Strona:F. A. Ossendowski - Wśród czarnych.djvu/104

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


stałem blisko pół godziny w tem miejscu, więcej nie wypłynął. Widocznie wtłoczył się pod kamienie lub konary zatopionych drzew i wypłynąłby dopiero po kilkunastu godzinach, a może i wcaleby się nie wynurzył, zaplątany w gałęziach lub w labiryncie podwodnych skał.
Trudne jest polowanie na krokodyla! Trzeba albo zabić go na miejscu, gdy się wygrzewa na brzegu, lub, zraniwszy śmiertelnie, czekać nieraz 2 — 3 dni, aż już rozkładający się wypłynie na powierzchnię wody ze swej ostatniej skrytki.
Niedaleko na wschód od Sigiri widzieliśmy dwa hipopotamy. W cieniu zwisających gałęzi nadbrzeżnych, nad rzeką, od czasu do czasu podnosiła się potworna głowa o wypukłych oczach i, wyrzuciwszy z hałasem wodę z płuc, znikała w głębokich nurtach, których o tej porze roku niedużo znaleźć może władca Nigru — potężny hipopotam.
Nie strzelaliśmy do hipopotamów, bo było za daleko, a oprócz tego z praktyki już wiemy, że strzał karabinowy z kołyszącej się łodzi nigdy nie jest pewny, a raczej zawsze niepewny.
Wogóle należy zauważyć, że strzelanie w Afryce podzwrotnikowej jest nader trudne. Mamiące, jakieś błędne światło, szalone refleksy słoneczne i wreszcie nadzwyczajna żywotność zwierząt i ptaków tworzą ciężkie warunki dla polowania w tych szerokościach.
Opowiem o jednym wypadku z mojej tu praktyki.
Strzeliłem do dużego, białego brodźca, który się zerwał z brzegu piaszczystej łachy na Nigrze. Upadł