Strona:Walerya Marrené - Na dnie życia.djvu/331

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

czył nadewszystko wyraz śmiertelnego znużenia. Walka życia była dla niego już zbyt ciężką, wyczerpała siły, energią, wolę, tak, iż człowiek ten zdawał się zaledwie zdolnym utrzymać w drżących rękach kij, na którym się wspierał; a patrząc na tę twarz zamarłą, na oczy przygasłe, na krok niepewny, rodziło się w myśli pytanie: co robił wśród żyjących ten starzec, nie mający z nimi nic wspólnego?
A jednak jeszcze nić jakaś musiała łączyć go ze światem, coś obchodziło go jeszcze, skoro wzrok wytężony zwracał w jednę stronę; a kiedy nagle drzwi szarego domu zaroiły się wychodzącym tłumem młodzieży, i jeden z pomiędzy niej skierował się ku niemu, to źrenice starca zajaśniały blaskiem, jakby w nich roztliła się na chwilę iskra dawnych pożarów, na lica powróciła lekka barwa krwi, nawet pochylone barki uniosły się, jakby biły ożywcze promienie od tej bujnej młodości, co się do niego zbliżyła.
Chłopiec był w pierwszym jej rozkwicie. Czarne jego oczy pałały, krew gorąca grała w nich, przebijała w ogorzałej cerze, świeciła z ust pełnych, wiśniowych, około których lekki czarny meszek zaledwie wysypywać się zaczął.
— No cóż, Janku? — zapytał starzec.
— Cóż! nic jeszcze, dziadziu, — odparł młody. — Jutro dopiero wszystko się wyjaśni.
Słowa te ściągały się snadź do rezultatu