Strona:Walerya Marrené - Na dnie życia.djvu/337

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Starzec postąpił krok na przód, upatrując wnuka. Nie dostrzegł go.
— Janek! — zawołał.
Nie odpowiedział mu nikt, ale w tej chwili rozstąpił się tłum, otaczający nosze; mógł zobaczyć, kto na nich spoczywa.
— Janek! — zawołał znowu... chciał zawołać, bo nie zdołał dokończyć imienia. Zatrząsł się całem ciałem, jak drzewo podcięte w korzeniu, dziki jęk wyrwał mu się z piersi.
Na noszach tych był wnuk jego, a krew broczyła ubranie, płynęła aż na flizy chodnika i migotała barwą rubinu w promieniach słonecznych. Twarz chłopca, powleczona już woskową bladością śmierci, nosiła jeszcze ten wyraz stanowczy, z jakim wymawiał wyrazy: Jabym nie zniósł! a dłoń prawa, kurczowo zaciśnięta, trzymała miniaturowy rewolwer, którego kulą przeszył sobie serce, gdy niesprawiedliwość, jaką mu grożono, spełnioną została.
Teraz oczy jego, bielmem zaszłe, patrzały wprost w niebo, jakby zanosiły tam skargę swoją, i odbijały jego niezmącony słoneczny lazur.
Starzec spoglądał na to bez głosu, bez słów, bez wyrazu prawie, osłupiały. Orszak, otaczający nosze, przechodził koło niego, — on nie ruszył się z miejsca. Gdy przeszedł, nie poszedł za nim.
Niebo wydawało mu się pięknem, słońce