Strona:F. A. Ossendowski - Wśród czarnych.djvu/228

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Leżał w krzakach, nieruchomy, brocząc krwią. Murzyn był przekonany, że słoń już padł, więc zbliżył się do niego i nogą pchnął go w trąbę.
Był to nieostrożny czyn.
Słoń w mgnieniu oka, być może, ostatnim wysiłkiem potężnych mięśni, porwał śmiałka trąbą i nadział go na jeden z kłów.
Na szczęście przebił mu nawylot tylko biodro, i nieoględny strzelec miał jeszcze dość sił, aby umknąć, wlokąc się potem z tak straszliwą raną całe dwa dni do wsi.
Mój pomocnik nie miał już jednak czasu na poszukiwanie ranionego słonia, gdyż musiał tego dnia wyruszyć ku nam do Buaké, aby jechać do morza. Pan de Chanaud obiecał mu, że wyśle ludzi na poszukiwanie słonia i wyprawi nam do Polski jego czaszkę i kły.
Czekamy więc tej miłej przesyłki…