziębiła się kiedyś, dostała silnej gorączki, bólu głowy i pierwszy raz w życiu nie mogła pójść do roboty. Ludzie, u których mieszkała, mieli tylko parę pokoików a dzieci kilkoro, lękali się jakiej zaraźliwej choroby. Wówczas to obił się o jej uszy wyraz szpital i przejął ją dreszczem trwogi. Szczęściem skończyło się na febrze. Ale od tego czasu nie miała już chwili spokoju, dręczącą zmorą była dla niej myśl o szpitalu wiedziała, że zaprowadziłaby ją tam każda choroba. Gdyby jednak myślała o nim dnie i noce całe, nie miałaby sposobu zabezpieczyć się od tej strasznej ewentualności, wiedziała o tem dobrze, dręczenie jej było daremne.
Przecież los jej nie był gorszym od losu innych. Nie miała powodu się uskarzać, wiedziała dobrze, że wiele pracownic igły było jeszcze w nieszczęśliwszych warunkach, bo ona przynajmniej miała za swoją pracę dach, chléb powszedni i około 50 złotych na miesiąc. To też radzono jej, żeby coś odkładała na czarną godzinę. Ale ci, co tak radzili, nie wiedzieli chyba, jak wszystko było drogie w Warszawie, zapominali, że kiedy się wychodzi z obowiązku na każdą porę, rzeczy niszczą się szybko bardzo, a w łachmanach przecież trudno się w cudzym domu pokazać.
Wszystko to razem wzięte sprawiało, że było jej coraz mniej wesoło, że uśmiech rzadszym był gościem na ustach, ale pomiędzy uśmiechem a doraźną troską jest jeszcze przestrzeń, której nie przekroczyła, dopóki... dopóki nie rozpoczęła roboty w domu pewnego kamienicznika. A robota to była długa; jedna z panien domowych, Zofia, szła zamąż, więc pełno rzeczy kupowano gotowych, kazano wykończać w magazynach, a niektóre znów robiono w domu i przywołano ją właśnie dla tego.
Panna Zofia sama szyła i przykrawała z nią rozmaite kaftaniczki, czepeczki ranne, a kiedy je przymierzała, uśmiechała się sama do siebie z zadowoleniem, matka zaś mówiła, że będzie ją mąż kochał, bo ślicznie w czepeczku wygląda.
Wówczas panna Zofia rumieniła się jak różyczka, zdejmowała czemprędzej czepeczek i kiwała główką jakby chciała powiedzieć, że matka nie powiedziała nic nowego. Była to bowiem rozkochana para. Kiedy zbliżała się godzina, w której miał nadejść narzeczony, to już panna Zofia nasłuchiwała najlżejszego szelestu i nieraz urywała w pół słowa zaczętą rozmowę, bo sądziła, że słyszy odgłos jego kroków. A kiedy nadszedł, to oczy jej promieniły jakby gwiazdy i szczęście biło z jej spojrzenia z rumieńca, z uśmiechu.
Narzeczony często przychodził do jadalnego pokoju, gdzie pracowała, szeptał coś do panny Zofii, ale nie szeptał tak cicho, by szyjąca przy oknie nie mogła dosłyszeć wyrazów miłosnych lub też, kiedy zmrok zapadał nie dostrzegła kradzionego całusa. Wszakże ze szwaczką nikt nie robi wielkich ceremonij. Młodzi ludzie siadali zwykle na kanapie w głębi pokoju i wiedli owe nieskończone rozmowy, które zakochani tak prowadzić lubią, lub przerywali je długiemi spójrzeniami, milczeniem, uściśnieniem rąk.
Wówczas ona pochylała się nad robotą, by ukryć palące rumieńce, występujące jej na twarz, bo krew uderzała jej do czoła, pulsowała w skroniach. Nie zazdrościła nikomu, tylko myślała, że panna Zofia była bardzo szczęśliwą, dalej może przychodziło jej do głowy, że ona sama także była młodą, zwierciadło mówiło jej wyraźnie, że nie była brzydszą od innych, a kiedy ukradkiem przymierzała czepeczki, tak samo ślicznie leżały na jej włosach, jak na włosach panny Zofii i mąż ją także powinien był kochać. Ale gdzie tam było takiej biednej dziewczynie myśleć o mężu.
Dotąd przynajmniej nie myślała o nim wcale, a choć nieraz wieczorem, kiedy wracała do domu przez ciemne już ulice, słyszała szeptane za sobą rozmaite wyrazy, biegła szybko, nie oglądając się za siebie, przyspieszając kroku, jeśli ją kto ścigał, bo wiedziała, jaki zwykle los spotyka dziewczęta, które podobnych słówek słuchają.
A jednak czy ona także nie mogła kochać, być kochaną? Serce jej biło silnie, gwałtownie, kiedy panna Zofia szeptała z narzeczonym, jakby wyrywało jej się z piersi i skarzyło na to, że uderzać nie miało dla kogo.
Podobne uczucia niebezpieczne są dla biednych dziewcząt, skazanych położeniem i ubóstwem na samotność, wiedziała o tem, przecież opanowywały ją one coraz więcej, może dla tego, że miała lat dwadzieścia, że pracowała od lat czterech bez wytchnienia, że młodość ma swoje prawa, że miała przed oczami przykład rozkochanych, a wreszcie, że brat panny Zofii, pan Gustaw, był chłopcem ślicznym, co się zowie, wymuskany, szykowny, miał czarne wąsiki i śmiejące spojrzenie. A przyjechał właśnie z Petersburga, gdzie kształcił się na prawnika, na całe wakacye.
Warszawa bywa w tej porze nudną i wyludnioną, pan Gustaw zrazu skarzył się, że wszyscy powyjeżdżali, że nie ma co robić, przecież jak się przypatrzył szwaczce szyjącej wyprawę siostry, przestał narzekać, tylko raz wraz przychodził do jadalnego pokoju i wynajdywał do niej rozmaite interesa, a przytem patrzył na nią takiemi gorącemi oczami, że choć prosił ją o przyszycie guziczka do rękawiczki, lub o coś podobnego, to oczy te mówiły wyraźnie, że ona wydaje mu się piękniejszą od całego świata i że on ją kocha.
Podobne rzeczy mówili jej nieraz młodzi panowie w domach, gdzie chodziła do szycia, nie słyszała ich więc po raz pierwszy i umiała obracać w żarty, lub odpowiadać w ten sposób, że panowie ci przekonywali się prędko o bezskuteczności swoich zamiarów i zostawiali ją w spokoju, i teraz tak uczynić chciała, ale głos wymawiał jej posłuszeństwo, na twarzy czuła ogień a przed oczami rysowała się smukła postać pana Gustawa nawet wówczas, gdy je zamknęła.
Pan Gustaw zrozumiał to zaraz i zaczął mówić coraz ciszej, wyraźniej takie piękne rzeczy, jak gdyby czytał w sercu biednej dziewczyny i wiedział wszystko, co się w niem działo.
Resztę łatwo odgadnąć. Była to powszednia historya upadku jednej z wielu. Pan Gustaw nie był Faustem, ona nie była Małgorzatą, a jednak odegrał się pomiędzy nimi wiekuisty dramat, którego ofiarą padają łatwowierne i nieostrożne. Jej to wina zapewne, czemu taką była, a wreszcie czemu przyszła na nią chwila marzenia, pokusy, bezsilności. Są istoty, którym chwil takich mieć nie wolno.
Przechodziła potem momenty szczęścia, upojenia, trwogi, niepewności, rozpaczy, wstydu. Utraciła tę trochę szacunku, jakim darzyli ją ludzie, którzy dotąd patrzyli dzień po dniu na jej życie czyste jak kryształ, aż wreszcie znalazła się z dzieckiem na ręku w ostatniej nędzy.
Przecież nie był temu winien pan Gustaw. On po skończonych wakacyach pojechał do Petersburga uczyć się dalej. Naturalnie winną była ona sama. Zapewne czuła to dobrze, bo nie próbowała usprawiedliwiać się przed nikim.
Wszystko więc było w porządku w tym codziennym dramacie, każdy uczynił to, co do niego należało: on uwodząc, a społeczeństwo odsuwając się od uwiedzionej. Wszakże nie była niewiniątkiem, wiedziała prawdopodobnie, co ją czeka. A choćby i nie wiedziała, to i cóż stąd — to nie byłoby wcale zmieniło położenia.
Wszystko było w porządku, oprócz biednej istoty, która wskutek tego przyszła na świat. Świat ten był dla niej istotnie tradycyjnym padołem płaczu, bo brakło jej nawet tego, co posiada ogół najbiedniejszych dzieci: ojciec nie dał jej nazwiska, a matka mleka, którego w piersiach nie miała. Pierwszego braku wprawdzie uczuć nie mogła, ale drugi dał jej się dotkliwie we znaki; okazywała też swoje niezadowolenie ciągłem kwileniem. Dziecię to jednak było bardzo uparte, bo pomimo tego kardynalnego braku od czterech tygodni, jak przyszło na świat, upierało się żyć koniecznie, może dla tego, że życiem swojem nikomu nie przynosiło szczęścia. Ha! zresztą, któżby to śmiał powiedzieć! Kiedy biedna matka spojrzała na tę wątłą istotę, której dała życie, to zapalały się w jej zagasłym oku dawne iskry, jakby budziła się młodość cała, i przyciskała je do piersi z namiętną siłą. Gotowa była wpatrywać się przez godziny całe w jego bezkształtne rysy i wyciągać rękę, ażeby dać mu trochę mleka, którego w piersiach jej brakło.
Kto wie, gdyby je była w stanie wychować kosztem największych ofiar, czy nie byłaby się jeszcze czuła szczęśliwą! Ale jak je wychować? Do roboty pójść nie mogła. Skryła się przed dawnymi pracodawcami w oceanie nędzy wielkiego miasta wraz z swoją hańbą. A ktoby ją dziś przyjął do domu — obszarpaną, bosą prawie, odartą? Wstydby jej było pokazać się komukolwiek z znanych osób, a u nieznajomych, wiedziała, że nie znajdzie wiary, ani zaufania na tyle, by jej pozwolono próg domu przestąpić. Zresztą, choćby jej nawet dano robotę. Gdzie zostawić dziecko? Komu je oddać w opiekę?
Było to położenie bez wyjścia, wiedziała o tem. Radzono jej wprawdzie oddać dziecię której z kobiet, trudniących się nietylko karmieniem niemowląt, ale nawet wyprawianiem ich pomaleńku na świat drugi. Ona wzdrygnęła się na myśl podobną, a kiedy, wiedziona rozpaczą, zajrzała do jednej z tych cuchnących nor, gdzie kilkoro drobnych istotek wegetowało w nędzy i opuszczeniu, ścisnęło jej się serce i wyszła czemprędzej, nie powiedziawszy ani słowa, bo pomyślała, iż wolałaby zadusić dziecko swoje własnemi rękami, niż skazać je na taką nędzę.
Ona kochała to dziecię, które przyniosło jej nieszczęście i hańbę. Tylko miłość to była bezsilna, dana jej na to, by powiększała męczarnie własne, męczarniami jego.
Gdy powróciła dnia tego z miasta, dziecię płakało swoim zwyczajem. Zatrzymała się chwilę niepewna, co uczynić miała. Zastawiła właśnie ostatnią poduszkę, dano jej tak mało, tak strasznie mało, iż nie miała odwagi wydać tych marnych kilkudziesięciu groszy. Poduszka była ostatnią rzeczą, jaką jeszcze zastawić mogła; kiedy więc spojrzała na te dwie drobne, srebrne monety, które były jedyną zaporą pomiędzy dzieckiem a głodową śmiercią, ściskała je w dłoni konwulsyjnie, jak tonący zbawczą deskę, utrzymującą go na powierzchni fali.
A przytem miała powody kryć się z groszem. Winna była za komorne głównym lokatorom i gdyby Maciejowie zobaczyli u niej te dwie srebrne monety, wydarliby je z pewnością. Wprawdzie wymyślali jej oni porządnie, ale łajania i wymysły obijały się tylko o jej uszy; znosiła je bohatersko, bo i cóż uczynić mogła, oczekując z drżeniem chwili, w której wyrzucą ją na śnieg wraz z dzieckiem i zabiorą nawet nędzny tapczan i trochę słomy, na której sypiała.
Wsunęła się nieśmiało do izby ponurej, jak nieszczęście. Dziecię płakało, a Maciejowa, która gospodarowała koło komina, dojadając jakąś resztkę, klęła, życząc energicznie biednej istotce, nietylko by zmarniała, ale żeby połamała ręce i nogi.
Matka, wchodząca, słyszała dobrze te klątwy, znosiła je w milczeniu tak samo, jak pogróżki swoich gospodarzy. Podeszła cicho do dziecka, wzięła je na ręce i przycisnęła do skostniałej piersi, a widząc, że chciwie poruszało usteczkami, chciała je nakarmić. Ale mleka miała tak mało, że dziecię uspokojone na chwilę, zapłakało znowu, aż zmordowane próżnemi usiłowaniami zasnęło niespokojnie.
Ona trzymała je w ramionach, siedząc na brzegu tapczana, milcząca, nieruchoma, zapatrzona w ten bezmiar nędzy, który pochłaniał ją zwolna. W myśli jej zmordowanej przesuwały się obrazy niewyraźne, przeszłości obecnej chwili a nad niemi niby zmora dręczyła ją trwoga nieubłagana, trwoga tego jutra bez nazwy, które czekało ją i dziecię.
Gdyby tak była mogła zamknąć oczy i nie otworzyć ich nigdy więcej! Porywało ją poczucie zupełnej bezsilności wobec strasznej grozy położenia.
Nagle dziecię zapłakało znowu tak żałośnie, iż ocknęła się jakby ze snu okropnego, a w piersi jej wyczerpanej zrodziło się pragnienie uratować je przynajmniej od głodowej śmierci, od powolnego konania.
Wówczas w pamięci jej stanęły wszystkie szczęśliwe matki, co z uśmiechem dumy i radości prowadzą za rączkę rumianą istotkę, która się do nich uśmiecha. Oh! gdyby ona taką matką być mogła, pracowałaby, pracowałaby dnie i noce, znosiła bez szemrania wszystko złe, nawet pogardę ludzką!
Były to jednak tylko marzenia. Po cóż nad niemi zatrzymywać się miała! Potem przyszło jej na myśl, że jeszcze nazywałaby się szczęśliwą, gdyby wiedziała, że jej dziecię nie cierpi, chowa się zdrowo, choćby sama nigdy go zobaczyć nie miała. Ha! czy to nie ma na świecie dobrych ludzi, co przytulają takie nieszczęśliwe istoty! Wszakże są tacy nawet, co przybierają je za swoje, dają wychowanie, majątek... Marzenia biednej matki biegły tym torem, przypomniała sobie, iż w jednym z domów, w których chodziła do szycia, było dziecię w pieszczotach i wygodach, nieznające wcale rodziców swoich. Kobieta, co je przyjęła za własne, mówiła nieraz, że ono stanowi jej szczęście. Kobiety mają instynkt macierzyński; biedna więc przypomniała sobie, jak te, które nie miały potomstwa, otaczały troskliwością zwierzęta: koty, pieski, a przez łatwe do zrozumienia kojarzenie myśli, stanął jej przed oczami obraz kobiety, prowadzącej na błękitnej wstążce charcika, ubranego w paltocik z barankowem podszyciem, kobiety, która niosła go na własnych rękach i wołała tak pieszczotliwym głosem: «Dear, Dear.» Nie wiedziała, co ten wyraz znaczył, ale czuła, że miał znaczenie miłośne.
A dalej jej rozgorączkowana wyobraźnia snuła obrazy i zamiary. Ona była bogatą, musiała być dobrą, skoro tak przywiązała się do pieska, zapewne nie miała dzieci, bo inaczej miłość jej nie zwracałaby się do zwierzęcia.
Przychodziły jej jakieś pokusy, nieokreślone jasno. Żałowała, że nie zwróciła więcej uwagi na tę damę, wszakże mogła iść za nią z daleka, zobaczyć, gdzie mieszka, przekonać się, czy domysły były trafne. Potem zdawało jej się, że ta myśl, która zaświeciła jej nagle w głowie, była natchnioną, że powinna jej być posłuszną, że to znak miłosierdzia nad jej nędzą.
Wówczas dopiero myśl ta przybrała jasno określone kształty.
Była zgorączkowaną, położyła dziecię na tapczanie, i nie zważając na płacz jego, zacisnęła lepiej chustkę koło siebie i pobiegła, jak można najszybciej ku Saskiemu ogrodowi.
Przyszło jej do głowy, że jeśli zastanie jeszcze damę w ogrodzie z charcikiem, będzie to dowód wyraźny, iż zamiar jej był dobry, że zyskał sobie aprobatę nieba, że takie było przeznaczenie. I biegła bez tchu prawie, by temu przeznaczeniu dopomódz.
Nie potrzebowała jednak dochodzić do ogrodu, ażeby odszukać panię z charcikiem, spotkała ją wraz z młodszą towarzyszką, łyżwiarką, na Senatorskiej ulicy.
Serce uderzyło jej gwałtownie, przycisnęła się do muru, ażeby minęły ją strojne panie, a ona mogła śledzić dalszą ich drogę. Czyniąc to, spojrzała uważnie w twarz starszej, jakby chciała wyczytać jej myśli i uczucia. Twarz ta była otyła, rumiana, zadowolona. Była to zapewne przeciętna obywatelka, mająca przeciętną dozę dobroci i złości, słodyczy i gniewu, uczciwości i fałszu, której myśl nigdy nie wybiegła po za powszednie koło i trzymała się wiernie ubitych szlaków.
Odcienia te jednak przenosiły zupełnie zdolność obserwacyjną biednej dziewczyny. Widziała ona to, co widzieć chciała, nie szła po za wyraz obecnej chwili, a ponieważ wyraz ten był uśmiechnięty, wyobraziła sobie łatwo, że właścicielka charcika jest aniołem dobroci.
Obie panie rozmawiały z sobą, a Dear biegł przy nich wesoło, nie strojąc teraz żadnych kaprysów.
— Ciociu — odezwała się młodsza.
Słowa te uderzyły przyjemnie biedną szwaczkę; tłómaczyły od razu stopień pokrewieństwa i odpowiadały jej chęci zbadania stosunków domowych.
— Trzeba się spieszyć na obiad — mówiła dalej młodsza — wuj niecierpliwić się będzie.
Spojrzały obie na zegarki i weszły spiesznie do pięknego domu. Nie można było mieć wątpliwości, że tu mieszkały, bo stróż zdjął czapkę z uszanowaniem, jakie podworzowy władca miewa tylko zazwyczaj dla właściciela domu lub głównego lokatora.
Za strojnemi paniami i biedna kobieta w wypłowiałej chustce wsunęła się do bramy, a korzystając z tego, że stróż był na ulicy, wbiegła na marmurowe schody i zobaczyła, jak panie zadzwoniły do drzwi pierwszego piętra. Otworzono je natychmiast, weszły, a ona podkradła się pod nie i przeczytała nazwisko wyryte na blasze.
Nazwisko to było dla niej obce. Wychodząc zauważyła, że to samo wypisane było na tabliczce właściciela domu. Tym sposobem wiedziała wszystko, co potrzebowała, a przynajmniej wszystko, czego dowiedzieć się mogła.
Byłaby pragnęła zapytać kogo, czy właścicielka domu miała dzieci; pytanie to jednak było zbyt hazardowne, by je komubądź zadać mogła.
Zamyślona teraz dążyła do domu. Pomimo zimna wystąpiły jej na twarz płomienne kolory, oczy błyszczały, szła szybko, ale chwiejnie, bo głód i zimno dokuczały. Dochodząc do domu, kupiła trochę mleka dla dziecka, i wiązkę drzewa, by je zagrzać.
Izba wydawała się pusta. Maciejowa rzuciła się na łóżko i zasnęła, nie zważając na płacz dziecka. Biedna matka szybko rozpaliła ogień, potem wzięła swoje maleństwo z pieczołowitością wielką i powoli wlewała mu w usta mleko, które ono łykało z mruczeniem zadowolenia.
Poiła je czas jakiś zapatrzona w jego drobne rysy, w jego oczy, które z wyrazem nieświadomej ciekawości oglądały się w koło, a ścięte jej usta uśmiechały się tajemniczo, gdy jednocześnie z pod powiek spuszczonych płynęły łzy strumieniem.
Z pewnością zdawało jej się, że na całym świecie nie było nic tak pięknego, jak ta żółta, wywiędła, dziecinna twarzyczka.
{{tab}Jak długo to zamyślenie trwało, nie zdawała sobie sprawy. Wieczór zapadał, ognisko wygasło, a ona ciągle siedziała nieruchoma z dzieckiem na ręku, zgubiona w myślach, wspomnieniach, czy boleści.
Nagle dały się słyszeć kroki męskie, niepewne, drzwi otwarły się z trzaskiem, a do izby wszedł Maciej, zataczając się w ten sposób, że natykał na rzadkie sprzęty domowe i ściany.
Maciej był zdolnym robotnikiem i miałby się nie źle. Cóż kiedy połowę życia był pijany, a kiedy był pijany, robił burdy, tłukł i rozbijał, co miał pod ręką i nie zważał na to nawet, czy pięść jego spadała na karki ludzkie, czy na gospodarskie sprzęty. Z tego powodu Maciejowa miała ustawiczne sińce, sprzęty domowe redukowały się do niezbędnych, a oboje małżonkowie współlokatorów znajdowali z wielką trudnością, albowiem nikt nie chciał narażać się za swoje pieniądze na guzy, szkody i kłótnie. Znosili je tylko biedacy ostatniego rodzaju.
Widząc wchodzącego gospodarza, biedna matka struchlała; odgrażał się dawno, że jak nie zapłaci tego, co była winną za komorne, zbije ją na leśne jabłko i za drzwi z bachorem wyrzuci. Wiedziała, że nie uczyniłby tego będąc trzeźwym, ale po pijanemu...
W milczeniu przytuliła się do ściany, w nadziei, że jej nie zobaczy, że rzuci się na łóżko, a zanim jutro nastanie, wytrzeźwieje. Ale Maciej miał koci wzrok; zobaczył od razu, że ktoś siedział przy kominie około tlejących węgli i usiłował się zbliżyć zygzakowym krokiem.
— Czy to ty Tekla — zapytał ochrypłym głosem, myśląc, że to jego żona.
Nie odrzekła nic, cała drżąca.
W tej chwili jakby na złość dziecię zapłakało.
— A to ty — zawołał — z tym przeklętym bachorem...
I potok obelg posypał się z ust jego.
— Czyż nie zapowiadałem, byś mi się na oczy nie pokazywała, póki nie zapłacisz, jeżeli chcesz wynieść całe kości. Zaraz ja tu zrobię porządek.
Zamierzył się na nią. Szczęściem ręka jego równie niepewną była jak nogi, zachwiał się i uderzył o ścianę.
Wiedziała, że w takich chwilach daremnie było z nim rozumować, lub prosić. Podniosła się przerażona i usunęła na bok.
Ale on na tem nie poprzestał. Szedł znowu ku niej, powtarzając jąkającym się głosem:
— Zaraz ja tu zrobię porządek.
Gonił ją po całej izbie, o ile na to pozwalała trudność utrzymania równowagi i temu tylko zawdzięczała, iż szczęśliwie dopadła drzwi. Gdyby Maciej był trzeźwy, nie miałby tak okrutnego serca i kobiety z dzieckiem nie wyrzuciłby w nocy na mróz. Ale on był pijany.
Ona dopadła drzwi, wybiegła na dziedziniec i słyszała, jak drzwi te zatrzasnęły się za nią, a pomimo tej materyalnej zapory zdawało się jej, że słyszy groźne wyrazy jego i widzi nad sobą podniesioną rękę, biegła więc dalej, aż znalazła się na ulicy. Zdawało jej się, że on tutaj jeszcze dogoni ją i skrzywdzi.
Do łajań i wymyślań ludzkich była już przyzwyczajona, nasłuchała się dość w ostatnich czasach, ale razów nie doznała jeszcze.
Na ulicy dopiero zatrzymała się niepewna.
Wieczór zapadł zupełnie, gwiazdy jedne po drugich zdawały się wybiegać z głębokości szafirów, iskrzyły się, migotały barwami tęczy, jak zwykle przy wzrastającym mrozie. Śnieg mienił się na dachach błękitnemi barwami, które kłóciły się gdzieniegdzie z żółtem światłem gazu. Zimno były przejmujące.
Kobieta szła czas jakiś, sama dobrze nie wiedząc gdzie, aż wreszcie zatrzymała się zdyszana. Mróz zaczynał przejmować ją do kości, coraz mniej mogła udzielić ciepła dziecku, które przyciskała do piersi.
Oparła się plecami o mur, bo czuła, że jej sił brakło. Po chwili dopiero zebrała myśli i obejrzała się w koło. Była na Placu Bankowym. Na skwerze drzewa, obrzucone szronem, migotały pod światłem latarni lub też jak srebrne mary, zasuwały się jedne za drugie. Kopuła bankowa rysowała się ciemna i poważna, panując nad ruchliwem we dnie budynkiem, który wznosił się teraz jak grób milczący z szeregiem filarów, podpierających puste podsienie, z wielkiemi oknami bez światła. Tylko na całym gmachu jaśniał transparent zegaru, niby oko okrągłe, olbrzymie, a po nim przesuwały się zwolna skazówki.
Ten kąt placu miał coś nieubłaganego, zimny i martwy nie mógł obudzić nadziei żadnej, ani dać otuchę kobiecie; zwróciła się machinalnie ku pięknym domom, stojącym rzędem naprzeciw. Tam przynajmniej sklepy gorzały gazowem światłem, a w oświeconych oknach piętrowych widać było przesuwające się postacie.
Tam widać było przynajmniej ludzi, a jakkolwiek okazali się dla niej niemiłosierni, przecież najniemiłosierniejszym w tej chwili zdawał jej się mróz, który gryzł jej ciało, przejmując ją coraz dotkliwszym bólem. I przyszło jej na myśl, że ci ludzie, co tam byli za temi jasnemi szybami, co przechadzali się po ciepłych, wysłanych kobiercami pokojach, lub siedzieli około płonącego ogniska, gdyby chcieli tylko, gdyby raczyli jej pozwolić się ogrzać w najnędzniejszym zakątku swego mieszkania, mogli uratować życie jej i dziecku.
Nagle, gdy tak wpatrywała się w jasne okna, przypomniała sobie dom, znajdujący się o parę kroków dalej na Senatorskiej ulicy, i właścicielkę charcika, i to, co zamierzała uczynić, teraz snuło się niewyraźnie w jej zmąconej myśli.
Wypadki same popychały ją do tego, przed czem wzdrygało się serce. Czuła, że jeśli nie poweźmie szybkiego postanowienia, dziecię skostnieje w jej rękach.
Rozpacz nie namyśla się długo. Za chwilę biegła znowu około kamienic nierównym krokiem, chwiejąc się i słaniając, aż stanęła przed domem, zapamiętanym dobrze.
Brama była otwarta, wyjeżdżała z niej właśnie jakaś kareta. Ona skorzystała z tego, by przemknąć się niepostrzeżona. Przechodząc jednak, rzuciła wzrok do jej wnętrza i przekonała się, iż osobą wyjeżdżającą nie była właścicielka charcika.
Nie śmiała wyjść na główne schody, palił się na nich gaz i ktokolwiek zobaczyłby kobietę, wyglądającą tak, jak ona, mógłby powziąść podejrzenie, zatrzymać ją, zawrócić.
Czuła, iż nie były to miejsca właściwe dla ludzi do niej podobnych. Pamiętała, jak sama niegdyś oburzała się na żebraków i obdartusów, którzy tłoczyli się do głównych schodów, jak gniewali się stróże lub lokaje, spotykając ich włóczących się po marmurach i kobiercach. Przezornie więc poszła w głąb dziedzińca szukać drugiego wejścia, a korzystając z ciemności, spytała przechodzącej kobiety, którędy się idzie do kuchni właścicielki domu, której nazwisko zapamiętała dobrze, nędza i potrzeba nauczyły ją przebiegłości, dodała więc, że tam służy jej krewna. Noc pokrywała jej zmieszanie, a kobieta dała jej żądaną informacyę bez dalszych zapytań.
Teraz już wiedziała, na którą stronę dziedzińca pójść należy, i szła trwożna, usiłując krok swój upewnić. Wchodziła właśnie w ciemną sionkę, skąd schody wąskie i kręte prowadziły na górę, kiedy usłyszała czyjeś kroki. Cofnęła się znowu spłoszona i przytuliła do ściany, a przeczekawszy dopiero chwilę i widząc przy bladem świetle lampki naftowej, że schody były puste, poszła na górę.
Szczęściem, dziecię nakarmione, rozmarzone zimnem powietrzem, nie odzywało się wcale, czuła tylko ciepłe jego ciałko i lekkie ruchy drobnych członków.
Serce jej biło tak, iż słyszała jego uderzenia, odpowiadały mu tętna krwi w skroni które zdawały się rozsadzać jej czaszkę. Policzki jej gorzały, przed oczami biegały ogniste plamy, jednak członki były skostniałe i trzęsły się jak w febrze.
Czuła, że ma popełnić coś okropnego, coś, co przejmowało ją rozpaczą i zgrozą, a jednak nie miała wyboru.
Szła po wąskich schodach, jak skazany na śmierć wstępuje na rusztowanie, zatrzymywała się na każdym, bezsilna, zlana zimnym potem i znowu myśl nagła zmuszała ją iść dalej.
Wreszcie stanęła na pierwszym piętrze przed wskazanemi drzwiami. Tutaj zaczęła nasłuchiwać.
W kuchni panował gwar i hałas, jak zwykle w domach, gdzie jest liczna służba, i gdzie ta służba ma dużo wolnego czasu. Przyszło jej na myśl, czy wśród tego gwaru posłyszanem będzie kwilenie dziecka? Jednak gwar ten ułatwiał jej to, co uczynić chciała; inaczej ktoś mógłby usłyszeć kroki i szmer podedrzwiami, wyjść i schwytać ją na gorącym uczynku. A wówczas... Nie zastanawiała się nad tem, coby wówczas wypadło. Czuła tylko, że na tę myśl samą, gotową była rzucić się na bruk i głowę sobie roztrzaskać. Przeszłość jej cała uczciwa i szanowana odzywała się w tem uczuciu niewypowiedzianego wstydu, który ją ogarniał.
Przez chwilkę, długą dla niej jak wieczność, stała w miejscu, targana najsprzeczniejszemi uczuciami. Wola, pobudzona koniecznością, kazała jej działać spiesznie, a na myśl pozbycia się biednej istotki, która była dla niej hańbą, której nie mogła wyżywić i okryć, serce zamierało jej w piersi. Pragnęła jeszcze zobaczyć dziecko raz jeden, ucałować, a potem....
Ostrożnie zaczęła wydobywać je z pod chustki. W tej chwili ktoś w kuchni zbliżył się do drzwi. Ona szybko, jak strzała, wskoczyła na schody, wiodące na górę i nie oparła się aż na drugiem piętrze.
Wówczas uczuła jakąś dziką radość, niby umierający, któremu na czas jakiś powróciło życie. Wydobyła dziecię, zbliżyła się do naftowej lampki płonącej smutnie i przy tem bladem światełku pożerała oczami niekształtne jego rysy.
Nagle dziecię poruszyło usteczka, szukając niemi pokarmu. Zrozumiała że czekając, popełniała szaleństwo, że skoro nie mogła wyżywić go sama, powinna była przynajmniej oddać je łasce tych, którzy uczynić to byli w stanie.
Zbiegła więc z drugiego piętra. Raz jeszcze drżącemi rękami ścisnęła wątłą istotkę, jakby chciała zachować na długo wrażenie tego dotknięcia i położyła ją przy drzwiach, trochę z boku, tak by nie nadeptano ją, wychodząc nieostrożnie, a jednak dojrzano łatwo.
Uczyniwszy to, już miała odejść. Nagle przyszło jej na myśl, że dziecku zimno być może; zdjęła szal ze skostniałych ramion i owinęła je nim starannie.
Trzeba przyznać, że w tej chwili nie czuła zimna, choć trzęsła się całem ciałem, gdy ze spuszczoną głową, chyłkiem schodziła krętymi schodami, jakby pozbywszy się dziecka, straciła razem podtrzymującą ją siłę.
Wyszła z bramy. Stróż zmierzył ją podejrzliwym okiem, ale ponieważ nic nie niosła, przepuścił bez słowa żadnego. Na ulicy przystanęła o kroków kilka. Można było sądzić, że pyta samej siebie, gdzie teraz ma iść i po co? Ale ona nie pytała o nic.
O kilka kroków od bramy były schodki prowadzące do sklepu zamkniętego w tej chwili; opuściła się na nie. Padło na nią przygnębienie zupełne i obojętność tych, co stracili myśl lub uczucie jedyne, wiążące ich do życia.
Tylko w sercu jej krwawiła się rana wielka i kiedy miała oddalić się z tego domu, czuła że to nad jej siły, a raczej nie myślała, nie rozumowała wcale, była jak istota niezdolna do żadnego działania, nawet instynkty samozachowawcze wygasły w niej odrazu i rzuciły teraz na pastwę wypadków.
Dopóki miała dziecię na ręku, kierowały nią jeszcze uczucia dawne; od chwili, gdy złożyła je na cudzym progu, zerwały się naraz wszystkie nici, które siłą dawnych przekonań wiązały ją z przeszłością. Stała się nagle jak rzecz martwa. A z tej martwoty zbudzić ją mógł tylko głos jeden — głos dziecka.
Jego to nasłuchiwała, z okiem mglisto utkwionem przed siebie, jakby śród turkotu i gwaru miasta dosłyszeć go mogła.
Nagle ruch jakiś niezwykły zrobił się w kamienicy. Stróż wybiegł, obejrzał się w koło szukając stójkowego. Za nim wyszło kilkoro służby, rozprawiając głośno. Nikt jednak nie zatrzymał wzroku na kobiecie, siedzącej na schodkach, bo oczywiście, gdyby popełniła przestępstwo lub ukryć chciała czyn jakiś, nie siedziałaby tak spokojnie obok miejsca wypadku.
Ona nawet nie ruszyła się, widząc ten ruch, popadła w senność dziwną, śród której mieszały się myśli, uczucia, obrazy, a świat otaczający stawał się coraz mniej wyraźny, jakby oddzielała go od niej przestrzeń, zwiększająca się z chwilą każdą.




Na drugi dzień w rubryce wypadków miejskich umieszczone były następujące wiadomości:

«Wczoraj na schodkach wiodących do sklepu pana X. przy ulicy Senatorskiej spostrzeżono zmarznięte zwłoki kobiety niewiadomego nazwiska, ubraną była w czarną, wełnianą suknię i jasną chustkę na głowie.»
A dalej:
«W domu pod nr. X. pod drzwiami właścicielki, znaleziono podrzucone dziecię płci żeńskiej, liczące kilka tygodni wieku; odesłano je do szpitala podrzutków. Wyrodna matka zdołała zbiedz, poszukiwania prowadzą się energicznie.»
Pomimo energicznych poszukiwań jednak, matki tej nie odnaleziono, skryła się przed niemi w krainę wieczności.
Była ona nietylko występną, ale nierozsądną i szaloną; omyliły ją też ostatnie plany i nadzieje. Charcik wystarczał zupełnie potrzebom serca swojej właścicielki, nie przytuliła do niego nieszczęsnej dzieciny.
A pan Gustaw? Pan Gustaw przecież nie mógł być odpowiedzialnym za winę i śmierć jakiejś szwaczki. Zdał on świetne egzamina i bronił publicznie rozprawy: O etycznem znaczeniu prawa, która to rozprawa zyskała powszechne uznanie.





Z WĘDRÓWEK PO MIEŚCIE.


W smutny ponury wieczór grudniowy zauważyłam go po raz pierwszy. Nie był to żaden bohater powieściowy i nic też nie miał z bohaterami wspólnego. Ani ubiór, ani położenie, ani wiek — nie dawały mu na to potrzebnych kwalifikacyj.
Nosił na sobie gruby, długi szaraczkowy surdut z barankowym kołnierzem, z metalowymi guzikami, które błyskały w pomroce od zapalonych latarni, i czapkę z daszkiem, przysłaniającym mu oczy; na niej świeciły także jakieś blaszane znaki i numery, był bowiem prostym konduktorem w tramwaju.
Co do wieku liczył może czterdzieści lat, może pięćdziesiąt i więcej jeszcze. Kiedy stał pochylony, przeziębły, znużony, chwiejąc się na nogach, wyglądał na starca, a jednak kiedy głos jakiś przyjazny zawołał na niego nagle: «Pan Hieronim» — konduktor obrócił się tak szybko, rzucił tak jasne spojrzenie na osoby będące w wagonie, szukając tej, co go chrzestnem imieniem nazwała, jakby ubyło mu nagle lat kilkanaście.
Wówczas też i ja zwróciłam na niego uwagę, bo któż tam patrzy na konduktora! Jest to maszyna do odbierania zapłaty, posiadająca gimnastyczne zdolności — nic więcej. W przedziale, w którym siedziałam, było tylko prócz mnie, dwóch panów. Po sumiastych wąsach i niedźwiedzich szubach łatwo było poznać obywateli wiejskich. Jeden to z nich zaczepił konduktora, a po chwili, nie odbierając odpowiedzi, dodał z akcentem przekonania.
— Jak Boga kocham, pan Hieronim! Ledwo cię poznałem sąsiedzie!
— Ja... ja poznałem pana Antoniego od razu — odparł zagadniony niepewnym głosem, witając go wzajem.
A na twarzy jego znać było zdziwienie, zakłopotanie i radość z żalem zmieszaną. Przypomnienie odbiło mu się na tej twarzy rumieńcem.
— Czemuż nie odezwałeś się do mnie? — pytał pan Antoni. Któż u djabła mógł pomyśleć, że spotka w tramwaju dawnego sąsiada.
Konduktor bąknął coś półgłosem, szlachcic zaś, nie czekając wyraźniejszej odpowiedzi, obrzucał go pytaniami.
— Dawnoż w Warszawie? Od czasu jak sąsiad sprzedałeś Kowalówkę, wpadłeś jak kamień w wodę; słyszałem tylko, że wziąłeś dzierżawę w innej okolicy, a potem nic i nic.
— Z dzierżawy tak jak z Kowalówki wypędzili — odparł krótko. Wyniosłem się do Warszawy, i ot szczęście, że choć taki kawałek chleba znalazłem.
— A żona? dzieci?
— Żona... umarła.
Wyrzekł to pośpiesznie, zdławionym głosem, zdawało się, że pragnie uniknąć dalszych wspomnień i pytań.
Była chwila ciszy, wywołana tem uroczystem zawsze słowem śmierci; konduktor zawrócił się i chciał wyjść z przedziału, jakby go tutaj coś dusiło.
— Nie uciekajcie sąsiedzie — zawołał przejezdny, przytrzymując go za połę; ot mam jeszcze jechać kawał drogi, siadaj, pogawędzimy.
Wskazywał mu miejsce przy sobie.
— Nie wolno mi usiąść — odparł pan Hieronim.
— No, rozumiem, kiedy miejsca brakuje, ależ tutaj jest go dość.
— Choćby cały wagon był pusty.
— Żarty!...
Wstrząsnął głową z wyrazem, świadczącym aż nadto, że mu w niej żarty nie powstały.
— Takie prawo — wyrzekł po chwili.
— A to mi prawo! — mruknął obywatel! Jakto i ty tak stoisz w tym wagonie przez całe pół dnia.
— Przez cały dzień — poprawił konduktor.
— Dzień cały i wytrzymasz?
Nie odebrał odpowiedzi.
— To przynajmniej — nalegał pan Antoni — przyjdź do mnie sąsiedzie po skończonej pracy, mieszkam tu zaraz w Saskim hotelu.
— Mój dzień zaczyna się o 7-mej rano a kończy koło północy.
— To w niedzielę, dziś piątek, będę jeszcze w niedzielę w Warszawie, przyjdźże.
— Dla nas przecież nie ma niedzieli.
— A niechże ich! — zaklął energicznie szlachcic. Toćże koń roboczy, wół od pługa odpoczywają w niedzielę, choć nie pracują siedemnastu godzin dziennie.
— Cóż robić — odparł konduktor — kiedy ludzie więcej mają czasu i więcej jeżdżą w święto, niż w dzień powszedni.
— I wieleż wam za to płacą?
— Trzydzieści rubli miesięcznie.
— I nic więcej?
— Ano nic, jak zwykle w Warszawie.
— Ani mieszkania, ani stołu?
— Nic zgoła.
— Ależ z tego nie sposób wyżyć z dziećmi. Panie Hieronimie, rzuć to do djabła. Cóż czy nie znajdziesz innego chleba?
— Oh! zawołał — próbowałem.
W tem słowie było tyle goryczy, jakby w niem zadźwięczało echo nieskończonej liczby niepokojów, zawodów, upokorzeń.
— Panie Antoni — dodał po chwili ze spokojem rezygnacyi — cóż robić: wykształcenia fachowego nie mam, o chleb trudno, a na moje miejsce czyha mnóstwo kandydatów.
— No to usiądź przynajmniej sąsiad na chwilę, nikt tego nie dostrzeże a tak to doprawdy przykro rozmawiać.
A gdy konduktor uczynić tego nie chciał, zawołał z gniewem.
— Te wasze prawa są wprost nie ludzkie! Gdzież człowiek może przez tyle godzin kręcić się po wagonie bez chwili odpoczynku! Usiądź, przecież nikt nie doniesie.
I obejrzał się po wagonie.
Konduktor obejrzał się także, ale uczynił to z niepokojem; lękał się widocznie, by ktoś słów tych nie usłyszał. Oprócz dwóch szlachciców i mnie w wagonie nikogo nie było; zapewne fizyognomia moja nie wydała mu się podejrzaną, bo rozjaśniło się jego oblicze.
Nie usłuchał jednak rady sąsiada, oparł się ramieniem o ścianę i wyrzekł.
— Jestem przyzwyczajony do stania, a zresztą tak zobowiązałem się.
I dodał z odcieniem dumy, która mogła się wydawać dawnemu sąsiadowi bardzo śmieszną, i nie licowała z położeniem.
— Cóż chcesz, panie Antoni, pragnę żeby mnie szanowano, więc sam muszę szanować przepis; bo gdyby mnie spotkała wymówka, nieprzyjemność, czuję, że tegobym nie zniósł.
Gdy to mówił, czoło jego, pomarszczone troską, podniosło się z wyrazem, którego nie domyśliłby się w nim nikt, gdy zgarbiony ciężarem losu i pracy spełniał swoje obowiązki.
Dojeżdżaliśmy właśnie do stacyi, na której miał wysiąść pan Antoni.
— Więc nie zobaczymy się więcej? — spytał, żegnając konduktora.
Nie miał on czasu odpowiedzieć, ktoś wsiadał, trzeba było pamiętać o biletach. Wagon potoczył się dalej. Kiedy jednak padło na twarz jego bladawe światło błękitnej latarni, dostrzegłam, że wzrok miał szklisty, że spoglądał jak człowiek, co goni uciekające widma dni szczęśliwych. Zapewne przed oczyma jego wyobraźni, snuły się minione słoneczne chwile przeszłości, wioska rodzinna, dom własny, ognisko, przy którem siedziała kobieta ukochana, kobieta, którą zapewne zabiły zgryzoty, troski, nędza. I wyobrażałam ją sobie białą, wiotką, delikatną, nie przywykłą do pracy ciężkiej, do trudów życia, nie umiejącą ich znosić.
Odtąd konduktora tego widywałam często. Obowiązki powoływały mnie w część miasta oddaloną, ku której dążyły wagony z błękitnymi znakami a ile razy spotykałam go w tramwaju, przypominało mi się spotkanie, jakiego byłam świadkiem, i owa błyskawica dumy, co zajaśniała w jego oczach, gdy mówił, że chcąc by go szanowano, obowiązków swoich ściśle przestrzegać musi. I przestrzegał ich, trzeba to przyznać: był zawsze bacznym, uprzejmym, niezmordowanym, a kiedy jego szeroka namulona ręka podawała mi bilet, i widziałam na niej błyszczące dwie złote obrączki, z których jedna zaledwie mieściła się na maleńkim palcu, zdawało mi się, że słyszę głos, jakim zapytany o żonę, wymawiał to słowo: «Umarła.»
Zapewne w innych warunkach, podobnie małoznaczące zdarzenie, uleciałoby mi z pamięci ileż to ludzi traci majątek, położenie społeczne, drogie sercu osoby, ileż stoi wyżej od gnębiących okoliczności! Ale w tramwaju skazana na kilkuminutową bezczynność, spotykałam się z tym człowiekiem oko w oko, i ta twarz surowa, znękana, i ta drobna pamiątkowa obrączka przypominały mi uparcie jego dolę.
Konduktor stał się dla mnie sympatycznym, lubiłam siadać do wagonu, w którym on gospodarzył, interesowały mnie drobne wypadki kursu, a ile razy kontroler przeglądał bilety, jednocząc się z panem Hieronimem, patrzyłam na niego ja także, z dumą nieposzlakowanego sumienia jak to czynił on i myślałam: «Nas na malwersacyi nie złapie.»
Dnia jednego siadłam do wagonu, gdy już ruszał z teatralnego placu. Miejsca wewnątrz nie było, musiałam stanąć na platformie, a była to wcale rzecz nie wygodna w tej chwili, bo wiatr zachodni niósł z wściekłością płaty mokrego śniegu, które sypały ciężkie, ołowiane chmury.
Gdyśmy ruszyli, dobiegło do stacyi kilkonastoletnie dziewczę. Ubrane było mimo zimna w leciutki paltocik, zrudziały od długiego noszenia; ze zbyt krótkich rękawów wychodziły czerwone ręce, tulące się daremnie w wytartą, maleńką mufkę. Stary kapelusik przykryty był czarną włóczkową chustką, która otaczała chudą, smagłą, siną od zimna twarzyczkę, z dwojgiem czarnych, zapadłych oczów. Oczy te biegały niespokojnie, po kilku krzyżujących się wagonach, aż wreszcie zatrzymały się na panu Hieronimie.
On dostrzegł ją także, ręka jego podniosła się do dzwonka, jakby miał zatrzymać woźnicę. Był to znak machinalny, nie dozwoliła mu go dokonać refleksya, i wagon jechał dalej przez plac, którym dziewczę biegło na przełaj, bez tchu prawie.
Około rzymskiego hotelu, ruch wagonu się zwalnia przy zakręcie, ona o tem wiedziała, i szła chodnikiem tuż koło szyn, podnosząc w górę twarz, na której pomimo zimna, wystąpiły kropelki potu.
— Ojcze, ojcze — wołała.
Nie potrzebowała wołać, pan Hieronim pochylił się ku niej.
— Cóż? — zapytał tylko.
Ale w głosie jego drgała niepewność i trwoga śmiertelna. Wiedział dobrze, iż nie szukała go daremnie.
— Stasiowi gorzej, ma taką gorączkę, iż nie poznaje nikogo, na buzi i rączkach wystąpiła mu wysepka, pewno znów szkarlatyna.
Zrazu nie odpowiedział nic, stał niemy, ogłuszony wieścią, która mu się straszną wydała, bo zbronzowane jego czoło pobladło, a ręce załamały się tak silnie, że aż stawy zatrzeszczały.
— Tak jak nieboszczyk Józio — szepnął tylko tak cicho, że ja jedna, co stałam przy nim, dosłyszeć go mogłam.
A tymczasem wagon się toczył i dziewczę biegło przy nim z wymownemi oczyma wlepionemi w twarz ojca.
On też oprzytomniał szybko i wyrzekł urywanie.
— Franiu, idź po doktora, nie trać chwili, o tej godzinie zastaniesz go pewnie w domu. Poproś, on nie odmówi.
Rzucił jej adres lekarza, którego znał zapewne kiedyś, za dni dobrych, na którego rachował, ale ten lekarz mieszkał daleko, właśnie na linii, którą tramwaj przebiegał.
— Czemuż jej pan nie weźmiesz? — zawołałam, mieszając się do ich rozmowy.
Spojrzał na mnie jak człowiek ze snu zbudzony.
— Nie wolno! — odparł.
— Jakto nie wolno wziąść dziecka lub żony? Muszą być tu przecież, jakieś bilety wolnej jazdy, jak na kolejach.
— Nie ma, gdybym wziął kogo z rodziny, mógłbym stracić miejsce, a płacić nie jestem w stanie.
— To ja zapłacę — wyrzekłam niebacznie.
Wyprostował zgarbioną postać, jakby go ta propozycya obraziła.
— Ja nie żebrak — zawołał, chciał zawołać, bo słowo niedokończone skonało mu na ustach, było ono owocem dawnych przyzwyczajeń, wyrazem słusznej dumy człowieka, który nic od nikogo nie potrzebuje, bo ma swego chleba dosyć, ale przerwała je myśl inna, poczucie obecnego położenia i dodał drżącym głosem.
— Dziękuję pani.
Chciał zawołać na córkę, ale już było zapóźno, tramwaj tymczasem wyprzedził dziecko, tylko widać było z daleka jak wiatr targał połami jej paltota i rozwiewał końce czarnej chustki.
W kilka dni, kiedym znowu spotkała pana Hieronima spytałam o chore dziecko, miało się ono bardzo źle, i myśl ojca widocznie była przy niem: zrozumiałam to widząc, że patrzy na przejezdnych błędnym wzrokiem, nie rozeznając ich dobrze, myli się dając bilety lub sygnały.
Konduktorom przecież mylić się nie wolno, a on o tem zapomniał.
Ruszaliśmy właśnie z jednego z przystanków, kiedy z platformy, gdzie stało kilka osób, odezwał się głos podniesiony.
— Stój! stój! Cóż to nie widzisz, że dama chce wysiąść.
Podniosłam oczy, szukając do kogo zwrócone były te słowa, którym akcent gniewu i groźby, dodawał jeszcze obelżywego znaczenia, i kto je wymawiał a wówczas dopiero zobaczyłam młodego człowieka z roziskrzoną twarzą. Nie zdołał on wyprowadzić z wagonu swojej towarzyszki, konduktor nieuważny zadzwonił zbyt prędko, więc wskoczył na powrót na platformę, i gniew swój wywierał na niego.
— Cóż to nie widzisz pan, co się dzieje? — wołał zapalając się coraz więcej i podnosząc głowę ruchem właściwym ludziom, przekonanym o swojej wyższości.
Twarz jego mało inteligentna, miała wyraz zuchwałości, sterczały na niej wydęte wargi, na które wysypywał się zaledwie rudawy zarost. Widocznie rozgniewał go nie fakt małoznaczący, tylko lekceważenie jego osoby. Ubrany w kosztowne futerko, z hebanową laseczką w ręku, stał naprzeciw konduktora, przygniatając go swoim majestatem.
Spojrzałam na pana Hieronima; był blady, wargi miał przycięte, jakby chciał gwałtem zatrzymać słowa, które się na nie cisnęły.
Był winien, czuł to sam, więc starając się zapanować nad sobą wyrzekł.
— Daruj pan, nie uważałem.
Zmuszał się wyraźnie do przeprosin, wobec impertynenckiego obejścia młodego człowieka, kosztowały go one wiele, to też w głosie jego było drżenie tak silne, iż zaledwie zrozumieć go było można.
Zamiast rozbroić jednak, wyrazy te podnieciły gniew przeciwnika.
— Co to nie uważałem — pochwycił — pan tu jesteś na to, żebyś uważał!
— To też przepraszam — odparł konduktor także podniesionym głosem.
Widziałam że w jego oczach zapalały się iskry purpurowe, a młody człowiek nieułagodzony wcale, machał mu przed nosem prawie hebanową laseczką i wołał.
— Co mi tam pańskie przeproszenie. Ja zapiszę sobie numer wagonu, idę zaraz na skargę, jestem kuzynem naczelnika ruchu, powiem mu co się dzieje. Tu niepotrzeba pijaków. Każden widzi, że jesteś pijany.
Na to ostatnie słowo, czoło pana Hieronima zalało się falą krwi, żyły wyprężyły się na niem, a oczy rzuciły taką błyskawicę, iż widziałam chwilę, w której pochwyci przeciwnika, wyrwie mu laskę, połamie w kawałki i ciśnie w twarz. Ręce jego nawet podniosły się, idąc za popędem chęci. Był strasznym.
Ale to trwało chwilę tylko, ramiona jego opadły, błyskawica zagasła pod spuszczonemi powiekami, a usta pozostały milczące. Pomyślał o dzieciach bez chleba.
Kuzyn naczelnika ruchu, mógł pysznić się swojem zwycięstwem, zmiażdżył zupełnie przeciwnika. Zadowolony tem zapewne, wyszedł dumnie z wagonu i podawszy ramie swojej towarzyszce, oddalił się lekkim krokiem.
Konduktor stał długą chwilę pognębiony, z rumieńcem wstydu na twarzy, nie śmiejąc spojrzeć w oczy tych, co byli świadkami wyrządzonej mu obelgi. Głowa zwisła mu na piersi, grube zmarszczki fałdowały czoło. Niestety największa sumienność w pełnieniu obowiązków nie uchroniła go od tego, czego się lękał. Podrzędne położenie idzie w parze z posądzeniem, upoważnia do ubliżeń, nie zdołał więc od nich ustrzedz godności swojej.
Przez czas jakiś pozostał bez ruchu i głosu, jakby nad czems rozmyślał głęboko, lub pracował nad uspokojeniem wewnętrznej burzy. Potem odbyła się w nim przemiana jakaś, wstrząsnął ramiona, a z piersi wydobył się ciężki oddech czy westchnienie.
— Ha! — wyrzekł przez zaciśnięte zęby.
I zrobił ruch taki, jakby wszystko już było mu obojętnem na świecie, jakby zwyciężała go jakaś potęga, której opierał się dotąd.
Przez kilka dni następnych wsiadając do wagonu, z pewną trwogą szukałam oczyma pana Hieronima, bo lękałam się czy w skutek owego zajścia nie utracił posady.
Ale kuzyn naczelnika ruchu okazał się wspaniałomyślnym, albo też próżną groźbą, chciał steroryzować biednego konduktora, zajście nie miało żadnego widocznego następstwa.
Jednak od dnia tego pan Hieronim okazał się zupełnie innym człowiekiem. Był niby ten sam, a odmienny, jakby coś w nim zamarło, coś istnieć przestało. Przybyło mu od razu kilka lat wieku, nigdy płomień żaden nie zabłysnął odtąd w jego źrenicach, czoło nie rozjaśniło się wyrazem pogody, dumy, godności własnej. Czuł zapewne, że utracił do nich prawo.
Nie mogłam się nawet dowiedzieć, czy chore dziecko wyzdrowiało, czy umarło, bo pośpiesznie dawał mi bilet, nie zwracając na mnie uwagi, nie podnosząc oczów, jakby widok mój sprawiał mu przykrość i lękał się usłyszeć mego głosu.
Odtąd wyglądał już zawsze na pognębionego starca, w którym troska gryzła powoli wszystkie ludzkie uczucia, aż je ostatecznie strawiła bez śladu. Kiedy stał pochylony naprzód, pod smutnem zimowem słońcem, kiedy zbladłe wargi poruszały się, wypowiadając konieczne tylko wyrazy, a ręce zanurzały się w torbie z pieniędzmi, zawieszonej na piersiach, widziałam jak ręce te drżały konwulsyjnie i przychodziło mi na myśl, że on miał dzieci i tylko trzydzieści rubli miesięcznej płacy. Złote obrączki znikły jedna po drugiej z jego ręki, naprzód rozstał się z własną, a potem w dni parę z maleńkiego palca znikła pamiątka po żonie.
Raz na placu Trzech Krzyży spotkaliśmy tę samą bladą dziewczynkę, w tym samym krótkim zrudziałym paltociku, w czarnej chustce na głowie. Czekała ona widocznie na ojca. Był to właśnie koniec miesiąca, zdawała się więcej jeszcze wynędzniałą a w oczach jej wyraźnie błyszczał głód.
Konduktor obejrzał się teraz, że nie ma kontrolera, podał jej rękę, postawił obok siebie na platformie, gdzie właśnie byli sami. Ona szeptała mu coś długo — żałośnie, on stał z brwiami ściągniętemi, jakby zgubiony w myślach, jakby toczył sam z sobą walkę ostatnią. Można było sądzić, że nie słuchał co mówiła, tylko czasem powieki jego zadrgały, fala krwi przeszła po czole, dreszcze przebiegły ciało, potem szybko gorączkowo zanurzył rękę w swej torbie, wydobył parę sztuk drobnej monety, dał je dziewczęciu jakby mu dłoń paliły i pospiesznie wysadził ją z wagonu.
Przez okno widziałam wszystko, on to spostrzegł, płomienny rumieniec oblał mu czoło spuszczone, ale podniósł je wnet z rodzajem urągania.
— Ha! — wyrzekł znowu, z odcieniem głosu, w którym drgał sarkazm rozpaczy, ha! I rzucił rękami, jak to czyni topielec chwytający się deski zbawczej na głębinie, gdy ta mu się z rąk usuwa.
Teraz zaczął przeglądać wsiadających i wysiadających z wagonu, nie z prostą uwagą, jak to czynił dawniej, ale z jakimś przebiegłym wyrazem, jakby badał ich usposobienia, a gdy jeden z przejezdnych wysiadł w połowie kursu, on nieznacznie wyciągnął rękę po jego bilet, i bilet ten dał potem komu innemu.
Odtąd czynił tak zawsze, często zapominał wydawać reszty i wydając mylił się na swoją korzyść. Powoli z czoła jego zniknął wstyd, z oczów szlachetna duma. Sterany, sponiewierany był już tylko cieniem dawnego człowieka.
Można mu było teraz ubliżać bezkarnie, znosił pokornie obelgi, żarty, szyderstwa, których mu nie szczędzili wyzyskiwani, jak głodny pies znosi razy — bez szemrania.





STASIEK.
OBRAZEK MIEJSKI.


Na chrzcie nadano mu imię Stanisława, więc rówieśnicy wołali na niego Stasiek; ale matka i ojczym nazywali go «skaraniem boskiem», bo sobie z nim rady dać nie umieli. Najwłaściwiej jednak można go było nazwać konikiem polnym, chociaż bowiem urodził się na warszawskim bruku, a pola widział tyle, ile go spostrzedz można około rogatek, miał z wesołem skoczkiem zbóż dojrzałych pewne podobieństwo. Jak on lubił wygrzewać się na wiosennem słońcu, siedząc naprzód pochylony, z obwisłemi rękoma, ze skurczonemi nogami, które chudością i sprężystością swoją przypominały polnego konika.
Profil jego suchy, o wydatnych konturach, z cofniętem czołem i brodą, zdawał się także należeć do królestwa istot skrzydlatych, a już wyraźnie należały do niego oczy wielkie, okrągłe, osadzone na wierzchu, oczy brylantowe, podobne do ptasich, w których przedmioty odbijały się jak w wypukłem zwierciadle.
Uczeń Galla lub Lawatera byłby miał piękną sposobność studyować na nim charakterystyczny okaz zupełnej nieopatrzności i braku przewidywania, bo już najwięcej przypominał on konika polnego tradycyjnem usposobieniem, jakie mu bajka przypisuje. Niepodobna było znaleść na świecie istoty tak niedbałej o jutro, a żyjącej jedynie chwilą obecną, istoty, któraby tak niezdolną była poddać się jakiemu bądź przymusowi i przełamać się w czemkolwiek.
Kiedy słońce zaświeciło jasno, chłopiec nie był w stanie wysiedzieć pod dachem. Gdyby go zamknięto, wybiłby szyby i wyskoczył oknem, chociażby miał kark skręcić, padając na bruk uliczny; a gdyby w oknach były kraty, rozbijałby sobie o nie głowę bez ustanku, jak to czynią niekiedy więzione ptaki.
Usposobienie jego zależało od koloru nieba, od stanu powietrza, i nie było na nie żadnej rady. Kiedy chmury zaciągały niebo, siadał skurczony, osołowiały, wlepiając przed siebie wielkie oczy, w których migały otaczające przedmioty.
Skupić jego uwagę było rzeczą niepodobną; nie można go przecież było nazwać niepojętnym, przeciwnie, nauczył się nie wiedzieć gdzie i jak mnóstwa rzeczy; to co usłyszał i zrozumiał spamiętał, ale nauka, a przynajmniej nauka szkolna była wprost dla niego niedostępna.
Prawda, że nie miał nigdy do czynienia z żadnym pedagogiem, ani z nikim, coby się nim zajął na seryo; uczęszczał tylko do szkółki elementarnej, do której musiano go gwałtem prowadzić i z której, przyznać to trzeba, wymykał się cichaczem, jak tylko mógł najprędzej. Kiedy zaś wymknąć się nie mógł, kręcił się na ławce, jak fryga, lub też zajmował się gorliwie płataniem rozmaitych psot współtowarzyszom, lub nauczycielowi — jak się zdarzyło. Nie dziw więc, że zawód szkolny ukończył daleko wcześniej, niż należało, powracając po kilku miesiącach z rzadką miną i czerwonemi uszami do domu.
— Skaranie boskie z tym chłopcem — zawołała matka, kiedy się dowiedziała o ostatecznej katastrofie wydalenia syna ze szkoły.
— Skaranie boskie — powtórzył za matką ojczym.
Ojca bowiem swego Stasiek nie pamiętał wcale, nie pamiętali go też i ludzie. Był już sporym chłopcem, kiedy matka wyszła za mąż za krawca, który, jak mówili ludzie, ułakomił się na jej posag.
Tylko niech ten wyraz: krawiec w połączeniu z wyrazem: posag, nie przywodzi wam na myśl, czytelnicy, świetnego sklepu z lustrzanemi szybami, z pięknym manekinem, przystrojonym wedle ostatniej mody i wyglądającym na młodego panicza wśród stosów angielskich i francuskich materyałów.
Posag matki Staśka wynosił zaledwie kilkaset rubli; z takim posagiem o pięknym sklepie myśleć nie można, a krawiec, który się nań ułakomił, był sobie krawcem ubogich ludzi, daleko częściej łatał i przerabiał, niż krajał ze sztuki. Warsztat jego mieścił się w małej izdebce, położonej w głębi dziedzińca na Bednarskiej ulicy, o czem oznajmiał publiczności maleńki napis, ginący zupełnie pomiędzy wspanialszymi szyldami, rozwieszonymi w około drzwi ulicznych.
W tym warsztacie mieściła się zarazem kuchnia i sypialnia całej rodziny, złożonej oprócz Staśka, z majstra, majstrowej i małego Franka, krzyczącego ustawicznie. Nie dziw więc, iż niefortunny powrót chłopca ze szkoły, gdzie go umieściły bezpłatnie jakieś protekcye, był dla biednego małżeństwa prawdziwą klęską. Tej klęski nie usunęły jednak narzekania, ani »skaranie boskie,« powtarzane na różne tony.
Trzeba było coś przedsięwziąć z dzieckiem, które siedziało skurczone w zwykłej swej postawie, błyskając tylko wielkiemi oczyma ku oknu i rozmyślając, jakim sposobem wydostać się na świat z izby, gdzie odbywała się narada nad jego dalszym losem.
Narada nie była ani długą, ani ożywioną, ale wypadła dla Staśka fatalnie: ojczym posadził go do swego warsztatu. Czyniąc to, postąpił zapewne roztropnie i uczciwie, chciał zaprawić pasierba do pracy, nauczyć rzemiosła, jakie sam posiadał, niemniej biedny konik polny uczuł się strasznie nieszczęśliwy. Jeśli co, to igła i nożyce były mu wstrętne, a rzemiosło, wymagające nieruchomego siedzenia na miejscu i uwagi w dodatku, stanowiło dla niego istną męczarnię.
To też terminatorstwo jego długim nie było; po trzech dniach szturchańców i łajań wybiegł z domu i nie pokazał się więcej.
— Skaranie boskie z tym chłopcem — zawyrokował teraz ojczym.
— Skaranie boskie — ciszej powtórzyła matka.
Pomimo wyraźnych zbrodni, żal jej było pierworodnego dziecka. Chciała biedz, szukać go po mieście, ale bała się tego uczynić, bo naprzód mąż obiecywał srodze obić Staśka, a potem mogła i ona sama co oberwać, gdyby postąpiła w brew jego woli. Powiedział bowiem, że licha szukać nie potrzeba, bo się samo znajdzie, jak mu głód dokuczy.
Dokuczył on rzeczywiście biednemu dziecku, ale go do powrotu nie zmusił, bo jak chłopiec pomyślał, że trzeba mu będzie chleb zdobywać igłą krawiecką, to już wolał umrzeć od razu. Nie umarł przecież, a nawet dał sobie radę. Na bruku warszawskim istnieją rzemiosła nie zbyt wprawdzie korzystne, ale które pozwalają żyć różnym wykolejonym istotom, zwłaszcza jeśli te posiadają spryt i ruchliwość. Takim rzemiosłem jest rozprzedaż Kuryerów. Wkrótce Stasiek w czapce, z błyszczącym napisem kręcił się po placach i skwerach, zachwalając swój towar.
Zajęcie to było jakby dla niego stworzone: mógł rozwijać przez parę godzin gorączkową czynność, potem siedzieć na słońcu, ile chciał, a nikt mu za to nic nie mówił. Był swobodny jak ptak, ale też znosić musiał złe strony ptasiego bytu, tułać się z gałęzi na gałęź, codzień zdobywać sobie własnym przemysłem pożywienie, i cierpieć głód, jeśli zdobyć nie zdołał.
Sprzedaż Kuryerów nie przynosi wielkich korzyści. Przedsiębiorcy powierzają chłopcom pewną ilość egzemplarzy, a ci na każdym mają tylko dwa grosze zysku. Sprzedających jest bardzo dużo, kupujących mało. Każdy zwykle prenumeruje sobie jakieś pismo, Kuryery kupują tylko wypadkowo przyjezdni ze wsi, lub ciekawi senzacyjnej nowinki, więc spieszyć się trzeba, aby ich pochwycić. Kto pierwszy zajmie swoje stanowisko, skoczy na stopień tramwaju, poda pismo, zachwali, ten ma największą nadzieję dobrego targu.
Stasiek zrozumiał to szybko i szybko też posiadł wszystkie tajemnice rzemiosła, tem bardziej, iż rzemiosło mu zasmakowało.
Trzeba go było widzieć, jak zwinnie umiał wskakiwać do wagonu, na każde skinienie przejezdnych, jak czepiał się poręczy, przełaził koło ławek, zaglądając w oczy każdemu, jak odgadywał z ubioru, z ogorzenia twarzy, z wąsów nawet chętnych lub niechętnych kundmanów.
Kręcił się zwykle w okolicy Teatralnego placu, bo choć tam najwięcej sprzedających, ale też tam ześrodkowywa się ruch miejski, tramwaje nieustannie przebiegają w różnych kierunkach i zatrzymują się dłużej niż na innych stacyach.
Zwinny jak kot, rzucał się prawie pod koła wagonów, krzycząc z właściwem skandowaniem i akcentem głośniej od innych:
Kuryer warszawski! Kuryer codzienny! Kuryer świąteczny!
Nie dał się nikomu wyprzedzić, zawsze wcześniej od innych ukazywała się na platformie jego drobna postać, a wielkie okrągłe oczy wyglądające z pod spadających na nie włosów, szukały zmyślnym wzrokiem tych, coby chętni byli do kupna.
Przytem pomimo krótkiego pobytu w szkole, pomimo nieuwagi, figlów i częstych z niej ucieczek, nauczył się czytać wcale nie źle i tej umiejętności używał teraz korzystnie.
Zaledwie dostał Kuryer, przebiegł jego wszystkie szpalty i rubryki, stosując z niepospolitą zręcznością ich zawartość do usposobień ludzkich. Przy wprawie stał się znakomitym fizyognomistą, nie domyślając się tego naturalnie. Kiedy spojrzał na poważnego jegomościa, zachwalał mu nabożeństwa, kiedy miał do czynienia z młodym, wyciągał głośną awanturę i dlatego to wołał na przemiany:
Kuryer z odpustem, Kuryer z samobójstwem, Kuryer z wypadkiem.
Kiedy zaś dzięki nadzwyczajnym okolicznościom, pisma brukowe dawały jaką illustracyę lub karykaturę, wówczas krzyczał:
Kuryer z dowcipem, z portretem, ze sławnym zbójem, z powodzią, z pożarem.
A zawsze umiał trafić do smaku osoby, której chciał towar swój sprzedać, często nawet zamiast dziesiątki dostawał dwanaście groszy, zdarzały się i dwudziestówki.
Chłopiec jednak, wierny swemu usposobieniu, zarobione pieniądze wydawał co do grosza nie bacząc na to, że jutro może być dniem posuchy. Podobne przewidywanie nigdy mu na myśl nie przyszło.
— Ten Stasiek to zawsze dwa razy więcej zarobi, niż my — skarżyli się inni chłopcy.
— Owa! wielka mi sztuka, abo ty umiesz czytać, powtarzasz tylko po mnie, co ja krzyczę — odpowiedział dumnie spoglądając z góry na towarzyszów, którzy jego zarobków nie mieli.
— Ten Stasiek, tylko spojrzy, to upatrzy sobie zaraz takiego, co mu da dychacza, a jak się po nim zawinę — to nic i nic.
Tak mówił najstarszy z całej bandy.
Staśkowi nigdy odpowiedzi nie brakło.
— Ty bo zawsze zerkasz po pannach — djabła ci co z tego przyjdzie. Czy to panna Kuryera kupi, czy co? Gadają, że kobiety ciekawe, albo to prawda? Żebym nie wiem jak zachwalał, to ci tylko słuchają, a pieniędzy żałują.
Z tego zapewne powodu Stasiek kobiet nie lubił, nie miał od nich żadnego zarobku, a potem... potem miał może żal do matki, co go zostawiła na łasce losu.
To też, kiedy sprzedawał Kolce lub Kuryera świątecznego, przepatrywał je pilnie, a skoro tylko znalazł jaki koncept na kobiety, powtarzał go głośno. Przekonał się bowiem, że takie zwykle najwięcej miały pokupu, więc, zachwalając pismo humorystyczne, dodawał:
Kolce z nauką, jak to pięknie panie mężów oszukują.
Albo:
Kuryer świąteczny bardzo ciekawy. Co się dzieje na letnich mieszkaniach.
Koncepty na mężczyzn, stanowiące odwrotną stronę małżeńskich stosunków, pomijał zwykle pogardliwem milczeniem.
Do rodziców nie próbował się zbliżyć i oni go też nie szukali. Kumoszki wprawdzie mówiły jego matce:
— Pani Antoniowa, wasz Stasiek sprzedaje gazety, biega po tramwajach.
Ona chciała zapytać gdzie go widziano, jak wygląda, jak mu się powodzi? Ale mąż jej mruknął niechętnie:
— A niech tam sobie robi co chce, my o tym urwisie już wiedzieć nie chcemy.
I matka umilkła. Nie miała ona takiej swobody jak zwykle żony rzemieślników, kiedy mężowie chodzą na robotę. Krawiec nie ruszał się z domu, szyjąc ciągle, nie mogła więc wyjść niepostrzeżona, chłopca zawołać, zgotować mu co, nakarmić, lub wetknąć w rękę. A przytem bała się mężowi sprzeciwić.
Stasiek ze swojej strony był hardy. Raz w niedzielę widział, jak matka z ojczymem szła pod rękę na spacer. Zrobiło mu się dziwnie na sercu, chciał biedz do nich i już nawet postąpił krok naprzód.
Ale matka go nie zobaczyła, miała właśnie głowę odwróconą, spostrzegł go tylko ojczym, a ten zamiast zachęty pogroził mu pięścią, spoglądając surowo. Może miał słuszność, chciał, żeby pasierb wyszedł na człowieka.
Chłopiec stanął jak wryty, łzy cisnęły mu się do oczów, przecież nie dał im spłynąć, wykręcił się na pięcie, poleciał parę kroków, pokazał język ojczymowi z wybuchem dziecinnej złości, i uciekł, bo pomimo to czuł, że go coś dławiło.
Póki trwało lato, Staśkowi było, jak to mówią, półbiedy. Przy swojej zręczności targował czasem dziennie i trzydzieści sztuk pism rozmaitych.
W lecie zresztą nie potrzebował troszczyć się o nocleg, nadawały się bowiem na ten użytek skwery, ławki w alejach, piwnice budujących się domów i t. p. bezpłatne hotele biedaków. Pożywić się także było łatwiej — bułki, tanie owoce, ogórek kwaszony wreszcie, starczyły. Ale kiedy przyszły słoty jesienne, kiedy potem śnieg przysypał ziemię, życie stało się coraz cięższe a zarobki zmniejszyły się znacznie.
W lecie jaki taki kupował Kuryera, siadając do tramwaju, w zimie każdy się kurczył, chronił od zimna i myślał tylko o tem, żeby prędzej dojechać. Jeśli zaś był ciekawy, wolał na czytanie wstąpić do cukierni i wypić czarnej kawy lub herbaty gorącej za tę dziesiątkę, którą Kuryer kosztował.
Sprzedający też znikali jeden po drugim. Rzemiosło przyjemne i korzystne w lecie, stawało się teraz przykrem. Każdy wracał do rodziny lub szukał sobie innego zarobku. Stasiek byłby także pewno schronił się do matki, ale jak przypomniał sobie ojczyma i ostatnie spotkanie, to już wolał cierpieć głód i zimno. Tylko czasem siadał skurczony i zmarznięty w jakim kącie z oczyma szklisto wlepionemi przed siebie a wówczas w wyobraźni jego przesuwała się ciepła izba, ciepła strawa, a może i pieszczota matczyna.
Zresztą czasem i w jesieni i w zimie słońce zajaśnieje a jeden taki promień dodawał odwagi chłopcu. Potrzeba, która jest matką wynalazków, dopomagała mu do utrzymania, z Kuryerami połączył drobny przemysł, sprzedawał zapałki, bo zauważył, że te zawsze bywają potrzebne. Dawano mu zapałki, tak jak Kuryery; na sprzedaż z groszem lub dwoma zarobku na paczce — stosownie do ich ceny.
Biedny konik polny wychudł, wymizerniał i podobnym był zupełnie do swego imiennika z bajki, kiedy przychodzi zbiedzony do gospodarnej mrówki. Płócienne ubranie podarło się i było zupełnie na tę porę nie wystarczające. Ktoś z miłosierdzia dał mu stare buty i stary mundurek szkolny, od którego odpruto guziki. Jedno i drugie było na niego za wielkie a kiedy je włożył, wyglądał na małego żebraka.
Nie myślał jednak zastanawiać się nad niedoborami swej toalety, bo już to w ogóle jakiekolwiek zastanawianie się było wprost sprzeczne z jego naturą. Tylko w mundurku i w butach zbyt wielkich było mu niewygodnie; zawadzały one w swobodnem uwijaniu się po tramwajach. Inni chłopcy śmieli się z niego.
— Ej Stasiek — wołano — strzeż się, upadniesz!
On wzruszał ramionami. Im więcej chwalono jego zręczność, tem bardziej czuł się w obowiązku ją pokazywać. Budziła się w nim jakaś duma nieznana, gdy czynił rzecz trudną, przed którą cofali się jego współtowarzysze. Więc niedość, że wskakiwał do tramwajów, będących w biegu, ale przelatywał z jednego na drugi i rzucał się prawie pod koła. Niebezpieczeństwo, z którego sobie jasnej sprawy nie zdawał, nęciło go, podniecało do coraz śmielszych skoków, tem bardziej, że przejezdni wynagradzali je, kupując Kuryery i płacąc za nie hojnie. Sam sobie wymyślał trudności i lubił je pokonywać.
Raz, gdy skoczył równemi nogami na biegnący wagon, ofuknął go konduktor:
— Chcesz widać ręce i nogi połamać!
Chłopak, roznamiętniony niebezpieczną grą, roześmiał się, pokazując białe zęby.
— Abo co? — mruknął, patrząc na konduktora swemi ptasiemi oczyma, pełnemi bezmyślnego blasku — czy to nie moje?
Konduktor chciał go skarcić, ale on wywinął mu się w ręku jak piskorz i rzucił się do wagonu, biegnącego w przeciwną stronę, ze zręcznością akrobaty. Konduktor machnął ręką a chłopak miał ochotę pokazać mu język, jak to uczynił ojczymowi, brakło mu jednak na to czasu, bo ktoś zażądał jakiegoś pisma. Miał dnia tego szczęście, nietylko sypały mu się dziesiątki, ale jeszcze jakiś siwy pan w bogatym futrze, zainteresowany jego zręcznością, dał mu całego rubla, ażeby sobie kupił buty na zimę.
Stasiek tak się tym darem zdziwił, że zanim zdążył podziękować, siwy pan wysiadł z tramwaju i zniknął w przyległych ulicach.
Chłopak wyglądał bardzo oryginalnie i powierzchowność jego usprawiedliwiała odebraną jałmużnę. Zbyt szeroki mundurek obcisnął rzemiennym paskiem, ażeby mu było cieplej i wygodniej, mundurek jednak roztwierał się u szyi i widać było podartą koszulę, oraz nagie wychudłe piersi dziecka. Włosy, gęsto obrastające mu głowę, piętrzyły się nad nią kędzierzawe, niekarne, włosów tych było wszędzie pełno, grube kosmyki spadały mu na kark, na uszy, na czoło i na policzki prawie. Stanowiły one główną charakterystykę jego twarzy, z po za nich to wyglądały oczy okrągłe, błyszczące, nos ptasi o delikatnych zagięciach i wreszcie bladoróżowe usta z obwisłymi kątami, które smutnym, sierocym wyrazem sprzeczały się z jasnem spojrzeniem.
Na rubla spoglądał on przez chwilę więcej zdumiony, niż radosny. Nie miał nigdy tyle pieniędzy w ręku i zaraz przyszło mu na myśl co z niemi miał zrobić. Suma to była duża względnie do tego, co zarabiał, ale względnie do potrzeb stanowiła zaledwie kroplę w morzu. Stary pan kazał za nią kupić buty.
Stasiek jednak wiedział dobrze, iż buty były dużo droższe. Do schowania zaś pieniędzy był on zupełnie niezdolny. Co prawda, nie miał ich nawet gdzie chować, możliwość zostania kapitalistą nie wchodziła wcale do prawdopodobieństw jego położenia, nie dziw więc, że zastała go nieprzygotowanym. Dotąd obywał się wesoło bez wszystkiego, czego nie posiadał, gdyby przecież zastanawiał się chwilę nad sposobem użycia pieniędzy, byłby ocenił całą swoją nędzę. Nie zastanawiał się jednak.
— Co mi tam — mruknął.
Podrzucił w górę papierek, podskoczył na jednej nodze i schwytał go dłonią w powietrzu.
— Ot — szepnęła przechodząc jakaś kobieta — zgubisz pieniądze. Dałbyś lepiej matce do schowania.
Słowa te uderzyły Staśka. A gdyby poszedł do matki ze swoim rublem? Czuł, że ta suma w jego ręku zrobiłaby pewne wrażenie na ojczymie, był dumny z jej posiadania. Zresztą przywykł iść za pierwszym popędem, który u niego był niepowstrzymany i bez namysłu biedz zaczął ku Bednarskiej ulicy.
Było to w porze dni najkrótszych. Na ulicy panował dzień, ale w mieszkaniach pracowitych ludzi zapalały się już światła. Świeciło się też w mieszkaniu krawca. Stasiek zatrzymał się chwilę na dziedzińcu, było mu jakoś dziwno, serce w piersi biło mu jakby młotem, a kolana uginały się pod ciężarem ciała. Chciał zajrzeć przez okno, zobaczyć, gdzie siedziała matka, ale niskie okno strzeżone było przez muślinowe firanki a przytem ciepło, panujące wewnątrz, okryło je warstwą wilgotnej pary. Przez nią dojrzeć można było światło lampy i niewyraźne zarysy pochylonej przy niej postaci. Pod oknem bowiem znajdował się warsztat ojczyma, pamiętny dobrze Staśkowi.
Pomimo to, coś go tam ciągnęło; więc nie namyślając się, od okna skoczył do drzwi, otworzył je i stanął jak wryty. Matki w izbie nie było, a natomiast odezwał się gruby, niechętny głos ojczyma, który siedział odwrócony plecami i nie podnosząc głowy od roboty, zapytał.
— Kto tam!
Stasiek nie odpowiedział, stał we drzwiach zmieszany. Pragnął się cofnąć i pragnął zapytać o matkę.
— No któż tam u wszystkich dyabłów — zaklął ojczym.
Skierował wzrok ku drzwiom, a widok pasierba nie rozjaśnił zmarszczek, fałdujących mu czoło.
— To ty — wyrzekł powoli, ano przyszła koza do woza. Wiedziałem ci ja, że przyjdzie.
Nie ruszał się z miejsca, wprawiając z wielkim trudem łatę do jakiegoś odświętnego tużurka. Jego grube obwisłe wargi uśmiechały się złośliwie.
— No cóż, poznałeś biedę, weźmiesz się teraz do igły, inaczej chleba nie będzie, jak mi Bóg miły — nie będzie.
Stasiek wlepił w ojczyma swoje ptasie oczy. Coś zaczynało się w nim burzyć.
Ojczym właśnie skończył pracowicie wprawioną łatę, wstał, położył tużurek na łóżku, a że chłopak stał ciągle we drzwiach, zbliżył się do niego powoli i wyciągnął rękę w sposób dobrze znany Staśkowi, kiedy go brał za ucho. Odwykł on już był od tej operacyi i cofnął się instynktownie, choć może ojczym tylko chciał drzwi zamknąć.
— No cóż — wyrzekł łagodniej, pewien, że pasierb powracał przejęty uczuciem skruchy i gotów wspaniałomyślnie przyjąć go do łaski, zważając zapewne z jednej strony, że pokuta była dość długą, a z drugiej, że mu się przyda bezpłatny pomocnik. No cóż, weźmiesz się teraz do igły?
— Niedoczekanie twoje! — wrzasnął Stasiek, chwytając za klamkę.
Ojczym osłupiał zrazu, potem blade jego policzki zaczerwieniły się gwałtownie.
— A to idź sobie na złamanie karku — zawołał tak głośno, że aż przebudził się mały Franek w kołysce i zmieszał płacz swój z krzykiem ojca i brata.
Scena rodzinna brała obrót niespodziewany. Prosty akt uczuciowy Staśka wzięto za akt skruchy, do której się nie poczuwał, i byłaby się ona rozegrała może smutniej jeszcze, bo ojczym chciał czynnie swego gniewu dowodzić, a Stasiek umknąć nie zdołał, spotkawszy niespodzianą trudność w otwarciu drzwi — gdy ukazała się w nich jego matka.
— A toż co! — zawołała przestraszona.
Ojczym ochłonął trochę, tem bardziej, że Stasiek korzystając z tej niespodzianej interwencyi, schował się tymczasowo za matczyną spódnicę.
— To ten nicpoń, ten próżniak! — narzekał krawiec, sapiąc jeszcze gniewnie.
Matka nie pytała o nową zbrodnię Staśka; nie rozumiejąc, co zrobił, powtórzyła za mężem zwykłe słowa.
— Skaranie boskie.
Gdyby jednak w tej chwili była spojrzała na syna, zobaczyłaby w jego oczach taki smutek, iż zapewne usta wymówiłyby łagodniejsze słowo. Ona jednak na niego nie spojrzała, bo rozkrzyczany Franek wyciągał do niej rączki.
Stasiek też nie czekał dłużej. Próba zgody rodzinnej wypadła niefortunnie. Nie zatrzymując się pod oknem, przebiegł dziedziniec i znalazł się na ulicy.
Szare chmury, rozwieszone na niebie, sypały teraz śniegiem gęstym i grubym; powietrze pełne było białych płatów, które kręciły się w niem nakształt białego puchu, tylko puch ten był lodowaty, przywierał do ciała i mienił się w wielkie krople wody. Chłopak w swojem nędznem ubiorze, drżący od stóp do głowy, myślał o tej ciepłej izbie, z której go wygnano i o matce także, co nie powiedziała mu jednego dobrego słowa. Serce mu się ściskało, płynęło coś po twarzy i nie wiedział sam, czy to były łzy, czy śnieg topniejący.
Trwało to jednak krótko.
— Co mi tam — szepnął przez zaciśnięte zęby.
Przypomniał sobie, że miał rubla, który pozostał dotąd w jego pięści ściśniętej. Podniósł głowę i rozśmiał się, pokazując białe zęby.
— Z tem przecie nie zmarznę — powiedział do siebie.
Przechodził właśnie koło szynku, w którym słychać było katarynkę i gwar ludzkich głosów. W szynku Stasiek bywał już nieraz, bo gdzież miał się rozgrzać, kiedy mu zimno dokuczyło. Wsuwał się tam jednak zwykle nie śmiało, jak to czynią biedacy, bo nie zawsze mógł zapłacić za kieliszek wódki; dziś za to wszedł z podniesioną głową, miał za co używać i jeszcze mógł drugich częstować.
Kiedy szynk zamknięto, był w dobrem koleżeństwie ze stróżem, który spał w sieni na tapczanie i przygarnął go pod swój kożuch. Nad ranem przecież trzeba było wynosić się z sieni. Stasiek czuł jakąś dziwną ociężałość i zawrót głowy. Zimowe słońce wschodziło czerwono, mróz ściął śnieg topniejący w nocy i zamienił ulice w zdradliwe tafle lodu, na których ślizgali się przechodnie. Stasiek próbował sunąć się po rynsztoku, niby na sadzawce, ale nogi mu drżały i o mało nie upadł; nie zważał na to, pobiegł po zwykłe zapasy Kuryerów i stanął na swojem stanowisku przy stacyi tramwajowej.
Ruch miejski rozpoczynał się leniwo, wysypywano ulice piaskiem, trocinami, pomimo to ludzie padali często. Konduktorzy ostrożnie chodzili po stopniach wagonów, konie ostro nie podkute ślizgały się, wagony wychodziły z kolei. Stasiek, nie zważając na to, gotował się sprzedawać swój towar i czepił się wagonu.
— Ostrożnie mały! — przestrzegał konduktor.
— Ostrożnie — powtórzył urągliwie chłopak — owa! bo to mi pierwszyzna!
— Ślisko! Spadniesz — pilnuj się!
— Pilnuj się pan sam!
W głowie mu się kręciło, szumiało w uszach, wzrok był mglisty i niepewny, ceglaste rumieńce wystąpiły mu na twarz mimo przejmującego mrozu, czuł jakąś mdłość i razem podnietę; im niepewniejsze były ruchy tem więcej brała go chętka do dziwnych skoków, do wybryków gorączkowych.
— Hej! — zawołał do współtowarzyszów, widząc zbliżający się wagon od Bielańskiej ulicy — kto pierwszy do niego doleci i wskoczy.
Ale żaden z chłopców nie miał ochoty na ryzykowną próbę.
— Daj pokój Stasiek — szepnął jeden — dziś nie można, ślizgota taka, że niech ją....
— Aha! boisz się — zawołał konik polny, któremu oczy zabłysły.
Spojrzał po obecnych, jakby zapytywał, czy ten zarzut nie poskutkuje; widocznie jednak współtowarzysze nie mieli rozwiniętej ambicyi, albo też mieścili ją w czem innem, bo żaden nie ruszył się z miejsca, a tymczasem wagon wynurzył się z po za węgla ulicy, skręcił na plac i szedł prosto ku nim, kołysząc się z lekka na obślizgłych szynach.
— Raz, dwa, trzy — zawołał Stasiek, zrywając się do biegu — kto za mną!
Jeden z chłopców, zwinniejszy od innych, podbiegł i zwalił się o parę kroków jak długi. Stasiek był szczęśliwszy, dopadł wagonu, uchwycił się go, nie zdołał jednak skoczyć na stopień, noga obsunęła mu się tak nieszczęśliwie, iż dostała mu się pod koło i drugą pociągnęła za sobą. Dał się słyszeć krzyk nieludzki. Wagon wstrząsnął się lekko, coś pod nim zachrupało i biegł dalej, zostawiając za sobą ciało chłopca z odciętemi kolanami i krwią znacząc bieg swój na białem posłaniu śniegu.
Dopiero wówczas jękowi Staśka zawtórował krzyk ogólny wszystkich obecnych. Pobiegli do niego, leżał bez czucia ze starym mundurkiem, otwartym na piersiach, z twarzą siną, zwróconą ku niebu a włosy w nieładzie okrążały jego głowę i zaledwie dostrzedz było można z pod nich oczy zamknięte. Krew płynęła wielką, rumianą strugą ze zdruzgotanych członków.
Pochwycono go z ziemi, zawołano dorożkę, układając w niej martwe już prawie ciało; na chwilę tylko otworzył wielkie swe ptasie oczy teraz bez blasku, jakby się w nich snuły jakieś obrazy widzialne tylko dla niego.
— Mamo! — szepnął zaledwo słyszalnym głosem.
Zatoczył wzrokiem w około, jakby jej szukał przy sobie, raz jeszcze wargi poruszyły się słowem: mamo. Skończyć go jednak nie zdołał, drobne członki wyprężyły się konwulsyjnem drgnieniem, źrenice zaszły bielmem.
Kiedy dojechano z nim do szpitala — nie żył.
Wieść ta doszła niebawem do jego matki, złe wieści dochodzą zwykle z niepojętą szybkością. Usłyszawszy ją, chciała ze zwyczaju zapewne zawołać: Skaranie boskie! Ale urwała nagle, spojrzała z pod oka na męża i rozszlochała się tak gwałtownie, że nie zważała nawet, jak mały Franek wyciągnął do niej tłuste rączki.





MÓJ PRZYJACIEL JACENTY.
Z OPOWIADAŃ WARSZAWIAKA.


Jacenty — śmieszne imię. Nie był on wcale winien, że mu je nadano, przecież dźwigać je musiał od kolebki do grobu, jak zresztą wiele rzeczy niezasłużonych. Nie było to także jego winą, że miał wielki nos, podobny do sępiego dzioba, usta szerokie od ucha do ucha, małe, szare oczy niepewnego koloru, oraz wysoką, niezgrabną postać. Pomimo to śmiano się zarówno z jego imienia, jak twarzy i postaci, a to czyniło go bardzo nieszczęśliwym.
Miał się sam za najbrzydszego człowieka pod słońcem. Czy jednak był brzydkim rzeczywiście? Na to trudno odpowiedzieć. Ja przynajmniej nigdy nie znajdowałem go takim, bo ta chuda twarz, przypominająca dziadka do tłuczenia orzechów, wyrażała nieskończoną dobroć. Usta uśmiechały się z pod konopiastych wąsów poczciwie i dowcipnie razem, a małe oczy zdawały się czytać w myślach ludzkich, patrzały tak smutnie na cierpiących a tak wesoło na zadowolonych, iż przykuwały do siebie wzrok ludzki i narzucały sympatyę.
Niech sobie mówią o tem, co chcą, ja twierdzę, że mój przyjaciel Jacenty wcale brzydkim nie był. Nie odpowiadam za nikogo ale co do mnie, wolałem patrzeć na niego, niż na tysiąc ludzi, których regularności rysów nikt nie podawał w wątpliwość.
Mówiłem to nieraz Jacentemu; na nieszczęście był on malarzem i miał o piękności akademickie wyobrażenie, więc wszystkie moje przedstawienia odpierał.
— Ja, ja nie brzydki, ale przyjrzyj że mi się, ja nie brzydki! z takim nosem!
Ponieważ rozmowy nasze toczyły się zwykle w pracowni jego, chwytał węgiel i na pierwszem lepszem papierze lub płótnie kreślił karykaturę swego nosa. Po nosie przychodziła kolej na usta, na oczy, słowem na całą twarz, którą rysował z jakąś dziką zajadłością i werwą.
Czyniąc to, śmiał się z całego serca; może jednak w jego śmiechu dźwięczała jakaś inna struna, bo często urywał go nagle i zabierał się do roboty gorączkowo. Wówczas nie lubił rozmawiać i nie zważał na tych, co znajdowali się w pracowni.
Wiedziałem o tem i w takich razach przyglądałem się szkicom, rysunkom, główkom, mniej więcej wykończonym, jakich pełno znajduje się w każdej pracowni. A trzeba przyznać, że główki wyszłe z pod pędzla mego przyjaciela były prześliczne. Prawem kontrastu zapewne, lubił tylko takie odtwarzać, co jaśniały ową klasyczną pięknością, której sam nie posiadał.
Pomiędzy główkami była jedna szczególnie, którą spotykałeś na każdym prawie obrazku Jacentego. Znałem ją dobrze: miała ona tak regularne rysy, iż trudno było dopatrzeć w niej coś więcej po za harmonią linii. Obwieszały ją pukle kasztanowatych włosów, które w zupełności prawie zakrywały czoło małe i wąskie, godne starożytnej bogini. Co prawda, przyznać muszę, iż mnie, dziecku cywilizacyi dziewiętnastego stulecia, czoło to nie trafiało wcale do przekonania. Ale widocznie inaczej sądził mój przyjaciel; przytem główka owa miała szafirowe oczy wielkie, przejrzyste, które odbijały słoneczny lazur pogodnego nieba tak wiernie, iż patrząc na nie, zapominałeś chętnie o tem, że nie miały one zgoła żadnego wyrazu, a raczej nikt o niego nie pytał, tem bardziej, że drobne karminowe usteczka uśmiechały się tak powabnie, iż doprawdy niepodobna było żądać od nich czegoś więcej, nad ten bezmyślny, spokojny uśmiech — chyba pocałunku.
— Kto to ma być, Jacenty? — spytałem go kiedyś, pokazując mu tę wdzięczną a tylekroć powtórzoną główkę.
Zmieszał się z razu, a potem odparł opryskliwie:
— Kto ma być — ot zwyczajnie głowa, od tego przecież jestem malarzem, żebym je tworzył.
— Musiałeś mieć wzór jakiś?
— To ty myślisz, że ja tylko to namalować potrafię, co zobaczę?
I zaczął z podwojoną energią mieszać farby na palecie a ja musiałem na tem poprzestać.
Od pewnego czasu jednak zauważyłem dziwną zmianę w moim przyjacielu: często bardzo nie było go po całych dniach w pracowni, obrazki pozaczynane pokrywały się pyłem. Spotkałem go raz na ulicy; był wyświeżony, jak nigdy, a w rękach, na których ujrzałem, o dziwo! świeżutkie duńskie rękawiczki, niósł bukiet. Biegł tak szybko, iż potrącił mnie prawie, zanim poznał, poznawszy, zaczerwienił się, jak piwonia, mruknął coś niezrozumiale i biegł dalej. Widywano go tam, gdzie dotąd nie pokazywał się wcale: na spacerach, koncertach, teatrach. Słowem działo się z nim coś niezwykłego — nie trudno było mi się domyślić, że przyjaciel Jacenty dostał się pod władzę Erosa.
Jacenty zakochany — nie do uwierzenia! Dotąd zdawał się on drwić z miłości; w towarzystwach nie bywał, kobiet unikał, a nawet, kiedy mu przyszło rozmówić się z praczką, czynił to z pewnem zakłopotaniem.
Objawy jednak, były stanowcze i nie zostawiały żadnej wątpliwości pod względem stanu jego serca. Jeśli powracał nawet do zwykłych zatrudnień, był niespokojny, smutny, nieswój i unikał starannie wszelkiej wzmianki o tej niefortunnej okoliczności z bukietem. Ja też byłem dyskretnym, udawałem, że tego nie zauważyłem, nie zapamiętałem, albo też, że bukiet i duńskie rękawiczki zdawały mi się faktami naturalnymi, będącymi zupełnie w porządku rzeczy.
Przyjaciel Jacenty pracował teraz fantazyjnie. Czasem po całych dniach siedział zamknięty, a czasem znów ulatniał się od rana i nie można go było znaleść ani w restauracyi, gdzieśmy codzień jadali obiad, ani na czarnej kawie w zwykłej cukierni, ani zgoła w żadnem z miejsc, gdzieśmy się zwykli byli spotykać. W pracowni zaś zauważyłem, że owa błękitnooka, kasztanowatowłosa główka zaczęła mnożyć się w sposób zatrważający; było jej wszędzie pełno, gdzie tylko znajdował się kawałek wolnego miejsca: na szkicach, na zaczętych obrazach, na świstkach papieru nawet, wszędzie była ona, we wszystkich pozach, z profilu, w trzech częściach, wprost, uśmiechnięta i poważna, z oczyma wzniesionemi w górę, ze spuszczonemi powiekami lub też patrząca przed siebie; była to zawsze ona, ze swojem wąskiem czołem, regularnymi rysami i drobnemi ustami.
Oprócz tego w kącie pracowni na stalugach ukazało się płótno starannie zakryte; miało ono format wielkiego portretu i byłbym przysiągł, że tam znów była ona; ale Jacenty nie znosił, żeby podglądano jego tajemnice i właśnie lubił mnie dla tego, że byłem dyskretnym.
Płótno to zajęło miejsce w zagłębieniu pracowni obok innego, które stało tam od bardzo dawna, równie starannie obwieszone zieloną draperyą, a do którego także nie zaglądałem nigdy.
Mój przyjaciel Jacenty był dziwakiem; w pracowni na minutę jedną nigdy nikogo nie zostawiał; nie było więc podobieństwa podpatrzeć tego, czego pokazać nie chciał. Zauważyłem tylko, że obie zakryte stalugi nie miały wcale na sobie tego pyłu, który zwykle pokrywa spokojnie utwory lub szkice dawno zapomniane; widocznie więc mój przyjaciel zaglądał do nich, kiedy nikogo nie było.
Tymczasem stawał się on coraz więcej smutny i zagadkowy; jego szerokie usta zapominały uśmiechów, a małe siwe oczy, zwykle grające zmiennym wyrazem, teraz zagłębiły się w czaszce i spoglądały z pod brwi gęstych, smutne, niepocieszone.
Daremnie siedział przed stalugami: zamyślał się, opuszczał pędzle, praca mu nie szła, a choć próbował się zwalczyć, wkrótce rzucał ją, zamykał pracownię i biegł gdzieś, gnany widocznie niepokojem, tęsknotą, może nadzieją.
Raz stanął przede mną i zagadnął mnie nagle:
— Więc ty doprawdy znajdujesz, że nie jestem taki brzydki?
Spojrzałem na niego i rozśmiałem się mimowoli; wyglądał tak pociesznie ze swoją zafrasowaną miną.
Ten śmiech sprawił mu widocznie wielką przykrość, widziałem to.
— Ależ nie, nie — zawołałem pospiesznie.
Wstrząsnął głową.
— Tak mówisz tylko — wyrzekł smutnie — przecież żadna kobieta nie mogłaby się we mnie zakochać?
— Rozumna....
— Rozumna, hm! — powtórzył zamyślony — kobieta rozumna! hm!
Zdawało się, iż w przekonaniu jego zrodziła się wątpliwość co do rozumu kobiety, o której marzył; brakowało mu zapewne skali porównawczej w tym względzie, a może też nie przyszło mu nigdy do głowy, by kobieta i rozum mogły chodzić w parze. Nie wytłómaczył się bliżej ze słów swoich, a ja znów nie pytałem; bo co do oryginału główki, wychodzącej uparcie z pod ołówka i pędzla mego przyjaciela, miałem ustalone zdanie.
Dnia jednego, w piękny wieczór majowy, poszliśmy się przejść nad brzegiem Wisły. Jacenty lubił otwarte przestrzenie a za to nienawidził spacerów miejskich pełnych kurzu i gwaru. Przytem należał do Towarzystwa wioślarskiego i trzeba go było widzieć, kiedy na mikroskopijnem czółenku pruł szare fale rzeki, jak jaskółka uwijając się na jej powierzchni.
— Siadaj ze mną, przewiozę cię — zaproponował, gdyśmy byli koło przystani.
Zgodziłem się chętnie.
Właśnie wybierał sobie łódkę, kiedy przepływała tuż obok łódź spacerowa. Znajdowało się w niej liczne towarzystwo, ale mój wzrok padł na jedną osobę i nie odwrócił się więcej, była tam kobieta o wąskiem czole, oryginał wszystkich wizerunków, rozsianych po pracowni mego przyjaciela.
Poznałem ją od razu, bo przyznaję to, nabrałem do niej pewnej antypatyi. Ta bezmyślna twarz o regularnych rysach działała mi na nerwy tem bardziej, im więcej biedny Jacenty był smutny i niespokojny. Przeczuwałem w niej ciasny umysł towarzyszący zwykle pewnego rodzaju piękności, wązkie czoło zdawało się go zapowiadać.
Mój przyjaciel poznał ją także, stanął jakby olśniony, pełen tego naiwnego zachwytu, jaki objawia się czasem w sposób pierwotny w wyborowych naturach.
— To ona — szepnąłem.
— Tak, to ona — powtórzył, zwierzając się mimowoli, ona, kochana od lat tylu.
Głos jego miał intonacyę głęboką, modlitewną, podobną do tej, jaką mają głosy wznoszące się do świętych, do istot wyższej natury, a źrenice biegły za łodzią, na której siedziała, pociągnięte magnetycznie. Zdawał się nic nie widzieć prócz niej, a jednak dostrzegł coś pewno, bo po chwili wzrok jego się zmienił, zaiskrzył, a potem nagle zaszedł mgłą taką, iż przysiągłbym, że to były łzy. Odwrócił głowę, spuścił powieki, tylko dłonie jego zacisnęły się kurczowo, jak to bywa w chwilach gwałtownych wzruszeń.
Przy niej, tuż obok, był ktoś drugi, ktoś co widocznie miał prawo roztaczać nad nią opiekę, a któremu to prawo ona sama nadała, bo nachylał się ku niej, otulał ją ciepłem okryciem i szeptał coś z takim wyrazem, że choć nie można było usłyszeć słów, łatwo było dorozumieć się ich treści. Stał pochylony ku niej a ona wznosiła do niego szafirowe oczy i odpowiadała, rozchylając uśmiechem drobne usta.
Obraz ten zrozumiałym był nietylko dla nas, bo jeden z wioślarzy stojący obok, odezwał się wesoło.
— Narzeczeni!
— Narzeczeni! Kto? — zapytałem gwałtownie, bo widziałem, jak ten wyraz odbił się piorunującem wrażeniem na twarzy Jacentego.
Zagadniony rzucił nazwisko nieznane, które nic mi nie objaśniło i dodał:
— To stara historya! Od czasu, jak pani X. owdowiała, mówiono zaraz, że stara się o nią młody N.; teraz kończy się żałoba, on się oświadczył, piękna wdowa go przyjęła, nie darmo zapisał się pierwszy w szeregu jej wielbicieli.
Mój przyjaciel słuchał, słuchał jakby skamieniały; usta jego poruszały się bez dźwięku, jakby chciał zaprotestować przeciwko pierwszeństwu praw, które narzeczonemu przyznawano, a w oczach jego wyczytałem wyraźnie, że on kochał ją daleko dawniej.
Łódź unosząca narzeczonych, przepłynęła; on patrzał za nią jeszcze, jakby w sinej dali fal wiślanych rysował się dla niego obraz. Zapomniał, po co tu przyszedł. Wziąłem go pod rękę i wyprowadziłem z przystani; potem poszliśmy ku miastu, pozwolił powodować sobą, jak dziecię. Był pognębiony, ramię jego ciążyło na mnie ołowiem, tylko kiedy skierowałem się ku mieszkaniu, zwrócił się w przeciwną stronę, do pracowni. Coś go tam ciągnęło, zapewne owe główki, które wyglądały ze ścian i kątów wszystkich szafirowemi oczami.
Poszliśmy więc do pracowni. Klucz miał w kieszeni, otworzył ją i przy niepewnem świetle gasnącego dnia, ten cały świat stworzony wyobraźnią jego ukazał nam się niepewny, niewyraźny. Rozglądał się po nim chwilę, potem zapalił wszystkie lampy, jakie się znajdowały, a gdy fale światła zalały pracownię, pobiegł wprost do dwóch stalug, stojących w głębi z zasłoniętymi obrazami, wyciągnął je na środek, niby oskarzonego wobec trybunału i gwałtowną ręką zdarł osłaniające je zielone draperye.
Jak to odgadłem od dawna, były to portrety, ale przedstawiały jedną i tęż samą postać: raz jako dzieweczkę, pół rozwity pączek zaledwie, drugi raz w całej pełni wdzięku.
Była to niby kobieta, którą widziałem przed chwilą, a jednak różniła się od niej o całą siłę natchnienia i miłości artysty. Jako dziewczę, owiewała ją atmosfera przedziwnej czystości, stała w białej szacie wśród cienistych głębi szpaleru, sklepienie liści przebijały gdzieniegdzie jasne strzały południowego słońca, które padały na jej włosy i wydobywały z nich odblaski złota, padały na oczy i czyniły z nich gwiazdy szafirowe, padały na skronie i mieniły się perłowemi barwami.
Usta jej miały wyraz dziecięcy, oczy patrzały zdziwione, niewinne; smukła i powiewna, podobną była do białej lilii, kołyszącej się na wiotkiej łodydze. Wąskie czoło ginęło pod puklami włosów, a regularne rysy tchnęły tak spotęgowanym wyrazem, iż nic wdzięczniejszego nad tę postać dziewiczą wymarzyć nie było można.
Wpływ czasu, który przyniósł jej odmianę, który napiętnował ją większą dojrzałością, nie ujmując wdzięku, widocznym był na drugim wizerunku; ale tu także fantazya artysty przetworzyła do niepoznania oryginał, nadała mu urok powagi, otoczyła nim na kształt nimbusu, i przetworzyła pospolicie piękną kobietę w mieszkankę Olimpu.
Patrzyłem zdumiony na te dwa utwory, najlepsze niezawodnie, jakie wyszły kiedykolwiek z pod pędzla mego przyjaciela. Czemuż ich nie wystawił, nie pokazał światu? Chciałem mu to powiedzieć. Ale on w tej chwili zapatrzony w kobietę ukochaną zapomniał, że ja istnieję.
Stał na przeciw niej, mierzył się oko w oko z nią, taką jaką ją widział przed laty i jaką wydawała mu się teraz, a w twarzy jego był ból, żal, wyrzut i gniew nawet.
— Więc to nie ja byłem najpierwszym — szeptał zwrócony do dziewczęcia — więc zapomniałaś, żem cię kochał od owej chwili, gdym cię ujrzał pod cieniem lip twego ogrodu różową od biegu, złotą od fal światła, białą jak zjawisko. Więc zapomniałaś, że od owej chwili jam był twój, twój tylko...
Mógł mówić długo, dziewczę słuchało go ze swym niezmąconym spojrzeniem, promienne, nieskalane, obojętne.
— Twoim byłem nawet wówczas, gdy stanęłaś przy boku innego. Widziałaś com przecierpiał. A dziś, kiedyś znowu wolna, kiedy mogę znowu mieć nadzieję, gdym przyszedł do ciebie uzbrojony dawnością praw moich, tyś odtrąciła mnie jak wówczas.
Zwracał się teraz do drugiego portretu, przemawiał do kobiety. Opowiadał jej dzień po dniu myśli swoje, uczucia, i złote marzenia ukochań. Opowiadał, czem uczyniłby jej życie, roztaczał przed nią pasmo dni złotych, mówił z nieprzepartą wymową namiętności. Jakby te martwe płótna usłyszeć go i odpowiedzieć mu mogły.
— I cóżeś ty ze mną zrobiła — dodał wreszcie. Co pocznę teraz? Czem żyć będę?
Zapomniał zupełnie, że ja byłem w pracowni — zatopiony w przeszłości swojej, w krzywdach, jakie mu wyrządzono.
Patrzyłem na niego zdumiony. Alboż to kiedy znać można bliźniego, przecież z nim zjadłem kilka beczek soli, a nie miałem pojęcia co się z nim działo. Śmiałem się po cichu widząc go zakochanym, sądziłem, że kocha się jak tylu innych, nie podejrzywałem go o głębokie uczucie. Jak błyskawica odkrywa wnętrze chmur burzliwych, tak chwila ta odkrywała mi wnętrze człowieka i nieznane w nim głębie.
— To być nie może — zawołałem, by ona głuchą pozostała na twoją miłość.
Głos mój podziałał na niego. Spojrzał, jak człowiek nagle zbudzony do rzeczywistości ze snu ciężkiego, nie mogąc pojąć co do niego mówią.
— To być nie może — powtórzyłem, biorąc go za obie ręce — by ta kobieta nie była ci wzajemną. Chyba, że nie jest wartą ciebie.
Ale te słowa sprawiły na nim dziwne wrażenie, przerzucił się od razu z oskarżyciela w obrońcę.
— Ona — zawołał, i jakże ty chciałeś, by pokochała taką jak ja maszkarę. Miałaby też oczy.
— Więc cóż ci odpowiedziała — pytałem dalej, jakże wytłumaczyła swą zdradę.
Patrzał na mnie ciągle.
— Cóż ci odpowiedziała! — powtarzałem uparcie, wstrząsając jego dłonie.
— Jakto! cóż odpowiedzieć mogła, naturalnie nic.
— Nic i tyś na tem poprzestał.
Wymowne oczy jego spoczywały na mnie z podwojonem zdziwieniem. A ja wołałem.
— Nie, w takim razie rzecz nie jest straconą, idź, śpiesz, zapytaj jej, nie ma kobiety, którąby nie wzruszyła miłość podobna twojej, w ten sposób wyrażona.
— Jakto! — zawołał przychodząc nagle do siebie — ty przecież nie sądzisz, żebym ja powiedział jej w oczy to wszystko. Ja nie ośmieliłbym się nigdy! Ja taki brzydki, taki śmieszny!
Niepodobna oddać goryczy, jaka zadźwięczała w tych słowach. Wyrwał ręce z rąk moich i rzucił się na sofę, kryjąc twarz w poduszkach, jakby wzrok ludzki stanowił dla niego męczarnię.
Gdyby nie ta rozpacz, można było śmiać się, śmiać do rozpuku z oświadczyn artysty, przemawiającego do swoich utworów, jakby do osoby żywej.
Wymówki jego nie miały żadnej podstawy; jednakże przychodziło mi na myśl, że na miejscu tej kobiety, inna byłaby odgadła patrząc na mego przyjaciela Jacentego, co się działo w jego sercu. Ona tego nie uczyniła. Winić ją o to nie można. Miała tak wąskie czoło.
Owdowiała ona po raz drugi i bardzo młodo i po raz drugi przeniosła kogoś nad jego przyjaciela. Byłem wówczas daleko, a on postąpił tak, jak to było w jego zwyczaju. Spoglądał na nią, jakby ją chciał pożreć oczyma, przynosił bukiety i milczał.
Za powrotem moim zastałem w pracowni jego trzecie płótno starannie osłonione i nie pytałem co przedstawiało. Była to pani jego serca po drugiem wdowieństwie.
Spotkałem ją samą kiedyś w towarzystwie, przedstawiłem się i skierowałem rozmowę na mego przyjaciela Jacentego. A chociaż miała wówczas lat trzydzieści, zarumieniła się jak róża.
Kiedy mówiłem o nim, słuchała, wlepiając we mnie pogodny błękit swoich źrenic, rozchylając drobne usteczka z wyrazem współczucia nie zaś czczej ciekawości, jakby słuchając słów moich doświadczała razem rozkoszy i smutku.
Wówczas nachyliłem się i rzuciłem jej w ucho wyrazy, którymi pomścić chciałem zbytni brak domyślności.
— On panią kochał.
Tym razem rumieniec zeszedł z jej twarzy, powieki zadrgały, jakby dotknęła je fala nagłego światła, potem spojrzała mi wprost w oczy pytająca, niepewna, przerażona.
— On panią kochał — powtórzyłem — jak nigdy przez nikogo kochaną nie byłaś, kochał dziewczęciem jeszcze, trzy razy tracił i odzyskiwał nadzieję.
— Dlaczegóż nie przemówił nigdy? — zawołała.
— Dlaczego nie odgadłaś pani. Najgłębsze miłości bywają milczące.
Wielkie łzy drżały jej na rzęsach, pochyliła głowę i wyszeptała zaledwie dosłyszalnym głosem:
— Ależ ja kochałam go zawsze.





OSTATNIA FALA.


Jedną z głównych ulic wielkiego miasta w godzinach największego ruchu, szedł powolnym krokiem starzec. Mało snadź obchodzili go przechodnie — nie zwracał na nich uwagi, nie powoływał go też zapewne na miasto interes żaden, bo nie spieszył nigdzie, szedł miarowo, ciężko, czasem zatrzymywał się chwilę — nie przed wystawami sklepów, ani dla zamienienia ze znajomymi słów kilku, tylko oddychał ciężko, jak gdyby napadało go nagłe znużenie.
Starca tego widywano często na tej samej ulicy, o tej samej godzinie. Dochodził zawsze do wielkiego gmachu, na którego szarych murach błyszczał złocony napis. Gmach urzędowy zapewne, bez ozdób, szyldów, wystaw sklepowych, spoglądał na zewnątrz szeregiem okien, do połowy zamalowanych białą farbą w ten sposób, ażeby, przepuszczając światło, nie pozwalały ciekawym oczom wedrzeć się do wnętrza, albo też z wnętrza rzucić spojrzenie na ulicę. Brak firanek, zieloności, kwiatów, zabielone szyby, wszystko to przyczyniało się do osmucenia tych okien; patrząc na nie, przychodziło na myśl, iż po za niemi musi panować atmosfera ciężka, duszna, że ci, co tam wchodzą, czynią to jedynie z konieczności, a wychodzą niezawodnie pospiesznie.
O pewnych godzinach tłum chłopców różnego wieku i wzrostu wybiegał z tego gmachu, a starzec powracał do siebie, wsparty na ramieniu jednego z nich. Dnia tego jednak, zamiast przechadzać się zwolna przed szarym domem, jak to czynił zwykle, zatrzymał się przy rozwartych drzwiach, przez które wzrok mógł się wcisnąć w ciemne głębie sieni, oparł się oburącz na lasce i czekał.
Nieruchomy, podobny był do posągu. Postać jego atletyczna, wysoka niegdyś, teraz przygarbiona wiekiem, czy przygnieciona ciężarem bytu, z trudnością dźwigała się w górę; na czole, przeciętem głębokiemi bruzdami, na bladych skroniach, leżała kamienna nieruchomość; zapadłe źrenice spoglądały z pod brwi siwych, jakby z jakiej dali wielkiej, jakby uciekały one od otaczającego świata gdzieś w nieskończoność wspomnień, czy w nieskończoność własnej myśli. I ta głowa, o wielkich wyrazistych rysach, wyżłobionych zmarszczkami, przypominała skałę, o którą uderzały fale jedne po drugich nieustannie, wypisując się na niej zniszczeniem.
Życie było dla niego twarde; świadczyły o tem surowe zagięcia ust zbielałych, na których uśmiech żaden nie zostawił śladu, świadczył nadewszystko wyraz śmiertelnego znużenia. Walka życia była dla niego już zbyt ciężką, wyczerpała siły, energią, wolę, tak, iż człowiek ten zdawał się zaledwie zdolnym utrzymać w drżących rękach kij, na którym się wspierał; a patrząc na tę twarz zamarłą, na oczy przygasłe, na krok niepewny, rodziło się w myśli pytanie: co robił wśród żyjących ten starzec, nie mający z nimi nic wspólnego?
A jednak jeszcze nić jakaś musiała łączyć go ze światem, coś obchodziło go jeszcze, skoro wzrok wytężony zwracał w jednę stronę; a kiedy nagle drzwi szarego domu zaroiły się wychodzącym tłumem młodzieży, i jeden z pomiędzy niej skierował się ku niemu, to źrenice starca zajaśniały blaskiem, jakby w nich roztliła się na chwilę iskra dawnych pożarów, na lica powróciła lekka barwa krwi, nawet pochylone barki uniosły się, jakby biły ożywcze promienie od tej bujnej młodości, co się do niego zbliżyła.
Chłopiec był w pierwszym jej rozkwicie. Czarne jego oczy pałały, krew gorąca grała w nich, przebijała w ogorzałej cerze, świeciła z ust pełnych, wiśniowych, około których lekki czarny meszek zaledwie wysypywać się zaczął.
— No cóż, Janku? — zapytał starzec.
— Cóż! nic jeszcze, dziadziu, — odparł młody. — Jutro dopiero wszystko się wyjaśni.
Słowa te ściągały się snadź do rezultatu niepokojącego ich obydwóch, bo po jasnej, otwartej twarzy młodego przemknęła chmura, wywołana zapytaniem starca. Z oczu jego posypały się iskry, a brew zmarszczona dziecinnej twarzy nadała wyraz takiej stanowczości, iż można się było ulęknąć tej gwałtownej natury i jej niepohamowanych wybuchów.
— Nie! — szepnął przez zaciśnięte zęby, — oni mi patentu odmówić nie mogą!
— Dla czego?
— Jakto! ja miałem zawsze wszystkie dobre stopnie! to była-by krzycząca niesprawiedliwość.
Te słowa wnuka musiały wydać się bardzo dziecinnemi dziadowi, bo wzruszył ramionami.
— Niesprawiedliwość! cóż ztąd! Niesprawiedliwość! Świat stoi niesprawiedliwością. Czyż nie wiesz tego jeszcze?
— Jabym tego nie zniósł! — zawołał chłopiec namiętnie.
Starzec popatrzył w jego oczy przygasłemi źrenicami swojemi, w których otworzyły się jakieś głębie.
— Dziecko! — wyrzekł, — albo ty wiesz, co znieść można?
Ale wyrazy te nie miały dla młodzieńca żadnego znaczenia. Namiętniej tylko zapałało mu spojrzenie, głębsza bruzda wyryła się na gładkiem czole.
— Ja bym nie zniósł! — powtórzył.
Cóż mu znaczyło, że inni cierpieli, boleli, przechodzili straszne koleje? ci inni nie byli nim, nie posiadali jego siły uczuć, nie znali pewnie tych piorunów krwi, które nagle powlekały mu wzrok ognistą purpurą, ile razy spotkał się z obłudą, zdradą, podłością, ile razy widział niesprawiedliwość, choćby ta nie dotykała go w niczem.
W dawnych czasach byłby może z niego rycerz bez trwogi i skazy, broniący ostrzem miecza swego słabych i uciśnionych. Dziś... dziś szedł obok dziada z ponurą błyskawicą w oczach, zaciskając ręce gwałtownie i powtarzając krwią nabiegłemi wargami uparcie jedno:
— Jabym nie zniósł!
W miarę, jak starzec wpatrywał się w chłopca, surowość jego rysów miękła. W tych błyskawicach, w tych buntach, w tych wrzeniach, odnajdował może wspomnienia własnej przeszłości.
— Ha! — szeptał, — i ja byłem takim... kiedyś... przed laty... zanim opłakać musiałem wszystko, com ukochał: żonę naprzód, potem czterech synów. Wszystkich straciłem w kwiecie lat, jednego po drugim. Dwóch zginęło na polu bitwy, trzeci w obcej, dalekiej, smutnej krainie; najmłodszy, twój ojciec....
Słowa skonały mu na ustach; snadź dzieje tego najmłodszego syna były smutniejsze jeszcze od innych i dobrze znane rodzinie.
— A ja — mówił po chwili, — przeżyłem wszystkich. Sił starczyło... zniosłem.
Opuścił głowę na piersi, oczy nieruchome wlepił w dal, a twarz jego przybrała znowu obumarły wyraz.
Wnuk nie zdawał się zważać na słowa dziada. Szedł przy nim nierównym krokiem, z trudnością stosując się do jego powolnych ruchów. Coś się w nim rwało, burzyło, kipiało, fale krwi oblewały mu lica i schodziły gwałtownie.
Z nich dwóch każdy zatopiony był w swym własnym świecie, a świat ten był dla drugiego niedostępny.
Nazajutrz starzec szedł tą samą ulicą i tak jak wczoraj zatrzymał się, oparty na kiju, przed szarym gmachem. Świat uśmiechał się blaskami prześlicznego czerwcowego dnia; na bezchmurnym błękicie nieba rysowały się wesołe ostre szczyty dachów, wieżyce kościelne, wysunięte w górę linie pałaców; a złote słońce — ten czarodziej niebieski, rzucało na wszystko snopy promieni, okrywało królewskim płaszczem blasków blizny i szczerby murów, odbijało się w szybach, latarniach, gładkich powierzchniach, czyniąc sobie w około tysiące oślepiających zwierciadeł, i nawet temu szaremu gmachowi odejmowało ono ponurą powierzchowność, zapalając ogniste pochodnie w szeregu smutnych okien jego.
Świat zdawał się oddychać weselem. Ptaki śpiewały w niebogłosy, tak, iż nawet na tle miejskiego turkotu można było dosłyszeć ich czyste, wysokie nuty. Chybkie jaskółki, wróble wesołe przefruwały z gzemsów na gzemsy, a stada gołębi krążyły chwilami w powietrzu, podobne do gwiazd srebrnych, rozsypanych po błękicie, i znikały z oczu, by ukazywać się znowu.
Podmuchy wiatru przynosiły fale zapachów akacyi, róż, jaśminów; niekiedy białe płatki kwiatów unosiły się w powietrzu, jak roje motylów, otrząsane przez jakieś smukłe drzewo, wyglądające z po-za ogrodowego muru.
Wesołość świata oddziaływała na ludzi: przesuwali się oni uśmiechnięci, ożywieni, wdychając w piersi rzeźwiące powiewy, jak gdyby powszednie troski ustępowały z myśli wobec tego święta natury. Starzec nawet zdawał się lżej oddychać; chód jego był mniej powolny; kiedy zatrzymywał się, ażeby odpocząć, spoglądał w koło, a błękit i słońce rzucały odblaski swe na jego posępne oblicze.
Martwe przedmioty wyglądały tak przyjaźnie, nawet okna szarego gmachu błyszczały tak wesołem światłem, iż ostatnia troska jego życia wydała mu się zbyteczną. Dlaczegoż Janek nie miał by otrzymać tego, na co zapracował, co mu się słusznie należało? Zapewne jego to umysł, osmucony, zbolały, rzucił ziarna zwątpienia w umysł dziecka, spowodował trwogę i niepokój. Tak... niezawodnie... przewidywanie złego musiało być tylko chorobliwym objawem własnych doświadczeń, owocem minionego życia. A teraz... teraz Janek za chwilę ukaże się w tych drzwiach, rozpromieniony, rzuci mu się na szyję z wylaniem szczęścia, pokazując tryumfalnie patent zdobyty... Czekał więc.
Nagle do uszu jego dobiegł z wewnątrz gmachu huk niewyraźny, stłumiony, jakby drzwi jakie rzucono z łoskotem. Potem wzniósł się krzyk wielki przestrachu, żalu, zgrozy, krzyk wydarty z piersi mnogich, a potem szmer głosów zmieszanych, wśród których dosłyszeć było można i łkania, i klątwy, i mowę wielu, i kroki gwałtowne, rozlegające się w różne strony. Cóż się tam stać mogło? Okna zamalowane nie pozwalały nic dojrzeć, nic zrozumieć. Zapewne Janek wybiegnie za chwilę i powie. Rzeczywiście w sieni chłopcy gromadzili się z wnętrza, nie wychodzili jednak, jak zwykle, a po gwarnej chwili nastąpiła cisza uroczysta, cisza, która, nie wiedzieć czemu wydała się starcowi złowrogą. Potem drzwi rozwarły się na oścież i kilku ludzi wysunęło się, niosąc ciężar jakiś na noszach, zrobionych na prędce z dwóch ławek. Za nimi dopiero chłopcy szli tłumnie, szli, jakby za pogrzebem, — na żadnej twarzy nie było uśmiechu, na wielu błyszczały łzy.
Starzec postąpił krok na przód, upatrując wnuka. Nie dostrzegł go.
— Janek! — zawołał.
Nie odpowiedział mu nikt, ale w tej chwili rozstąpił się tłum, otaczający nosze; mógł zobaczyć, kto na nich spoczywa.
— Janek! — zawołał znowu... chciał zawołać, bo nie zdołał dokończyć imienia. Zatrząsł się całem ciałem, jak drzewo podcięte w korzeniu, dziki jęk wyrwał mu się z piersi.
Na noszach tych był wnuk jego, a krew broczyła ubranie, płynęła aż na flizy chodnika i migotała barwą rubinu w promieniach słonecznych. Twarz chłopca, powleczona już woskową bladością śmierci, nosiła jeszcze ten wyraz stanowczy, z jakim wymawiał wyrazy: Jabym nie zniósł! a dłoń prawa, kurczowo zaciśnięta, trzymała miniaturowy rewolwer, którego kulą przeszył sobie serce, gdy niesprawiedliwość, jaką mu grożono, spełnioną została.
Teraz oczy jego, bielmem zaszłe, patrzały wprost w niebo, jakby zanosiły tam skargę swoją, i odbijały jego niezmącony słoneczny lazur.
Starzec spoglądał na to bez głosu, bez słów, bez wyrazu prawie, osłupiały. Orszak, otaczający nosze, przechodził koło niego, — on nie ruszył się z miejsca. Gdy przeszedł, nie poszedł za nim.
Niebo wydawało mu się pięknem, słońce ożywczem, powietrze pełnem woni. Zaczął przypatrywać się oknom szarego gmachu, błyszczącym słońcem, jaskółkom fruwającym mu nad głową, motylom, które czasem w pogoni jeden za drugim okrążały go zygzakowatym lotem; jak dziecię wyciągał do nich ręce i śmiał się jak dziecię.
Uderzyła w niego fala ostatnia....





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Waleria Marrené.