Przejdź do zawartości

Strona:F. A. Ossendowski - Wśród czarnych.djvu/236

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

przy mnie i utkwił swoje nieruchome oczy przed siebie.
 Rzeka Bandama rozlewa się tu szeroko i ma około dwustu metrów od brzegu do brzegu. Blask nieznośny bije mi wprost w oczy, to słońce wściekło się widocznie, i leje, jak z rogu obfitości, całe kaskady żółtych, gorących i olśniewających promieni.
 Jednak nic nie przeszkodzi myśliwemu!
 Przebijam wzrokiem świetlaną płachtę i spostrzegam o 80 metrów od siebie całe stado hipopotamów. Jest ich tu sześć sztuk. Wygramoliły się na podwodne kamienie lub na mieliznę i wygrzewają się na słońcu.
 — Niech pan nie strzela teraz! — szepce Konan, widząc, że podnoszę ekspres. — Zmęczony pan jest marszem, oddycha ciężko, a trafić należy dobrze — w oko lub koło ucha…
 Mówiąc to, strzelec bez szmeru ścina dużą gałąź i robi dla mnie widełki, abym mógł umieścić na nich lufę strzelby.
 Przyglądam się tymczasem hipopotamom. Widzę przez słoneczną mgłę ich do połowy zanurzone w wodzie potworne głowy i olbrzymie szaroróżowe cielska. Wydać się może, że to kupę tłuszczu złożono do wody.
 Hipopotamy leżą bez ruchu i tylko od czasu do czasu poruszają małemi uszami.
 Kładę na widełki swój ekspres i mierzę starannie do najbliższego potwora, tuż za okiem, w kierunku ucha.

 O, gdyby chodziło o to, aby umieścić kulę gdzieś za łopatką, to byłbym pewny strzału, lecz tu trzeba trafić koło oka, więc mierzę starannie, bardzo starannie!