Strona:Walerya Marrené - Na dnie życia.djvu/330

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


atmosfera ciężka, duszna, że ci, co tam wchodzą, czynią to jedynie z konieczności, a wychodzą niezawodnie pospiesznie.
O pewnych godzinach tłum chłopców różnego wieku i wzrostu wybiegał z tego gmachu, a starzec powracał do siebie, wsparty na ramieniu jednego z nich. Dnia tego jednak, zamiast przechadzać się zwolna przed szarym domem, jak to czynił zwykle, zatrzymał się przy rozwartych drzwiach, przez które wzrok mógł się wcisnąć w ciemne głębie sieni, oparł się oburącz na lasce i czekał.
Nieruchomy, podobny był do posągu. Postać jego atletyczna, wysoka niegdyś, teraz przygarbiona wiekiem, czy przygnieciona ciężarem bytu, z trudnością dźwigała się w górę; na czole, przeciętem głębokiemi bruzdami, na bladych skroniach, leżała kamienna nieruchomość; zapadłe źrenice spoglądały z pod brwi siwych, jakby z jakiej dali wielkiej, jakby uciekały one od otaczającego świata gdzieś w nieskończoność wspomnień, czy w nieskończoność własnej myśli. I ta głowa, o wielkich wyrazistych rysach, wyżłobionych zmarszczkami, przypominała skałę, o którą uderzały fale jedne po drugich nieustannie, wypisując się na niej zniszczeniem.
Życie było dla niego twarde; świadczyły o tem surowe zagięcia ust zbielałych, na których uśmiech żaden nie zostawił śladu, świad-