Strona:F. A. Ossendowski - Wśród czarnych.djvu/173

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


gach, ile — moralnie, gdyż natura zabiła w nich radość i chęć do życia. Może bezwiednie, fizjologicznie marzą, jak i my teraz, znużeni upałem, — o innym kraju, skąd przywędrowali ich przodkowie, o kraju, gdzie natura nie jest zawsze i ciągle wrogą człowiekowi, gdyż nie nasyła na niego widzialnych i niewidzialnych morderców, z ziemi, z drzew, z powietrza, z wody i nareszcie — ze złotej rozszalałej kaskady słonecznych promieni? Może… bo murzyni nie chcą zwiększać swych potrzeb życiowych; chętnie, lecz bez udziału serca pracują nad tem, czego ich uczą biali przybysze, bo marzą o jakiemś wytchnieniu, chociażby był to ostatni i wiekuisty spoczynek, już bez marzeń i bez przebudzenia…
Kto to wie?… Przecież nikt nie zaglądał do tajemniczej duszy czarnego człowieka!… Lecz czyż nic nie mówią psychologowi i myślicielowi te ponure obyczaje zjadania swoich dzieci przez matki lub pożeranie nieboszczyków-rodziców?
W tem jest dzika, coprawda, czarna jak noc afrykańska podczas tornady, lecz rozpaczliwa i na pewno głębsza w zasadzie myśl mózgu, pracującego w grubej czaszce czarnego człowieka, niezależnie od tego, czy pochodzi on ze szczepu Sussu, czy Fulah, lub Gagua.
Może ci czarni ludzie dlatego czasem powstają i buntują się przeciwko białym, że ci wołają ich do życia, przywiązują ich do ziemi — straszliwej i nielitościwej ziemi, z której murzyni uczynili sobie boga, jak każdy bóg pierwotny — groźnego i mściwego, żądającego ofiar, krwią broczących, czy w postaci białego koguta, czy młodzieńca niewinnego lub białego człowieka.