Strona:F. A. Ossendowski - Wśród czarnych.djvu/227

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


słonia spotkał, strzelał do niego, lecz zdobycz, zdaje się, przepadła.
Pan ten zawziął się na słonie w okolicach Badikaha i wraz ze strzelcem pana de Chanaud gorliwie mierzył własnemi krokami sawanny tego obwodu.
Razu pewnego strzelec-murzyn znalazł świeży ślad i mój pomocnik podkradł się do słonia, wypoczywającego w cieniu gęstego lasu. Była to stara samka z małym.
Słonie usłyszały kroki ludzi i zaczęły uchodzić.
Wiedziony instynktem myśliwy bardzo trafnie obrał kierunek i zabiegł drogę słoniom, zaczaiwszy się w krzakach.
Wprost na niego wkrótce wyszła samka, potworna, z podniesioną groźnie trąbą i trwożnie ruszającemi się uszami. Myśliwy, jak mi sam opowiadał, uczuł się odrazu „zupełnie małym robaczkiem“ wobec tego olbrzyma, lecz po chwili podniósł polski karabin i strzelił.
Słoń się potknął narazie, lecz poszedł dalej, ścigany kulami polskiego wyrobu.
Wkrótce zwierzę zaczęło ryczeć. W jego głosie groźnym i przerażającym było tyle nienawiści, wściekłości, bólu i rozpaczy, że mój pomocnik mówił mi, że nigdy tej chwili i tego głosu nie zapomni.
Słoń znikł woddali. Ślady krwi szły za nim. Jednak ranny zwierz odszedł daleko i myśliwi musieli przerwać pogoń.
W dwa dni potem murzyn odnalazł słonia. Ten szedł już powoli, słaniając się, Wtedy murzyn powrócił po karabin do wsi, na co stracił jednak całe dwa dni. Przez ten czas zwierz odszedł zaledwie dwa kilometry