Strona:Walerya Marrené - Na dnie życia.djvu/182

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


brwi, na jedno surowe spojrzenie, kiedym snuł nić marzeń złotych jak miłość, długą jak życie, mówiłem to, com czuł jedynie.
Nie związał serc naszych żaden szczególny wypadek, nie rozdzielił nas żaden grom losu. A jednak, czy to zmniejszy ból lub winę moją, że na nikogo skarzyć się nie mam prawa?
Było to nad wieczorem. Po całym dniu gwaru i ruchu, czułem się zmordowany. Ogarnęło mnie nieokreślone uczucie niemocy i pragnień, pustki bytu i marzeń o czemś nieznanem, o czemś co mi los był winien, do czego rwała się gorąca młodość moja, a czego nie zakosztowałem jeszcze nigdy.
Może przyczyniała się do tego gorąca atmosfera lipcowego dnia, która działała rozemdlewająco i podniecająco razem, dość, że burza zbierała się w powietrzu i w głębi serca mego.
Szedłem na koniec ogrodu do altany, gdzie zwykle o tej porze nie było nikogo, trzymałem jakąś książkę w ręku; w tej chwili nie miałem ochoty spotkać nikogo z towarzystwa, które dom przepełniało.
Altana cała ocieniona była dzikim winem, którego upajające wonie mieszały się z mdłym zapachem lip kwitnących, które tworzyło wśród zwieszających się festonów, grotę zieleni, pełną tajemniczego półcienia.
Zbliżałem się po cichu, szelest moich kroków tłumiła murawa, w altanie było pusto.