Strona:Walerya Marrené - Na dnie życia.djvu/194

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nie przeczyła ani potakiwała, — stała zawsze w jednej postawie zapatrzona w chmury, które teraz zgasiły ostatnie blaski słoneczne i ciągnęły się po całym horyzoncie.
— Anielko! — zawołałem, nie mogąc znieść tej niemej boleści.
Zadrżała lekko i zwróciła się do mnie:
— Czemu nie powiesz mi wprost, że to wola twoja nas rozdziela? Czy myślisz, że tego nie rozumiem?
Chciałem coś mówić, tłumaczyć jej..... Skinęła ręką tylko; pojąłem, że to byłoby daremnie.
— Anielko — powtórzyłem.
Nie słuchała mnie. Miała słuszność: to com wyrzekł, były to czcze słowa, dźwięki, z których serce uleciało; jedyną prawdę dla niej stanowiły oczy moje. I musiała w nich wyczytać coś pocieszającego dla siebie, bo zaczęła mówić zwolna, urywanie, zatrzymywała się co chwila, jakby badając, śledząc wrażenie, jakie czyniła, nakształt lekarza, co kładzie palec na pulsie, badając jego tętna.
— Gdybym mogła wierzyć, że ty opuścić mnie musisz? Henryku, zrób, żebym w to uwierzyła, a chwila ta, pomimo smutku, szczęściem będzie dla mnie; szczęśliwa czekać będę na ciebie miesiące, lata, życie całe, tylko niech w to uwierzę.