Strona:F. A. Ossendowski - Wśród czarnych.djvu/22

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


miljonami fosforycznych płomyczków, strug i plam — takich pięknych i tajemniczych wśród czarujących nocy na bezbrzeżnym oceanie.
Około południowo-zachodnich przylądków półwyspu Pirenejskiego poczuliśmy po raz pierwszy, że zbliżamy się do równika. Słońce bowiem grzało już nasze mocno zaziębione w Bordeaux ciała.
Dwa dni przecinaliśmy ocean na S. W., obchodząc zachodni brzeg Afryki. Gdzieś na zachodzie zostały wyspy Madery (Madera, Porto Santo, Baxio, Dezerta Grande i Bugio); dobrze znane nam marokańskie wybrzeże przypomniało o sobie żaglowemi felukami maurów-rybaków; świeciły nam w nocy latarnie morskie wysp Kanaryjskich; kapitan Soeters wskazywał ręką na wschód i opowiadał coś o Capo Blanco.
Nareszcie — Capo Verde, wyspa Gorée i piękna zatoka Dakaru, stolicy Senegalu i rezydencji generał-gubernatora.
Tu po dzięsięciu dniach morskiej podróży po raz pierwszy zarzucamy kotwicę. Na pokładzie „Kilstrooma“, w imieniu p. Carde, generał-gubernatora zachodniej Afryki francuskiej, wita polską ekspedycję szef jego gabinetu.
Spędzamy trzy dni w Dakarze, składamy wizytę p. Carde i wyższym urzędnikom kolonji, robimy szereg znajomości, między innemi z p. Ponzio, pogromcą lwów i lampartów, otrzymujemy tu listy polecające i szereg cennych wskazówek co do dalszej podróży.
Czasu naszego pobytu w Dakarze użyliśmy na poznanie okolic i ludności senegalskiej. Tu przekonaliśmy