Strona:F. A. Ossendowski - Wśród czarnych.djvu/162

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


na rozkładzie pozostało 12 antylop — małych i dużych, ryś, cyweta, zając i małpa.
Nazajutrz konno odjechaliśmy do drugiego obozu, odległego o jakie 15 — 20 km i znowu „polowaliśmy“ z takim samym wynikiem, nie widząc nagonki i słuchając dochodzących z oddali krzyków i strzałów.
Uparty i rozgniewany mój zoolog skierował się na te odgłosy i, spenetrowawszy cały plan strategji murzyńskich myśliwych, poszedł razem z nimi i zastrzelił piękną, pręgowatą antylopę — minnan.
My zaś wróciliśmy do obozu, gdzie czekało na nas śniadanie z zimną wodą i winem, co jest rzeczą nie do pogardzenia, gdy przez pięć godzin paliło nas słońce, wytwarzając temperaturę do +39° C w cieniu!
Wieczorem — rozkład: 18 antylop, fakoszer-dzik, cyweta, serwal, dwa rysie, kilka pentad, zielonych gołębi i kuropatw!
Oczy czarnym murzynom śmiały się bezczelnie!
Drwili sobie z nas, z naszych ekspresów i karabinów, z naszych pełnopłaszczowych i rozkwitających kul, z naszych hełmów i obuwia.
To dobre dla przyjemności, dla zabawy, lecz ich sczerniałe łuki i strzały, ich nagie, połyskujące ciała, i bose, zranione nogi — to dla zdobyczy, dla mięsa, które tak lubią, które pożerają tak chciwie i wstrętnie, że wydać się może, iż ci czarni ludzie pochodzą nie od darwinowskiej proto-małpy, lecz od pantery, powiedzmy — czarnej, która, zresztą, nie jest afrykańskiego pochodzenia.