Strona:F. A. Ossendowski - Wśród czarnych.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mu, wywołując wśród tłoczących się dokoła murzynów wybuchy śmiechu.
Za wsią Sandianbugu o jakie 50 km przepływa rzeka Baulé, a za nią aż hen! do obwodu Nioro odłogiem leży szczera, dzika, niezaludniona dżungla.
Na brzegu rzeki, w cieniu olbrzymiego drzewa, owiniętego kauczukowemi lianami, urządziliśmy swój obóz myśliwski, składający się z naszego namiotu i naprędce skleconego przez tubylców szałasu dla p. Bouysa.
Po założeniu obozu nazajutrz wyruszyliśmy na polowanie.
Za Baulé rozciąga się olbrzymia płaszczyzna, przecięta niedługiemi łańcuchami rozpadających się już skał. Białych ludzi tu podobno jeszcze nigdy nie było.
Wysoką, suchą trawę dżungli przecinają setki ścieżek, wydeptanych przez zwierzęta: antylopy i dziki. Ciągle spotykamy świeże ślady tych zwierząt, a w jednem miejscu ujrzeliśmy ślad żyrafy — niestety — stary, zeszłoroczny ślad.
Rozglądamy się uważnie na różne strony, wypatrując zdobyczy, lecz jakoś nie widzimy jej. Właściwie widzimy, lecz są to małe czerwone antylopy i od czasu do czasu — dropie. Nie strzelamy do tego „drobiazgu“, bo mamy obiecane duże antylopy. Jednak za nami idzie około dziesięciu tubylców, niosących aparaty kinematograficzne oraz zapasową broń. Robią oni sporo hałasu i czujne antylopy słyszą nas zdaleka. Rozdzielamy się więc i rozpraszamy się na różne strony.
W pół godziny później idący ze mną myśliwy-murzyn nagle się zatrzymuje i wskazuje palcem przed siebie.