Strona:F. A. Ossendowski - Wśród czarnych.djvu/183

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Zabity! — krzyknął nagle z gąszczu krzaków.
Podążyłem na głos myśliwego, przedzierając się przez gęstwinę i kalecząc sobie twarz i ręce o kolce lian i kłujących krzaków. Wkrótce ujrzałem bawołu. Leżał nieruchomy na brzuchu, z potworną głową, bezwładnie wyciągniętą na ziemi. Był martwy.
Istotnie pierwszą kulę umieściłem dobrze, bo miał przebitą arterję szyi i z niej to bluzgała krew, którą tak obficie bawół skropił sawannę. Była to rana śmiertelna. Dwie inne kule utkwiły bawołowi w piersi i brzuchu. Kula Konana przebiła podstawę ogona.
Zaczęła się kłopotliwa i mozolna praca nad wyciąganiem olbrzyma z kniei, bo ważył co najmniej 500 kilogramów, następnie fotografowanie, przyczem muszę się przyznać, że dałem się odfotografować nie bez przyjemności obok swojej zdobyczy; później nastąpiło odcinanie głowy ze wspaniałemi rogami.
Był to istotnie stary samiec-samotnik…
Co go zniewoliło do porzucenia stada?
Jestem przekonany, że zrozumiałem przyczynę tego.
Bawoły porzucają stado, gdy stają się złe, prawie wściekłe, gdy bez powodu, jak się może wydać, przebijają rogami krowy i młode bawoły, lub wbijają rogi w pnie drzew.
Do tego szału i wściekłości doprowadzają je… kleszcze, żółte, duże, wielkości naszej 10-groszowej monety — kleszcze o czerwonych lub czarnych cętkach. Setki tych pasorzytów, żarłocznych i nielitościwych ujrzałem na gołych częściach brzucha i za uszami zabitego bawołu. Musiał przechodzić męki nieopisane;