Strona:F. A. Ossendowski - Wśród czarnych.djvu/161

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


O wschodzie słońca ta czarna armja wyruszyła do dżungli; łucznicy mieli za zadanie otoczyć wskazaną część brussy nieprzerwanym łańcuchem, arystokracji zaś przysługiwał przywilej strzelania ze strzelb i ciskania do zwierzyny oszczepami i włóczniami.
Poprowadzono nas w stronę naganiaczy, lecz czarni myśliwi nie uznają polowania jako sport. Dla nich jest to kwestja… mięsa, a że jedzą wszystko — wszystko też zabijają i wszystko zjadają niemal tuż na miejscu, odrazu, w mgnieniu oka!
W ten to sposób nas — sportsmenów wystrychnięto na dudków i, zmusiwszy do przemaszerowania dobrych 20 km po szczerej brussie, przyprowadzono i postawiono w takiem miejscu, gdzie nigdy żaden naganiacz nie przechodził. Słyszeliśmy tylko zdaleka odgłosy nagonki i dość częste strzały.
Powróciliśmy do naszego obozu dość rozgoryczeni podstępem murzynów, a w parę godzin później zaczęto znosić zwierzynę. Było to zaledwie mała cząstka zdobyczy, ponieważ część jej zdążono już zjeść w brussie, a część odesłać do wsi i do domów książąt. Jednak