Strona:Walerya Marrené - Na dnie życia.djvu/185

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


snych ukłucie żądła, i spędziłem go lekko; ale gdy tak stałem na straży jej snu, tuż nad nią, uczułem jej oddech na twarzy, musnęły pukle włosów poruszone wiatrem. Przeszedł mnie dreszcz dziwny, potem krew uderzyła mi do czoła, przedmioty zawirowały w oczach i pchnięty niespodzianą siłą dotknąłem ustami tych ust bezbronnych.
Rozchyliła powieki gwałtownie. Czarne źrenice spojrzały z razu pełne podziwu, niepewne, czy to był sen czy jawa, ale to trwało chwilę krótką jak błyskawica. Zrozumiała — com uczynił; zapaliły się w nich ognie oburzenia, pogardy, gniewu, a jednocześnie wstydem spłonęła twarz i czoło aż po korzenie włosów, i szyja nawet oblała się różową łuną.
Chwila to była stanowcza; dopowiedziała mi wszystko to, com odgadł marzeniem. Zdawało mi się, że przez czas niemego wpatrzenia się zapytywałem tej uśpionej istoty, jak wysoko nosiła myśl i uczucie; żem zapytywał, czy one były mnie pokrewne? żem zapytywał, czy te błyskawiczne, te dumne oczy świadczyły o sercu? Czy wszystko com w nich wyczytał złudą nie było?.... A serce jej przez wielkie oburzone płonące oczy odpowiedziało mi: «jestem, biję na równi z twojem».
I pioruny zapalone w tych oczach, zamiast wstydu przejmowały mnie szczęściem, budziły w piersiach jakąś rozkosz szaloną. Stałem na