Strona:Walerya Marrené - Na dnie życia.djvu/180

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


sny uśmiecha, a niańki mówią, że z aniołem rozmawia. Bo też wówczas otaczały ją najpiękniejsze anioły ziemi: miłość — nadzieja.
— A ja, co miałem w mocy mojej to serce, ja, com mógł według wyrażenia poety obracać je oczyma, przymglić szczęściem jej źrenice lub wycisnąć z nich łzę palacą, wywołać na jej lice rumieniec lub bladość śmiertelną, ja — czym ją kochał?
Wyrwałem się z czaru, jaki na mnie rzuciła, miałem okrutną siłą ściąć boleścią te różane usta, zawieść to wierne poświęcone serce, zostawić ją bez skargi, bez łzy, skamieniałą cierpieniem. Nie kochałem jej widać.
A przecież, czas nie zatarł najdrobniejszego rysu jej postaci. Im dalej od niej, tem ją widzę lepiej, tem ją widzę częściej i obraz tej przeszłości sennej, realniejszym staje się dla mnie od rzeczywistości, jaka mnie otacza. Widocznie musiałem ją kochać.
Kochałem ją, kochałem niezaprzeczenie. Wiem to dzisiaj dobrze, kiedym ja także w życiu uczuł nieraz pod powieką gryzącą gorycz łzy, kiedym doświadczył jak serce szaleje, pierś rozrywa, jak są godziny dłuższe od lat i dnie niknące szybkością błyskawic i chwile, które mają gromowładną siłę... Tak jest, kochałem ją.
Ale czemże była dla mnie ta miłość swojska, półdziecinna, wykwitła pod dachem domowym, na progu życia, dla mnie, com wyciągał