Strona:F. A. Ossendowski - Wśród czarnych.djvu/219

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


a inne drzewa, służące im jako pożywienie, dopiero zaczęły pokrywać się świeżemi, młodemi liśćmi; oprócz tego nie dojrzały jeszcze kukurydza i proso, w celu zdobycia, których słonie czynią straszliwe spustoszenia na polach tubylców i plantatorów.
To nie przeszkadza jednak stwierdzić faktu, że setki, a może tysiące słoni ukrywa się w lasach ciemnych, osłoniętych ze wszech stron gęstemi zaroślami krzaków, i siecią lian, pełznących aż do szczytu niebotycznych mahoni i palm. Konstatujemy to na każdym kroku, codziennie i wszędzie, bo sawanny przecięte są w różnych kierunkach „ścieżkami“ słoni. Są to raczej drogi — wyboiste, pełne wykrotów i dołów, pozostałych po grzęznących w mokrej ziemi, potężnych nogach słoni. Posuwać się temi drogami można tylko powoli i z wielką ostrożnością, bo łatwo wpaść w ślad ogromnego zwierza i pokaleczyć własne nogi. Z obydwóch stron tych ścieżek słoni widać też i inne ślady. Są to wyrwane z korzeniami młode drzewa „karite“, gdyż ich korzeniami lubią się raczyć książęta dżungli. Czasem spotkać można duże drzewa z obłamanemi gałęziami. To słonie połamały je swojemi trąbami, zrywając młode liście.
W północnej części wybrzeża Kości Słoniowej, na sawannach pomiędzy Badikaha, Korogho i Kong, przemierzyłem swemi, mocno już przedtem strudzonemi nogami sporą przestrzeń sawann, gdzie na niezmierzonych równinach bezpiecznie pasą się stada antylop — dużych i małych, i gdzie niewidzialny w dzień grasuje bezgrzywiasty lew, owiany legendami czarnych i bajdami białych ludzi.