Strona:F. A. Ossendowski - Wśród czarnych.djvu/184

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


one też niezawodnie doprowadziły go do wściekłości i do dobrowolnego lub musowego porzucenia stada.
Że był to samotnik — nie wątpiłem, bo, mimo długich poszukiwań, nie znaleźliśmy nigdzie w okolicy nietylko innych bawołów, lecz nawet ich śladów.
Taki był mój bawół.
Przez trzy dni polowaliśmy w różnych miejscach w obwodzie Buafle na bawoły.
Polowania te były udane.
Na jednej z sawann Konan wytropił całe stado bawołów. Było ich około pięćdziesięciu i mój operator zrobił kilkanaście metrów filmu, a później strzelał, kładąc trupem dwie bawolice.
Następnego dnia strzelałem i spudłowałem — do czerwonego bawołu, którego bardzo żałuję, chociaż niepomyślny strzał niezupełnie ode mnie zależał.
Później strzelałem do bawołu, który wraz z samicą niespodziewanie wyrwał się z gęstych palmowych zarośli, koło drogi, gdyśmy przed wschodem słońca jechali do wsi, gdzie mieliśmy wziąć przewodników na polowanie na hipopotamy. Zraniłem bawołu, lecz, widocznie, nie poważnie, bo pobiegł za uciekającą samicą. Konan gonił bawoły przez sawannę, dogonił i zmusił do zmiany kierunku, wypędzając je na dogodne do strzału miejsce, lecz pomieszał bawoły. Strzelił cztery razy do bawolicy i zabił ją, rannego zaś samca przepuścił, dając mu możność ukrycia się w lesie. Nie ścigaliśmy go, gdyż śpieszyliśmy się wtedy na hipopotamy.
Gdym patrzył, jak czarny, wiotki, zwinny jak wąż, Konan leciał, niby ptak, przez wysoką trawę i krzaki