Wśród czarnych/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Wśród czarnych
Wydawca Wydawnictwo Zakładu Narodowego im. Ossolińskich
Data wydania 1927
Druk Drukarnia Zakładu Narodowego im. Ossolińskich
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa – Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
FERDYNAND ANTONI OSSENDOWSKI
WŚRÓD CZARNYCH
Ossolineum logo ZNJO.jpg


LWÓWWARSZAWAKRAKÓW
WYDAWNICTWO ZAKŁADU NAR. IMIENIA OSSOLIŃSKICH
1927
Z DRUKARNI ZAKŁADU NARODOWEGO IM. OSSOLIŃSKICH WE LWOWIE
pod zarządem Józefa Ziembińskiego
CEL I URZECZYWISTNIENIE WYPRAWY.

Książka, znajdująca się w ręku Czytelnika, zawiera moje korespondencje, posyłane do pism angielskich, amerykańskich, włoskich, hiszpańskich i szwedzkich. Są to luźne opisy poszczególnych kolonij zachodniej Afryki podzwrotnikowej, życia i obyczajów niektórych szczepów murzyńskich, przygód osobistych i przeżyć myśliwskich. Słowem jest to książka, dająca świeże, jeszcze nieklasyfikowane i nie ujęte w całość spostrzeżenia, wrażenia i myśli podróżnika-literata.
Jednak od chwili napisania tych „Listów“, do wydania ich w formie książki, upłynęło sporo czasu i większość moich spostrzeżeń już została logicznie usystematyzowana i ta część, włączona do tej książki, stanowi odrębną jej cechę, której nie posiadają „Listy“, drukowane w pismach.
Pozwalam sobie na wyjaśnienie celu dokonanej przeze mnie uciążliwej i długiej podróży do Afryki podzwrotnikowej.
Jak czytelnikowi na pewno jest wiadomem, nie była to pierwsza moja wyprawa. W mojem życiu odbyłem już dużo podróży, a mianowicie — na półwysep Kolski i ocean Lodowaty, na morze Białe i do tundry północno-europejskiej, do gór Uralskich, na Krym, na Kaukaz i Zakaukazie, przez morze Czarne do Małej Azji i do Turcji europejskiej, do Persji północnej przez morze Kaspijskie, do ziemi Kałmuków i Tatarów hordy Nogajskiej, do ziemi Kirgizów, do gór Ałtajskich, do Turkiestanu i Siedmiorzecza, do Syberji zachodniej, północnej i wschodniej, na wyspę Sachalin, do morza Ochockiego i Beringa, do Mandżurji, do Chin, do Mongolji, Dżungarji, obwodu Koko-Nor, do pustyni Gobi, do Japonji, na wyspy Pacyfiku, na wyspy Sundajskie, do Indyj angielskich, na Hawaje, do Kanady i Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, do Marokka, Algerji i Tunisji, na pustynię Saharę, wreszcie w r. 1925/26 do zachodniej Afryki podzwrotnikowej, a więc do Senegalu, Gambji, Gwinei francuskiej, do Sudanu, do kolonji Wysokiej Wolty i na wybrzeże Kości Słoniowej.
Nie wszystkie z tych podróży odbywałem samodzielnie i niezawsze spełniając wyłącznie własne życzenia. Musiałem z ramienia rządu rosyjskiego, grup przemysłowych lub władz wojskowych dokonywać pewnych badań naukowych, zabierających mi wiele czasu, lecz jednak zawsze pamiętałem o swoich własnych celach literackich i o swojem specjalnem zamiłowaniu do badań nad etnografją i psychologją ludów i szczepów, oraz nad kultami religijnemi.
To zamiłowanie stanowiło też jeden z celów mojej wyprawy do Afryki podzwrotnikowej. Drugim celem było życzenie pisarza własną stopą dotknąć ziemi, którą się będzie opisywało w swoich utworach, przyjrzeć się własnemi oczami życiu szczepów czarnego kontynentu, pojąć duszę, wyczuć myśli, marzenia, radość i cierpienie tajemniczych, sto razy pokrzyżowanych z najeźdźcami ras murzyńskich i przewidzieć formy ich udziału w postępie cywilizacji i w dziejach ludzkości.
Ministerstwo Spraw Zagranicznych Rzeczypospolitej Polskiej, Ministerstwo Kolonij Francji i generał-gubernator zachodniej Afryki francuskiej, p. Jules Carde, w wysokim stopniu dopomogli mi w urzeczywistnieniu mego zamierzenia, za co w tem miejscu wyrażam wszystkim czynnikom, sprzyjającym mi, szczerą wdzięczność.
Moje badania etnograficzne i religjoznawcze, przeprowadzone wśród szczepów skrajnej północy i środkowej Azji, wśród wyznawców ortodoksalnego islamu i islamu sekciarskiego, obecnie zaś wśród murzynów, żyjących pomiędzy zwrotnikiem Raka a równikiem, na zachodnim bloku kontynentu afrykańskiego, coraz bardziej utwierdzają mnie w przekonaniu, że zasadnicze momenty w psychice ras i ludów wszędzie są jednakie, a więc nadające się do odegrania roli w wielkiem, wzajemnem porozumieniu się ludów, państw, ras i szczepów, a zatem — ludzkości całej.
Jeżeli moje wrażenia i myśli są prawdziwe, wtedy mogę już widzieć jasno te drogi, któremi ludzkość może i powinna dążyć do wiecznego pokoju na ziemi, czyli do tej ery w życiu naszego planety, gdy zrodzi się kultura ducha, tak bardzo zapomniana i poniewierana w dobie obecnej dla ideałów i dążeń kultury materjalistycznej.
Gdy widziałem błędy, czynione przez rządy państw cywilizowanych w środowisku ludzi barwnych, gdy zaglądałem do duszy ludów żółtych, bronzowych, czerwonych i czarnych, — zrozumiałem całą prawdę i głębię słów mędrca hinduskiego, który rzekł przed wiekami:
— „O, człowieku! Możesz się wznieść powyżej świetlnego Indry, lecz możesz upaść niżej od robaka, czołgającego się w bagnie!...“
Nie daję ściśle naukowych opisów swoich podróży, bo chodzi mi o to, aby nietylko specjaliści, lecz jak najszerszy ogół czytelników dowiedział się o tem, com widział, słyszał i badał, i aby każdy czytelnik mógł zrozumieć moje myśli, z całą szczerością wypowiadane w moich książkach.
Los jest dla mnie łaskawy i dał mi sposobność przemawiać w dwudziestu językach, w których książki moje są wydawane obecnie. Taki stan rzeczy wymaga ode mnie odrębnej formy moich utworów. Krytyka angielska i francuska nazywa tę formę — „romansem geograficznym“.
Nie zastanawiałem się nad tem, czy jest to ścisłe określenie dla mojej działalności literackiej, lecz myślę, że sama forma moich utworów dla popularyzacji wiedzy krajoznawczej w szerokiem tego słowa znaczeniu jest najbardziej odpowiednią.
Zamierzając dokonania opisywanej podróży, usiłowałem wszystkie możliwe przygotowania porobić w Polsce, aby krajowi naszemu strat materjalnych nie przysporzyć. Niestety, tylko broń mogłem nabyć w Polsce oraz amunicję do niej, co zaś do ekwipunku tropikalnego, osobistego i obozowego, oraz instrumentów, przyrządów i aparatów fotograficznych i kinematograficznych, to te byłem zmuszony nabyć we Francji.
Ponieważ, oprócz moich własnych naukowych i literackich celów, chciałem przysporzyć dla naszych uniwersytetów i muzeów, zbiorów zoologicznych, botanicznych i etnograficznych, a także wykonać pierwszy polski film podróżniczy, egzotyczny, zaprosiłem do swojej ekspedycji dwóch młodych ludzi, pp. Jerzego i Kamila Giżyckich, którym dałem materjalne środki na wystudjowanie, przez pierwszego — fotografji i kinematografji, przez drugiego — praktyki preparatorskiej dla gromadzenia zbiorów zoologicznych. Obaj mieli daną im przeze mnie zupełną samodzielność w pracy. Specjaliści orzekną, jak się wywiązali moi pomocnicy ze swego zadania. Wiem tylko, że pracowali ciężko i wytrwale.
Dobrym pomocnikiem i niezastąpionym towarzyszem podróży była moja żona, Zofja Ossendowska, która, chociaż jako artystka (wiolinistka-wirtuozka) mogłaby więcej od nas odczuwać trudy naszego przedsięwzięcia, jednak nigdy nie była nam zawadą, w najcięższych okresach podróży zachowując pogodę ducha i niezbędną w ciężkiej pracy — wesołość i spokój. Żona moja pracowała dużo nad odżywianiem personelu i ładem w naszej ekspedycji, a oprócz tego dokonała bardzo cennych badań nad muzyką szczepów murzyńskich.
Wszystkim moim pomocnikom dziękuję z duszy i serca za ich pracę.
Ekwipunek osobisty składał się z bielizny i ubrań ze specjalnej, bardzo przewiewnej tkaniny bawełnianej. Zalecam tropikalnym podróżnikom używanie krótkich kurtek bez pasów, aby dostęp powietrza był łatwiejszy, i krótkich spodni do kolan.
Na nogach nosiliśmy grube trzewiki i sztylpy brezentowe bez pończoch. Osobiście używałem trzewików roboty Romanika w Zakopanem; obuwie to wytrzymało całą podróż i jest zupełnie zdatne do następnej. Tropikalne hełmy korkowe, o spadających na kark i oczy rondach, nabyliśmy w Paryżu. Kolor „khaki“ — na codzień, biały — na pobyt w bardziej kulturalnych osadach.
Ekwipunek obozowy stanowiły dwa namioty z łóżkami polowemi, ze składanemi umywalniami, wiadrami brezentowemi do noszenia wody i do prysznicu, składanemi wannami, krzesłami i stołami; żelazne skrzynie są niezbędne dla obrony bagaży, prowjantu i filmów od mrówek i termitów, a także dla broni i amunicji — dla ochrony przed zalaniem ich wodą. Kuchnia, składająca się z naczyń do gotowania, naczynia stołowego oraz kubków do herbaty, maszynki do kawy etc. — była ułożona w jednej ze stalowych kantyn (skrzyń).
W żelaznych i stalowych skrzyniach były też przechowywane aparaty fotograficzne, chemikalja i instrumenty preparatorskie, siatki do łapania motyli, chrząszczów i planktonu, kompasy, termometry, barometr — aneroid, aparat do mierzenia przebywanych przestrzeni i t. p. Fotograficzny ekwipunek składał się z trzech aparatów o objektywach Zeissa: Kodak 13×18; Westpocket Kodak i aparat „Ica“, rozmiar 13×18. Do wszystkich trzech aparatów mieliśmy około 1000 klisz szklannych i filmów firmy Kodak. Przywiozłem ze sobą około 730 negatywów.
Ciemny pokój i zapas chemikalij fotograficznych dopełniały ten ekwipunek.
Dział kinematograficzny zawierał trzy aparaty: dwa „Cinex“ firmy Bourderau w Paryżu z magazynami na 60 metrów filmu i kinamo „Ica“ automatyczny, z magazynami na 15 metrów wstęgi.
Długość wziętej wstęgi kinematograficznej firmy Pathe i Kodak dochodziła do 8000 metrów.
Nasz arsenał stanowiły: dwie dubeltówki kal. 12, firmy Coxwell and Harrison w Londynie, sztucer-ekspress firmy Leue kal. 9,3 mm; karabiny firmy Mauzer kal. 10,75 mm i 6,3 mm; Manlicher kal. 8 mm z lunetą; dwa karabiny Winchester (automatyczne) kal. 401, jeden kal. 44 i jeden kal. 22; dwa karabiny polskiej Fabryki Karabinów w Warszawie kal. 7,3; mała strzelba śrutowa Lepage kal. 9 mm na drobne ptactwo. Mieliśmy ze sobą około 4000 naboi do wszystkich wymienionych strzelb.
Prace przygotowawcze prowadziłem w Warszawie, gdzie Ministerstwo Kolonij przysłało mi z Paryża wszystkie potrzebne materjały. Co do ekwipunku, to wielce skorzystałem z rad Lady Dorothy Stanley, wdowy po znakomitym podróżniku angielskim. W Paryżu zakończyłem ekwipowanie mojej ekspedycji, w czem mi bardzo dopomogli swojemi radami p. A. Brunet, były gubernator zachodniej Afryki francuskiej i Madagaskaru, podróżnik, p. Tranin i p. Delavignette, administrator kolonij francuskich i znany literat.
Tak więc zrodziła się myśl o długiej i ciężkiej podróży do Afryki podzwrotnikowej i w taki sposób została ona urzeczywistniona.

Warszawa, październik 1926 r.
F. A. Ossendowski.


OD WARSZAWY DO AFRYKI PODZWROTNIKOWEJ.

Wyjechaliśmy z Warszawy, serdecznie żegnani przez licznie zgromadzonych krewnych, znajomych i przedstawicieli prasy, wprost do Paryża, gdzie już na nas czekali nasi towarzysze podróży — pp. Giżyccy. Dwa tygodnie zajęły nam ostateczne przygotowania, szczególnie zaś ekwipunek osobisty uczestników wyprawy, wizyty moje w Ministerstwie Kolonij i u osób, które mogły udzielić mi szczegółowych informacyj, dotyczących warunków podróży na terenie zachodniej Afryki. W tym okresie odmawiałem wywiadów dziennikarzom francuskim i amerykańskim, obiecując uczynić to po powrocie, co też i spełniłem w maju 1926 r., gdy po dokonanej podróży przybyliśmy znowu do Paryża.
Kłopoty z ostatecznemi przygotowaniami omal nie naraziły nas na wielką przykrość, gdyż nie zdążyliśmy nabyć biletów na dobry statek towarzystwa „Chargeurs Réunis“. Pojechaliśmy więc do Bordeaux, aby wsiąść na pierwszy odchodzący statek. W Bordeaux spotkało nas bardzo miłe przyjęcie w domu honorowego konsula polskiego, hr. Sioc Han de Kersabiec, gdzie poznaliśmy komendanta p. A. Fortin, dowcipnego autora i dawnego oficera marynarki, znającego dobrze tę dżunglę, do której zdążaliśmy. Bardzo przyjemne chwile spędziliśmy w rodzinie p. A. Kuleń-Sławińskiego, sekretarza konsulatu.
Za poradą nowych naszych znajomych postanowiliśmy płynąć małym holenderskim statkiem „Kilstroom“. Gdy poszedłem obejrzeć ten okręt, byłem przerażony.
— Ta mała, czarna, prawie do wierzchu burty pogrążona w wodzie łupina, ma płynąć bez przerwy 12 czy 14 dni burzliwym o tej porze Atlantykiem? Co będzie z moją żoną? — myślałem z rozpaczą, patrząc na „Kilstrooma“.
Wyboru jednak nie było, a więc już nazajutrz płynęliśmy żółtą, mętną Garonną, wyglądającą bardzo smutnie, bo padał zimny jesienny deszcz.
Po kilku godzinach żeglugi znikły brzegi, powiał silniejszy wiatr, jęczeć zaczęły mewy — byliśmy już na oceanie.
Fale stawały się coraz większe, a wiatr huczał i gwizdał wśród olinowania naszego po uszy naładowanego statku.
Lecz to właśnie było przywilejem naszego „Kilstrooma“.
Był ciężki, siedział głęboko i solidnie, jak na Holendra prawdziwego przystało.
Najwścieklejsze fale tylko zlekka podnosiły i waliły na bok nasz mały stateczek. Nikt z nas nie chorował na morską chorobę przez cały czas trwania podróży.
„Kilstroom“ — był to towarowo-pasażerski statek, kursujący pomiędzy Amsterdamem a portami Kongo. Prowadził go sympatyczny, młody, zawsze spokojny kapitan Jan Soeters.
Oprócz nas było jeszcze ośmiu pasażerów — Francuzów, płynących do kolonij na posady w firmach handlowych.
Z ciekawością słuchaliśmy ich opowiadań o tym szmacie kuli ziemskiej, który zamierzaliśmy poznać.
Rozrywką naszą była gra na skrzypcach mojej żony, gdy na pokładzie gromadzili się wszyscy pasażerowie, oficerowie i majtkowie załogi. Czasami też inne rozrywki oczekiwały nas. Nieraz obserwowaliśmy ławice ryb, płynących morzem i pozostawiających za sobą połyskujący, falujący szlak; w innem miejscu goniły nasz statek delfiny (Delphinus delphis) lub rekiny-młoty (Zygaena malleus); przed zachodem słońca widzieliśmy nieraz wyrzucające się z wody olbrzymie ryby-tuńce (Thynnus); pewnego razu marynarze wskazali nam ogromne, czarne cielska, wynurzające się na horyzoncie z wody. Nazywali je wielorybami, myślę jednak, że były to duże „brunatne delfiny“ (Phocaena communis), albo „grind“ (Globiocephalus melas), które w jesieni i w zimie z oceanu Lodowatego dopływają do szerokości Gibraltaru, gdzie właśnie spotkaliśmy je. Z wielkiem zainteresowaniem przyglądaliśmy się latającym rybom, ściganym przez żarłoczne dorady.
Nocami podziwialiśmy przeróżne drobne żyjątka morskie, znane pod ogólną nazwą — Noctiluca. Te niewidzialne nieuzbrojonem okiem istoty zapalały się na grzebieniach fal i na ociekających wodą bokach okrętu miljonami fosforycznych płomyczków, strug i plam — takich pięknych i tajemniczych wśród czarujących nocy na bezbrzeżnym oceanie.
Około południowo-zachodnich przylądków półwyspu Pirenejskiego poczuliśmy po raz pierwszy, że zbliżamy się do równika. Słońce bowiem grzało już nasze mocno zaziębione w Bordeaux ciała.
Dwa dni przecinaliśmy ocean na S. W., obchodząc zachodni brzeg Afryki. Gdzieś na zachodzie zostały wyspy Madery (Madera, Porto Santo, Baxio, Dezerta Grande i Bugio); dobrze znane nam marokańskie wybrzeże przypomniało o sobie żaglowemi felukami maurów-rybaków; świeciły nam w nocy latarnie morskie wysp Kanaryjskich; kapitan Soeters wskazywał ręką na wschód i opowiadał coś o Capo Blanco.
Nareszcie — Capo Verde, wyspa Gorée i piękna zatoka Dakaru, stolicy Senegalu i rezydencji generał-gubernatora.
Tu po dziesięciu dniach morskiej podróży po raz pierwszy zarzucamy kotwicę. Na pokładzie „Kilstrooma“, w imieniu p. Carde, generał-gubernatora zachodniej Afryki francuskiej, wita polską ekspedycję szef jego gabinetu.
Spędzamy trzy dni w Dakarze, składamy wizytę p. Carde i wyższym urzędnikom kolonji, robimy szereg znajomości, między innemi z p. Ponzio, pogromcą lwów i lampartów, otrzymujemy tu listy polecające i szereg cennych wskazówek co do dalszej podróży.
Czasu naszego pobytu w Dakarze użyliśmy na poznanie okolic i ludności senegalskiej. Tu przekonaliśmy się o zaszczytnej cywilizacyjnej pracy Francuzów, którzy chociaż na niekorzyść swoją, jednak z wielkim wysiłkiem szerzą oświatę wśród murzynów, widząc w nich przedewszystkiem ludzi, godnych zastosowania do nich „prawa człowieka i obywatela“.
Z Dakaru płynęliśmy dobę do angielskiej Gambji, gdzie zwiedziliśmy stolicę jej — Bathurst; tu wspaniałomyślnie obiecałem uraczyć swoją żonę, pomocników i przyjaciół… lodami w jakiejś restauracji lub cukierni. Lecz w całym Bathurst nie znaleźliśmy ani śladu podobnych zakładów, a więc, przemaszerowawszy pod palącem słońcem kilka godzin, czółnem powróciliśmy na „Kilstroom“, gdzie wypiliśmy całe morze wody sodowej, fabrykowanej w Amsterdamie.
Poczciwy steward „Kilstrooma“ nie żałował nam tego ożywczego napoju!
Od Bathurst do Konakry, gdzie się miała skończyć nasza morska podróż — dwa dni drogi okrętem.
Staliśmy całą noc przed tym portem, a żona dała tu swój pożegnalny koncert na „Kilstroomie“. Była piękna, księżycowa noc, morze połyskiwało niby roztopione srebro; żadnego podmuchu wiatru. Spokój… Dźwięki skrzypiec płyną na falach ciszy i giną gdzieś w cieniu czarnych, olbrzymich drzew na brzegu.
Rano gubernator Gwinei przysłał po nas łódź motorową i swego urzędnika. W parę godzin potem byliśmy już ulokowani w bardzo przytulnym hoteliku. Z okien naszego pokoju roztaczał się widok na aleję z ciemnych drzew mangowych, a wyżej — na ocean, lazurowy, gorący, …potężny.




W DOLNEJ GWINEI.

Oddawna już mógłbym był posłać list o zwiedzonej części Afryki zachodniej, lecz wolałem to zrobić dopiero po zanurzeniu się w swój prawdziwy żywioł podróżnika-pisarza i myśliwego, żywioł, którego brak odczuwam prawie boleśnie w wielkich miastach i którego szukam po szerokim świecie. Teraz mogę już zacząć swoją pierwszą korespondencję, gdy już wypuściłem kilka naboi ze swojej strzelby i gdy patrzę na pierwsze trofea myśliwskie, zdobyte na polach Afryki.
Powróciłem wczoraj do Konakry z „brousse“, czyli dżungli dolnej Gwinei. Kto nie widział tej „brousse“, ten nie może sobie wyobrazić oceanu wysokich na 3 — 5 metrów bambusów, twardych, kłujących traw, splątanych, zbitych w miękki kobierzec, tamujący ruch człowieka, bo noga pogrąża się w nim po kolana, plącze się w sieci cienkich pędów, w kolcach pnących się roślin, w pułapkach ze zwisających krzaków mimoz, mocnych, niby stalowe pręty — lian.
Podróżnik, trzymając obydwiema rękami strzelbę wpoprzek na wysokości twarzy, przedziera się przez ten gąszcz, gdzie strzał jest zupełnie niemożliwy, gdyż o dwa kroki nie można dojrzeć ani antylopy, ani zaczajonego drapieżnika, lecz brnie dalej, bo wie, że gdzieś tam na południu tubylcy szczepu Sussu zaczęli już wypalać dżunglę, a na oczyszczonej od zarośli ziemi wybijają się nowe pędy roślin, do których dążą antylopy, bawoły, dziki o potwornych głowach i kłach, a za niem — władca dżungli płowy lew i jego współzawodnik — podstępny, plamisty lampart, nazywany przez kolonistów — panterą.
W gąszczu dżungli tu i owdzie spotykamy legowiska różnych zwierząt, lecz same one już dały nura do tego oceanu traw i krzaków. Otrzymaliśmy nieścisłe wskazówki. Dżungli jeszcze nigdzie nie tknął ogień. Zalana niemiłosiernem słońcem, czyhającem na mózg białego człowieka, a tem bardziej takich ludzi północy, jak ja i moi towarzysze, stoi dżungla niezdobytą ścianą, zazdrośnie strzegąc wnętrza kraju od wtargnięcia doń przybysza.
Latają dokoła pięknie zabarwione ptaszki, niekiedy mniejsze od południowo-amerykańskich najdrobniejszych kolibrów, a nieraz jaskrawsze i strojniejsze od nich; pełzają, latają, cykają, dzwonią i …gryzą owady; czernią się w gąszczu podobne do grzybów kopce termitów; od czasu do czasu zalatuje słodki, cierpki zapach rozkładającej się padliny — to „mrówki-trupy“ prowadzą atak gazowy przeciwko nam — intruzom z Polski… Upał, dżungla, coraz większy gąszcz…, nareszcie wchodzimy na pole orzechów arachidowych i tu znajdujemy ścieżkę, prowadzącą do dość odległej wioski.
Żadnej zwierzyny, żadnego polowania, żadnego strzału!
Tylko mój pomocnik, p. Kamil Giżycki zawzięcie poluje, bo co chwila wrzuca jakiegoś owada do słoika z trującym płynem.
Tak! Dla entomologa „brousse“ jest rajem. Pomyśleć, że samych tylko mrówek jest tu coś 50 gatunków! A łapać je można w dżungli, w lesie, w domach, we własnem łożu, a nawet… w kawie! Czyż nie raj dla entomologa? Tu w „brousse“ dopiero zrozumieć można wielkie bohaterstwo, wytrwałość fizyczną i moralną, nieludzki wprost wysiłek woli wielkich podróżników afrykańskich, dla których mój podziw i uwielbienie wzrosły tu jeszcze bardziej.
Pierwsza nasza wyprawa przez dżunglę w celach polowania w obwodzie Forékariah, niedaleko granicy angielskiej Sierra-Leone, nie była pomyślną, lecz zato bardzo pouczającą pod wielu względami i — dobrym treningiem.
Upakowawszy więc w futerały nasze karabiny na poważną zwierzynę, której jeszcze w „brousse“ znaleźć w ciągu dwóch tygodni nie można, wzięliśmy za dubeltówki i za mały karabinek Winchester kaliber 22.
Zdobyliśmy kilka gołębi dzikich, małą różową turkawkę, jaką spotykałem w ubiegłym roku podczas mojej podróży po północnej Afryce, szczególnie zaś w Maroku; dużego ceglastego gołębia, kilka drobnych ptaszków, drapieżną mangustę o bardzo ładnem, prawie czarnem futrze i długim ogonie; zdobyliśmy młodego szympansa-samkę, która już się oswoiła i, prawdopodobnie, odbywszy z nami całą podróż, triumfalnie wjedzie potem do pałacu małp w polskim ogrodzie zoologicznym. Moja żona nazywa naszą nową przyjaciółkę „Kaśką“, a panna szympansówna już zna swoje imię i „rozmawia“ z nami bardzo mile i chętnie.
Jednak tego wszystkiego dla mnie za mało! Chcę wrażeń nowych, jeszcze nieznanych!
Strzelać umiem, mam dobre angielskie dubeltówki, więc gołębie, kuropatwy, sępy nie wymkną mi się. W Azji strzelałem tygrysy, niedźwiedzie, rysie, barsy, jelenie, argali, kabargi, mongolskie antylopy (gazella gutturosa), wilki i ptactwa wszelkiego bezliku — w lasach, na stepach i na błotach, więc chcę wypuścić kulę w jakieś zwierzę, którego dotąd przed sobą nie widziałem. Porzucamy zatem dżunglę i przenosimy się na przecinającą ją błotnistą rzeczkę Koja. Mają tu być krokodyle. To już dobrze! Wsiadamy do pirogi, która natychmiast zaczyna napełniać się wodą. Nic nie pomaga czerpak, zrobiony z olbrzymiej tykwy, — „kalebass“[1], wylana woda bowiem w mgnieniu oka powraca. Siedzimy więc w wodzie, mokną nasze bagaże; ochraniamy tylko naboje i strzelby, lecz i to nie jest łatwem zadaniem.
Wkrótce jednak jesteśmy wynagrodzeni, bo jeden z tubylców wioślarzy szepce:
— Krokodyl! Krokodyl!
Widzę go. Brunatnożółty, długi na półtora metra, powolnie sunie powierzchnią grząskiego błota z brzegu ku rzece. Mam ze sobą dubeltowy sztucer firmy Leue kaliber 9,3 mm, podnoszę go, lecz wyprzedza mnie p. Kamil Giżycki i strzela z automatycznego Winchestera kal. 401.
Strzał bardzo dobry, bo krokodyl padł odrazu. Widzę zakrwawioną, zębatą paszczę i długie, nieruchome cielsko tego dyluwjalnego potwora.
Wioślarze wyskakują z łodzi i płyną ku krokodylowi, lecz ten nagle się porusza i zaczyna dość szybko pełznąć ku wodzie. Może dwa kroki dzieliły go od rzeki, gdzie zanurzyłby się i zginął bez pożytku dla nas, gdy dałem do niego strzał. Podskoczył, lecz jeszcze się ruszał, ostatnim wysiłkiem woli dążąc do wody. Strzeliłem raz jeszcze — i krokodyl przewrócił się do góry jasno-żółtym brzuchem.
Był martwy. Ujrzeliśmy straszne działanie mego sztucera. Krokodyl miał zupełnie obciętą głowę. Widocznie dostał obydwie kule tuż za uchem, bo miał strzaskaną czaszkę tak straszliwie, że nawet dolna szczęka mu odpadła. Dałem sobie słowo nigdy już do tych gadów nie strzelać z mego sztucera. Będę je bił z Manlichera 8 mm i o nabojach znacznie słabszych, niż Leue, posiadających 3½ grama prochu.
Tego dnia jednak strzelałem raz jeszcze do krokodyla z mojego sztucera. Potwór był już prawie do połowy w wodzie; strzeliłem doń i trafiłem, bo się zwinął cały, bił ogonem po ziemi, lecz zdążył zsunąć się z brzegu do rzeki i znikł. Widzieliśmy później jeszcze dwa krokodyle, lecz nie mogliśmy do nich strzelać, bo były w wodzie. Mocne to na strzał potwory i pełne żywotności. Dość jednej iskierki życia, a zdołają zniknąć w rzece i umrzeć tam w labiryncie jej błotnistego dna.
Musimy więc strzelać, będąc pewni dobrego rezultatu. Przed sobą mamy jeszcze pięć miesięcy podróży i błogosławione tereny myśliwskie; należy więc oszczędzać nasze zapasy amunicji, bo nigdzie nie znajdziemy już źródła do zaopatrzenia naszego arsenału.
Oprócz krokodyli widzieliśmy jeszcze ogromną ilość przeróżnego wodnego ptactwa: kulików niezliczonych gatunków — od najmniejszych do wspaniałego kulika stepowego (Numenius aronatus), jakie strzelałem na Syberji; bąków, szarych zimorodków, czapli białych, szarych, czarnych. Nad tem państwem ptactwa krążą sępy o nagich szyjach, jastrzębie i najgroźniejszy ze wszystkich — biały, o kilku czarnych piórach, orzeł-rybak (Haliaetus vocifer).
Rzeki dolnej Gwinei mają odrębny charakter od innych rzek kontynentu. Na nich z nadzwyczajną siłą daje się odczuwać przypływ i odpływ morski. W godzinach dopływu łożyska rzek wypełniają się po brzegi i woda zalewa położone na nich pola ryżowe; przy odpływie błotniste, grząskie brzegi obnażają się, a wtedy wychodzą na nie krokodyle, ryby, czołgające się po zwisających napowietrznych korzeniach drzew (Periophtalmus koelretueri), i kraby, zabawne stworzenia, chodzące niby ogromne pająki na wyprostowanych pionowo nogach i z niezwykłą szybkością zakopujące się w błoto przy najmniejszem niebezpieczeństwie.
Próżna nadzieja wyjścia na brzeg gwinejskiej rzeki! Potężna sieć zwisających z drzew korzeni, rozwidlonych, giętkich a mocnych, broni wstępu, a za niemi czai się bagno nadbrzeżne, dalej zaś dżungla — „brousse“. Spotkać tu jeszcze można placówki dozorców granicznych. Są to białe jak śnieg, zgrabne, baczne na wszystko ibisowe czaple (Ardea ibis), ostrym krzykiem uprzedzające o zbliżającym się człowieku.
Pod zwisającemi gałęziami drzew pluska jakaś potężna ryba, a przed nią zmyka całe stadko rybek drobnych. Na wystrzał, dany już zupełnie o zmierzchu, odpowiedziały nam basowem rechotaniem małpy, zaczajone w gąszczach dżungli, a wśród tych małpich dźwięków odróżniłem słowa, nieraz powtarzane przez naszą „Kaśkę“.
Takie były moje pierwsze myśliwskie wrażenia. Przedtem jednak doznałem innych jeszcze, bo przecież zwiedziliśmy zachodni Senegal, angielską Gambję, w okolicach portu Bathurst, Gwineję francuską, wpobliżu Konakry, gdzie ciągle robiliśmy wycieczki w poszukiwaniu ciekawych okazów flory i fauny, których mamy już sporo, a które wkrótce wyślemy do Polski, gdyż obawiamy się, aby zabójcza wilgoć nie popsuła nam zbiorów.
Wilgoć ta jest wprost groźna dla przedmiotów nieżyjących, niemniej groźna od słońca, zabójczego, zdradliwego słońca, czyhającego na człowieka przybywającego z innych krajów.
Doświadczyliśmy już tego na sobie. Moja żona, jako zawodowa artystka-wiolinistka, nigdy nie rozstaje się ze swojemi skrzypcami. Jest to piękny, starożytny instrument włoski, roboty Galliano, ucznia Stradivariusa. Miała moja żona zagrać w Konakrze w miejscowym klubie, aż nagle okazało się, że skrzypce zaczynają się rozklejać. Z wielkim trudem wyleczyliśmy „chory“ instrument i teraz mamy już na jego dolegliwość środek podobno niezawodny.
Co do słońca, to działa ono tu pomiędzy zwrotnikiem a równikiem całą gamą promieni cieplikowych. Bez kasku nikt bez poważnego nieraz szwanku nie odważy się wyjść z domu. I tak do szóstej po południu! Jest to przykra i ciężka okoliczność, wymagająca dużego przyzwyczajenia. Mój pomocnik, p. Jerzy Giżycki, walczy odważnie i wytrwale ze słońcem, a ma z niem roboty coniemiara, bo jego znów obowiązkiem jest fotografja i kinematograficzne zdjęcia, dotyczące etnografji i folkloru przecinanej przez moją ekspedycję zachodniej połaci podzwrotnikowej Afryki.
Wydać się może, że ta płonąca tarcza słoneczna posyła całe potoki strug roztopionego złota, że trzeba minimalnych części sekundy, aby otrzymać nieprzeeksponowane zdjęcia. Tymczasem po pierwszych próbach nie używamy diafragmy mniejszej od 9 i szybkości większej od 1/25 części sekundy. Przywieźliśmy z naszej wyprawy bardzo interesujące fotografje i kinofilm — tę najlepszą dokumentację podróży, a część tych zdjęć została umieszczona w tej książce.




W SENEGALU I GAMBJI.

Pierwszym naszym etapem przed Gwineją był Dakar, administracyjna stolica Senegalu (Senegambja).
Uderzył nas barwny tłum tubylczy. Mężczyźni w białych lub niebieskich szatach, przypominających arabskie burnusy lub wprost długie koszule, kobiety przepysznie strojne. Owijają one w bardzo malowniczy sposób ciało powyżej piersi barwną, przeważnie granatową, fioletową rzadko żółto-zieloną wzorzystą tkaniną, tworzącą rodzaj długiej spódnicy, na to wkładają dobrany w tonie szeroki pas, którego końce otaczają tors. Na głowach kobiety senegalskie noszą chustki, zawiązane w postaci turbanów, niby barwne, wielkie kwiaty, również ściśle dostosowane do ogólnego tła ubrania. Nagie, czarne, a bardzo zgrabne wysmukłe ramiona, dumne, a pełne dzikiej, żywiołowej namiętności twarze o dużych, połyskujących oczach, tworzą barwną i estetyczną całość. Powolne, pełne kobiecości i południowego, skwarnego lenistwa ruchy — oznaka „dobrego tonu“, dopełniają ten obraz, taki niezwykły dla oka Europejczyka. W tym tłumie, szczególnie na rynku, suną też często czarne, nagie postacie kobiet, nieraz do karjatyd ze spiżu lub hebanu podobne.
Jako naród muzułmański oficjalnie, posiadający nietylko meczety, lecz nawet „żyjących świętych“ — marabutów, zdradzają Senegalczycy sporo hipokryzji, bardzo dla nas nieprzyjemnej, gdyż kobiety niechętnie się fotografują, uciekają od naszych aparatów jak od dżumy. Jednak zdążamy zrobić kilka zdjęć migawkowych, a gdy ustawiamy aparat kinematograficzny i długo go przygotowujemy, pozornie nie zwracając żadnej uwagi na gapiący się zdala tłum, ciekawość rośnie, podstępny zaś aparat tymczasem z cichym szczękiem robi kilkanaście metrów filmu, ku wiekiemu pewnie zgorszeniu surowego proroka, zakazał on bowiem wytwarzania posągów i obrazów, wyobrażających istoty żyjące, co, podług jego zdania, ma stanowić zamach na przywilej Allacha, gdyż tylko On może z niczego formować różne twory.
W ten zdradliwy sposób udało się nam wyłowić kilka bardzo charakterystycznych scen z życia dakarskich Senegalczyków.
Za miastem na drogach, przebitych wśród balzatowych skał i znikających w chaszczach kłujących krzaków, oplecionych pajęczyną, gdzie zdobywamy drapieżnego olbrzyma-pająka, spotkać można bardziej pierwotne stroje tubylców, zbliżone do szat naszych rajskich prarodziców.
Na przybrzeżnych skałach, gdzie się rozbijają fale Atlantyku, wiecznie złe i miotające pianę na wyżarte przez nie bazalty, roi się od krabów, walczących o szczątki zgniłej ryby lub o wyrzucone na brzeg muszle. Powietrze przecinają duże mewy i hałaśliwe rybitwy, a wyżej — niby zawieszone pod sklepieniem nieba na rozpostartych, potężnych skrzydłach — orły, sępy i jastrzębie.
Dakar — duży, doskonale zorganizowany port handlowy, stał się siedzibą poważnych firm hurtowych, banków, przedsiębiorstw transportowych i asekuracyjnych. Wszelkie operacje i transakcje handlowo-bankowe mogą tu być załatwiane. W środku miasta wznosi się wspaniały pałac jednego z najbardziej energicznych wielkorządców kolonjalnych, generał-gubernatora zachodniej Afryki, p. Juljusza Carde’a.
Dakar jest jednocześnie bardzo ważnym punktem zastosowania kolonjalnej polityki Francji, a szczególnie polityki o charakterze moralnym. Tu się formują kadry inteligentnych i wykwalifikowanych tubylców, ponieważ do Dakaru posyłają z całej kolonji umysłową elitę tubylczą, wybraną z pośród najzdolniejszych i najinteligentniejszych wychowanków i wychowanic średnich szkół. Tu odbywa się dalsza selekcja. Na położonej naprzeciwko portu wyspie Goré mieści się szkoła, z której wychodzą nauczyciele, nauczycielki, pracownicy biurowi i inni. Z tej liczby najzdolniejsi mają się poświęcić zawodowi lekarskiemu. Specjalna szkoła w Dakarze kształci lekarzy, felczerów i akuszerki; wychowankowie tej szkoły walczą z chorobami, trapiącemi mieszkańców „brousse“, a akuszerki w znacznym stopniu zmniejszyły już ilość śmiertelnych wypadków wśród matek i nowonarodzonych dzieci.
Z Dakaru statek płynie dwa dni do Konakry — prawdziwej perły całego wybrzeża. W drodze statek nasz zatrzymał się na kilka godzin w Bathurst, porcie angielskiej Gambji. Kilkanaście mil płynęliśmy szeroką, chociaż niegłęboką rzeką Gambją. Bathurst — małe, schludne miasteczko, ślicznie wygląda na tle palm kokosowych, olbrzymich „serowców“ (Eriodendron anfractuosum), o konarach, tworzących grzebienie, a nadających drzewu nadzwyczajną moc, baobabów (Adansonia digitata), drzew „kola“ (Sterculia kola) i t. d. Od strony rzeki szereg zabudowań europejskich — sklepy, biura, dom gubernatora, komora celna, prywatne wille. Podczas wielkiego upału przebiegamy miasto, chcemy pić, wypocząć w cieniu. Próżna nadzieja! żadnego hotelu, żadnej restauracji lub kawiarni znaleźć nie mogliśmy. Bathurst to miasteczko dla stałych mieszkańców, którzy mają swój „home“, więc hotelów i restauracyj nie potrzebują. A — przejezdni? Nic nie mają tu do roboty. Kto zaś prowadzi interesy, ten powinien mieć znajomych, aby mógł gdzieś stanąć, zjeść obiad, wypić szklankę zimnej soda-whisky.
Ludność dostatnia, tubylcy wytresowani, używający sportu, sądząc z tego, że widziałem gołonogich dżentelmenów, grających z wielkim zapałem w foot-ball i w tennisa. Życie tu widocznie oddawna zorganizowane, a praworządna ludność cieszy się dobrobytem i zdrowiem.
Widziałem tu przykład zaszczepienia angielskiej praktyczności tubylcom. Mówię żartem w danym wypadku. Spotkaliśmy już za miastem wpobliżu szpitala Czerwonego Krzyża małe murzyniątko, czarne jak tajemniczy posążek nieznanego bożka, wesołego „gri-gri“. Widocznie pomagał matce w gospodarstwie, nosząc wodę w blaszance od nafty. Szedł właśnie od kranu wodociągowego w najstraszniejszy upał, a czuł się wybornie ze swoją blaszanką na kędzierzawej, krótko ostrzyżonej główce, ponieważ blaszanka była w kilku miejscach dziurawa, a cienkie strugi wody zlewały hebanowe ciałko dzieciaka. W ten sposób mógł pracować, mieć przyjemną kąpiel, a jednocześnie cośniecoś wody do domu przynosił. Był to zabawny a bardzo miły obrazek.
Dopłynęliśmy do Konakry późną nocą. Woddali na tle bujnej, gęstej roślinności migają światła w porcie. Żona moja dała na statku pożegnalny koncert, wymieniliśmy z p. J. Soeters, kapitanem naszego „Kilstrooma“, pożegnalne mowy, poczem udaliśmy się na spoczynek. Wczesnym rankiem byliśmy już w Konakrze, gdzie władze francuskie, uprzedzone o przybyciu mojej ekspedycji przez nader uprzejmego p. Carde’a, zarezerwowały dla nas pokoje w hotelu. Po oficjalnych wizytach i przyjęciu, urządzonem przez p. Simona, zastępcę gubernatora Gwinei, rozpoczęliśmy czynne życie.
Zwiedziliśmy wyspę Tamara, jedną z archipelagu Loos. Jest to masyw bazaltowo-laterytowy, pokryty bujną roślinnością. Na północnym jej końcu wznosi się na skale latarnia morska, a w środkowej części — więzienie, jedno z najcięższych w kolonjach, gdzie pokutuje około 250 największych zbrodniarzy.
Brzmi to ponuro i przerażająco.
Jednak z tymi „zbrodniarzami“ poznaliśmy się tuż u stóp latarni morskiej. Posłano ich po nas z hamakami, aby zanieśli nas do swojej przymusowej siedziby, którą chcieliśmy obejrzeć, korzystając z uprzejmości inspektora więzienia p. Pourroya, towarzyszącego nam w tej wycieczce. Droga szła przez gęste zarośla krzaków z rozrzuconemi tu i owdzie domkami tubylców polami manjoku, plantacjami bananów i kokosów. Zdobyliśmy olbrzymią czerwoną stonogę, długości 20 cm, kilka gatunków motyli i mrówek i wreszcie dotarliśmy do więzienia — „najcięższego w kolonjach“. Niewysoki mur, ubity z gliny, otaczał obszerny plac ze stojącemi na nim chatami tubylców i długim budynkiem z szeregiem zamkniętych drzwi. Brama więziennego podwórza była otwarta naoścież, a czarni więźniowie pracowali na polu, w lesie lub w warsztatach koszykarskich. Kilku zaledwie strzelców senegalskich stanowi straż więzienną. W celach pozostają pod kluczem tylko ci, którzy przekroczyli przepisy więzienne lub odznaczyli się niepohamowanym, gwałtownym charakterem. Otworzono cele, abyśmy się mogli przyjrzeć zbliska tym typom; p. Pourroy razem z nami obchodził cele, przyjmując reklamacje więźniów. Byli tu, jak już zaznaczyłem, najstraszliwsi zbrodniarze, mordercy, złodzieje bydła, dezerterzy i t. p. Wszyscy jednak byli spokojni i bardzo łagodni.
Na cześć mojej żony p. Pourroy wypuścił z pod klucza dwóch więźniów, przenosząc ich na ogólny régime, czyli do zwykłych chat murzyńskich, z trybem i układem życia domowego. Gdy patrzyłem na to więzienie, na aresztantów-zbrodniarzy, na wijącą się wężową linję wyspy Tamara, gdy słuchałem reklamacyj więźniów, myśl moja mimowoli przeniosła się daleko na północny wschód, na inną wyspę wygnania, — na daleki Sachalin.
Co za różnica! Tam — białych ludzi, swoich rodaków, rząd carski traktował jak dzikie zwierzęta, jak istoty bezprawne, które obrazić, pohańbić, a nawet zabić mógł każdy z żołdaków licznej straży więziennej; tu — ludzi, prawie pierwotnych, traktuje się życzliwie i sprawiedliwie, starając się, aby zrozumieli, że są ludźmi.
Gdyby rosyjskich więźniów kryminalnych wsadzono do więzienia na Tamarze, w przeciągu godziny poderznęliby oni gardła administracji, straży i nam — przypadkowym gościom wyspy. Ten murek, otaczający więzienie, te zamknięte cele — nie byłyby dla aresztantów rosyjskich trwalsze od papieru, i w każdej chwili zbrodniarze sachalińscy potrafiliby z nich wyjść na wolność. Tu zaś ci „straszliwi czarni więźniowie“ spokojnie czekali na koniec terminu swej kary.
Na uboczu od więzienia, w lesie, za płotem z liści palmowych wznoszą się dachy kilku trzcinowych chat.
Jest to więzienie, gdzie mieszczą się „kobiety-pantery“.
Dwanaście kobiet mieszka tu, a wszystkie skazane są na więzienie za ludożerstwo, ponieważ zjadły swoje własne dzieci. Okropna, ale też dziwna zbrodnia! Rozpytywaliśmy o jej przyczynę. Okazało się, że te kobiety są pogankami i działały pod wpływem czarownic, być może — w celach rytualnych, być może — pod wpływem hipnozy lub histerji, być może — z głodu.
Nie rozumiały one, za co właściwie je skazano, a nawet myślały, że spotkała je nagroda bóstwa za spełnienie woli czarownic, bo oto mają dach nad głową, ubranie i pożywienie aż trzy razy na dzień za darmo, nie miały nic pilnego do roboty, nikt się nad niemi nie znęcał…
Mimo to nie wywarły na nas te kobiety dobrego wrażenia, nie wzbudziły litości. Były to typy dzikie, zupełnie zwierzęce, zbrodnicze i ciemne.
Wśród aresztantów wyróżniają się rysami twarzy, dostojnemi ruchami, dumną, spokojną mową tubylcy rasy Fulah.
— Jesteśmy wychodźcami z Egiptu, — mówią z dumą, — lecz praojcowie nasi przyszli do Egiptu ze Wschodu, mówią, że z Indyj. Należymy do szczepu królewskiego!
Tak twierdzą Fulah i z pogardą spoglądają na innych więźniów ze szczepów Bobo, Sussu, Malinke, których przewyższają inteligencją i jakąś szlachetnością zewnętrzną, fizyczną. Fulah — są to myśliwi, przebiegający całą „brousse“. Są postrachem dla lwów i panter ci wojownicy, którzy nieraz krwią zalewali obszary, należące do innych szczepów murzyńskich.
Przygotowując się do dalszej wyprawy do dolnej Gwinei, spędziliśmy kilka dni w Konakrze, zwiedzając to może jedyne na świecie miasto, gdzie niema biedaków, żebraków i nędzarzy. Ludzie pracują tu uporczywie a mądrze, szybko dochodzą do znacznych fortun i odjeżdżają do Francji, pozostawiając na swych plantacjach i w swoich przedsiębiorstwach innych ludzi, przechodzących tę prawdziwą szkołę przedsiębiorczości i energji. Co dwa lata urzędnicy i przemysłowcy porzucają kolonję na kilka miesięcy i wypoczywają zdala od ognistego, pełnego wilgoci klimatu Gwinei — we Francji. Jest to jedyny sposób zachowania równowagi fizycznej i moralnej.
O! Słońce Gwinei jest straszne, niemiłosierne dla białych ludzi! Niemiłosierne nietylko w dżungli, lecz i w malowniczej Konakrze, gdzie tyle cienia pod wspaniałemi „frommagers“, baobabami, palmami, mangowcami i mimozami, gdzie tak zacisznie i przewiewnie w domach-klatkach, w mrocznych ulicach-alejach i na bulwarach, wzorowo utrzymanych.

A cóż dopiero w dżungli?! W tej dżungli, którą człowiek wyrąbuje i pali, aby zdobyć sobie teren dla plantacji prosa, kukurydzy, bananów, ananasów, ryżu!
Płomiennemi kaskadami wylewa słońce swe promienie na dżunglę, gdzie pasą się na nieznanych człowiekowi polanach antylopy i bawoły, gdzie czają się płowe lwy, płochliwe a krwiożercze lamparty i gdzie, rzadko widziany, toruje swem przedpotopowem cielskiem drogę całemu stadu olbrzymi słoń-samiec.
Z błotnistego koryta rzek wypełzają krokodyle, a nocną ciszę rozdziera najstraszliwszy na świecie ryk hipopotama, który coraz bardziej emigruje na północ i wschód, kierując się do rzeki Niger i do jej dopływów.
Znajdziemy je tam!
Zwiedziliśmy część dolnej Gwinei pomiędzy Konakrą, Forekariah i Formoriah, przepłynęliśmy znaczną część rzek Mellakore i Koja, gdzie nam bardzo dopomogli w dokonaniu tej podróży państwo Martin-Chartrie. Zawdzięczając im, ujrzeliśmy oko w oko wprost straszliwą dżunglę, przyglądaliśmy się, fotografowaliśmy i filmowaliśmy słynne „tam-tam“, czyli tańce tubylcze, wykonywane przez piękne, półnagie tancerki ze szczepu Sussu. Tańce te, odbywające się przy dźwiękach balafonów i bębnów, odznaczają się niezwykłem poczuciem rytmu, ruchami powolnemi, pełnemi zatajonego a zawsze seksualnego znaczenia, lub ruchami szalonemi, zawrotnemi, obnażającemu ciała tancerek, ciała gorące i namiętne, tak szybko dojrzewające dla miłości i tak szybko więdnące — na zawsze.
Jak już wspomniałem, nasze karabiny nie miały tam celu przed sobą, zato używał nasz kinoaparat, utrwalając różne sceny i momenty z życia i tańce Sussu.
Jednak muszę skończyć!
Jutro przed świtem mamy jechać do Dubreka, gdzie w małej, błotnistej rzeczce roi się podobno od krokodyli. Chcemy zrobić kilkanaście metrów filmu z polowania na te gady, a także zdobyć trochę skór dla naszych zbiorów. Musimy jeszcze opatrzyć naszą broń, a praca to nielada! Mamy ze sobą cały arsenał broni i amunicji. Pokładamy wielkie nadzieje w polskich karabinach, bo są bardzo precyzyjne, zrobione specjalnie dla mojej wyprawy i starannie skontrolowane.
Zresztą zobaczymy, bo raj myśliwski jeszcze przed nami, tam, w górach Futa-Dżalon, w Sudanie, w Wysokiej Wolcie, na wybrzeżu Kości Słoniowej…
W każdym razie będziemy się starali…




CZARNE RASY.

Jeszcze podczas mojej pierwszej podróży afrykańskiej na północy kontynentu starannie szukałem śladów pierwotnych mieszkańców tych obszarów. Jednak w górach Małego i Wysokiego Atlasu, w dolinach grzbietu Dżurdżura w Kabylji, na stepowych równinach Tella i na Saharze — nic nie przemówiło do mnie głosem dawnych posiadaczy tej ziemi.
Wszędzie przybysze i tylko przybysze!
Berberowie, Fenicjanie kartagińscy, różne ludy semickie, Rzymianie, Arabowie, Grecy — pozostawili po sobie namacalne, nieraz wspaniałe, majestatyczne wspomnienia.
Pytanie, jakie szczepy, ludy i rasy podlegały tu ciosom najeźdźców, pozostało jednak bez odpowiedzi. Pierwotni mieszkańcy północy afrykańskiej znikli bez śladu, bez echa. Od afrykańskiego wybrzeża morza Śródziemnego aż do Tombuktu na Nigrze znaleziono sporo narzędzi kamiennych typu paleolitycznego[2] oraz neolityczne siekiery i młoty. W południowej Tunizji i w okolicach zatoki Gabés spotkać można dolmeny, otoczone ciosanemi kamieniami. Ci pierwotni mieszkańcy, jeżeli oni pozostawili po sobie te pamiątki, należeli do rasy, która z południa przybyła na Saharę i, wyparta stąd przez klimat, powędrowała na północ.
Lecz tymczasem twierdzić o tem z pewnością uczeni nie mogą, ponieważ, być może, te pozostałości należą do tych „Tahennu“ o białej skórze, którzy się zjawili na widowni afrykańskiej podczas XIX dynastji egipskiej. Ci przybysze przywędrowali tu z południa europejskiego, gdy półwyspy Iberyjski i Italijski prawdopodobnie były jeszcze złączone z kontynentem afrykańskim.
Czy kamienne narzędzia istotnie należały do pierwotnych mieszkańców północnej Afryki? Na to pytanie też niema odpowiedzi stanowczej, ponieważ z jednej strony w Kabylji do dnia dzisiejszego takie narzędzia są w powszechnem użyciu, również jak i wśród murzynów w okolicach jeziora Czad, z drugiej zaś — Flinders Petri dowiódł, że Egipcjanie posługiwali się kamienną bronią aż do epoki rzymskiej.
Pytanie więc pozostaje bez odpowiedzi!
Uczeni po wykryciu w środkowej Afryce ludów-pigmejów robili wielkie wysiłki, aby w nich znaleźć ślady pierwotnych „Afrykanów“. Legendy szczepu Bantu twierdzą, że pigmeje byli „panami ziemi“ na długo przed przyjściem czarnych ludzi. Jednak nauka dowodzi, że pigmeje mogą być produktem regresu, degeneracji, pochodzącym od sąsiednich szczepów, na skutek różnych odmiennych warunków życiowych.
Narodoznawstwo w pewnych okresach usiłowało znaleźć w Afryce szczepy rdzenne, od których, drogą ewolucji lub degeneracji, powstały inne. Takiemi „praszczepami“ miały być ludy Bantu i Fulah.
Uczeni poszukiwali cech Bantu wśród szczepów, osiadłych na wschodzie, zachodzie i południu Afryki. Fulahów spokrewnili z Nubijczykami i Somalisami, lecz więzy, łączące te ludy pomiędzy sobą, łatwo niestety pękają przy ściślejszej analizie.
Nawet pochodzenie nazwy kontynentu — Ifrikija lub Afryka, pozostaje tajemnicą.
Podług semickich legend nazwa ta powstała od „ojca rasy“ — Afrikisa czy Ifrikisa, który miał być synem Kronosa, Baala lub Herkulesa. Miał on przybyć do Afryki północnej z kanaańskiej ziemi z towarzyszami i stał się ojcem berberyjskiej, najbardziej starożytnej rasy. Oczywiście jest to legenda, nie mająca żadnych naukowych potwierdzeń, tem bardziej, że Berberowie nie są najstarszymi mieszkańcami Afryki, o czem wiedzieli dokładnie Egipcjanie, Kartagińczycy i Rzymianie.
Francuscy etnografowie twierdzą, że nazwa kontynentu pochodzi od imienia jednego ze szczepów, koczujących na Saharze. Jest to szczep Twaregów — Azgar.
Jednak i ta hipoteza upada, gdyż p. Peyronnet[3], zdaje się, w dostatecznie przekonywujący sposób dowiódł, że Twaregowie są jednego pochodzenia z ludami Kaukazu, a więc też są przybyszami, nie zaś tubylcami.
Więc, jak już wspomniałem, pytanie o pochodzeniu pierwotnych mieszkańców czarnego kontynentu pozostaje dotychczas bez odpowiedzi.
Najstarszemi, jak się zdaje, rasami murzyńskiemi są te, które noszą nazwę „Synów Ziemi“. Są to szczepy Jola, Nalu oraz szczepy dziewiczych lasów Gwinei i wybrzeża Kości Słoniowej. Jednak legendy ich przypominają we wszystkich szczegółach legendy semickie i aryjskie i mówią o tem, że dalecy przodkowie „Synów Ziemi“ pochodzą od Kusa, syna Kaina, lub od Rahmy, wnuka Kaina, murzyni zaś porzucili swoją azjatycką ojczyznę pod parciem Asyryjczyków. W ten sposób murzyni Jola, a oprócz nich cały szereg innych szczepów, twierdzą, iż pochodzą z wyklętego przez Boga rodu i, zdaje się, że kwadrat, tatuowany przez murzynów na czole lub na ramieniu, jest stygmatem przekleństwa.
Afryka, jak dowodzi historja, była od wieków areną najbardziej zaciętych i okrutnych walk szczepów tubylczych pomiędzy sobą, a także tubylców z najeźdźcami. Wojny wewnętrzne mogły zniszczyć doszczętnie rasę pierwotną — owych domniemanych Negritów, w późniejszym zaś czasie dokonali tego niezawodnie bardziej wojowniczy i kulturalni najeźdźcy.
Najgorszym jednak wrogiem pierwotnej ludności afrykańskiej była przymusowa i samorzutna metyzacja, krzyżowanie się z przybyszami. Metyzacja zaszła obecnie tak daleko, że w mieszaninie etnograficznej chyba nikt już nie zdoła wyszukać i odrestaurować typu pierwotnego Afrykanina.
„Syn Baala“ był praojcem rasy afrykańskiej; murzyni wywędrowali z Palestyny, lub wogóle z Azji, pod groźbą najścia Asyryjczyków — tak głoszą stare podania. Nie mamy jednak żadnego kryterjum do analizy, nie mamy nietylko wiarogodności, lecz chociażby afrykańskiej autentyczności tych podań. Może były one przywiezione przez Fenicjan, którzy dopływali do Zielonego przylądka (Capo Verde).
W mitologji murzyńskiej spotykamy imiona fetyszów Bilá, Meloh, Bezebu, bardzo przypominające krwawych, zrodzonych w ponurej wyobraźni Azjatów Bela-Baala, Molocha i Belzebuba, który jest tegoż pochodzenia co i Bel. Czarownicy murzyńscy i znachorzy używają niezrozumiałych wyrazów, bardzo przypominających fonetycznie zaklęcia rosyjskich czarowników i północno-mongolskich lub fińskich szamanów. Jako przykład, wskażę takie wyrazy magiczne: „Bele, Bela, Bali“, mówiące niezawodnie o Belu-Baalu; „sztaret birakit“, słowa bardzo zbliżone do wykrzyknika kartagińskiego Asztaret baraket, co znaczy: „Astarta błogosławiąca“.
Legendy murzyńskie mówią nieraz o domieszce krwi egipskiej. Egipcjanie, którzy dochodzili aż do ziemi Somalisów, niezawodnie sprowadzali stamtąd niewolników i krzyżowali się z nimi. Po upadku monarchji faraonów, metysi mogli powrócić do głębin Afryki i wlać do żył jej ludności swoją mieszaną krew. Jednak najwięcej sposobności ku temu było po upadku panujących przed XVII dynastją faraonów, w ciągu 220 lat „królów-pastuchów“, tajemniczych Hyksosów, wojowniczych najeźdźców z Azji. Gdy książęta egipscy uczynili rozpaczliwe powstanie, które zmiotło ostatnich królów Hyksosów — Mentiu i Aata, najeźdźcy opuścili Egipt, kierując się dwiema kolumnami: na wschód — do Azji i na zachód — do Afryki środkowej i północnej. Historja nic od tej chwili o nich nie wspomina. Ślad Hyksosów zaginął.
Dopiero w ostatnich czasach etnografowie, zdaje się, odnaleźli ten ślad, który przywiódł ich przez zachodnie wybrzeże Afryki i Wysoki Atlas do górskiego grzbietu Futa-Dżalon, do dolnej Gwinei i do południowych obszarów, położonych nad jeziorem Czad (Tsad). Tu mieszkają Sussu, Fulah i Peuhl — murzyni, przechowujący tradycje, legendy, sztukę, wyroby ludowe, biżuterję, stroje kobiet, odziedziczone po Hyksosach, władcach dawnego Egiptu.
Stare fetysze tych szczepów też mówią o Egipcie. Murzyni nie uznają słońca za boga i tylko Fulah przed islamizmem czcili fetysza Raggé, który był bogiem-słońcem, a swojemi kształtami ten fetysz istotnie przypomina egipskiego Ra.
„Synowie Ziemi“, do których należą Jola, Naloa lub Nalu oraz szczepy leśne, przechowują nader stare i pierwotne tradycje nieznanego pochodzenia.
Jola i Naloa są bardzo nieliczni, posiadają delikatne twarze i orle nosy. Bardziej liczne są szczepy leśne, które do naszych czasów zachowały swoją niezależność i prawie nie znają swoich sąsiadów. Dla murzynów leśnych las jest bez końca i bez granic. Oni wraz z murzynami-pigmejami zostali niegdyś odrzuceni do lasów przez najeźdźców. Obyczaje ich są łagodne. Związki małżeńskie odbywają się wyłącznie wewnątrz szczepu. Religją ich pozostaje fetyszyzm, lecz o wzniosłej ideologji. Do tych szczepów należą murzyni Guerès, Diula, Mano, Beré, Lelè, Falankó.
Inne rasy murzyńskie, znacznie już metyzowane, są następujące:
1. Baga, dzielące się na grupy Landuma, Baga-Foré, Baga-Mandé, Timené i Waele. Wszyscy są wojownikami, których najeźdźcy wyparli z ich dawnej ojczyzny, gór Futa-Dżalon. Szczepy te wymierają od febry i pneumonji; wśród nich kwitną rzemiosła, kowalstwo i garncarstwo.
2. Rasa So, do której należą Sussu, Soninké, Sarakole, oddawna zdradza wysoki procent metyzacji. Ta rasa odbyła wielką wędrówkę i, jak twierdzą, przywiodła ze sobą pierwsze konie do Afryki. Nazwa tej rasy pochodzi od egipskiego słowa „Szasu“, co oznacza jeźdźca. Tem imieniem Egipcjanie nazywali Hyksosów. Ta rasa murzynów odznacza się zdolnościami handlowemi, wskutek czego nazywają ich „żydami Afryki“. W szczepach, należących do rasy So, odnaleźć można ślady matrjarchatu.
3. Rasa Ma, do której należą szczepy Manianka, Malinké, Bamana, Toma, Ussulunké; powstały one ze skrzyżowania się południowych murzynów z indo-afrykańskiemi szczepami z Libji. Nazwa szczepów pochodzi od Garamá. Był to pierwszy przodek rasy. Starożytni autorzy opisują „lud Garamantów“, których wyparli z północy Arabowie. Szczepy rasy Ma dzielą się na arystokratów i ludzi pospolitego pochodzenia. Arystokracja składa się z rodów indoafrykańskiego pochodzenia, a rody te noszą nazwy: Tu, Tubu, Tibu. Słowo „tu“ jest synonimem wodza lub „białego“. Pospólstwo rasy Ma powstało z dalszych skrzyżowań starych rodów z tubylcami innych szczepów.
4. Rasa Peuhl dzieli się na podrasy Fulah, Dialdialo, Ururo, Bari, Ferobé i, podług podań, przybyła do Afryki podzwrotnikowej ze Wschodu, gdzie została pomieszana z Berberami i Arabami. Jednak przed tą metyzacją odbyła się inna — z Egipcjanami, gdyż ta rasa wchodziła w skład armji najeźdźców — Hyksosów, którzy zagarnęli na 220 lat Egipt i dali mu swoje dynastje. Jedne z tych dynastyj należały do rasy So, inne do Peuhl. Rasa ta odznacza się wielką ilością kast, resztkami kultu słońca-Naggé i wraz z Sussu wierzy w kierującego żywiołami boga Gelé, który niewidzialny schodzi niekiedy na ziemię barwnym szlakiem tęczy; nazywają ją: „san gelé sirá“ — boska droga do nieba. Wrogiem boga jest zły Hyné — djabeł, przebywający w głębokich podziemiach.
Starszy w rodzie nieraz jest jednocześnie kapłanem: 1) księżyca — Ziri lub Irini, żeńskiego elementu bóstwa, symbolizującego urodzaj i płodność; 2) planet, co dowodzi istnienia kultu nieba, u innych szczepów rzadko spotykanego. Wtajemniczeni, tak zwani „Pendé-Odá“, gromadzą koło siebie dzieci, wybierają z pośród nich najzdolniejsze, które wprowadzają w tajniki swej magicznej wiedzy, opowiadając im i wskazując na piękno natury, na jej siłę rodzącą i płodność, ucząc rozpoznawania ukrytych sił w przyrodzie, — i o człowieku oraz o wyzyskaniu sił przyrody dla magji. „Pendé-Odá“ znaleźć można tak wśród Peuhl-muzułmanów, jak i we wsiach fetyszystów z tej rasy. Praktyki i nauczanie, stosowane przez murzyńskich wtajemniczonych, bardzo przypominają sposoby, używane przez kapłanów egipskich, magów babilońskich oraz przez lamów mongolskich i urianchajskich[4].
Cały ten podział na główne grupy ras jest jednak zupełnie dowolny, gdyż metyzacja zaszła tak daleko, że nietylko odnalezienie charakterystycznych cech poszczególnych ras, lecz nawet lingwistycznej odrębności w formie czystej stało się niepodobieństwem.
Wszystko się tu pomieszało: krew, obyczaje, kulty, tradycje, legendy, język. Nikt już chyba nie potrafi z całą pewnością oddzielić czystych afrykańskich elementów od naleciałości, przyniesionych przez najeźdźców z Azji i Europy.
Ruiny stolic dawnych królów murzyńskich w okolicach Sikasso, Kita etc., kopce, dolmeny, kamienie na mogiłach władców i bohaterów — albo nic nie mówią badaczowi, albo kłamią, otoczone mrokiem nie zgadzających się ze sobą i niewiarogodnych podań.
Etnografja stoi więc przed zagadnieniem, czy czarna ludność pochodzi od rodzaju ludzkiego, którego kolebką była Afryka, czy przywędrowała tu na mękę, zadawaną przez płonące słońce i niemiłosierną ziemię, skądś zdaleka; czy utraconą ojczyzną murzynów były tajemnicze kontynenty Lemurji i Atlantydy, czy też Palestyna, gdzie Bóg-Mściciel rzucił klątwę na głowy potomstwa Kusa lub Rahmy, w których płynęła krew bratobójcy Kaina?
Sami murzyni nic o tem nie mówią. Nie myślą o tem, bo nie wiedzą oni, poco istnieją na ziemi, której głosy nie dochodzą do dalekiego Boga, bardziej dalekiego niż najmniejsze, ledwie dostrzegalne w otchłani przestrzeni gwiazdy.




W GÓRACH FUTA-DŻALON.

Opuściwszy dolną Gwineję, dzięki uprzejmości p. Poiret, gubernatora Gwinei, który oddał do naszej dyspozycji swój salon-wagon, dojechaliśmy koleją do stacji Mamu.
Wkrótce za Konakrą, gdzie spędziliśmy sporo czasu, zwiedzając dolną Gwineję, otoczyły nas góry — zachodnie i południowo-zachodnie gałęzie grzbietu Futa-Dżalon. Pociąg wspina się szybko coraz wyżej i wyżej, a w miarę tego zmienia się krajobraz, typy ludności, flora i temperatura.
O, jakaż błoga jest ta temperatura górska po wilgotnych upałach dolnej Gwinei, po tej ciągłej gorącej wannie ze skwarnych oparów morza i dżungli i… z własnego potu!
Wszyscy jesteśmy bardzo szczęśliwi i czujemy się wybornie, tylko piąty uczestnik mojej ekspedycji nie jest z tego zadowolony. Mała „Kaśka“, małpa-szympans, zapamiętale kicha i otula się w swój płaszcz.
W drodze zatrzymujemy się na stacji „Kindja“, gdzie nas spotyka uprzejmy dyrektor wydziału Paryskiego Instytutu Pasteura. W tej instytucji są dokonywane bardzo interesujące i ważne doświadczenia nad leczeniem różnych chorób. Kilkanaście szympansów, utrzymywanych z największą troskliwością, stanowi objekty doświadczeń lekarskich.
Zatrzymaliśmy się na stacji Mamu, gdzie pierwszy raz od paru miesięcy zmuszeni byliśmy otulić się w koce, dołączone do namiotów i łóżek obozowych. Mamu leży na wysokości 930 metrów i nad ranem temperatura spadła do +8° C. W Konakrze mieliśmy +35° C w cieniu! Różnica znaczna! Najbardziej odczuła ją nasza „Kaśka“, która zupełnie straciła na humorze.
Nazajutrz rano spakowaliśmy nasze namioty, łóżka, kuchnię, broń, naboje, aparaty kinematograficzne i fotograficzne, pudła z zapasowemi filmami i kliszami na ciężarowy samochód Forda, dany nam przez administrację kolejową, a sami autem osobowem ruszyliśmy na północ dobrą drogą automobilową ku Labé. Cel tego etapu — poznanie Gwinei w granicach gór Futa-Dżalon i obwodów sąsiadujących z Sudanem, a zamieszkałych przez szczep Fulah, pochodzenia egipskiego oraz „Toucouleurs“, posuniętych dalej na wschód, bliżej doliny Nigru.
Około 160 kilometrów dzieli Mamu od Labé. Droga wężową linją wije się wśród gór, porośniętych lasem z drzew mangowych (Mangifera indica), mimoz i baobabów. Znikły gdzieś bez śladu palmy oliwne i kokosowe. Pozostały one tam na dole u stóp grzbietu górskiego, gdzie szaleje słońce i gdzie leży grubą warstwą gorące, wilgotne powietrze, jak staw, którego nigdy nie muśnie o tej porze roku najlżejszy nawet powiew wiatru.
Na północnych stokach gór rośnie wysoka, pożywna trawa i krzaki jaśminu oraz pięknie kwitnące koralowemi kwiatami krzewy. W tej bujnej trawie pasą się wcale pokaźne żółte krowy i byki, przebiegają małe, czerwonawobrunatne antylopy i całe stada „zielonych“ małp o dziwacznie długich ogonach.
Nasz aparat kinematograficzny podpatrzył kilka scen z życia małp, ale na widok karabinów małpy zemknęły szybko i ukryły się w gąszczu krzaków. Są to małpy małe, niszczące plantacje bananów i manjoku, lecz mniej szkodliwe od genonów — dużych, szarorudych małp o wydłużonych psich pyskach, lub od jeszcze większych „czerwonych“ małp, o gęstem ciemnobrunatnem owłosieniu ciała (Cercopithecus patas). Widzieliśmy je z pociągu pomiędzy Kindją a Mamu. Wskakiwały na drzewa i z wściekłością szczekały i warczały, potrząsając grubemi gąłęziami. Te małpy, podobno, atakują całemi stadami samotnych przechodniów i napadają nawet na lamparta, który nieraz pada pod setkami ciosów zajadłych zapaśników.
W drodze zatrzymaliśmy się na krótki wypoczynek u miejscowego „króla“ — Kierna Sulemana w wiosce Bomboli, gdzie nas przyjęto bardzo uprzejmie, częstowano bananami i różnemi napojami. Z Kierna Sulemanem poznałem się jeszcze w Konakrze, gdzie był obecny podczas uroczystego powitania bardzo przez tubylców poważanego gubernatora — p. Poireta.
Moja żona, zobaczywszy „koro“, czyli gitarę o 21 strunach, nie mogła się oprzeć chęci zagrania na swoich skrzypcach i zaczęła akompanjować czarnemu muzykantowi. Na pewno po raz pierwszy w historji muzyki prawdziwe, stare skrzypce Galliano zlały swoje tony z dzikiem warczeniem afrykańskiej „koro“. Murzyni cieszyli się nadzwyczajnie z tego improwizowanego koncertu.
Od Bomboli zaledwie pięć kilometrów do Pita, niewielkiej osady, gdzie mieści się biuro francuskiej administracji tego obwodu i poczta. Tu nas przyjmuje bardzo uprzejmie żona administratora i pokazuje po śniadaniu osadę, a więc ogród, przeróbkę manjoku na mąkę i krochmal oraz pracę więźniów nad fabrykacją powrozów. Robią je z włókien kaktusa, który się nazywa „sizal“. Widziałem dużo tych kaktusów w Hiszpanji, gdzie je nazywają „pita“.
W drodze z osady Pita do Labé spotykamy dużo dzikich gołębi; niedaleko od nas zrywa się drop. Miejscowość ta jest wysokiem, falistem płaskowzgórzem o stepowym charakterze. Kilka niewielkich rzeczek i strumyków płynie w brzegach, zarośniętych krzakami. Spotykamy dużo bydła i nawet pola, uprawiane zapomocą amerykańskich pługów, które tubylcy chętnie nabywają. Często widzieliśmy plantacje bananów i pola arachidowe, a wpobliżu nich zawsze — małpy.
W Labé spędziliśmy kilka dni w gościnnym domu pana Maugina, miejscowego komendanta. Dzięki niemu poznaliśmy życie murzynów szczepu Fulah, należącego do rasy Peuhl, pretendującej do pokrewieństwa z Egipcjanami. Niektórzy etnografowie i historycy dowodzą, że Fulah-Peuhl stanowią ten odłam Hyksosów, który po wyparciu go z Egiptu skierował się na zachód i tu podległ procesowi metyzacji, poczęści z ludnością Libji, poczęści z murzynami środkowej Afryki.
W każdym razie arystokratyczne rodziny Fulah przechowały niektóre cechy zewnętrzne Egipcjan, rysy twarzy, piękny wzrost, postawę, ruchy i ubranie, jakie widzimy na freskach i rzeźbach egipskich. Jednak rasa Peuhl w północnym Futa-Dżalon podległa widocznie większej i głębszej metyzacji, gdyż ludność jest tu już znacznie zdegenerowana fizycznie, skarłowaciała i słaba. Nie są zbyt sympatyczne także cechy charakteru Fulah z tego obwodu.
„Nie pozostawiaj Fulah w ciemnym kącie swej chaty, bo cię okradnie!“ — mówi przysłowie, a szefowie kantonów ciągle przestrzegają podróżników przed tą cechą swoich poddanych.
Nam się jednak powodzi i dotąd nic nam nie zginęło; prawda, że mamy ze sobą trzech czarnych żołnierzy, bacznych na wszystko, a bardzo surowych. Fulah są zapalonymi myśliwymi, co drugi z nich posiada olbrzymi falkonet, co najmniej 8-go kalibru, angielskiej fabrykacji, niektórzy mają nawet współczesne dubeltówki, najbiedniejsi zaś — łuki, któremi władają z wielką zręcznością i wprawą.
Bogaci Fulah, jak większość muzułmanów, posiadają po kilka żon. Starszyzna i szczególnie szefowie okręgów (królowie) szukają dla siebie księżniczek z rasy Peuhl, o pięknej oliwkowej lub czerwonej cerze.
Szef okręgu Labé, Madi Tanu, ma za pierwszą żonę rodowitą księżniczkę, lecz zaniedbał ją obecnie dla faworyty. Jest to historja romantyczna. Tanu zdobył sobie niewolnicę sudańską, która miała córkę. Gdy ulubiona niewolnica umarła, wychował jej córkę i uczynił z niej sobie faworytę. Z tego powodu wśród 14 żon starego „króla“ wynikają ciągłe awantury, a szczególnie zazdrosna jest obrażona w swej dumie księżniczka czystej krwi Peuhl. Trzyma się ona zdala od wszystkich żon swego męża, uważając je za niższe od siebie pochodzeniem, a z pewnością i urodą, na faworytkę zaś nie raczy nawet rzucić okiem. Zato mąż nieraz ma piekło, gdy pierwsza żona zjawia się w jego chacie lub gdy on odwiedza ją, obchodząc swój harem.
Lecz o tem krążą tylko pogłoski…
Oprócz żon na dworze szefów i starszyzny największą rolę odgrywają „grioci“ (griots). Jest to osobna kasta błaznów, tancerzy, muzykantów, śpiewaków i czarowników nadwornych. Ich najważniejszym obowiązkiem jest wychwalanie szefa i swego patrona. Od ich pomysłowości, talentu i staranności zależą wpływy i znaczenie szefów wśród ludności. To też szefowie wysadzają się na tych darmozjadów, karmią ich, obdarowują, ubierają i schlebiają nawet. Gdy pomiędzy patronem a griotami lub griotkami wynikają niesnaski, ci zaczynają psuć reputację patrona i podminowywać jego wpływy, wyśmiewając go w swoich pieśniach, szydząc z niego, zmyślając różne o nim anegdoty. W tej walce szef zawsze zostaje zwyciężony, bo słowa griotów przenikają do mózgu prostej ludności prędzej i łatwiej, niż groźby i surowe rozkazy „króla“. Władze francuskie starają się wpływać na szefów, aby ci nie tracili zbyt dużych środków na tych wypasionych nicponiów i barwnie ubrane, obwieszone klejnotami griotki-tancerki i śpiewaczki, nieraz wdzierające się do haremu patrona w roli faworyty lub nawet żony.
Mieszkanki haremów szefów nieraz prowadzą zawiłe intrygi, posługując się wpływami, sprytem i talentem kasty griotów.
Szefowie okręgów i kantonów, którzy bardzo uroczyście spotykali nas w drodze przed swojemi posiadłościami, zademonstrowali nam różne odmiany kasty griotów. Widzieliśmy więc griotki stare, lecz wprawne w tańcach i śpiewach, — młode, o zwinnych pięknych ciałach, barwnych szatach, wspaniałych kolczykach, naszyjnikach i bransoletach ciężkich jak kajdany, — małych chłopaków-tancerzy; olbrzymów, krzyczących na całe gardło, tańczących pod skwarnem słońcem, idących przed gośćmi tyłem, ze zwróconą ku nim twarzą, grających na skrzypcach o dwóch strunach, na bębnach i fletach; griotów-błaznów, o twarzach umalowanych na biało, griotów w wysokich kołpakach i spódnicach baletowych, zrobionych z zielonych liści drzewa „karité“; griotów z fryzurami kobiecemi, imitujących śpiewy i tańce griotek. Parę setek tych nicponiów widzieliśmy już tu, a pomiędzy griotami różnych kantonów zauważyliśmy konkurencję i nienawiść. Poza granicę swego kantonu żaden griot nie ośmieli się wytknąć głowy, bo wyśmianoby go, a nawet poturbowano.
Dziwi nas ciągle nadzwyczajna ciekawość i nieposzanowanie czasu, zdradzane przez murzynów. Spotykają nas wszędzie tłumnie, a ludność całych wiosek, z matkami, niosącemi dzieci uwiązane na grzbiecie, z małemi murzyniątkami i poważnymi, siwobrodymi starcami, odprowadza nas aż do granicy swego kantonu, gdzie już czeka na nas nowy tłum, bardzo przyjazny, gościnny, a hałaśliwy nad wyraz. Pod dźwięki małych skrzypiec „soko“ i fletów, cały ten tłum biegnie, śpiewa, klaszcze w dłonie, tańczy, cieszy się…
Nieraz murzyni bez celu idą z nami 25 — 30 kilometrów, a później muszą wracać. Coprawda, chodzą bajecznie szybko. Naprzykład przestrzeń od Labé do Tugé, którą przebyliśmy w naszych hamakach i częściowo pieszo w cztery dzienne etapy, a więc w cztery dni, nasz „boy“ przeszedł w 22 godzin! Na 85 kilometrów liczą oficjalnie tę odległość.
Maszerujemy zwykle tylko z rana, wyruszając przed wschodem słońca i idąc najpóźniej do godziny 11, aby uniknąć morderczego działania słońca tropikalnego. Od 4-tej do 6-tej polujemy i zwiedzamy okolice naszych etapów, robimy zdjęcia fotograficzne i kinematograficzne, wieczorami porządkujemy nasze zbiory i notatki. „Boy“ zaś wędrował bez przerwy i 85 kilometrów przeszedł w 22 godzin! Co na to powiedzą niektórzy moi przeciwnicy, którzy nie chcieli uwierzyć, że w środkowej Azji robiłem dziennie w ciągu 15 — 18 godzin 36 kilometrów, mając dwa wierzchowe konie?!
Ludność Futa-Dżalon, wyłącznie rolnicza, posiada dość dobrą rasę miejscową bydła rogatego i stada czarno-białych owiec. Dokoła wsi rosną drzewa pomarańczowe, „papaja“ (Carica Papaya), na których dojrzewają wspaniałe melony. Drzewa te wydają od 40 do 100 melonów naraz; wszędzie spotykamy drzewa „kola“, rodzące orzeźwiające i pobudzające energję orzechy[5]; wśród dżungli, na płaszczyznach mniej kamienistych murzyni kultywują orzechy arachidowe i manjok[6], drzewa bananowe, a w błotnistych dolinach rzek — ryż.
Urodzaje wszędzie są dobre i przy wysiłku energji można byłoby mieć obszerny teren dla roli, lecz murzyn naogół żyje z dnia na dzień, o jutrze nie myśli i głowy sobie zbytnio troską o rodzinę i o swój własny byt nie suszy. Gdy zje wszystko, co zebrał w czasie żniwa, zje nieopatrznie i bezmyślnie, gdy roztrwoni na kupno niepotrzebnych mu rzeczy lub na poczęstunek sąsiadów, — znika wtedy w dżungli, gdzie szuka zwierzyny lub dzikich owoców — bananów, mangów etc. To samo robią kobiety, a wcale nie troszczą się o dzieci. Dziatwa wtedy zabiera się do robienia łuków i strzał i rozpoczyna polowanie na drobne zwierzęta i ptaki, żywiąc się własnym kosztem i pomysłowością.
Wszyscy czekają na porę deszczową, po której wybuja znowu wszystko i czarni ludziska, zapominając o dość marnem istnieniu w porze posuchy, z murzyńską beztroską śpieszą się znowu ze zjedzeniem wszystkiego, co dała im hojna, chociaż zdradliwa i zmienna w swych nastrojach ziemia.
Tylko grioci wiedzą, że zawsze będą syci i ubrani, i jeszcze jedna kasta — znachorzy. Ci przebiegają dżunglę, szukając tajemniczych leczniczych traw, ziół i drzew, o których nigdy nikomu nie powiedzą, leczą swoich rodaków lub urządzają próby trujące, rodzaj „sądu bożego“, a jedno i drugie przynosi im dobre dochody i zabezpiecza od głodu i niedostatku.
Znachorzy stanowią odłam kasty czarowników. Oni to umieją przygotowywać roślinne trucizny, któremi zatruwają ostrza strzał; oni fabrykują amulety lecznicze; oni znają wszystkie rośliny, niosące zdrowie lub śmierć. Gubernator Gwinei mówił mi, że znachorzy murzyńscy posiadają zioła, któremi usuwają wściekliznę u psów i skutki ugryzienia przez te psy. Znachorzy znają też właściwości drzewa „teli“. Ekstrakt z kory tego drzewa garbuje skóry prawie natychmiastowo i tych skór nie dotkną później ani termity ani żarłoczne mrówki. Lecz jednocześnie ten ekstrakt jest potężną trucizną i jej to właśnie używają na „sądzie bożym“. Jeżeli mąż podejrzewa żonę o zdradę, przyjaciela swego o nieszczerość i podstęp, głowa rodu członka zagrody lub wsi o zbrodnię, znachor-czarownik daje mu do wypicia mały „kalebas“, napełniony trującym płynem „teli“. Jeżeli oskarżeni są niewinni — jad nie podziała, jeżeli zgrzeszyli — umrą. Zresztą znachorzy nieraz wnet po otruciu dają antydotum, naturalnie wtedy, gdy ofiara przed sądem opłaciła im zachowanie swego życia.
Bogate rodziny posługują się pracą dawnych jeńców, których przed przyjściem Francuzów traktowali jako niewolników. Niewolnictwo jest głęboko związane z islamem, który wyznają murzyni Sussu i Fulah. Walka z niem jest trudna i stanowi sprawę politycznie dość delikatną, lecz administracja francuska potrafiła już wbić w mózgi bogaczy i niewolników, że ci ostatni są tylko sługami, którzy wolą pracować u jednego gospodarza, lecz w każdej chwili sądownie mogą się zwolnić od wszelkiej od niego zależności. Trzeba zaznaczyć, że stosunek bogaczy do potomków dawnych niewolników jest całkiem dobry i ludzki. W rzadkich stosunkowo wypadkach niewolnicy zwracają się do władz francuskich ze skargą na swych gospodarzy, a wtedy Francuzi postępują z całą bezwzględnością, stając zawsze po stronie pokrzywdzonych.
Czarna kobieta wolna i kobieta pochodzenia niewolniczego psychologją swoją mało pomiędzy sobą się różnią. Są one niewolnicami swego ojca, a potem męża. I ten i tamten są panami ich życia. Pracują one w domu od rana do wieczora, ponieważ murzyn woli nic nie robić w okresie zasusznym. W bogatych rodzinach jednak kobiety pracują bardzo mało, gdyż posiadają liczną męską i żeńską usługę. Większą część dnia spędzają na wykonywaniu swych misternych, nader skomplikowanych fryzur, w których każdy włos zosobna przeciąga się przez specjalny grzebień, wieńczący głowę. Powiedziałbym, że kobiety Fulah posiadają na głowie zprzodu coś w rodzaju harfy lub lutni, w której struny są zastąpione przez starannie ukarbowane włosy. Różne ozdoby z drzewa, metalu, muszli i barwnych rzemyków dopełniają artystycznej fryzury kokietki murzyńskiej z gór Futa-Dżalon. Mężczyźni noszą białe i granatowe „bubu“, czyli burnusy, oraz białe, haftowane kołpaki na głowach i liczne amulety na szyi i rękach.
Powiedziałem, że Fulah są myśliwymi.
Naturalnie, że wykorzystałem tę namiętność Fulah i wraz z ich szefem Alfa Amadu miałem dwa polowania, które nie były nader pomyślne, bo częściowo dżungla nie była jeszcze wypalona, częściowo — wypalona niedawno. W pierwszej — zwierzyna ukrywa się z łatwością, w drugiej — tymczasem wcale się nie trzyma.
Jednak zdobyliśmy kilka antylop — małych, brunatnych o drobnych, ostrych rożkach — Cephalophus dorsalis, czyli w języku Fulah „bolé-foré“. Kryją się one w wysokiej, gęstej trawie i w powikłanych krzakach puszczy. Upolowaliśmy kilka małp, stanowiących plagę pól i plantacyj tubylców: mamy więc kilka skór zielonych małp — Genon callitriche z rodziny Cerkopiteków, oraz — Papio Sphinx. Mój preparator-zoolog, p. Kamil Giżycki zabił starego samca Papio, tak wielkiego, jakiego tu podobno nigdy nie spotykano. Gdyby stanął na tylnych nogach, sięgałby ramienia dorosłego człowieka. P. Kamil strzelił do niego z automatycznego Winchestera kal. 401 i kula z tej broni odrazu przerwała nić długiego żywota tego, z pewnością, wodza całego szczepu małpiego. Zdobyliśmy też na tych polowaniach małego dzika afrykańskiego (fakoszera) i zieloną papużkę z trzema pisklętami, co powiększyło naszą menażerję. Zabito nadto kilka małych zajęcy miejscowych o bardzo drobnych główkach — Lepus capensis.
Nie doszliśmy jeszcze do obfitujących w zwierzynę miejscowości, czekają one na nas w Wysokiej Wolcie, na Nigrze i na sawannach. Lecz zato cały szereg obserwacyj nad małpami zdążyłem tu poczynić, gdyż niebardzo lubię strzelać do „protoplastów rodzaju ludzkiego“ i wolę przyglądać się tym mądrym zwierzętom. Jeden młody „Papio“ jedzie z nami dalej. Czy dojedzie? Jest to wielkie pytanie, gdyż małpy są nader słabego i delikatnego zdrowia.
Mała faworytka mojej ekspedycji — szympans „Kaśka“, właśnie wczoraj znowu zachorowała. Ma katar, gorączkę i coś ją nadobitkę ugryzło w powiekę. Nosi przepaskę, kicha zawzięcie i ma rozgoryczoną twarz, bardzo przypominającą starego pijaka po burzliwej eskapadzie.
Są to żarty, jednak zoologiczny ogród w Poznaniu, dla którego przeznaczyliśmy „Kaśkę“, jest poważnie zagrożony, gdyż nasza faworytka jest istotnie ciężko niedomagająca. Robimy wszystko, aby ją ocalić; okładamy ją kompresami, stosujemy smarowanie jodyną, przemywamy oko i nos, lecz słabe to i delikatne stworzonko, a jutro idziemy dalej i będziemy szli aż pięć dni, nim dojdziemy do Dingiray, gdzie damy sobie krótki wypoczynek. Nie mogę więc przepowiedzieć losu „Kaśki“. Czy dojedzie do cieplejszych miejscowości niż Futa-Dżalon, gdzie nad rankiem mamy nieraz zaledwie +8° C, czy pozostanie tu? Moja żona wczoraj gorzko płakała nad koszykiem ze swoją ulubienicą.
Wśród naszej menażerji istna rewolucja! Papuga-matka dwukrotnie uciekała z klatki, pozostawiając nam podrzutki — swoje pisklęta, które potrochu zaczynają jeść z ręki, chociaż są jeszcze zaledwie widzialnym puszkiem okryte. Gdy uciekinierkę przyniesiono zpowrotem, ugryzła mnie w palec do krwi; lecz nic to nie pomogło i zmuszamy ją do pełnienia macierzyńskich obowiązków.
Młoda małpka Papio zawzięcie walczy z mymi pomocnikami, gdy ci dają jej z rąk banany i orzechy, lecz musi się do nas przyzwyczaić. Tymczasem złe to jest, niesforne i do koczkodana nastroszonego podobne.
Ładnie będziemy wyglądali, jeżeli w dalszej drodze zdobędziemy młodą panterę, młodego słonia, młodego lwa, młodego krokodyla i młodego hipopotama, a moja żona zmusi nas do wiezienia tego z nami! Chyba zjedzą nas z bagażami ci nowi nasi towarzysze podróży?!
Postanowiłem więcej na małpy nie polować, gdyż widziałem straszne sceny, gdy zniesiono zabite i ranne małpy, a wśród nich żywe młode, które wyszukiwały swoje matki i tuliły się do nich.... Były to zupełnie ludzkie przejawy uczuć, wybuchy radości i rozpaczy, a później to szalone, pełne odwagi usiłowanie ucieczki i pastwienie się murzynów nad ich odwiecznymi wrogami — małpami.... Straszne to było!
Pewnego razu podczas naszych polowań coś szło przez dżunglę z hałasem w moją stronę, lecz nie wyszło, bo nagle zjawił się jakiś bezczelny, biały pies murzyński i zaczął szczekać na mnie.
Po skończonem polowaniu nad lasem latały stada sępów i jastrzębi. Na pobojowisku mogły pozostać nietylko małpy, lecz i myśliwi, ponieważ nagonka, składająca się z kilkuset ludzi, otoczyła mały, głęboki wąwóz, zarośnięty drzewami, krzakami i wysoką trawą, gdzie się kotłowało od małp. Tu się zaczęła bezładna strzelanina ze wszystkich stron: strzelano z afrykańskich falkonetów, nabitych odłamkami starych kotłów żelaznych, zamiast śrutu; kulami i prawdziwym śrutem. Kule kilka razy gwizdnęły mi nad głową, aż usiadłem sobie za kamieniem i z tej skrytki przyglądałem się temu, co się działo niżej, na dnie wąwozu.
Murzyni postrzelili dwóch swoich ludzi, ale niebardzo poważnie.
Dużo posiadają ci czarni myśliwi Fulah temperamentu łowieckiego! Na polowaniach z nagonką należy się jednak trzymać od nich zdala, bo jak nic, mogą wpakować w zapale nabój z odłamków starego żelaziwa w białego towarzysza łowów! Prawda, że później podarują za to koszyczek misternie spleciony z bambusu lub źle wyprawioną skórę małpią — na pociechę.
Jutro idziemy dalej, ku rzece Bafing, gdzie, jak twierdzą znawcy kraju, spotkać możemy hipopotamy. Zobaczymy!




KU GRANICY SUDANU.

Ostatni list pisałem z Tugé w przeddzień naszego marszu przez północny Futa-Dżalon. Ten ostatni dzień w Tugé, w małym punkcie administracyjnym, ukrytym w kotlinie górskiej, istotnie mógł się stać ostatnim dniem naszym, a w każdym razie ostatnim dniem mojej ekspedycji.
Gdy już wszystkie nasze bagaże, a dodać należy — bardzo pokaźne, bo ważące powyżej tonny, i cenne, zawierające trzy kinoaparaty, trzy aparaty fotograficzne, dwanaście strzelb różnego gatunku i zapasy amunicji, pożywienia, 8000 metrów najlepszego filmu, skrzynki z zapasowemi kliszami fotograficznemi i całe urządzenie obozowe — namioty, łóżka, stoły, krzesła i kuchnię, — gdy wszystkie te bagaże były już spakowane i nazajutrz o świcie miały być wyprawione na głowach 70 porterów-murzynów Fulah, spędzaliśmy ostatni wieczór bardzo pogodnie w towarzystwie naszych przyjaciół. Grono zaś ich tego wieczora zwiększyło się, gdyż do Tugé przybyli państwo Mangin z Labé oraz dwóch młodych oficerów w celu poboru rekrutów w obwodzie osady.
W nocy w chacie, gdzie byli ulokowani moi pomocnicy i bagaże ekspedycji, rozległy się krzyki umieszczonych tu w drugiej połowie budynku oficerów, trwożne dźwięki trąbki wojennej, a wkrótce wycie psów i tupot nóg zbiegających się ze wszystkich stron murzynów. Była godzina 4 rano. Nocny mrok nagle rozdarły buchające ze słomianej strzechy domu smugi i języki płomieni. W jednej chwili dom stanął w ogniu, zalewając złowrogiem światłem okoliczne zarośla i budynki.
Na szczęście w płonącym domu zamieszkali ludzie spokojni i o szybkiej decyzji. Oficerowie wyskoczyli z płonącej połowy domu, gdyż tam właśnie rozpoczął się pożar. Moi pomocnicy w jednej chwili byli na nogach i wpółubrani jęli ratować nasze bagaże.
Pan Kamil Giżycki w chwili, gdy cały sufit domu już płonął, wyniósł doskonały trójnóg do aparatu kinematograficznego, a wybiegając, przypomniał sobie, że na werandzie pozostała jeszcze jedna żywa istota. Była to złapana onegdaj kurka wodna, uwiązana na sznurku do słupka werandy. Przytomny zoolog przeciął sznurek nożem, a kurka wybiegła z domu, kryjąc się w gęstej trawie.
Dom tymczasem płonął jak pochodnia, rozrzucając snopy palącej się słomy, trzciny i pękających z hukiem drągów bambusowych. Cała osada administracyjna była zagrożona, gdyż zerwał się wiatr i niósł płonące snopy słomy ku innym zabudowaniom. Posłano natychmiast ludzi na dachy, aby gasili padające kawałki palącej się trzciny i zalewali je wodą. W ten sposób spłonął doszczętu tylko dom, gdzie przedtem spokojnie spali moi pomocnicy i leżały bagaże, bez których ekspedycja nasza byłaby pozbawiona całej swej majętności.
Mój kinooperator natychmiast zaczął „kręcić“ film, robiąc zdjęcia pożaru, a zoolog spokojnie doprowadzał do porządku swoją nieco fantazyjną toaletę.
Obaj byli tak zrównoważeni, że przybyły z oficerami doktór, który przybiegł na pogorzelisko, nic innego nie potrafił zapytać, jak tylko:
— Comment ça va?
Na te słowa p. Kamil, zapalając papierosa, odparł z zimną krwią:
— Ça va très bien…
Pożary domów tubylczych, tych prawdziwych stosów suchej, wyprażonej na słońcu słomy i bambusów, są tu zjawiskiem codziennem, do którego murzyni się przyzwyczaili zupełnie. Gdy dom się już doszczętu dopalił i płonęło zaledwie kilka belek, dwóch naszych porterów najspokojniej w świecie ulokowało się wpobliżu, aby się rozgrzać po dość zimnej tu na wysokości prawie 800 metrów nocy.
W ten to sposób ekspedycja moja przeżyła ciężkie i niebezpieczne chwile w północnej Gwinei, w górach Futa-Dżalon, ale na szczęście wszystko pomyślnie się skończyło i tegoż ranka porzuciliśmy gościnne a „gorące“ na pożegnanie Tugé.
Jedna tylko istota przeczuła katastrofę. Była to mała, może roczna małpka z rodzaju Papio Sphinx, którą zdobyliśmy na opisanem w poprzednim liście polowaniu i wieźliśmy do ogrodu zoologicznego w Poznaniu. Wieczorem przed pożarem sprytna, a widocznie „jasnowidząca“ małpka przegryzła sznurek i uciekła, robiąc zawód naszemu zoologicznemu ogrodowi.
Jest to strata, niezawodnie, lecz zato nasz szympans czuje się świetnie i rośnie, jak na drożdżach.
Z Tugé zrobiliśmy sześć dziennych etapów, częściowo maszerując, częściowo niesieni w hamakach, aż stanęliśmy w Dingiray, gdzie znaleźliśmy punkt administracyjny i wielką osadę z ludnością mieszaną, należącą do rasy Fulah i — w mniejszości — do Malinké.
Szliśmy wczesnym rankiem, aby uniknąć upałów, a dnie i noce spędzaliśmy na etapach, w bardzo dogodnych i przewiewnych chatach tubylczych lub w karawanserajach, słuchając śpiewów i obserwując tańce mężczyzn i kobiet, wychodząc na zbiory zoologiczne i na zdjęcia fotograficzne i kinematograficzne.
Turkot aparatu kinematograficznego nieraz przerywały wystrzały z naszych strzelb. W nocy spoglądaliśmy na piękne, chociaż złowrogie widowisko płonącej dżungli, palonej przez murzynów.
Dziwny to widok! Ruchoma ściana ognia porusza się i sunie przez niezmierzone obszary dżungli. Od czasu do czasu nad tą płomienną ścianą wytryśnie ku czarnemu niebu potworny słup ognia, rozlegną się wybuchy, suchy zgrzyt i trzask niemilknący. Wtedy rozumiemy, że to płomień pożera zarośla bambusów i wysokiej, suchej trawy lub wdziera się aż pod korony drzew mangowych, kapokowych lub baobabowych.
Gdy się zbliżamy do płonącej dżungli, spostrzegamy całe stada dzikiego ptactwa, uciekającego przed płomienną powodzią: dzikie gołębie, kuropatwy, perliczki, tajemnicze jak widma lelki z łopotem skrzydeł uciekają w głąb czarnej nocy, dalej od burzliwego morza ognia. W wysokiej trawie i wśród krzaków jak cienie przemykają antylopy, dziki, zające, drapieżne mangusty (Herpestes galera), ciwety (Viverra civetta), serwale (Felis serval), a czasem nawet błyśnie zielonemi, podłużnemi ślepiami cętkowany lampart lub ostrożny i czujny gepard.
Pożar leśny tymczasem szerzy się dalej. Z równiny zaczyna się wspinać stokami gór, wdrapuje się aż na szczyty i znaczy ich sylwetki na ciemnem tle nocnego nieba złocistoszkarłatnemi, płomiennemi konturami.
I tak do brzasku dnia, całemi dobami i tygodniami, cały horyzont, łańcuch górski, dalekie lasy przykrywa ruchoma zasłona niebieskawego dymu z połyskującemi tu i owdzie językami ognia. Na wypalonych płaszczyznach pozostają tylko kępy sczerniałej trawy, pokryta węglem i popiołem ziemia i różnej formy gniazda termitów: grzyby, słupy, obronne zamczyska, chaty jedno-, dwu- i trzypiętrowe i opalone trupy ptaków, wężów i zwierząt różnego gatunku.
Zanim minie jednak tydzień, na spalonej na węgiel ziemi wybujają młode pędy nowych traw i krzaków; przyjdą tu po świeży pokarm stada antylop i dzików, a za niemi podążą krwi łaknące a zawsze zgłodniałe lamparty, tygrysiaste koty, serwale i ponure hieny, a czasem przemknie się tu przybywająca z dalekiej pustyni płowa para lwów. Życie powróci do dawnego łożyska i tak będzie aż do następnego roku, do następnej zimy, gdy wybujałe, nieprzebyte trawy i zarośla wyschną na słońcu i otoczą wszystkie drogi i ścieżki wysokim na 3 — 4 metry murem, który się tu zwie „brussą“.
W tej dżungli roi się od zwierza, którego tu nikt nie znajdzie, bo ukryje go rodzima, niedostępna brussa. Czego tu tylko niema! Lew, lampart i inne koty, małe i olbrzymie antylopy, ważące po 300 kg, afrykańskie dziki-fakoszery o potwornych ryjach i kłach, słonie, a nawet tajemnicze a krwiożercze zwierzę „so fali uara“ — mieszanina konia, osła i pantery, jakiś potwór apokaliptyczny, produkt bujnej wyobraźni starożytnych podróżników, a jednocześnie poszukiwany obecnie przez niektóre instytucje naukowe. Nad błotnistemi potokami w gęstych zaroślach roi się od małp, a z gałęzi drzew zwiesza się czyhający na nie piton tygrysowy lub wyziera szybka i straszliwa ciweta — duży drapieżnik.
W tych chaszczach, gdy się brussa wypali, suną pojedynczo myśliwi Fulah ze swemi długiemi falkonetami lub łukami; raz do roku kilka wsi łączy się i poluje z nagonką, wybijając do nogi wszystko, co się nawinie pod strzał lub uderzenie oszczepem.
Polują dorośli Fulah, poluje młodzież, polują dzieci.
Dzieciaki czyhają na zwierzynę, która prowadzi ze sobą młode pokolenie, a wśród niego strzały chłopaków Fulah sieją zniszczenie, bo celne mają oko te małe, czupurne murzynięta.
Marzeniem naszem pozostaje zapolować pojedyńczo, mając ze sobą jednego tylko myśliwego-tubylca i z nim razem grasować po wypalonej brussie, szukając grubego zwierza. Lecz tymczasem brussa się dopiero pali, albo stoi nietknięta, więc zmuszeni jesteśmy robić nagonkę. Nie daje ona znacznych rezultatów, bo przez dżunglę nawet murzyn przebrnąć nie potrafi. Padają więc tylko małpy i rzadziej małe antylopy — Cephalophus dorsalis, czyli w języku Fulah — „bolé foré“.
Wśród brussy na obszernych polanach spotykamy rozrzucone osiedla murzyńskie. Są to wsie, gdzie nas spotykają bardzo gościnnie, nieraz z darami w postaci mleka, bananów i pomarańcz, które są tu wyborne, słodkie, pełne soku orzeźwiającego. Wyciskamy ten ożywczy sok i napełniamy nim nasze „bidony“ — duże dwulitrowe butle, obszyte suknem i zawieszone na rzemieniu przez ramię naszych boyów.
Spotkanie z murzynami zawsze kończy się śpiewami i tańcami. Czasem cała ludność przyjmuje w tem udział, czasem tylko jedna kasta — griotów, czyli muzykantów, tancerzy i błaznów. Grioci noszą tu przeróżne stroje, zależnie od swej specjalności, a nieraz i miejscowości: błazny w czerwonem ubraniu w cudacznych kołpakach na głowach, tancerze półnadzy nieraz z kajdanami na nogach, aby czyniły jak najwięcej hałasu; czarownicy-grioci w strojach z liści, z twarzami umalowanemi na biało. Kobiety-griotki połyskują biżuterją, biją w oczy barwami płacht, zawojów, szalów.
Długo maszerujemy przez wysokie plato kamieniste, dość jałowe, pokryte kopcami termitów i głazami bazaltów i granitów. Wysokie to plato, bo położone na wysokości 800 — 890 m. Sucha, żółta trawa, drzewa o powykręcanych gałęziach i zjedzonych przez termity i mrówki „manjan“ pniach; zżółkłe liście tworzą pejzaż późnej jesieni, ale to zima już, bo mamy styczeń i temperatura nieraz w południe dochodzi do… +54° C!
Martwy, dziki, ponury krajobraz! Wydaje się nam, że jesteśmy na innym jakimś globie. Może na księżycu, wtedy, gdy się już zaczął smutny okres jego umierania, długiego a beznadziejnego.
Lecz dochodzimy pewnego dnia do potężnej, wartkiej i głębokiej rzeki Bafing, stanowiącej początek olbrzymiego Senegalu. Zielona woda, pełna ryb, płynie w wysokich brzegach, porośniętych lasem lub chaszczami trzcin. Niekiedy olbrzymie skały przegradzają łożysko, a o wschodzie słońca można tu spotkać śpiące krokodyle, a nawet hipopotamy.
Warto byłoby zatrzymać się tu i zapolować, lecz zbyt dużo czasu strawiliśmy w Gwinei, a muszę zajść jeszcze bardzo daleko, bo tak sobie postanowiłem. Droga przed nami długa i ciężka, a więc nie czas na rozrywki i długie popasy, chociażby nawet dla hipopotamów! Z niemi jeszcze się spotkamy…, jestem o to spokojny, bo prowadzę swoją ekspedycję wprost do „raju myśliwskiego“, gdzie niema wsi i dróg, a gdzie stada antylop i bawołów swobodnie błąkają się i żerują wszędzie. Tam właśnie będą grzmiały wystrzały naszych karabinów!
A chwilowo niech się schowa myśliwy, natomiast niech rozejrzy się po okolicy przyrodnik, etnograf i pisarz, w którego duszę wsiąkają krajobrazy, ludzie, szczepy, zwierzęta, ptaki i owady; niech warczy korba aparatu filmowego i z suchym szmerem zamyka się siatka zielnika, wchłaniając coraz to nowe okazy flory tej części kontynentu afrykańskiego.
Za rzeką Bafing znikają kamieniste odłamki skał. Gleba tu inna i inna roślinność. Lasy mimozowe różnych odmian tego drzewa, coraz częściej zjawiają się wspaniałe palmy, cieszą wzrok nagie drzewa kapokowe (Bombax), najeżone kolczastą korą i pokryte olbrzymiemi, mięsistemi i z barwy do surowego mięsa podobnemi kwiatami; nieznane nam dzikie drzewa i krzaki owocowe, olbrzymie żółte kwiaty, wyrastające wprost z ziemi, i dzika bawełna, dojrzała, pełna puszystych pęków.
Widzimy tu pola manjoku, prosa i „fonio“ (Paspalum exile), plantacje bananów, zoraną pługiem amerykańskim glebę, stada dobrego bydła, dobrobyt, spokój. W lasach murzyni nadcinają pnące się ljany (Clitandra elastica) i zbierają kosztowny obecnie kauczuk; z pól orzechów arachidowych zmykają w popłochu przed naszą karawaną stada psotnych małp i często zrywają się dropie, kuropatwy lub objedzone, ociężałe dzikie perliczki.
Mijamy wsie: Niarja, Dingiray i Tumenea. Tajemnicza Tumenea otoczona jest z jednej strony błotami, do których nie chce się zapuszczać żaden murzyn. Mają przed temi bagnami paniczny strach, gdyż mieszka w nich „straszliwy ryczący krokodyl“. Wiemy, że ten płaz jest niemową, w najgorszym razie syczy, tymczasem murzyni przysięgają na wszystkie swoje gri-gri, że mają „ryczącego“ krokodyla. Pewno jakiś samotny hipopotam obrał sobie to bagno za siedzibę, bo bezpiecznie mu w niem. P. Kamil Giżycki wlazł w te błota, lecz musiał się szybko cofnąć, bo to prawdziwe trzęsawisko.
Przechodzimy dalej wsie Buka i Bissikrima, gdzie wsiadamy do pociągu, lecz przedtem w nocy jeden z moich pomocników wraz z miejscowym inżynierem kolejowym, wziąwszy lampy acetylenowe, wychodzą na polowanie. Zabili dwie antylopy, zająca i serwala, pięknego kota, którego skóra stanowi cenny nabytek dla naszych zbiorów.
Po pięciu godzinach jazdy dojeżdżamy do Kurussy — miasta, położonego nad rzeką Niger.
Spotyka nas uprzejmy przedstawiciel rządu francuskiego, hrabia de Lavallière; przodkowie jego, jak nas upewniał, byli spokrewnieni z rodziną króla Jana III Sobieskiego. Nic więc dziwnego, że krew polska się odezwała. Szkoda tylko, że w tak tragicznej osobie, jak hr. de Lavallière.
Na Nigrze już oddawna czekały na nas przysłane przez gubernatora Sudanu francuskiego dwie kryte „szalandy“, długie i szerokie łodzie. Popłyniemy niemi siedem dni do Bamako, gdzie już wyczuć się da podmuch potężnej piersi Sahary, w postaci skwarnego samumu. Czujemy go już i tu od dwóch dni, bo w dzień nuży nas straszliwy upał, a w nocy gwałtowny spadek temperatury i… moskity, moskity! Chininę łykamy zawzięcie…




RZEKA NIGER.

Kurussa — jedno z ostatnich miast wschodniej Gwinei, leży nad Nigrem.
Nie jest on tu zbyt szeroki, może na jakie 300 metrów, a biali ludzie nałożyli tu nań kajdany w postaci żelaznego mostu kolejowego. Kurussa bowiem leży na linji kolejowej Konakry-Kankan.
Tu w zacisznej przystani czekały na nas, jak już wspominałem, uprzejmie przysłane po moją ekspedycję przez gubernatora Sudanu francuskiego, dwie szalandy (chalands). Są to żelazne, duże łodzie, na których wznoszą się małe, dość przewiewne domki. Są one istotnie małe, lecz doskonale mieszczą każdy po dwa łóżka obozowe, stół jadalny, biurko, toaletę, umywalnię, 4 krzesełka, skład na bagaż i — już poza ścianą domku — kuchnię, gdzie się odrazu zagospodarował nasz czarny kucharz, stary wyga, nicpoń i pijak, murzyn Mammon ze szczepu Sussu.
Spakowawszy szczelnie nasze duże, bo więcej od tonny ważące bagaże, zakupiwszy żywność na drogę, która ma potrwać 9 — 12 dni, dałem znak do odpłynięcia.
Pięciu półnagich murzynów wzięło w ręce długie drągi bambusowe i zaczęło się odpychać od dna rzeki, szósty siedział przy sterze, a siódmy — „daudà“, czyli kapitan okrętu, drab o żółtym zawoju na głowie i przebiegłej, bezczelnej twarzy, usadowił się na dzióbie szalandy na żelaznej pokrywie otworu, prowadzącego do małego składziku, gdzie „dauda“ miał różne towary dla handlu osobistego. Miał tam orzechy „kola“, tytoń, mydło, parę kawałków tkanin, papierosy i zapałki.
Pyszna to była postać ten „dauda“ z Nigru!
Żona moja przezwała go „admirałem na tacy“, bo rzeczywiście wyglądał z powagi na admirała, a siedział na żelaznej tacy, pokrywającej lukę na dzióbie szalandy.
Z tajemniczą miną „dauda“ poinformował mnie, że jest najlepszym pilotem na cały Niger, że zna go, jak własną kieszeń, że mogę niczego się nie obawiać.
Coprawda, to wcale się wogóle nie obawiałem, ale wkrótce zacząłem drżeć, że ten „admirał-dauda“, bezczelny blagier, zatopi nas.
Stało się to już na czwarty dzień naszej wodnej podróży. Niger stał się szerszy, a w niektórych miejscach falował i pienił się, mknąc w szalonym pędzie w kamiennem łożysku.
— Kamienie? — zapytałem „daudy“.
— Dużo kamieni! — odparł radosnym głosem. — Lecz ja tu każden kamień znam!
Miał stary wyga rację! Znał każden kamień, bo na każden kierował naszą szalandę, przewalał się przez niego lub „siadał“ tak mocno, że dopiero po półgodzinie mogliśmy się z niego zerwać.
Dużo krwi popsuł mi ten „dauda“, bo, chociaż byłem po raz pierwszy na Nigrze, ręczę, że o 75% mniej razy wpadłbym na kamienie.
Nasz „admirał na tacy“ był prawowitym muzułmaninem, modlił się więc pięć razy na dzień, podkładając w tych wypadkach pod siebie skórę baranią; nosił pod „bubu“, czyli szatą, Koran, zawieszony na szyi; ciągle mruczał 99 rytualnych tytułów Allacha i kręcił między palcami paciorki różańca muzułmańskiego. „Dauda“ nic nie pił, nie palił, jadł tylko „kola“, lecz oczy mu czasem błyszczały dziwnie, a wtedy właśnie prowadził naszą szalandę na największy prąd lub na kamienie.
Nie myślę, żeby „admirał“ miał zamiar utopić „niewiernych“, raczej — był on nałogowcem. Raz przyłapałem go, gdy nabijał sobie nos drobnym szarym proszkiem. Znam go z Maroka i Algeru. Jest to „kif“, czyli haszysz arabskiej fabrykacji. Upaja to i pozbawia przytomności.
Jeśli administracja francuska nie pozbawi „daudy“ tytułu pilota, wtedy niema wątpliwości, że zczasem uda mu się utopić „Djenné“ i „Sikasso“ — te dwie miłe szalandy, któremi płynęliśmy Nigrem.
Jednak podróż ta była bardzo interesująca i przyjemna, co oceniła należycie nawet nasza piąta towarzyszka podróży, szympansica „Kaśka“, która urosła i nabrała wielkiej odwagi żeglarskiej, co jej się przyda, gdy popłynie oceanem do Europy.
Niger wnet za Kurussą staje się znacznie szerszy i w wielu miejscach, chociaż to jest pora sucha, ma więcej od kilometra od brzegu do brzegu. Dolinę rzeki obliczyć można na kilka kilometrów, wyraźnie odznaczoną urwistemi brzegami, uciętemi przez prąd w miękkich, osypujących się pokładach geologicznych, oraz drzewami o korzeniach, podmywanych przez rzekę, i o pochylonych, żałośnie opadających konarach. W wielu miejscach Niger tworzy całe archipelagi większych i mniejszych wysepek, a wtedy rozbija się na oddzielne odnogi i łożyska.
Olbrzymie ławice piaszczyste, nagie, żółte mielizny ciągną się środkiem rzeki lub wcinają się weń od niskich, piaszczystych brzegów.
Za Kurussą brzegi na wielkiej przestrzeni pokryte są lasami, lecz one wkrótce znikają, raczej zbliżają się i grupują tuż nad brzegami, za niemi zaś stoi murem dżungla wysokich traw i kolczastych krzaków.
Zaledwie gdzie niegdzie wybuja wysoko pozbawiony o tej porze roku liści olbrzymi baobab lub cieszy wzrok nagle drzewo kapokowe o kwiatach do krwawego rostbefu podobnych.
Brussa jednak dożywa już ostatnich dni.
W nocy stoi nad nią łuna i szaleją szkarłatne złośliwe języki płomieni, w dzień cały horyzont pokrywają obłoki żółtego dymu. Murzyni palą „brussę“ i zdaleka widać stada ptaków, latających w dymie, a nad niemi zawieszone pod obłokami czyhają na trupy ptactwa i drobnych zwierzątek sępy (Gyps Rupelli), jastrzębie, a nawet dumne i śmiałe orły-rybaki (Haliaetus vocifer).
Za Sigiri krajobraz zmienia się zupełnie. Znikają bez śladu pagórki i lasy, a za drzewami, otaczającemi brzegi Nigru, ciągnie się płaszczyzna, coraz częściej piaszczysta.
Nieraz zrywa się wiatr od SE. Znam go z północy Afryki. Tam go Maurowie nazywają „simun“ (Europejczycy — samum lub sirokko), a tu — tornado. W dzień mieliśmy dość znaczne upały, noce zaś nieraz dość zimne. Tajemnicze są te noce afrykańskie!
Niebo czarne, pełne gwiazd, które zwisają, zdaje się, zupełnie nisko. Woda czarna, co chwila wzburzana przez pluskające duże ryby lub stada małych, uciekających od pościgu niewidzialnego wroga.
Brussa stoi nieruchoma, milcząca i zagadkowa. Być może, że czeka, aż szalejący daleko na horyzoncie pożar dojdzie do niej i w mgnieniu oka pochłonie ją bez śladu, pozostawiając tylko trochę węgla i białe plamy popiołów. Może czai w sobie jakichś strasznych drapieżników, skradających się do wodopoju. Przecież tu są lwy, a miauczenie lampartów i gepardów słyszeliśmy nieraz.
Cała przyroda Afryki podzwrotnikowej czyha na człowieka białego. Moskity, niosące zarazki febry; mucha tse-tse, trująca bakterjami sennej choroby; tnące do krwi bąki i drobne muszki; gryzące pająki i stonogi, jaszczurki-taranty, wypuszczające palący i gryzący płyn, jadowite węże i ryby; śmiertelnie trujące rośliny w rodzaju złowrogiej „teli“ (Erythrophleum guinensis), szkodliwa woda i drapieżne zwierzęta, a nadewszystko słońce, palące, nużące, zabijające, — wszystko wrogie jest człowiekowi o białej skórze…
W nocy czyhające zewsząd niebezpieczeństwo staje się więcej namacalnem, wyraźniejszem…
Ta milcząca brussa, te czarne sylwetki drzew, ta nieruchoma woda… Co kryją one poza sobą, czem grożą?
Lecz to nas nie przeraża, bośmy przyjechali, aby poznać ten kraj, aby wywieźć stąd jak najwięcej okazów flory, fauny i jak najwięcej wrażeń, więc wkrótce nakładamy na głowy czapki z lampkami acetylenowemi i zapuszczamy się w morze dżungli.
Od czasu do czasu błysną latające nad trawą czerwone iskierki, to ucieka spłoszona z legowiska antylopa; czasem zapali się jeden tylko świetlny punkcik, to śpiący zając obudził się i podniósł głowę, czujnie nadsłuchując; znacznie rzadziej zapalają się w gęstej trawie lub wśród gęstwiny drzew jarzące, zielone, podłużne ślepia.
Wprawny myśliwy miejscowy odrazu odróżni oczy lamparta od oczu serwala, geparda, tygrysiastej kotki lub ciwety. Zielonym ogniem palą się też oczy drapieżnych, krwiożerczych mangust i genet, tego postrachu na węże, dzikie perliczki, kuropatwy i dropie.
Pada strzał z dubeltówki śrutem, strzał, skierowany w te płonące oczy, i dopiero po chwili myśliwy poznaje, do czego strzelał i co zdobył, czy biedaka-zająca, czy plamistego drapieżnika-lamparta, nocnego bandytę.
Czasem na drzewie lub na ziemi zabłysną oczy nocnego ptaka, naprzykład czteroskrzydłego lelka (Macrodipterys longipennis), sowy, puhacza (Bubu ignavus) i innych.
Myśliwy celuje starannie w te płonące oczy-zagadki; zagadki, — bo nie mówią, do kogo należą, — do niewinnego, bezbronnego ptaka, czy do drapieżnej, plamistej kotki…
W dzień na piaszczystych łachach i na niskich, bagnistych brzegach roi się od ptactwa wodnego.
Strzelaliśmy tu dużo i zebraliśmy wcale pokaźną kolekcję okazów ornitologicznych. Mamy dużo różnych nieznanych nam kulików, pięknych Lobivanellus Senegalensis z żółtemi narościami, opuszczającemi się od dzióba, ibisów, kormoranów, czapli, czubatych żórawi (Balearica coronata) i wreszcie zabitego przez jednego z moich pomocników olbrzymiego bociana (Mycteria Senegalensis), o pięknych czarnych i białych piórach, czerwonych nogach, niestety odciętych kulą z polskiego karabinu, i czerwonym dzióbie z szeroką czarną przepaską na nim.
Na brzeg wychodzą czasem w południe pentady czyli dzikie perliczki i stada kuropatw, a po zachodzie słońca, nad samą wodą, prawie prując ją piersią, lecą sprawne hufce białych czapli (Ardea ibis) — przyjaciół krów, baranów, osłów i… krokodyli.
Krokodyle są tu nazywane „kajmanami“. Jest to oczywista pomyłka, zresztą podkreślona przez kilku francuskich zoologów, wskazujących też, że miejscowego lamparta koloniści sudańscy i gwinejscy niesłusznie nazywają „panterą“.
Gdy w Warszawie pokażę skóry tych „panter“, wszyscy się przekonają, że są to skóry lamparcie. Prawda, że Gwinea i Sudan posiadają dwie odmiany lampartów: jedna — pospolita o jasnej skórze w czarne cętki, druga — znacznie rzadziej spotykana, o skórze mającej rudawe zabarwienie. Ten „czerwony“ lampart jest uważany jako bardziej drapieżny i niebezpieczny nawet dla ludzi.
Powracam jednak do krokodyli. Na wystających z wody kamieniach i na błotnistych, porosłych trawą brzegach rzeki uprawiają południową siestę krokodyle. Rzadko tu spotkać można duże okazy, gdyż wystraszyły je kursujące w sezonie dużej wody statki, a także tubylcze żaglowce, szalandy, pełne plusku drągów, któremi popędzają murzyni swoje łodzie, oraz hałasu i krzyku, tak zwykłego dla czarnych obywateli Sudanu.
Widziałem w ciągu naszej żeglugi na Nigrze trzy krokodyle. Dwa były małe, dochodzące do dwóch metrów, trzeci znacznie większy, bo liczył od 3 1/2 do 4 metrów.
Strzeliłem do jednego małego w chwili, gdy już wchodził do wody, śrutem N. 4 z dubeltówki Coxvell and Harrison. Woda zabarwiła się krwią tego płaza, on zaś, bijąc ogonem, miotał się przez kilka sekund, aż dał nura.
Potem strzeliłem do dużego krokodyla. Widziałem go zdaleka, leżącego na kamieniach, lecz gdy kazałem majtkom szalandy nie pluskać swemi wiosłami, zaczęli na głos krzyczeć, powtarzając jeden drugiemu mój rozkaz. Potwór, leżący na gorących kamieniach, szybko zsunął się do wody, lecz po chwili wynurzył łeb, badając sytuację. Wtedy właśnie wypuściłem kulę z ekspresu Leuego. Trafiłem krokodyla, bo długo miotał się, wyrzucając na powierzchnię rzeki całe ciało, wściekle bił ogonem po wodzie, aż wreszcie zanurzył się i, chociaż stałem blisko pół godziny w tem miejscu, więcej nie wypłynął. Widocznie wtłoczył się pod kamienie lub konary zatopionych drzew i wypłynąłby dopiero po kilkunastu godzinach, a może i wcaleby się nie wynurzył, zaplątany w gałęziach lub w labiryncie podwodnych skał.
Trudne jest polowanie na krokodyla! Trzeba albo zabić go na miejscu, gdy się wygrzewa na brzegu, lub, zraniwszy śmiertelnie, czekać nieraz 2 — 3 dni, aż już rozkładający się wypłynie na powierzchnię wody ze swej ostatniej skrytki.
Niedaleko na wschód od Sigiri widzieliśmy dwa hipopotamy. W cieniu zwisających gałęzi nadbrzeżnych, nad rzeką, od czasu do czasu podnosiła się potworna głowa o wypukłych oczach i, wyrzuciwszy z hałasem wodę z płuc, znikała w głębokich nurtach, których o tej porze roku niedużo znaleźć może władca Nigru — potężny hipopotam.
Nie strzelaliśmy do hipopotamów, bo było za daleko, a oprócz tego z praktyki już wiemy, że strzał karabinowy z kołyszącej się łodzi nigdy nie jest pewny, a raczej zawsze niepewny.
Wogóle należy zauważyć, że strzelanie w Afryce podzwrotnikowej jest nader trudne. Mamiące, jakieś błędne światło, szalone refleksy słoneczne i wreszcie nadzwyczajna żywotność zwierząt i ptaków tworzą ciężkie warunki dla polowania w tych szerokościach.
Opowiem o jednym wypadku z mojej tu praktyki.
Strzeliłem do dużego, białego brodźca, który się zerwał z brzegu piaszczystej łachy na Nigrze. Upadł zraniony. Gdy mi go przyniesiono, dobiłem go, uderzywszy go głową o żelazną burtę szalandy. Po kwadransie spojrzałem na swoją zdobycz, rzuconą na dno łodzi. Mój brodziec stał na obydwu nogach, wyprostowany i nieruchomy, niby czatujący na ryby. Dobiłem go powtórnie. W godzinę później ptak znowu się podniósł i stał, jakgdyby nic mu się nie przytrafiło. Zostawiłem go w spokoju, postanowiwszy oddać go do uśpienia chloroformem swemu preparatorowi, i poszedłem na kolację. Gdy powróciłem po ptaka, nie znalazłem go już w łodzi, — odleciał.
Nieraz podbijałem gęsiom skrzydła, a one biegły przez kilkanaście minut, lecz później zrywały się do lotu i znikały mi z oczu.
A przecież strzelałem ptactwo N. 4 angielskiego śrutu z tak wspaniałej broni, jaką jest dubeltówka Coxwell and Harrison, kaliber 12! Nie dziw więc, że cały arsenał amunicji trzeba wieźć ze sobą do Afryki.
Muszę zaznaczyć bardzo interesujący szczegół ornitologiczny. Za cały czas naszego pływania po Nigrze i po innych rzekach ani razu nie spotkaliśmy znanych w Europie i Azji gatunków gęsi i kaczek. Widocznie jesienne przeloty tych ptaków z Europy odbywają się nie dalej od delty Nilu i północno-zachodniej Afryki.
Spotykane tu gęsi były miejscowego pochodzenia, a mianowicie — dwie odmiany gambijskiej gęsi (Plectropterus Gambensis, Linn.); kaczki należały do rodz. Dendrocycna viduata, L. — mały ptak, nie mający więcej od 40 centymetrów długości. Co się tyczy brodźców, to na terenie zachodniej Afryki podzwrotnikowej spotykałem dużo tych samych gatunków, jakie są dość pospolite w Europie i w środkowym pasie Azji. Naszych prawdziwych bekasów jednak tu nie spotkaliśmy. Bardzo zbliżone do bekasów rodzaje ptactwa są tu bardzo liczne.
Obecnie jestem ze swoją ekspedycją w stolicy francuskiego Sudanu — Bamako. Jest to duże miasto, liczące 30.000 mieszkańców, z panującą nad doliną Nigru górą Kuluba, uwieńczoną wspaniałą rezydencją gubernatora Sudanu. Na dole zgiełk i gwar tubylczego i handlowego miasta, mieszanina ras, szczepów, języków i typów. Obok Sudańczyka-Bambara kroczy drobny, ruchliwy Malinké, a dalej zaleca swoje bydło kudłaty o semickich rysach twarzy Maur z Sahelu, lub rozgląda się bacznie Twareg — koczownik z Sahary, w swoim granatowym burnusie, białym zawoju na głowie i z ustami zasłoniętemi szmatą, broniącą go od wdarcia się do jego wnętrza złych „dżinnów“ — demonów szaleństwa i chorób.
Miasto ma wszystkie cechy dużych ośrodków Sahary. Znikły prawie zupełnie trzcinowe okrągłe chaty, natomiast stoją czerwone, z niepalonej cegły i gliny zbite mury z czarnemi otworami, prowadzącemi do wnętrza dziedzińców, gdzie roją się ciasne lepianki.
Muzułmanie, fetyszyści, mułłowie, czarownicy, fałszywi prorocy i wróżbici — wszystko tu się pomieszało. W imię Allacha prosi o jałmużnę ślepy żebrak; woła wiernych do meczetu muezin; ryczy syrena samochodu Renauld; krzyczą wysoko pod obłokami pięknie ukoronowane żórawie i gorąco, tajemniczo błyska czarnemi oczami naga, silna, do posągu podobna dziewczyna z tatuowaną piersią i brzuchem.
Dzikie tło, a na niem paradoksy cywilizacji: potężna stacja radjotelegraficzna, laboratorjum zootechniczne, szkoła profesjonalna tubylcza i weterynaryjna; piękne budynki, artystyczny pomnik bohaterom wielkiej wojny, ogród zoologiczny, a nad wszystkiem spokojny, przewiewny, nie groźny, lecz zdradzający wielką siłę pałac gubernatora, stojący na szczycie Kuluba.




KRAJ PARADOKSÓW.

Przeszedłem już znaczną część mojej trasy, wykreślonej na podstawie studjowania literatury odnośnej i korespondowania ze znawcami zachodniej podzwrotnikowej Afryki. Trasę tę wykreśliłem sobie na mapie, siedząc przy swojem biurku w Warszawie, i dotychczas nie odstąpiłem od niej.
Już opisałem w poprzednich moich korespondencjach nasz marsz przez góry Futa Dżalon, które pokojową drogą zdobył dla Francji prywatny człowiek, podróżnik śmiały i przedsiębiorczy, hrabia Sandervall; syn jego obecnie procesuje się z rządem francuskim, upominając się o jakieś koncesje w Futa-Dżalon. Opisywałem też naszą podróż rzeką Niger od Kurussy do Bamako, podróż, która z powodu ukąszeń tysiąca moskitów doprowadziła moją żonę do ataku malarji; zresztą, dzięki energicznym zabiegom lekarzy miejscowych, choroba dobiega już końca.
Siedzimy więc tymczasem w Bamako, na szczycie góry Kuluba, gdzie mieści się wspaniała rezydencja gubernatora, który uprzejmie nas tu gości; doprowadzamy do porządku i dopełniamy nasze zbiory przyrodnicze, robimy pomiary antropologiczne murzynów Bambara, Kassonké, Sarrakolé, Malinke, Minianka i Maurów z Sahelu, wyprawiamy część zbiorów, korespondencję i film do Polski, do Francji i do Ameryki, dopełniamy nasze notatki, wywołujemy i drukujemy zdjęcia fotograficzne i — trochę wypoczywamy w warunkach komfortu i cywilizacji.
Niedługo to potrwa, bo jutro jeden z moich pomocników, p. Kamil Giżycki, wyrusza pirogą na Niger na parę dni, aby zgromadzić jak najwięcej ptactwa wodnego do naszych zbiorów, a jeżeli się powiedzie, to i krokodyla ustrzelić. Po nim w dwa dni wyjeżdżam z drugim moim pomocnikiem, p. Jerzym Giżyckim, o 160 km. od Bamako, do Kita, skąd końmi i pieszo udamy się do dżungli, gdzie myśliwi-tubylcy mają nas poprowadzić na tereny niezaludnione. Tam na pograniczu Sahelu pasą się duże antylopy, dzikie bawoły, nawet czasami żyrafy, a wśród krzaków czatują na nie lwy. Bierzemy ze sobą aparaty kinematograficzne i fotograficzne, no i zapas broni i naboi oczywiście. Niestety, żona moja nie może mi towarzyszyć, gdyż, jak już wspomniałem, moskity nigerskie i słońce sudańskie pozostawiły swoje ślady. Żona dostała lekkiej formy malarji i jeszcze bardziej lekkiego porażenia słonecznego. Zmuszona więc jest wypocząć dobrze przed dalszą podróżą.
Tymczasem zwiedzam Bamako i okolice tego miasta, które, jako stolica o 30.000 ludności, zjawiło się dopiero od 5 — 6 lat.
Na brzegu rzeki Niger ciągnie się duża wieś tubylcza, a obok niej dzielnica mieszana, tubylczo-europejska, stylowe biura urzędów, piękny gmach poczty, Soudan-Club, ogród zoologiczny, meczet, budujący się kościół katolicki, szpital, a dalej — stacja radjotelegraficzna, bardzo potężna i technicznie przedstawiająca ostatnie słowo w tej dziedzinie, dzielnica lotnicza i t. d. Wszystko to u stóp Kuluba, na jej zaś szczycie stoi pałac gubernatora i bardzo malownicze gmachy głównych biur administracyjnych. Pięknie utrzymana droga, wykuta w skałach, pełna wiraży, wężowemi sploty otacza górę, wspinając się aż na jej szczyt na przestrzeni 4 km.
Ze szczytu Kuluba widać szarożółtą płaszczyznę z nierównemi kwadratami tubylczych wsi i miasta Bamako z 11 pilonami TSF i niebieską wstęgą rzeki Niger.
Zacząłem zwiedzanie miasta od szkół. Początkowa szkoła dla tubylców — dla chłopców i dziewcząt oddzielnie, szkoła zawodowa i szkoła weterynaryjna — przedstawiają się bardzo poważnie, bo administracja dokłada wszelkich starań, aby swych wychowanków nietylko nauczyć, lecz także przywiązać do cywilizacji i do tych, którzy ją tu przynieśli.
Jedna strona usiłowań personelu pedagogicznego zwróciła na siebie moją uwagę. Otóż robi się tu wszystko, aby podnieść stopień życiowych zapotrzebowań uczniów. Z temi zwiększonemi żądaniami od życia codziennego, z pewnemi nabytemi w szkołach kulturalnemi nawyknieniami, młodzież powróci do swych wsi i tu mimowoli będzie podnosiła poziom potrzeb życiowych swych rodaków, co stanowi jeden z etapów cywilizacyjnych.
Najzdolniejszych uczniów i uczennice administracja szkoły wysyła do „Aten“ zachodniej Afryki francuskiej — do Dakaru, gdzie istnieją bardzo przez generał-gubernatora p. Cardera popierane szkoły dla nauczycieli, lekarzy i akuszerek tubylczych.
Szczególnie uważnie zwiedziłem obszerny, racjonalnie zbudowany gmach szkoły zawodowej, gdzie 250 uczniów murzynów ma stałe mieszkanie, utrzymanie i naukę w ciągu trzech lat.
Wśród pedagogów spotkałem jednego murzyna, bardzo inteligentnego i oczytanego.
Szkoła wypuszcza młodzież, przygotowaną do zajęcia posad w administracji lub handlu, a więc nauczoną buchalterji, daktylografji, telegrafji i korespondencji, lub techników, ślusarzy, kowali, stolarzy, najzupełniej wykwalifikowanych.
Przyzwyczajeni od dzieciństwa do obchodzenia się z ciężkim nożem-siekierą w gospodarstwie domowem, chłopcy-murzyni bardzo zręcznie operują instrumentami europejskiemi i nieszczęśliwych wypadków prawie nigdy nie bywa. Administracja miała dość duże trudności z przyciągnięciem murzynów do pracy z żelazem, ponieważ żelazo w pojęciu muzułmanów jest magiczną substancją, a człowiek, operujący niem, uważany jest za czarownika, otoczony trochę mistycznym lękiem trochę pogardą. W każdym jednak razie kowale w społeczeństwie muzułmańskiem w Afryce, a także wśród Kurdów, jak to zauważyłem podczas moich azjatyckich wypraw, stanowią odrębną kastę, żyjącą w zamknięciu tak dalece, że muzułmanin nie żeni się z córką kowala, Twareg nie będzie bił się z kowalem, a wśród wielu szczepów berberyjskich największą obrazą pozostaje frazes: „Heddad ben Heddad“, co znaczy: „kowal syn kowala“. Niektóre szczepy murzyńskie, naprzykład: Kulangos i Dompagos — uważają kowali za ludzi, związanych pokrewieństwem z podziemnemi potęgami. Duchy, żyjące w głębi ziemi, nauczają kowali, gdzie mają poszukiwać rudy żelaza, i dają im władzę nad twardym, magicznym metalem. Takie wierzenia są zbliżone do wiary w greckiego Hefajsta, boga i patrona kowali.
Ten właśnie przesąd Francuzi zmuszeni byli przełamać i — przełamali, gdyż prawie cała masa ślusarzy i kowali, pracująca we francuskich warsztatach mechanicznych, składa się z murzynów, wychowanków szkół w Dakarze, Bamako, Konakrze i t. d.
Inspektor szkół w Sudanie, p. Assomption, udzielił mi kilku interesujących szczegółów, dotyczących jego wychowanków.
Okazuje się, że dziatwa murzyńska jest nader spokojna, grzeczna i wcale nie psotna, uczy się pilnie i dobrze. Podczas rekreacji uczniowie zasiadają w cieniu i rozmawiają, nie lubią gimnastyki, gdyż, będąc od dzieciństwa w ciągłym kontakcie z naturą, fizycznie są rozwinięci i sztucznego ruchu nie potrzebują.
Zwróciłem uwagę na kajety uczniów. Wszystkie jednakowo czyste, dobrze utrzymane, a zapisane prawie zupełnie jednostajnem pismem. Dowodzi to braku indywidualności. Dziatwa jest bardzo uważna i zdolna do obserwacji i pamięci wzrokowej, co w znacznym stopniu pomaga pedagogom w ich zadaniu. Oko murzyna, powierzchownie pozbawione wyrazu, obojętnie ślizgające się po ludziach i przedmiotach, chwyta jednak wszystkie, nieraz najdrobniejsze szczegóły, ujmuje całkowicie zewnętrzne cechy człowieka, przedmiotu czy zjawiska. Pamięć wzrokowa przytem rozwinięta jest bardzo wysoko, jak zresztą wśród wszystkich ludów o małej kulturze, żyjących ciągle z naturą. Tem się objaśnia, dlaczego murzyni z taką dokładnością i wprawą orjentują się w swej dzikiej dżungli. Dla nich dość jest ujrzeć jakąś przełamaną trzcinę, zburzone gniazdo termitów, kamień przydrożny, aby przypomnieć, że kiedyś już tędy przechodzili i wtedy natychmiast odnajdują potrzebny kierunek.
Z taką samą precyzją zapisują sobie w pamięci formę znaków alfabetu, wygląd przedmiotów dotąd nieznanych, przyrządów fizycznych, instrumentów rzemieślniczych i t. d.
Widziałem w szkole kilka przedmiotów dość skomplikowanych, bardzo starannie i ściśle przez wychowańców-murzynów wykonanych w warsztatach szkolnych.
Uczniowie są zajęci obecnie poważnem, być może poważniejszem niż się wydaje, zadaniem, zainicjowanem przez inspektora szkół sudańskich. Udoskonalają maszynę, która oczyszcza z łuski ziarna prosa miejscowego, odsiewa je i zmienia w kaszę, potrzebną dla przyrządzenia ogólnie tu używanej potrawy „kuskus“.
Zdawałoby się, że nic w tem osobliwego niema, a jednak kto zna wsie murzyńskie, ten widział i nieraz z pewnością się przerażał, obserwując młode i stare kobiety, z wielkim wysiłkiem rozbijające w drewnianych moździerzach zapomocą ciężkich kloców drewnianych proso, rozcierających je potem na kamieniu, przesiewających garść po garści i tak od rana do wieczora, z dnia na dzień. Jest to bodaj najcięższa praca, leżąca na barkach kobiety murzyńskiej. Wprowadzenie na wsi murzyńskiej prostej w użyciu, lekkiej i taniej maszyny byłoby wprost niemal wyzwoleniem kobiety z pod pręgierza ciężkiej pracy, — pracy, która oddawna była przekleństwem i zmorą niewolników.
Rezultaty, dotychczas otrzymane, chociaż dość dobre, lecz jeszcze niewystarczające, dają jednak nadzieję, że zadanie to zostanie rozwiązane pomyślnie.
Mój pomocnik zrobił kilka zdjęć kinematograficznych z życia szkoły, poczem, odprowadzani przez uprzejmych, spokojnych pedagogów, wychodzimy na szeroką malowniczą drogę, biegnącą z miasta Bamako do Kuluba, rezydencji gubernatora, gdzie mamy swoją sztabkwaterę.
Drogą tą kroczą murzynki półnagie lub owinięte w barwne płachty, niosą na głowie koszyki z jedzeniem dla mężów i ojców, pracujących w warsztatach lub przy budowie nowych gmachów; starcy i podlotki dążą z brussy, niosąc ciężkie wiązanki suchych gałęzi lub trawy; żałośnie ryczy jakiś zbłąkany osiołek, a od strony zoologicznego ogrodu odpowiada mu groźnym rykiem niedawny władca dżungli — lew, zamknięty obecnie w żelaznej klatce, przy której ciągle zbierają się tłumnie tubylcy, aby spojrzeć bezpiecznie w żółte ślepia strasznego „pana“; z obu stron drogi zwisają ciemnoczerwone skały; w głębokim wąwozie szemrze potok, a nad nim unosi się biała czereda czapli; gdzieś wysoko niewidzialny dla oka kwili jastrząb.
Gdyby nie piękna, równa jak stół droga automobilowa — zupełnie dziki krajobraz! Lecz tuż za szkołą widzimy bardzo ładny, wesoły, dwupiętrowy gmach. Musimy go zwiedzić, gdyż tu się mieści laboratorjum zootechniczne, przeznaczone do walki z „peste bovine“, a kierowane przez wychowańca Instytutu Pasteura w Paryżu, doktora Curasseau, który pracował w Polsce w dobie wojny, walcząc tam z epidemją.
Laboratorjum zootechniczne, zorganizowane przez gubernatora Sudanu, wyrabia dostateczną ilość surowicy dla walki z epidemją. Choroba ta jest już zwalczona w całej kulturalniejszej części Sudanu, lecz zniszczyć jej całkowicie nie można, gdyż Maurowie z Sahary i tubylcy z dalekich, północnych obwodów Sahelu przypędzają tu swoje bydło, nieraz nową szerząc zarazę.
Laboratorjum jest urządzone bardzo umiejętnie, a trzech lekarzy weterynaryjnych nie szczędzi sił i czasu na uporczywą i owocną pracę teoretyczną i praktyczną.
W celu zwiększenia pomocy weterynaryjnej ludności przy laboratorjum założono szkołę weterynarji dla tubylców; buduje się nowy gmach, aby można było znacznie zwiększyć liczbę uczniów. Tubylczych weterynarzy administracja rozrzuci potem gęstą siecią po całym kraju aż hen! do progu Sahary i wtedy potrafi zabezpieczyć ludność od wielkich nieraz strat, gdy epidemja zaczyna dziesiątkować stada bydła i baranów. Bydło stanowi bogactwo Sudanu. Sudańska rasa byków i krów jest bardzo ładna, mająca cechy rasy kulturalnej.
Obok walki z „peste bovine“ laboratorjum opracowuje sposoby walki z jadowitemi wężami, szczególnie z czarnym wężem „naja“, który jest afrykańską odmianą okularnika indyjskiego. Ten wąż, oprócz bardzo niebezpiecznego ugryzienia, nieraz pluje w oczy swej ofierze, dlatego też Francuzi sudańscy nazywają go „serpent cracheur“. Ślina węża nie jest bardzo niebezpieczna, lecz w każdym razie jadowita, gdyż u człowieka wywołuje zapalenie błony śluzowej oczu; lekarze laboratorjum nieraz to na samych sobie doświadczyli.
Błąkając się trzy dni temu w górach, otaczających Bamako, spotkałem tego węża i przygotowałem się do schwytania go, lecz mi umknął w zwalisku kamieni i wypłoszyć go stamtąd nie mogłem.
Następnego dnia gubernator zaznajomił mnie z inżynierem E. Belime, jednym z twórców olbrzymiego dzieła, dokonywanego obecnie w Sudanie.
Dolina rzeki Niger, częściowo zalewana w porze deszczowej przez rzekę, częściowo niezalewana, była bardzo starannie w ciągu szeregu lat studjowana przez specjalistów. Wreszcie wszystkie dokonane prace złożyły się na jeden wielki program ekonomiczny, t. zw. „program Carde’a“. Jest to program irygacji doliny średniego Nigru w celu rozwoju oddawna tu istniejącej kultury bawełny. Prace są już w toku i pierwszy kanał, który się zaczyna od Bamako i kieruje się ku Segu, za trzy lata będzie skończony.
Nie potrzeba wyjaśniać, jaką korzyść otrzyma Francja dla swego rynku przemysłowego, posiadając znaczne zapasy własnej bawełny, lecz niezawodnie jeszcze większa korzyść będzie osiągnięta z chwilą, gdy sieć irygacji obejmie znaczne obszary kultury rolnej tubylców, co podniesie ich dobrobyt i zachęci na skutek dobrych dochodów do większej jeszcze pracowitości i przedsiębiorczości; od tego zależeć będzie dalszy szybki rozwój tak bogatej kolonji, jaką jest Sudan francuski.
Otóż wraz z p. Belime zwiedziłem roboty, prowadzone w okolicach Bamako. Kanał zaczyna się w tem miejscu, gdzie prąd rzeki Niger przegradza ściana skalna, przecięta w kilku miejscach wąskiemi strugami mknącej w szalonym biegu rzeki. Tu się właściwie kończy droga nawigacyjna i z tego powodu administracja musiała obejść zapomocą kolei to niedogodne miejsce, przeciągając linję kolei Dakar-Bamako o 60 km dalej do Kolikoro, skąd statki mogą kursować dalej, aż do Timbuktu i niżej.
Kanał, budujący się obecnie, otwiera drogę statkom i krypom bezpośrednio, co zmniejszy wydatki transportowe. Żeby ułatwić dostęp towarów (bawełny, orzechów arachidowych, prosa i t.d.) do przystani kanału, przez przegradzające Niger skały będzie przerzucona droga cementowa z potężnemi mostami żelazobetonowemi. Droga ta zniknie pod wodą w porze deszczowej, gdy zresztą ruch towarowy zamiera, a będzie czynną przez resztę czasu. Droga ta połączy wszystkie wielkie arterje, któremi odbywa się ruch konny i karawanowy.
250 metrów skały oddziela obecnie początek kanału od Nigru, na odcinku prawego brzegu rzeki w okolicach Bamako, które stoi na lewym brzegu.
Zwiedzając roboty budowlane przy kanale, już wyłaniające się wspaniałe drogi automobilowe po brzegach kanału i głębokie koryto nowej arterji dobrobytu Sudanu, znowu, jak wszędzie tu, rzuciły mi się w oczy paradoksy…
Potężny projekt administratorów, pomysłowość inżynierów, tysiące robotników i myśl europejska, na każdym kroku widzialna, a obok brussa spalona, wyrąbana, stadka wodnego ptactwa, czarne ciała żon i córek robotników, pochylone nad moździerzami z prosem, przy ogniskach nad sporządzeniem strawy; na suchem już, skamieniałem niemal błocie, stanowiącem dno Nigru podczas rozlewu rzeki, widzę ślady dziesiątków olbrzymich hipopotamów, które tu się niegdyś gromadziły i prowadziły spokojny żywot, a które od tej chwili nigdy tu już nie powrócą, nigdy!…
Myśl podróżnika i myśliwego w tej chwili nabiera odcienia smutku i mimowolnego żalu, lecz po chwili skłania się przed genjuszem białej rasy, genjuszem, który z chwilą śmierci egoistycznej ideologji współczesnej mógłby zabezpieczyć całej ludzkości pokój i szczęście… Lecz… kiedyż nastąpią te czasy? Kiedyż przyjdzie ten złoty wiek, kiedy panować będzie wszechwładna, jedyna dla wszystkich moralność, tak doszczętnie teraz zapomniana, pogardzona, odrzucona dla interesów i płonnej nadziei osobistego dobrobytu jednostek i egoistycznych ugrupowań państwowych? Kiedyż zapomną ludy szatańską etykę Nietzschego, który ze zwierzęcą brutalnością i bezczelnością wygłosił formułę: „Popchnij słabszego“?
Lecz dość tych pytań! Wszak wczoraj jeszcze czytałem dość świeże ostatnie dzienniki i wykrzyknąłem w rozpaczy:
„Wolę prażyć się przez całe życie pod złowieszczem słońcem tropikalnej Afryki, wolę być zjadanym przez moskity, termity i gryzące muchy; wolę chorować na febrę i dyzenterję; wolę znosić wszelkie trudy i niebezpieczeństwa, aby nie widzieć tego obłędu Europy, wpadającej w stan nieuleczalnego marazmu, na którym jak ohydne grzyby na gnijącem drzewie wyrastają bolszewizm, egoizm i niemoralność osobista i społeczna“!
Dość tego! Powróćmy do paradoksów…
Przez dżunglę i zarośla Sudanu, jak wszędzie tu, przebiegają znachorzy i czarownicy, szukający leczniczych tajemnych traw i ziół. Lecz febra, lues, wola (opuchanie glandula thiroidea), słoniowa choroba (elephantiasis), niezwykłe rozrastanie kości nosa, czoła i setki innych chorób grasowały tu. Teraz są już one ujęte w karby. Lekarze i szpitale pracują usilnie, badając charakter i przebieg tych chorób w klimatycznych warunkach kraju i walczą coraz energiczniej i owocniej. Ludność ma zaufanie do medycyny białych ludzi, już zna „ceiture d’idiot“ (co ma oznaczać teinture d’iode), „ripatation“, czyli „iodure de potassium“, różne surowice, szczepienie ospy i inne rzeczy z praktyki leczniczej.
Wdziera się nauka i technika białej rasy coraz głębiej w brussę afrykańską, a potrafiła zadziwić, lecz nie nastraszyć tubylców. To też murzyni coraz częściej pobłażliwie uśmiechają się na widok rozwiewającej się nad jakimś domem tubylczym białej flagi — oznaki mieszkania znachora, i garną się pod skrzydła lekarzy europejskich, mając szczególne zaufanie do chirurgów, bo oni niosą uzdrowienie natychmiastowe, niemal magiczne.
Nauka europejska wdziera się do dżungli sudańskiej…
A ta dżungla z rozrzuconemi po niej małemi wioskami murzyńskiemi, polami bawełny, prosa, kukurydzy, orzechów arachidowych, dających wspaniałe urodzaje, jest tak dzika i tak dziewicza, że słowo „nauka“, „technika“, wśród tych wyschłych traw, bambusów i drzew najprzeróżniejszych, wydaje się czemś bardzo dziwnem, zupełnie obcem.
Bo i cóż bardziej dziwnego spotkać tu można od weterynarza, przecinającego brussę dla walki z epidemją; od lekarza, wiozącego surowicę rockfellerowską dla obwodu, nawiedzonego przez żółtą febrę; od inspektora oświaty, zwiedzającego szkoły w Sahelu, lub od lotnika, lecącego nad dżunglą z pocztą od Dakaru przez Bamako, Tombuktu do Zinderu, leżącego pomiędzy Nigrem a jeziorem Czad!
Dziwne to i niezwykłe widowisko!
Dziwne, gdyż ludzie ci przecinają w dżungli ścieżki, wydeptane przez antylopy i hipopotamy, a poznaczone śladami pazurów lwów, lampartów i mniejszych drapieżników, kryjących się w oceanie dżungli…




W PEŁNEJ BRUSSIE.

Wyruszyłem z operatorem kinematograficznym na daleką wyprawę na północ Sudanu. Pociągiem dojechaliśmy do stacji Kita, gdzie miejscowy administrator otrzymał zlecenie gubernatora zorganizowania dla nas polowania. W międzyczasie, gdy trwały przygotowania, a mianowicie sprowadzenie dwudziestu porterów dla noszenia naszych bagaży, wynajęcie koni wierzchowych, naprawa siodeł, zakup prowjantów i wyszukanie przewodnika-myśliwego — zwiedzaliśmy Kita. Jest to duża osada, zaludniona przez murzynów Bambara i Malinké, rolników, trudniących się kulturą bawełny, prosa, orzechów arachidowych i „patatów“. Przy osadzie i punkcie administracyjnym obrały sobie siedzibę dwie instytucje religijne: misje „białych ojców“ i „sióstr misjonarek“. Krzewią ci skromni, pracowici ludzie chrześcijaństwo wśród murzynów i w niedziele i święta mały kościółek w Kita bywa przepełniony neofitami, z zapałem śpiewającymi pieśni łacińskie. Trzeba jednak zauważyć, że chrześcijaństwo zupełnie nie ma powodzenia wśród muzułmanów i tylko fetyszyści dają się nawrócić dość łatwo. Przy misjach istnieją szkółki dla dzieci i warsztat tkacki, gdzie małe dziewczynki robią bardzo piękne dywany i poduszki z wełny, przywożonej z Tombuktu, a malowanej farbami z tubylczych indygo i barwnej kory prosa oraz ozdobionej rysunkami pomysłu Malinké.
Spokojne, pogodzone z życiem, poważne twarze misjonarzy i misjonarek wywierają bardzo przyjemne wrażenie, a ich pracowite, skromne życie i obyczaje działają na wyobraźnię ludności. Widziałem tu jedną siostrę, która od 26 lat nie opuszcza Sudanu, konno przecina dżunglę, odwiedza wioski, gdzie mieszkają czarni chrześcijanie, pomaga chorym i dzieciom i niesie słowa pociechy i otuchy.
Mnisi czynią to samo. Są to dzielni, silni i odważni ludzie, wśród których nieraz spotkać można przedstawicieli starej arystokracji francuskiej. Z karabinami na plecach wdzierają się oni coraz to głębiej do brussy afrykańskiej i głoszą naukę Chrystusową, nikogo do słuchania nie zmuszając, lecz zniewalając ku temu własnym przykładem i dobremi czynami, przywiązującemi do nich serca tubylców. Strzelają po drodze biali ojcowie zwierzynę na pokarm dla siebie i ścigają zawzięcie wrogów ludności — lamparty, dzikie koty i małpy.
Przeor opowiadał mi, że przed tygodniem, jadąc przez brussę, widział bardzo podniecającą scenę. Na stokach góry pod palącem słońcem rozgościło się duże stado największych szkodników — czerwonobrunatnych małp, tych bezczelnych rabusiów o bolszewickiej, burzycielskiej psychologji. Przeor zeskoczył z konia i z karabinem w ręku zaczął się skradać ku stadu, gdy nagle z poza skał wypadł lampart i rzucił się na małpy. Kilku uderzeniami potężnych łap drapieżnik zabił sześć małp, lecz, ujrzawszy człowieka, znikł jak widmo śmierci. Wszystko to odbyło się o jakieś 30 metrów od przeora, który stał się mimowolnym świadkiem dramatu dżungli afrykańskiej.
Mnisi i mniszki przyjmowali nas bardzo gościnnie, a że był upał znaczny, poczęstowali nas piwem z prosa, zimnem i smacznem. Był tu wśród nich podobno jeden Polak, lecz nie mógł znieść klimatu tej części Sudanu i opuścił kraj i zakon przed paru laty.
Nareszcie zjawił się oczekiwany przez nas myśliwy, podejmujący się być naszym przewodnikiem w dżungli.
Nazywał się on Faramusa Keita. Średniego wzrostu, muskularny, o bezczelnej twarzy, nieruchomych, szeroko rozwartych oczach i przenikliwem, bystrem spojrzeniu — nie wzbudzał Keita żadnej do siebie sympatji. Ponieważ bardzo nam chodziło o spotkanie się z hipopotamem, obiecał nam, że pokaże nam je, gdyż zna miejsce ich kryjówek w rzece Baulé.
Tegoż dnia konno wyjechaliśmy na północ.
Towarzyszył nam syn administratora, bardzo sympatyczny, wesoły młody człowiek, p. Georges Bouys, z całym etatem służby i kucharzem, boyem i małym paziem-murzynkiem, ubranym w pyjamę i biegnącym za koniem p. Bouysa, trzymając się za ogon wierzchowca. Był to mały griot-baśniarz, pieśniarz i tancerz, imieniem Delimané.
Konie były dobre, siodła dość wygodne, więc szybko posuwaliśmy się naprzód, pomni jednak na to, że nasze bagaże kołysały się na głowach maszerujących murzynów.
120 km przebyliśmy w ciągu trzech dni, nocując po wsiach, noszących bardzo niełatwe do wymówienia nazwy: Buduto, Badimarana, Sandianbugu.
Po wsiach wszędzie roiło się od Maurów, którzy ze swemi osłami przybywali tu z południowych obwodów Sahary, aby zabrać od murzynów urodzaj orzechów arachidowych i zwieźć go do składów kupców europejskich w Kita i Bamako.
Biblijne postacie Maurów wyróżniały się wśród murzynów, a wzajemna pogarda dwóch odmiennych ras przebijała z każdego słowa, z każdego rzutu oka.
Wieczorem na noclegach mały Delimané opowiadał swym dziecinnym głosem gadki swego szczepu, a młody p. Bouys, znający gruntownie język Bambara, wtórował mu, wywołując wśród tłoczących się dokoła murzynów wybuchy śmiechu.
Za wsią Sandianbugu o jakie 50 km przepływa rzeka Baulé, a za nią aż hen! do obwodu Nioro odłogiem leży szczera, dzika, niezaludniona dżungla.
Na brzegu rzeki, w cieniu olbrzymiego drzewa, owiniętego kauczukowemi lianami, urządziliśmy swój obóz myśliwski, składający się z naszego namiotu i naprędce skleconego przez tubylców szałasu dla p. Bouysa.
Po założeniu obozu nazajutrz wyruszyliśmy na polowanie.
Za Baulé rozciąga się olbrzymia płaszczyzna, przecięta niedługiemi łańcuchami rozpadających się już skał. Białych ludzi tu podobno jeszcze nigdy nie było.
Wysoką, suchą trawę dżungli przecinają setki ścieżek, wydeptanych przez zwierzęta: antylopy i dziki. Ciągle spotykamy świeże ślady tych zwierząt, a w jednem miejscu ujrzeliśmy ślad żyrafy — niestety — stary, zeszłoroczny ślad.
Rozglądamy się uważnie na różne strony, wypatrując zdobyczy, lecz jakoś nie widzimy jej. Właściwie widzimy, lecz są to małe czerwone antylopy i od czasu do czasu — dropie. Nie strzelamy do tego „drobiazgu“, bo mamy obiecane duże antylopy. Jednak za nami idzie około dziesięciu tubylców, niosących aparaty kinematograficzne oraz zapasową broń. Robią oni sporo hałasu i czujne antylopy słyszą nas zdaleka. Rozdzielamy się więc i rozpraszamy się na różne strony.
W pół godziny później idący ze mną myśliwy-murzyn nagle się zatrzymuje i wskazuje palcem przed siebie.
Widzę, jak przez gęstą wysoką brussę do ciemnych widm podobne przemknęły dwie końskie antylopy, ogromne, większe od mułów, o pięknych rogach. Były to tak zwane Bubalis maior. O strzelaniu niepodobna było myśleć, bo widma te przemknęły i znikły. Szedłem ich śladami i przez dobre dwie godziny tropiłem je, lecz odbiegły daleko.
Strzelaliśmy później pasiaste antylopy „minnan“ (Tragelaphus scriptus), małe antylopy, dzikie perliczki i kuropatwy, a wcale niezła z tego uformowała się kupa.
Było dość jedzenia i dla nas i dla naszych murzynów, a ci to mają apetyty!
Jeszcze na murzynów Bambara, wyznających islam, jest jakaś rada. Mianowicie nie jedzą mięsa zwierza i ptaka, o ile przed śmiercią myśliwy nie przerznął mu gardła, obróciwszy zranione zwierzę na wschód i wymówiwszy sakramentalne „Bismillach“. Nasi zaś Bambara są fetyszystami, więc nic ich nie wstrzymuje i pożerają wszystko, nic od zabitej sztuki nie pozostawiając.
Przypomniały mi się na Baulé mongolskie moje czasy. Dobrze i obficie zajadają Mongołowie, lecz murzyni więcej mi zaimponowali, bo mieli apetyt krokodyla, zęby lwa, żarłoczność pantery, żołądki hipopotama, siłę trawienia strusia. Może też z tego właśnie powodu obierają oni swymi „totemami“, czyli protoplastami, te właśnie zwierzęta?
Przez sześć dni polowaliśmy w brussie za Baulé ale, jak już wspomniałem, głównym naszym celem było polowanie na hipopotamy.
Zupełnie świeżych śladów tych potworów spotykaliśmy na brzegach Baulé coniemiara. Całe ścieżki, podobne raczej do głębokich rowów, szły od rzeki w głąb brussy, dokąd wędrują po nocy hipopotamy na paszę.
Zdziwiło nas to narazie ogromnie, gdyż rzeka w tym okresie roku była prawie wyschnięta, płynęła wąskiemi potokami wśród kamieni łożyska i zaledwie w paru miejscach miała głębszy nurt. Tu właśnie trzymały się olbrzymy, poszukiwane przez nas.
Tak myśleliśmy, lecz zapytany o to nasz główny tropiciel — bezczelny drab — Faramusa Keita energicznie temu zaprzeczył i wszelkiemi sposobami starał się nas od rzeki odprowadzić, kusząc nas polowaniem na duże antylopy. Gdy jednak nastawaliśmy na wskazanie nam miejsca, gdzie przebywają o tej porze roku hipopotamy, oznajmił, że w tem polowaniu żadnego udziału brać nie może, gdyż „mali“ czyli hipopotam, jest jego „totemem“ — przodkiem w prostej linji!
Wściekli byliśmy na tego draba bez sumienia i czci.
O, niech żaden myśliwy nie bierze sobie za przewodnika Faramusa Keita!
Jest to jedyna zemsta, jakiej dokonać mogę na tym murzynie z rodu hipopotamów.
Kazałem mu więc iść do obozu, ja zaś z operatorem poszliśmy brzegiem Baulé, wypatrując hipopotamy.
Pierwszy go dojrzał operator, gdy potwór z pluskiem wynurzył głowę z wody i z głośnem parsknięciem wyrzucił z potężnej piersi wodę.
Zaczęliśmy skradać się do niego, chodziło nam bowiem nie tyle o strzał do niego, ile o sfilmowanie potwora. Po pewnym czasie hipopotam znowu się wynurzył, lecz idących z aparatami murzynów nigdzie znaleźć nie mogliśmy. Nie było nic innego do wyboru, jak tylko strzelać. W tej właśnie chwili nasi murzyni z przeciwległego brzegu zaczęli krzyczeć i z hałasem przedzierać się przez gęste krzaki. Hipopotam długo się nie wynurzał, a gdy się zjawił, to z taką szybkością znowu zniknął pod wodą, że kula operatora plusnęła tuż nad nim, niestety, za późno.
Próżno czekaliśmy na niego, już się nie pokazywał więcej. Widocznie, dnem łożyska powędrował dalej i, wystawiwszy tylko chrapy z wody, czekał, aż odejdziemy.
W tym właśnie czasie przybiegł jeden z murzynów i oznajmił nam, że hipopotam wyszedł na brzeg i skierował się do brussy. Było to niesłychanie kurtuazyjne zachowanie się hipopotama, gdyż na twardej ziemi dalibyśmy mu z pewnością radę i z naszym aparatem kinematograficznym i z karabinem.
Jak szaleni, przebrnęliśmy rzekę na drugą stronę i popędziliśmy w brussę. Odrazu zdziwiła nas ta okoliczność, że aczkolwiek ślady były świeże, jednak ani razu nie ujrzeliśmy nawet kropli wody, która przecież powinna była ściekać z cielska zwierza. Uspokoiliśmy siebie tem, że z pewnością przy +48° C woda wyschła bardzo prędko. Daleko odeszliśmy od rzeki, zagłębiwszy się do dżungli, lecz hipopotama ani słychać, ani widać! Czyżby mógł odejść tak daleko?
Gdy łamaliśmy sobie nad tem głowy, nagle zjawił się Delimané, mówiący trochę po francusku. Z jego pomocą zaczęliśmy badać murzyna. Okazało się, że Faramusa Keita posłał go, aby nam pokazał, dokąd chodzi hipopotam na żer. Wściekli na intryganta-murzyna powróciliśmy do Baulé, przeszliśmy wzdłuż całej głębokiej części jej, prawym brzegiem — ja, lewym — operator. Nagle zdaleka ujrzałem wynurzający się łeb potwora, głośne parsknięcie i plusk. Pobiegłem w tamtą stronę, skacząc przez kamienie i grząskie odnogi rzeki, wpadłem do wody, a raz to nawet z głową się zanurzyłem i zamoczyłem karabin swój tak, iż byłem zmuszony wylewać wodę z lufy.
Długo skradałem się, mokry i zły, wściekle cięty przez moskity i tse-tse, brzegiem Baulé, lecz hipopotam parsknął gdzieś tam jeszcze i — od tej chwili już go nie słyszałem. Tymczasem słońce już zapadać zaczęło za horyzont, więc zmuszeni byliśmy odnaleźć swoje konie i powracać do obozu.
Wieczorem, siedząc w namiocie, zrozumieliśmy swój błąd, którego dopuściliśmy się w tej wyprawie. Nasi murzyni zapalili szereg ognisk, śpiewali i hałasowali do późnej nocy. Musieli oni wystraszyć zwierzynę.
Następnego dnia podszedłem w dżungli stado antylop końskich. Zdawało się, że te pasły się najspokojniej w świecie. Obszedłem je zdaleka i czołgałem się ku nim w trawie powoli, bez najmniejszego hałasu, bo znam tę sztukę myśliwską z czasów moich częstych polowań na jelenie na Syberji. Podług moich obliczeń musiałem być od stada o jakieś 80 — 100 metrów. Już chciałem podnieść głowę z trawy, aby wyjrzeć, gdy idący za mną murzyni, którym kazałem pozostać w ukryciu, zaczęli dość głośno rozmawiać. Wyjrzałem z trawy — stado znikło bez śladu. Nigdzie go znaleźć nie mogłem; odbiegło daleko, czego nigdyby nie uczyniło, gdyby już przedtem nie było spłoszone nocnemi krzykami naszych ludzi.
Zemsty swej za to niepowodzenie dokonałem na stadzie małych antylop, za któremi szedłem długo, podchodząc je kilkakrotnie z dobrym skutkiem.
Operator mój był szczęśliwszy ode mnie, bo chociaż nic nie zabił, jednak udało mu się wypatrzeć w brussie fakoszera czyli dzika afrykańskiego, o potwornej głowie z narościami pod oczami i potężnemi, krzywemi kłami. Wypatrzywszy, ustawił aparat w chwili, gdy nie podejrzewający takiej niedyskrecji fakoszer spokojnie wysunął się z wysokiej trawy, zdążył go sfotografować zbliska, a potem sfilmować.
Nastraszony warkotem korby aparatu fakoszer pomknął w stronę młodego p. Bouys’a, który z karabinu Lebel położył go trupem.
Tegoż dnia zdobyliśmy antylopę „minnan“, nazywaną po łacinie „Tragelaphus scriptus“, a po angielsku „harnessed antilope“, z białemi, przecinającemi się wzajemnie pręgami na bokach i ostremi, skręconemi rogami.
Wnet po kolacji, korzystając z ciemnej nocy, wybraliśmy się na polowanie z lampami acetylenowemi, umocowanemi na naszych hełmach. Jest to najlepsze polowanie na drapieżniki.
Przekroczywszy kamieniste łożysko Baule, zanurzyliśmy się w brussę. Szliśmy, mając ze sobą po jednym murzynie.
Cicha, zaczajona dżungla, to zbiorowisko wysokiej, suchej trawy, krzaków i drzew, milczała. Ciemny, prawie czarny namiot nieba, z połyskującemi gwiazdami, nisko zwisał nad dżunglą, a pomiędzy milczącą ziemią a tajemniczem niebem na niewidzialnych skrzydłach szybowała cisza zagadkowa. To wrażenie trwało jednak bardzo krótko, bo za chwilę w trawie zapaliły się jak dwa płomyki zielone ślepia, gdy się spotkały z pasmem światła, odrzuconego przez reflektor lampy. Cicho stąpa myśliwy w miękkich trzewikach, nie wypuszczając jarzących się źrenic z ogarniętej światłem przestrzeni, a przejęty myślą, do czego będzie strzelał? Pytanie to jest dość ekscytujące, bo w ręku ma się tylko dubeltówkę śrutową, nabitą coprawda lotkami, lecz przy spotkaniu się ze lwem lub panterą tego naboju może być za mało…
Lecz niema wyboru! Jeszcze kilka kroków; zielone źrenice płoną coraz jaśniej, jednak konturów ciała zwierza nie widać. Myśliwy mierzy poniżej tych pałających oczu, strzela i biegnie w kierunku strzału, aby dobić zranione zwierzę w razie potrzeby.
W ten sposób zdobyliśmy kilka dzikich kotów, cywet i drobniejszych od nich — genet.
Od czasu do czasu migały w trawie czerwone ogniki. Były to małe antylopy, do których jednak z powodów sportowych nie strzelaliśmy. Raz jeden tylko miałem podczas tego nocnego polowania emocję. Przede mną woddali zapaliły się czerwonym ogniem czyjeś oczy, niby dwie lampki elektryczne, i zaczęły przebiegać z miejsca na miejsce. Ścigałem te ogniki zawzięcie, aż wzbiły się wysoko ponad ziemię. Zrozumiałem, że ścigane zwierzę wdrapało się na drzewo. Co to mogło być? Takie potężne błyski, takie ogromne źrenice, ucieczka na drzewo? Nic innego, tylko lampart!
Wkładam do luf najgrubsze lotki i idę dalej. Obok ściganej pary ślepi nagle zjawia się druga, trzecia i czwarta. Czarne drzewo wydaje się być obwieszone lampjonami!
Podchodzę pod drzewo i wyglądam zdobyczy. O jakie pięć metrów nade mną, całe oświetlone moim projektorem, zjawia się małe zwierzątko o szarem, do szenszyli podobnem futerku, długim ogonku, uszach nietoperza i olbrzymich płonących oczach. Mały potworek patrzy, olśniony blaskiem lampki, lecz wkrótce się uspokaja i ogryza korę drzewa.
Zaczynam pogwizdywać zcicha i ostrożnie stukać kolbą o pień drzewa. Zwierzątko, pełne ciekawości, zsuwa się niżej i przygląda mi się ze zdziwieniem, nie widząc mnie poza zasłoną światła. Ja zaś je widzę dobrze. Jest podobne do wiewiórki, tylko ogonek ma nie tak puszysty, posiada duże uszy i niezwykle wielkie oczy. Nie znam łacińskiej nazwy tego zwierzątka. Europejscy myśliwi twierdzą, że należy ono do rodziny lemurów, murzyni — Bambara nazywają je „pantoná“. W książce p. Maclaud[7] nie znalazłem opisu tego zabawnego zwierzątka, natomiast podaje on wiadomość, że w tej części Afryki spotkać można dwie odmiany lemurydów: Galago Senegalensis i Galago Demidoffi.
Błąkając się po brussie, natrafiliśmy na ślady dużego kota. Prowadziły one w stronę niewysokich skalistych pagórków, odległych o jakie dwa kilometry od naszego obozu.
Postanowiliśmy zapolować na tego drapieżnika.
Wziąwszy ze sobą kilku murzynów, którzy nieśli aparaty kinematograficzne, skierowaliśmy się pewnego dnia w stronę skał. Skały były oddzielone od brussy gęstemi zaroślami kłujących krzaków i dużemi drzewami. Z wielkim trudem, rozdzierając sobie do krwi twarze i ręce, torowaliśmy sobie drogę przez chaszcze. Wreszcie stanęliśmy przed nagiemi, ponuremi skałami. Prześliznęliśmy się przez ostatnie zarośla i ujrzeliśmy głęboką szczelinę w skałach. Niemiły, ostry zapach dużego kota uderzył powonienie. Na piasku wyraźnie widniały odbite ślady potężnych łap. Olbrzymie, cyklopiczne schody z głazów prowadziły do szczeliny, która u góry rozszerzała się w jaskinię, ukrytą za kamieniami i zwałami skał. Na jednym z głazów leżały niedojedzone resztki dużej antylopy. Nie wątpiliśmy, że ujrzymy wkrótce drapieżnika. Zaczęliśmy się więc ustawiać.
Mój operator zmontował swój kinoaparat, o który oparł karabin Mausera, stanąwszy naprzeciwko szczeliny. Ja ulokowałem się o jakieś dziesięć kroków od niego, stanąwszy w miejscu najdogodniejszem do strzału. Młody Bouys z jednym z murzynów wdrapał się na szczyt skały i, stanąwszy nad otworem, prowadzącym do jaskini, przygotował się do ciskania nadół kamieni, aby wystraszyć jej mieszkańców. Murzynów naszych i sławetnego Faramusa Keita postawiliśmy zboku za skałami, aby pierwszy atak nie był na nich skierowany.
Przy nas pozostał tylko boy, sympatyczny i usłużny młodzieniec.
Na dany sygnał p. Bouys rozpoczął bombardowanie jaskini. Głucho uderzały o jej dno staczające się kamienie i z warkotem biegły dalej, lecz lampart nie wychodził.
— Będę rzucał zapaloną trawę! — krzyknął nam ze szczytu skały p. Bouys, lecz po chwili, gdy już trzymał pęk płonącej słomy, zawołał:
— Widzę lwicę z dwoma małemi!
Sytuacja stawała się coraz bardziej zajmującą!
Lecz gdy murzyni posłyszeli te słowa, znikli bez śladu, jak kamfora; na ich czele zmykał Faramusa Keita. Z nami pozostał tylko boy. Stał niewzruszony, spokojny i gryzł orzechy arachidowe.
Odważny był to murzyn. W parę dni później przypadkowo dowiedziałem się, że odbywał w tym czasie więzienie za jakąś zbrodnię. Widocznie odważny boy nic nie miał do stracenia i przekładał pazury lamparta czy lwa nad więzienie w Kita; powtarzam jednak, że był to odważny murzyn i z nim możnaby się było puścić na wielkie i ryzykowne awantury.
Tymczasem płonące pęki trawy, sycząc, zaczęły padać do jaskini i buchać wielkim ogniem, a przy ich blasku p. Bouys ujrzał, że „lwica z małemi“ zmieniła się w żółte kamienie, leżące w głębi jaskini. Ogień też nic nie wskórał, legowisko bowiem było puste, a jego mieszkańcy z pewnością byli w brussie na polowaniu, a może gdzieś wpobliżu, zaczajeni wśród kamieni i krzaków, przyglądali się nam — intruzom. A jednak — ślady ich były świeże i było to legowisko dużego kota.
Polowanie więc było nieudane, lecz wyprawa do tych skał dała nieoczekiwane rezultaty.
Obchodząc skały, znaleźliśmy jeszcze jedną jaskinię półokrągłą, z nawisającem nad nią skalnem sklepieniem i wąską szczeliną w głębi. Na prawo w piasku spostrzegliśmy głęboki dół, a w nim znowu ślady potężnych pazurów. Widocznie tu przychodził na wypoczynek drapieżnik z sąsiedniej jaskini o porze, gdy do tej groty zaglądało słońce.
Ściany groty były pokryte rysunkami, zrobionemi zapomocą jakiegoś czerwonego kamienia. Były tu kółka, kwadraciki, krzyżyki, głowy bawole, umieszczone w różnych kierunkach, strzały i cały szereg innych znaków podobnych do run.
Zapytani o to murzyni odpowiedzieli, że to „starzy ludzie dawnych pokoleń“ zostawili po sobie te znaki. Uważnie przeglądając je, przypomniałem sobie, że niektóre z nich widziałem na starożytnych płytach, pozostałych po ludach semickich, naprzykład, na stelli Meszy; niektóre zaś przypominały znaki alfabetu fenickiego i pierwotnego egipskiego.
Jeżeli w jaskini, której nikt z białych ludzi oprócz nas nie oglądał, a której dałem nazwę „grota Polonja“, istotnie znaleźliśmy pismo semickie lub egipskie, wskazywałoby to na fakt, że starożytna cywilizacja dochodziła do tego punktu zachodniej Afryki podzwrotnikowej, fakt dotąd nieustalony i bez skutku poszukiwany przez uczonych.
Złożyłem o tem oficjalny raport gubernatorowi Sudanu, p. Terrasson de Fougères’owi, prosząc o zachowanie dla tej jaskini nazwy „grota Polonja“.
W ten sposób ślady drapieżnika doprowadziły nas do miejsca, gdzie pozostawili po sobie ślady jacyś „starzy ludzie dawnych pokoleń“, a więc być może Fenicjanie, Kartagińczycy lub Egipcjanie.
Dowiemy się o tem, gdy specjaliści poczynią tu swe badania.




PRZEZ SUDAN DO WYSOKIEJ WOLTY.

Pewnego pogodnego dnia, i to bardzo pogodnego, bo już o siódmej rano mieliśmy +39° C w cieniu, opuściliśmy gościnne Bamako, gdzie życzliwy nam gubernator Sudanu p. Terrasson de Fougères dał nam sposobność ujrzenia wielkiego wysiłku cywilizacyjnego białej rasy na czarnym kontynencie.
Samochód nasz, wyprzedziwszy ciężarowy automobil z bagażami, mknął drogą, biegnącą wzdłuż rzeki Nigru prawie równolegle do linji kolejowej, ciągnącej się do małego portu handlowego na rzece Nigrze — Kolikoro, gdzie promem przewieziono nas na przeciwległy brzeg rzeki. Ładując na prom nasze samochody, byliśmy uderzeni niezwykłą ilością ryb, nieraz bardzo sporych, a co chwila wyskakujących z wody i uganiających się za mniejszą, słabszą bracią.
Walka w nurtach Nigru wrzała zacięta, jak wszędzie tu w Afryce — na kontynencie, gdzie ta walka o byt daje się obserwować jak może nigdzie, w żadnym innym punkcie kuli ziemskiej.
Istotnie Kolikoro słynie z swoich ryb, a świadczy o tem wielka ilość łódek rybackich, porozwieszanych wszędzie sieci, przemyślnych zagród, zbudowanych ze słomianych mat, a służących do przechowania żywych ryb. Jeszcze wyraźniej mówią o tem tłumy chłopaków, którzy włóczą się po brzegach z okrągłemi sieciami w rękach. Wypatrują ci młodzi rybacy większych stad ryb i, zauważywszy je, zręcznym kolistym ruchem rzucają sieć. Obciążona kawałkami żelaza sieć pada i pokrywa część dna rzeki, przygniatając ryby. Sieć tę rybacy podciągają potem ku mieliźnie i wybierają zdobycz.
Około Kolikoro ani razu nie widziałem okrągłej sieci bez ryb. Ten rodzaj połowu jest już sportem, bo wymaga fizycznej siły, celnego oka i zręczności. W ten sposób łapią się jednak wyłącznie nieduże ryby.
Po przeprawie na przeciwległy brzeg rzeki szybko mknęliśmy doskonałą drogą, przecinającą „brussę“, w której ciągle widzieliśmy mniejsze i większe gatunki antylop, stada pentad (perliczki) i kuropatw. Brussa żółta, spalona przez słońce, sucha, a w różnych miejscach pożerana jeszcze przez pożary leśne. Nad żółtem morzem suchych traw i krzaków bez liści zieleniły się podobne do oaz na pustyni szmaragdowe drzewa karite; orzechy tego drzewa dają „roślinne masło“, tłuszcz bardzo poszukiwany przez fabryki perfumeryjne, a z konsystencji do lanoliny podobny. Nagie konary baobabów, jasnoszare lub fioletowe, wznosiły się nad brussą niby potworne kolumny, złożone z cieńszych słupów, przechodzących w labirynt, w chaos powyginanych, powykręcanych gałęzi, w nieforemną kupę guzów, narości, wężowych splotów.
Gdy starałem się sobie uprzytomnić, do czego podobne są potworne baobaby, nagle na pamięć przyszedł mi widziany niegdyś obraz jakiegoś japońskiego malarza, przedstawiający tworzenie się wysp koralowych. Ten sam potężny, z kilku filarów złożony pień, te same wykręcone konary, te same naroście, przypominające mitologiczne zwierzęta, gady i stonogi! Nic dziwnego, że duchy afrykańskie mają tu w dziuplach swoje siedziby, a legendy, wraz z sępami i orłami, krążą dokoła tych olbrzymów dżungli.
W chaszczach, otoczone polami prosa, kukurydzy, bawełny i orzechów arachidowych, kryją się wioski murzyńskie. Coraz częściej spotykamy je tuż przy drodze, a wtedy widzimy jeden z najcenniejszych wpływów europejskich — przezorność. Murzyni nigdy nie myślą o dniu jutrzejszym. Istnieje dla nich tylko dziś, a więc dziś należy wszystko zjeść, co wydały ziemia i praca ludzka, a jutro może być głód i nędza. Z tą bezmyślnością murzynów Francuzi rozpoczęli walkę, zmuszając ich do robienia zapasów prosa i kukurydzy na ciężki, głodny czas. Widzimy więc już prawie wszędzie w Sudanie dokoła każdej wsi całe szeregi małych, zabawnej formy budynków, postawionych na palach dla obrony ich od termitów i gryzoniów, a krytych słomianemi strzechami. Są to śpichrze murzyńskie. Niektóre z nich bywają już murowane, właściwie zbudowane z ubitej gliny, mieszanej ze słomą.
Prawie wszędzie wpobliżu wsi ciągną się na znacznych obszarach pola prosa, kukurydzy i plantacje bawełny.
Bawełna pochodzenia zachodnio-afrykańskiego, jak już pisałem, stanowi jeden z najważniejszych punktów ekonomicznej polityki generał-gubernatora A. O. F.[8] i w tym kierunku robi się duży wysiłek, zarówno dla rozwoju kultury bawełny, jak też dla szybkiego i taniego jej transportu.
Irygowanie t. zw. „wewnętrznej delty“ Nigru i rejonu Bamako; zorganizowanie pokazowych stacyj doświadczalnych na obszarze Sudanu i Wysokiej Wolty; współpraca specjalistów jak inż. Belime i amerykanin Forbes; szeroko rozrzucona sieć wspaniałych dróg automobilowych, któremi kursują traktory; organizacja stocków bawełny w pewnych punktach; ścisły dozór władz nad rzetelnością handlu; prowadzenie kolei od Grand Bassam (Wybrzeże Kości Słoniowej) na Buaké, Bobo-Diulasso i Uagadugu; zachęcanie tubylców i nauczanie ich współczesnym sposobom uprawy roli dla bawełny; propaganda pługów i nawozów — wszystko to już dało dobre rezultaty, zwiększając urodzaj włókna ze 100 kg z hektaru do 600 — 800 kg.
Bawełna już się eksportuje nietylko do Francji, lecz nawet do Polski, szczególnie do Żyrardowa. W Sudanie i Wielkiej Wolcie już się zjawiły wielkie przedsiębiorstwa bawełniane, jak naprzykład paryskiego bankiera Hirscha około Segu i Tombuktu, fabryczki dla „grenage“ czyli oddzielenia włókna od ziarna bawełnianego, racjonalnego opakowania w bele etc.
Gubernatorowie Sudanu i Wysokiej Wolty osobiście z wielką miłością i oddaniem się kierują tą sprawą.
Naturalnie, że pozostało jeszcze bardzo dużo do zrobienia w tej dziedzinie, bo są to dopiero początki racjonalnej gospodarki bawełnianej.
Potrzebne są kapitały, drogi, koleje i udział prywatnych przedsiębiorców-plantatorów. Tymczasem jest zaledwie jeden, który wkłada wielkie kapitały. Jest nim p. Hirsch — i jego plantacja w Sama nad Nigrem wygląda bardzo poważnie, świadcząc o zdrowej idei, położonej w podstawy całego przedsiębiorstwa. Ludzie rozpoczęli tu walkę z suchym klimatem, wycieńczającym glebę, i z zabójczym wschodnim wiatrem, który można nazwać gorącym mrozem, ponieważ odgrywa taką samą rolę, jak północny mróz, regulując bieg i tempo życia roślinnego i zwierzęcego.
Ten wschodni wiatr na pewien czas wstrzymuje życie roślin i, wprowadzając świat roślinny w stan uśpienia, do śmierci podobnego, daje mu możność nabrania, akumulowania nowych sił dla następnego wybuchu przejawów życia we wszystkich jego formach. Z tym wiatrem, z tą potęgą natury afrykańskiej rozpoczęły walkę kolonjalny rząd i prywatne przedsiębiorstwa. Zadanie to ciężkie, wymagające cierpliwości, długich lat wytężonej pracy i studjów najpoważniejszych.
Ten wielki wysiłek obserwowałem na całej przestrzeni zwiedzonej części Sudanu i w Wysokiej Wolcie, gdzie planowo wykonywa się szeroko zakreślony „program Carde’a“. Władze niezawodnie widzą szereg błędów technicznych i psychologicznych, lecz nie zrażają się tem i pracują, naprawiając usterki i dążąc wytrwale do celu.
Prawie tuż obok tych prac kulturalnych płynie nienaruszone niczem życie tubylców. Murzyni różnych szczepów, oddawna mieszkający wpobliżu Nigru, w jego szerokiej dolinie, trudnią się rolnictwem i rybołówstwem.
Zawdzięczając uprzejmości p. gubernatora Sudanu, zorganizowano dla nas w Segu tradycyjny połów ryb, przy udziale setek łodzi (pirog) i paru tysięcy rybaków, przybyłych z okolicznych nadbrzeżnych wiosek ze swemi sieciami, harpunami i włóczniami do zabijania ryb.
Na czele olbrzymiej flotyli łodzi stoi „wódz połowu“ i jego rozkazom każdy rybak podlega.
Na dany przez wodza znak, zbite przy brzegu w bezładną kupę łodzie zaczynają formować szyk bojowy. Z kupy jedna po drugiej wysuwają się łodzie i zaczynają przecinać rzekę. Po pewnym czasie szeroki na dwa kilometry Niger zostaje przegrodzony całkowicie od brzegu do brzegu łańcuchem, którego każde ogniwo stanowi łódź rybacka. Łańcuch ten, znoszony prądem, wygina się coraz bardziej, tworząc olbrzymi łuk i grożąc przerwaniem się, lecz co chwila widać mknące z różnych stron coraz to nowe i nowe łodzie. Czarni, nadzy wioślarze, nisko pochylając zgrabne, lśniące się na słońcu grzbiety, zaciekle pracują krótkiemi wiosłami, migającemi w powietrzu tak szybko, że oko ledwie łapie ruch okrągłych łopatek, umieszczonych na ich końcach.
Popychana 24 wiosłami, długa piroga ledwie dotyka powierzchni wody, zdaje się, że leci, zlekka tylko muskając czuby niewysokich fal. Te nowe łodzie wciskają się w utworzony łańcuch, zajmują swoje miejsce i zamykają wszystkie luki.
Od brzegu odbija piroga z wodzem, trzymającym w ręku flagę na wysokim drążku. Wódz coś wykrzykuje, wymachując flagą, a jego komendę przerzucają sternicy od jednej łodzi do drugiej, aż nagle rybacy zaczynają wrzucać do wody, ciężkie, brunatne sieci, robiąc hałas umyślnie, aby nastraszyć ryby. Czarne postacie rybaków co chwila skaczą w nurty rzeki, poprawiają splątane sieci i związują je w jedną olbrzymią ścianę, przegradzającą bieg rzeki.
Tłum murzynów idzie brzegiem, podtrzymując skrzydła sieci, która powoli, wraz z dwiema pirogami płynie z prądem, wyginając się jak wąż, lub się znowu wyprężając, jak cięciwa łuku.
Długo płyną łodzie, podtrzymujące sieć, lecz rybacy nie odpoczywają i nie próżnują. Prawie wszyscy oddawna już stoją, wbiwszy oczy w wodę i trzymając w ręku harpuny i włócznie o zazębionych ostrzach.
Co chwila widać, jak któryś z rybaków, odrzucając wtył piękne, spiżowe ciało, ciska harpun w wodę i wyciąga go z wijącą się na nim i bijącą ogonem rybą. Ile tu pięknych torsów, wspaniałych, atletycznych postaci, przypominających wykute z czarnego marmuru lub onyksu posągi, a jeszcze bardziej obrazy z dawnych czasów potężnego Rzymu, któremu „Mauritania Caesarea“ dostarczała najpiękniejszych i najsilniejszych czarnych niewolników z Sudanu!
W miarę tego, jak sieć posuwa się dalej i dalej z biegiem Nigru, coraz częściej widzę wyskakujące z nurtów ryby. Są to karpie i tak zwane „capitaine“, żarłoczne i drapieżne ryby z potwornemi kolcami na grzbiecie. Rozumieją one grożące im niebezpieczeństwo, bo już dotknęły sieci, więc z rozpędu wyskakują z wody i usiłują przeskoczyć przegrodę, uformowaną z łodzi. Kilka razy widziałem szerokie srebrzyste ciała, błyszczące w powietrzu i z pluskiem wpadające do rzeki już z drugiej strony groźnej przegrody, złożonej z pirog murzyńskich i sieci.
Piroga wodza miga wszędzie i coraz to w innem miejscu powiewa barwna chorągiewka.
Na komendę łańcuch łodzi odrywa się od przeciwległego brzegu i zaczyna wypływać na środek rzeki, zbliżając się do Segu. W środku miotu uwijają się małe pirogi, a wioślarze umyślnie robią straszliwy hałas, bijąc wiosłami i harpunami i krzycząc wniebogłosy. W ten sposób straszą ryby, które w popłochu wpadają w sieć. Gdy końce sieci dotrą do brzegu, rybacy zaczynają je wyciągać na płaski brzeg, wtedy pracują harpuny i włócznie, jak z łodzi, tak też z brzegu. Starzy i mali chłopcy biją niemi wyskakujące z wody ryby.
Nieraz trafi się tu krokodyl lub wielki żółw, rzadziej — lamantyn (Halicore dujong) — duże zwierzę ssące, które nieraz spotkać można w małych błotnistych rzekach afrykańskich. Krokodyla murzyni najczęściej z honorami wypuszczają na wolność, ponieważ wśród rybaków znajduje się jakiś fetyszysta, którego „totemem“ — czyli zwierzęciem-przodkiem jest właśnie krokodyl.
Nieraz bardzo dużą ilość ryb wyciągają sieci murzyńskie. Chociaż opisany sposób połowu jest rabunkowy, jednak potężny Niger posiada w swych nurtach i dopływach nieprzebrane dotąd zapasy ryb. Wystarczy ich jeszcze na setki lat dla murzynów, aż przyjdzie biały rybak, który potrafiłby wyciągnąć z rzeki wszystko, co ona posiada, lecz taki biały „konkwistador rybacki“, jakich spotykałem na Alasce i na wschodzie Azji, będzie odrazu ujęty regulaminem racjonalnym a surowym zarazem.
Od Segu ruszamy na południe ku Sikasso i dalej — już w granice Wysokiej Wolty.
Drogi wszędzie piękne; nasz samochód mknie z szybkością 60 km na godzinę, a ciężko naładowany naszemi bagażami 2-tonnowy „kamion“ zaledwie o godzinę pozostaje za nami.
Po drodze w zaroślach suchej, zwarzonej przez słońce trawy i w gęstych krzakach ciągle widzimy małe antylopy, czasami mignie na dalekiej polanie stadko pręgowatych antylop, roi się tam od dzikich perliczek i kuropatw, a więc mamy poddostatkiem mięsa i dla siebie i dla służby, a nawet często robimy prezenty z jakiegoś soczystego „gigot“ lub pary tłustych pentad.
Po drodze słyszymy ciągle opowiadania, że tam i owdzie lew porwał tubylca, rozszarpał wołu lub, leżąc na drodze, nie chciał przepuścić samochodu jakiegoś kupca.
Bóg widzi, że nie uchylamy się od spotkania z królem zwierząt, nieraz włazimy w największy gąszcz dżungli lub włóczymy się po nocach z naszemi lampami, marząc o wypróbowaniu polskich karabinów na lwach. Spotkanie się z niemi w gąszczu jest jednak kwestją wypadku, szczęścia oraz długiego czasu, a my mamy go coraz mniej i mniej, bo już nieraz liżą czarne niebo migotliwe, trwożne błyskawice. Świadczy to, że zbliża się okres „tornado“ — burz, a po nim — ulewny okres. Jeżeli złapie on nas daleko od portu — będziemy zmuszeni pozostać w Afryce aż do października, a to nie wchodzi wcale w moje plany.
Zresztą, doprawdy, chociaż jestem zawołanym myśliwym, nie czuję się pokrzywdzonym, mimo, że mało stosunkowo tu poluję. Zbyt dużo interesujących, wprost porywających myśl i wyobraźnię zjawisk spotykam tu na każdym kroku, a to w zupełności wystarcza mi, gdyż daje olbrzymi, niespożyty materjał dla pisarza.
Chociażby te ciągłe kontrasty! Cywilizacja i pierwotni murzyni, szkoły-farmy i ślady hipopotamów na brzegach pobliskich rzek, „biali ojcowie“ z ich bardzo szlachetną działalnością i jakiś fetysz „kponintan“, na którego głowie „wierni“ zabijają ofiarne białe koguty, przecież to materjał, jakiego w Europie, kraju giełd pieniężnych i politycznych, znaleźć niepodobna!




NA TRZECH WOLTACH.

— Wysoka Wolta?…
— Tak, panie! Wysoka Wolta — kolonja, wchodząca w granice zachodniej Afryki francuskiej.
— Wysoka Wolta?… To dziwne! Nigdy o tem nie słyszałem!
— Jednak zaręczam panu, że jest to wasza francuska kolonja, którą zwiedzę podczas swej tegorocznej podróży — odpowiadam zdumiony zdziwieniem mego rozmówcy, zresztą bardzo inteligentnego paryżanina.
— Wolta?… Wolta?… — powtarza. — Ależ naturalnie! Przypominam sobie teraz… Piaski, piaski i muchy tse-tse.
Zakończyłem trzytygodniową podróż po Wysokiej Wolcie i mogę już teraz sam wydać o niej opinję. Piasków tu nigdzie nie widziałem, chociaż są one na północnym wschodzie wpobliżu Nigru, lecz stanowią nieznaczną część kolonji. Co do muchy tse-tse, to — prawda! Do dzisiejszego dnia jeszcze czujemy ukłucia tych drobnych wampirów, ukłucia bolesne, a powodujące czasem senną chorobę wśród ludzi, a prawie zakie tse-tse niosą ze sobą zarazki sennej choroby dla ludzi, więc pozostają tylko bolesne ukłucia, które są zresztą do zniesienia. Nad naszemi błotnistemi rzekami mamy rodzone kuzynki tse-tse, szare, latające bez dźwięku muchy, gryzące dotkliwie i pozostawiające po sobie kilka małych ranek. Tak samo, jak tse-tse afrykańska, te nasze muchy siadają na ciało niepostrzeżenie i dopiero wtedy, gdy utną, człek zaczyna rozpaczliwie, aczkolwiek już za późno, bronić się.
To samo i tse-tse. Podła to mucha i ciągle wściekła, ciągle krwi łaknąca! Jeden z lekarzy miejscowych dowodzi, że tse-tse posiada w żądle jakiś płyn, powodujący znieczulenie tego miejsca na ciele ofiary, z którego ta mucha wprost wyrywa kawałek skóry.
Nie wiem, czy to tak jest, ale wiem, że mucha tse-tse jest dość zwykłem zjawiskiem na brzegach rzek i błot Wysokiej Wolty i jest niezawodnie jedną z najpodlejszych much na kuli ziemskiej.
Tak się rozpisałem o niemoralności tse-tse, że zapomniałem o temacie mego listu.
Wysoka Wolta wchodziła przed kilku laty zaledwie w skład Sudanu, obecnie stała się samodzielną kolonją, należącą do wielkiej grupy A. O. F. Granice jej stanowią rzeka Niger, Sudan, Dahomej, Togo, angielski Złoty Brzeg i francuskie wybrzeże Słoniowej Kości.
Rzeka Wolta, składająca się z Czarnej, Białej, i Czerwonej Wolty, przecina tę kolonję.
Przekraczając granice Sudanu i zapuszczając się do Wolty, podróżnik nie widzi żadnej różnicy w charakterze krajobrazu. Ta sama żółta, spalona przez słońce i ludzi brussa, te same zielone oazy drzew karite i nagie, potworne baobaby. Tak samo spotyka się lekkie, pełne wdzięku antylopy, stada różnego ptactwa dzikiego, tak samo czai się w dżungli lew i lampart, a po nocach śpiewa gdzieś woddali „słowik afrykański“ — ponura hiena, tak samo wszędzie znajdujemy gościnne przyjęcie i widzimy ludność czarną, ludność różnych szczepów, czyli, jak tu mówią, nie bez podstawy zresztą — ras; ludność bardzo pokojowo usposobiona, pozbawiona najmniejszych nawet, oprócz odżywiania się, potrzeb życiowych.
Tylko wprawne oko dojrzy odrazu nieco odmienny i często się zmieniający typ architektoniczny domów i wiosek. Chaty z grubych słomianych mat, chaty okrągłe, ciasne, z ubitej gliny o okrągłych spiczastych dachach słomianych, domy fortece z blankami, bastjonami i strzelnicami, do berberyjskich „kazba“ podobne, zmieniają się jak w kalejdoskopie i dość chaotycznie się mieszają ze sobą, zupełnie tak samo, jak się pomieszały i pokrzyżowały dziesiątki różnych „ras“ murzyńskich. Jednak jedna rzecz daje się spostrzec dość szybko. Uderza tu obfitość śpichrzów, tkwiących dokoła wiosek. Mówi to o bogactwie ludności i jej pracowitości. Istotnie — ludność Wysokiej Wolty odznacza się przedsiębiorczością, lubuje się w roli i osiągnęła znaczny dobrobyt.
Obszerne pola prosa, kukurydzy, manjoku, arachidowych orzechów, jarzyn miejscowych, jak naprzykład różnych gatunków bobów i injam, czyli, długich, grubych korzeni, posiadających wszelkie właściwości i smak najlepszego gatunku ziemniaków, z tą tylko różnicą, że te ziemniaki są długie na 50 cm, a grube na 15.
Obok tej kultury, pierwotnej i odwiecznej, istnieje bardziej nowoczesna kultura bawełny — dla potrzeb tubylczej ludności i handlu. Nad rozwojem i udoskonaleniem murzyńskich plantacyj czuwa i pracuje administracja francuska.
Gubernator Wolty, p. Hesling, może być dumny z osiągniętych rezultatów, gdyż dokonał zaiste dużego dzieła w okresie pięciu lat zaledwie.
Wysoka Wolta niczem się nie różni pod względem form władzy kolonjalnej francuskiej od Sudanu lub Gwinei, lecz w podkładzie politycznym są wielkie i zasadnicze różnice, zbliżające te kolonje do Maroka.
Tam władze francuskie opierają się na autorytecie starych książęcych rodów, tak zwanych „wielkich kaidów Atlasu“. Tu, w Wysokiej Wolcie, władze kolonjalne działają, posiłkując się wpływami miejscowych książąt krwi, rządzących najbardziej liczną grupą murzynów szczepu Mossi, liczącego około 1,200.000 ludzi. Książęta ci rządzą według prawa feodalnego i podlegają królowi i zarazem najwyższemu kapłanowi, noszącemu tytuł Mohro-naba.
Pewnego poranku gubernator Wysokiej Wolty, p. Hesling urządził dla nas bardzo pompatyczne przyjęcie u Mohro-naba.
Król spotkał nas na obszernej werandzie swego pałacu, stojącego na wjeździe do Uagadugu, stolicy kraju Mossi i rezydencji gubernatora kolonji. Mohro-naba miał na sobie czerwone szaty i czerwoną czapeczkę. Jest to 40-letni, bardzo otyły człowiek, cieszący się wielkim wpływem śród poddanych, a pochodzący z królewskiego rodu, który osiadł tu w XIII wieku. Obecny Mohro-naba jest 32-im przedstawicielem tej starożytnej dynastji. Oprócz uwielbienia i ubóstwiania ze strony swych podwładnych ministrów, feodalnych książąt, rodowej arystokracji, bardzo licznego dworu i t. d. ma jednak Mohro-naba i kolce w swem życiu.
Pierwszym z takich kolców jest tradycja nieopuszczania nigdy Uagadugu, drugim — niezwykła etykieta dworska, otaczająca go niemal jak półboga, co powoduje straszliwą monotonję w życiu władcy. Nic więc dziwnego, że ten człowiek, zresztą bardzo chętnie przyjmujący i rozumiejący wyniki współczesnej cywilizacji, trochę za dużo używa „dolo“, czyli piwa z prosa. Napój ten w zimnym stanie jest istotnie zupełnie dobry, lecz powoduje otyłość, na którą też zapada nudzący się śmiertelnie król Mossi.
Po powitaniu nas na werandzie pałacowej wobec wszystkich dostojników, jak naprzykład: ministrów wojny, ziemi[9], intendentury, naczelnika eunuchów, naczelnika stajni dworskiej, naczelnika kapłanów-fetyszystów, paziów, czyli „sorohne“, i paru setek innych wybitnych osobistości, żerujących na ciele królewskiego dworu — Mohro-naba wprowadził nas do sali tronowej. Jest to ogromna sala zupełnie pusta, ale zato dobrze zacieniona. Na lewo przy ścianie ujrzałem niewielkie podwyższenie z kilku poduszkami, co ma oznaczać tron. Na ścianach wisiało parę portretów francuskich generałów oraz ilustracje, wycięte z dzienników.
Król usiadł na stopniu tronu, u jego stóp przykucnął ukochany paź, przebrany za kobietę; ministrowie zaś i inni dostojnicy usiedli na podłodze. Nam podano krzesła.
Gdyśmy usiedli, wszyscy dworzanie królewscy złożyli nam paradny ukłon trzykrotny. Nazywa się on „pussi“, a składa się z pochylenia głowy do ziemi z jednoczesnem kilkakrotnem uderzeniem złożonemi w pięści rękoma w ten sposób, że cała ręka od łokcia aż do dłoni spoczywa na podłodze. Po tej ceremonji podano „dolo“. Moja żona, gubernator, komendant obwodu i moi pomocnicy ledwie dotknęli napoju, ja zaś wypiłem całą szklankę smacznego „dolo“, a, oddawszy ją schylonemu przede mną „sorohne“, zapytałem gubernatora, czy nie będzie to „faux pas“ polityczne, jeżeli poproszę o drugą.
Okazało się, że jest to właśnie oznaką dobrego tonu, wobec czego podano mi wkrótce nową porcję „dolo“. Gdy Mohro-naba pił, wszyscy obecni klaskali palcami, co oznaczało dobre życzenia dla władcy, a gdy król coś mówił, wszyscy pocierali sobie dłonie na znak pokoju.
Gubernator wręczył Mohro-naba dokument, mianujący go oficerem legji honorowej, lecz król, podług etykiety, nie okazał żadnej radości, ani wyraził wdzięczności. Natomiast cały dwór znowu oddał trzykrotne „pussi“, dziękując w imieniu władcy.
Mohro-naba nie pokazał nam swoich żon, które podobno miały być jeszcze niewystrojone należycie, lecz, jak twierdzą złe języki, raczej dlatego, iż były bardzo nieurodziwe. Zato Mohro pokazał nam swoje konie, pięknie przystrojone. Wspaniałe ogiery, pod barwnemi siodłami, ozdobionemi srebrem i muszlami, obwieszonemi szerokiemi, jaskrawo pomalowanemi pasami skóry, końskiemi ogonami, skórami panter i lwów.
Codziennie wczesnym rankiem masztalerz przyprowadza królowi jego rumaki, on zaś czyni symboliczny znak wsiadania na konia, gdyż prawie nie wyjeżdża ze swego ponurego pałacu, otoczonego chatami, gdzie mieszkają żony, sorohne, dostojnicy i służba pałacowa i gdzie się wznosi skromne mauzoleum ze złożonemi tu zwłokami poprzednika panującego Mohro-naba.
Tylko w piątki król odwiedza gubernatora i komendanta okręgu, składając im tradycyjną wizytę kilkuminutową.
Opuszczamy wreszcie siedzibę władcy kraju Mossi, tych pracowitych, spokojnych, zdolnych rolników, ubóstwiających boga-Ziemię i swego władcę Mohro-naba, potomka królewny Złotego Brzegu i Mossi — myśliwego na słonie.
Król odprowadził nas aż na werandę, gdzie mój operator filmował go i fotografował, mimo, że Mohro-naba oblewał się potem niemniej sumiennie, jak nieprzyzwyczajony do upału, panującego w stolicy Mossi, operator — Polak.
Po tej wizycie odwiedziliśmy tkacki zakład białych ojców i sióstr misjonarek, gdzie wyrabiają bardzo piękne kobierce. Pracują tu wyłącznie dziewczynki murzyńskie, chrześcijanki i nienawrócone.
Mohro-naba w parę dni po przyjęciu nas zaprosił mnie i uczestników mojej ekspedycji na wielkie tradycyjne polowanie, które miało się odbyć o 100 — 120 km od stolicy.
Samochodami dowieziono nas do miejsca, gdzie naprędce zbudowano dla nas całą wioskę, czyli obóz, złożony z kilku domków, skleconych z grubych mat słomianych.
Komendant prowincji p. Michel zajął się intendenturą wyprawy i wywiązał się z tego trudnego zadania wspaniale, niczego bowiem nie brakło, był nawet lód i szampan, była prawdziwie francuska gościnność dobrego tonu i echa starej przyjaźni francusko-polskiej, w formie bardzo serdecznych toastów na cześć Polski.
Nie było to jednak polowanie obfite w zdobycz. Nie było, bo osobiście nie dałem żadnego strzału i tylko mój zoolog zastrzelił jedną „minnan“ — pasiastą antylopę. Nie znaczy to bynajmniej, że nic innego na tem polowaniu nie zabito. Mówię tylko o nas — białych myśliwych. Czarni zaś napolowali się znakomicie.
To tradycyjne polowanie odbywa się w sposób następujący. Książęta kantonów zwołują myśliwych ze wszystkich wiosek swego obwodu i wydają rozkaz stawienia się w określonem miejscu. Przez całą noc większe i mniejsze oddziały półnagich myśliwych, uzbrojonych w łuki, zatrute[10] i niezatrute strzały, oszczepy, włócznie i długie skałkowe strzelby, prowadząc na smyczach małe, śmigłe i zwinne pieski, do małych, angielskich chartów podobne, maszerują przez brussę przy dźwiękach piszczałek z rogów antylop lub małych skrzypeczek, o głuchych, dyskretnych tonach. Nad ranem na czele tych oddziałów myśliwskich stanęli szefowie mniejszych obwodów i właściciele większych posiadłości.
Wspaniałe, wojownicze i barwne postacie, piękne posągi konne.
Zdawało się, że cała burzliwa historja czarnych wojowników kontynentu afrykańskiego odzywa się w tych malowniczych jeźdźcach, uzbrojonych w miecze i włócznie — broń, którą, być może, widziała kiedyś Europa, gdy na nią spadała powódź nieznanych najeźdźców od Wschodu, albowiem jego potężni władcy zawsze lubowali się w czarnych, niby ze spiżu wykutych wojownikach; widziały tę broń amfiteatry i cyrki rzymskie i bizantyńskie, gdzie podczas potyczek gladjatorów i walk niewolników z drapieżnemi zwierzętami obficie lała się krew z czarnych, muskularnych ciał ludzi z Afryki.
O wschodzie słońca ta czarna armja wyruszyła do dżungli; łucznicy mieli za zadanie otoczyć wskazaną część brussy nieprzerwanym łańcuchem, arystokracji zaś przysługiwał przywilej strzelania ze strzelb i ciskania do zwierzyny oszczepami i włóczniami.
Poprowadzono nas w stronę naganiaczy, lecz czarni myśliwi nie uznają polowania jako sport. Dla nich jest to kwestja… mięsa, a że jedzą wszystko — wszystko też zabijają i wszystko zjadają niemal tuż na miejscu, odrazu, w mgnieniu oka!
W ten to sposób nas — sportsmenów wystrychnięto na dudków i, zmusiwszy do przemaszerowania dobrych 20 km po szczerej brussie, przyprowadzono i postawiono w takiem miejscu, gdzie nigdy żaden naganiacz nie przechodził. Słyszeliśmy tylko zdaleka odgłosy nagonki i dość częste strzały.
Powróciliśmy do naszego obozu dość rozgoryczeni podstępem murzynów, a w parę godzin później zaczęto znosić zwierzynę. Było to zaledwie mała cząstka zdobyczy, ponieważ część jej zdążono już zjeść w brussie, a część odesłać do wsi i do domów książąt. Jednak na rozkładzie pozostało 12 antylop — małych i dużych, ryś, cyweta, zając i małpa.
Nazajutrz konno odjechaliśmy do drugiego obozu, odległego o jakie 15 — 20 km i znowu „polowaliśmy“ z takim samym wynikiem, nie widząc nagonki i słuchając dochodzących z oddali krzyków i strzałów.
Uparty i rozgniewany mój zoolog skierował się na te odgłosy i, spenetrowawszy cały plan strategji murzyńskich myśliwych, poszedł razem z nimi i zastrzelił piękną, pręgowatą antylopę — minnan.
My zaś wróciliśmy do obozu, gdzie czekało na nas śniadanie z zimną wodą i winem, co jest rzeczą nie do pogardzenia, gdy przez pięć godzin paliło nas słońce, wytwarzając temperaturę do +39° C w cieniu!
Wieczorem — rozkład: 18 antylop, fakoszer-dzik, cyweta, serwal, dwa rysie, kilka pentad, zielonych gołębi i kuropatw!
Oczy czarnym murzynom śmiały się bezczelnie!
Drwili sobie z nas, z naszych ekspresów i karabinów, z naszych pełnopłaszczowych i rozkwitających kul, z naszych hełmów i obuwia.
To dobre dla przyjemności, dla zabawy, lecz ich sczerniałe łuki i strzały, ich nagie, połyskujące ciała, i bose, zranione nogi — to dla zdobyczy, dla mięsa, które tak lubią, które pożerają tak chciwie i wstrętnie, że wydać się może, iż ci czarni ludzie pochodzą nie od darwinowskiej proto-małpy, lecz od pantery, powiedzmy — czarnej, która, zresztą, nie jest afrykańskiego pochodzenia.
Polowanie więc, jak powiedziałem, nie było świetne.
Jednak widziałem dużo barwnych obrazów, wspaniałych postaci, malowniczych, śmiałych ruchów, a dla pisarza to — lepsze od dobrego strzału, i za to serdecznie wdzięczny jestem panu gubernatorowi Wysokiej Wolty i królowi pokojowych, aczkolwiek przebiegłych Mossi — czcigodnemu Mohro-naba.




WYBRZEŻE KOŚCI SŁONIOWEJ.

Po dokładnem zbadaniu wszystkich możliwości postanowiłem swoją tegoroczną podróż do Afryki tropikalnej podzielić na dwa okresy. W tym roku zakończę swoją podróż nie we wschodniej części francuskiej Afryki Zachodniej, lecz zwiedzę południową, a więc Côte d’Ivoire, — czyli wybrzeże Kości Słoniowej, odkładając francuską Nigerję i Dahomej lub Kamerun na następny etap mojej wyprawy.
Taka decyzja była spowodowana dwiema przyczynami. Pierwsza z nich — ważniejsza, zależy od warunków klimatycznych. Znalazłem w Gwinei, Sudanie i Wysokiej Wolcie zbyt dużo rzeczy, zjawisk i ludzi, tak interesujących dla pisarza, że byłoby wprost zbrodnią przemknąć obok tego automobilem, nie przyjrzawszy się im zbliska. To jednak zabrało mi dużo czasu i, gdy już miałem wyruszyć ku jezioru Czad, zaczęły się tu i owdzie tornady, po których nastąpiły ulewy. Groziło mi to pozostaniem w Afryce aż do października. Jest to niemożliwe pod różnemi względami, a szczególnie z powodu znużenia i niezupełnie dobrego stanu zdrowia uczestników mojej ekspedycji.
Druga przyczyna — brak dotychczasowy dobrych terenów myśliwskich, gdzie moglibyśmy spotkać grubego zwierza. Opowiadania o niezwykłej ilości zwierzyny w „double W“ rzeki Nigru, reklamowanego przez niektóre ekspedycje, podpadły tu pod wielkie zwątpienie; spotkaliśmy bowiem ludzi, którzy twierdzili, że w „double W“ należy spędzić całe miesiące, aby znaleźć zwierzynę, emigrującą na wielkiej przestrzeni. Natomiast w Sudanie południowym spotkaliśmy księcia de Croy, powracającego z wybrzeża Kości Słoniowej, gdzie miał piękne polowania. Nie chodzi nam o samą zdobycz, lecz bardziej o możliwość sfilmowania dzikich zwierząt na wolności.
Jesteśmy więc już od dwóch tygodni na wybrzeżu Kości Słoniowej. Zaprosił nas do siebie, na skutek rekomendacji p. Lapaluda, gubernatora tej pięknej i bogatej kolonji — kraju bawełny, mahoniu, kakao i kawy, bogaty i gościnny stary wilk morski, p. G. M. de Chanaud, który zna całe zachodnie wybrzeże północnej Ameryki i wschodnie brzegi Azji, gdyż jako kapitan okrętu przecinał nieraz Pacyfik, zna on też Afrykę, a był gościem w Polsce, przechowując o niej najlepsze wspomnienie, z których jedno — komiczne.
W jakiejś restauracji warszawskiej podano p. de Chanaud kartę potraw (menu), gdzie wyczytał nazwę niezwykłego dania: „canard féroce“, co miało oznaczać… dziką kaczkę.
P. de Chanaud gościł nas u siebie przez kilka dni, urządzając dla nas polowania i projektując wywieźć nas do brussy, do urządzonego przez niego obozu, gdzie moglibyśmy zażyć polowania po uszy.
Dokoła posiadłości naszego gospodarza ciągnie się na dziesiątki kilometrów prawdziwy park, a raczej zwierzyniec. Jest to równina, pokryta niewysoką, zieloną, wiosenną trawą i kwitnącemi drzewami. Piękna, łatwa do przejścia „sawanna“ zamieszkała jest przez antylopy wszystkich, zdaje się, istniejących w zachodniej Afryce gatunków, oprócz naturalnie żyrafy — mieszkanki innych pod względem klimatu i topografji obszarów. Potoki i małe rzeczki, zarośnięte podwzrotnikowym lasem, przecinają brussę około Badikaha, gdzie się znajduje posiadłość de Chanaud.
Ponieważ jesteśmy na wybrzeżu Słoniowej Kości, nasz gospodarz najpierw poprowadził nas na słonie. Spędziliśmy w lesie na brzegu małej, lecz głębokiej rzeki dwa dni i dwie noce, gryzieni nieznośnie przez drobne muszki, „bawole muchy“, tse-tse, moskity, pająki i mrówki i odurzani straszliwym zapachem padliny, wydzielanym przez „mrówki-trupy“.
Głębokie, okrągłe doły — potężne ślady nóg słoni otaczały dość bagniste brzegi rzeki, a później szły dalej, aż znikały na twardym gruncie sawanny. Jednak słonie pozostawiły po sobie jeszcze inne ślady; były to wyrwane przez nie drzewa z obgryzionemi korzeniami, stanowiącemi przysmak dla olbrzymów brussy.
Chodziło nam nie tyle o zabicie słonia, ile o sfilmowanie go i sfotografowanie na wolności. W brussie, na równinie, prawie niemożliwem jest podejść słonia, gdy się idzie nie pojedyńczo. Olbrzym jest obdarzony nietylko dobrym węchem, lecz także doskonałym, ostrym słuchem. Jeżeli kilku ludzi potrafi zbliżyć się z pod wiatru, nie uda się im jednak oszukać uszu słonia. Usłyszy on niezawodnie szmer trawy i trzask suchych liści i gałęzi pod nogami skradających się ludzi, a wtedy szybko się oddali.
Dogonić go niema sposobu, bo to olbrzymie zwierzę, idąc miarowym krokiem, robi z łatwością 18 — 20 km na godzinę, a maszerować może, gdy jest spłoszony, 4 — 5 godzin bez przerwy.
Poszukiwania przez nas słoni w gęstwinie leśnej, gdzie one zwykle drzemią lub śpią, nie były uwieńczone powodzeniem, gdyż słonie wyemigrowały, jak stwierdzili czarni myśliwi, daleko na wschód. W oczekiwaniu wieści o słoniach, tropionych w lesie przez murzynów, rozpocząłem połów ryb w żółtej, mętnej wodzie rzeki, gdzie co chwila się pluskały. Nie miałem ze sobą wędki, więc wziąłem cienki sznurek z przymocowanym do niego haczykiem ze szpilki, na który nadziałem kawałek mięsa. Trzy razy ryby przełykały przynętę z haczykiem, lecz gdy wyciągałem duże, straszliwie miotające się okazy, haczyk się wyprostowywał i ryby wpadały do wody. Wiem tylko, że były to szerokie jak talerze, grube „capitaine“.
Brussa około Badikaha obfituje w antylopy i pod tym względem mieliśmy tu używanie, jako myśliwi i jako obserwatorzy. W ciągu trzech dni zabiliśmy kilka antylop z rodzaju Cephalophus Maxwelli, Cobus Kob, Tragelaphus scriptus i Cephalophus rufilatus.
Samochód, którym jechała do Buaké moja żona, został zaatakowany przez stado dużych antylop, większych od mułu; były to Bubalis maior, o niezgrabnych ruchach i dziwacznie wygiętych rogach. Co do mnie, to oprócz polowania, długo przyglądałem się przez lunetę pasącym się, rzadkim już obecnie dużym, ciemnoszarym antylopom, Sing-Sin, jak je nazywają murzyni. Ich łacińska nazwa jest — Cobus defassa. Widziałem też zgrabną sylwetkę Oreas Derbyanus, nazywanego przez Anglików — Elan the Derby. Murzyni nazywają to piękne zwierzę — „dyinki dianka“, a jego olbrzymie rogi, ważące do 20 kg, zdobyłem już przedtem w dolnej Gwinei.
Błąkając się po brussie i krążąc po drogach, prowadzących do Korogho i Kong, spotykałem ślady lwów, lampartów i hien, a w gąszczu krzaków „karite“ zamajaczyła mi raz jeden na chwilę dziwna postać. Nie była to hiena, gdyż nie miało to zwierzę podniesionej przedniej części ciała i opuszczonej ku ziemi głowy. Był to raczej pies o wielkich uszach, z pewnością — dość rzadki tu Licaon pictus, daleki potomek psa i hieny, bardzo do australijskiego „dingo“ zbliżony, a jeszcze bardziej do mieszańców czarnych, olbrzymich psów mongolskich z płowemi, prawie białemi wilkami, spotykanych przeze mnie na całej przestrzeni pomiędzy grzbietem Tannu-Ola a północną granicą Gobi.
Dziwi mnie bardzo, że w ciągu pół roku mojej podróży po zachodniej Afryce słyszałem wszędzie ponure wycie hien, lecz ani razu — szakali, chociaż są one tu podobno dość pospolite, i nasz kinoaparat złapał je na film. W 1924 roku, gdy podróżowałem po północy Afryki, — szakale często dawały koncerty nocne, tu zaś nigdy ich jęków nie słyszałem. Myślę, że objaśnić to zjawisko można tem, iż szakal posiada tu straszliwych wrogów — hienę i lamparta, które skradają się ku niemu, słysząc jego głos. Zrozumiały to szakale i stały się milczące, bo życie nauczyło ich jednej niezłomnej prawdy, że „język, to wróg“…
Z Badikaha, na zaproszenie gubernatora, przeniosłem się do najbardziej obfitującej w zwierzynę krainy całego wybrzeża Kości Słoniowej — do obwodu Buaflé-Sinfra, do kraju dzikich, zjadających swoich nieboszczyków murzynów — Guro i Gagua. Towarzyszył mi specjalnie wydelegowany przez p. gubernatora słynny tu myśliwy p. Maurice Burger, jeden z wyższych urzędników miejscowej administracji, człowiek wesoły, dowcipny, niezmordowany i strzelec niezrównany, znający każdy zakątek sawanny i kniei kraju. Przybył ze swoim strzelcem, murzynem Konan ze szczepu Baulé.
Konan — to człowiek-jastrząb! Sawanna i lasy są dla niego otwartą księgą, z której czyta, jaki zwierz, kiedy i jak szedł, co robił i nawet, co myślał. A gdy ta księga nagle się zamyka, Konan wietrzy jak pantera, zawsze zwietrzy zwierza i odnajdzie zgubiony ślad. Gdy zaś spłoszony lub ranny zwierz ucieka, Konan przerzuca swój karabin na plecy i mknie, nie! — leci za umykającą zdobyczą, prawie nie dotykając ziemi, szybko, wytrwale, bez szmeru, ani na chwilę nie tracąc śladu.
Biegnącego bawołu Konan dogania i przegania nawet, zmuszając go do wyjścia na otwarte miejsce, gdzie mu posyła zawsze śmiertelną kulę. A gdy zwierz padnie, zbliża się do niego, wyjmuje z zanadrza tajemnicze amulety myśliwskie — dwa rogi baranie i macza je we krwi…, ofiarę fetyszom myśliwskim składając.
Konan goni antylopy, zawraca stado ich w żądanym kierunku, a później gwizdnie ostro i przeciągle w jakiś pusty orzech leśny i antylopy staną jak wryte. Wtedy Konan sunie ku nim bez szmeru, czając się za krzakami i drzewami, a z odległości 100 metrów trafia przecież w butelkę, więc tem bardziej potrafi umieścić w zgrabnem ciele antylopy kulę swego karabinu i w przelanej krwi umaczać swoje „gri-gri“ — amulety łowieckie.
W takiej to kompanji polujemy na wybrzeżu Słoniowej Kości, wpobliżu dość znacznej rzeki Bandama w trójkącie Buaflé-Sinfra — Daloa.
Niestety — słoni znaleźć nie możemy, chociaż setki ich przebiegają sawannę i lasy tego obwodu. Wszędzie ślady słoni, stad słoni! Lecz kukurydza i palma olejna nie wydały jeszcze dojrzałych owoców, więc słonie powędrowały w stronę gęstych, nieprzebytych lasów i opuściły na pewien czas sawannę, chociaż w niektórych jej częściach jesteśmy pierwszymi Europejczykami, przecinającymi ją.
Zato inne rozkosze myśliwskie przeżywamy tu, zawdzięczając p. Burgerowi i niezmordowanemu Konanowi.
W ciągu czterech dni polowań na Bandama zabiliśmy cztery bawoły, dwa hipopotamy, kilka antylop, czarne i czerwone małpy i — co najważniejsze — sfilmowaliśmy to wszystko.
Tylko operator kinematograficzny zrozumie tę radość, gdy się filmuje biegnącego bawołu z najeżoną sierścią na karku i z podniesionym z wściekłością ogonem, lub stado pasących się bawołów, albo też przyglądające się antylopy, albo wreszcie hipopotamy, wynurzające się z wody, lub w ucieczce płochliwej miotające się w rzece i podnoszące olbrzymie fale.
Lecz tylko też myśliwy zrozumieć i ocenić potrafi wytrzymałość i siłę charakteru innego myśliwego, który, widząc to wszystko przed sobą z odległości dobrego i pewnego strzału, trzyma doskonały ekspres w ręku i czeka, aż jego towarzysz-operator „wykręci“ kilkanaście metrów filmu. Okropność! Aparat zgrzyta i skrzeczy! Zwierzęta co chwila ze zdumieniem podnoszą głowy, rozdymając chrapy, a tu — czekaj! bo jeszcze pozostało 5 metrów filmu do wykręcenia!
O, Boże wielki! Nareszcie… Operator porywa za karabin, a więc można strzelać!
Cicho się podnoszą lufy ekspresu, bucha strzał i rozkwitająca, potężna kula 9,3-milimetrowa mknie ku zwierzęciu.
Niedość jednak trafić go, należy trafić dobrze, w miejsce odpowiednie, gdyż inaczej ucieknie i zdechnie gdzieś w lesie na radość lwom, lampartom i hienom.
Natura Afryki włożyła we wszystkie żyjące istoty nieprzebrane zapasy sił życiowych. Czarna małpa (Cercocebus fuliginosus) z wypadającemi wnętrznościami ma dość siły, aby się wdrapać na wierzchołek olbrzymiego drzewa i tam, wcisnąwszy się do dziupli, lub śród gałęzi, — umrzeć, aby się stać zdobyczą nie człowieka, lecz orłów i sępów.
Widziałem bawołu, któremu przebiłem arterję szyi, a on biegł jeszcze 250 metrów i legł w lesie dopiero wtedy, gdy dostał jeszcze kulę w piersi, drugą w brzuch, chociaż podczas swej ucieczki wylał kałużę krwi.
Mała antylopa Cephalophus, przeszyta kulą z polskiego karabinu od tyłu do piersi, — biegła około kilometra, aż ją dogoniły psy murzyńskie.
Tę samą żywotność spotykałem tu śród owadów, ptaków i płazów. Tylko ludzie, czarni ludzie, są słabi i ospali. Zdaje się, że tysiące razy powtarzające się krzyżowanie szczepów murzyńskich pomiędzy sobą i z najeźdzcami różnych ras, nużące słońce, febra i inne „złe duchy“ ziemi i wody — osłabiły murzynów może nie tyle fizycznie, gdyż są tu okazy o pięknej budowie ciała, potężnych mięśniach i niestrudzonych nigdy nogach, ile — moralnie, gdyż natura zabiła w nich radość i chęć do życia. Może bezwiednie, fizjologicznie marzą, jak i my teraz, znużeni upałem, — o innym kraju, skąd przywędrowali ich przodkowie, o kraju, gdzie natura nie jest zawsze i ciągle wrogą człowiekowi, gdyż nie nasyła na niego widzialnych i niewidzialnych morderców, z ziemi, z drzew, z powietrza, z wody i nareszcie — ze złotej rozszalałej kaskady słonecznych promieni? Może… bo murzyni nie chcą zwiększać swych potrzeb życiowych; chętnie, lecz bez udziału serca pracują nad tem, czego ich uczą biali przybysze, bo marzą o jakiemś wytchnieniu, chociażby był to ostatni i wiekuisty spoczynek, już bez marzeń i bez przebudzenia…
Kto to wie?… Przecież nikt nie zaglądał do tajemniczej duszy czarnego człowieka!… Lecz czyż nic nie mówią psychologowi i myślicielowi te ponure obyczaje zjadania swoich dzieci przez matki lub pożeranie nieboszczyków-rodziców?
W tem jest dzika, coprawda, czarna jak noc afrykańska podczas tornady, lecz rozpaczliwa i na pewno głębsza w zasadzie myśl mózgu, pracującego w grubej czaszce czarnego człowieka, niezależnie od tego, czy pochodzi on ze szczepu Sussu, czy Fulah, lub Gagua.
Może ci czarni ludzie dlatego czasem powstają i buntują się przeciwko białym, że ci wołają ich do życia, przywiązują ich do ziemi — straszliwej i nielitościwej ziemi, z której murzyni uczynili sobie boga, jak każdy bóg pierwotny — groźnego i mściwego, żądającego ofiar, krwią broczących, czy w postaci białego koguta, czy młodzieńca niewinnego lub białego człowieka.
Odbiegłem jednak od tematu i tytułu swego listu.
Powracając z jednego polowania, usłyszeliśmy cichy, lecz wyraźny i niemilknący szmer. Ujrzałem nagle, że Konan a za nim p. Burger zaczęli biec bardzo szybko. Myślałem, że coś spostrzegli, więc na jedną sekundę zatrzymałem się.
— Biegiem! Biegiem! — krzyknął mi p. Burger.
Pobiegłem i wtedy dopiero spostrzegłem, że przez las, po suchych liściach, ze szmerem sunęło na kilkanaście metrów długie, czarne, ruchome pasmo. Były to mrówki „manjan“. Szły zwartemi szeregami, ochraniane z boków przez oddziały dużych, groźnych wojowników. Wędrowały skądś na inne miejsce, a już przedtem słyszałem, że pożerają na swej drodze wszystko, nawet ludzi. Widziałem dom, w którym „manjan“ pożarły zamkniętego tam warjata; widziałem boa, zjedzonego przez te mrówki; słyszałem, że mieszkańcy porzucają swoje domy i uprowadzają bydło przed sunącą ku wsi armją „manjan“.
Ta sekunda, którą wzięło mi zatrzymanie się w lesie, kosztowała mnie parę kropli krwi, gdyż kilka manjan zaatakowało mnie, szczypiąc mię w nogi nieznośnie, a jeden wojownik z szybkością niezwykłą wdrapał mi się aż do piersi i wprost wyrwał kawał skóry.
Dalej trochę spotkaliśmy inne mrówki — mrówki-włóczęgi. Podobno nigdy nie zakładają stałego mrowiska. Zatrzymują się na czas, niezbędny do zgromadzenia żywności, a wtedy każda z tych dużych, czarnych mrówek bierze małą paczkę prowjantu i niesie ją zupełnie tak, jak „porter“ murzyński, kierując się w stronę nowego terenu polowania, zbiorów, rabunku lub, może, wojny.
Znowu zmuszeni byliśmy uciekać przed tą nawałnicą drobnych bandytów i odważnych wojowników.
Na wąskiej ścieżce, wydeptanej przez antylopy, ujrzałem drobne dołki, wyraźnie wyciśnięte na miękkiej ziemi.
— Czyje to ślady? — zapytałem p. Burger.
— Przechodziły tu antylopy Cephalophus dorsalis! — odpowiedział. — Jeżeli pan chce, można zaraz upolować jedną.
Mówiąc to, skinął na Konana. Strzelec odprowadził mnie o kilkanaście kroków dalej i, postawiwszy w gąszczu, zacisnął sobie nos z odgryzionem niegdyś przez złapanego szympansa nozdrzem i zaczął naśladować beczenie antylopy.
Nie upłynęło trzech minut, gdy przez gęste krzaki, robiąc duże susy, zaczęła się zbliżać mała, ciemnoszara antylopa, z ostremi stożkowatemi rożkami, o drobnych kółkach od dołu do góry. Padła natychmiast po strzale.
P. Burger i Konan opowiedzieli mi, że gdy się wabi antylopy, trzeba ciągle być na baczności, ponieważ na głos, imitujący beczenie antylopy, suną przez chaszcze dżungli inne, bardziej dzikie zwierzęta — lampart, łaknący krwi, a zawsze głodny, i olbrzymi piton afrykański, który nie waha się napadać nietylko na antylopę, lecz na czyhającego na nią drapieżnika, a nawet na udającego głos antylopy myśliwca.
To opowiadanie jeszcze bardziej wzmocniło moje spostrzeżenie o wrącej tu walce o byt. A gdy o tem pomyślałem, skaczące po drzewach czarne i czerwone małpy podniosły straszliwy wrzask, bo oto zwęszył krew olbrzymi powietrzny drapieżnik — orzeł i usiadł na szczycie niebotycznego drzewa, nieruchomy, pełen oczekiwania…
Wiedział, że coś się dzieje groźnego w leśnej kniei, zaczajony gdzieś w chaszczach, mocarny i ostrożny — szympans, bo jął pięściami walić w swoją szeroką pierś, aż dudnić zaczęło w lesie, niby bęben bojowy, szerzący trwogę i wołający do bitwy, do obrony, do napadu, do zwykłego tu przelewu krwi.
Straszny to kraj — Afryka…
Straszny, a pociąga ku sobie, bo tylko silny tu się obroni, wszystko przetrwa i zwalczy wszystko.




POLOWANIE NA BAWOŁY.

Porzuciliśmy już błogosławione tereny myśliwskie, ukryte wśród lasów i sawann trójkąta pomiędzy Buaflé, Sinfra i Daloa. Jesteśmy już w Buaké, pięknem, doskonale urządzonem miasteczku północnej części wybrzeża Kości Słoniowej. Tu się kończy linja kolejowa, prowadząca od oceanu, od portu Grand-Bassam w głąb kolonji, skąd wkrótce ma ona biec dalej do Wysokiej Wolty, gdzie Francuzi forsownie rozwijają kulturę bawełny.
Mamy tu na przepakowanie naszych bagaży zaledwie dwa dni, poczem koleją wyruszamy do portu, aby wsiąść na statek „Czad“ i płynąć do Europy.
Tęskno nam już trochę za staruszką Europą, za tą staruszką dobrze już zwarjowaną, kłótliwą i niesforną, która nagle zapomniała o „starych, dobrych“ obyczajach, a nowych ani zrozumieć, ani przejąć nie może i nie chce, bo cuchnie od nich i w nosie starowiny nieznośnie łechce. Więc miota się, złości i wybucha raz po raz.
Coprawda, należy się nam wypoczynek. Bądź co bądź, sześć miesięcy nieprzerwanej włóczęgi, skwaru, febry, porażeń słonecznych, moskitów, termitów, trudów przeróżnych, pająków i much gryzących — dość już narazie, tem bardziej, że wkrótce czeka nas nowa, daleka i uciążliwa podróż.
Moja żona komenderuje pakowaniem naszych licznych bagaży i robi to dużo lepiej, niż zrobilibyśmy my — mężczyźni, którzy potrafimy z lekkiem sercem wpakować do skrzyni z czaszką hipopotama puszkę z kakao lub butelkę pipermentu, a jak dobrze pójdzie — to i lusterko lub porcelanową miseczkę naszej małpki „Kaśki“.
Moi pomocnicy czyszczą karabiny i smarują je, przygotowując do dalekiej morskiej podróży, ja zaś — sporządziłem ostatnie z wybrzeża Kości Słoniowej notatki swoje i oto siadam do biurka w gabinecie miejscowego administratora p. de Coutouly, aby napisać i wysłać ten list, gdyż następne wyprawię już z Grand-Bassam.
Z tych notatek mógłbym napisać co najmniej dwadzieścia korespondencyj, narazie ograniczę się jednak tylko do bardziej szczegółowego opisu naszych polowań na terenie kolonji wybrzeża Kości Słoniowej.
Pierwszem dużem polowaniem były wyprawy na bawoły. Istnieją tu dwa ich gatunki. Jeden — bawoły szare, duże, dochodzące do 600 kg wagi, i mniejsze — czerwone, odznaczające się bardziej wojowniczem usposobieniem.
Pewnego poranku, dość zimnego i mglistego, gdyż w nocy mieliśmy silne „tornado“, brnęliśmy przez sawannę, moknąc od dołu w wysokiej, zroszonej trawie — dążąc ku brzegom rzeki Bandama.
Zdaleka poznać można łożysko rzeki, gdyż otacza je las — gęsty, pełen wysokich, potężnych drzew.
Nie dochodząc do brzegu, widzimy na wilgotnej ziemi wyraźne ślady dużych antylop — Bubalis maior. Przeszły tu niedawno i powinny być gdzieś wpobliżu.
Naszemu przewodnikowi, czarnemu myśliwemu Konanowi oczy błyszczą, lecz przechodzimy napozór obojętnie, gdyż dość jednego strzału, aby spłoszyć bawoły, pasące się zwykle na tamtym brzegu rzeki.
Nareszcie wychodzimy przez zarośla leśne i błota na brzeg Bandama. Ani pirogi, ani promu tu nie mamy, gdyż, o, radości! jesteśmy, podobno, pierwszymi Europejczykami, docierającymi do tych zielonych sawann i szmaragdowych, świeżemi, młodemi liśćmi pokrytych gajów, z drzew „karite“ i palm „rafja“ złożonych.
Zmuszeni więc jesteśmy brnąć przez rzekę, a przecież w niej czają się krokodyle?
Na nasze szczęście przezorny Konan wybrał dobre miejsce, gdyż łańcuch podwodnych skał przecinał tu łożysko rzeki.
Brniemy więc po kolana, czasem po pas w ciepłej, mętnej wodzie, opierając się szalonemu prądowi, wsparci na ramionach czarnych przewodników. Idą z nami chętnie, bo czują, że będzie… mięso.
Dobre pół godziny zabiera nam ta przeprawa, aż wychodzimy na przeciwległy, błotnisty, grząski brzeg.
Nagle Konan staje jak wryty i, położywszy dłoń na ustach, drugą ręką wskazuje na ziemię.
Na miękkiej glebie widzę głęboki, okrągły, duży ślad bawołu, a dokoła mokrą ziemię, mokrą od wody, która ściekła z jego boków, gdy pił i zanurzał się do nurtów, broniąc się przed bąkami i kleszczami.
Nawet my, nie nawykli do tropienia zwierza myśliwi, zrozumieliśmy, że bawół odszedł od rzeki niedawno.
Lecz Konan już wietrzy, jak drapieżnik, i szepce:
— Był tu przed dziesięcioma minutami… Czuję zapach potu!…
— Słyszę… słyszę, jak zrywa i przeżuwa trawę…
To „czuję“ i „słyszę“ zmusza serce do żywszego kołatania w piersi… Bo po raz pierwszy ujrzę bawołu… po raz pierwszy będę strzelał do niego, a niewielu jest w Europie myśliwych, którzy mierzyli do dzikiego byka.
Wytężam wzrok i słuch.
Lecz nic jeszcze nie widzę, bo obstąpiła mnie knieja, wilgotna, oparna, półciemna. Na wąskiej ścieżce wyraźnie widzę ślady bawołu, świeże i duże, obok mniejsze i dawniejsze — antylop. Przedzieramy się przez knieję, aby prędzej wyjść na sawannę, lecz posuwamy się cicho, raczej skradamy się.
Konan, idący na przodzie, pierwszy wysuwa głowę z chaszczy i w tejże chwili robi gwałtowny ruch ręką, szepcąc przez zęby:
— Bawół… samiec… stary samotnik!…
Wyglądam z krzaków na równinę. Jest to duża sawanna-step, porośnięty wysoką trawą, drobnemi krzakami i przecięty w niektórych miejscach grupami drzew lub małemi gaikami.
Po chwili dojrzałem bawołu.
Był bardzo podobny do dużego, czarnego byka, tylko rogi pokrywały mu wierzchołek czaszki i zaginały się w stronę potężnego karku. Szedł dość szybko od krzaku do krzaku, zrywając młode liście i wściekle bijąc się ogonem po bokach, odganiając tnące go bąki i muchy.
Nie więcej nad 60 metrów oddzielało mnie od bawołu.
Strzał pewny, lecz… za mną szedł operator, a on miał zawsze pierwszeństwo, bo więcej cenię dobre zdjęcie kinematograficznego aparatu, niż strzał z mego ekspresu.
Konan wyśliznął się już na sawannę i, kryjąc się za drzewami, prowadzi za sobą operatora, a za nim sunę ja gotowy do strzału.
Wydać się może, że to wieki upływają, gdy operator ustawia nasz „Cynex“, regulując objektyw i diafragmę, podnosi wizjery i zaczyna ze straszliwym trzaskiem kręcić korbką aparatu.
Bawół odszedł już na 60 metrów i nagle podniósł wspaniały, rogaty łeb, węsząc.
— Strzelaj! Strzelaj! — szepce Konan.
Strzał pada prawie natychmiast. Widzę, jak bawół padł na kolana i zachwiał się, lecz po chwili podniósł się i, najeżywszy sierść na grzbiecie i pionowo podniósłszy ogon, zaczyna uchodzić w stronę lasu, czerniejącego na przeciwległym końcu sawanny. Ścigają go jeszcze dwie kule… lecz on wciąż biegnie, robiąc gwałtowne zygzaki po stepie. Za nim leci, jak drapieżny ptak, bystronogi Konan i ręką woła mnie za sobą.
Biegnę… lecz nie jestem murzynem, ważę 93 kilogramów, w Warszawie nigdy nie biegam, trawa wysoka, kolce krzaków czepiają się ubrania, utykam w głębokich dołach, które pozostawiły po sobie przechodzące tu niedawno słonie, lecz biegnę i widzę, że ubranie coraz bardziej się plami krwią bawołu, bo pluska ona na mnie z kałuż, pozostawionych przez ranne zwierzę, ścieka z wysokiej trawy i z gałęzi krzaków, przez które przedzierał się mój bawół.
Lecz bawół znika tymczasem w lesie, na którego skraja zatrzymuje się Konan.
— Teraz baczność! — mówi do mnie. — Bawół został zraniony śmiertelnie, lecz ukrył się w lesie, tu — za krzakami i dalej nie poszedł. Jeżeli wejdziemy w gąszcz — może nas zaatakować…
— Co robić? — pytam prawie z rozpaczą w głosie.
Lecz Konan wdrapuje się na szczyt ogromnego kopca termitów, patrzy i wietrzy.
— Jest… jest tu blisko — mówi i zaczyna ciskać w chaszcza grudki ziemi i odłamki gałęzi.
Wdrapuję się na sąsiedni kopiec, lecz nic dojrzeć nie mogę. Konan bierze karabin i strzela.
— Nie rusza się! — raportuje. — Zabity, czy ranny?
— Gdzie pan mierzył, gdy strzelał po raz pierwszy do bawołu? — pyta mnie mój operator.
— Celowałem pomiędzy szyję a łopatkę — odpowiadam — bo tylko tę część bawołu widziałem pomiędzy dwoma drzewami, gdy zwietrzywszy nas, ruszył z miejsca.
Przez kilkanaście minut czekaliśmy, co uczyni bawół, aż nareszcie Konan z karabinem w ręku zaczął ostrożnie skradać się do niego.
— Zabity! — krzyknął nagle z gąszczu krzaków.
Podążyłem na głos myśliwego, przedzierając się przez gęstwinę i kalecząc sobie twarz i ręce o kolce lian i kłujących krzaków. Wkrótce ujrzałem bawołu. Leżał nieruchomy na brzuchu, z potworną głową, bezwładnie wyciągniętą na ziemi. Był martwy.
Istotnie pierwszą kulę umieściłem dobrze, bo miał przebitą arterję szyi i z niej to bluzgała krew, którą tak obficie bawół skropił sawannę. Była to rana śmiertelna. Dwie inne kule utkwiły bawołowi w piersi i brzuchu. Kula Konana przebiła podstawę ogona.
Zaczęła się kłopotliwa i mozolna praca nad wyciąganiem olbrzyma z kniei, bo ważył co najmniej 500 kilogramów, następnie fotografowanie, przyczem muszę się przyznać, że dałem się odfotografować nie bez przyjemności obok swojej zdobyczy; później nastąpiło odcinanie głowy ze wspaniałemi rogami.
Był to istotnie stary samiec-samotnik…
Co go zniewoliło do porzucenia stada?
Jestem przekonany, że zrozumiałem przyczynę tego.
Bawoły porzucają stado, gdy stają się złe, prawie wściekłe, gdy bez powodu, jak się może wydać, przebijają rogami krowy i młode bawoły, lub wbijają rogi w pnie drzew.
Do tego szału i wściekłości doprowadzają je… kleszcze, żółte, duże, wielkości naszej 10-groszowej monety — kleszcze o czerwonych lub czarnych cętkach. Setki tych pasorzytów, żarłocznych i nielitościwych ujrzałem na gołych częściach brzucha i za uszami zabitego bawołu. Musiał przechodzić męki nieopisane; one też niezawodnie doprowadziły go do wściekłości i do dobrowolnego lub musowego porzucenia stada.
Że był to samotnik — nie wątpiłem, bo, mimo długich poszukiwań, nie znaleźliśmy nigdzie w okolicy nietylko innych bawołów, lecz nawet ich śladów.
Taki był mój bawół.
Przez trzy dni polowaliśmy w różnych miejscach w obwodzie Buafle na bawoły.
Polowania te były udane.
Na jednej z sawann Konan wytropił całe stado bawołów. Było ich około pięćdziesięciu i mój operator zrobił kilkanaście metrów filmu, a później strzelał, kładąc trupem dwie bawolice.
Następnego dnia strzelałem i spudłowałem — do czerwonego bawołu, którego bardzo żałuję, chociaż niepomyślny strzał niezupełnie ode mnie zależał.
Później strzelałem do bawołu, który wraz z samicą niespodziewanie wyrwał się z gęstych palmowych zarośli, koło drogi, gdyśmy przed wschodem słońca jechali do wsi, gdzie mieliśmy wziąć przewodników na polowanie na hipopotamy. Zraniłem bawołu, lecz, widocznie, nie poważnie, bo pobiegł za uciekającą samicą. Konan gonił bawoły przez sawannę, dogonił i zmusił do zmiany kierunku, wypędzając je na dogodne do strzału miejsce, lecz pomieszał bawoły. Strzelił cztery razy do bawolicy i zabił ją, rannego zaś samca przepuścił, dając mu możność ukrycia się w lesie. Nie ścigaliśmy go, gdyż śpieszyliśmy się wtedy na hipopotamy.
Gdym patrzył, jak czarny, wiotki, zwinny jak wąż, Konan leciał, niby ptak, przez wysoką trawę i krzaki sawanny, jak dogonił bawoły i, zabiegłszy im drogę, zmusił do powrotu na otwarte miejsce, mimowoli smutek ogarnął moją duszę.
Minęły te czasy, gdym na nartach przy 30-stopniowym mrozie niestrudzenie przez długie godziny ścigał jelenie syberyjskie; minęły te czasy… Teraz mogę tylko podziwiać bystronogiego Konana i maszerować przez knieję afrykańską mimo szalonego upału i bólu w zranionej i skaleczonej za dawnych burzliwych czasów nodze, maszerować wytrwale, lecz z „zastanowieniem się“, jak na poważnego człowieka przystało.
Tempora mutantur et nos mutamur in illis…
Prawo natury… Trudna rada!




FETYSZYZM I TOTEMIZM W AFRYCE ZACHODNIEJ.

Cały zachodni blok kontynentu afrykańskiego pod względem kultu religijnego podzielić należy na dwa duże odłamy.
Na pograniczu Sahary, a więc w Maurytanji, północnym Sudanie i w Nigerji francuskiej przeważa islam, na południe — fetyszyzm.
Ścisłej granicy pomiędzy prowincjami, których ludność uprawia pierwszy lub drugi z tych kultów, przeprowadzić się nie da, gdyż wśród muzułmanów można znaleźć wsie zaludnione przez fetyszystów, a na nawskróś fetyszystowskiem wybrzeżu Kości Słoniowej widzimy miasto Kong — twierdzę islamu.
Nauka proroka, ta religja moralności, niezawodnie robi postępy od północy na południe. Najlepszym przykładem tego służyć może Gwinea, gdzie wśród Sussu widzimy nieraz większość mahometańską, a szczep Peuhl-Fulah, zamieszkały w górach Futa-Dżalon, w 95 proc. jest wyznawcą islamu.
Jak już w swoich książkach „Płomienna Północ“ i „Pod tchnieniem samumu“[11] wskazywałem, islam afrykański jest w znacznym stopniu zdegenerowanym. Już pierwszy krzewiciel nauki Mahometa, jego uczeń Sidi-Okba, ogniem i mieczem krzewiący Koran na północy Afryki, w znacznym stopniu uległ wpływom bałwochwalców — Berberów. Modyfikacja islamu przy zetknięciu się jego wyznawców z fetyszystami szła coraz dalej, lecz nie głębiej, ponieważ wszystkie zmiany w nauce proroka są wyłącznie zewnętrzne, są naleciałościami, a czasem celowo dopuszczonemi innowacjami dla lepszej i szybszej asymilacji z psychiką czarnych adeptów.
Sądzę jednak, że specjalne studja nad islamem, stosowanym w Afryce, byłyby bardzo na czasie, gdyż odpowiedziałyby na ważne pytanie, czy islam przetrwał wieki i czy nie ulega już zmianom, które mogą go doprowadzić do upadku. Jeden tylko badacz, a mianowicie p. J. Brevier w swojej książce „Islamisme contre Naturisme“,[12] potrąca o tę kwestję, mówiąc o islamie sudańskim.
Zawdzięczając tej modyfikacji islamu afrykańskiego, nietolerancyjny Koran zupełnie spokojnie i przyjaźnie istnieje obok magicznych praktyk czarowników-fetyszystów, zmuszając tych nietylko zapomnieć o minionych krwawych czasach religijnych podbojów, dokonywanych przez czcicieli proroka, lecz nawet wstępować w ich szranki.
O afrykańskiej formie islamu pisałem dość obszernie w wyżej wspomnianych moich książkach, zawierających moje spostrzeżenia i badania z podróży r. 1924 przez Maroko, Algerję i Tunis; podczas wyprawy w roku 1925—26 zwróciłem szczególną uwagę na fetyszyzm i totemizm.
Murzyni, jak i wszystkie inne ludy, mają wrodzone, żywiołowe poczucie istnienia niewidzialnych, tajemniczych potęg, kierujących życiem i losami istot żyjących i całym światem. Mają oni też pojęcie, raczej przeczucie, że ze śmiercią materjalną nie kończy się życie człowieka lub innej żyjącej istoty, że dusza czy dusze ich żyją nadal w niewidzialnej formie, pomagając lub szkodząc ludziom; że mogą nareszcie istnieć reinkarnacje.
Tajemnicze potęgi przejawiały się lub wcielały w widzialne formy rodzącej lub nierodzącej ziemi, zbawczej ulewy, zabójczego żaru słońca, głębokich, silnych wirów i potworów rzek, niszczącego las i chaty wichru, łagodnego księżyca, przypływu i odpływu morza i t. p. Wszędzie i na każdym kroku murzyn spotykał ślady tych potęg, gubił się w ich mnogości i lęk go ogarniał. Do tych przerażających potęg przyłączyły się duchy zmarłych przodków i członków rodziny, rodu i szczepu.
Wtedy zjawiła się potrzeba ujęcia tych wszystkich potęg razem, wciśnięcia ich w granice widzialne, a więc mniej niebezpieczne. Inne pogańskie ludy stworzyły sobie z gliny, drzewa i metalu — bogów, murzyni — fetysze.
Fetysz, wbrew opinji niektórych badaczy, był i zostaje zawsze przedmiotem, mającym formę człowieka lub innej żyjącej istoty, niezależnie od tego, czy ten przedmiot jest wytworem rąk człowieka, czy też dziwacznej formy naturalnym kamieniem, kawałkiem drzewa, splotem gałęzi, korzeniem etc.
Przecież pospolity obecnie w Chinach jako środek leczniczy korzeń dżeń-szeng (Panacea genseng) jest uważany jako fetysz; takim fetyszem pozostaje do naszych czasów zielony nefryt, o ile znajduje się w nim czarna plama, konturami swemi przypominająca kształty smoka; kwiat lotosu był fetyszem hinduskim, bo przypominał formą swoją słońce.
Każdy fetysz mieści w sobie ducha pewnej tajemniczej potęgi lub duchy przodków.
We wsiach szczepu Lobi, zamieszkałego na pograniczu kolonji Wysokiej Wolty, wybrzeża Kości Słoniowej i Złotego Brzegu, widziałem przed domem czarownika trzy fetysze w postaci stożkowatych, czarnych słupów z namalowanemi białą farbą plamami zamiast oczu, ust i nosa. Jeden z tych fetyszów był duchem chorób, drugi — wody, padającej z chmur, trzeci — Sorokaté, duchem potęgi rozrodczej i śmierć niosącej.
Posiadam w zbiorach swoich bardzo stare fetysze, pochodzące z Gwinei z XVI stulecia, ulepione z gliny i mączki laterytowej; są to całkowite „prymitywy“, bardzo podobne do prac „najnowszych“ rzeźbiarzy, poszukujących piękna prawdy w psychice ludzi jaskiniowych; mam wreszcie współczesne „gri-gri“, czyli fetysze, rzeźbione z drzewa, a wszystkie mają kształty ludzkie, w których odróżnić nawet można płeć ducha tej lub owej potęgi.
Przedmioty, otoczone religijną czcią, lecz nie posiadające ludzkich kształtów, nie są fetyszami. Są to amulety, czyli „porte-bonheurs“, którym czarownicy, stosując zaklęcia i tajemnicze, magiczne praktyki, nadali siłę dopomagania ich właścicielom i opieki nad nimi, ponieważ niektóre pomocnicze duchy wielkich potęg lub cienie przodków towarzyszą im zawsze i wszędzie.
Twierdzenie, że dla murzynów materjalny fetysz jest bóstwem, stanowi zasadniczy błąd. Prawda, że niektórzy z murzynów nic poza swoim drewnianym lub kamiennym fetyszem nie widzą, lecz czyż w cywilizowanej Europie nie można znaleźć takich wyjątków wśród ludzi religijnych, dla których cudowny obraz jest Bogiem? Lecz w zasadzie święty obraz, krucyfiks, złoty posąg Jowisza, gliniany fetysz gwinejskiego Sussu lub leśnego Baga, są przedmiotami, wytwarzającemi sugestję w kierunku myśli o Bogu i zagłębieniu się w Nim.
Wszystkie te przedmioty kultu są materjalnemi czynnikami hipnotyzmu religijnego, a w tym sensie murzyn niczem się nie różni od Żyda, padającego na twarz przed arką przymierza, zamkniętą w „świętem świętych“, ani od chrześcijanina, czołgającego się na kolanach do źródła Matki Boskiej w Lourdes.
Czyż nie posiadali swoich fetyszów Żydzi w epoce proroków? Były to „terafimy“, istniejące jeszcze za czasów króla Dawida, a o nich i o amuletach mówi się w Genesis XXXV, 24.
W swoich zbiorach posiadam fetysza gwinejskiego, kształtami przypominającego syryjskie posągi boga Hadad. Może przywędrował tu z konkwistadorami kartagińskimi, bo skąd miałby ten murzyński fetysz brodę, wąsy, profil semicki i kołpak Hadada? A może jest to przybysz z Egiptu, bo głowa tego dziwnego fetysza przypomina głowy babilońskich kapłanów z rzeźby w Nimrud-Kelah, gdzie wznoszą się ruiny pałacu Asurnarsirpala. Inny znowu fetysz z drzewa ma kształty zbliżone do egipskich bogów Ra lub Tota.
Czy są to wpływy, które szły niegdyś z północy i północo-wschodu Afryki, a wtedy dowodziłyby treści, utajonej w fetyszach murzyńskich, lub są zrodzone wyobraźnią czarnych tubylców?
Zawdzięczając uprzejmości p. Haumand, syna znanego profesora Sorbony, miałem sposobność rozmawiania ze starcami i czarownikami szczepu Lobi w obwodzie Gaua.
Chodziło mi o to, aby ustalić religijną ideologję murzynów. Po długich staraniach udało się nam wyjaśnić następującą koncepcję murzynów.
Istnieje wielka potęga, tak bardzo daleka od ziemi, że nie widzi ona ludzkości i nie słyszy modłów i dziękczynnych hołdów. Ludzie w ten sposób zostaliby bez Boga, a więc owa daleka potęga część swego ducha zesłała na ziemię i rozproszyła tę część wszędzie. Te wszystkie bóstwa, — to fetysze, niewidzialne istoty — dobre lub złe, w zależności od życia i czynów murzyna. Te fetysze czasem są widziane przez czarowników, którzy robią potem na ich cześć fetysze-figury i w nich osiedla się wtedy fetysz niewidzialny lub część jego ducha.
To samo z cieniami przodków, których czarownicy mogą związać z fetyszem materjalnym, stanowiącym relikwję rodu — fetysz rodzinny, jak naprzykład fetysz dynastji Moro-Naba ze szczepu Mossi, której panujący przedstawiciel jest już 34-ym władcą dynastji królów i kapłanów.
Fetysze-przedmioty najczęściej posiadają straszliwy wyraz oblicza lub gestu. Robi się to dlatego, aby w „strachu bożym“ trzymać ludzkość. Jest to to samo, co widzimy w wizerunkach bóstw chińskich i lamaickich w Mongolji i Tybecie.
W niektórych fetyszach występuje wyraźnie element zoolatryczny — mieszanina kształtów ludzkich ze zwierzęcemi. Antylopa, krokodyl, pantera, bawół, hiena, kaczka, marabut, Mycteria abyssinica i inne zwierzęta i ptaki figurują na takich fetyszach.
Są to już fetysze totemiczne, skąd jeden krok do czystego totemizmu, czyli wiary w to, iż wszystkie istoty żywe są połączone węzłem pokrewieństwa, gdyż są dziećmi jednej wspólnej matki — ziemi, najbliższej, widzialnej potęgi.
Pewne szczepy wywodzą swój ród od zwierząt, które są ich znakiem — totem. Zwierzęcia tego się nie zabija i nie zjada, z osobami jednakiego znaku nie zawiera się związków małżeńskich.
Polowałem na pograniczu Sahelu w Sudanie z murzynem Bambara, który nigdy nie chciał prowadzić mnie na hipopotamy, gdyż to był jego „totem“. Znak totemicznego zwierza murzyni tatuują na swem ciele wtedy, gdy poddawani są rytualnej operacji obrzezania.
Zoolatrja znana była w głębokiej starożytności w assyro-babilońskim i egipskim kulcie, a znaki totemiczne noszą na ciele amerykańscy Indjanie, Polinezyjczycy i niektóre szczepy malajskie. Zdaje się, że starożytni Skandynawowie i Germanie posiadali też swoje totemy — niedźwiedzia, byka, orła, wilka, sępa i konia.
Pod tym względem więc ideologja murzyńska niczem się nie różni od ideologij innych ras i ludów, lecz przetrwała do naszych czasów w swojej pierwotnej formie. Być może, postęp tylko w tem jest widzialny, że murzyni już odróżniają fetysza od amuletu, ponieważ nawet w ich mowie te przedmioty mają inne nazwy. Naprzykład w języku Haussa fetysz brzmi — „tsafi“, amulet zaś — „lajá“.
Nosicielami tradycji i kultu fetyszów są czarownicy i tajne stowarzyszenia mistyczne.
Czarownicy dzielą się na dwie kategorje. Pierwszą stanowią pojedyncze jednostki, nie związane pomiędzy sobą wspólnotą interesów; drugą — czarownicy, uznani przez ogół; jest to już kasta magów, wtajemniczonych pośredników pomiędzy fetyszami a ludźmi. Tacy czarownicy niezawodnie posiadają wiedzę hipnotyzerów i mają nieograniczony wpływ na swoich rodaków, będąc ich doradcami, obrońcami i kierownikami ich życia. Na tym przykładzie najwyraźniej dowieść można genetycznego związku pomiędzy czarownikiem, kapłanem, a władcą i królem, co z taką erudycją analizuje prof. J. G. Fraser w „The golden Bough“, London 1900 r. Osobiście widziałem taką skalę ewolucyjną w Afryce zachodniej.
Czarownicy Gouro na wybrzeżu Kości Słoniowej (obwód Baouflé-Sinfra) są doradcami murzynów tego szczepu i kapłanami ziemi i dżungli; czarownicy Lobi są prawdziwymi władcami poszczególnych miejscowości prowincji Gaua; Moro-Naba zaś, przeszedłszy w różnych okresów panowania swojej dynastji ewolucyjne etapy czarownika i kapłana, jest obecnie królem i najwyższym kapłanem szczepu Mossi.
W życiu codziennem czarownik nie nosi rzucających się w oczy zewnętrznych oznak swojego zawodu, wyłączając chyba nadmiernie dużą ilość amuletów. Podczas ceremonij publicznych lub przy spełnianiu swoich czynności czarownik wdziewa specjalne ubranie, nieraz maskę, uzbraja się w czarowne atrybuty swej magicznej potęgi — laskę, miotełkę, wachlarz etc.
Podług wierzeń murzynów, czarownik może zmienić ludzkie kształty i stać się panterą, hieną, lwem, psem lub ptakiem, pomagać lub szkodzić ludziom; może przybierać formę niewidzialną, a wtedy spotyka się w dżungli lub na bagnistych brzegach rzek z fetyszami i otrzymuje od nich wtajemniczenie i objawienie. Słowo czarownika jest rozkazem i niejedna zbrodnia zostaje popełniona przez murzynów, spełniających wolę swoich magów.
Niższemi stopniami wtajemniczenia czarowników są „nihion“, „keniedala“, „bara“, „woro“ i „workos“. Wszystkie te nazwy, brzmiące inaczej w różnych narzeczach murzyńskich, oznaczają tych czarowników, którzy zapomocą warstwy piasku i laski magicznej objaśniają „rzeczy ukryte“ w przeszłości, teraźniejszości i przyszłości.
Za nimi w porządku degradacji idą „nenisso“ lub „nenso“, czyli fabrykanci fetyszów — bożków i amuletów.
Obok, a nieraz nawet wyżej od czarowników, są postawione tajne stowarzyszenia mistyczne, noszące w różnych językach murzyńskich nazwy — dus, dokos, mamadiombo, simo, namo i uango. Takie czarne „loże masońskie“ można odnaleźć w każdym szczepie murzyńskim Afryki zachodniej.
„Dus“ noszą różne zastraszające maski, płaszcze z naszytemi na nich pękami włosów lub konopi, kołpaki, zakończone śpiczastym kawałkiem pomalowanego na czerwono drzewa lub dzióbem ptasim.
„Dus“ są kapłanami, stróżami moralności i prawa obyczajowego, wychowawcami młodzieży, religijnymi tancerzami i kontrolerami czynności czarowników, którzy nieraz giną z ręki „dus“ w wypadku, gdy nadużywają swojej potęgi i władzy. Najczęściej „dus“ są kapłanami najbliższego z najpotężniejszych bóstw — Ziemi i jej córy — Dżungli.
Podług moich spostrzeżeń „dus“ są ewolucyjnym etapem czarowników i dlatego zajmują względem nich wyraźnie wrogie lub przynajmniej krytyczne stanowisko.




LUDOŻERSTWO I NEKROFAGJA.

Posiadacze kolonij w Afryce usiłują ukryć wypadki ludożerstwa, wstydząc się, że nie mogli dotychczas wykorzenić tego barbarzyńskiego obyczaju.
Tymczasem ludożerstwo istnieje, chociaż obecnie ukrywa się w dżungli, obawiając się kary, wymierzanej przez prawo białych ludzi.
Ludożerstwo jest bardzo ściśle związane z kastą czarowników.
W okresach klęsk masowych, jak nieurodzaj, niezwykłe ulewy, wylew rzek, epidemja, głód — czarownik oznajmia, że bóstwo-Ziemia rozgniewana jest, ponieważ ludzie zapomnieli o niej, odeszli od swej matki. Trzeba się zbliżyć do rodzicielki-Ziemi, trzeba się z nią złączyć bezpośrednio, trzeba jej oddać swoją krew, bo z nią razem dusza ludzi rozprószy się w wielkiej duszy Ziemi; odnowi się wtedy łączność duchowa, wzmoże się miłość matki-Ziemi do dzieci-ludzi.
A więc… pewnej nocy czarownik i jego pomocnicy porywają upatrzonego zawczasu młodzieńca, wloką go związanego do dżungli i gdzieś pod starym, świętym baobabem lub na szczycie czczonego pagórka albo skały, śród śpiewów, tańców i muzyki przecinają mu gardło i krwią nasycają rozgniewaną Ziemię.
Gdy wypłynie ostatnia kropla krwi i gdy czarownik oznajmi, że ofiara została łaskawie przyjęta, co znaczy, że dusza ofiary stała się częścią duszy Ziemi, wtedy uczestnicy rytuału pożerają ciało zabitego, aby jeszcze bardziej zacieśnić więzy, łączące ich z Ziemią.
Ludzie roznoszą później w wielkiej tajemnicy po wsiach i „sukala“ cząstki ciała ofiary i grudki ziemi, przesyconej jej krwią. Mieszkańcy wiosek i zagród dzielą te magiczne resztki i zjadają je z nabożeństwem i wiarą. Czasami zdarza się, że czarownik przez osobistą zemstę wskazuje na kogoś ze swych wrogów jako na ofiarę, która ginie, bo władza czarownika jest nieograniczona. Jednak w tych wypadkach czarownik umiera albo z ręki członków stowarzyszenia „dus“ lub na skutek wyroku sądu białych ludzi.
Nieraz głód bywa przyczyną ludożerstwa, co widzieliśmy w Rosji w r. 1919, 20 i 21, gdy rządy sowietów spowodowały głód na całej przestrzeni dawnego imperjum. Osobiście znałem w Rosji wieśniaków, którzy zjedli swoje niemowlęta, o czem opowiadali, łkając żałośnie.
Ofiarami głodu stają się bezpomocni starcy i małe dzieci. Na wyspach Los, jak już wspomniałem, zwiedziliśmy więzienie, gdzie przebywało dwadzieścia kobiet, tak zwanych „panter“. W okresie klęski głodowej zjadły one swoje niemowlęta.
Mówiły one o tem najspokojniej w świecie i nie rozumiały całej głębi i ohydy swojej zbrodni.
Nekrofagja, czyli pożeranie nieboszczyków, jest też rezultatem głodu, który przed 25 laty gnębił 70% całej ludności zachodniej Afryki, obecnie zaś, zawdzięczając Francuzom i Anglikom, ten procent spadł do 20—25.
Mówiąc o ludożerstwie — należy pamiętać, że murzyni jeszcze przed 50 laty przeżywali bardzo burzliwe istnienie. Ciągłe walki pomiędzy szczepami stanowiły źródło, z którego ciągle napływali jeńcy. Byli to wrogowie, usiłujący wydrzeć tubylcom pola, z takim trudem wyrwane dżungli i z takim trudem uprawiane przez ich właścicieli, skazywanych przez wrogów na śmierć głodową. Jedyną zemstą dla tak strasznych i nielitościwych nieprzyjaciół — była śmierć.
Murzyn wierzy w reinkarnację dusz. Jego wróg był odważny i potężny, a stąd jeden krok do ludożerstwa, do zniewolenia duszy nieprzyjaciela, do wcielenia się ze wszystkiemi jej zaletami w duszy murzyna, zjadającego swego wroga.
Niezawodnie, że wojna, prowadzona przez pierwotnych ludzi, dała początek ludożerstwu.
Nawet niektóre muzułmańskie ludy, jak naprzykład Kurdowie i Turkmeni, wyrywają zabitemu wrogowi serce i zjadają je. Te zjawiska są znane z czasów wojny Rosji w jej środkowoazjatyckich posiadłościach, oraz z czasów najazdów Kurdów na Aserbejdżan.
To samo widzieliśmy niedawno (w r. 1900) w buddyjsko-konfuncjańskich Chinach i w lamaicko-buddyjskiej Mongolji i Dżungarji. Widzimy to na niektórych wyspach Polinezyjskich.
Obecnie, gdy wojna stała się niemożliwą dla czarnych szczepów — ludożerstwo samo upada i za jakich 20—25 lat zniknie bez śladu, chociaż, być może, niektóre ludy murzyńskie, jak naprzykład Guro lub Gagua, będą po dawnemu na znak ludożerstwa obtaczali sobie przednie zęby na trójkąt, robiąc je podobnemi do kłów drapieżnego, krwiożerczego lamparta; tradycje bowiem przeżywają wieki i nieraz wyplenić ich nie może najświetniejsza nawet cywilizacja współczesna.




OBYCZAJE MURZYNÓW.

W krótkim opisie obyczajów murzyńskich nie można dać szczegółów, dotyczących licznych szczepów, badanych przez polską ekspedycję 1925-26 r., jednak można znaleźć ogólne rysy w życiu wszystkich murzynów zachodniej Afryki. Jako charakterystyczne dla murzynów tej części kontynentu opiszę niektóre obyczaje Bobo i Mossi.
Każdy ród murzyński, a więc rodzina wraz z bliższymi i dalszymi krewnymi, mieszka we wspólnej zagrodzie czyli „sukala“; nieraz takie rody tworzą całe wsie, zaludnione przez spokrewnione ze sobą rodziny. Rola należy do „sukala“ i głowa rodu kieruje jej ludnością, wyznacza jej pracę i żywi wszystkich członków tej nieraz bardzo licznej rodziny.
W okresie robót polnych murzyni pracują do 3-ej popołudniu na polach, rozrzuconych w dżungli, i od 3-ej do 5-ej na polach, znajdujących się dookoła sukala. Od 11-ej do 2-ej pracownicy mają wypoczynek i dostają strawę. Określonych dni dla wypoczynku prawo lub kult nie ustanawia. Murzyni mają przerwę w pracy tylko w te dni, które wyznacza głowa rodu.
Kobiety zajęte są — podług wskazówek kierownika sukali — przyrządzaniem mąki, strawy dla całej rodziny, przędzy bawełnianej i naczyń z gliny do użytku ludności. Fabrykacja naczyń z tykwy (bani), tak zwanych „kalbas“, oraz tkactwo, należą do czynności męskich.
W okresie ulew wszyscy członkowie rodu pracują dla całej sukali, gromadząc w ten sposób zasadnicze, najgłówniejsze zapasy żywności i potrzebnych przedmiotów na czas zasuszny. Gdy zaś nastąpi okres suchy, wtedy członkowie rodu mogą wypoczywać lub pracować dla potrzeb własnych i swojej najbliższej rodziny.
Jeżeli sukala nie jest liczna, wtedy cały ród zasiada razem do jednej misy, jeżeli zaś sukala posiada dużo członków, wtedy formuje się pięć grup: 1) głowa rodu, 2) żonaci mężczyźni, 3) kobiety z małemi dziećmi, 4) chłopcy, 5) dziewczęta. Wszyscy spożywają strawę z ogólnej misy.
Młodzi Bobo samodzielnie szukają dla siebie żon wśród dziewczyn innej sukali. Dziewczyna posiada zupełną swobodę w wyborze męża. W ten sposób młodzi ludzie sami się umawiają co do stworzenia własnej rodziny. Gdy zaręczyny się odbyły, młody Bobo prosi głowę rodu o 200 kori, czyli białych muszelek (Moneta cyprica)[13], które mają wartość pieniędzy (1000 kori — 1 frank), i oddaje je swojej narzeczonej. Jako wiano, wypłacane rodzicom (przeważnie matce) dziewczyny, służą te same „kori“, lecz w ilości 4000 — 5000 (4—5 fr.), kilka koszów zawierających po 20 kilogramów prosa, kukurydzy lub ryżu.
Jako najwyższe wiano płaci się 20.000 kori lub krowę; jako najmniejsze — daje się swoją pracę; wtedy młody człowiek ze swoimi przyjaciółmi przez 2—5 dni pracuje na polach sukali narzeczonej.
Głowa rodu płaci 200 kori tylko za pierwszą żonę młodego członka sukali, za następne żony Bobo płacą sami.
W ubogich sukala młodzi ludzie urządzają się inaczej — znacznie prościej. Dziewczyna, która zgodziła się być żoną młodego człowieka, przechodzi do sukali swojego przyszłego męża i staje się jego żoną ipso facto. Gdy dzieci, zrodzone z tego małżeństwa, są już zdolne do robót polnych, szef sukali kobiety zjawia się u szefa sukali męża po wiano. Wiano zostaje wypłacone bądź przez głowę rodu, bądź przez męża.
Małżeństwa murzyńskie zdradzają najwięcej pierwotny jeszcze ustrój psychiczny i uczuciowy tej rasy. O miłości i wierności murzyni nie mają pojęcia, chociaż za zdradę prawo obyczajowe wyznacza kary pieniężne i nawet cielesne. Jednak mężczyźni chętnie wstępują w związki małżeńskie z innemi kobietami, mając nieraz po kilka rodzin w różnych miejscowościach kraju. Kobiety też cenią w mężach wyłącznie bogactwo i wspaniałomyślność, wyrażającą się w licznych podarkach, robionych żonie. Bogatszy sąsiad nieraz burzy małżeństwo biedniejszego. Murzynki nie zdradzają też szczególnego przywiązania do swoich dzieci, a więc we wsiach spotkać można tłumy dzieciaków, które bez dozoru i opieki pędzą życie tułacze. W okresach głodu, przypadających na marzec i kwiecień, rodzice wprost wypędzają dzieci z sukali, aby mieć mniej ludzi do wyżywienia. Dzieci wtedy zapuszczają się do dżungli, mając ze sobą łuki, siekiery i długie, ciężkie noże — maczety. Tu urządzają polowania na drobne antylopy i inne małe zwierzęta, na ptactwo, jaszczurki i węże, poszukują dzikich owoców i jadalnych korzeni, walcząc z głodem i śmiercią.
Rozwody są uwzględniane w prawie murzyńskiem i są zjawiskiem codziennem.
Kobiety prawie nigdy nie pracują na roli, zato są zajęte prawie cały dzień gospodarstwem domowem. Na roli pracują mężczyźni oraz niewolnicy.
Niewolnicy są potomkami jeńców, których za dawnych czasów wojen pomiędzy szczepami zdobyli dawno zmarli już członkowie sukali. Niewolnik — to tylko nazwa, ponieważ w sukali korzysta on ze wszystkich praw członków rodu.
Wszystkie sukala (zagrody) tworzą wieś, administrowaną przez wójta, oraz wyżej od niego moralnie stojącego kapłana Ziemi i Dżungli, czyli tego obywatela, który posiada wyłączne prawo składania krwawych i niekrwawych ofiar Ziemi — temu najbliższemu z wielkich bóstw.
Sąd nad winowajcami należy bądź do wójta, bądź do kapłana Ziemi, lecz zawsze są oni tylko przewodniczącymi sądu, złożonego ze starych ludzi wsi.
Za złodziejstwo zbrodniarza związują sznurami i sąd rozkazuje mu zwrócić skradzione rzeczy ich właścicielowi. Za niemajętnego złodzieja odpowiada jego rodzina i sukala. Recydywista zostaje wyrokiem sądu wypędzony z sukali i wsi.
Za zabójstwo rodzina zbrodniarza oddaje bez wiana dziewczynę swojej sukali młodzieńcowi z sukali ofiary za żonę, która powinna zrodzić mu dzieci. Murzyni wierzą bowiem, że w tych dzieciach nastąpi reinkarnacja duszy zamordowanego. W niektórych miejscowościach za zabitego morderca płaci kapłanowi Ziemi dwie kozy, psa i koguta, które zostają złożone w ofierze Ziemi.
Za poranienie sprawca tego płaci zgromadzenie starców kozę i 1000 kori. Koza zostaje ofiarowana Ziemi, a później zjadana przez starców; kori zaś dzielą starcy pomiędzy sobą.
Głowy rodu po śmierci są grzebani w swojej chacie, inni członkowie rodu przed bramą sukali, dzieci — na polach, otaczających zagrodę. Nieboszczyka, obmytego i ubranego w koszulę i kołpak na głowie, umieszczają w mogile w pozie siedzącej, przy dźwiękach skrzypiec i balafonów. Grioci z kasty tancerzy i muzykantów tańczą, śpiewają i grają. Ludność wsi otacza sukalę zmarłego, dużo je i pije dolo (piwo z prosa), płacze i śpiewa hymny pochwalne na cześć nieboszczyka.
Składane też są ofiary dla duszy zmarłego. W tym celu kapłan Ziemi, czy nowa głowa rodu zabija troje kurcząt, których dusze pożera dusza nieboszczyka, a mięso — dziatwa sukali. Jednocześnie głowa rodu łamie nogi trzem kozom, aby nie uciekły, i w pewien moment rytualny przecina im gardziele. Dusze ich stanowią pożywienie cienia zmarłego, a mięso bywa podzielone w sposób następujący: mięso pierwszej kozy — rodzinie matki zmarłego, drugiej — rodzinie babki ze strony ojca, trzeciej — griotom.
Ceremonja pogrzebowa trwa przez całą dobę, poczem siedzącego w mogile nieboszczyka zasypują ziemią grabarze, opłacani każdy po 10 kg prosa, dwoje kurcząt i 300 kori.
Po trzech dniach nowy pan sukali zarzyna na świeżym grobie kurę i nieboszczyk zostaje zapomniany, chyba że jego cień zacznie szkodzić ludności sukali lub wsi; wtedy następują nowe ofiary, zaklęcia czarowników, magiczne rytuały kapłana Ziemi, aż dusza zmarłego uspokoi się na zawsze.
Grioci i ludność tańczą tylko na pogrzebach ludzi starych. Pogrzeby młodych odbywają się bez tańców.
Podczas naszego pobytu w prowincji Gaua w Wysokiej Wolcie widziałem na pogrzebie Lobi płaczki, których gesty i zawodzenia były bardzo podobne do istniejących niegdyś w dawnej Grecji, a przechowanych do dnia dzisiejszego we wschodnich prowincjach Rosji.
Murzyni posiadają swój dzień zaduszny, jeden w roku lub jeden w ciągu trzech lat, w końcu listopada, gdy żyjący składają ofiary cieniom przodków. Takie ofiary duchom zmarłych składane też są przed rozpoczęciem robót polnych.
Murzyni nie odmawiają ofiar: 1) Drzewom, w których inkarnowana jest dusza Ziemi lub Dżungli. Takiemi drzewami są figowce, baobaby, serowce (Eriodendrom anfractuosum) oraz mahonie. Ofiary te przypadają na czas zbioru urodzajów.
2. Wodzie, duchom rzek i potoków, błagając je, aby dały ziemi więcej sił dla urodzaju prosa i kukurydzy.
3. Skałom, kamieniom i pagórkom. W tych ofiarach ujawnia się kult nieba.
4. Krokodylom żywym i sztucznym, zrobionym z gliny, drzewa, lub kamienia; jest to wynik wiary w totemy.
5. Wężom — żywym i sztucznym.
Na pierwszym planie jednak stoją ofiary na cześć Ziemi i jej córy — Dżungli — karmicielki i opiekunki; ofiary te są składane w listopadzie i grudniu w postaci zarzynanych kurcząt, których dusze należą do Ziemi i przez nią są pochłaniane.
Przypominając sobie pobyt nasz wśród murzynów różnych szczepów, od dumnych Peuhl-Fulah do Aszanti i Guro, muszę stwierdzić fakt, że poza ich pierwotną psychologją moralność murzynów stoi bardzo wysoko. Poszanowanie prawa, cześć dla starszych, uczciwość — cechują społeczeństwo murzyńskie, przebywające w dżungli, zdala od zdemoralizowanych już portów. Przez cały czas trwania mojej wyprawy nic nam nie zginęło, chociaż nieraz zostawialiśmy nasz obóz z całą majętnością na łasce losu. Gościnność, uprzejmość i łagodność czynią pobyt śród murzynów bardzo przyjemnym i kojąco działającym na nerwy, strute ohydnemi przejawami korupcji, szerzącej się w cywilizowanej Europie.




POLITYCZNA IDEOLOGJA MURZYNÓW I MULATÓW.

Przecinając olbrzymie przestrzenie podzwrotnikowej Afryki, widząc wioski murzyńskie, tkwiące w dziewiczej dżungli, z trudem można uwierzyć w to, że już istnieje pewna ideologja polityczna wśród tubylców. A jednak ona istnieje!
Biali ludzie już od bardzo dawna wdzierają się do serca czarnego kontynentu i, doprawdy, do połowy XIX wieku dobrych wspomnień tu po sobie nie pozostawili. W Sierra-Leone i na wybrzeżu Kości Słoniowej Portugalczycy zrodzili mulatów, noszących nieraz najbardziej arystokratyczne nazwiska grandów portugalskich. We krwi mulatów zaszczepili oni zarazę luesu, gnębiącego obecnie czarną ludność.
Historja kolonizacji europejskiej nie posiada do połowy XIX wieku jasnych kart. Taki stan rzeczy już wytworzył nieufność tubylców do białych przybyszów.
Późniejsza cywilizacyjna praca Europejczyków zmniejszyła wrogi stosunek do nich ze strony tubylców. Stosunek ten naogół obecnie jest bierny, obojętny. Murzyni nie nienawidzą naprzykład Francuzów, nawet lubią ich, lecz już biali im nie imponują. Parowy pług, potężny wybuch dynamitu, błyskawicznie szybki samochód, pływające miasto-okręt, olbrzymi stalowy ptak-aeroplan — bardzo dobrze! lecz murzyn patrzy na to spokojnem okiem i mówi, podnosząc ramiona:
„C’est la manière des Blancs!“
Ta „manière“ jest dobra dla białych, lecz dla czarnych jest niczem. Czarni tubylcy są umierającymi ludźmi… Wrogi klimat Afryki, nielitościwe słońce, setki nieznanych nam drobnoustrojów, pożerających krew, wnętrzności i kości murzynów, trujące owady i gady, drapieżne zwierzęta, hufce złych i dobrych duchów, czarownicy — wszystko to od stuleci już znużyło czarnego człowieka.
On żyje dniem dzisiejszym, nie chce nawet myśleć o jutrze, bo ono przyniesie ze sobą nowe, być może jeszcze straszliwsze męki i udręki; czarny człowiek chce spokoju i wytchnienia, chociażby to miał być spokój śmierci, wytchnienie niebytu.
Czarni ludzie są ludźmi nocy i smutku, oni nigdy nie mieli słońca za swego boga, — bo jego zabójcze promienie niosą smutek przedśmiertny i tylko noc daje wytchnienie i trochę radości, nieco ponurej, zmysłowej i żywiołowej.
Z pogardą więc patrzą murzyni na nieustającą, kipiącą pracę białych ludzi, czepiających się życia, i z niechęcią, wyłącznie pod przymusem przybyszów zaczynają sami pracować nad polepszeniem swego własnego bytu — bytu, który jest dla nich męczeństwem.
Podług mnie murzyni źle się czują na kontynencie afrykańskim. Być może, że są oni też przybyszami z innych lądów. Z jakich? Może z tych, które zostały pochłonięte przez oceany — z Lemurji, z Atlantydy?
W świecie fauny afrykańskiej, a mianowicie na Zambezi i na Madagaskarze, zoologja wykryła emigrantów-zwierzęta; — dlaczego murzyni, tak zwani pierwotni „Negrito“, nie są przybyłemi z innych lądów odmianami rodzaju homo sapiens? Sami oni zapomnieli o swojem pochodzeniu — bo nie mają ani własnych legend ani specyficznie afrykańskiej mitologji, ani pokrewieństwa pomiędzy setkami afrykańskich narzeczy.
Jednakże z biegiem czasu murzyni zaczęli rozumieć, że planowa walka o byt może zwyciężyć wrogie potęgi natury; po tem zrozumieniu przyszła potrzeba zarobkowania, sezonowa emigracja do Europy, do sąsiednich kolonij angielskich i portugalskich, nareszcie — uświadomienie.
Francuzi wysilają się w zakresie szkolnictwa w swoich afrykańskich kolonjach i już stworzyli kadry tubylców, którzy przeszli szkoły powszechne, profesjonalne, lekarskie, weterynaryjne i t. d., a to przyniosło też uświadomienie, analizę, krytykę i pewien światopogląd.
Z Francji murzyni wynieśli przekonanie o potędze cywilizacji i o tem, że nie tak trudno w rezultacie dojść do cywilizacji białych, a więc — murzyni mogą stać się społeczeństwem cywilizowanem, a wtedy…
— Myślę, że za jakie 25—50 lat murzyni zażądają od nas, abyśmy opuścili zagarnięte przez nas, a należące do nich obszary ziemi afrykańskiej — mówił mi w jednej z kolonij wybitny administrator francuski.
Z posiadłości angielskich murzyni wynieśli nienawiść do wszystkich białych bez różnicy. Przyczyna tego kryje się w surowym systemie administracyjnym, stosowanym przez Anglików w kolonjach.
Prawda, że takich uświadomionych murzynów naliczyć można nie więcej od 2—3 proc. na całą ludność, lecz jeżeli podług statystyki jedna książka jest czynnikiem kulturalnym wśród 50 osób, to myślę, że jeden uświadomiony murzyn staje się czynnikiem agitacyjnym co najmniej dla tysiąca współobywateli.
Jeżeli do tego dodamy, że część murzynów, szczególnie ze szczepów osiadłych w Sahelu lub w graniczących z nim obwodach, jest muzułmanami i że do nich napływa przez Saharę i z Maurytanji propaganda panislamizmu, — wtedy łatwo zrozumieć, że panislamizm, nieraz zmieniający się w ruch antyeuropejski, w znacznym stopniu wpływa na polityczną orjentację i ideologję murzyńskiego środowiska.
Jeszcze jednym czynnikiem jest wolnościowa propaganda, idąca od murzyńskich polityków ze Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej i z niezależnej, aczkolwiek anegdotycznej tymczasem, republiki murzyńskiej — Liberji.
Jakaż jest naogół polityczna psychologja murzynów zwiedzonej przez moją ekspedycję części Afryki?
Warstwy rolników, rybaków i myśliwych, żyjących w dżungli, pozostają zupełnie obojętnymi dla białych, których jeszcze teraz w tem lub owem miejscu nigdy nie widziano, jak to mi się zdarzyło raz skonstatować w obwodzie Bauflé.
Jednak po miastach i portach, jak Dakar, Konakra, Grand-Bassam, Porto-Novo, Abidżan, Bamako, Kurussa, Sikasso, Uagadugu i inne, już się utworzyły warstwy uświadomionych murzynów, marzących o zdobyciu dorobku cywilizacji współczesnej i niezależności, do jakiej dążą ich północni sąsiedzi — młodo-algerczycy i młodo-tunizjanie.
W mieście Dakar, wśród Senegalczyków, którzy uczestniczyli w wielkiej wojnie i którzy dali największy procent murzynów wykształconych w szkołach na wyspie Gorèe, już się zauważyć daje bardzo energiczny ruch, czasem zatrważający władze miejscowe.
Umiejętnie prowadzona agitacja, z zastosowaniem wpływów czarowników-fetyszystów, tajnych związków mistycznych i dawnych rodów panujących może wstrząsnąć całem środowiskiem murzyńskiem i pchnąć je na drogę walki o niezależność.
Czy intelekt murzyński będzie w tym momencie historycznym dostatecznie przygotowany do ujęcia we własne ręce steru życia czarnej rasy, czy będzie tylko tragicznym wysiłkiem do osiągnięcia wymarzonej wolności i rządzenia się własnemi siłami — pokaże niedaleka już przyszłość.
Konkretyzując swoje spostrzeżenia, mogę zaznaczyć, że tymczasem białym kolonizatorom na terenie Afryki bezpośrednie niebezpieczeństwo nie grozi, jednak, wobec istniejącej już w pewnych odłamach ludności murzyńskiej ideologji wolnościowej, należy o tem pamiętać i być do niej przygotowanymi w ten sposób, aby nie popełnić błędów przeciwko zasadom sprawiedliwości i godności rasy cywilizowanej, co mogłoby wywołać niepotrzebny i straszliwy przelew krwi.
W tej kwestji powinno nastąpić porozumienie pomiędzy wszystkiemi państwami kolonjalnemi, zaniechanie konkurencyjnej polityki i jątrzenia czarnych ludów w interesach poszczególnych państw, jak to widzimy na północy Afryki lub w Indjach.
Ściśle związana jest z ideologją polityczną murzynów kwestja mulatów.
Niezawodnie, że na skutek barbarzyńskiego postępowania konkwistadorów i kolonizatorów europejskich minionych wieków, we krwi wszystkich ras murzyńskich znaleźć można spory procent pierwiastków białej rasy, lecz ta metyzacja, na skutek dalszego krzyżowania się mulatów z murzynami, obecnie stała się prawie niedostrzegalna i nawet nie przechowała się w tradycjach rodów murzyńskich. Natomiast metyzacja z czasów nowszych wytworzyła cały odłam mulatów o odrębnej a zasługującej na uwagę psychice.
Już wspominałem o mulatach murzyńsko-portugalskich z wybrzeża Kości Słoniowej, lecz mulaci w coraz większej ilości zjawiają się obecnie w kolonjach francuskich, angielskich i innych.
Niemal utartym zwyczajem stał się konkubinat nieżonatych urzędników, kolonistów i kupców europejskich z czarnemi kobietami. Dzieci, zrodzone z tych związków czasowych, krócej lub dłużej trwających, są zwykle porzucani przez ojców z chwilą odjazdu ich do Europy albo zmiany kolonji dla służby państwowej lub interesów materjalnych. Dzieci-mulaci nie są zbyt dobrze widziane we wsiach murzyńskich, szczególnie z chwilą, gdy sowicie wynagrodzona przez czasowego męża kobieta murzyńska znajduje sobie czarnego męża.
Władze kolonjalne zmuszone były do roztoczenia opieki nad bezdomnemi dziećmi-mulatami, wychowania ich i ściągania do szkół, skąd one miały wyjść jako rzemieślnicy, felczerzy, pracownicy biurowi, lekarze, agronomi, technicy, akuszerki, nauczyciele, nauczycielki i t. d.
Istotnie, wszędzie w kolonjalnych biurach rządowych, widziałem mulatów-urzędników i oficjalistów niższych stopni. Zrzadka dochodzą oni do wyższych szczebli hierarchji biurokratycznej, lecz władze centralne nie popierają tego z przyczyn, które będą niżej wyjaśnione.
Wykształceni mulaci, wchodząc do środowiska europejskiego, stają przed dylematem nie do rozwiązania.
Murzyńskie społeczeństwo nie ma do nich ani sympatji, ani zaufania; biali uważają ich za istoty niższe, mają do nich uprzedzenia fizjologiczne, tradycyjne i socjalne. Wcześniej czy później mulaci przychodzą do przekonania, że są oni moralnymi parjasami, a wtedy zaczyna się dramat w ich życiu.
Pogardzając niższymi od siebie murzynami i nie chcąc powrócić do ich środowiska, mulaci zaczynają ich nienawidzieć, znęcać się nad nimi i prześladować. Administracja kolonjalna zauważyła już oddawna, że mulat-urzędnik, a szczególnie jeśli ma bezpośrednią władzę nad murzynami, staje się najbardziej surowym, bezwzględnym człowiekiem, nieraz wprost gnębicielem, co w kilku kantonach spowodowało znaczne zaostrzenie stosunków pomiędzy czarną ludnością a władzami kolonjalnemi.
Mulaci są, z zupełnie zrozumiałego powodu, wrogo usposobieni do białych i gotowi są szkodzić im wszędzie, gdzie tylko sięgają ich wpływy.
Naturalnie, że taki element w pewnych okolicznościach może zaważyć na stosunkach pomiędzy białymi przybyszami i czarnymi tubylcami, a w agitacji antyeuropejskiej mulaci odegrać mogą ważną rolę.
Przedsiębiorczy biały człowiek, pełen nienawiści mulat-parjas i bierny tymczasem, lecz już budzący się do życia murzyn, — oni rozstrzygać będą spór ostateczny o wrogą dla ludzkości, lecz bogatą ziemię czarnego lądu.




W POŚCIGU ZA SŁONIAMI.

Już w jednym z listów pisałem, że moje starania, aby znaleźć słonie w północnej części wybrzeża Kości Słoniowej, nie były uwieńczone powodzeniem, a więc nie mogłem spróbować na nich siły naboju mego ekspresu, naboju, w którym mieści się całe 3½ gramów najsilniejszego prochu bezdymnego.
Jednak te wysiłki myśliwskie nie przeszły bez śladu i dały mi bardzo dużo wrażeń i spostrzeżeń, a w rezultacie — jeden z członków mojej wyprawy spotkał się oko w oko ze słoniem i — strzelał do niego z polskiego karabinu, mającego, niestety, tylko 7,4 mm średnicy kuli.
Lecz opowiem po porządku, z niektóremi, ciekawemi dla myśliwych szczegółami, jak się odbywał nasz pościg za temi olbrzymami sawann zachodniej Afryki.
Przedewszystkiem zaznaczyć muszę, że ilość słoni w tej części kontynentu afrykańskiego jest wprost zdumiewająca, chociaż o tej porze, w której przecinałem te tereny, słonie kryły się w niedostępnych lasach i na sawannę wychodziły rzadko. Zależy to od tego, że ulubione przez nie owoce palm nie były jeszcze dojrzałe, a inne drzewa, służące im jako pożywienie, dopiero zaczęły pokrywać się świeżemi, młodemi liśćmi; oprócz tego nie dojrzały jeszcze kukurydza i proso, w celu zdobycia, których słonie czynią straszliwe spustoszenia na polach tubylców i plantatorów.
To nie przeszkadza jednak stwierdzić faktu, że setki, a może tysiące słoni ukrywa się w lasach ciemnych, osłoniętych ze wszech stron gęstemi zaroślami krzaków, i siecią lian, pełznących aż do szczytu niebotycznych mahoni i palm. Konstatujemy to na każdym kroku, codziennie i wszędzie, bo sawanny przecięte są w różnych kierunkach „ścieżkami“ słoni. Są to raczej drogi — wyboiste, pełne wykrotów i dołów, pozostałych po grzęznących w mokrej ziemi, potężnych nogach słoni. Posuwać się temi drogami można tylko powoli i z wielką ostrożnością, bo łatwo wpaść w ślad ogromnego zwierza i pokaleczyć własne nogi. Z obydwóch stron tych ścieżek słoni widać też i inne ślady. Są to wyrwane z korzeniami młode drzewa „karite“, gdyż ich korzeniami lubią się raczyć książęta dżungli. Czasem spotkać można duże drzewa z obłamanemi gałęziami. To słonie połamały je swojemi trąbami, zrywając młode liście.
W północnej części wybrzeża Kości Słoniowej, na sawannach pomiędzy Badikaha, Korogho i Kong, przemierzyłem swemi, mocno już przedtem strudzonemi nogami sporą przestrzeń sawann, gdzie na niezmierzonych równinach bezpiecznie pasą się stada antylop — dużych i małych, i gdzie niewidzialny w dzień grasuje bezgrzywiasty lew, owiany legendami czarnych i bajdami białych ludzi.
Szliśmy śladami dwóch słoni, które przeszły brzegiem małego potoku wczoraj dopiero gdzieś na południe.
Tropiciele murzyńscy donieśli nam, że, sądząc ze śladów, słonie pasą się wpobliżu, a więc z pewnością powrócą. W tym celu spędziliśmy na sawannie, tuż pod lasami, jedną bardzo przykrą noc.
Nie wzięliśmy ze sobą namiotów, lecz tylko siatki od moskitów. W tych to siatkach, rozpiętych pomiędzy drzewami, zanocowaliśmy. Pogryzły nas niezliczone owady. Czego tam nie było!
Ogromne bąki, które wśliznęły się do naszych kryjówek po ziemi, gryzące pająki i mrówki, aż nareszcie do mego namiotu z siatki wtargnęły cuchnące padliną mrówki i drapieżne termity i zmusiły mnie do ucieczki, oddając na pastwę moskitom oraz tse-tse.
Dzięki temu, słyszałem zbliska chichot hieny, a później, już przed świtem, widziałem jej przemykający się pomiędzy krzakami cień. Jakieś kroki ostrożne, skradające się, chrzęst suchych liści i gałęzi, dochodził moich uszu. Co to było? Duża antylopa singsin lub koba? A może — lew węszył przybyszów i z podziwem przyglądał się bielejącym widmom naszych siatek od moskitów?
Przysłuchiwałem się nocnym głosom afrykańskiej puszczy — głosom tajemniczym i groźnym, mówiącym o walce na śmierć i życie. Rozlegały się w nocnej ciszy beczenia antylop, ryk bawołu, chrapliwe westchnienia lwa, chichot hieny, kwilenie nocnych ptaków drapieżnych, wrzask małp i nieuchwytny, budzący trwogę i tęsknotę, nie milknący nigdy poszept dżungli…
Jednak słonie poszły gdzieś dalej na żer, a że maszerują sobie bez wysiłku po 20 km na godzinę i to tak w ciągu 5—6 godzin, — odeszły więc daleko.
Ścigać ich w kniei dłużej było niepodobieństwem, bo za mało mieliśmy czasu i zapasów żywności.
Tornady, którym towarzyszyły burze i ulewne deszcze, coraz wymowniej mówiły, że musimy już porzucić dżunglę afrykańską, jeżeli chcemy zawczasu powrócić do Europy.
Słonie odeszły daleko, miały też ku temu ważne powody.
Przed paru tygodniami, przed naszem wpadnięciem do Badikaha, nasz gościnny gospodarz p. de Chanaud, jadąc samochodem, dojrzał zburzoną przez słonie szosę, więc tegoż dnia ruszył w pościg za olbrzymami, wziąwszy ze sobą strzelca-murzyna, człowieka odważnego, lecz nieostrożnego.
Wkrótce odnalazł parę słoni, żerujących w gęstych zaroślach nad brzegami małej rzeczki.
P. de Chanaud miał ze sobą karabin Manlichera kalibru 11 mm. Myśliwy i murzyn zaczęli się skradać do słoni, lecz te zwęszyły ludzi. Samka uciekła, samiec zaś, spostrzegłszy myśliwych, ruszył na nich. Myśliwi zaczaili się w gąszczu, lecz słoń nie wychodził. Wtedy ciekawy a nieostrożny murzyn podczołgał się do skraju lasu i właśnie w tej chwili słoń runął do ataku. Olbrzym biegł, druzgocząc po drodze drzewa i, przebiegając około zaczajonego murzyna, chwycił trąbą pień młodego mahoniu i wyrwał go z korzeniami. Chwytając drzewo, porwał za połę ubrania murzyna i w jednej chwili zdarł je z niego tak doszczętnie, że biedak zmuszony był nago powrócić do domu.
Jednak w tej ryzykownej chwili słoń wystawił łeb z krzaków i p. de Chanaud, wspaniały strzelec, wpakował mu kulę pomiędzy okiem a uchem. Olbrzym padł na kolana i wtedy de Chanaud wypuścił w niego jeszcze cztery pozostałe kule, aż zwierz przestał się ruszać.
W tej chwili przybiegł murzyn, wołając, aby de Chanaud szedł za nim, gdyż drugi słoń zatrzymał się wpobliżu.
Karabin nie był nabity i myśliwy zaczął szukać swego worka z nabojami. Okazało się, że słoń upadł właśnie na to miejsce, gdzie p. de Chanaud pozostawił swój worek.
To ocaliło drugiego słonia, który tymczasem odszedł tak daleko, że murzyni nie mogli go dogonić; widocznie słoń uprzedził swoich krewniaków, aby przez pewien czas nie zjawiały się na sawannach w okolicach Badikaha i Konga.
P. de Chanaud podczas naszych wspólnych polowań opowiadał mi, że pewnego razu strzelał do słonia. Ten padł, podniósł się, znowu padł, lecz w tej chwili wydał straszliwy ryk i z lasu wybiegło kilka słoni, otoczyło rannego towarzysza, podniosło go i uprowadziło do kniei.
Mój przyjaciel zaręczał słowem honoru, że jest to prawda, a późniejsze opowiadania innych myśliwych o podobnych wypadkach dowodzą, że słonie dopomagają sobie w razie niebezpieczeństwa.
Drugiem takim zwierzęciem jest lwica.
Tak — lwica, nie lew! Bo gdy lew ucieka w chwili zranienia lwicy, ta atakuje człowieka, gdy kula dosięgnie jej małżonka. Inne zwierzęta w razie grożącego niebezpieczeństwa uciekają, myśląc tylko o własnem ocaleniu.
Nie wspomniałem jeszcze o szympansach, lecz tych prawie że nie uważam za zwierzęta. Ten czarny ludek nie lubi wojny, lecz, zaczepiony, odważnie staje ramię przy ramieniu w obronie współrodaków i młodzieży. Jest to szlachetny, rycerski ludek małpi! Ludzie nieraz mogliby nie bez korzyści dla siebie wzorować się na nim.
Szatanem-kusicielem moim, który namówił mnie do zwiedzenia wybrzeża Kości Słoniowej, był książe de Croy. Wskazał on mi nawet miejsce, gdzie nietrudno o słonie.
Jest to, jak już pisałem, obwód Buafle-Sinfra-Daloa. Byłem tam, prowadzony przez najsłynniejszego w Afryce francuskiej myśliwego, p. M. Burgera i jego strzelca-murzyna Konana, o którym wspominałem już poprzednio. Lecz na sawannie, gdzie książe de Croy spotkał słonie, ja ich nie znalazłem, gdyż ze wskazanych na początku tego listu przyczyn wychodzą w tym okresie na równinę tylko rzadko, znajdując dla siebie dość pożywienia w lasach i czekając, aż dojrzeją kukurydza, proso, manjok i orzechy palmowe.
Chociaż niewdzięcznem i ryzykownem zadaniem jest poszukiwanie słoni i polowanie na nie w lesie, jednego poranku ruszyliśmy z p. Burgerem i Konanem w stronę Sinfra.
Mieszkańcy małej wioski, odległej od osady o jakieś 30 km, donieśli nam, że dwa słonie żerują w błotnistych zaroślach o 3—4 km, w gąszczu lasu.
Obejrzawszy naszą broń, ruszyliśmy za murzynem-przewodnikiem. Szliśmy długo, bo te „murzyńskie kilometry“ posiadają nieraz co najmniej po 5000 metrów.
Droga była nader uciążliwa, gdyż była to „ścieżka słoni“, wydeptana w gęstym lesie. Chaszcze z kłujących krzaków i lian, wystające z ziemi korzenie, zwalone drzewa, błotniste topieliska co chwila tamowały nam drogę. Pod ciemnem sklepieniem drzew panował zaduch; oddychaliśmy z wielkim wysiłkiem; na małych polanach, zarosłych trzcinami, słońce nielitościwie oblewało nas żarem swoich promieni, bąki i moskity co chwila wpijały się w szyję i w ręce, tnąc nawet przez tkaninę bluz; od dołu dokuczały nam mrówki i drobne muszki, prawie niedostrzegalne, a krwiożercze, niby pantery.
Sto razy można było machnąć ręką w rozpaczy i powrócić, lecz było coś, co przemawiało do rozsądku myśliwego. Były to zupełnie świeże ślady dwóch olbrzymich słoni. Przechodziły tą ścieżką najwyżej dwie godziny przed nami.
W lesie ujrzeliśmy „pułapkę“ na słonie.
„Pułapka“ wydaje się całkiem niestosownem słowem, gdyż się mówi o takiem potwornem zwierzęciu, a jednak jest to pułapka i zapomocą niej murzyni szczepu Guro tępią sporo słoni.
Pułapka składa się z grubego, ciężkiego i długiego na 1½—2 m kloca drzewa, w który murzyni wbijają szeroką lancę o ostrzu, przypominającem siekierę. Ten przyrząd zawieszony jest na lianie, drugim końcem umocowanej tuż przy ziemi na ścieżce. Słoń, kroczący znaną sobie drogą na pola kukurydzy, zawadza o lianę, a kloc z ostrzem pada mu na kark lub grzbiet, powodując śmierć.
O paręset kroków za pułapką spotkaliśmy murzyna. Stał nieruchomy, wyprężony i nadsłuchiwał. Był to towarzysz naszego przewodnika i doniósł, że dwa słonie są tuż, w zaroślach trzcin.
Więc dalej — na słonie!
Lecz to „tuż“ zabrało nam dobre trzy kwadranse niewymownie trudnego marszu przez topielisko i zarośla jakichś szerokich liści na mocnych jak stalowe linki łodygach.
Nareszcie wstaje przed nami ściana wysoka na 3—4 metry trzcin i traw. Zatrzymujemy się, bo słonie wparły się w te chaszcze. Słuchamy…
Istotnie niedaleko od nas rozlega się trzask tratowanych trzcin, hałaśliwe sapanie słoni, plusk wody i głośne cmokanie bagna, w którem grzęzły nogi ogromnych zwierząt.
Z przeraźliwym krzykiem unosiły się nad zaroślami białe czaple (Ibis ardea), zawsze towarzyszące słoniom, bawołom i antylopom, z których biorą podatki w postaci różnych pasorzytów, żyjących na ciele tych zwierząt.
Z trudem rozsuwając grube trzciny i walcząc z kłującemi roślinami, czepiającemi się naszych ubrań, zanurzamy się w gąszcz. Co chwila zmuszeni jesteśmy przełazić przez gnijące pnie i konary olbrzymich drzew, zapadamy niemal po pas w bagno, padamy na niezliczonych kępach, podstępnie ukrytych w gęstej trawie; sprawiamy tyle hałasu, że nieboszczyk mógłby usłyszeć nasze kroki, a cóż dopiero dzikie, czujne zwierzę. Rozumiem, że o podejściu słoni i o strzale w tym chaosie trzcin i krzaków nie można nawet marzyć. Czekam tylko na to, co uczynią słonie.
Wkrótce do uszu naszych dochodzi bardziej głośny trzask trzcin, szybkie stąpanie potężnych nóg po wodzie i błocie, ale po chwili już nawet krzyki czapli dolatują zdaleka.
Koniec! Słonie uciekają. Powracamy do wsi tą samą drogą, a metry wydają się kilometrami, kilometry wprost astronomicznemi odległościami! Jednak po pewnym czasie jesteśmy w wiosce. Uprzejmi Guro częstują nas pieczonem injamem i manjokiem, tak bardzo do kartofli smakiem podobnemi; któryś z murzynów przyniósł duży garnek „bangi“, czyli wina palmowego. Lepsze to od łażenia po kniei afrykańskiej i wsłuchiwania się w odgłosy uchodzącej zdobyczy!
Wtedy to, po tem niepowodzeniu, przysiągłem na wszystkie murzyńskie „gri-gri“, że przyjadę jeszcze raz na wybrzeże Kości Słoniowej i tę „kość“ zdobędę!
W okresie, gdy polowałem koło Sinfra, jeden z moich pomocników pozostawał jeszcze w Badikaha, które bardzo polubił. Co do słoni, był on bardziej ode mnie szczęśliwy, a może bardziej nieszczęśliwy.
Ja przechowałem cały zapas swej potencjonalnej możliwości zabicia słonia, gdyż żadnej kuli w to wielkie bydlę nie wypuściłem, tymczasem mój pomocnik słonia spotkał, strzelał do niego, lecz zdobycz, zdaje się, przepadła.
Pan ten zawziął się na słonie w okolicach Badikaha i wraz ze strzelcem pana de Chanaud gorliwie mierzył własnemi krokami sawanny tego obwodu.
Razu pewnego strzelec-murzyn znalazł świeży ślad i mój pomocnik podkradł się do słonia, wypoczywającego w cieniu gęstego lasu. Była to stara samka z małym.
Słonie usłyszały kroki ludzi i zaczęły uchodzić.
Wiedziony instynktem myśliwy bardzo trafnie obrał kierunek i zabiegł drogę słoniom, zaczaiwszy się w krzakach.
Wprost na niego wkrótce wyszła samka, potworna, z podniesioną groźnie trąbą i trwożnie ruszającemi się uszami. Myśliwy, jak mi sam opowiadał, uczuł się odrazu „zupełnie małym robaczkiem“ wobec tego olbrzyma, lecz po chwili podniósł polski karabin i strzelił.
Słoń się potknął narazie, lecz poszedł dalej, ścigany kulami polskiego wyrobu.
Wkrótce zwierzę zaczęło ryczeć. W jego głosie groźnym i przerażającym było tyle nienawiści, wściekłości, bólu i rozpaczy, że mój pomocnik mówił mi, że nigdy tej chwili i tego głosu nie zapomni.
Słoń znikł woddali. Ślady krwi szły za nim. Jednak ranny zwierz odszedł daleko i myśliwi musieli przerwać pogoń.
W dwa dni potem murzyn odnalazł słonia. Ten szedł już powoli, słaniając się. Wtedy murzyn powrócił po karabin do wsi, na co stracił jednak całe dwa dni. Przez ten czas zwierz odszedł zaledwie dwa kilometry. Leżał w krzakach, nieruchomy, brocząc krwią. Murzyn był przekonany, że słoń już padł, więc zbliżył się do niego i nogą pchnął go w trąbę.
Był to nieostrożny czyn.
Słoń w mgnieniu oka, być może, ostatnim wysiłkiem potężnych mięśni, porwał śmiałka trąbą i nadział go na jeden z kłów.
Na szczęście przebił mu nawylot tylko biodro, i nieoględny strzelec miał jeszcze dość sił, aby umknąć, wlokąc się potem z tak straszliwą raną całe dwa dni do wsi.
Mój pomocnik nie miał już jednak czasu na poszukiwanie ranionego słonia, gdyż musiał tego dnia wyruszyć ku nam do Buaké, aby jechać do morza. Pan de Chanaud obiecał mu, że wyśle ludzi na poszukiwanie słonia i wyprawi nam do Polski jego czaszkę i kły.
Czekamy więc tej miłej przesyłki…




NA HIPOPOTAMY!

Nareszcie!
Dawno marzyłem o polowaniu na hipopotamy, na te „krowy wodne“, jak je nazywali starożytni podróżnicy.
Już kilkakrotnie byłem blisko tych potwornych mieszkańców rzek afrykańskich, gdzie one znikają coraz bardziej, w miarę tego, jak zwiększa się handlowy ruch statków i łodzi, a na brzegach rzek powstają nowe osiedla ludzkie.
Spotkałem hipopotamy w północnym Sudanie, w zagłębiach wysychającej w lecie rzeki Bauflé; w Wysokiej Wolcie widziałem liczne ślady, wyciśnięte na błotnistych brzegach rzek, a w ich liczbie — Czarnej Wolty.
Strzelać jednak do tych olbrzymów dotąd się nie udawało. Dopiero teraz tu, w błogosławionej przez św. Huberta, patrona myślistwa, ziemi wybrzeża Kości Słoniowej ta sposobność się nadarzyła, i to — aż dwa razy!
Pod przewodnictwem naszego czarnego strzelca, przemiłego Konana, wyruszyliśmy wczoraj przed wschodem słońca z naszego obozowiska ku brzegom rzeki Bandama.
Od jakiejś małej wioski murzynów Guro, zabrawszy ze sobą pięciu ludzi dla niesienia aparatów kinematograficznych i fotograficznych, zagłębiliśmy się do gęstych zarośli, które wkrótce nagle znikły, i wtedy wyszliśmy na obszerną sawannę z czerniejącym na horyzoncie wysokim lasem.
Tam właśnie przepływała rzeka Bandama.
Nazwa tej rzeki budzi we mnie namiętny dreszcz, bo przecież w niej przebywają hipopotamy, z niej piją, zanurzając aż po oczy ponure pyski, dzikie bawoły; tu, ostrożnie stąpając i oglądając się trwożnie, przychodzą piękne antylopy „sing-sin“, „son“ i małe, chyże antylopy Maxwella; tam, w gęstych zaroślach czają się lwy i lamparty, bo ślady ich przecinaliśmy nieraz; tam wreszcie wypoczywają i kąpią się słonie.
Słonie!… Cała sawanna od kresu do kresu pokryta jest głębokiemi dołami — staremi i świeżemi, a wycisnęły je grube, jak kolumny, nogi słoni…
Tu i owdzie dojrzeliśmy ślady antylopy — Cobus Kob i pręgowatych antylop. Przeszły niedawno, a powracały od rzeki. Widziałem stado jasnobrunatnych, szybkich jak myśl, antylop — sonów (Cobus Kob) i mój operator zdążył uchwycić je na film, lecz dla strzału już nie było czasu. Spłoszył je bowiem szczęk aparatu, więc pomknęły ku gęstym krzakom „karité“ i rafji, znikając w nich jak widma puszczy.
Z wysokiej, soczystej trawy z łopotem skrzydeł co chwila porywają się i zapadają o kilkanaście kroków dalej kuropatwy, frankoliny, dzikie perliczki, a nawet stare znajome — przepiórki i z braku prosa kryją się w gęstwinie niewysokich krzaczków, pokrytych czerwonemi, bardzo kwaśnemi jagodami, których nawet murzyńskie podniebienie znieść nie może, bo smakuje jak szczera tanina.
Parę razy woddali podniosły się i odleciały czujne dropie, a za niemi czarne o białych piórach na końcach potężnych skrzydeł — Kalao — (Bucorax abyssynicus) o dziwacznych dzióbach.
Wpobliżu małego strumyczka przeszło nam drogę spore stado małp-Papio. Były tam same stare samce, ponure i podejrzliwe zwierzęta. Jeden z Papio wdrapał się na wierzchołek drzewa, obejrzał nas uważnie i, wydawszy ochrypły, ostrzegawczy krzyk, zesunął się na ziemię i w wielkich susach przyłączył się do zmykających towarzyszy. Długo potem dochodziły nas jeszcze niezadowolone rechotania małp.
Opowiadano nam, że Papio stadami napadają na lamparty i nawet na ludzi, kalecząc lub zabijając swe ofiary.
Nie wątpię, że dość trzech takich drabów, jakich spotkaliśmy na sawannie przed Bandama, aby zwalczyć najsilniejszego murzyna, bo były to okazy wprost przerażające swemi rozmiarami.
Tak posuwaliśmy się ku rzece.
Słońce weszło i w okamgnieniu, rozwiawszy lub raczej wyssawszy lekką mgłę poranną, prażyć jęło nas nielitościwie aż para zaczęła się podnosić od mokrego od rosy ubrania i obuwia.
Ale! Ale!
Dawno już chciałem, lecz wciąż zapominałem zrobić reklamę polskiemu obuwiu turystycznemu. Posiadam trzewiki roboty polskiego mistrza szewskiego, p. Romanika z Zakopanego. Są to mocne trzewiki z nieprzemakalnej skóry, przełożonej na szwach pęcherzem, o podwójnych podbitych gwoździami i hakami podeszwach i obcasach — niskich a szerokich. Przeszły te trzewiki polskiej roboty cały kamienisty, z ostrych laterytów złożony szlak, przez grzbiet Futa-Dżalon, mokły w Nigrze i bagnach Dolnej Gwinei, przecięły brussę sudańską i Wysokiej Wolty i nic ich nie wzięło. Mógłbym je sprzedać za taką cenę, za jaką je w Zakopanem nabyłem, szczególnie teraz… przy spadku waluty. Dobre są te romanikowskie trzewiki jeszcze dlatego, że mając je na nogach, zawsze mogłem odnaleźć swój ślad, a więc nigdy nie zbłądziłem.
Czeskie i francuskie trzewiki moich pomocników okazały się bez porównania słabsze.
Doszliśmy więc do rzeki, lecz długo jeszcze posuwaliśmy się jej brzegami, zdala zresztą od wody.
Dziwna rzecz! Wyszliśmy, mając ze sobą zaledwie pięciu murzynów, lecz teraz kroczyło za nami i obok nas około pięćdziesięciu nagusów z oszczepami i łukami w rękach.
Niby sępy na padlinę zbiegli się murzyni z trzech okolicznych wiosek, wietrząc „mięso“, które już widzieli przed sobą, spoglądając z zachwytem na nasze strzelby.
Nigdy i nigdzie, jeżeli tylko wpobliżu znajduje się osada murzyńska, nie można ukryć się od tubylców. Myśliwy zawsze będzie miał w tym wypadku liczną, czasem nawet zbyt liczną eskortę, bo za nagimi mężami i ojcami przez krzaki pokryjomu suną ich nagie córy i małżonki, uzbrojone w potworne noże — „maczety“, kosze i misy — „kalbasy“ na mięso, którego jeszcze niema.
Przy takich warunkach, gdy na myśliwego, mierzącego do zwierza, patrzą setki głodnych i rozpalonych źrenic, strzelanie nie jest rzeczą zgoła łatwą i przyjemną. Strzał, jak każda zbrodnia i przelew krwi, lubi przecież tajemnicę i samotność.
Nasz Konan robi nam znak ręką, wskazując na głęboki na dwa metry, a szeroki na dziesięć — dół, wyryty w glinie nadbrzeżnej.
— Co to jest? — pytam strzelca.
— To „mali“ (hipopotamy) wychodzą tu po nocach z wody i liżą ziemię, bo zawiera w sobie sól! — odpowiada.
Istotnie na twardej glinie pozostały odbicia ogromnych nóg i palców hipopotamów.
Konan podchodzi do mnie bliżej i ciągnie dalej:
— Murzyni czają się ze swemi skałkowemi karabinami i gdy hipopotam wychodzi na brzeg, wypuszczają w niego nabój, złożony z odłamków starego żelaza…
— Cóż z nim robią później? — zadaję pytanie.
Konan podnosi ramiona i, patrząc na mnie z politowaniem, odpowiada:
— Wszak to jest mięso, a więc zjadają je!
Istotnie sporo kości hipopotamowych odnalazłem później w gąszczu krzaków okolicznych i ślady wielkich i licznych uczt murzyńskich.
Konan tymczasem posłał murzynów, aby wyszukali miejsca, gdzie się hipopotamy znajdują. Czarni, zręczni ludzie znikają w gąszczu.
— Musimy tu czekać na ich powrót! — objaśnia Konan. — Upłynie co najmniej godzina, aż znajdą oni „mali“…
Zapalam więc papierosa i, ulokowawszy się jak najwygodniej w cieniu ogromnej palmy, zaczynam wypytywać mego czarnego przyjaciela o jego przygody myśliwskie.
Jednak nie upłynęło nawet dziesięć minut, gdy z zarośli, otaczających rzekę, wychylił się murzyn i zaczął zawzięcie robić ręką jakieś znaki.
— „Mali“ są blisko — przejmującym szeptem myśliwskim mówi Konan.
Rzucam papierosa, zapominam o miłym cieniu palmy, porywam swój ciężki ekspres i za Konanem zanurzam się do lasu.
Wyboista ścieżka, wydeptana przez hipopotamy, pełna dołów, ukrytych pod grubą warstwą błota i wody, jakieś kępy, czepiająca się nóg trawa, pokryte krzywemi kolcami liany, sieć gałęzi i krzaków utrudnia nasz pochód, jednak pracując nożami, posuwamy się wciąż naprzód.
Nareszcie przez gąszcz błysnęła rzeka, zalana słońcem.
Idziemy wolno, bez szmeru, aby nie spłoszyć hipopotamów, które muszą być blisko. Jestem tego pewny, bo widzę spiżowe ciała wysłanych na zwiady murzynów, tkwiące nieruchomo na brzegu rzeki. Przywarły one do pni drzew nadbrzeżnych, wcisnęły się pomiędzy ich konary, a pałające oczy patrzą drapieżnie gdzieś na rzeką, dokąd skradam się coraz ostrożniej.
Po paru minutach stoję już, zaczajony za krzakami i oglądam wodną przestrzeń. Konan przykucnął tuż przy mnie i utkwił swoje nieruchome oczy przed siebie.
Rzeka Bandama rozlewa się tu szeroko i ma około dwustu metrów od brzegu do brzegu. Blask nieznośny bije mi wprost w oczy, to słońce wściekło się widocznie, i leje, jak z rogu obfitości, całe kaskady żółtych, gorących i olśniewających promieni.
Jednak nic nie przeszkodzi myśliwemu!
Przebijam wzrokiem świetlaną płachtę i spostrzegam o 80 metrów od siebie całe stado hipopotamów. Jest ich tu sześć sztuk. Wygramoliły się na podwodne kamienie lub na mieliznę i wygrzewają się na słońcu.
— Niech pan nie strzela teraz! — szepce Konan, widząc, że podnoszę ekspres. — Zmęczony pan jest marszem, oddycha ciężko, a trafić należy dobrze — w oko lub koło ucha…
Mówiąc to, strzelec bez szmeru ścina dużą gałąź i robi dla mnie widełki, abym mógł umieścić na nich lufę strzelby.
Przyglądam się tymczasem hipopotamom. Widzę przez słoneczną mgłę ich do połowy zanurzone w wodzie potworne głowy i olbrzymie szaroróżowe cielska. Wydać się może, że to kupę tłuszczu złożono do wody.
Hipopotamy leżą bez ruchu i tylko od czasu do czasu poruszają małemi uszami.
Kładę na widełki swój ekspres i mierzę starannie do najbliższego potwora, tuż za okiem, w kierunku ucha.
O, gdyby chodziło o to, aby umieścić kulę gdzieś za łopatką, to byłbym pewny strzału, lecz tu trzeba trafić koło oka, więc mierzę starannie, bardzo starannie!
Bucha strzał. Widzę dokładnie, że kula nie uderzyła w wodę, ani przed, ani za głową zwierza.
— Trafiony! Trafiony śmiertelnie! — woła Konan.
Krzyczą i radośnie klaszczą w dłonie murzyni i zbiegają z brzegu ku samej wodzie.
Hipopotamy po strzale moim z wielkim pluskiem w popłochu rzuciły się do rzeki i płynęły pod wodę, podnosząc duże fale, z szumem i siłą bijące o brzeg. Tylko jeden z hipopotamów długo płynął, wystawiwszy łeb i grzbiet, tak że mogłem posłać mu drugą kulę; przewracał się w wodzie na bok, bił nogami i z hałasem wyrzucał wodę przez nozdrza. Ten istotnie był raniony śmiertelnie. Hipopotamy, zabite przez nas, należały do pospolitego w Afryce rodzaju Hippopotamus amphibius, a więc do największych okazów, ważących do 2500 kilogramów. Sama głowa tych potworów waży do 200 klg. Jednak w rzekach, wpadających do zatoki Gwinejskiej, a niektórzy miejscowi myśliwi twierdzą, że i w rzekach południowej Gwinei, spotkać można inny rodzaj hipopotamów. Jest to — Hippopotamus liberiensis lub hipopotam-karzeł. Różni się on od swego pospolitego krewniaka brakiem jednego zęba w obydwóch połowach dolnej szczęki, znacznie mniejszą wagą i zabarwieniem. Grzbiet zwierza posiada prawie czarną, boki — zielonkawoczarną, a brzuch — zielonkawobiałą barwę. Waga tego hipopotama dochodzi zaledwie do 400 kilogramów. Ten jednak rodzaj jest już widocznie na wymarciu, gdyż coraz rzadziej spotkać go można w zachodniej części kontynentu.
Denerwującem jest polowanie na hipopotamy. Cel dla strzału jest mały, mimo olbrzymich rozmiarów zwierza, warunki strzelania niedogodne, bo widać tylko górną połowę głowy, gdyż hipopotam jest podobny do ogromnej żaby, wynurzającej się z wody. Po najlepszym strzale upływa godzina lub dwie w niepewności: zabity czy nie zabity?
Nawet śmiertelnie ugodzony hipopotam żyje jeszcze dość długo, płynie lub sunie dnem, aż zginie, i dopiero wtedy, gdy pochłonięty przez niego pokarm zaczyna mu w żołądku fermentować, — wypływa na powierzchnię.
Tak też było i z moim hipopotamem, którego zjedli ze smakiem murzyni.
O parę kilometrów dalej mój operator kinematograficzny odnalazł inne hipopotamy i zaczął je filmować. To wzbudziło najpierw zdziwienie, a potem oburzenie murzynów.
— Tyle mięsa, a ten biały robi jakieś głupstwa, kreci maszynę i nie strzela!
Kompletny bunt powstał z tego powodu.
Lecz operator, wykręciwszy potrzebną dozę filmu, strzelił do hipopotama z Mausera 10,75 mm i w godzinę później murzyni już wyciągali lianami zdobycz na brzeg rzeki.
Prawie w okamgnieniu murzyni, murzynki i murzyniątka, uzbrojone w długie noże, poćwiartowały i podzieliły naszą zdobycz. Czarni ludzie w jakiejś ekstazie pożerali prawie surowe mięso, tłuszcz i cuchnące wnętrzności hipopotamów.
My zażądaliśmy dla siebie tylko głowy i jednej nogi.
Tę ostatnią zjedliśmy tego wieczoru na kolację, a smakowała nam jak najlepiej przyrządzone nóżki cielęce, bo była miękka i delikatna.
Głowy zaś odpreparowano dla nas i wieziemy je do Polski.
Parę dni później byłem w innem miejscu rzeki Bandama, gdzie znaleźliśmy tylko jednego hipopotama.
Konan ustawił dla mnie widełki, lecz miałem niefortunny pomysł strzelać z Manlichera kal. 8 mm z lunetą. W chwili, gdy naciskałem cyngiel, jeden z murzynów zlekka mnie potrącił, kula poszła wyżej, a hipopotam zniknął w wodzie. Mój operator kinematograficzny ścigał go w pirodze i strzelał doń pięć razy, lecz tego dnia murzyni nie mieli „mięsa“, a my nie delektowaliśmy się „nóżkami“… hipopotamowemi.




BIAŁY CZŁOWIEK W AFRYCE PODZWROTNIKOWEJ.

Cywilizowane ludy Europy od wieku prawie podzieliły całą Afrykę na szereg swoich kolonij i wcieliły w nie czarną ludność kontynentu. Biały człowiek rządzi nią i sam ciężko pracuje w straszliwych warunkach klimatu.
Nie myślał on o szczęściu czarnych ras tubylczych, gnany egoistyczną żądzą zysków dla swego kraju i narodu. Znamy mroczne karty historji wypraw do Afryki i jej kolonizacji. Ludy europejskie zapisały te karty krwią murzyńską, lecz późniejsze pokolenia zrozumiały głębię tych zbrodni i usiłowały złagodzić ją.
Obecnie wszystko się zmieniło i czarny tubylec uznany jest nietylko za człowieka, lecz nawet nieraz za obywatela. Najdalej w swej humanitarnej polityce posunęła się, jak zawsze, Francja, traktująca murzynów jak swoich obywateli.
Pamiętam, że przy mnie przybył do stolicy pewnej kolonji Amerykanin — kupiec i prosił gubernatora o stu „czarnych“, jak się wyraził.
— Przepraszam pana! — odrzekł gubernator. — My tu nie mamy „czarnych“, są tylko tubylcy, posiadający prawa człowieka i obywatela.
W tem się zawiera cała polityka Francuzów w zachodnio-afrykańskich kolonjach, a ta polityka przywiązała do nich serca murzynów i stworzyła takie warunki, w których, w chwili, gdy rasa biała straci swe kolonjalne posiadłości, Francja niezawodnie będzie niemi jeszcze władała. Już wspominałem o tem, jak francuskie władze kolonjalne usiłują stworzyć kadry wykształconych murzynów i dochodzą do tak znakomitych rezultatów, iż posiadają już czarnych lekarzy, weterynarzy, akuszerki i wykwalifikowanych techników. Zjawiło się już nawet kilku pisarzy murzyńskich, których utwory, jak „Batoula“, zostały nawet odznaczone wysokiemi nagrodami literackiemi we Francji.
Najniebezpieczniejsze wady murzynów stanowią: lenistwo, ospałość, brak przezorności. Biali ludzie swoim przykładem walczą z temi wadami. Pracują uporczywie i gorączkowo w niezdrowym, zabójczym klimacie, rujnowani przez febrę, dyzenterję, żółtą i zwykłą febrę, ostrą anemję i ogólne zaburzenia organizmu, zarażani przez moskity, muchy tse-tse i różne bąki, gryzieni przez mrówki, jadowite jaszczurki, węże, pająki. Pracują, prawie zawsze pozbawieni wygód i rodzinnego życia, gdyż żony i dzieci nie znoszą klimatu zachodniej Afryki i są zmuszone przebywać we Francji.
Urzędnicy, plantatorzy i kupcy, razem zaledwie dwa tysiące osób, a dokoła dziesięć, lub dwanaście miljonów murzynów!
Francuzi nauczyli murzynów kultury bawełny, tak bardzo poszukiwanej na rynku europejskim, zorganizowali pola i stacje doświadczalne i pokazowe, wprowadzili pługi, selekcję nasion, maszyny do oczyszczania bawełny, traktory, zabierające za gotówkę urodzaj z pól tubylczych, handlowe składy bawełny (stock).
Biali ludzie rzucają miljony pieniędzy nato, aby jałowe obszary wpobliżu Nigru zamienić w pola uprawne, wprowadzając olbrzymi irygacyjny system, tak szeroko i praktycznie pomyślany przez p. J. Carde’a i bankiera p. Hirsha.
Koloniści i kupcy nauczyli murzynów wydobywać złoto z takich produktów ich ziemi, jak olejna palma (Elaeis guineensis), orzech kokosowy, karité (Bassia Parkii), neté (Bassia biglobosa), kapok (Bombax), kauczukowe drzewa i liany (Landolphia i Clytandra), kakao, kawa, różne trawy aromatyczne, jak Lemon-grass (Andropogon Citratus); lecznicze jak „kinkiliba“ (Combretum micrantum), wetiwer (Andropogon muricatus): różne gatunki drzew akacjowych, drogocennych mahoni i palisandrów; krzaków pieprzowych, palm Raphia vinifera i setki innych.
Biali uczą murzynów hodowli bydła i ochraniają je przed epidemjami, napływającemi z Sahary od koczowników Maurów i Tuaregów.
Widząc, że ospa, lues, żółta febra, dyzenterja, trąd i szereg innych chorób dziesiątkuje ludność tubylczą, lekarze francuscy zabrali się energicznie i umiejętnie do walki i osiągają już tak świetne rezultaty, iż przez ostatnie 25 lat ludność zachodniej Afryki zwiększyła się o miljon osobników. Wielką rolę w tem zwiększeniu się ludności odegrała pomoc lekarska położnicom murzyńskim.
Ze śmiertelnością wśród dzieci medycyna walczy ze szczególną energją, wynajdując niezawodne i szybko działające środki na niektóre miejscowe choroby, jak naprzykład „pian“ lub „falum“. Objawy tej choroby są straszne. Ciało dziecka pokrywa się skorupą swędzących wrzodów. Murzynki — matki leczyły tę chorobę w sposób okrutny. Zdzierały one ze skóry dziecka wrzody kolczastą, twardą korą drzewa kapokowego, a świeże rany zalewały sokiem cytryny. Były to katusze dla dzieci, męczarnie nie do opisania. Choroba znikała po tej kuracji na parę tygodni, poczem powracała znowu.
Francuzi leczą tę rozpowszechnioną chorobę „stowarsolem“. Pierwsza dawka usuwa swędzenie, a po ośmiu dniach dziecko zostaje na zawsze uleczone.
Działalność lekarzy francuskich nieraz była przyczyną uśmierzenia najbardziej niepokornych i dzikich szczepów, jak naprzykład Lobi, Baga-Fore, Gagua.
Żeby przyciągnąć murzynów do ośrodków swojej cywilizacyjnej pracy i do rynków miejscowych produktów, administracja kolonjalna przecięła już wszystkie kolonje „drogami penetracyjnemi“, a od nich każdego roku odchodzą coraz to nowe i nowe odnogi, prowadzące do dżungli, do zatoniętych w niej i nikomu nieznanych wiosek tubylczych.
Budowa i podtrzymanie tych dróg stanowi naturalny podatek, wymagany od murzynów, również, jak wystawienie od każdego obwodu pewnej ilości mężczyzn do przenoszenia poczty, bagażów i pasażerów w tych obwodach, gdzie jeszcze nie powstały drogi, któremi może przemknąć samochód lub konny wóz.
Drogi nie są szosowane, lecz ubite przez murzynów specjalnemi łopatkami do takiej twardości, że przypominają raczej drogi asfaltowane. Przez mniejsze rzeki i potoki przerzucone są mosty, wytrzymujące do 5—6 tonn wagi wozu. Przez większe rzeki, jak Niger, Bandama, Wolta, Mellakoré i inne, przeprawa odbywa się na promach.
Drogi istnieją tylko w suchej porze roku. Straszliwe ulewy, podczas których w ciągu 5 miesięcy wypada 8 metrów kub. wody na 1 kw. centymetr (w Gwinei), burzą te drogi, a dżungla wszechwładnie opanowuje je i pokrywa wysoką trawą, pędami krzaków i drzew i chaszczami trzcin. Tylko w północnej Gwinei, Senegalu i na wybrzeżu Kości Słoniowej drogi te przetrwać mogą cały rok.
Francuzi przecięli kolejami cały Senegal i Sudan do Kolikoro na Nigrze, całą Gwineję od Konakry do Kankan, przerzuciwszy przez Niger wspaniały żelazny most kolejowy; wybrzeże Kości Słoniowej i Dahomej, wytknąwszy sobie cel — połączenie zatoki Gwinejskiej od Grand-Bassam z Nigrem, przez Wysoką Woltę i Sudan. W ten sposób zostaną połączone południowe i środkowe kolonje z największym portem Dakar, zaledwie o 6—7 dni odległym od portów francuskich.
Sieć dróg i organizacja handlu w kolonjach nietylko dały początek nowym rodzajom rolnictwa, lecz dziesięciokrotnie, a czasem i więcej, podniosły tubylczą kulturę orzechów arachidowych, prosa, kukurydzy i ryżu.
Jeszcze przed 25 laty, prawie cała ludność tych obwodów cierpiała od głodu, teraz ten postrach już został zwalczony i za 5—10 lat w Afryce zachodniej nikt już o nim pamiętać nie będzie.
Dokoła wiosek i mniejszych osiedli tubylczych wyrosły bowiem liczne zabawne, stożkowate budowle. Są to śpichrze, przed przybyciem Francuzów nieznane murzynom, tak, jak nie była znana przezorność, ten najlepszy na głód i nędzę środek.
Nauczona w szkołach francuskich młodzież murzyńska, powracając do swoich domów, przynosi ze sobą wzmożone potrzeby życiowe, zamiłowanie do pracy, zrozumienie potęgi wiedzy i staje się najlepszym czynnikiem cywilizacyjnym.
Często daje się słyszeć, utarte dość zdanie, że Francuzi nie są „dobrymi“ kolonizatorami. Istotnie, jeżeli chodzi o bezwzględną eksploatację posiadanych obszarów, to Francuzów znacznie wyprzedzają inne narody. Lecz pod względem wyeksploatowania ducha ludzkiego, postępu w przyłączeniu ludzi barwnych do ideologji i cywilizacji białej rasy — nikt Francuzów dotąd nie prześcignął.
Gdy rząd Francji robił wysiłki ogarnięcia Sudanu i prowadził ciężkie walki z Almami Samori, pewien angielski dyplomata rzucił pogardliwy frazes:
— Pozwólcie kogutowi gallickiemu (Francji) grzebać się w piaskach Sudanu!
Francuzi długo się w piaskach tych grzebali, aż znaleźli w nich szczere złoto. Jest niem — ufność i miłość czarnej ludności, a z jej pomocą Francuzi z każdym rokiem wzbogacają swoją ojczyznę, przywożąc na rynek międzynarodowy bawełnę, drogocenne drzewo, roślinne oleje, banany, orzechy arachidowe i setki innych, poszukiwanych w przemyśle produktów. Z tych piasków sudańskich Francja wygrzebała oddane sobie, naiwne, a odważne serca czarnych ludzi, tak chętnie i ofiarnie oddających swoją krew za wspólną ojczyznę.
Piękny pomnik tego bohaterskiego związku żołnierza francuskiego z barwnym strzelcem senegalskim, wzniesiony w Bamako, stolicy Sudanu, stanowi emblemat twardego jak skały laterytowe sojuszu serc i krwi.
W kolonjach afrykańskich z różnych powodów powstają nieraz nieporozumienia, mniej lub więcej poważne wypadki nieposłuszeństwa, a nawet zbrojne starcia murzynów z Europejczykami.
Kolonjalne władze innych narodów zwykle załatwiają te sprawy twardą ręką, posyłając oddziały karne.
Francuzi w tych wypadkach działają inaczej, skierowując do niepokornych szczepów wytrawnych, znających psychologję murzyńską urzędników cywilnych oraz lekarzy. Ci ludzie drogą pokojową — radą, namową i pomocą uśmierzają namiętności tubylców i likwidują wszelkie zatargi.
Za niewykonanie zarządzeń władz w kolonjach niefrancuskich tubylczy naczelnicy wsi i kantonów karani są więzieniem.
Francuscy administratorzy, ludzie dowcipni i znawcy rządzonych przez nich szczepów, postępują inaczej.
Widziałem na własne oczy kilku wójtów, ukaranych przez miejscowego administratora za wykroczenia służbowe.
Administrator kazał przywiązać wójta do swego krzesła nitką za nogę. Liczni klienci — murzyni, widząc to, zaśmiewali się, głęboko raniąc dumę wójta, uwiązanego niby kura na nitce. Więzienie uczyniłoby z niego męczennika, ta zaś pospolita nitka oraz pogardliwe porównanie do kury wystarcza, że wójt po raz drugi nie chciałby w takiej roli figurować przed ziomkami.
Administrator uśmiechał się pod wąsami, będąc tego pewnym.
Innym razem widziałem wójta, uwiązanego w ciągu godziny na sznurku do drzewa, do którego była uwiązana również, znienawidzona przez murzynów „kinsikule“ — małpa zielona.
Później na wybrzeżu Kości Słoniowej spotkałem administratora, który był zmuszony ukarać wójta za to, że ten nie zwołał w oznaczonym terminie rekrutów.
Przekroczenie poważne, kara zaś była komiczna, aczkolwiek bardzo skuteczna, gdyż nazajutrz wójt latał po całym obwodzie, zwołując poborowych, a przed wieczorem zjawił się na czele całego ich oddziału.
Cóż takiego obmyślił administrator?
Rzecz bardzo prostą, osnutą wyłącznie na zrozumieniu duszy murzyńskiej.
Żołnierze administratora, śmiejąc się i drwiąc, ubrali wójta w płaszcz, upleciony ze świeżych liści karité i włożyli mu na głowę takiż kołpak.
Gdy wszystko było skończone, zjawił się administrator i kazał wójtowi przejść się po wszystkich ulicach wsi i zajrzeć do każdej zagrody.
Po kilku minutach za wójtem, zanosząc się od śmiechu, z krzykami, śpiewem i tańcami walił tłum, nie szczędząc dowcipów i drwin. Najgorszą jednak poniewierkę dla wójta obmyśliły kozy, bo otoczyły go i objadały liście tego „chodzącego drzewa“.
Być może, że ktoś nastrojony sceptycznie, powie:
— Niezawsze jednak bywa tak dobrze i sielankowo, bo pamiętamy niedawno zakończony rozlew krwi w wojnie marokańskiej, prowadzonej przeciwko Abd-El-Krimowi!
Na to odpowiem, że wojna marokańska nie była wojną wewnętrzną kolonjalną. Abd-El-Krim był „mahdi“, „mieczem proroka“ spełniającym rozkaz rady panislamistów. Był to ruch wszechmuzułmański, międzynarodowy, popierany moralnie i materjalnie z Indyj, Afganistanu, Persji, Turcji, Egiptu i zawsze bacznej na wszelkie ruchy antyeuropejskie, antycywilizacyjne i antychrześcijańskie Rosji sowieckiej.
Gdyby podobna wojna wybuchła naprzykład w Gwinei, byłaby zakończona w ciągu kilku dni bez echa w Europie. Lecz gdyby wojna z Abd-El-Krimem nie była zlikwidowana do reszty, obecnie bylibyśmy świadkami rozlewającej się pożogi wojennej i krwi przelewu na całej północy Afryki — w Egipcie, Persji, Turcji i w Indjach.
Wojna marokańska więc nie była epizodem kolonjalnym, lecz wybuchem panislamizmu, zjawiskiem międzynarodowego znaczenia.




DŻUNGLA AFRYKAŃSKA.

Sześć miesięcy otaczała nas dżungla. A jakże różnorodny był jej wygląd! Dziewicze lasy Gwinei i wybrzeża Kości Słoniowej przechodziły w piękne, pokryte szmaragdową trawą sawanny z gajami drzew karité (Butyrospermum Parkii), palm olejnych (Elaeis guineensis) i rafji (Raphia vinifera), a te znowu — w spaloną słońcem brussę sudańską i górską — w Futa-Dżalon.
Leśna dżungla jest nieprzebytem zbiorowiskiem niebotycznych drzew, nad któremi strzela ku niebu pierzastą koroną palma, lub konwulsyjnym ruchem błagalnie wyciągnięte ku nielitościwemu słońcu — potworne, wykrzywione gałęzie baobabu lub serowca (Eriodendron anfractuosum). Zarośla gęstych krzaków bronią wstępu do kniei, a zwisające węże lian, usianych kolcami, wstrzymują śmiałka, szarpiąc na nim ubranie i kalecząc ciało.
W lesie panuje mrok, zaduch od odurzających kwiatów i gnijących liści, wilgotne opary, pełne miazmatów chorób, roznoszonych przez tse-tse, moskity, pająki i muchy.
Nikt nie przedarłby się przez tę knieję, ciemną i zdradliwą, gdyby tu i owdzie nie prowadziły do niej ścieżki, pokryte głębokiemi dołami i wykrotami, pozostawionemi przez przechodzące tu słonie. Tam, w głębi tej dziewiczej, oparnej kniei, rodzą się i umierają olbrzymy Afryki. Nikt z ludzi nie widział chwili przyjścia na świat słonia na wolności i żaden człowiek nie znał miejsca, gdzie składają one swoje kości.
Jakież inne zwierzęta, oprócz słoni, przebywają w mroku lasów afrykańskich?
Na wierzchołkach drzew rechoczą i skaczą brunatne i czarne małpy, o długich, białych ogonach; czasem, gdzieś z chaszczy niedostępnych, doniesie się niby bęben bojowy, echo uderzeń bijącego się w pierś mocarnego szympansa; zwisną z gałęzi drzew na chwilę i znikną plamiste zwoje pitona. Z cichym, złowieszczym szmerem suną tu zastępy krwiożerczych mrówek — „manjan“, pozostawiających po sobie tylko szkielety zwierząt. Zrzadka zajrzy tu lampart i powróci do swego legowiska w skałach.
Nie słychać tu śpiewu ptactwa, chyba tylko drapieżny orzeł zacznie klekotać ponuro lub krzyczeć ostrym, żądnym krwi głosem.
W leśnej dżungli rozlegają się tylko krzyki bojowe — zwycięzców i zwyciężonych, morderców i ofiar.
Biada antylopie, która, wiedziona ciekawością lub strachem, wpadnie do lasu! Zwęszy ją tu w nieruchomem powietrzu, zawsze niesyta krwi, plamista kotka, lub zmiażdży ją w stalowym uścisku tygrysiasty piton.
W zaczajonych wśród papirusów i trzcin bagnach siedzibę swoją mają długie żmije wodne i miljardy niewidzialnych potworów — bakteryj, unoszących się w białawych oparach gnijącej wody. Chmury złośliwych moskitów, gryzących muszek i bąków co chwila podnoszą się z wybujałych trzcin.
Tu i owdzie przez mroczną dżunglę z cichym szmerem powolnie płyną żółte, mętne potoki i małe rzeczki w bagnistych brzegach, zdradliwe i głębokie.
Zarzucałem do nich nieraz wędkę z niedużym hakiem. Jakieś potworne ryby natychmiast z pluskiem rzucały się na przynętę i połykały ją z haczykiem, lecz zaczynały miotać się straszliwie i zrywały mocny, jedwabny sznurek angielski.
Były to tak zwane ryby-kapitany, ze straszliwemi kolcami na grzbiecie i czerwonemi paskami na ciele. Ryby tego rodzaju dosięgają nieraz wzrostu człowieka. Trafiał się też nieraz Protopterus annectus, podobny do naszych sumów.
Oprócz tych olbrzymów widziałem tu tragiczną rybę, nazywaną „Bahr“ przez murzynów Peuhl. Znam te ryby. Należą one do rodzaju Chromidae (Chromis Zilii, Desfontanei, Hemichromis i inne). Spotykałem je w podziemnych rzekach Sahary i widziałem je, wyrzucane przez fontanny, wyrywające się z zakładanych artezyjskich studni na południu Algerji. One to dowodzą związku, istniejącego pomiędzy podziemnemi potokami Sahary a prawdziwą ojczyzną Chromid, jaką jest rzeka Niger i jezioro Czad. Niegdyś do tych basenów wpadały liczne rzeki, przecinające Saharę, lecz słońce poczęści wysuszyło je, poczęści zmusiło do ukrycia się w głębokich podziemiach i do biegu ku Nigrowi niewidzialnie, w ukryciu pod ruchomemi górami piasków Ergów i pod jałową, martwą pustynią Tenezruft. W nurtach tych podziemnych rzek pozostają wierne ojczystym potokom tragiczne, nieraz ślepe już Chromidy.
Doprawdy, los tych ryb jest bardziej tragiczny niż los naszych węgorzy, które przed godami małżeńskiemi odbywają długą i niebezpieczną tułaczkę, aż hen! do morza Sargassa, skąd już nigdy nie powracają, zaszczepiając młodemu pokoleniu dziwną tęsknotę do wędrówki przez cały Atlantyk i Bałtyk, do naszych rzek i jezior, skąd odbywają nową włóczęgę na mogiły rodziców, po miłość, mnożenie się i — śmierć!
Na sawannach, w basenie rzeki Bandama i Wolta, na pograniczu Złotego Wybrzeża i Liberji, pasą się stada bawołów, antylop i słoni, a w krzakach czyhają na nie lwy i lamparty.
W rzekach, wpadających do zatoki Gwinejskiej, spotkać można, jak już pisałem, hipopotamy i krokodyle.
Trudnym jest strzał do tych dużych potworów, gdyż myśliwy musi umieścić swoję kulę pomiędzy okiem a uchem, ponieważ tylko tą część swego ciała wystawiają z wody te zwierzęta. Ranne zaś ukryją się w skrytkach, porobionych w błotnistych brzegach, pod zwalonemi i zatoniętemi drzewami lub śród podwodnych kamieni i tam wyzioną ducha, aby nie stać się łupem człowieka.
W dżungli sudańskiej, w oceanie suchych traw i krzaków, przebiegają stada różnych antylop: Oreotragus saltator, Nanotragus melacolis, Tragelaphus scriptus, sylvaticus i niger, Hippotragus eąuinus, Cobus ollipsiprimus, Bubalis maior i dziesiątki różnych drobnych, pospolitych tu gatunków. Czasami, coraz rzadziej zabrną tu słonie, żyrafy i strusie. Nietrudno tu o spotkanie ze lwem, lampartem i hieną.
Brzegi Nigru roją się od wodnego ptactwa: brodźców, bąków, czapli, spatul, żórawi, strojnych Mycteria abyssinica i barwnych, niezgrabnych gęsi senegalskich. Wysoko, pod rozpalonym namiotem nieba, krążą, wypatrując zdobyczy, sępy, sokoły, jastrzębie i odważniejszy od nich, biało-czarny orzeł — rybak (Haliaetus vocifer).
Dżunglę przecinają setki ścieżek, któremi jednak nigdy nie kroczył człowiek. Są to szlaki zwierzęce. Ostre kopytka antylop, miękkie, lecz ciężkie łapy lwa i lamparta, okrągłe ślady nóg bawołu — przebiły przez chaszcze te ścieżki.
Gdy wprawny myśliwy-murzyn prowadził mnie przez brussę wpobliżu Sahelu, przecinając ścieżki zwierzęce, słuchałem nieraz cudnej opowieści, którą zawiera tajemnicza „księga dżungli“.
— Patrz! patrz! — szeptał murzyn, schylając się do samej ziemi. — Tu „Suluku“ — hiena, skradała się za „damisá“ — panterą, tropiącą „diadó“ — dzika. Stał on tu, nad tym potokiem i pił… Zwęszył jednak wroga, rzucił się do wody, przepłynął na tamten brzeg… Pantera powróciła do brussy, bo widzę ślad uciekającej przed nią w popłochu „suluka“… Wczoraj tu przechodził bawół, a za nim kroczyły trzy antylopy — koby… Doszły razem do wody i spłoszyły tu stadko małych, brunatnych bolé-foré[14]… Tu spędzało upalne godziny stado pentad[15], a obok chodziły żórawie… A to co? Cyweta wpadła na stado kuropatw… Widzisz wyrwane pióra? — a tu zczerniałą krew na suchych łodygach trawy?… Tam na piasku wygrzewał się duży wąż… później wczołgał się na drzewo… Widocznie czatował na antylopy, lecz uszły mu, więc ześliznął się z drzewa, bo zdarł kawał kory i ukrył się w gąszczu brussy…
Można słuchać tej opowieści od rana do wieczora, aby tylko sił starczyło błąkać się po dżungli, a nigdy do końca doczytać tej księgi nikt nie potrafi, bo wielki, porywający Autor codziennie zapisuje nowe i nowe jej karty.
Czyż istotnie ma nastąpić ten dzień, gdy genjalny autor księgi dżungli nie znajdzie już w niej wolnych kart?
Przecież nastąpić to może wtedy, gdy drogi przetną dżunglę w różnych kierunkach, gdy padną niedostępne teraz głębie kniei pod siekierą białych przybyszów, gdy nad rzekami powstaną nowe osiedla ludzkie i gdy obwieszony amuletami łowieckiemi murzyński łucznik wdzieje na siebie europejską marynarkę i trzewiki, pogwizdując piosenkę kabaretową?
O, Boże wszechmocny! Oddal ten moment wielkiej zbrodni, gdy zostanie zamknięta na zawsze, do końca doczytana, genjalna, porywająca, romantyczna księga dżungli! Oddal ten moment do czasu, gdy mięśnie moje osłabną, słuch stanie się niewrażliwym na najmniejszy szmer w kniei, gdy wzrok mój nie będzie mógł odróżnić w brussie plamistego ciała drapieżnika i brunatnego grzbietu antylopy, a w ostygłem, znużonem sercu już nie będzie płonęła wielka żądza przygód i ciężkiej włóczęgi!…
Spełnij, Boże, błaganie moje!
Spełnij w imię tego, że kocham piękno wszechświata, stworzonego przez Ciebie, że zostałem wtajemniczony w magję przyrody i że mogę czytać księgę, przez Ciebie zapisaną świętemi hieroglifami, bardziej wzniosłemi niż pismo potężnej koranicznej Lugha i wspaniałych Wed!




DO EUROPY!

Po naszych polowaniach i badaniach etnograficznych na wybrzeżu Kości Słoniowej serdecznie podejmował nas w swojej stolicy — Bingerville sympatyczny i rozumny gubernator p. Maurice Lapalud.
Zrozumieliśmy tu całą doniosłość tej kolonji, gdzie się mieszczą niewyczerpane skarby — w postaci mahoniu, palisandru i innych drogocennych gatunków drzew, kawy, kakao, bawełny, pieprzu i — możnaby było jeszcze dodać kilkanaście bardzo poszukiwanych produktów, dostarczanych przez wybrzeże Kości Słoniowej.
Dziwne wrażenie wywarła na mnie ta kolonja!
O jakie 150 kilometrów od zupełnie współczesnych miast, jak Bingerville, Abidżan i Grand-Bassam, przebiegają dziewiczą dżunglą słonie i ścigający je ludożercy Guro i Gagua; a tu na południu — doskonała kolej, traktory, piękne budynki szpitali, klubów i will, wieże telegrafu bezdrutowego, stacje doświadczalne, rozbudowujący się port, olbrzymie statki oceaniczne i wielki rozmach cywilizacyjny.
Zupełny kontrast i, zdawałoby się, bez przejść żadnych…
A jednak przejście było!
Były niem laguny…
Bingerville i Abidżan stoją na brzegach tych oderwanych od morza zatok, ciągnących się równolegle z brzegiem oceanu.
Laguny są częścią jego, odciętą przed wiekami i oddzieloną wydmami piasku, poczęści już zarośniętemi dżunglą.
Piękne te laguny — głębokie, lazurowe, spokojne spokojem umierania, otoczone ciemnozielonym wieńcem lasów palmowych!
Nieruchomą, szmaragdową lub turkusową powierzchnią ich suną pirogi murzynów-rybaków, znaczące swój bieg srebrnemi skazami na zwierciadle laguny.
W tem zwierciadle przeglądają się barwne, poszarpane skały północnego brzegu, wierzchołki pierzastych palm i korony ogromnych mahoni. Nad laguną szybuje wspaniały biało-czarny orzeł, wypatrując zdobycz.
Cisza, niczem nie zmącona, panuje tu wszechwładnie. Zdaje się, że tu jest królestwo śmierci i tylko zmienne barwy wody i obłoków zdradzają ruch i życie…
A tam, o jakie dwa kilometry dalej, bije w piaszczysty brzeg potężną, pienną falą ocean, nigdy nie znający spokoju, wytchnienia i jarzma.
Nieugięty, wolny śpiewa on swoją nigdy nie milknącą pieśń bojową, wścieka się lub raduje radością tytana…
Tu na nas czekał duży okręt „Czad“, płynący do Bordeaux, do Europy.
Z jego pokładu po raz ostatni rzucamy spojrzenie na morze drzew, krzaków i trzcin, wśród których spędziliśmy tak długi, pełen trudów, poświęcenia i niebezpieczeństw czas, lecz był to czas brzemienny wrażeniami, czas wymarzony i nieśmiertelny w naszych wspomnieniach.




PAMIĘCI LADY DOROTHY STANLEY.

Gdy przygotowywałem do druku swoje „Listy z podróży do Afryki podzwrotnikowej“, otrzymałem smutną wieść z Londynu.
Zmarła Dorothy Tennant Lady Stanley…
Kto z ludzi wykształconych nie zna nazwiska — Stanley?
Śmiały, pełen wytrwałości i poświęcenia podróżnik angielski, badacz i odkrywca Afryki centralnej — sir Henry Morton Stanley, zapisał swoje imię nieśmiertelnemi zgłoskami w historji wypraw podróżniczych.
Gdy powrócił ze swej ekspedycji podczas której wyratował słynnego podróżnika — Emin-Baszę, sterany ciężkiem życiem włóczęgi, zjadany przez nabyte w wyprawach nieznane wtedy jeszcze choroby, poznał i pokochał młodą, piękną Dorothy Tennant.
Była to gwiazda elity towarzystwa londyńskiego w błyskotliwym wieku panowania królowej Wiktorji.
Wszechstronnie wykształcona, utalentowana malarka, piękna „córa bogów“, jak ją nazywano, dowcipna, rozumna, pełna życia i zdolności do twórczej pracy, młoda Dorothy Tennant nie zawahała się związać swego życia ze starszym, znużonym już śmiertelnie podróżnikiem.
Była wierną towarzyszką i przyjaciółką do ostatniego tchnienia swego wielkiego małżonka. Cała oddana pracy i zainteresowaniom męża, lady Stanley zapomniała, że sama była wybitną kobietą, z opinją której liczyli się tacy różni ludzie jak Tennyson, Gladstone, Balfour i Millais.
W ciągu trzech ostatnich lat byłem w ożywionej korespondencji z lady Dorothy Stanley. Interesowały ją moje podróże i wypowiadane w moich książkach zdania o ludziach i ludach, o ich psychice i o politycznych zjawiskach, dzieliła się ze mną myślami swemi, a jej ostatni list, pogodny, jak słoneczny dzień jesienny, był pełen melancholji i przeczucia bliskiego zgonu, a taki silny wiarą w nieśmiertelność duszy ludzkiej.
Bardzo była zatrwożona nasza dobra, daleka przyjaciółka zamierzoną przez nas podróżą do Afryki podzwrotnikowej, dawała nam cenne rady, myślała o wszystkich szczegółach i drobiazgach.
Żegnając nas z żoną przed wyjazdem z Europy, przysłała nam na pamiątkę o sobie akwarelę własnej roboty i piękny tom „The autobiography of Henry M. Stanley, edited by his wife Dorothy Stanley“ z dedykacją dla mnie.
Z autobiografji Stanleya poznaliśmy tę piękną i szlachetną kobietę, taką drogocenną dla zamiłowanego w niebezpieczeństwach i burzach podróżnika, drogocenną — i za życia i po śmierci, gdy zapomnienie i obojętność bliskich i dalekich ludzi zaciera pamięć o trudach, dokonanych dla narodu i państwa.
O! Lady Dorothy Stanley nie dopuściła, aby ścieżka, prowadząca do grobowca wielkiego podróżnika na podwórzu kościółka w Pirbright, zarosła zielskiem zapomnienia!
Teraz ziemia rodzinna przyjęła ciało „córy bogów“. Niechże pamięta o niej społeczeństwo jej ojczyzny, bo była ona nietylko żoną wielkiego człowieka, lecz jego dumą, szczęściem i kapłanką jego sławy i nieśmiertelności, które są sławą i nieśmiertelnością Anglji.
Cześć pamięci Dorothy Tennant lady Stanley!



Podróż F. A. Ossendowskiego w r. 1925/26 do zach. Afryki podzwrot.

Przypisy

  1. Naczynie, posiadające formę okrągłego kociołka.
  2. Deniker — Les races et les peuples de la terre, str. 492 oraz Déchelette, Manuel d’archéologie, t. I, str. 89 i 412.
  3. Bulletin de la Sociéte de Géographie d’Alger et d’Afrique du Nord, 1925.
  4. Urianchaj — górzysty kraj, leżący pomiędzy Sajanami a Tannu-Oła, zaludniony przez mongolski szczep Tuba.
  5. Sterculia Kola.
  6. Łacińska nazwa — Manihot, z rodz. Euphorbiaceae.
  7. Dr. Ch. Maclaud. Notes sur les mammifères et les oiseaux de l’Afrique Oceidentale. Paris, 1906.
  8. Afrique Occidentale Française.
  9. Nie rolnictwa, lecz Ziemi, jako bóstwa.
  10. Murzyni zatruwają strzały przeważnie sokiem drzewa Strophantus hispidus i S. sarmentosus, działającemi na serce.
  11. Poznań, Wydawnictwo Polskie, 1926 r.
  12. Paris. Editions Ernest Leroux 1923 r.
  13. Kori są noszone na kapeluszach przez naszych górali tatrzańskich. Ludy Azji i Afryki uważają te muszle jako magiczne.
  14. Antylopy Maxwella.
  15. Pentada — perliczka.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.