Strona:Walerya Marrené - Na dnie życia.djvu/336

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i niepokój. Tak... niezawodnie... przewidywanie złego musiało być tylko chorobliwym objawem własnych doświadczeń, owocem minionego życia. A teraz... teraz Janek za chwilę ukaże się w tych drzwiach, rozpromieniony, rzuci mu się na szyję z wylaniem szczęścia, pokazując tryumfalnie patent zdobyty... Czekał więc.
Nagle do uszu jego dobiegł z wewnątrz gmachu huk niewyraźny, stłumiony, jakby drzwi jakie rzucono z łoskotem. Potem wzniósł się krzyk wielki przestrachu, żalu, zgrozy, krzyk wydarty z piersi mnogich, a potem szmer głosów zmieszanych, wśród których dosłyszeć było można i łkania, i klątwy, i mowę wielu, i kroki gwałtowe, rozlegające się w różne strony. Cóż się tam stać mogło? Okna zamalowane nie pozwalały nic dojrzeć, nic zrozumieć. Zapewne Janek wybiegnie za chwilę i powie. Rzeczywiście w sieni chłopcy gromadzili się z wnętrza, nie wychodzili jednak, jak zwykle, a po gwarnej chwili nastąpiła cisza uroczysta, cisza, która, nie wiedzieć czemu wydała się starcowi złowrogą. Potem drzwi rozwarły się na oścież i kilku ludzi wysunęło się, nosiąc ciężar jakiś na noszach, zrobionych na prędce z dwóch ławek. Za nimi dopiero chłopcy szli tłumnie, szli, jakby za pogrzebem, — na żadnej twarzy nie było uśmiechu, na wielu błyszczały łzy.