Strona:Walerya Marrené - Na dnie życia.djvu/191

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wych. Wierzyłem jak dziecię, że znajdę w każdej kobiecie to, co znalazłem na progu życia — czyste serce, miłość na nic niepamiętną, bez skazy i rachuby. A kiedy raz zakradną się do myśli podobne żądze, prędzej czy później staną się faktem.
Nie mówiliśmy nigdy o tem oboje i nie potrzebowaliśmy mówić. Słowa były pomiędzy nami zbyteczne, burza wrzała we mnie i miotała sercem, jak okrętem bez steru. Ona nie zrobiła najmniejszego usiłowania, by ten ster pochwycić. Bladła, więdła, ale milczała. Z ust jej nie wybiegła ani skarga, ani pytanie żadne.
Czasem siadała przy oknie i patrzała długie godziny w przeciągające korowody chmur, jak gdyby serce jej zawieszone było na jednej z nich, — a jeślim spytał ją o czem myślała, wstrząsała głową z takim wyrazem, żem już nie pragnął odpowiedzi. Niekiedy znowu wlepiała wzrok w płomienie wieczornego ogniska i snuła jakieś pasmo marzeń czy smutków, a wówczas łuk jej brwi czarnych był wyraźny, podłużne bruzdy występowały na czoło, ciężkie powieki opuszczały się na źrenice.
Czułem niemy wyrzut w jej smutku i wrzałem niecierpliwością, a im więcej poczuwałem się do winy, tem pilniej było mi zostawić za sobą to wszystko, co mi ciążyło. Kochałem przecież na to, żeby być szczęśliwy; miłość nie powinna była stać się dla mnie więzem,