Strona:F. A. Ossendowski - Wśród czarnych.djvu/134

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Lecz niema wyboru! Jeszcze kilka kroków; zielone źrenice płoną coraz jaśniej, jednak konturów ciała zwierza nie widać. Myśliwy mierzy poniżej tych pałających oczu, strzela i biegnie w kierunku strzału, aby dobić zranione zwierzę w razie potrzeby.
W ten sposób zdobyliśmy kilka dzikich kotów, cywet i drobniejszych od nich — genet.
Od czasu do czasu migały w trawie czerwone ogniki. Były to małe antylopy, do których jednak z powodów sportowych nie strzelaliśmy. Raz jeden tylko miałem podczas tego nocnego polowania emocję. Przede mną woddali zapaliły się czerwonym ogniem czyjeś oczy, niby dwie lampki elektryczne, i zaczęły przebiegać z miejsca na miejsce. Ścigałem te ogniki zawzięcie, aż wzbiły się wysoko ponad ziemię. Zrozumiałem, że ścigane zwierzę wdrapało się na drzewo. Co to mogło być? Takie potężne błyski, takie ogromne źrenice, ucieczka na drzewo? Nic innego, tylko lampart!
Wkładam do luf najgrubsze lotki i idę dalej. Obok ściganej pary ślepi nagle zjawia się druga, trzecia i czwarta. Czarne drzewo wydaje się być obwieszone lampjonami!
Podchodzę pod drzewo i wyglądam zdobyczy. O jakie pięć metrów nade mną, całe oświetlone moim projektorem, zjawia się małe zwierzątko o szarem, do szenszyli podobnem futerku, długim ogonku, uszach nietoperza i olbrzymich płonących oczach. Mały potworek patrzy, olśniony blaskiem lampki, lecz wkrótce się uspokaja i ogryza korę drzewa.
Zaczynam pogwizdywać zcicha i ostrożnie stukać