Strona:F. A. Ossendowski - Wśród czarnych.djvu/175

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


w stronę nowego terenu polowania, zbiorów, rabunku lub, może, wojny.
Znowu zmuszeni byliśmy uciekać przed tą nawałnicą drobnych bandytów i odważnych wojowników.
Na wąskiej ścieżce, wydeptanej przez antylopy, ujrzałem drobne dołki, wyraźnie wyciśnięte na miękkiej ziemi.
— Czyje to ślady? — zapytałem p. Burger.
— Przechodziły tu antylopy Cephalophus dorsalis! — odpowiedział. — Jeżeli pan chce, można zaraz upolować jedną.
Mówiąc to, skinął na Konana. Strzelec odprowadził mnie o kilkanaście kroków dalej i, postawiwszy w gąszczu, zacisnął sobie nos z odgryzionem niegdyś przez złapanego szympansa nozdrzem i zaczął naśladować beczenie antylopy.
Nie upłynęło trzech minut, gdy przez gęste krzaki, robiąc duże susy, zaczęła się zbliżać mała, ciemnoszara antylopa, z ostremi stożkowatemi rożkami, o drobnych kółkach od dołu do góry. Padła natychmiast po strzale.
P. Burger i Konan opowiedzieli mi, że gdy się wabi antylopy, trzeba ciągle być na baczności, ponieważ na głos, imitujący beczenie antylopy, suną przez chaszcze dżungli inne, bardziej dzikie zwierzęta — lampart, łaknący krwi, a zawsze głodny, i olbrzymi piton afrykański, który nie waha się napadać nietylko na antylopę, lecz na czyhającego na nią drapieżnika, a nawet na udającego głos antylopy myśliwca.
To opowiadanie jeszcze bardziej wzmocniło moje