Strona:F. A. Ossendowski - Wśród czarnych.djvu/178

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


febry, porażeń słonecznych, moskitów, termitów, trudów przeróżnych, pająków i much gryzących — dość już narazie, tem bardziej, że wkrótce czeka nas nowa, daleka i uciążliwa podróż.
Moja żona komenderuje pakowaniem naszych licznych bagaży i robi to dużo lepiej, niż zrobilibyśmy my — mężczyźni, którzy potrafimy z lekkiem sercem wpakować do skrzyni z czaszką hipopotama puszkę z kakao lub butelkę pipermentu, a jak dobrze pójdzie — to i lusterko lub porcelanową miseczkę naszej małpki „Kaśki“.
Moi pomocnicy czyszczą karabiny i smarują je, przygotowując do dalekiej morskiej podróży, ja zaś — sporządziłem ostatnie z wybrzeża Kości Słoniowej notatki swoje i oto siadam do biurka w gabinecie miejscowego administratora p. de Coutouly, aby napisać i wysłać ten list, gdyż następne wyprawię już z Grand-Bassam.
Z tych notatek mógłbym napisać co najmniej dwadzieścia korespondencyj, narazie ograniczę się jednak tylko do bardziej szczegółowego opisu naszych polowań na terenie kolonji wybrzeża Kości Słoniowej.
Pierwszem dużem polowaniem były wyprawy na bawoły. Istnieją tu dwa ich gatunki. Jeden — bawoły szare, duże, dochodzące do 600 kg wagi, i mniejsze — czerwone, odznaczające się bardziej wojowniczem usposobieniem.
Pewnego poranku, dość zimnego i mglistego, gdyż w nocy mieliśmy silne „tornado“, brnęliśmy przez sawannę, moknąc od dołu w wysokiej, zroszonej trawie — dążąc ku brzegom rzeki Bandama.