Strona:Walerya Marrené - Na dnie życia.djvu/179

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wszyscy przyznać musieli, że ona nie miała szczęścia. Przy urodzeniu utraciła matkę, w parę lat później ojca. I została sierotą na ludzkiej opiece.
Nie, ona nie miała szczęścia, chociażby dlatego, że pokochała taką dziką, niesforną, niepohamowaną naturę, jak moja, a pokochała tak, jak sierota kochać umie: tęsknotą niewypowiedzianą lat młodych, sercem zbolałem, rozmarzoną myślą, i wolą wreszcie, co w burzliwem morzu życia chciała znaleźć jaki stały grunt nadziei i szukała jej w mojem sercu.
Lata minęły od tego czasu, a pamiętam ją, pamiętam jakby to było wczoraj, jakby było dziś, a nawet pamiętam coraz lepiej, jakby to było przed chwilą, jakby za uchyleniem tej zasłony zwieszonej u drzwi wiejskiego saloniku, miała mi się ukazać jej drobna, wątła postać, z wielką błyskawicą w oczach czarnych jak noc, a smutnych jak sieroctwo; z poważną twarzą bez rumieńca, na której pod delikatną tkanką skóry, rysowała się sieć niebieskawych żyłek, z ustami bladoróżowemi, na których leżał czasem taki cierpliwy wyraz, a które czasem rozchylały się tajemniczo, jak usta dziecka, kiedy się przez