Strona:F. A. Ossendowski - Wśród czarnych.djvu/180

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


która ściekła z jego boków, gdy pił i zanurzał się do nurtów, broniąc się przed bąkami i kleszczami.
Nawet my, nie nawykli do tropienia zwierza myśliwi, zrozumieliśmy, że bawół odszedł od rzeki niedawno.
Lecz Konan już wietrzy, jak drapieżnik, i szepce:
— Był tu przed dziesięcioma minutami… Czuję zapach potu!…
— Słyszę… słyszę, jak zrywa i przeżuwa trawę…
To „czuję“ i „słyszę“ zmusza serce do żywszego kołatania w piersi… Bo po raz pierwszy ujrzę bawołu… po raz pierwszy będę strzelał do niego, a niewielu jest w Europie myśliwych, którzy mierzyli do dzikiego byka.
Wytężam wzrok i słuch.
Lecz nic jeszcze nie widzę, bo obstąpiła mnie knieja, wilgotna, oparna, półciemna. Na wąskiej ścieżce wyraźnie widzę ślady bawołu, świeże i duże, obok mniejsze i dawniejsze — antylop. Przedzieramy się przez knieję, aby prędzej wyjść na sawannę, lecz posuwamy się cicho, raczej skradamy się.
Konan, idący na przodzie, pierwszy wysuwa głowę z chaszczy i w tejże chwili robi gwałtowny ruch ręką, szepcąc przez zęby:
— Bawół… samiec… stary samotnik!…
Wyglądam z krzaków na równinę. Jest to duża sawanna-step, porośnięty wysoką trawą, drobnemi krzakami i przecięty w niektórych miejscach grupami drzew lub małemi gaikami.
Po chwili dojrzałem bawołu.
Był bardzo podobny do dużego, czarnego byka,